Abuna Kazimierz Gajowy i Paweł Rakowski o protestach w Libanie: atmosferze wśród protestujących, ich żądaniach i postawie rządu oraz o reakcji medió libańskich na śmierć Abu Bakra al-Baghdadiego.
Abuna Kazimierz Gajowy i Paweł Rakowski opowiadają cały czas o trwających demonstracjach w Libanie. Na ulicach można dostrzec miliony osób. Najwięcej jest młodych. Chociaż banki są zamknięte, to atmosfera między protestującymi jest coraz lepsza. Libańczycy z 18 różnych wspólnot „czują się jedną rodziną” w czasie protestów. Przywódca Hezbollahu Hasan Nasr Allah nie wie, kto wspomaga protesty. Uważa, że są one finansowane przez zagranicę. Po stronie rządowej pojawiają się wezwania do negocjacji i kompromisu, o czym nie chcą słyszeć protestujący. Zwolennicy negocjacji z rządem mogą się powoływać na słowa papieża Franciszka i patriarchy Antiochii, którzy wskazują na dialog jako na właściwą drogę. Słowa patriarchy nie podobają się protestującym:„chrześcijanie mają mu trochę za złe, że trochę bierze stronę rządową”.
Gajowy polemizuje z twierdzeniem Rakowskiego, że nie ma ludzi, którzy by mogli zastąpić obecnie rządzących. Uważa, że nazwiska zastępców nowego rządu są, tylko nie ujawnia się ich, aby rząd nie mógł rozpętać przeciw nim kampanii zniesławiającej, doszukując się np. „powiązań z Syrią”. Są to, jak mówi, „osoby niezwiązane z żadną partią, które polityką się bezpośrednio nie zajmowały”.
Ponadto redaktor „Studia Bejrut” Radia WNET mówi o śmierci Abu Bakra al-Baghdadiego. Libańskie media zastanawiały się, czy samozwańczy kalif faktycznie nie żyje i kto go zastąpi. Wskazują na Turkmena Abdullaha Qardasha, którego córka, przebywająca pod kontrolą iracką, twierdzi, że jej ojciec od dawna nie żyje.
Abuna Kazimierz Gajowy i Paweł Rakowski o protestach w Libanie, ich powodach i stanowisku rządu oraz śmierci al-Baghdadiego.
Abuna Kazimierz Gajowy i Paweł Rakowski o pokojowym proteście w Byblos w Libanie. Protestujący, głównie młodzi ludzie niepamiętający wojny z lat 1975-1990 r., domagają się ustąpienia rządu. Wyszło na ulice ok. 2 mln ludzi, więcej niż połowa dorosłych Libańczyków. Niemniej jednak gabinet również nie zamierza zrezygnować ze sprawowania władzy. Rakowski zauważa, że nie ma też tak naprawdę komu zastąpić obecnie rządzących, poza ludźmi z nimi powiązanymi.
Rząd tak się upiera, ponieważ nie chce tracić apanaży.
Sam protest wygląda idyllicznie. Ludzie na ulicach przypominają prędzej uczestników festynu, czy wiejskiego odpustu. Czemu protestują? Libańczycy czują, że zostali przez władzę okradzeni. Oskarżają, że rządzący okradli ich na miliardy dolarów. Rząd tymczasem czeka na publikację raportu francuskiego koncernu Total, który wyjaśni, czy w Libanie faktycznie są bogate, nieeksploatowane złoża ropy i gazu. Rządzący liczą, że pozytywny wynik raportu wzmocni ich pozycję.
Nasi goście odnoszą się także do zabójstwa Abu Bakra al-Baghdadiego, który jak zauważa Kazimierz Gajowy, sam sobie przybrał takie imię. Abu Bakr to imię pierwszego (wg sunnitów) następcy Mahometa, czyli kalifa, a al-Baghdadi pochodzi od Bagdadu, skąd zmarły terrorysta pochodził. Gajowy podkreśla, że samo zabójstwo tej osoby jako lidera ISIS nie jest najważniejsze. Inną kwestią, która ma większe znaczenie, jest fakt zabójstwa al-Baghdadiego jako samozwańczego kalifa, czyli następcy Mahometa. Muzułmańska święta wojna dzieli się bowiem na dżihad obronny, mający na celu obronę muzułmanów i zajmowanych przez nich terytoriów oraz dżihad zewnętrzny zakładający ekspansję przeciw niewiernym. Ten ostatni może zarządzić jedynie następca Proroka. [W szerokiej definicji dżihadu obronnego mieści się również atak uprzedzający -przyp.red.]
– Protestujący żądają o bezwzględne ustąpienie aktualnego rządu z premierem włącznie. Na dodatek oskarżają całą klasę rządzącą o to, że są złodziejami – dodaje Kazimierz Gajowy.
Kazimierz Gajowy i Paweł Rakowski prosto z Bejrutu mówią o trwających właśnie antyrządowych demonstracjach w Libanie. Wybuchły one w czwartek. Powodem są rosnące koszta utrzymania oraz plany władz, by wprowadzić nowe podatki. Jednym z nich miałby być podatek za używanie komunikatorów takich jak WhatsApp:
Protestujący żądają o bezwzględne ustąpienie aktualnego rządu z premierem włącznie. Na dodatek oskarżają całą klasę rządzącą o to, że są złodziejami i proszą o oddanie wszystkiego, co ukradli.
Jak zaznacza nasz korespondent, Kazimierz Gajowy, każdy w Libanie ma poczucie tego, że rządzący, którzy są decydentami już od wielu lat, na pewno mają coś na sumieniu. Jak dodaje, protestujący proszą, aby wszystkie pensje polityków z miejsca zmniejszyć o 50%.
Paweł Rakowski opowiada o protestach, które odbywają się pokojowo. Atmosfera jest bardzo pokojowa, protestujący machają flagami libańskimi, niepartyjnymi:
Do tego słychać muzykę, atmosfera jest piknikowa i rodzinna […] W protestach udział bierze przede wszystkim młodzież. Domaga się ona tego, aby było sprawiedliwie, aby było dobrze i normalnie. Chociaż nie do końca rozumiem tej normalności, bo Liban ze względu na swoją specyfikę normalnym być nie może.
Jak dodaje Kazimierz Gajowy, dzisiejszy dzień może być kluczowym, gdyż trzy dni temu premier Libanu Sad al-Hariri zapowiedział, że dzisiaj da odpowiedź i powie, co zdecydował:
Wszyscy oczekują na to, że powie dziękuje i złoży dymisję, wraz z całym rządem. Partia Prawicowa Chrześcijańska wczoraj rano wycofała się z rządu, więc praktycznie rząd już upada.
Neoosmanizm, możliwość wzmocnienia ISIS, podział Syrii na trzy państwa i wycofanie żołnierzy amerykańskich z Syrii- komentują dr Tomasz Pugacewicz, Abuna Kazimierz Gajowy i Paweł Rakowski.
Abuna Kazimierz Gajowy i Paweł Rakowski opowiadają o ataku sił tureckich na Kurdów w Syrii. Gajowy pyta się w „Poranku WNET”: „Co chce tym Turcja osiągnąć?”. I po chwili odpowiada, że jest to zapewne chęć przywrócenia potęgi Imperium Ottomańskiego przez Turków.
To marzenia o powrocie imperium osmańskiego na oczywiście nowych geopolitycznych warunkach. nie chodzi o eksterminację fizyczną, ale o pozbawienie Kurdów sił wojskowych, jakiegokolwiek ciężaru politycznego i kulturowego.
Redaktor „Studia Bejrut” dodaje, że na zajętych przez siły tureckie terenach wobec Kurdów stosuje się politykę wynaradawiania, nazwy miast i nazwiska zmienia się na tureckie, zmusza się ludzi do używania języka tureckiego i zabrania im się kultywowania ich zwyczajów. Porównuje to do polityki osmańskiej wymuszającej na podbitej ludności wierność i identyfikację z Imperium.
Rakowski zwraca uwagę na koncentrację sił irańskich przy granicy z Turcją- „nie wiadomo czy chodzi o pacyfikację swoich Kurdów, czy presję na Turcję”. Zauważa, że „Kurdowie podstawą opozycji wobec ISIS”. Osłabienie Kurdów, będzie oznaczać wzmocnienie niedobitków żołnierzy tzw. Państwa Islamskiego.
Ponadto Gajowy przypomina rozmowę, jaką odbył przed 20 laty z jednym z oficerów armii libańskiej na temat przyszłości Bliskiego Wschodu. Wojskowy twierdził, że Syria zostanie podzielona na trzy, a Irak na dwa państwa. Scenariusz taki wydaje się obecnie realny. Na podziale takim nie zyskają jednak Kurdowie, którzy zdaniem Gajowego nie mogą liczyć na zyskanie własnego niepodległego zjednoczonego państwa. Stwierdza, że żadne z zaangażowanych w konflikt mocarstw o Kurdach nie myśli.
Dr Tomasz Pugacewicz mówi, jak ocenia się Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych za wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii. Stwierdza, że Amerykanie posiadają „dość niewielki kontyngent w Syrii”. Zauważa, że amerykańską politykę kształtuje nie tylko prezydent, ale i Kongres, gdzie „sami republikańscy senatorze opowiedzieli się przeciwko temu”. Politolog zauważa, że o ile „poprzednie administracje trzymały się obranego kierunku”, to Donald Trump „potrafi dokonywać zwrotów o 180 stopni”. W związku z tym jedni widzą w amerykańskim prezydenci arcystratega, a inni Szalonego Króla z „Gry o Tron”.
O tym, jak w Libanie żyją obok siebie muzułmanie i chrześcijanie, biedni i bogaci opowiada Paweł Rakowski.
Dziennikarz mediów WNET mówi o swoich wrażeniach z Libanu. Nie jest pierwszy raz w tym kraju, wszelako przyjeżdża tam cyklicznie. Niemniej jednak z każdą podróżą odkrywa na Bliskim Wschodzie coś nowego.
Tutaj bogaty nie boi się biednego, tzn. wszyscy razem stoją w jednym korku – luksusowy samochód obok jakiegoś skuterka, na którym znajduje się 6-7-osobowa syryjska rodzina.
Rakowski mówi również o biednej stronie Bejrutu. Co ciekawe tamto społeczeństwo charakteryzuje życzliwe współistnienie ubogich oraz bogatych. Ludzie ubożsi raczej skupiają się na tym, żeby, dzięki pracy podnieść swój status materialny niż pielęgnują uczucia resentymentu wobec zamożniejszych. Także ludzie z różnych grup religijnych i etnicznych żyją obok siebie, według zasad, jakie wynieśli z domu i nikt nie wchodzi drugiemu w drogę, próbując mu coś narzucić. W ten sposób jest możliwe życie w tym małym i zróżnicowanym społecznie kraju.
Palestyńczycy właściwie zdominowali ten kraj i to doprowadziło do katastrofy.
Nasz rozmówca podkreśla, że ta równowaga jest krucha i zbytnia przewaga jednej z grup, może doprowadzić do konfliktu, takiego jak wojna domowa w latach 1975-1990. Z tego powodu Libańczycy muszą pilnować imigracji. Jak mówi Rakowski sytuacja grupy Syryjczyków, którzy tutaj znaleźli schronienie przed wojną, jest trudna, ale nie tragiczna, jak w niektórych miejscach w Europie.
Warownia już tam była w czasach wyprawy na Kijów Bolesława Śmiałego, następnie bywali pod nią Kozacy, Tatarzy, Moskale, potem Polska. I chociaż historia dalej się toczy, to bez korzystnych rezultatów.
Paweł Rakowski
[W]jechaliśmy do Krzemieńca – małego, 20-tysięcznego miasteczka z wielką historią. Jest tam dom Juliusza Słowackiego, Liceum Krzemienieckie, Zamek Królowej Bony, no i kościół oraz polski cmentarz. Całe miasteczko położone jest w dolinie, przez którą wiedzie główna ulica. W sumie jedyna z jakąś solidną drogą. Polska dała pieniądze na drugą drogę, ale środki rozkradziono, jak prawi wieść miejscowa. Słońce już wzeszło i przymrozek się wzmógł. Pojechaliśmy wyboistą drogą na Zamek, a raczej to, co z niego pozostało. Warownia już tam była w czasach wyprawy na Kijów Bolesława Śmiałego, następnie bywali pod nią Kozacy, Tatarzy, Moskale. Później, wiadomo, zabory, powstania, Wielka Wojna, Polska i koniec; chociaż historia dalej się toczy, to bez korzystnych rezultatów.
Młodzież sennie wspina się na Zamek. Profesor w swoim żywiole. W sposób barwny, treściwy i przystępny objaśnia dzieje miasta i okolicy. Zerkam na panoramę Krzemieńca. Tak to powinno być, myślę sobie. Polska młodzież licealna powinna mieć tam obowiązkowe wycieczki szkolne, tak jak w Izraelu. Skoro ponoć doskoczyliśmy finansowo do „Zachodu”, to czemu nie zrobić obowiązkowych tras, żeby młodzież zobaczyła na własne oczy to, czego i tak nie przeczyta w książkach?
Obowiązkiem powinno być zobaczenie Gniezna, Poznania, Gdyni, Wrocławia, Krakowa, Warszawy, kopalni śląskich, jezior mazurskich i Wilna, Grodna, Lwowa, Kamieńca Podolskiego. Przecież napędziłoby to gospodarkę, a na wschodzie stworzyłoby koniunkturę ekonomiczną dla miejscowych Polaków. Być Polakiem musi się opłacać. (…)
Nowy budynek z nowoczesnym wnętrzem u podnóża krzemienieckiego zamku. Robi wrażenie i daje nadzieję na przyszłe „Ateny Wołynia”. Chociaż nie jest to szkoła w pełnym wymiarze – zajęcia odbywają się od 16:30 i trwają do 20:00. Wykładany jest dla dzieci, młodzieży oraz dorosłych język polski i okolicznościowo historia. Jednak inicjatywa cieszy się tak wielkim zainteresowaniem, że z sąsiednich gmin zgłosiła się już ponad setka kolejnych dzieci i trzeba myśleć o budowie następnego ośrodka, już za miastem. (…)
Dzieci z niesamowitym wigorem zaczęły występ. Wierszyki patriotyczne, mówione z tym akcentem wielkich Polaków, i przebojowa „settlista” (piosenek z doby Niepodległości), jak mawiają w świecie „rocknrolla”. „Co to jest Polska?” – pyta w kółko 8-letni chłopiec, którego trema ogarnęła przed wypowiedzeniem kolejnych linijek wyuczonego tekstu.
No właśnie, co to jest Polska? – niemal podskakuję, słysząc to fundamentalne, lecz w ogóle niezadawane w tym pokoleniu pytanie. Ciągle słychać jakieś farmazony o budowie „drugiej Polski” czy o „odzyskaniu Polski”, czy że „nie taką Polskę się budowało”.
No ale co to jest Polska? Czy to samo jest znaczenie słowa, którym posługiwał się Wincenty Witos, Roman Dmowski, Józef Piłsudski i współcześnie Adam Michnik, Waldemar Pawlak czy Bronisław Komorowski? A może jest to ten sam termin, lecz o innym znaczeniu? Niezmiernie uradowałem się, że to brakujące, kluczowe, egzystencjalne pytanie zostało zadane właśnie na Wołyniu.
Ciąg dalszy hitów – Pierwsza Brygada, Pierwsza Kadrowa, Przybyli ułani (tylko 2 pierwsze zwrotki), O mój rozmarynie – w trakcie którego uświadomiłem sobie, że jednak jesteśmy narodem nie do wyniszczenia. Mogą nas Germanie rozstrzeliwać, bandera siekać, Moskal po Sybirach ganiać, a i tak w swoim czasie, nawet na wołyńskiej ziemi zabrzmi, że „przybyli ułani”.
Cały artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Ateny znowu w Krzemieńcu” znajduje się na s. 7 grudniowego „Kuriera WNET” nr 42/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Ateny znowu w Krzemieńcu” na s. 7 grudniowego „Kuriera WNET” nr 42/2017, wnet.webbook.pl
Obecność szyickiej Partii Boga w Libanie jest niezauważalna. Hezbollahu nie widać, ale on jest, i to na tyle potężny i sprawny, że czasami nie wiadomo, co jest państwem libańskim, a co Hezbollahem.
Paweł Rakowski
Partia Boga i Mossad. Dwie najlepsze globalne firmy zwarte w bezkompromisowej walce. Buenos Aires, Bangkok, Baku, Berlin, Warszawa. Ale chwilowo w południowym Libanie jest spokojnie, chociaż zdaniem ekspertów wojna jest nieunikniona – w tym roku lub za dwa, góra trzy lata.
Abuna Gajowy, nasz rodak mieszkający w Libanie 30 lat, w rozmowie na bazarze w Saidzie – biblijnym Sydonie – powiedział mi, że Hezbollahu nie widać, ale on jest, i to na tyle potężny i sprawny, że czasami nie wiadomo, co jest państwem libańskim, a co Hezbollahem. Przestrzegł mnie też przed nadmierną ciekawością. (…)
Docieram do wielkiego meczetu. Nosi on imię Rafika Haririego, bowiem obok niego ten libański premier został wysadzony w powietrze w 2005 roku. Hariri zasłużył się wielce dla kraju. Odbudował go, czyniąc przy okazji z siebie i swoich synów multimiliarderów, ale to Bliski Wschód i jest to zrozumiałe.
Dziś premierem jest syn Rafika, Saad. Ważne, żeby wojny nie było, a gruzy zamieniły się znowu w domy i kawiarnie.
Co ciekawe, odbudowę Bejrutu wzorowano na odbudowie Warszawy. Libańscy architekci przyjechali do naszej stolicy i radzili się, jak przywrócić miasto do życia. Oczywiście Bejrut powstał na nowo przy pomocy nie Sowietów, lecz Saudów. I to widać. Tylko czy ktoś tutaj mieszka? Miałem wrażenie, że centrum finansowe, administracyjne i gospodarcze tego kraju jest wyludnione, jakby po godzinach pracy ludzie wracali do swoich dzielnic, które Allah im przypisał. (…)
Armia stoi pod parlamentem nie tylko, żeby strzec majestatu państwa przed zbirami salafickimi wałęsającym się bezkarnie po Bliskim Wschodzie, ale przed własnymi obywatelami. Libańczycy, niezależnie od konfesji czy poglądów zgodnie ogłosili, że powywieszają cały parlament, jeśli ten w końcu nie uzgodni ordynacji wyborczej do i tak opóźnionych wyborów parlamentarnych. Samego prezydenta – Michela Aouna – wybrano z trzyletnią zwłoką! Wstyd, hańba, kompromitacja; co na to trybunały i komisje światowe?[related id=26114]
Co więcej, libańscy parlamentarzyści rozważali przyznanie sobie dożywotnich pensji za służbę narodowi! Syn wspomnianego Baszira, Nadim, od 2009 roku zasiadający w parlamencie, publicznie stwierdził, że w młodości nienawidził skorumpowanych polityków, ale sam stał się jednym z nich, jak dorósł. Tylko z czego ci politycy kradną?
Największym posiadaczem ziemskim w Libanie jest Kościół maronicki. Kraj nie ma ropy i gazu (tzn. ma w Morzu Śródziemnym, traf chciał, że przy granicy z Izraelem, i złoża są jeszcze niewydobywalne), aparat państwowy jest niewielki, ponieważ praktycznie państwa nie ma. Surowców eksportowych poza wyśmienitą żywnością oraz ludnością brak. Są jedynie banki, a w nich pokaźne, jedne z największych na świecie zapasy złota. (…)
Z centrum handlowego skierowałem się na wschód główną wielkomiejską arterią. Odrapane bloki, na każdym balkonie suszy się garderoba, kalesony i pieluchy. Dużo pieluch. Tam, gdzie życie, są pieluchy, inaczej mogiła.
Mężczyźni leniwie siedzieli przy swoich kramikach z asortymentem wszelakim. Kobiety – o dziwo – nie wszystkie opatulone zgodnie ze zwyczajem i tradycją, chociaż o krótkich spódnicach mowy być nie może. Pierwsze kilka metrów sławetnej Dahiyi wygląda ubogo, ale normalnie. Ludzie się gapią, ale to chyba naturalny odruch. To nie wielkomiejski i bogaty chrześcijański Bejrut. (…)
Świat dowiedział się o nowym graczu na bliskowschodniej szachownicy w 1983 roku – zamachowcy-samobójcy z nieznanej z imienia organizacji wjechali ciężarówkami nafaszerowanymi ładunkami wybuchowymi w amerykańskie i francuskie koszary, ambasady, a także w izraelską kwaterę główną w okupowanym Tyrze. Tysiące ofiar śmiertelnych, a świat zapoznał się z koncepcją, że w imię Allaha człowiek jest w stanie oddać życie, aby zabijać wrogów.
Hezbollah oficjalnie nie przyznaje się do tych zamachów, wskazując, że powstał w 1985 roku, chociaż wszelkie ślady jawne (m.in. renty dla rodzin zamachowców) i niejawne wskazują, że to była ich robota, a dokładnie Imada Mougniyeha, do 11 września 2001 roku najbardziej poszukiwanego terrorysty na świecie. (…)
Rozglądam się po okolicy – może jedna lub dwie żółte chorągiewki. Żadnych portretów, zdjęć, bilbordów. Nic. Idę dalej i trafiam na szereg serwisów samochodowych. Normalna sprawa. Tych ludzi nie stać, tak jak maronitów, na dwa lub więcej aut – jedno do boksowania się za dnia, a drugie, ekskluzywne, do szpanu w nocy. Skojarzyłem sobie, gdzie w Warszawie za okupacji magazynowano broń – ano w takich przybytkach. W końcu to i to jest metal, a w Dahiyi może on być potrzebny bardzo rychło, kiedy salafici lub Izraelczycy zrobią rajd. Już kilku z ISIS wysadziło się w tej dzielnicy.
Maszeruję dalej Dahiyą i widzę rozwalone budynki, niekiedy bez ścian, ze śladami po kulach. Z której wojny? Nie wiadomo – tyle ich było. (…)
Korzystając z niewielkiego ruchu drogowego, przeszedłem na drugą stronę jezdni. Oczywiście nie było żadnych pasów ani świateł. Po przejściu skrzyżowania znalazłem się w lepszej, bogatszej części Dahiyi. Szklane wieżowce, atrakcyjne witryny sklepowe, jednym słowem – nowoczesność. Czasami zdjęcie szejka Fadl Allaha, jednego z przywódców Hezbollahu, który dystansował się od ruchu.
Moją uwagę przykuł ekskluzywny golibroda. Wszak panowie z Hezbollahu to nie włochaci jak małpy wieśniacy w białych toyotach spod znaku ISIS czy Al-Kaidy! Szyici mają wyglądać schludnie, elegancko i godnie, takie ongiś wydano dyrektywy partyjne.
Idąc w głąb tego obszaru bogactwa, poczułem zmęczenie. Równać się to z Bejrutem Wschodnim nie może i nie po to tutaj przyjechałem. Pierwotnie wyobrażałem sobie Dahiyę jako skrzyżowanie Strefy Gazy z jakimś obozem dla uchodźców. A ja tu nawet nie widziałem zdjęcia Nasrallaha! Co jest? (…)
W telefonie żadnych zdjęć. Chociaż ten zakaz wydaje mi się jedynie skutecznym kontrwywiadem obywatelskim, o którym u nas mówi tylko Rafał Brzeski. I tak satelity, a być może Google to wszystko dokładnie namierzyły i wymierzyły. Ale robienie zdjęć jest czytelnym sygnałem do reakcji, tak żeby komuś z miejscowych nie zarzucono braku czujności. A po co szukać wrażeń?
Wsiadam do busika wypełnionego syryjskimi uchodźcami. Mężczyźni brudni, styrani, bezmyślni, o pustych twarzach. Może, żeby przeżyć, muszą wysyłać swoje żony i córki na żebry lub do sprzedawania swoich ciał w chrześcijańskich enklawach.
Cały artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Przyjdź z Libanu – od wschodniego Bejrutu do serca Hezbollahu” znajduje się na ss. 10-11 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Przyjdź z Libanu – od wschodniego Bejrutu do serca Hezbollahu” na ss. 10-11 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
Patriarcha rozmawiał z prezydentami Francji czy Ameryki i uważa, że oni byli naiwnymi głąbami. Tylko nie nasz papież, który wiedział i rozumiał ten region. On czuł Liban, jego unikalność i specyfikę.
Liban to nie kraj, lecz przesłanie
Marzenia jednak się spełniają, pomyślałem, kiedy w majową niedzielną noc chłodne górskie powietrze uderzyło mnie po wyjściu z terminala lotniska im. Rafika Haririego. Długo oczekiwany Bejrut stał się dla mnie faktem.
Wnet zgarnia mnie do taryfy taksiarz Pierre, pięćdziesięciokilkuletni maronita, który z cygaretem w zębach i bez zapiętych pasów wyjeżdża na autostradę łączącą lotnisko ze stolicą kraju. Pierre chwali się, że ćwierć wieku mieszkał w Manchesterze, ale Interpol nim się zainteresował, to i musiał wrócić.
Mkniemy przez siedliska ludzkie, które nijak się mają do Bliskiego Wschodu, który znałem. Miast małych, przyklejonych do siebie, niewykończonych domków, widzę potężne bloki, wielkie przestrzenie, neony, i wszystko jest z górki lub pod górkę.
– Tu nic się nie dzieje, tu wszyscy śpią, tu jest Dahiya – informuje mnie szofer, na co od razu zacząłem kręcić energicznie szyją, aby zobaczyć jak najwięcej. Dahiya, a więc stolica Hezbollahu, pogromcy Izraela i salafickich bandytów niszczących Syrię i Irak, którzy chcą się wedrzeć także do Libanu! Ale póki co, Dahiya śpi, obudzi się pewnie za 2, 3 godziny na poranne modły, wedle nakazu Allaha i ajatollaha Chomeiniego.
– Szyici są dobrymi przyjaciółmi chrześcijan. Razem to państwo utrzymujemy. Oni siłą Hezbollahu, a my myślą, kulturą i pieniędzmi – zaznacza szofer.
Po Dahiyi przejeżdżam przez Zachodni, sunnicki Bejrut. O, to już znam, prawdziwy Lewant. Brud, brak harmonii, anarchia przestrzenna. Nim oczy przyzwyczaiłem do widoku, minęliśmy tzw. „zieloną linię”, a więc granicę między miastem muzułmańskim i chrześcijańskim. – Tu jest prawdziwe życie – chwali się Pierre, kiedy wjechaliśmy do Wschodniego Bejrutu, którego bogactwo i blichtr biły po oczach.
– Tutaj masz wszystko – panienki, alkohol, kasyna, narkotyki – chociaż te stały się problemem, przez Syryjczyków – informował kierowca. Bogactwo witryn sklepowych, gmachów, samochodów, banków uświadomiło mi, jakimi pariasami jesteśmy nad Wisłą. „Co ja tutaj robię, przecież oczywiste tutaj dla każdego jest, że nie przyjeżdża się do Libanu bez pieniędzy? I to, jak dla mnie, bardzo dużych pieniędzy”.
– To gdzie stał Izrael i wysadzano ambasady oraz koszary amerykańskie – tu czy tam? – pytam Pierra. – Żydzi byli tutaj, w chrześcijańskim mieście, i jak tutaj byli, było dobrze. Jak się wycofali w 1982, to się zaczęło – mówi Pierre, chociaż wyczułem, że nie chce rozmawiać o takich tematach z przeszłości, które mogą być jednoczenie prognozą na przyszłość. Po 40-minutowej jeździe dojechałem do celu. Była nim Junyja, chrześcijańskie miasteczko w nadmorskim pasie maronickim, który się ciągnie od dawnej „zielonej linii” aż do Trypolisu.
Po zameldowaniu się w hotelu otoczonym przez „Super night cluby” usiadłem w ogródku i rozkoszowałem się widokiem na morze oraz na błyszczącą niczym latarnię morską na wzgórzu Harissę – maronicką Jasną Górę. Łyk schłodzonego Al-Maza i „Welcome to Lebanon”, myślę sobie, rozsiadając się pośród palemek oraz bujnej roślinności.
Po chwili z sąsiednich lokali wyłonił się tabun dziewcząt, które zadowolone weszły do busika. Z regularnością z rzadka spotykaną w Lewancie co chwila nadjeżdżały kolejne samochodziki, do których wsiadały kolejne dzierlatki. – Co to jest?– pytam portiera Jiada, którego posądzałem o bycie Druzem. – Te dziewczyny pracują w tych lokalach i teraz jadą do swojego hotelu – poinformował mnie portier. – To dlaczego mówią po arabsku? – pytam, ponieważ tradycyjnymi w tej branży bywają języki słowiańskie. – Te są z Syrii, ale są też Rosjanki, Polki, Ukrainki – wyliczał, po czym dodał, że ich klientela to głównie Saudowie z Zatoki Perskiej, Iranu, ale również członkowie rządu, Hezbollahu czy synowie księży maronickich.
Cały Liban z jego barwnością. Widać, że na pewnym poziomie finansowym panuje „porozumienie ponad podziałami”, a do miasta zjeżdża wielu przybyszy z Zatoki Perskiej, którzy spędzają Ramadan w Bejrucie, bo tam Allah nie widzi.
Niedzielny poranek. Szybko zrywam się z posłania i pędzę w poszukiwaniu Abuny (księdza z maronicka) Kazimierza Gajowego, który oprowadza pielgrzymkę z Radia Podlasie. Biorę taryfę do Bkerke (w Libanie nie ma publicznego transportu), siedziby patriarchy maronickiego Bechary Butrosa Raiego, u którego pielgrzymka ma audiencję. Kardynał Rai znany jest z ostrych publicznych wypowiedzi, w których nie boi się mówić prawdy o islamie. W Bkerke widzę go otoczonego dostojnymi ludźmi, z nabożnością wsłuchujących się w słowa patriarchy, który stał naprzeciw portretu bardzo dobrze znanego i wciąż wielbionego w kraju cedrów Jana Pawła II.
Arabski w Libanie jest delikatny, z melodią francuską, i zamiast szukran mówi się merci, a monsieur i madame są w użyciu codziennym.
W Bkerke dołączam do grupy Abuny Gajowego, byłego misjonarza, a obecnie członka patriarchatu maronickiego. Patriarcha maronicki jest najważniejszą osobą w tym państwie. Jeśli jest jakiś problem, przyjeżdżają tutaj przywódcy religijni oraz polityczni i debatują, jak nie doprowadzić tego kraju do kolejnej wojny domowej.
– Co więcej, Patriarcha jest też największym posiadaczem ziemskim i producentem cementu, a więc Kościół maronicki, jak widzimy, ma bardzo eleganckie świątynie, ponieważ ma dochody z dzierżaw oraz, jak widzisz, w Libanie dużo się buduje i na każdej takiej inwestycji Kościół zarabia. Co więcej, Kościół tutaj nie unika polityki. Wręcz przeciwnie, na kazaniach wpierw ewangelizują, a później zajmują się sprawami społecznymi – zdradza mi tajniki libańskiego dobrobytu Abuna, po czym dodaje, że dla niego po 30 latach w Libanie Libańczyk czy libańskość to tylko maronici i maronityzm.
Następnie Abuna Gajowy objaśnił mnie, że sens istnienia Libanu ukryty jest w bankach i w złocie, ponieważ mają bardzo duże zapasy tego kruszcu, co by wskazywało, że kraj, chociaż stoi na krawędzi wszelkich możliwych kataklizmów, jest komuś potrzebny. Tylko kto decyduje o tym, że jeden jest bogaty a drugi poligonem dziejowym – zastanawiam się w trakcie krótkiej przejażdżki do Harissy.
Wielkie, nowoczesne sanktuarium maryjne było wypełnione po brzegi. Pod kapliczkami zbierała się lokalna kawalerka, która uskuteczniała amory wobec koleżanek. Bachorki darły japki, ludzie gromadzili się przy wejściu na wieżę, na której jest gigantyczny pomnik Matki Boskiej. Jak w Polsce, z tym, że ludzie zamożniejsi i bez wstydu, wzniośle oraz publicznie demonstrują swoją wiarę. W Harissie odbywało się nabożeństwo, z bogatym akompaniamentem – skrzypce, wiolonczela, bliskowschodni ud oraz bębenki.
W 1997 roku był tutaj św. Jan Paweł II, który powiedział, że Liban to nie kraj, a przesłanie. Słowa niezwykle kochanego w Libanie Papieża Polaka uwiecznione są przy górnym wyjściu z kościoła, tuż obok tablicy dziękczynnej dla polskich żołnierzy służących pod patronatem ONZ w południowym Libanie. – Patriarcha powiedział mi, że jedynie Jan Paweł II rozumiał Liban – stwierdził Gajowy. – Wspominał, że rozmawiał z prezydentami Francji czy Ameryki i oni wszyscy byli naiwnymi głąbami. Tylko nie nasz papież, który naprawdę wiedział i rozumiał ten region. On czuł Liban, tę unikalność i specyfikę.
W Harissie jem świeży placek z zatarem, piję szybką, lecz potężnie mocną kawę. Wszyscy tutaj to są nasi, zresztą katolicki świat jest wszędzie, gdziekolwiek zerkam z wysokości Harissy – Wschodni Bejrut, Ghazir, Jeite, Junyja, Byblos. Patrzę na zdrowych i ładnych ludzi, którzy miast na plaży, spędzają ten czas w sanktuarium, a później zjedzą wystawny, lecz zarazem tradycyjny niedzielny posiłek.
Jest poniedziałek 22 maja. Jak każdego miesiąca, już od ćwierćwiecza każdego 22 dnia miesiąca w miejscowości Annayja, około 40 km od Bejrutu odbywa się specjalne nabożeństwo w pustelni i przy grobie św. Charbela – eremity maronickiego, cudotwórcy, o którym wieść na szczęście dotarła także nad Wisłę. Charbel Makhlouf, właściwie Jusuf Anton Maklouf, urodził się w biednej maronickiej wiosce Bika Kafra w 1828 roku. Żył skromnie, pobożnie i ascetycznie, a po swojej śmierci w 1898 roku ciało mnicha nie dość, że nie uległo rozkładowi, to nastąpiła nieprzerwana do dziś seria cudownych uzdrowień. Watykan, zazwyczaj ostrożny w takich przypadkach, zadziałał błyskawicznie – w 1965 beatyfikowano, a w 1977 kanonizowano libańskiego mnicha.
Jadę do Annajya z Iwona, Polką mieszkającą w Libanie ponad 20 lat, która ma męża maronitę i jest wciąż zafascynowana krajem, w którym przyszło jej żyć. Życie jak w Bejrucie jest znacznie lepsze niż przysłowiowy Madryt.
6:30 rano, pogańska pora, ale konieczna, żeby pokonać w sumie nieodległy kawałek górzystego świata. W znanym tym i owym Byblos zatrzymują nas korki. Kiedy kończy się administracyjnie Wschodni Bejrut, a zaczyna Junyja czy Byblos, tego nawet nie widać. Permanentny ciąg siedlisk ludzkich bez numeracji domów, oznakowań administracyjnych, żadnych tabliczek, drogowskazów. Nic. Widać jedynie rezydencje, w których metr kwadratowy wart jest kilkaset tys. dolarów, a u innych „zaledwie” po kilka. Czasami pojawia się lewantyński brud i harmider, ale od razu wiadomo, że to musi być ziemia niczyja, ponieważ prywatna posesja jest zawsze pieczołowicie zagospodarowana przez właściciela albo raczej jego abisyńską służbę.
– Jak tutaj ludzie mogą jeden drugiego odnaleźć, skoro nie ma nazw ulic, domów itd.? – pytam Iwonę. – Jeśli jakiś nieznajomy szuka kogoś, pyta jakiegoś człowieka stąd na ulicy, a ten mu powie, gdzie szukać. No chyba, że akurat zapytasz o wroga, wtedy cię może okłamać albo powiedzieć, że nie wie, nie zna. – A dlaczego wroga? – Tutaj ludzi najbardziej dzieli polityka. Można nie rozmawiać z sąsiadem, a jedynie dyskutować z nim raz na kilka lat w trakcie wyborów – przedstawiała realia libańskie Iwona.
Iwona zamaszyście kręci kierownicą i jako doświadczona „driverka” na libańskich drogach doskonale odnajduje się w świecie, w którym kurs na prawo jazdy jest jednodniowym szkoleniem, w którym należy wykazać się m.in. znajomością znaku o zakazie trąbienia.
– Tutaj ginie więcej ludzi na drogach niż na wojnach – stwierdziła Polka, kiedy uszy zaczęło zatykać od zmiany wysokości. Te góry chroniły chrześcijan, jak i innych „heretyków” – szyitów, Alawitów, Druzów w zdominowanym przez sunnitów świecie. Turcy byli za leniwi, żeby interesować się, kto co wyznaje w tych górach. Zresztą św. Maron, od którego wzięła się nazwa ‘maronici’, też przywędrował w te tereny w IV wieku, ponieważ pogaństwo miało się tutaj całkiem dobrze. Po inwazji muzułmańskiej w VII wieku większość maronitów uciekła w te góry z Syrii. Teraz po wiekach widać, że to była bardzo rozsądna decyzja, chociaż w naszym świecie chrześcijanie nie mają już gdzie uciec.
Po około 40 minutach jazdy i drugiego tyle stania w korkach, dojechaliśmy do sanktuarium w Annayja. Gdzie zaparkować i jak wymanewrować automobilem z tego natłoku? Z jednej strony formowała się kilkutysięczna procesja, na którą nacierały samochody.
Zerkam na górzysty szlak, który przyjdzie mi w słońcu pokonać, i zaczynam powątpiewać. –Jak się zgubimy, to zbiórka będzie pod pomnikiem Charbela – mówi moja przewodniczka i wtapiam się w tłum o różnym wieku i statusie materialnym.
Co ciekawe, nad Wisłą uważa się, że jedynie starzy, chorzy i biedni żyją w Kościele. Rozglądając się po towarzyszach procesji widziałem, że tutaj tak nie jest. Wielki krzyż na szyi, obok torebki bardzo drogiej marki, a w ręku różaniec. Przecież lepiej takie fajne poranki spędzać w kawiarenkach w porcie w Byblos, a nie na procesjach. Jednak jest to obce myślenie dla maronitów, którzy zwalniają się z pracy lub, jak są zbyt bogaci, aby pracować, po prostu przyjeżdżają do Annayji wziąć udział w uroczystościach.
– Dlaczego oni chodzą na bosaka? – pytam Iwonę. – To jest kwestia intencji i wotum – odpowiada i wskazuje mi ludzi, którzy chociaż mają habity, nie są zakonnicami ni zakonnikami – w ten sposób albo proszą o cud albo za niego dziękują.
W tłumie orzeźwiłem się lepiej niż po bliskowschodniej smole, którą nazywają kawą. Pielgrzymi podążali za meleksem, w którym stał ksiądz trzymający złotą monstrancję, a z tyłu siedziała Nouhad Al-Chami, 83-letnia matka dwanaściorga dzieci, która w 1993 roku została „operacyjnie” uzdrowiona w wizji przez Charbela. Współczesna medycyna była niezdolna wyleczyć kobiety i nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób została uzdrowiona. To ona zapoczątkowała charbelowskie miesięcznice, które podbiły chrześcijańskie serca.
Tłum podąża nieśpiesznym krokiem i odmawia różaniec, po arabsku. W sumie, poza językiem, żadnych różnic nie ma – chyba ta, że maronici, ponieważ mieszkają pośród muzułmanów, dodają Boga Jedynego, tak żeby wysławiając Trójcę Świętą w modlitwach, muzułmanin nie uznał, że to modlitwa do 3 bogów.
Zresztą różaniec to jedna z niewielu rzeczy importowanych do życia religijnego maronitów. Chociaż przez wieki nie mieli kontaktu z Rzymem, zawsze modlili się za papieża, którego imienia nawet nie znali. W XVI wieku francuscy misjonarze dotarli do libańskich katolików, co oczywiście powodowało kilka tarć. Maronici nie mają celibatu, obowiązkowego jedynie dla mnichów, z których wyłania się elita tego Kościoła. Mają swoją tradycję, pisma i po kilku wiekach badań Watykan zezwolił, aby Kościół katolicki w Libanie miał swoją kulturalną odrębność. W końcu to prawdziwi starsi bracia w wierze.
Meleks wraz z wiernymi dochodzi do okazałego kościoła. Wykorzystuję chwilę wolną od ceremonii i idę do grobu Charbela. Projektant sprytnie umieścił kościół na tyłach kaplicy z grobem, dzięki czemu wierni mogą załatwiać swoje interesy z Niebiosami w dogodnej dla siebie lokalizacji. Odwiedzam grób, a także wystawę rzeczy osobistych Świętego.
Szybki transfer na mszę, która w dużej mierze jest śpiewana. Kościół i plac są pełne ludzi. Do komunii ustawiają się kolejki. Ksiądz, oblężony przez wiernych, kręci się niemalże wokół własnej osi, żeby dać komunię do nadstawionych dzióbków wiernych. Jeden pan z wąsami wyciąga ręce po komunię. Ksiądz wypowiada jakieś słowa, po których wąsacz wypada z kolejki. Jest porządek, i o to chodzi! Po komunii obserwuję jak dużo osób szybkim ruchem sięga po papierosy. Rozumiem, nie palili cały dzień lub może tydzień albo miesiąc, dla intencji.
W tłumie u Charbela, jak i w chrześcijańskich obszarach Bejrutu i jego okolicach, widać mnóstwo kobiet z Etiopii. – Dlaczego? – pytam Iwony. – To służące. Przyjeżdżają tutaj z Etiopii za pośrednictwem specjalnej agencji. Muzułmanie chcą mieć muzułmańską służbę, a chrześcijanie chrześcijańską. No i one przyjeżdżają tutaj na kontrakt na 3 lata. Zarabiają od 150-200 dolarów miesięcznie – wyjaśnia Iwona.
– Służba? – dziwię się. – No tak, służba. Zajmują się domem, sprzątają. Niektóre trafiają do dobrych domów, w których mają dobre życie i warunki. A inne dramat. Są tam bite, gwałcone, maltretowane. Częściej to jest w domach muzułmańskich. Niedawno słyszałam, jak jakaś się powiesiła. Innym razem głośno było, że taka służąca wyrzuciła dziecko przez balkon – opowiadała Iwona, a ja słuchałem zszokowany, patrząc na z reguły bardzo miło wyglądające buzie młodych dziewcząt z krainy królowej Saaby. – Jak taka przyjedzie, to musisz ją uczyć wszystkiego od początku; co to jest pralka, umywalka, toaleta. One tego nie znają i tutaj się dopiero uczą – wyjaśniała Polka.
W drodze do samochodu próbowałem to zanalizować i nie potrafiłem. Nikt w Libanie nie robi spisów ludności ani nie liczy jej w żaden sposób. To zrobiono w latach 30. i już wtedy przewaga liczbowa maronitów była fikcją.
Mówi się, że w tym kraju jest ponad 2 mln uchodźców z Syrii i kilkaset tys. Palestyńczyków. A miast ich zatrudniać, oni wolą sprowadzać służbę z Afryki, której może być tutaj nawet pół miliona. Są wszędzie – w knajpkach, w hotelach, w barach. Głównie zlokalizowani przy ubikacjach oraz na zapleczu. Twarze skupione i usłużne na wszelkie zawołanie. Szok.
Szybka kawa pośród ruin fenickich i jedziemy dalej, do kolejnych świętych. Wielki posterunek wojskowy na drodze do Trypolisu. Tam jest ISIS, a na południu kraju czeka na salafitów szyicki Hezbollah. Obok posterunku tabuny mężczyzn. – To są Syryjczycy – informuje mnie Iwona. – Oni tutaj muszą pracować. Liban ich nie chce i nic im nie daje.
Oni tu po prostu przyszli, a jak już tu są, to dużo ich kradnie, ale większość musi pracować i tutaj czekają, aż ktoś ich weźmie na budowę. W mojej okolicy Syryjczycy mają zakaz wstępu od 18 do 6 rano. Najmują ich ludzie do prostych prac, ale jak się pojawili, to pewnej nocy postrącali wszystkie kapliczki, figurki, a nawet zabili orła i go powiesili. Dlatego ich tu nie chcemy.
Nie zapominaj też, że Liban był do 2005 roku okupowany przez Syrię i dlatego mamy do nich taki stosunek, jak Polacy do Rosjan. Państwo im nie da obywatelstwa. Nawet w przypadku małżeństwa mieszanego, on czy ona z Syrii ani ich dzieci nigdy nie będą Libańczykami. Tutaj chrześcijanie zatrudniają chrześcijan z Syrii, chociaż nie wiadomo, czy oni naprawdę są chrześcijanami, bo jak wiesz, tam mordowano dla dokumentów – wyjaśniała Iwona na dalszej trasie, ponieważ kraj cedrów, chociaż ma niewielką powierzchnię, jest potężną opowieścią, której końca nie widać. CDN.
Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Liban to nie kraj, lecz przesłanie” znajduje się na s. 15 czerwcowego „Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Liban to nie kraj, lecz przesłanie” na s. 15 czerwcowego „Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl
Patriarcha rozmawiał z prezydentami Francji czy Ameryki i uważa, że oni byli naiwnymi głąbami. Tylko nie nasz papież, który wiedział i rozumiał ten region. On czuł Liban, jego unikalność i specyfikę.
Paweł Rakowski
Mkniemy przez siedliska ludzkie, które nijak się mają do Bliskiego Wschodu, który znałem. Miast małych, przyklejonych do siebie, niewykończonych domków, widzę potężne bloki, wielkie przestrzenie, neony, i wszystko jest z górki lub pod górkę. (…)
Po Dahiyi przejeżdżam przez Zachodni, sunnicki Bejrut. O, to już znam, prawdziwy Lewant. Brud, brak harmonii, anarchia przestrzenna. Nim oczy przyzwyczaiłem do widoku, minęliśmy tzw. „zieloną linię”, a więc granicę między miastem muzułmańskim i chrześcijańskim. – Tu jest prawdziwe życie – chwali się Pierre, kiedy wjechaliśmy do Wschodniego Bejrutu, którego bogactwo i blichtr biły po oczach.
– Tutaj masz wszystko – panienki, alkohol, kasyna, narkotyki – chociaż te stały się problemem, przez Syryjczyków – informował kierowca. Bogactwo witryn sklepowych, gmachów, samochodów, banków uświadomiło mi, jakimi pariasami jesteśmy nad Wisłą.
„Co ja tutaj robię, przecież oczywiste tutaj dla każdego jest, że nie przyjeżdża się do Libanu bez pieniędzy? I to, jak dla mnie, bardzo dużych pieniędzy”. (…)
Patriarcha maronicki jest najważniejszą osobą w tym państwie. Jeśli jest jakiś problem, przyjeżdżają tutaj przywódcy religijni oraz polityczni i debatują, jak nie doprowadzić tego kraju do kolejnej wojny domowej.
– Co więcej, Patriarcha jest też największym posiadaczem ziemskim i producentem cementu, a więc Kościół maronicki, jak widzimy, ma bardzo eleganckie świątynie, ponieważ ma dochody z dzierżaw oraz, jak widzisz, w Libanie dużo się buduje i na każdej takiej inwestycji Kościół zarabia.
Kościół tutaj nie unika polityki. Wręcz przeciwnie, na kazaniach wpierw ewangelizują, a później zajmują się sprawami społecznymi – zdradza mi tajniki libańskiego dobrobytu Abuna, po czym dodaje, że dla niego po 30 latach w Libanie Libańczyk czy libańskość to tylko maronici i maronityzm. (…)
Każdego 22 dnia miesiąca w miejscowości Annayja, około 40 km od Bejrutu odbywa się specjalne nabożeństwo w pustelni i przy grobie św. Charbela – eremity maronickiego, cudotwórcy, o którym wieść na szczęście dotarła także nad Wisłę. (…)
Jadę do Annajya z Iwona, Polką mieszkającą w Libanie ponad 20 lat, która ma męża maronitę i jest wciąż zafascynowana krajem, w którym przyszło jej żyć. Życie jak w Bejrucie jest znacznie lepsze niż przysłowiowy Madryt. (…)
Co ciekawe, nad Wisłą uważa się, że jedynie starzy, chorzy i biedni żyją w Kościele. Rozglądając się po towarzyszach procesji widziałem, że tutaj tak nie jest.
Wielki krzyż na szyi, obok torebki bardzo drogiej marki, a w ręku różaniec. Przecież lepiej takie fajne poranki spędzać w kawiarenkach w porcie w Byblos, a nie na procesjach. Jednak jest to obce myślenie dla maronitów, którzy zwalniają się z pracy lub, jak są zbyt bogaci, aby pracować, po prostu przyjeżdżają do Annayji wziąć udział w uroczystościach.
– Dlaczego oni chodzą na bosaka? – pytam Iwonę. – To jest kwestia intencji i wotum – odpowiada i wskazuje mi ludzi, którzy chociaż mają habity, nie są zakonnicami ni zakonnikami – w ten sposób albo proszą o cud albo za niego dziękują.
W tłumie orzeźwiłem się lepiej niż po bliskowschodniej smole, którą nazywają kawą. Pielgrzymi podążali za meleksem, w którym stał ksiądz trzymający złotą monstrancję, a z tyłu siedziała Nouhad Al-Chami, 83-letnia matka dwanaściorga dzieci, która w 1993 roku została „operacyjnie” uzdrowiona w wizji przez Charbela. Współczesna medycyna była niezdolna wyleczyć kobiety i nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób została uzdrowiona. To ona zapoczątkowała charbelowskie miesięcznice, które podbiły chrześcijańskie serca.
Tłum podąża nieśpiesznym krokiem i odmawia różaniec, po arabsku. W sumie, poza językiem, żadnych różnic nie ma – chyba ta, że maronici, ponieważ mieszkają pośród muzułmanów, dodają Boga Jedynego, tak żeby wysławiając Trójcę Świętą w modlitwach, muzułmanin nie uznał, że to modlitwa do 3 bogów.
Zresztą różaniec to jedna z niewielu rzeczy importowanych do życia religijnego maronitów. Chociaż przez wieki nie mieli kontaktu z Rzymem, zawsze modlili się za papieża, którego imienia nawet nie znali. (…)
Szybka kawa pośród ruin fenickich i jedziemy dalej, do kolejnych świętych. Wielki posterunek wojskowy na drodze do Trypolisu. Tam jest ISIS, a na południu kraju czeka na salafitów szyicki Hezbollah. Obok posterunku tabuny mężczyzn. – To są Syryjczycy – informuje mnie Iwona. – Oni tutaj muszą pracować. Liban ich nie chce i nic im nie daje.
Oni tu po prostu przyszli, a jak już tu są, to dużo ich kradnie, ale większość musi pracować i tutaj czekają, aż ktoś ich weźmie na budowę. W mojej okolicy Syryjczycy mają zakaz wstępu od 18 do 6 rano. Najmują ich ludzie do prostych prac, ale jak się pojawili, to pewnej nocy postrącali wszystkie kapliczki, figurki, a nawet zabili orła i go powiesili. Dlatego ich tu nie chcemy.
Nie zapominaj też, że Liban był do 2005 roku okupowany przez Syrię i dlatego mamy do nich taki stosunek, jak Polacy do Rosjan. Państwo im nie da obywatelstwa.
Nawet w przypadku małżeństwa mieszanego, on czy ona z Syrii ani ich dzieci nigdy nie będą Libańczykami. Tutaj chrześcijanie zatrudniają chrześcijan z Syrii, chociaż nie wiadomo, czy oni naprawdę są chrześcijanami, bo jak wiesz, tam mordowano dla dokumentów – wyjaśniała Iwona na dalszej trasie, ponieważ kraj cedrów, chociaż ma niewielką powierzchnię, jest potężną opowieścią, której końca nie widać.
Cały artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Liban to nie kraj, lecz przesłanie” można przeczytać na s. 15 czerwcowego „Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Liban to nie kraj, lecz przesłanie” na s. 15 czerwcowego „Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl
Wszędzie czuć opary blantów – zarówno tych skręconych państwowo, jak i indywidualnie. Wygodnie ulokowana w ogródkach kawiarnianych jest tzw. „stara Europa” – mąż z mężem, żona z żoną, Sodoma i Gomora.
Paweł Rakowski
Geerta Wildersa, chociaż przyjął antyislamską retorykę (wcześniej czepiał się Polaków), nijak nie można nazwać konserwatystą w naszym rozumieniu. PVV opowiada się za Holandią, której obraz znaliśmy od dziesięcioleci – krajem otwartym, tolerancyjnym wobec wszelkich dewiacji, z łatwym dostępem do miękkich narkotyków i otwarcie działającym homolobby. Gdzie tu więc konserwatyzm? (…)
Szybki meldunek w hostelu. Issa, czyli po naszemu Jezus, czterdziestokilkulatek rodem z Maroka, melduje mnie w przybytku o wielkim, europejskim dziedzictwie. Kto w nim się nie szlajał: pokolenie 1968, Keith Richards z Johnem Lennonem, prawie cała dzisiejsza wierchuszka brukselska – oczywiście bez Słońca Peru, bo żelazna kurtyna zasłaniała wtedy Kaszubom Amsterdam. (…)
Niekiedy słyszę język polski. Kto, jak, gdzie i w której dzielnicy zarabia, jest nieistotne. Ważne, żeby przelewy szły do Polski. A mówią, że imigranci nie pracują, tylko żerują na „socjalu”. Póki co, to widzę „starą Europę”, w dosłownym tego słowa znaczeniu, wylegującą się po kawiarniach w środku dnia. Być może tak wygląda praca „na Zachodzie”, o czym prowincjusze znad Wisły nie wiedzą. (…)
Włączam internety i śledzę, co świat pisze o wyborach. Istny dualizm. Jestem w Holandii i z wielkim trudem znalazłem lokal wyborczy, a świat wirtualny ekscytuje się tym tematem do czerwoności. Frekwencja wysoka, PVV Wildersa za plecami partii premiera Ruttego. Jednak niepokój pozostaje. Media już tyle razy nakłamały i uwierzyły w swoje brednie, że może dojść do kolejnej kompromitującej niespodzianki. Tym bardziej, że w Holandii głosy liczone są ręcznie, bez pomocy różnych „tajemniczych” serwerów. Ale, jak to klasyk powiedział – nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy, a inny dodaje – jeśli demokracja miałaby cokolwiek zmienić, to byłaby zakazana. (…)
Murzynka z pięknym afro powiększającym jej głowę trzykrotnie zgrabnym ruchem rolowała papierek z zieloną wkładką. Widać kunszt i doświadczenie w tej dziedzinie. Jej towarzysze wyglądali na reprezentantów „starej Europy”. Poprosiłem o zapałki i zapytałem, czy wiadomo coś nowego o wyborach. – Nic nie wiadomo, ale wszystko będzie dobrze – odpowiada ze spokojem kończąca rolowanie blanta Murzynka.
– Nie bój się, Wilders nie wygra – dodała blondynka z dredami i kolczykami w brwi i w nosie, siedząca plecami do mnie. – A jeśli wygra, to będą chyba jakieś protesty, tak jak po Trumpie w USA – udałem zatroskanego, ale raczej interesowało mnie, czy szykuje się jakiś KOD. – Nie będzie protestów, ciesz się coffeeshopami, nikt tego tutaj nie zamknie – stwierdziła rzeczowo blondynka. – No tak, w państwie ze sprawnie działającym aparatem alimenciarz siedzi w kryminale, a nie awanturuje się politycznie – stwierdzam w myślach, biorąc bucha roślinki, której Allah zezwolił wyrosnąć dla korzyści człowieka.
Cały artykuł Pawła Rakowskiego pt. „W oparach absurdu” można przeczytać na s. 13 kwietniowego „Kuriera Wnet” nr 34/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „W oparach absurdu” na s. 13 kwietniowego „Kuriera Wnet” nr 34/2017, wnet.webbook.pl