USA: Szesnaście stanów oświadczyło, że będzie bronić dekretu imigracyjnego prezydenta USA Donalda Trumpa

Stany te za pośrednictwem prokuratorów federalnych złożyły pismo do Sądu Najwyższego, w którym wyjaśniają, że dekret podpisany 6 marca nie dyskryminował muzułmanów, a bronił bezpieczeństwa USA.

Przedstawiciele administracji złożyli pismo w tej sprawie do Sądu Najwyższego (SN), który obecnie podejmuje decyzję, czy zajmie się rozpatrzeniem apelacji administracji Trumpa od decyzji sądów niższej instancji, które zablokowały obowiązywanie dekretu imigracyjnego podpisanego przez prezydenta 6 marca.

Sygnatariuszami pisma są prokuratorzy federalni stanów: Teksas, Alabama, Arizona, Arkansas, Floryda, Kansas, Luizjana, Montana, Dakota Północna, Ohio, Oklahoma, Karolina Południowa, Dakota Południowa, Tennessee, Wirginia Zachodnia oraz gubernator Missisipi.

[related id=”18132″]

Stany Luizjana, Montana i Wirginia Zachodnia rządzone są przez Partię Demokratyczną, reszta należy do Republikanów.

W piśmie, które zostało złożone w SN w poniedziałek, prokurator stanowy Teksasu Scott Keller uzasadnia, że wspomniane rozporządzenie wykonawcze nie wspomina w swojej treści religii, a rozróżnia i dzieli ludzi zgodnie z ich narodowościami, w związku z czym nie jest to tzw. „zakaz muzułmański”.

Keller dodał, że sądy powinny wykazać się większą ostrożnością w zgadywaniu intencji prezydenta w sprawach bezpieczeństwa narodowego oraz że powinny zostawić te kwestie głowie państwa (co jest zgodne z poglądem reprezentowanym przez obecną administrację).

Wspomniany zostaje również fakt, że rozporządzenie nie jest sprzeczne z konstytucyjnym zakazem faworyzowania bądź dyskryminacji jakichkolwiek religii. Pismo zostało złożone po tym, jak w ostatni czwartek administracja prezydencka zwróciła się do SN o pozwolenie, by dyrektywa imigracyjna zaczęła obowiązywać.

SN poinformował, że zapozna się ze złożonymi dokumentami przed rozpoczęciem rozpatrywania wniosku apelacyjnego administracji Trumpa, który wspierany jest przez Amerykańskie Stowarzyszenie Swobód Obywatelskich (American Civil Liberties Union).

Jednym z argumentów sądów niższej instancji przeciwko dekretowi imigracyjnemu był fakt, że prezydent w czasie kampanii mówił o całkowitym zakazie wstępu muzułmanów do USA i w związku z tym w rozpatrywaniu dekretu należy brać pod uwagę te wcześniejsze jego wypowiedzi.

Natomiast administracja wskazywała, że „nie jest to zakaz dla muzułmanów”. Dekret odnosi się do osób pochodzących z krajów, w których terroryzm jest powszechnym zjawiskiem bądź które podejrzane są o finansowanie terroryzmu.

W styczniu Trump ogłosił pierwszą wersję zakazu wjazdu w formie rozporządzenia wykonawczego, argumentując, że chodzi o zabezpieczenie kraju przed terroryzmem. Dotyczył on obywateli siedmiu państw: Iranu, Iraku, Libii, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu.

Drugi zmodyfikowany zakaz, wprowadzony w marcu, podobnie jak pierwszy został zaskarżony. Rozporządzenie w nowej wersji zawiesiłoby na 90 dni możliwość wystawiania nowych wiz wjazdowych do USA obywatelom sześciu krajów: Iranu, Libii, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu, a także na 120 dni zawiesiłoby przyjmowanie uchodźców.

PAP/JN

USA: Donald Trump krytykuje strategię resortu sprawiedliwości w sprawie „rozwodnionej” wersji dekretu imigracyjnego

Administracja Donalda Trumpa oczekuje na ocenę przez Sąd Najwyższy zgodności z prawem zakazu wjazdu dla obywateli sześciu krajów muzułmańskich. Dekret prezydenta w tej sprawie został zablokowany.

W serii wysłanych w poniedziałek rano tweetów prezydent wezwał ministerstwo do przyśpieszenia postępowania sądowego w sprawie dekretu, który jest zmodyfikowaną wersją rozporządzenia zakazującego wjazdu do USA obywatelom kilku krajów muzułmańskich.

Donald Trump zaapelował do resortu o forsowanie „znacznie twardszej wersji” zakazu. Nie jest jasne, czy prezydent zwrócił się też oficjalnie do ministerstwa sprawiedliwości w tej sprawie. Biały Dom i resort nie udzieliły w tej sprawie komentarza.

[related id=”19960″]

W czwartek administracja Donalda Trumpa wystąpiła w trybie pilnym do Sądu Najwyższego o ocenę zgodności z prawem zakazu wjazdu dla mieszkańców sześciu krajów zamieszkanych w większości przez muzułmanów. Dekret prezydencki w tej sprawie został zablokowany przez sądy niższych instancji.

W razie pozytywnej opinii administracja może liczyć na natychmiastowe wprowadzenie dekretu w życie, co uchyliłoby decyzje sądów niższych instancji w Maryland i Wirginii.

Decyzja Sądu Najwyższego w sprawie uznania lub uchylenia rządowego wniosku oczekiwana jest w ciągu dwóch tygodni od złożenia wniosku. Ministerstwo sprawiedliwości wnioskowało o przyspieszenie procedury, co znaczy, że sędziowie SN mogliby zacząć rozpatrywanie sprawy w październiku. To zaś oznacza, że jeśli w czerwcu sędziowie przychylą się do wniosku ministerstwa sprawiedliwości i dekret imigracyjny zostałby przywrócony ze skutkiem natychmiastowym, to ostateczna decyzja w tej sprawie zapadłaby na długo po upływie 90-dniowego okresu obowiązywania dekretu.

[related id=”20911″ side=”left”]

Pod koniec stycznia Donald Trump ogłosił pierwszą wersję zakazu wjazdu w formie rozporządzenia wykonawczego (dekretu), argumentując, że chodzi o zabezpieczenie kraju przed terroryzmem. Dekret wywołał lawinę pozwów sądowych i protestów obrońców praw muzułmanów i imigrantów. Kilka sądów federalnych wydało orzeczenie wstrzymujące jego wykonanie. Biały Dom odwołał się do sądu apelacyjnego, ale ten podtrzymał decyzję niższych instancji.

Administracja Donalda Trumpa zmodyfikowała następnie zakaz, jednak drugi dekret w tej sprawie, wprowadzony w marcu, również został zaskarżony. Rozporządzenie w nowej wersji zawiesiłoby na 90 dni możliwość wystawiania nowych wiz wjazdowych do USA obywatelom sześciu krajów: Iranu, Libii, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu, a także na 120 dni zawiesiłoby przyjmowanie uchodźców.

PAP/JN

USA/Republikanie chwalą decyzję Donalda Trumpa w sprawie porozumienia paryskiego. Demokraci i większość mediów krytykują

Przywódcy Partii Republikańskiej uznali czwartkową decyzję prezydenta Donalda Trumpa o wyjściu USA z porozumienia paryskiego za “słuszny i odważny krok” w obronie „zagrożonych interesów amerykańskich”

Przywódcy republikanów, w przeciwieństwie do demokratów i zdecydowanej większości mediów, których zdaniem decyzja Donalda Trumpa będzie miała prawie “apokaliptyczne konsekwencje”, zwracają uwagę na genezę tego ich zdaniem „złego porozumienia”, negocjowanego w imieniu USA przez poprzednią demokratyczną administrację Baracka Obamy z prawie całkowitym pominięciem amerykańskiego Kongresu.

– Decyzja Trumpa – powiedział senator Mitch McConnell, przywódca republikańskiej większości w Senacie – jest kolejną znaczącą odpowiedzią na dokonany przez administrację Obamy zamach na amerykańską produkcję energii i na amerykańskie miejsca pracy”.

– Kiedy poprzednia administracja przyłączyła Amerykę do realizacji nieosiągalnego celu, zapowiedzieliśmy, że będziemy walczyć z tą samowolną decyzją Obamy wszelkimi sposobami – dodał senator McConnell, który reprezentuje w Senacie „górniczy” stan Kentucky.

[related id=”22423″]
Jednym z głównych argumentów przywódców Partii Republikańskiej, wymienianych na poparcie decyzji Trumpa, jest przeświadczenie, że porozumienie paryskie ma wszelkie formalnoprawne cechy traktatu międzynarodowego, który zgodnie z Konstytucją powinien być ratyfikowany przez Senat.

– Jeśli Barack Obama był przekonany, że porozumienie paryskie było takie wspaniałe, to dlaczego zamiast przedstawić je do ratyfikacji przez Senat, doprowadził do niego z pominięciem Kongresu? – zapytał na Twitterze były republikański gubernator stanu Arkansas, Mike Hackabee.

Podobnych argumentów użył Scott Pruitt, kontrowersyjny dyrektor federalnej Agencji Ochrony Środowiska (EPA), mianowany na to stanowisko przez Donalda Trumpa.

Pruitt podkreślił kilkakrotnie, że dyskusje w Białym Domu nad decyzją prezydenta nie dotyczyły kwestii, czy “globalne zmiany klimatyczne są rzeczywiste i spowodowane działalnością człowieka”, ale tego, czy „porozumienie paryskie jest dobre dla interesów Ameryki i amerykańskiego rynku pracy.” Dodał, że nawet „lewica ekologiczna”, nazwana ostatnio przez jednego z komentatorów „międzynarodówką ekologiczną”, dostrzega ułomności porozumienia paryskiego.

W tym kontekście wskazał na wypowiedzi prof. Jamesa Hansena, byłego głównego naukowca NASA, który nazwał porozumienie paryskie „oszustwem, bzdurą i badziewiem”. Prof. Hansen, obecnie wykładowca Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, jako jeden z pierwszych naukowców ostrzegał przed ekologiczną katastrofą spowodowaną wzrostem stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze Ziemi.

Wielu republikanów, jak ceniony przez obie partie senator Lindsey Graham, zamiast wdawać się dyskusje z demokratami nad zasadnością decyzji Trumpa, z nadzieją przyjęło przedstawioną przez amerykańskiego prezydenta możliwość renegocjacji porozumienia paryskiego.

– Popieram decyzję prezydenta, aby ponownie włączyć się do porozumienia paryskiego, kiedy będzie zawierało lepsze warunki dla Ameryki i biznesu – napisał sen. Lindsay Graham na Twitterze.

Demokraci nie biorą takiej możliwości pod uwagę. Natychmiast po ogłoszeniu przez Trumpa jego decyzji, demokratyczni gubernatorzy trzech stanów: Kalifornii, Nowy Jork i Waszyngton ogłosiło stworzenie koalicji pod nazwą Sojusz Klimatyczny Stanów Zjednoczonych (United States Climate Alliance).

Celem koalicji tych trzech, mających opinię lewicowych, stanów jest redukcja przez te stany emisji gazów cieplarnianych do poziomu określonego przez „porozumienie paryskie”. Ludność Kalifornii oraz stanów Nowy Jork i Waszyngton stanowi ok. 20 procent populacji Stanów Zjednoczonych.

– Skoro Prezydent Stanów Zjednoczonych jest „nieobecny bez usprawiedliwienia” w tym wyjątkowym przedsięwzięciu ludzkości, to Kalifornia i inne stany muszą podjąć się tego zadania – stwierdził gubernator Kalifornii Jerry Brown w oświadczeniu wyjaśniającym motywy powołania sojuszu.

PAP/JN

Jean-Claude Juncker: Decyzja Donalda Trumpa w sprawie porozumienia klimatycznego sprzeciwia się oczekiwaniom świata

„Pacta sunt servanda; to sprawa zaufania i przywództwa” – tak z kolei skomentował wycofanie się USA z umowy paryskiej Antonio Tajani, którego zdaniem pakt przetrwa nawet bez uczestnictwa Amerykanów.

Przewodniczący KE Jean-Claude Juncker powiedział, że zaangażowanie Unii Europejskiej w porozumienie paryskie jest niezmienne i będzie ona nadal prowadzić walkę ze zmianami klimatu.

Pacta sunt servanda. Należy przestrzegać paryskiej umowy. To sprawa zaufania i przywództwa – napisał również na Twitterze przewodniczący Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani. Jego zdaniem umowa przetrwa –  z udziałem USA czy bez.

[related id=”13680″]

– Ci, którzy z niej zrezygnują, zignorują historyczną szansę dla obywateli, planety i gospodarki. UE będzie nadal działać na rzecz walki ze zmianami klimatu i dążyć do stania się światowym liderem w przyciąganiu inwestycji, innowacji i technologii, tworzeniu miejsc pracy i zwiększeniu konkurencyjności.

Prezydent USA Donald Trump ogłosił w czwartek, że Stany Zjednoczone wycofają się z paryskiego porozumienia klimatycznego z 2015 roku, co jest spełnieniem jego obietnicy, że będzie przedkładał interesy amerykańskich pracowników i konsumentów nad inne.

Donald Trump oświadczył, że wycofanie USA z porozumienia „nie będzie miało dużego wpływu” na klimat. Ocenił, że koszty tego porozumienia ponosili dotąd amerykańscy podatnicy i firmy w USA. Uważa, że rezygnacja ze zobowiązań wynikających z porozumienia będzie korzystna dla amerykańskiego sektora energetycznego i przemysłu.

Przyjęte w grudniu 2015 roku na konferencji klimatycznej ONZ w Paryżu porozumienie ratyfikowało dotąd 147 państw. USA uczyniły to we wrześniu ubiegłego roku, zobowiązując się do działań na rzecz ograniczenia wzrostu średniej temperatury na świecie do wyraźnie mniej niż 2, a jeśli to możliwe do 1,5 stopnia Celsjusza w porównaniu z epoką przedindustrialną. Wymaga to zredukowania globalnej emisji gazów cieplarnianych, w której udział USA wynosi według porozumienia paryskiego 17,89 procent. Wyprzedzają je pod tym względem tylko Chiny z udziałem 20,09 procent.

PAP/JN

Rosja/ Resort obrony: Rosyjskie lotnictwo w Syrii ma siłę ognia i dość środków, by skutecznie zniszczyć terrorystów

Ponad 80 dżihadystów zgięło w wyniku ataków przeprowadzonych przez rosyjskie siły zbrojne na konwoje bojowników Państwa Islamskiego uciekających z Ar-Rakki, ich nieformalnej stolicy na północy Syrii.

Resort poinformował, że siły rosyjskie systematycznie bombardują dżihadystów uciekających z Rakki.

Do tego miasta zbliżają się obecnie siły kurdyjsko-arabskie wspierane przez międzynarodową koalicję pod wodzą USA. AFP podała, że we wtorek zbliżyły się one do wschodnich peryferii Rakki, ale są jeszcze dalekie od rozpoczęcia szturmu na miasto. Dżihadyści uciekają z Rakki od strony południowej.

Resort obrony podał, że rosyjskie uderzenia nastąpiły 25, 29 i 30 maja, a ich celem były konwoje przemieszczające się z Rakki w kierunku Palmiry w środkowej Syrii. Poinformowano, że zniszczono kilkadziesiąt samochodów, a także wyposażenie wojskowe.

[related id=20623]

– Jakakolwiek podjęta przez bojowników Państwa Islamskiego próba opuszczenia Rakki w kierunku Palmiry będzie stanowczo powstrzymana. Rosyjskie lotnictwo w Syrii ma siłę ognia i środki, by skutecznie niszczyć terrorystów o jakiejkolwiek porze dnia czy nocy – zapewniło ministerstwo.

W środę ministerstwo obrony Rosji przekazało, że fregata „Admirał Essen” i okręt podwodny „Krasnodar” przeprowadziły z Morza Śródziemnego atak z użyciem pocisków manewrujących Kalibr, którego celem były pozycje i obiekty Państwa Islamskiego w rejonie Palmiry.

PAP/JN

USA/ Donald Trump: W czwartek ogłoszę decyzję w tej sprawie – media przewidują, że wycofa się z porozumienia paryskiego

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział, że w czwartek o godz. 15 czasu lokalnego (godz. 21 w Polsce) ogłosi decyzję ws. paryskiego porozumienia klimatycznego. Trump poinformował o tym na Twitterze.

Decyzja – jak zaznaczył – będzie ogłoszona w Ogrodzie Różanym przy Białym Domu.

Zdaniem amerykańskich mediów Donald Trump zamierza się wycofać z porozumienia paryskiego, co zdaje się potwierdzać także niezwykle trudny przebieg rozmów w tej sprawie między nim i pozostałymi przywódcami państw wchodzących do grupy G7.

Trump odmówił zobowiązania się do realizacji postanowień przełomowego porozumienia paryskiego z 2015 r. o ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych. Prezydent USA „uparcie” twierdził, że „środowisko jest bardzo, bardzo” dla niego ważne, ale jednocześnie jasno dał do zrozumienia, że cele dotyczące środowiska zatwierdzone przez poprzednią administrację Baracka Obamy są zbyt kosztowne dla amerykańskiej gospodarki” – napisał w komentarzu po spotkaniu na szczycie w Taorminie dziennik „Financial Times”.

[related id=”17856″]

Dziennik zwrócił też w komentarzu uwagę na fakt, że prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegł na szczycie, iż inne mocarstwa, takie jak Chiny i Indie, będą gotowe do przejęcia przywództwa w walce z globalnym ociepleniem, jeśli USA zdecydują się od tego odwrócić.

Axios Media podały w sobotę, powołując się na trzy niezależne źródła w administracji prezydenckiej, że Donald Trump powiadomił już najbardziej zaufanych pracowników, że zamierza wycofać się z podpisanego w grudniu 2015 r. w Paryżu porozumienia ONZ o przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym.

O wypełnienie zobowiązań wynikających z porozumienia paryskiego przez USA apelowali do prezydenta Donalda Trumpa partnerzy z G7 w czasie szczytu w Taorminie na Sycylii.

Donald Trump niejednokrotnie wyrażał swój sprzeciw wobec postanowień umowy paryskiej podpisanej w ramach konwencji ONZ o przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym, uznając przyjęte w niej założenia za zbyt kosztowne dla USA.

Porozumienie paryskie zostało podpisane w grudniu 2015 r. przez 195 państw w celu utrzymania wzrostu średniej temperatury światowej na poziomie poniżej 2 stopni Celsjusza. Wymagało ratyfikacji co najmniej ze strony 55 państw, które łącznie wytwarzają 55 proc. globalnych zanieczyszczeń.

PAP/JN

USA: Test rakietowego systemu obronnego przeprowadzony we wtorek przez Pentagon zakończył się sukcesem

Testowano część systemu wykorzystywaną do zestrzeliwania międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej. Może to być odpowiednim sygnałem dla Korei Płn.

Próba polegała na zniszczeniu w powietrzu atrapy rakiety o specyfikacji takiej jak ICBM z głowicą nuklearną i o zasięgu podobnym do rakiet testowanych w ostatnich tygodniach przez Koreę Północną.

Agencja Obrony Przeciwrakietowej (MDA) Pentagonu poinformowała, że rakieta została wystrzelona z poligonu testowego USA na Wyspach Marshalla na Oceanie Spokojnym. Pocisk został zniszczono przy użyciu pocisku przechwytującego, wystrzelonego z bazy lotniczej Vandenberg w południowej Kalifornii. Był to pierwszy tego typu test zakończony sukcesem od ponad trzech lat.

[related id=”2891″]

MDA podkreśliła w komunikacie, że próba nie była bezpośrednią odpowiedzią na działania Korei Północnej, ale jednocześnie wyraziła przekonanie, że będzie ona odpowiednim sygnałem dla Pjongjangu.

Jak pisze agencja AP, próba, której koszt to 244 mln dolarów, nie potwierdziła, że w warunkach wojennych USA byłyby w stanie przechwycić ICBM wystrzeloną przez Koreę Północną. – Wstępne dane wskazują, że próba spełniła swój główny cel, ale działania systemu będzie nadal oceniane na podstawie danych telemetrycznych i innych danych uzyskanych podczas próby – podkreślił szef MDA, wiceadmirał Jim Syring.

Około połowy dotychczasowych prób zakończyło się niepowodzeniem, co spotkało się ze znaczną krytyką i sugestiami, że USA mają ograniczoną zdolność do obrony przed pociskami o zasięgu międzykontynentalnym.

Obecnie w bazie powietrznej Vandenberg oraz Fort Greely w stanie Alaska rozmieszono 36 rakiet przechwytujących wchodzących w skład rakietowego systemu obrony powietrznej. Do końca tego roku ich liczba ma zostać zwiększona do 44.

PAP/JN

Jens Stoltenberg zapewnia, że USA mimo braku jasnej deklaracji akceptują treść art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego

Według sekretarza generalnego NATO, prezydent Donald Trump swoimi czynami potwierdza swoje przywiązanie do NATO, co oznacza też przywiązanie do idei kolektywnej obrony w ramach Paktu.

Przywódcy państw Sojuszu Północnoatlantyckiego po raz pierwszy spotkali się na czwartkowym miniszczycie NATO w Brukseli z nowym prezydentem USA Donaldem Trumpem. Amerykański przywódca przed objęciem stanowiska krytykował państwa, które nie przeznaczają na obronność 2 proc. PKB, podając nawet w wątpliwość ich obronę przez USA.

Dlatego też podczas szczytu oczekiwano jego publicznej deklaracji o przywiązaniu Stanów Zjednoczonych do stanowiącego podstawę Sojuszu art 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Ta jednak nie padła podczas jedynego wystąpienia amerykańskiego prezydenta w czasie odsłonięcia przez niego pomnika upamiętniającego ofiary zamachów z 11 września 2001 r. oraz art. 5 Traktatu.

Monument wykonany został z poskręcanego elementu stalowej konstrukcji nowojorskiego wieżowca, który runął po ataku terrorystycznym z 11 września 2001 r. Ma przypominać, że Sojusz po tych wydarzeniach po raz pierwszy skorzystał z art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Mówi on o tym, że zbrojna napaść na jedną ze stron będzie uznana za napaść przeciwko wszystkim i dlatego każda z nich udzieli one pomocy stronie napadniętej, podejmując „niezwłocznie (…) działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego”.

[related id=”16711″]

Sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg na konferencji prasowej po spotkaniu liderów Sojuszu starał się bagatelizować sprawę braku deklaracji Donalda Trumpa odnośnie do art 5 Traktatu. Twierdził, że amerykański prezydent w rozmowach z nim deklarował przywiązanie do NATO, a to samo przez się oznacza przywiązanie do art 5. Według PAP, ze słów Stoltenberga wynika jednak, że prezydent Trump nawet podczas zamkniętej sesji nie wygłosił w tej sprawie jasnej deklaracji.

Według Jensa Stoltenberga prezydent Donald Trump uroczyście odsłaniając pomnik poświęcony 11 września i art. 5, dał silny sygnał. Mocno potwierdził tym przywiązanie Stanów Zjednoczonych do NATO, do zbiorowego bezpieczeństwa, kolektywnej obrony i gwarancji bezpieczeństwa. „Zrobił to również podczas spotkań ze mną w Waszyngtonie, gdy spotkaliśmy się przed kilkoma tygodniami” – oświadczył Stoltenberg.

Przekonywał, że ważniejsze od słów są czyny, a administracja Donalda Trumpa zaproponowała w tym tygodniu wzrost wydatków na obecność militarną USA w Europie o 40 proc. „Sądzę, że to najmocniejszy z możliwych znaków przywiązania do NATO” – powiedział sekretarz generalny Sojuszu.

[related id=”19923″ side=”left”]

Zgodnie z zapowiedziami, szczyt zajął się kwestią podziału obciążeń między sojuszników, w tym wydatków obronnych państw wchodzących do NATO. Donald Trump, który mówił o tej sprawie jeszcze podczas kampanii wyborczej, wypomniał stojącym tuż obok niego w czasie publicznej uroczystości odsłonięcia pomnika przywódcom, że nie przeznaczają 2 proc. PKB na cele obronne.

„Dwadzieścia trzy z dwudziestu ośmiu krajów członkowskich ciągle nie płacą tego, co powinny, na obronę. To nie fair wobec podatników w Stanach Zjednoczonych. Wiele z tych krajów jest winnych ogromne sumy pieniędzy za ubiegłe lata” – oświadczył amerykański przywódca.

Jens Stoltenberg uważa, że Trump wyszedł z jasnym przesłaniem, iż wszyscy sojusznicy muszą wywiązać się z zobowiązań, które podjęli w sprawie zwiększenia wydatków na obronność. Dodał przy tym, że NATO wykonuje swoją pracę. „Wciąż mamy długą drogę do przebycia, jeszcze wiele do zrobienia, ale jest bardzo ważne, że po latach spadku wydatków na obronę w Europie i Kanadzie, nastąpił przełom w 2015 r. Zatrzymaliśmy cięcia, a w 2016 r. mieliśmy znaczący wzrost”.

Państwa NATO zgodziły się podczas szczytu na tworzenie corocznych planów dotyczących tego, jak będą dochodzić do celu 2 proc. PKB w wydatkach na obronność. „Plany krajowe będą pokrywały trzy główne obszary – wydatki, możliwości obronne oraz wkład w misje” – tłumaczył. Pierwszy zestaw raportów ma być gotowy do końca grudnia. Ministrowie obrony mają je przejrzeć do lutego.

[related id=”20911″]

Szefowie państw i rządów krajów sojuszniczych rozmawiali też o stosunku do Rosji. Jens Stoltenberg powiedział, przywódcy potwierdzili dwutorowe podejście – silną obronę w połączeniu z dialogiem. „NATO to sojusz obronny, NATO nie dąży do konfrontacji z Rosją”.

Wypomniał przy tym Moskwie, że wykorzystuje siły wojskowe, by zmieniać przebieg granic w Europie. Zwrócił w tym kontekście uwagę na agresję Rosji na Ukrainę i nielegalną aneksję Krymu. „NATO musiało zareagować. Nikt nie myślał o przemieszczaniu oddziałów bojowych do krajów bałtyckich i Polski przed aneksją Krymu przez Rosję”.

Sekretarz generalny Sojuszu zaznaczył, że NATO ma zamiar kontynuować silne partnerstwo z Ukrainą, dostarczając wsparcia politycznego temu krajowi.

Szefowie państw i rządów krajów NATO potwierdzili przystąpienie Sojuszu do międzynarodowej koalicji przeciw tzw. Państwu Islamskiemu (IS). Uzgodnili też plan działań, aby zwiększyć wysiłki w walce z terroryzmem. NATO będzie kontynuować szkolenie sił irackich i afgańskich, zwiększy wsparcie systemu rozpoznania AWACS dla koalicji przeciw IS. NATO nie zamierza jednak angażować się w działania bojowe.

Dodał, że wszyscy sojusznicy zgodzili się co do konieczności utrzymania misji szkolącej afgańskie siły bezpieczeństwa, w tym współpracy z afgańskimi siłami specjalnymi. Niektóre kraje zapowiedziały zwiększenie swojego zaangażowania. Konkretne liczby mają być podane jeszcze w tym roku.

NATO zamierza intensywniej wykorzystywać samoloty systemu rozpoznania i ostrzegania AWACS, zwiększając liczbę godzin w powietrzu i uzupełnianie paliwa podczas lotu. Sojusz ma utworzyć nową komórkę do wymiany informacji na temat siatek terrorystycznych, w tym tzw. zagranicznych bojowników, czyli mieszkańców krajów zachodnich, którzy przyłączyli się do dżihadystów.

Na przyłączenie NATO do liczącej 68 krajów koalicji przeciwko IS nalegały od ponad roku Stany Zjednoczone, które nią dowodzą. Choć wszystkie kraje członkowskie Sojuszu indywidualnie należą do koalicji, zaangażowaniu się NATO jako instytucji niechętna była część sojuszników, z Francją, Włochami i Niemcami na czele. Kraje te obawiały się konfrontacji NATO z Rosją w Syrii i wzbudzenia niechęci krajów arabskich wobec Sojuszu.

PAP/JN

Włochy/Szczyt G7 w Taorminie. Oczekuje się, że po zamachu w Manchesterze obrady skoncentrują się na walce z terroryzmem

W piątek rozpoczyna się 43. szczyt przywódców krajów G7: USA, Wlk. Brytanii, Włoch, Francji, Niemiec, Kanady i Japonii. Po raz czwarty – bez udziału Rosji. Jednak jej opinie będą częścią dyskusji.

Przy stole obrad G7 zadebiutuje czworo nowych przywódców: prezydent USA Donald Trump, premier Włoch Paolo Gentiloni, szefowa brytyjskiego rządu Theresa May oraz sprawujący urząd od kilkunastu dni prezydent Francji Emmanuel Macron. Będą także: kanclerz Angela Merkel, premierzy Kanady Justin Trudeau i Japonii Shinzo Abe.

Przybędą przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker i szef Rady Europejskiej Donald Tusk.

[related id=”19480″]

Będzie to już czwarte forum polityczno-ekonomiczne szefów państw i rządów bez udziału Rosji. Kraj ten, który uczestniczył w formule G8, został w niej zawieszony w 2014 roku po rosyjskiej aneksji Krymu. Głos Rosji zostanie wzięty pod uwagę w czasie obrad – zapowiedział ich gospodarz premier Gentiloni.

W czasie spotkania z prezydentem Władimirem Putinem w Soczi 17 maja szef włoskiego rządu oświadczył, że Rosja jest „bardzo ważnym aktorem na scenie międzynarodowej w kontekście wydarzeń w rejonie Morza Śródziemnego i innych”. Dlatego – dodał Gentiloni – opinie Moskwy „muszą stanowić część dyskusji” w Taorminie.

“Uwzględnienie tak ważnego aktora to obowiązek tego, którego zadaniem jest przewodniczenie G7” – dodał.

Komentatorzy we włoskiej prasie podkreślają, że po poniedziałkowym zamachu w Manchesterze na pierwszym planie rozmów będzie walka z terroryzmem.

Paolo Gentiloni zapowiedział dzień po tym ataku: „Pracujemy nad tym, aby z obrad G7 w Taorminie wystosowany został tak mocny komunikat, jak to możliwe, w sprawie nadzwyczajnego wspólnego zaangażowania przeciwko terroryzmowi”.

[related id=”20272″ side=”left”]

„To będzie okazja, by powtórzyć razem, że nikczemność tych, którzy odbierają życie młodym ludziom, nie wygra z naszą wolnością” – dodał włoski premier.

Według agencji Ansa przedstawiciele wszystkich delegacji w trybie pilnym przystąpili do prac nad wspólnym dokumentem dotyczącym walki z terroryzmem.

Znacznie trudniejszym tematem dyskusji przy stole siódemki, zauważają włoscy komentatorzy, będą kwestie klimatyczne.

Zwraca się uwagę, że według źródeł francuskich możliwe jest, że włoska prezydencja w G7 będzie zmuszona z powodu podziałów przygotować dwa teksty na ten temat. Jeden byłby bardziej umiarkowany, a zatem „rozczarowujący”, a drugi zawierający zobowiązania siedmiu potęg gospodarczych, przede wszystkim USA, w sprawie realizacji porozumienia klimatycznego z Paryża.

Strona francuska, podkreśla dziennik „Il Sole-24 Ore”, oczekuje, że Trump wyjaśni jednoznacznie, czy zamierza tej umowy przestrzegać, czy też ją porzuci. Ekonomiczna gazeta nie wyklucza, że prace nad dokumentem końcowym obrad może opóźnić nie tylko sporna sprawa klimatu, ale także kwestie handlowe. I w tych, dodaje, stanowisko strony amerykańskiej nie jest jasne.

[related id=”18132″]

Dziennik „La Repubblica” podkreśla, że od przywódców oczekuje się silnego sygnału sprzeciwu wobec protekcjonizmu. Protekcjonistyczne skłonności głównego uczestnika szczytu, czyli Donalda Trumpa, już ostygły – zauważają komentatorzy.

Należy przygotować się na to, że prezydent USA, osłabiony przez kłopoty na wewnętrznej scenie politycznej, między innymi przez sprawę domniemanych powiązań jego sztabu wyborczego z Rosją, przybędzie na włoską wyspę „o kulach” – uważa cytowany przez Ansę ekspert Alberto Forchielli.

Jak dodał, naprzeciwko tego najbardziej eurosceptycznego z prezydentów USA stanie Europa pełna nowego wigoru i wzmocniona dzięki wyborom we Francji i jeszcze silniejszej pozycji kanclerz Angeli Merkel.

“Na G7 nie zobaczymy administracji USA gotowej stawić czoło Europie” – ocenił Forchielli.

Były dwukrotny premier Włoch i były przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi w artykule na łamach rzymskiego dziennika „Il Messaggero” napisał: „Szczyt będzie okazją do tego, by zobaczyć, jakie stanowisko nieprzewidywalny Trump zajmie wobec swych rozmówców, z których kilkoro nie należy na pewno do jego ulubieńców”.

Prodi zaapelował też do rządu Paolo Gentiloniego o to, by przy stole obrad stanowczo poruszył kwestię migracji i konieczności wypracowania wspólnej strategii wobec tego zjawiska.

„W obliczu tego ogromnego fenomenu zostaliśmy pozostawieni sami sobie przez wszystkich, poczynając od naszych europejskich przyjaciół” – zauważył polityk włoskiej centrolewicy. Przypomniał, że obrady w „raju” w Taorminie odbywać się będą w pobliżu „piekła”, jakie ma miejsce na Morzu Śródziemnym.

Szef włoskiej dyplomacji Angelino Alfano zapowiedział, że kryzys migracyjny będzie tematem jednej z poszerzonych sesji, jakie odbędą się na marginesie szczytu G7. Będą w niej uczestniczyć przedstawiciele Unii Afrykańskiej i rządów kilku krajów Afryki.

Oczekuje się, że tematem dyskusji będzie konflikt w Syrii, choć w tej sprawie obserwatorzy nie przewidują żadnego przełomu.

Premier Japonii Shinzo Abe zadeklarował, że podniesie kwestie prób rakietowych przeprowadzanych przez Koreę Północną.

PAP/JN

USA / Po zapoznaniu się z ekspertyzą amerykański Senat może rozpocząć pracę nad ustawą o reformie opieki medycznej

Kongresowe Biuro Budżetu (CBO) przedstawiło w środę analizę kosztów społecznych i finansowych wprowadzenia w życie ustawy o reformie medycznej przyjętej 4 maja br. przez Izbę Reprezentantów.

Przedstawienie ekspertyzy pozwala na rozpoczęcie prac nad taką ustawą w Senacie.

Eksperci CBO w swojej analizie kosztów i konsekwencji realizacji ustawy o zniesieniu Obamacare i wprowadzeniu nowego systemu opieki medycznej przewidują, że wprowadzenie w życie tej ustawy spowoduje utratę ubezpieczenia medycznego przez 23 mln Amerykanów, wzrost o 20 proc. wysokości składek ubezpieczeniowych w pierwszych latach po wprowadzeniu reformy, oraz – na co przede wszystkim zwracają uwagę republikańscy autorzy tej ustawy – przyczyni się do zaoszczędzenia w budżecie państwa 119 mld dolarów w ciągu najbliższych 10 lat.

Przewidywane w raporcie CBO zmniejszenie deficytu w budżecie rządu federalnego ma kolosalne znaczenie dla przyszłości ustawy o zniesieniu Obamacare w Senacie.

[related id=”18132″]

Senat z powodu własnych regulacji nie może dyskutować projektów ustaw powodujących w ciągu najbliższych 10 lat wzrost deficytu powyżej określony pułap, dlatego zapewnienie przez CBO, że ustawa Izby Reprezentantów o zniesieniu Obamacare nie przyczyni się do zwiększenia deficytu – ale przeciwnie – spowoduje jego zmniejszenia w ciągu 10 lat, pozwala na rozpoczęcie prac nad projektem ustawy o reformie opieki medycznej w wyższej izbie amerykańskiego parlamentu.

Ustawa o zniesieniu Obmacare, oficjalnie nazwana Ustawą o Amerykańskiej Opiece Medycznej (American Health Care Act), została przegłosowana 4 maja br. przez republikańską większość Izby Reprezentantów przewagą zaledwie trzech głosów.

Przyjęcie ustawy przez Izbę Reprezentantów było pierwszym i jak do tej pory jedynym sukcesem w 7-letnich staraniach Republikanów o zniesienie Obamacare i największym zwycięstwem ustawodawczym prezydenta Trumpa w batalii o spełnienie swojej głównej obietnicy wyborczej, jaką była reforma opieki medycznej.

[related id=”19923″ side=”left”]

Ustawa przyjęta przez Izbę Reprezentantów 4 maja została przegłosowana w pośpiechu, bez przeprowadzania rutynowej analizy projektu ustawy przez Kongresowe Biuro Budżetu, którego podstawowym zadaniem jest ocena kosztów dyskutowanych w Kongresie ustaw dla budżetu państwa.

Wcześniej, w marcu tego roku, Republikanie zostali zmuszeni do wycofania pierwotnego projektu tej ustawy, kiedy zorientowali się, że ten projekt nie ma szans na przyjęcie. Jednym z powodów braku poparcia dla pierwotnego projektu była właśnie opinia ekspertów Kongresowego Biura Budżetu.

Eksperci CBO w swojej analizie pierwotnego projektu reformy doszli do wniosku, że w pierwszym roku po jej wejściu w życie, spowoduje ona utratę ubezpieczenia medycznego przez ok. 14 mln, a ciągu 10 lat funkcjonowania nowego systemu 24 mln Amerykanów, o milion więcej niż, zdaniem CBO, straci ubezpieczenie w przypadku realizacji ustawy ostatecznie przyjętej przez Izbę Reprezentantów na początku maja.

Pierwotny projekt ustawy zdaniem ekspertów CBO przyniósłby większe oszczędności dla budżetu państwa: 337 miliardów dolarów w ciągu 10 lat, podczas gdy oszczędności w rezultacie wprowadzenia w życie przyjętej przez Izbę Reprezentantów ustawy są szacowane na 119 miliardów dolarów w ciągu 10 lat.

[related id=”16711″]

Wydatki i oszczędności przewidywane w obu ekspertyzach CBO, przygotowanej w marcu ekspertyzy pierwotnego projektu ustawy i kosztorysu wprowadzenia w życie ustawy zaaprobowanej przez Izbę Reprezentantów 4 maja br., mają według ekspertów głównie formalne znaczenie.

Zarówno pierwotny projekt ustawy, jak jej ostateczna wersja przyjęta przez Izbę Reprezentantów, oparte są na tych samych założeniach, nieznacznie różnią się od siebie – i co najważniejsze – mają nikłe szanse na pozostanie w niezmienionej formie, w projekcie ustawy o reformy opieki medycznej, jaką teraz, po raporcie Kongresowego Biura Budżetu, może zacząć przygotowywać Senat.

Aby republikańska reforma opieki medycznej weszła w życie, senacka wersja ustawy, po jej opracowaniu i przyjęciu, będzie musiała być uzgodniona z ustawą przyjętą 4 maja przez Izbę Reprezentantów podczas konferencji ustawodawczej przedstawicieli obu izb amerykańskiego parlamentu, a następnie przedstawiona prezydentowi do podpisania.

PAP/JN