Prezydent podpisał ustawę ws. tarczy 6.0. Kto może liczyć na pomoc?

Prezydent Andrzej Duda podpisał tzw. tarczę 6.0, czyli ustawę dotyczącą wsparcia dla przedsiębiorców.

W ramach ustawy, na pomoc mogą liczyć firmy reprezentujące branże gastronomiczną, kulturalno-rozrywkową, sportową, sprzedaży detalicznej, turystyczną, transportową, edukacyjną, cateringową i usług pralniczych.

W ustawie przewidziano zwolnienia  z ZUS, świadczenia postojowe w wysokości około dwóch tysięcy złotych miesięcznie, tak zwane małe dotacje w wysokości 5 tysięcy złotych czy dofinansowanie miejsc pracy z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, wynoszące dwa tysiące złotych.

Będą się osoby zatrudniane na podstawie umowy o pracę, jak i osoby zatrudniane na podstawie umowy zlecenia, od której płacone są składki na ubezpieczenia społeczne.

Na rekompensaty  będą mogły ubiegać się także gminy, które poniosły straty w  dochodach  z opłat targowych.

A.N.

Źródło: IAR

Rok dwóch pandemii

Niestety, oprócz tragicznej w skutkach pandemii cały świat na własnej skórze przekonał się o tym jak łatwo rozprzestrzenia się nie tylko COVID-19, ale także dezinformacja.

Można powiedzieć, że to były równoległe pandemie. Dezinformacja towarzyszyła koronawirusowi, wyprzedzała go, lub podążała za nim jak cień. Jak dowodzi zajmujący się badaniem dezinformacji serwis Polygraph.info niemal od pierwszych sygnałów o zarejestrowanych w Chinach przypadkach nowej choroby byliśmy bombardowani niemożliwą do weryfikacji liczbą komunikatów na ten temat. Już na początku roku można było natknąć się na filmy, na których rzekomo chorzy ludzie padają na ulicach chińskich miast jak muchy, jak wiemy nic podobnego nie wpisuje się na szczęście w spektrum choroby. Ale jednocześnie władze w Pekinie nie tylko zwlekały z podawaniem pełnych informacji na temat źródeł choroby, ale i do dziś mnożą się spekulacje, że wirus wcale nie pojawił się dopiero na targowisku w Wuhan. Co więcej chińskie media rządowe próbowały obwinić za wybuch epidemii Stany Zjednoczone, sugerując że wirus został zaprojektowany w amerykańskim laboratorium wojskowym. Twierdzono tak jeszcze w kwietniu b.r., gdy na  łamach rządowego tytułu Global Times opublikowano artykuł sugerujący  że  koronawirus „wyciekł z wojskowego laboratorium biochemicznego USA” w Fort Detrick w stanie Maryland.

Ale to nie tylko Chiny. Kluczową rolę w rozprzestrzenieniu się dezinformacji odegrała także Rosja, która za pomocą swoich mediów oraz urzędników państwowych robiła wiele, by zaciemnić realny obraz sytuacji. Jak dowodzi analiza Polygraph „W kwietniu prokremlowski serwis dezinformacyjny News Front opublikował artykuł w którym sugerowano, ze COVID-19 to udany projekt USA?”. W tekście również znajdujemy insynuacje na temat  rzekomych laboratoriów finansowanych przez Stany, w których jakoby opracowuje się broń biologiczną. Ale dostawało się także walczącej z fake newsami Europie jak czytamy w serwisie polygraph: „jeszcze 9 grudnia na stronie internetowej rosyjskiej państwowej agencji informacyjnej RIA Novosti opublikowano tekst, w którym oskarżono Europę o utworzenie „ministerstwa nieprawdy” do walki z Rosją ”. Propagandzistom chodziło o znaną i w Polsce bazę danych „EUvsDisinfo” która zajmuje się zwalczaniem dezinformacji. Podobnych przekazów płynących z Rosji było bardzo wiele. Istotne jest też to, w jaki sposób się zmieniały – od negacji pandemii, aż do udowadniania, że rosyjska szczepionka Sputnik V jest lepsza od wyprodukowanych przez zachodnie koncerny farmaceutyczne i dyskredytowania tych ostatnich.

Co jednak ważne, nie brakowało także kuriozalnych spiskowych teorii oraz manipulacji, również o charakterze lokalnym. Zapewne każdy z Czytelników słyszał mity o rzekomym połączeniu choroby Covid 19 z siecią 5G i szczepionkami, w których – jak dowodzono  – miałyby znajdować się aktywowane za pomocą nadajników mikrochipy. Pojawiały się także lokalne, krajowe narracje, jak ta w Iranie, gdzie jak analizują badacze „rzecznik Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej generał brygady Ramazan Sharif ogłosił, że Iran ma nowe urządzenie, które może wykrywać COVID-19 „w czasie rzeczywistym”. Rzecz okazała się czymś w rodzaju różdżki i nie dawała oczywiście żadnych efektów.

Podobnie było na odległym Madagaskarze, gdzie w kwietniu tamtejszy prezydent Andry Rajoelina reklamował napój Covid-Organics, rzekomo leczący chorobę. Co więcej, zalecano go nawet dzieciom w wieku szkolnym. Jak łatwo się domyślić, rzecz w niczym nie pomogła, a jak pokazał czas, liczba chorych i zmarłych na Coviod gwałtownie wzrosła. A w Polsce? Z badań przeprowadzonych przez Pracownię Badań Społecznych NASK  mogliśmy się dowiedzieć, że Polacy w dobie pandemii nie pozostali odporni także na manipulacje. Wielu z nas ma problemy z odróżnianiem opinii od faktu, a jak dowodzą naukowcy niemal co piąty Polak wcale nie sprawdza prawdziwości przekazu z którym się spotyka.

Ponad połowa polskich internautów przyznaje, że w ostatnich miesiącach zetknęła się z manipulacją lub dezinformacją, a 35 proc. Polaków ze sfałszowanymi informacjami w sieci spotyka się raz w tygodniu lub częściej. Przy czym aż 19 proc. wprost twierdzi, że nie sprawdza wiarygodności internetowych informacji, ani ich źródeł – wynika z nowych badań, przeprowadzonych przez Pracownię Badań Społecznych NASK. Jednocześnie z raportu „Popularność narracji spiskowych w Polsce czasu pandemii COVID-19”. przygotowanego przez naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika, że Polacy najchętniej akceptują teorie spiskowe   wskazujące na: manipulowanie skalą pandemii oraz cofanie obostrzeń w celu przeprowadzenia majowych wyborów prezydenckich, próbę ograniczania demokracji czy ukrycie prawdziwej skali pandemii.

Czego możemy być pewni w nadchodzącym, 2021 roku? Ano na pewno tego, że wirus dezinformacji, w przeciwieństwie do Covid19, nie zostanie powstrzymany. Na dezinformację nie ma szczepionki. Jedyne co możemy zrobić to wdrożyć profilaktykę – weryfikować treści z którymi się spotykamy, trzymać dystans od toksycznych mediów i przede wszystkim samemu – świadomie lub nieświadomie – nie rozprzestrzeniać fake newsów.

Źródło : wm / nask / polygraph.info / pap

Kryzys w dziennikarstwie z powodu Covid-19

Jak wskazują badania, aż trzech na czterech dziennikarzy zetknęło się z utrudnieniami przy tworzeniu materiałów dotyczących Covid-19.

Najczęściej był to skutek oficjalnych restrykcji, ale nie tylko – dziennikarze spotykają się też z celowym utrudnianiem, czy wręcz zastraszaniem. Takie wyniki przyniósł sondaż, w którym udział wzięło ponad 1300 dziennikarzy z 77 krajów z całego świata.

10 grudnia 2020 Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy opublikowała wyniki sondażu, w którym badano wpływ pandemii na pracę dziennikarzy. Wyniki są niepokojące, bo utrudnienia, z którymi mają do czynienia dziennikarze, mogą skutkować ograniczeniem dostępu do rzetelnej informacji i ograniczeniem wolności mediów. Wielu respondentów zwracało uwagę na rosnąca liczbę ataków na dziennikarzy.

Wśród słów używanych przez ankietowanych dziennikarzy do opisu stanu wolności mediów w ich krajach najczęściej pojawiały się: niepewna, problematyczna, maleje, ograniczona. A za główną przeszkodę uniemożliwiająca należyte relacjonowanie wydarzeń respondenci uznali redukcję etatów.

Ponad połowa ankietowanych dziennikarzy doświadcza stresu i niepokoju. Ponad jedna czwarta nie ma żadnego wyposażenia, które zabezpieczałoby przed zakażeniem podczas pracy w terenie ani sprzętu umożliwiającego pracę zdalną.

Jeśli chodzi o dziennikarzy freelancerów to niemal każdy z ankietowanych utracił część zleceń, a co za tym idzie część przychodów. Niektórzy nie dostają honorariów od tygodni, a nawet miesięcy.

Dziennikarka z Grecji napisała: „Pracuje więcej, ale zarabiam mniej. Właściciel gazety, dla której pracuję, od 7 miesięcy zalega z wynagrodzeniem dla mnie i moich kolegów, a rząd nic z tym nie robi”.

Dziennikarz z Indii: „Rosną ograniczenia dla wolności mediów. Dziennikarze są aresztowani za nagłaśnianie błędów rządu”.

Jedna czwarta ankietowanych dziennikarzy ocenia, że ma trudniejszy dostęp do informacji z oficjalnych źródeł, również rządowych. Jednym z powodów jest brak możliwości zadawania pytań podczas konferencji prasowych online.

Na uwagę zasługują też jednak pozytywne opinie. Portugalski dziennikarz podsumował sytuację dziennikarzy w następujący sposób: „Z jednej strony jest źle, bo więcej wiadomości prasowych, mniej relacjonowania na żywo, pracujemy wiele godzin dłużej, non stop pod telefonem, cały czas w pracy, to nie jest dobre dla naszego zdrowia. Ale z drugiej strony jesteśmy w nadzwyczajnej sytuacji i dziennikarze na nią reagują, jest większa motywacja. To nie tylko czas dla lekarzy i służby zdrowia, to również czas dla dziennikarstwa.”

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 26-28 kwietnia 2020 na próbie 1308 dziennikarzy, z których 42% to kobiety, a 58% – mężczyźni. Spośród ankietowanych 57% ma stałe zatrudnienie w redakcjach, a 43% to dziennikarze freelancerzy.

W badaniu wzięli udział dziennikarze z 77 krajów (Angoli, Argentyny, Australii, Belgii, Bhutan, Bośnia i Hercegowina, Brazylia, Burkina Faso, Chile, Chorwacja, Cypr, Czad, Egipt, Ekwador, Etiopia, Filipiny, Finlandia, Francja, Ghana, Grecja, Gwatemala, Gujana, Hiszpania, Hongkong, Indie, Indonezja, Irak, Irlandia, Izrael, Japonia, Kambodża, Kamerun, Kanada, Kenia, Kolumbia, Kongo-Brazzaville, Kostaryka, Luksemburg, Łotwa, Macedonia Północna, Makau, Mali, Malta, Mauretania, Meksyk, Maroko, Nepal, Niderlandy , Niemcy, Nigeria, Norwegia, Pakistan, Panama, Paragwaj, Peru, Portugalia, Senegal, Serbia, Słowenia, Somalia, RPA, Sri Lanka, Szwecja, Szwajcaria, Tajwan, Togo, Tunezja, Turcja, Wielka Brytania, Uganda, Urugwaj, USA, Vanuatu, Wenezuela, Wietnam, Włochy).

Wśród badanych nie było dziennikarzy z Polski.

Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy remedium na kryzys w dziennikarstwie upatruje w dodatkowym finansowaniu sektora. Domaga się opodatkowania gigantów technologicznych (GAFAM – Google, Apple, Facebook, Amazon, Microsoft) 6% podatkiem obrotowym i utworzenia z pozyskanych w ten sposób środków, szacowanych na 54 miliardy dolarów rocznie, funduszu wsparcia dla mediów. Więcej na ten temat na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Autor: Dorota Zielińska

Policja przegrała proces przeciw księdzu. Sąd uniewinnił kapłana od zarzutu niepilnowania liczby wiernych w kościele

Kapłanowi Archidiecezji Przemyskiej Policja postawiła zarzut, że nie dopilnował, aby na odprawianej przez niego Mszy św. była obecna liczba osób zgodna z przepisami związanymi ze stanem pandemii.

Ryszard Skotniczny

Zdaniem Policji to ksiądz, nawet w trakcie odprawiania Mszy św., ma pilnować, ile osób pojawia się w kościele.

Stowarzyszenie Europa Tradycja zwołało w tej sprawie 14 października w Krośnie konferencję prasową przed kościołem oo. Kapucynów przy pl. Konstytucji 3 Maja. Stowarzyszenie wystosowało również apel do parlamentarzystów regionu Podkarpacia o przeciwdziałanie rozporządzeniom łamiącym konkordat i mającym znamiona prześladowania katolików i Kościoła. Objęło także kapłana opieką prawną. Przed sądem reprezentował go związany ze Stowarzyszeniem mec. Ludwik Skurzak.

19 października 2020 roku w leżajskim Sądzie Rejonowym odbyła się rozprawa. Sąd uniewinnił księdza od zarzutów stawianych przez Policję.

Na rozprawę nie stawił się oskarżyciel, czyli Policja. Nieobecny był także ksiądz. Obrona wnosiła, by oskarżyciel został wezwany na rozprawę i uzasadnił, dlaczego uważa, iż przepis mówiący o obowiązku zapewnienia nieprzekraczania ilości osób obecnych w kościele ma spoczywać na księdzu, który odprawia Mszę.

Jak wywodził adwokat, przepis nie precyzuje tego – jednak nie sposób uznać, iż jest to obowiązek powszechny, czyli że spoczywa na każdej osobie. Oznaczałoby to bowiem, że każdy, kto wchodzi do kościoła, ma obowiązek policzyć obecnych, a jeśli jest ich zbyt wielu, powinien sam wyprosić się z kościoła.

Podobnie nie można uznać, że ma to robić ksiądz, który odprawia Mszę – jak domaga się tego Policja w postawionym zarzucie. Biorąc pod uwagę, iż czynność polegająca na nakazywaniu komuś opuszczenia jakiegoś miejsca obejmuje działania władcze, należy dojść do wniosku, że w gruncie rzeczy odpowiedzialność za realizację tak zapisanego prawa obciąża właśnie Policję, a więc Policja oskarżyła kapłana o niedopełnienie obowiązku, który spoczywa na niej samej.

Obrona powoływała się przede wszystkim na argumentację, która wcześniej doprowadziła sądy (np. słynny wyrok sądu w Kościanie) do wniosku, iż na podstawie obowiązujących rozporządzeń nie można karać, ze względu na brak właściwego umocowania przepisów w ustawie, a w szczególności ze względu na ich sprzeczność z Konstytucją. W tej sprawie dodatkowo chodzi również o niemożliwość uzgodnienia rozporządzenia z umową międzynarodową – konkordatem.

Sąd podzielił takie stanowisko. W obszernym ustnym uzasadnieniu wskazał na ewidentne defekty rozporządzenia, które nie ma właściwego umocowania w ustawie, jak i na wątpliwości konstytucyjne.

W szczególności Sąd wskazał na rangę praw wolności religijnych i konieczność jasnego stanowienia prawa, które wkracza w tak wrażliwe obszary. Sąd podkreślił, iż zgodnie z art. 235 Konstytucji, takie ograniczenia mogą być stanowione przepisami rangi ustawowej, i to raczej w ramach stanów nadzwyczajnych, nie w rozporządzeniu, a na taki akt prawny powoływała się Policja, stawiając zarzut księdzu.

Stowarzyszenie Europa Tradycja składa podziękowania Panu Mecenasowi Ludwikowi Skurzakowi za objęcie w imieniu Stowarzyszenia opieka prawną i reprezentowanie księdza przed Sądem Rejonowym w Leżajsku.

Ryszard Skotniczny jest prezesem Stowarzyszenia Europa Tradycja.

Artykuł Ryszarda Skotnicznego pt. „Policja przegrała z księdzem” znajduje się na s. 20 listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Artykuł Ryszarda Skotnicznego pt. „Policja przegrała z księdzem” na s. 20 listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Pandemia w kontekście wolności i godności człowieka / S. Katarzyna Purska USJK, „Wielkopolski Kurier WNET” nr 77/2020

Co z tymi, którzy wbrew powszechnym oczekiwaniom nie będą chcieli się zaszczepić, a tym samym będą pozostałych narażali na zakażenie? Czy zgodzimy się powszechnie na ich prawo do wolnego wyboru?

s. Katarzyna Purska USJK

Wirus groźniejszy niż COVID

Kilka dni temu stałam przy wejściu do warszawskiego metra. Nagle zobaczyłam dwie dziewczyny, które rzuciły się sobie w objęcia. – Mój Boże! – pomyślałam trwożliwie. – Co one robią! Jakie to nieroztropne!.

Podczas spotkania z pewną mamą, z daleka oglądałam jej małe dzieci. Bałam się, że mogę je zarazić, więc nie zbliżyłam się do nich. Tym bardziej, że jak mi sama wyznała, od marca czyta wyłącznie to, co w internecie piszą na temat szerzącej się pandemii.

W programie „Warto rozmawiać” red. Jan Pospieszalski opisał przypadek 14-latki, która trafiła do szpitala z powodu gwałtownego zakrztuszenia się. Niestety, nie udzielono jej pomocy, gdyż najpierw czekano na wynik testu na obecność koronawirusa. W rezultacie dziewczynka zmarła…

„Epidemie mają konsekwencje psychologiczne z powodu paniki, jaką mogą wywołać” – twierdzi prof. Roberto de Mattei. Powołuje się przy tym na Gustave’a Le Bona, autora słynnej książki „Psychologia tłumu”, który, analizując kolektywne zachowania, wyjaśniał, w jaki sposób w człowieku, który znajdzie się w anonimowym tłumie, zachodzi zmiana psychiczna, wskutek której uczucia i nastroje są przekazywane między ludźmi niczym choroba zakaźna.

Diagnoza profesora de Matteiego nie napawa optymizmem. Twierdzi on: „Jeśli kryzys zdrowotny zostanie spotęgowany poprzez kryzys gospodarczy, niekontrolowana fala paniki może wywołać gwałtowne impulsy tłumu. Państwo zostanie wówczas zastąpione przez plemiona i gangi, zwłaszcza na obrzeżach dużych ośrodków miejskich. Wojna społeczna, o której teoretyzowano w trakcie Forum w São Paulo – konferencji latynoamerykańskich organizacji ultralewicowych – ma miejsce w Ameryce Łacińskiej, od Boliwii po Chile, od Wenezueli aż po Ekwador. Wkrótce może zaistnieć także w Europie”. Ten scenariusz społeczno-polityczny, polegający na dezintegracji i rozkładzie społeczeństwa, mogliśmy ostatnio obserwować w Stanach Zjednoczonych. W Polsce, znanej z umiłowania wolności aż do popadania w anarchię, jak dotąd nic takiego się nie wydarzyło, aczkolwiek zaistnienie takiego scenariusza nie jest wykluczone, jako że nasz naród, jak podpowiada nam historia, bywa nieprzewidywalny.

Można natomiast zaobserwować w naszym kraju proces dezintegracji społecznej. Zdaniem cytowanego wyżej autora, dzieje się tak dlatego, że „dzisiaj kluczowym środkiem umożliwiającym ucieczkę przed epidemią jest dystansowanie społeczne, izolacja jednostki. Kwarantanna jest rzeczą diametralnie przeciwną społeczeństwu otwartemu, wymarzonemu przez George’a Sorosa. Relacyjne rozumienie człowieka, typowe dla niektórych szkół filozoficznego personalizmu, ma coraz mniejsze znaczenie”. Dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych USA, prof. Anthony Fauci, powiedział ponoć, że od chwili wybuchu pandemii żaden człowiek nie poda już ręki drugiemu człowiekowi.

W prezbiterium bydgoskiego kościoła pod wezwaniem Świętych Polskich Braci Męczenników, tym samym, w którym bł. ks. Jerzy Popiełuszko odprawił ostatnią w swoim życiu Mszę św., widnieje napis: „Módlmy się, abyśmy byli wolni od lęku, zastraszenia…”. Te słowa, odczytane w nowym kontekście, nabrały dziś dla mnie szczególnego znaczenia.

Do czego służy człowiekowi wolność? Do samorealizacji? Jako racja najwyższa dla ludzkich wyborów? W świecie, w którym obalono kryteria, żądanie prawa wyboru jest prostą drogą do zniewolenia człowieka. Człowiek może być zniewolony przez czynniki wewnętrzne lub zewnętrzne. Strach należy do przyczyn wewnętrznych.

Do czego potrzebna jest człowiekowi wolność? Odpowiedź filozofa – o. prof. Mieczysława A. Krąpca – brzmi: „Wolność jest przeżyciem godności osobowej człowieka. Wolność daje podstawę dla ludzkich decyzji, które płyną od wewnątrz, a nie od zewnątrz. Dlatego też obrona wolności jest obroną człowieka, jego decyzji wolnych i odpowiedzialnych”. A więc obrona wolności jest zarazem obroną godności osobowej człowieka. Trzeba zatem patrzeć na pandemię obecnie panującą w Polsce i na świecie w kontekście wolności i godności człowieka.

Ideę godności osobowej człowieka przyniósł Polsce Kościół katolicki, który poprzez wieki głosił prawdę o człowieku jako osobie stworzonej na obraz i podobieństwo Boga samego, której przysługują wyjątkowe, bo osobowe prawa. Cywilizacja łacińska, na której zbudowana jest nasza tożsamość narodowa, jako jedyna jest cywilizacją personalistyczną, czyli tą, która afirmuje osobę ludzką. Jedynie ona wskazuje na zasadniczą różnicę pomiędzy osobą a osobnikiem. Zacieranie się tej różnicy, które dokonuje się we współczesnej kulturze postmodernistycznej, sprawia, że człowiek bywa traktowany jako zbiór komórek albo jako przedmiot satysfakcji seksualnej. Osoba bywa wówczas sprowadzana do rangi osobnika.

Na niebezpieczeństwo stąd wynikające wskazuje ks. Robert Skrzypczak w książce pt. Pomiędzy Chrystusem a Antychrystem. Podkreśla w niej, że wizja osoby jest konsekwentnie niszczona. Dramatyzmu tej sytuacji dodaje fakt, że to, co się dokonuje, często jest społecznie niezauważane.

Komunizm zawierał w sobie błąd antropologiczny i niszczył jednostkę w imię kolektywizmu, a współczesna cywilizacja powtarza ów błąd. Tyle, że w zmutowanej postaci, i nie jest on wtłaczany pod przymusem, lecz przyjmowany dobrowolnie, poprzez przekaz medialny i narracje polityków, w efekcie manipulacji i inżynierii społecznej.

W 1949 r. George Orwell napisał powieść pt. Rok 1984. Została w niej przedstawiona wizja totalitarnego państwa, w której „Wielki Brat” za pośrednictwem potężnego ekranu jest obecny w każdym domu i kontroluje wszelkie przejawy życia ludzkiego. W demokratycznych społeczeństwach Zachodu wizja ta wydawała się nazbyt drastyczna i mało realna. W ostatnim czasie mogliśmy jednak zobaczyć w internecie film i przeczytać artykuły o tym, w jaki sposób został wprowadzony w Chinach system społecznej kontroli obywateli w ramach walki z epidemią koronawirusa.

Jak pisze prof. Wojciech Roszkowski w Roztrzaskanym lustrze, „postęp dnia dzisiejszego może stać się przekleństwem jutra, jeśli niektóre zdobycze technologiczne zostaną wprowadzone pod przymusem”. Opowieści o mikrochipach, które trzeba będzie wszczepić sobie pod skórę zamiast książeczki zdrowia, lub o przygotowywanej aktualnie szczepionce przeciwko koronawirusowi, wydają się mocno przesadzone. Tyle, że wielu młodych ludzi na Zachodzie biochipy wszczepia sobie dobrowolnie, na szczepionkę przeciw wirusowi Covid-19 zaś ludzie czekają na ogół jak na wybawienie. A co z tymi, którzy wbrew powszechnym oczekiwaniom nie będą chcieli się zaszczepić, a tym samym będą pozostałych narażali na zakażenie? Czy zgodzimy się powszechnie na ich prawo do wolnego wyboru?

Wiadomo, że w każdym systemie demokratycznym istnieją zasady, nad którymi się nie głosuje. Taką zasadą np. jest prawo człowieka do życia. Im więcej jest takich zasad, tym mniej jest demokracji, ale kiedy ich brak, społeczeństwu grozi anarchia.

Wtedy też wątpliwa staje się sama wspólnota. W tym miejscu pojawia się ważne pytanie: Jakie miejsce w naszym systemie wartości zajmuje wolność i na ile możemy zgodzić się na jej ograniczanie?

W szkole, w której pracowałam, kilka lat temu miało miejsce wydarzenie, które wprawiło pedagogów w osłupienie. Podczas lekcji nauczycielka usiadła na uszkodzonym krześle i gwałtownie z niego spadła. Początkowo nie mogła wstać z podłogi, gdyż złamała rękę. Uczniowie przyglądali się jej ze spokojem, bez żadnej reakcji. Także wtedy, gdy z trudem podniosła się i wyszła do gabinetu lekarskiego po pomoc. Kiedy potem zapytano uczniów o powód takiego zachowania, jeden z nich oświadczył: „Mój ojciec uczy, że w życiu każdy musi sobie radzić sam”.

Egoizm do niedawna był traktowany jako cecha pejoratywna, ale w ostatnich latach – jak widać – zaszła zmiana. Ludzie nowocześni, stechnicyzowani, żyjący w wielkich miastach, stali się indywidualistami. Nauczyli się poruszać w tłumie coraz bardziej obcych ludzi. Jednakże od czasu wybuchu pandemii drugi człowiek stał się już nie tylko obcym, ale też groźnym. Wszak może przenosić zarazę. Mimo coraz mocniej odczuwanej samotności, wolimy odgradzanie się od innych i bezpieczny dystans. Odwiedzanie rodziny, a tym bardziej – znajomych, zwłaszcza w ostatnim czasie należy do kategorii czynów ryzykownych. Mocno cierpią z tego powodu szczególnie ludzie starzy i chorzy, którzy znaleźli się w domach pomocy społecznej i w szpitalach. Cierpią także dziadkowie zamknięci w domach, których nie odwiedzają dzieci ani wnuki, w obawie, aby ich nie zarazić. Niektórzy z tych starszych ludzi borykają się z depresją, inni umierają w samotności.

Wartość życia i śmierci człowieka nie może być w pełni zrozumiana bez uznania, że jest on osobą. Natomiast to, kim jest osoba, staje się jasne tylko w świetle wiary w Jezusa Chrystusa – Boga, który stał się człowiekiem.

„Zanik Boga niesie w sobie zanik człowieka” – pisze ks. Robert Skrzypczak w książce Chrześcijanin na rozdrożu. Zwraca przy tym uwagę, że o ile XX wiek przyniósł uderzenie w przykazanie miłości Boga, o tyle wiek XXI uderzył w drugie przykazanie miłości, tj. przykazanie miłości człowieka. I tak jak w XX wieku Fryderyk Nietzsche, ogłaszając śmierć Boga, uznał, że Bóg stał się ludziom niepotrzebny, tak z kolei wiek XXI, który przyniósł „śmierć człowieka”, sprawił, że drugi człowiek przestał być bliźnim, a stał się niepotrzebnym i obcym. W konsekwencji człowiek, który odrzucił Boga i „uśmiercił” bliźniego, został nieskończenie samotny.

Jako ludzie jesteśmy z natury relacyjni, a bliskość jest zawsze ważnym elementem naszych społecznych odniesień. Dlatego też jest chroniona i potrzebuje być wyrażana poprzez zestaw społecznych rytuałów, takich jak podanie ręki czy serdeczny uśmiech. Jednakże podczas pandemii uśmiech ukrywa maseczka nałożona na usta i nos, a od gestu podania ręki wstrzymuje nas obawa przed zakażeniem.

Politykom i mediom udało się zdyscyplinować większość społeczeństwa w Polsce. Trzeba jednak być świadomym, że polityka to nie jest – wbrew powszechnemu rozumieniu – sztuką zdobywania i utrzymywania władzy, lecz jest to moralność społeczna i troska o dobro wspólne. Polityka jest częścią kultury. Przedmiotem zaś kultury jest cały człowiek, który ma wolną wolę, który ma rozum, a więc myśli, i który potrzebuje uzasadnień osobowych, a nie rzeczowych. Potrzebuje też odpowiedzi ostatecznych, które daje mu tylko religia. Religia jest cenna również w wymiarze społecznym, gdyż buduje więź osobową najpierw z Bogiem, a potem z innymi ludźmi. Według ks. Roberta Skrzypczaka społeczeństwo, które odrzuciło przykazanie miłości Boga i bliźniego, zostało pozbawione tych dwóch odniesień i w ten sposób straciło równowagę.

W ostatnim czasie wymagania epidemiologiczne objęły także wiernych w kościołach. Ograniczenie liczby osób uczestniczących we Mszy św., a w niektórych miejscach także zamknięcie kościołów, było – zwłaszcza podczas ostatniego Triduum Paschalnego – dla wierzących katolików szczególnie bolesnym doświadczeniem.

Msza św. przeżywana indywidualnie przed ekranami komputerów, w czterech ścianach zamkniętych mieszkań, była i jest podważeniem jej wspólnotowego i wspólnototwórczego charakteru. Obecnie, po upływie kilku miesięcy takiego doświadczenia, niektóre parafie wyludniły się, w innych zaś pojawili się niemi ludzie siedzący w maseczkach na twarzy, w bezpiecznej od siebie odległości.

W środowisku wierzących katolików rozgorzał zaś spór o sens podporządkowywania się takim rygorom, a także o formę przyjmowania Komunii świętej: do ust czy na rękę? Pomimo rekomendacji duszpasterzy, aby czynić to na rękę, dokonał się nowy podział wśród wiernych Kościoła katolickiego. Nie próbuję rozstrzygnąć tego sporu. Myślę jednak, że nie sama forma jest tu ważna, lecz przyczyna, dla jakiej podejmujemy tę lub inną decyzję w tej kwestii. Czynimy tak, aby wyrazić głęboką wiarę w obecność Syna Bożego w Substancji Chleba, czy też w obawie przed zarażeniem?

Znajomy ksiądz, który posługuje w Danii, opowiedział mi niedawno o wymaganiach tamtejszej władzy państwowej, którym nie sprzeciwił się jego ks. biskup.

Otóż według rozporządzeń państwowych, obowiązuje dziś w Danii udzielanie Komunii św. w gumowych rękawiczkach i w sterylnych opakowaniach jednorazowych. Ksiądz ów wyznał mi, że jemu samemu ta zasada posługiwania się rękawiczkami gumowymi kojarzy się z wykonywaniem czynności – jak to określił – obrzydliwych, takich jak np. zbierania psich odchodów, czy też mycie klozetu.

Nie wiem, na ile jest to adekwatne skojarzenie. Jednak dla mnie wciąż pozostaje otwarte pytanie o wiarę w realną obecność Chrystusa podczas tak sprawowanego obrzędu.

Walczymy z wirusem SARS-COV-19 i słusznie z obawą myślimy o konsekwencjach zdrowotnych i gospodarczych przedłużającej się epidemii. Niemniej jednak sądzę, że jest jeszcze inny wirus, który nas jako ludzkość zaatakował i jest o wiele groźniejszy, gdyż konsekwencje jego inwazji są o wiele głębsze i trwalsze. Jest to wirus antyosobowy i antyludzki. Polega na kwestionowaniu godności osoby ludzkiej i lekceważeniu przyrodzonej człowiekowi wolności. Pandemia wirusa COVID-19 kiedyś przeminie, tak jak przemijały wszelkie epidemie w historii. Ta druga epidemia, którą próbowałam opisać, może nie minąć. Wirus, który ją spowodował, jest moim zdaniem o wiele groźniejszy, bo prowadzi do rozkładu wspólnoty ludzkiej i zniewolenia człowieka przez wszechpanujący strach. Dlatego też uważam, że ta sytuacja wymaga od nas natychmiastowego i zorganizowanego przeciwdziałania, które zapobiegnie jego dalszemu szybkiemu rozprzestrzenianiu się. W jaki sposób to sprawić? To już temat na dalsze rozważanie i dyskusję.

Artykuł s. Katarzyny Purskiej USJK pt. „Wirus groźniejszy niż COVID” znajduje się na s. 3 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Artykuł s. Katarzyny Purskiej USJK pt. „Wirus groźniejszy niż COVID” na s. 3 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wojna walutowa w dobie pandemii / Wywiad Łukasza Jankowskiego z prezesem GPW Markiem Dietlem, „Kurier WNET” nr 77/2020

Następuje olbrzymie rozwarstwienie między państwami i wewnątrz nich, według podziału na tych, którzy mogą prowadzić niezależną politykę monetarną, i tych, którzy na to sobie nie mogą pozwolić.

Łukasz Jankowski, Marek Dietl

Wojna walutowa w dobie pandemii

Od ponad dwóch kwartałów światowa gospodarka jest w kryzysie. Jednak, sądząc po notowaniach, na warszawskiej giełdzie kryzysu nie ma. Czy rzeczywiście?

Ten kryzys jest inny od poprzednich, bo teraz niesłychanie się rozwarstwiły wyceny spółek giełdowych: mamy branże mocno dotknięte kryzysem covidowym i beneficjentów tego kryzysu – spółki technologiczne, informatyczne, gaming czy biotechnologie. Jest to kryzys bardzo różnicujący spółki.

Czyli ten kryzys jest jak pożar w lesie – trawi stare drzewa, ale tworzy miejsce dla nowych organizmów.

To może za daleko idące porównanie, bo na przykład sekwoje zawsze przetrwają pożar i pozbywają się różnych drobnych szkodników dzięki pożarom. Właściwie w każdej branży są solidne firmy, które sobie poradzą w najtrudniejszej nawet sytuacji. Jednak rzeczywiście inwestorzy widzą spore wyzwania, przynajmniej patrząc na kursy giełdowe, przed np. sektorem finansowym, natomiast spodziewają się zysków w branżach technologicznych. Ale inwestorzy nie są nieomylni.

Giełda warszawska jest w tej szczęśliwej sytuacji, że dwie największe pod względem kapitalizacji spółki notowane na tej giełdzie to właśnie spółki nowych technologii. Dlatego jesteśmy pod względem wzrostu obrotów trzecią najszybciej rosnącą giełdą w Unii Europejskiej.

Możemy zaliczać siebie w tym całym krajobrazie giełd raczej do zwycięzców kryzysu covidowego, ale zawdzięczamy to właśnie strukturze polskiej gospodarki, strukturze firm notowanych na giełdzie.

Mówi się jednak, że rynek kapitałowy oderwał się od realnej gospodarki i że giełdy to świat sam w sobie.

To oderwanie nastąpiło w krajach, w których stosuje się luzowanie ilościowe, czyli po prostu druk pieniądza, a zarazem nastąpił znaczny spadek aktywności gospodarczej. Szczególnie w strefie euro spada aktywność gospodarcza, Europejski Bank Centralny drukuje bardzo dużo pieniądza, który nie jest kierowany do konsumpcji ani inwestycji w realnej gospodarce i nie ma innego ujścia, jak tylko rynki kapitałowe. Natomiast w Polsce mamy bardzo dobre wyniki produkcji przemysłowej – straty covidowe już zostały odrobione przez polski przemysł – poziom produkcji przemysłowej jest mniej więcej taki, jak na początku tego roku.

Konsumpcja też jest mocna, silny sektor budowlany, więc zastosowane przez NBP luzowanie ilościowe, którego skala jest zresztą mała w porównaniu do UE, USA, czy nawet do Chin, nie spowodowało przesadnej inflacji aktywów. Relatywnie dobre zachowanie wycen na warszawskiej giełdzie i bardzo duży wzrost obrotów ma raczej podłoże fundamentalne, a nie drukowania złotówek.

Są firmy, które w czasie pandemii zyskują, i takie, które tracą. Czy podobnie jest z państwami?

Akurat wczoraj uczestniczyłem w dyskusji zorganizowanej przez „Financial Times” w ramach szczytu ekonomicznego państw grupy G20 i mogłem usłyszeć, jak postrzegają sytuację ludzie z różnych regionów świata. Optymizm panuje w Azji. Tamte gospodarki szybko się otrząsnęły z kryzysu covidowego. Gospodarka chińska notuje nawet wzrost w tym trudnym, pandemicznym roku. Z kolei ze strefy euro czy Wielkiej Brytanii płynie pesymizm ekonomiczny. Mieszane nastroje panują w USA, gdzie są spore trudności gospodarcze, ale relatywnie duża część branż gospodarki kwitnie.

Natomiast wszyscy są zgodni, że następuje olbrzymie rozwarstwienie między państwami i wewnątrz nich, a przebiega ono według podziału na tych, którzy mogą prowadzić niezależną politykę monetarną, i tych, którzy na to sobie nie mogą pozwolić.

Te kraje, które mogą emitować własną walutę, dodrukowywać pieniądz, generalnie radzą sobie lepiej, a te, które są w dużych blokach, jak strefa euro, radzą sobie gorzej, bo nie mogą dostosować skali ekspansji monetarnej do potrzeb własnej gospodarki.

W najtrudniejszej sytuacji są państwa, które – np. ze względu na duże zadłużenie w walutach obcych – nie mogą wprowadzić żadnej ekspansji monetarnej, bo załamanie się kursu ich lokalnych walut spowodowałoby kryzys zadłużenia. Tak więc kryzys rozwarstwił spółki i wyceny na giełdzie, ale też niezwykle się rozwarstwiły gospodarki. Państwa afrykańskie czy Ameryki Południowej, szczególnie te zadłużone, znalazły się w covidowej pułapce i zamiast doganiać bogate kraje, oddalają się od nich, bo spadki aktywności gospodarczej są tam jeszcze większe niż w krajach najbardziej rozwiniętych.

Zatrzymajmy się chwilę przy Chinach. Chiny miały być krajem, który na tej pandemii przegra, bo za dużo produkują, a produkcja będzie wracać do miejsca, gdzie jest konsumowana, czyli do Europy, do Stanów. Wydaje się, że te przewidywania z wiosny się nie sprawdzają.

Z Chinami jest ciekawa sytuacja w tym sensie, że tam dobrze wypada konsumpcja wewnętrzna i wbrew obawom świata, Chińczycy dalej chcą konsumować. Natomiast co do inwestycji, sprawa jest trochę gorsza. Inwestycje napędza tam głównie sektor publiczny i pytanie, jak długo to może trwać. Jeśli chodzi o eksport Chin, jest on wciąż wysoki, bo Chiny głównie eksportują produkty codziennego użytku. Ta dynamika jest całkiem przyzwoita w porównaniu np. z Niemcami, które głównie eksportują maszyny i tzw. dobra pośrednie, czyli to, co jest wykorzystywane w procesie produkcji, a inwestycje na całym świecie mocno przyhamowały. Chiny prowadzą politykę gospodarczą w bardzo ostrym, konfucjańskim stylu rozwiniętej biurokracji, gdzie decyzje z góry są natychmiast implementowane na dole, a w sytuacjach kryzysowych ten model zarządzania gospodarką się sprawdza.

A co do przyciągania produkcji bliżej konsumentów, to ta tendencja się nie zatrzymała. Jest takie badanie ekonometryczne, pokazujące, że kursy biznesów, które są nadmiernie złożone, rozproszone po całym świecie, zachowały się dużo słabiej w czasie tego kryzysu.

Nastąpi upraszczanie biznesu, przybliżanie się do klienta, nawet za cenę tego, że koszty wzrosną. Chiny, które były taką fabryką świata, rzeczywiście mogą średnioterminowo to odczuć.

Profesor Eryk Łon, ekonomista, członek Rady Polityki Pieniężnej, powiedział: jesteśmy na wojnie, ta wojna walutowa w czasach pandemii się zaostrzyła i państwa potrzebują ekonomicznych pancerników, instytucji rządowych czy okołorządowych, które będą na rynkach finansowych, a także w realnej gospodarce, prowadzić ich interesy. Czy trzeba gospodarkę europejską i światową opisywać w kategoriach wojny?

Kwestia patriotyzmu gospodarczego i rywalizacji między krajami zawsze istniała. Tyle, że w wyniku pandemii państwa przestały ukrywać fakt prowadzenia egoistycznej polityki gospodarczej.

Faktycznie sektor prywatny bardzo mocno oczekuje wsparcia państwa, tego, że instytucje publiczne będą brały na siebie ryzyko. Nawiązując jeszcze do wczorajszej konferencji – wielu mówców, którzy jeszcze niedawno głosili dość liberalne tezy w zakresie polityki gospodarczej, wycofywania się państwa z gospodarki, zgłaszało duże oczekiwania w stosunku do państwa i instytucji międzynarodowych. Co ciekawe, Międzynarodowy Fundusz Walutowy z jednej strony mówi: odchodźcie od polityki oszczędności, wydawajcie, stymulujcie gospodarkę, natomiast jego pomoc w 76 z 91 przypadków była warunkowana krokami oszczędnościowymi. Tak więc kraje bogate mówią o kreowaniu popytu, pobudzaniu gospodarki, a jednocześnie niewiele robią, żeby wspierać gospodarkę w krajach rozwijających się.

Nie wiem, czy jesteśmy na wojnie, ale wiele krajów stało się dużo bardziej egoistyczne i w faktycznych działaniach, i w retoryce. To dla światowego systemu gospodarczego nie jest zbyt optymistyczne.

Może Międzynarodowy Fundusz Walutowy chce nam zamydlić oczy, zachęcając nas do zadłużania się i wydawania, skoro, jak Pan powiedział, na razie najgorzej na kryzysie wychodzą te kraje, które są poważnie zadłużone?

Nie wiem, czy to jest celowe działanie, ale stało się niezwykle ważne w tym kryzysie, na ile potrafimy wyeksportować naszą walutę, na ile inne kraje chcą trzymać swoje rezerwy walutowe w naszej lokalnej walucie. USA mają możliwość „eksportowania” swojej inflacji poprzez oferowanie na rynkach międzynarodowych dolara, który jest chętnie przyjmowany jako waluta rezerwowa. A co do tych pancerników, tych ciężkich dział w rywalizacji gospodarczej, to powinniśmy bardzo mocno popularyzować złotego jako walutę rezerwową. W tej chwili w relacji do PKB mamy bardzo nikły udział naszych rezerw walutowych, trzymanych przez inne banki centralne w złotym. Nasza gospodarka, nasz udział w handlu, w świecie inwestycyjnym skłania do tego, żeby złotówkę popularyzować. Ten kryzys bardzo dobrze pokazał, że w najlepszej sytuacji są ci, którzy mają możliwość eksportowania swojej waluty, w niezłej są ci, którzy mają małe zadłużenie w walutach obcych, a w najtrudniejszej ci, którzy się zadłużyli w obcych walutach i nie mogą podjąć wielu działań zalecanych przez Bank Światowy czy MFW.

Stąd widać, że finansyzacja gospodarki jest niezwykle ważna dla gospodarki opartej na produkcji, bo nawet, jeśli ma się bardzo dobrych szewców, którzy produkują bardzo dobre buty, ale popełni się błędy w polityce makroekonomicznej, to ci szewcy mogą mieć ograniczone szanse rozwoju przez to, że powstrzymamy dynamiczny rozwój gospodarczy.

Mówi się wśród ekonomistów, że ten kryzys może pogrzebać Króla Dolara, że system petrodolara może nie przetrwać.

Przy każdym kryzysie wieszczono zmierzch dolara, np. w 2008 r. – że Amerykanie „nasadzili cały świat na toksyczne aktywa” i to musi się skończyć. Nie skończyło się w 2008 ani teraz na to nie wygląda. Olbrzymi rynek kapitałowy, bardzo duża płynność, dostępność dolara, łatwa wymienialność, dolaryzacja wielu gospodarek rozwijających się sprawiają, że dolar trzyma się mocno. Słabiej wygląda sytuacja strefy euro i popularyzacji euro. Zadyszka strefy euro może się odbić na atrakcyjności euro jako waluty rezerwowej, a z kolei uczynienie z juana, z renminbi waluty rezerwowej jest obciążone ryzykiem politycznych decyzji chińskich. Nie lubimy dolara, chcielibyśmy utrzeć nosa Wujowi Samowi i trochę tych dolarów się pozbyć, natomiast, jak przychodzi co do czego, to jednak zielony ma swoje zalety.

Wywiad Łukasza Jankowskiego z Markiem Dietlem, prezesem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, pt. „Wojna walutowa w dobie pandemii”, znajduje się na s. 6 listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Wywiad Łukasza Jankowskiego z Markiem Dietlem, prezesem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, pt. „Wojna walutowa w dobie pandemii”, na s. 6 listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Nie możemy dalej milczeć. Katolicki głos w sprawie ograniczenia dostępu do kościołów w czasie pandemii

Jak to się stało? Kto i dlaczego podejmował takie decyzje? Przede wszystkim jednak władze państwowe powinny złożyć jasne oświadczenie: kwestionują treść i dotychczasową praktykę, prawa katolików?

Dla katolika nie ma nic bardziej dziwnego, niż sposób myślenia: najpierw rozwiążmy nasze bardzo poważne problemy, a potem powrócimy do kościołów, by się modlić. Takie podejście jest samo w sobie głęboko podszyte co najmniej duchem laicyzmu, przeświadczeniem o samowystarczalności człowieka. Oznacza utratę poczucia sacrum, sprowadzenie religijności co najwyżej do stanu umysłu, a nie realności relacji między ludzkością a Bogiem. Świadomość, czym była świątynia jerozolimska, a dziś jest każdy kościół, to myślenie dokładnie odwrotne. To obecność Boga w doczesności, w miejscu i czasie. Pomysł, że zwłaszcza w czasach trudnych, należy ograniczać funkcjonowanie kościołów, oznacza „czynić, co nie podoba się Panu”.

Kto tak rozumie, widzi, gdzie przebiega granica, co boskie i cesarskie odnośnie do budynków kościelnych. Wszystko, co jest, jak nazywa to polskie prawo, „kultem publicznym”, jest domeną Kościoła. W tym duchu dotychczas rozumiano art. 8 ust. 1 Konkordatu, który mówi: „Rzeczpospolita Polska zapewnia Kościołowi Katolickiemu wolność sprawowania kultu”. Jego rozwinięcie widziano w art. 15 w zw. z art. 2 ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 17 maja 1989 roku (DzU z 2019 r. poz. 1347). Wynika z nich jasno: co dzieje się we wnętrzach kościołów, podczas kultu publicznego na cmentarzach, drogach publicznych (podczas pielgrzymek) – jest wyłączną sprawą Kościoła. Od kilku już dekad utarła się praktyka współpracy – strona kościelna dokonuje oczywiście zgłoszeń władzom, gdy jest to niezbędne z powodów organizacyjnych (np. o trasach i terminach pielgrzymek). Władza państwowa mogła ingerować dopiero po przekroczeniu granicy określonej w art. 8 ust. 5 Konkordatu, mówiącym, iż władza publiczna może podjąć niezbędne działania w miejscach sprawowania kultu publicznego także bez uprzedniego powiadamiania władzy kościelnej, jeśli jest to konieczne dla ochrony życia, zdrowia lub mienia. Było jasne, że należy to rozumieć jako działanie incydentalne w przypadkach nagłych, gdy po prostu nie ma możliwości powiadomienia władzy kościelnej, np. policja wkracza do kościoła w bezpośrednim pościgu za przestępcą, który schronił się wewnątrz, czy w przypadku, gdy Straż musi ratować ludzi w płonącej świątyni.

Te zasady zostały katolikom wypowiedziane przez władze państwowe wiosną, gdy te ostatnie jednostronnie zadecydowały o ograniczeniach w dostępie do kościołów.

Tego, że było to działanie jednostronne, łamiące zasady konkordatowe i ustawowe można się było domyślić, już gdy 15 kwietnia 2020 roku Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki skierował oficjalne pismo do Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, zwracając uwagę na nieadekwatność regulacji dotyczących ilości osób w kościołach. Arcybiskup raczej nie wystosowałby takiego pisma, gdyby wcześniej był stroną wspólnych uzgodnień. Po drugie, od początku trudno było podejrzewać, że jakikolwiek hierarcha zgodziłby się na regulację tak nonsensowną jak ograniczenie do pięciu osób, bez względu na wielkość świątyni.

Nie można mieć już żadnych wątpliwości od momentu, gdy wobec zamknięcia w ostatniej chwili cmentarzy przed samym dniem Wszystkich Świętych Prymas Polski abp Wojciech Polak powiedział: „Ze mną premier nie konsultował zamknięcia cmentarzy. Nie miałem też żadnych innych informacji, czy premier konsultował tę decyzję z sekretariatem Episkopatu, czy z przewodniczącym KEP”.

Od tego momentu żaden katolik w Polsce raczej nie powinien mieć wątpliwości. To wszystko polega na tym, że władza państwowa jednostronnie, wbrew Konkordatowi, Konstytucji i ustawom, decyduje o tym, co dzieje w kościołach, wkraczając w kompetencje naszych biskupów. Hierarchowie nie chcąc wchodzić w konflikt, przyjmują ten dyktat, wydając w poszczególnych diecezjach dekrety o treści podobnej jak przepisy państwowe.

Nielegalność tej działalności władz ma również swój szczególny wymiar na gruncie prawa państwowego. Najbardziej pryncypialne prawo wynikające z Konkordatu, Konstytucji i ustaw ograniczane jest w drodze rozporządzeń. Zapadły już orzeczenia, w których nawet sądy państwowe potwierdziły, iż takie regulacje po prostu nie są obowiązujące. Decyduje o tym kilka kwestii. Przede wszystkim brak umocowania organu wydającego rozporządzenie – art. 46, 46a i 46b ustawy o zapobieganiu i zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z dnia 5 grudnia 2008 roku (DzU z 2020 r. poz. 1845) po prostu nie upoważniają władzy wykonawczej do samodzielnego regulowana kultu publicznego. Po drugie, zgodnie z art. 233 Konstytucji, prawa i wolności sumienia i religii nie mogą być ograniczone nawet ustawą, i to w sytuacji stanu nadzwyczajnego. Co dopiero rozporządzeniem, a więc aktem niższego rzędu niż ustawa, i to bez oficjalnego wprowadzenia stanu nadzwyczajnego.

Należy podkreślić, iż ostatnie z wydanych rozporządzeń wręcz pogłębiają stan nielegalności. Negatywną nowością jest takie formułowanie przepisów, iż wynika z nich, że władze państwowe kult publiczny traktują jako jeden z rodzajów zgromadzeń publicznych. Dotychczas było oczywiste, iż w rozumieniu prawnym kult publiczny jest czymś zupełnie innym niż zgromadzenia publiczne, a regulacje dotyczące zgromadzeń publicznych nie są stosowane do kultu publicznego.

Obecne stanowisko władz oznacza, iż Msza św. dla rządzących jest tym samym, co manifestacja (sic!). Dla katolików jest to po prostu obraźliwe.

Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 9 października 2020 roku w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (DzU z 2020 r. poz. 1758) stanowi: Do odwołania zakazuje się organizowania zgromadzeń w rozumieniu art. 3 ustawy z dnia 24 lipca 2015 r. – Prawo o zgromadzeniach (DzU z 2019 r. poz. 631). W ust. 8 jako swego rodzaju wyjątek ustanowiono, iż zgromadzenia organizowane w ramach działalności kościołów i innych związków wyznaniowych mogą się odbywać. Dalsze ograniczenia wprowadzono rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 6 listopada 2020 roku (DzU z 2020 r. poz. 1972), zmieniające rozporządzenie w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii. Informacje pochodzące ze środowisk rządowych mówią, iż rozważane są dalsze restrykcje stanowione kolejnymi rozporządzeniami.

Od wiosny władze państwowe dokonują kolejnych naruszeń praw katolików. Ingerencje rozporządzeniami w kult publiczny, policyjne rozgonienie oficjalnej diecezjalnej pielgrzymki na Jasną Górę, prowadzenie policyjnych czynności operacyjnych na terenach parafii (w tym zagłuszanie nabożeństw przez megafony), stawianie przed sądem kapłanów pod zarzutem, iż w trakcie odprawiania Mszy powinni na bieżąco liczyć wiernych. Są to działania nielegalne od strony formalnej, o czym wiemy już dziś ze słów naszych biskupów (nikt z nimi tego nie uzgadniał, zostało to narzucone). Również nonsensowne merytorycznie.

Trudno zrozumieć, w jaki sposób ktoś mógł w ogóle wpaść na pomysł, iż dopuszczalna jest obecność pięciu osób w kościele, niezależnie od wielkości.

Od początku do teraz stosowane jest jawnie nonsensowne kryterium powierzchni, gdy wiadomo, iż epidemiczne znaczenie ma przede wszystkim kubatura (transmisja drogą oddechową oznacza, iż należy unikać przestrzeni oddechowej innych osób – w strzelistych budynkach, jakimi najczęściej są kościoły, wydychane ciepłe powietrze zawierające dodatkowo parę wodną unosi się w górę).

Nie podejmujemy się rozstrzygać – działalność rządzących nosi charakter intencjonalny, czy też wynika z nieudolności. Jednakże wobec zapowiedzi, iż władze państwowe szykują się na nawet długotrwałe funkcjonowanie w obecnych reżimach, nie możemy dalej milczeć.

Tym bardziej, iż istnieje obawa, że nawet po zakończenie formalnego stanu epidemii będzie pokusa, by utrzymać przeróżne ograniczenia, czy przynajmniej rozumienie, iż katolicy, Kościół w Polsce podlegają ściśle władzy świeckiej.

Katolikom w Polsce należy się jasne wyjaśnienie dotyczące wskazanych problemów. Jak to się stało? Kto i dlaczego podejmował takie decyzje? Przede wszystkim jednak władze państwowe powinny złożyć jasne oświadczenie: kwestionują treść i dotychczasową praktykę, prawa katolików? Opisane działania należy rozumieć jako wypowiedzenie Konkordatu? Uchylenie gwarancji konstytucyjnych i ustawowych? Obecne władze swe regulacje rangi rozporządzeń uważają za wyprzedzające rangi umowy międzynarodowej, ustawy zasadniczej i ustaw zwykłych?

Nad tym wszystkim góruje jednak problem podstawowy. Błądzi fundamentalnie, kto sądzi, iż rozwiąże problemy kraju czy ludzkości, nie powierzając się przede wszystkim Panu Bogu.

10.10.2020 r.

Ryszard Skotniczny, Stowarzyszenie Europa Tradycja

Urszula Strynowicz, Wspólnoty Nieustającego Różańca Świętego im. Św. Jana Pawła II

Tadeusz Matuszkiewicz, Klub Inteligencji Katolickiej, Mielec

Krzysztof Czeluśniak, Stowarzyszenie Jaślanie

Marcin Dybowski, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę

Teresa Bazylko-Boratyn, Stowarzyszenie LEGION MARYI

Jacek Kotula, Fundacja Życiu Tak

Maria Bienkiewicz, adw. Łukasz Jończyk, Fundacja Nowy Nazaret

Jak w trzynastu ruchach rozegrać partię przeciw sobie, czyli nie każdemu podobają się działania rządu w czasie pandemii

Sam rząd rozegrał partię przeciw sobie. Jak w każdych zawodach, tak i w politycznych – za jakiś czas nikt nie będzie wspominał dobrej gry, w pamięci zostaną złe posunięcia, a przede wszystkim porażka.

Ten tekst nie jest o tym, co można by zrobić lepiej. Ten tekst jest o tym, co „nie gra” w decyzjach rządu dotyczących koronawirusa.

Rząd rozegrał partię szachów przeciwko samemu sobie. Wystarczy zamienić w kalamburze Słonimskiego „autora” na „rząd” i mamy dobry opis sytuacji: „Jeśli są to szachy, to nie autor gra koniem, ale koń gra tymi szachami. To nie partia szachów, lecz końcówka twórczości”. Wystarczyło naście ruchów, by do tego doprowadzić:

1. Wypłaszczać krzywą zachorowań, gdy zakażenia mieszczą się w liczbach trzycyfrowych. Wypłaszczać środkami drastycznymi, włącznie z lockdownem. Strzelać z armaty do komara. Wystrzelać amunicję zawczasu.

2. Przekonywać, że wicie, rozumicie, my jako rząd zapanowaliśmy nad wirusem. Zabroniliśmy mu się rozprzestrzeniać. Zgasiliśmy pojedyncze ogniska. Wsadziliśmy do aresztu domowego. Razem z domownikami oczywiście.

3. Agitować starsze osoby do udziału w wyborach prezydenckich. Tłumaczyć, że pójście do lokalu wyborczego jest bezpieczne. Udział w wiecach przedwyborczych również. Podanie dłoni kandydatowi też nie przeczy zasadzie DDM. Powtarzać, że poradziliśmy sobie z wirusem. Uwierzyć we własną propagandę.

4. Perswadować, że drugiego lockdownu Polska nie przeżyje. Składać obietnice, że takiego zamknięcia nie będzie. Potem łamać cacanki, ale bez używania znienawidzonego terminu. Od miękkiego lockdownu przejść do narodowej kwarantanny. Za przykładem innych krajów, stosujących równie nieskuteczne środki.

5. Wysłać na przymusową kwarantannę blisko pół miliona ludzi. Tym samym w sposób nieodnotowany przez GUS podnieść bezrobocie o 2,7%. Ten drobny wzrost zgubi się zresztą w fali zwolnień, która jest dopiero przed nami.

6. Pozamykać, co się da i czego się nie da. Zakazać pracowania nie tylko potencjalnie bezobjawowym chorym, ale również tym, którzy chorobę już przeszli i mogą to potwierdzić stosownymi testami. Wyposażyć w tarcze antykryzysowe, na których wyrób nie będzie kto miał pracować.

7. Współuzależnić się adekwatnie do dysfunkcji dzisiejszej demokracji. Za wszelką cenę nie przyznać, że „jesteśmy bezsilni i że przestaliśmy kierować życiem” (1 krok AA). Nie skonfrontować siebie i innych z prawdą, że „sorry, taki mamy klimat”, iż żaden system zdrowotny nie jest z gumy.

8. Przemianowywać szpitale na jednoimienne. Przerzucić wszystkie siły medyczne na jeden front. Niech umierają pechowcy, którzy chorują na coś innego niż Covid-19. Tych rozproszonych śmierci i tak nikt nie zliczy. A wszystko to dla waszego, Polacy, dobra.

9. Troszczyć się o seniorów. Służyć im, ale bez pytania ich o zdanie. Zamknąć starszych w domach, zakazać kontaktów społecznych i wizyt lekarskich (co nieraz na jedno wychodzi), wpędzić w depresję. Zepsuć im ostatnie tygodnie, miesiące czy lata życia. Jeśli umrą nie od Covida, nie podwyższą statystyk.

10. Przywoływać straszące dane. Tych, co nie dali się jeszcze zastraszyć, szantażować emocjonalnie i finansowo. Zwłaszcza psioczyć na nieodpowiedzialną młodzież, która na złość babci nie założy maseczki. Zamykać oczy na zdrowy rozsądek ludzi, którzy nie chcą odnieść się do sytuacji tak poważnie, jak by tego rządzący oczekiwali.

11. Cholerą zamrożonej gospodarki leczyć dżumę wirusa, a następnie przekreślić wymuszone na społeczeństwie wysiłki, pozwalając na spontaniczne demonstracje. Mandatami raczyć pojedyncze osoby. I hurtem wszystkim Antygonom zakazać listopadowego odwiedzania grobów! Z odpowiednim, kilkunastogodzinnym wyprzedzeniem poinformować o tym.

12. Mamić obietnicą szczepionki, której nie będzie. A jeśli będzie, nie będzie bezpieczna. A jeśli będzie bezpieczna, to zapewne niekompatybilna z nowym wirusem, który w międzyczasie zmutuje. Zamienić obietnicę na przymus szczepień. Nie pozwolić dzieciom i młodzieży na naturalne „zaszczepienie” się w szkołach. Skierować wszystkich na edukację zdalną. Razem z rodzicami, niech nadrabiają zaległości. Na przekór temu, że parę miesięcy wcześniej dowodziło się, jak bardzo nieskuteczna jest zdalna forma nauczania.

13. Nie zapytać wirusa o jego plany. Zatkać uszy, gdyby chciał dawać do zrozumienia, że zamierza skolonizować całe społeczeństwo. Rozkładać jego panoszenie się na fale kolejnych wizytacji, czyli w praktyce na długie miesiące (jeśli nie lata). W ogóle nie dopuszczać do głowy takiej myśli, że przyjdzie nam żyć razem z okupantem już na zawsze. Nie odpowiadać na pytanie, które strach zadać: i co wtedy?

To zapewne nie wszystko. Ale wystarczy na samozaoranie siebie i innych. „To nie partia szachów, lecz końcówka twórczości”. Nie tyle wirus dał szach-mata, ile sam rząd rozegrał partię przeciw sobie. Jak w każdych zawodach, tak i w politycznych – za jakiś czas nikt nie będzie wspominał dobrej gry, w pamięci zostaną jedynie złe posunięcia, a przede wszystkim porażka.

Sławomir Zatwardnicki

Grób Fryderyka Chopina na cmentarzu Père-Lachaise łatwo znaleźć. To tam, gdzie jest najwięcej świateł

Serce Chopina przewieziono do Polski. Francuzi zarzucają Polakom, że lubią kawałkować swoich zmarłych i rozpraszać ich szczątki po świecie. Tak mogą mówić tylko ludzie nie znający historii.

Piotr Witt

My – zacofana Polonia paryska – nie nawróciliśmy się jeszcze na Halloween. Wspominając naszych zmarłych w Zaduszki, zbieramy się przy grobie wielkiego rodaka i słynnego emigranta. Szczątki Mickiewicza i Słowackiego zostały przeniesione na Wawel, szczątki doczesne Norwida przepadły we wspólnej mogile biedaków. Na cmentarzu Père-Lachaise pozostał trup Chopina. Każdego roku jest nas tutaj wielu. Temu, kto przyjdzie na Père-Lachaise w dzień Wszystkich Świętych, nie znając cmentarza, i pyta o drogę, tłumaczą: proszę wejść trochę wyżej i spojrzeć w prawo. Grób Chopina znajduje się tam, gdzie jest najwięcej świateł.

Nie tylko my tutaj przychodzimy i nie tylko paryżanie. Miesiąc temu w sąsiedniej alejce spotkałem młodego człowieka z wiązanką pąsowych róż. Przyleciał z Argentyny, żeby złożyć kwiaty na grobie uwielbianego kompozytora. Dla nas – Polonii paryskiej – miejsce ma dodatkowe znaczenie.

Po zamknięciu przed kilku laty pałacyku Instytutu Polskiego przy ulicy Jean Goujon i wyproszeniu polskich stowarzyszeń z rue Legendre przez tych, którzy chcą sprzedać pałacyk Stowarzyszenia Kombatantów, pozostało nam miejsce na cmentarzu. Ironia losu sprawiła, że mickiewiczowska tradycja dziadów – agap cmentarnych — wciąż żyje wśród nas, polskich emigrantów 2020.

(…) Serce Fryderyka wyjęto i przewieziono do Polski. Znajduje się w parafialnym kościele rodziny Chopinów pw. Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, wmurowane w filar. Francuzi zarzucają z tego powodu Polakom, że lubią kawałkować swoich zmarłych i rozpraszać ich szczątki po świecie. Tak mogą mówić tylko ludzie nie znający historii. To stary obyczaj francuski. Wnętrzności Napoleona stoją w wazie ze złoconego srebra obok trumny u Inwalidów. Za monarchii, po śmierci członka rodziny królewskiej, wyjmowano jego serce i umieszczano je w relikwiarzu ze złoconego srebra. Najwięcej tych pudełeczek o kształcie serca zawieszono w kościele oo. jezuitów pw. św. Pawła przy ulicy Rivoli. Podczas rewolucji ludność rozgrabiła część, zanim Konwent wziął sprawę w swoje ręce.

Skutkiem rewolucji były braki w zaopatrzeniu. Między innymi, w rezultacie blokady angielskiej na Morzu Śródziemnym, zabrakło malarzom francuskim koloru mumii. Tak nazywano farbę ciemnokasztanową, otrzymywaną ze sproszkowanych mumii sprowadzanych z Egiptu. Konwent, pragnąc, aby dynastia Burbonów do czegoś ludowi posłużyła przynajmniej po śmierci, obarczył Vivant-Denona misją sprawiedliwego przydziału poszukiwanego pigmentu. Są w Luwrze malowane tymi sercami arcydzieła. Martin Rolling miał ich podobno czterdzieści pięć.

Tradycja serca-relikwii była tak silna, że za rewolucji, po śmierci następcy tronu zamęczonego przez jakobinów, lekarz, który dokonał sekcji zwłok, z narażeniem życia wyjął serce z piersi dziecka i przechował je do czasu powrotu Burbonów z emigracji. Spór o to serce znalazł rozwiązanie dopiero kilka lat temu. Badanie DNA relikwii i żyjących Burbonów potwierdziło jego autentyczność.

Ale z Chopinem sprawa była zupełnie inna. Serce wyjęto na jego prośbę, a nawet żądanie. Paniczna obawa, aby nie pogrzebano go żywcem, prześladowała Fryderyka od lat. Od kiedy, wkrótce po jego przyjeździe do Francji, wybuchła pandemia cholery. Władze sanitarne Paryża czekały na nią od dawna. Dzisiejszy koronawirus przyleciał z zarażonym studentem z Wuhan jetem w ciągu kilkunastu godzin. Cholera 1832 podróżowała pieszo i konno. Zajęło jej pięć lat, zanim z Chin dotarła do Paryża przez Syberię i Europę, pozostawiając po drodze setki tysięcy trupów i przepełnione cmentarze. Władze zaopatrzyły Paryż w leki, w których skuteczność wierzono, rozlepiono na murach przepisy sanitarne, otwarto ogromny szpital św. Ludwika i inne szpitale czasowe oraz hospicja, trzymane w pogotowiu na wypadek epidemii.

Wszystko na nic. Nie znano ani etiologii cholery, ani terapii. Wiedziano jednak, że zaraza to jest coś, co zaraża, i starano się pozbyć zwłok jak najprędzej. Grzebano w pośpiechu i zdarzało się podobno, że niektórych pochowano żywcem. Takie przynajmniej opowieści krążyły wśród artystów nie tylko w salonie Aleksandra Dumasa. W Brukseli znajduje się muzeum Antoine’a Wiertza. Można tam zobaczyć kilka obrazów, na których ten dziwny malarz romantyczny przedstawił domniemanego nieboszczyka, jak uchyla wieko trumny w grobowcu, usiłując się wydobyć. W jednym z tych przedstawień można przeczytać umieszczony na wieku trumny urzędowy napis: Zmarły na cholerę. Zaświadczone przez nas, Doktorów Sandoutes; pieczęć i podpisy lekarzy. Na innym jest i data: Paryż 17 lipca 1832.

Cały artykuł „Zaduszki paryskie” Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w listopadowym „Kurierze WNET” nr 77/2020, s 3 – „Wolna Europa”.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na wnet.fm.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Artykuł Piotra Witta pt. „Zaduszki paryskie” na s. 3 „Wolna Europa” listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Palade: PiS w ciągu jednego miesiąca zraził do siebie wyborców prawicowych i umiarkowanych. Grozi mu bunt elektoratu

Jak rządzący strzelili sobie dwa samobóje? Marcin Palade o sondażach wyborczych, ich przełożeniu na mandaty i tym, co oznacza dla PiS-u niska frekwencja wyborcza.

Spadek poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości wynika z forsowania wbrew własnemu zapleczu piątki dla zwierząt oraz wydanie wyroku TK ws. aborcji w czasie pandemii- wyjaśnia Marcin Palade. Zauważa, że nie ma znaczenia, czy PiS ma 40, czy 39 procent poparcia, tylko ile ma mandatów. Obecnie mandaty obozu rządzącego są dużo poniżej dwustu. Sondaże nie dają gwarancji, że Zjednoczona Prawica będzie mieć samodzielną większość w Sejmie w przypadku wyborów. PiS-owi udało się zrazić do siebie najpierw wyborców prawicowych piątką dla zwierząt, a później umiarkowanych wyrokiem ws. aborcji. W ciągu jednego miesiąca rządzący strzelili sobie dwa samobóje.

Jest coś takiego jak bunt elektoratu i ten bunt przeważa się na absencję wyborczą.

Część komentatorów nie bierze pod uwagę, iż elektorat zniechęcony do PiS nie musi odpłynąć do innej partii, ale może podczas wyborów zostać w domu. Przy niższej frekwencji udział PiS-u w wyborczym torcie będzie mniejszy.