Krakowianie od dłuższego czasu skarżą się, że ich posty blokowane są na oficjalnym profilu na Facebooku. Urzędnicy tłumaczą, że nie mogą pozwolić sobie na hejt.
Mieszkańcy Krakowa od dłuższego czasu są blokowani na oficjalnym profilu miasta na Facebooku. Część z nich to działacze społeczni, którzy często w komentarzach zadają trudne pytania i poddają w wątpliwość niektóre decyzje władz Krakowa. Urzędnicy tłumaczą, że są zobowiązani do „zachowania standardów” i nie mogą pozwolić na hejt.
Urząd miasta komentuje, że o komentarz w tej sprawie proszą przedstawicieli władz miasta. O komentarz poprosiliśmy przedstawicieli władz miasta. „Redakcja stara się skupiać społeczność czytelników zainteresowanych sprawami miasta, którzy dzielą się merytorycznymi opiniami, są źródłami ważnych informacji” – wyjaśnia Monika Chylaszek, dyrektor wydziału komunikacji społecznej. Część zablokowanych użytkowników już została odblokowana, będą oni mogli znów komentować poczynania władz Krakowa.
Krakowianie skarżą się, że od dłuższego czasu są blokowani na oficjalnym profilu miasta na Facebooku. Część z nich to działacze społeczni, którzy często w komentarzach zadają trudne pytania i poddają w wątpliwość niektóre decyzje władz Krakowa. Urzędnicy tłumaczą, że są zobowiązani do „zachowania standardów” i nie mogą pozwolić na hejt. Jednak po tym, jak o sprawę zaczęli dopytywać dziennikarze, część użytkowników natychmiast zostało odblokowanych.
Michał Fajbusiewicz – polski dziennikarz telewizyjny, scenarzysta i realizator filmowy mówi o Bornym Sulinowie, Łodzi i swojej karierze zawodowej.
Jestem związany z Bornym Sulinowem od 1971 roku. Przeniosłem się do tego miasta na stałe po zakończeniu bardzo żywotnej kariery zawodowej. Po przejściu na emeryturę planowałem postawienie tutaj domu. Plany się ziściły i przerosły moje oczekiwania – mówi Michał Fajbusiewicz.
Michał Fajbusiewicz obywał zasadniczą służbę wojskową w jednostce lotniczej II Pułku Lotnictwa Myśliwskiego Kraków w Goleniowie, która zaprzyjaźniona była z jednostką lotniczą z Bornego Sulinowa. Dzięki swojej szerokiej działalności i zaangażowania rozmówca pełnił w wojsku służbę delegata.
Gość „Radia WNET” opowiada o reportażu, w którym główną rolę odegrała postać szwagierki Tomasza Skowronka. „. Główna bohaterka reportażu – pani Zosia była jedyną kobietą wśród mężczyzn leśników i posiadała najlepsze wyniki w całym regionie. Akcja reportażu rozgrywała się w nadleśnictwie Czaplinek.
Michał Fajbusiewicz w Rozmowie z Tomaszem Wybranowskim mówi o swojej współpracy z muzykiem OSTR i organizowaniu widowisk z okazji święta ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, które transmitowane były na żywo w telewizji polskiej. Michał Fajbusiewicz z Agatą Młynarczyk byli prowadzącymi tych widowisk, które co roku skupiały się na innej tematyce. Gość „Muzycznej Polskiej Tygodniówki opowiada m.in. o Tatianie Okupnik z zespołu „Blue Cafe” i zespole „Ich Troje”.
Gość „Radia WNET” prowadzi program „Fajbusiewicz: Rozmowy o zbrodni”. Przeprowadza rozmowy z czołówką polskich pisarzy i autorów kryminalnych. Rozmówca przygotowuję się aktualnie do nowego programu, który jesienią 2019 roku ukaże się w Crime + Investigation – „Z archiwum Michała Fajbusiewicza”. Program jest na etapie wybierania programów, spraw i tematów, które od lat nie zostały wyjaśnione. Michał Fajbusiewicz jest również twórcą książki „Fajbus. 997 przypadków z życia”, w której można przeczytać opowieści z czasów PRL-u.
Inspiracja dla artystów, bogactwo historyczne, przemysł, turystyka, czyli Zakopane widziane okiem językoznawcy, historyka, regionalisty i przewodnika tatrzańskiego, dr Agnieszki Jurczyńskiej-Kłosok.
Językoznawca, historyk, regionalista i przewodnik tatrzański, dr Agnieszka Jurczyńska-Kłosok mówi o historii miasta Zakopane. Nasza rozmówczyni podkreśla znaczenie Placu Niepodległości, które dziś może pełnić swoją kulturalną funkcję. Jest ono miejscem, które odwiedza mnóstwo turystów i mieszkańców Zakopanego. W przeszłości Plac Niepodległości stanowił centrum Zakopanego, „tu tętniło życie tego serca Podhala”.
Tutaj ludzie mogą się spotkać, porozmawiać, powspominać historię miasta, a także obejrzeć filmy wyświetlane przez kino letnie.
Mówi się o dwóch dokumentach pisanych potwierdzających osadnictwo na terenach dzisiejszego Zakopanego. Pierwszy wydany był przez króla Stefana Batorego, następnie 100 lat później powtórzył go Michał Korybut Wiśniowiecki.
Prawdopodobnie jednak osadnictwo na tych terenach sięga XV w.
W 1615 r. powstał pierwszy dokument, gdzie pojawia się nazwa Zakopane, które uzyskało prawa miejskie dopiero w 1933 r. Skala osadnictwa w tamtych czasach to 44 osoby. Dziś na terenie Zakopanego mieszka około 27 tysięcy ludzi.
Agnieszka Jurczyńska-Kłosok zaznacza, że na początku były to tereny trudne do osiedlenia. Puszcza Karpacka sięgała aż pod sam Kraków, dlatego dotarcie w te rejony zajęło człowiekowi dużo czasu. Mówi się o teorii Wołochów, którzy przybyli na te ziemie. To osadnictwo częściowo związane było z powstawaniem klasztorów niedaleko Zakopanego np. w Ludźmierzu.
Ludzie przybywali tutaj zewsząd.
Istnieją trzy ścieżki wyjaśniające, dlaczego Zakopane stało się tak popularne. Jedną z nich był rozwijający się przemysł, na przełomie XIX/XX wieku na tych terenach. Był to czas wydobywania rud żelaza w Dolinie Jaworzynki, w Dolinie Kościeliskiej itp. Z czasem, jednak przestało być to opłacalne.
Podczas rozmowy nasz gość wyjaśnia również etymologię nazwy Zakopane.
Nazwa powstała od słowa „kopane”, czyli karczowane. Ludzie, by móc się tutaj osiedlić, najpierw musieli wykarczować las.
Już w XIV wieku Zakopane stało się elementem sporu, który dotyczył ochrony przyrody. Wtedy to hrabia Władysław Zamoyski, po wykupieniu Zakopanego na jednej z aukcji, rozpoczął zalesianie Tatr.
Gość Poranka WNET odnosi się również do czasów międzywojennych.
To był piękny okres dla Zakopanego.
Do Zakopanego lubili przyjeżdżać wielcy twórcy. Było to miejsce, gdzie swoje dzieła tworzyli wybitni malarze i pisarze tacy jak Stefan Żeromski, Tytus Chałubiński i wielu innych.
Artur Bochenek wiceprezydent Nowego Sącza o problemach miasta, jego perspektywach i nadziejach, jakie wiąże z jego przyszłością.
Artur Bochenek wiceprezydent Nowego Sącza mówi, że od momentu, w którym zlikwidowano miasta wojewódzkie, Nowy Sącz zszedł na drugi plan i przestał wykorzystywać swoje szanse rozwojowe.
Wyludnianie problemem nie tylko mniejszych miast, ale też dużych miast. następuje też proces urbanizacji miast i rozwijania ich, jeśli uda nam się tę dostępność komunikacyjną powiększyć, polepszyć, to, to miasto będzie miastem przyciągającym młodych, bo w tym mieście jest potencjał.
Szansę na odwrócenie tej tendencji wiceprezydent widzi w nowych inwestycjach w infrastrukturę drogową i kolejową. Jak zaznacza gość „Poranka WNET”, najważniejszą inwestycją, która poprawiłaby jakość życia mieszkańców, byłoby zapowiadane od lat ekspresowe połączenie z Krakowem. Podobnie w przypadku połączenia kolejowego Kraków – Podłęże – Piekiełko, dzięki któremu w ciągu 40 minut moglibyśmy znaleźć się w Krakowie.
Nowy Sącz mógłby się w przyszłości stać bazą turystyczną.
Jednym z największych plusów miasta jest turystyka, która prężnie się rozwija i w przyszłości może stać się bazą wypadową i hotelowo-gastronomiczną oraz zapleczem turystycznym całego regionu nowosądeckiego.
Zupełnie nie czuję się człowiekiem lewicy. Nigdy nie byłem związany z żadnymi partiami politycznymi. Reprezentujemy ruch miejski, oddolny, skupiający tak naprawdę mieszkańców reprezentujących różne poglądy polityczne od nawet skrajnej prawicy po bardziej liberalne. Natomiast nas nie interesuje polityka i poglądy polityczne, nas interesuje spojrzenie na miasto.
W ten sposób Bochenek charakteryzuje ruch miejski, z którym jest związany. Jak dodaje, Nowy Sącz jest miastem wyjątkowo religijnym i przywiązanym do wartości narodowych.
Chciałbym zobaczyć za 5 lat młode, dynamiczne, coraz młodsze miasto, które posiada ożywioną starówkę i dostępność komunikacyjną w regionie.
W powyższych słowach rozmówca Łukasza Jankowskiego odpowiada na pytanie, co chciałby po sobie pozostawić w Nowym Sączu.
Jak według legendy został cudownie ocalony zamek w Baranowie Sandomierskim, co zachowało się z jego renesansowej i barokowej architektury i co dzisiaj się na nim odbywa? Odpowiada Paweł Przykaza.
Paweł Przekaza wprowadza nas w historię zamku w Baranowie Sandomierskim, którego budowę rozpoczęto w czasach Rafała Leszczyńskiego (ok. 1526-1592), natomiast zakończono przez jego syna Andrzeja (ok.1559-1606), wojewodów brzeskokujawskich. Jak mówi dyrektor muzeum w XVI w. Baranów kupił Rafał Leszczyński i tutaj wybudował rodzinną siedzibę. Król Stefan Batory polecił mu własnego architekta- Włocha Santiego Gucciego. Zamek wybudowany został w renesansowym stylu. W XVII w. nowi właściciele- Lubomirscy wybudowali barokową galerię Tylmanowską. Obecnie znajdują się w niej współczesne obrazy Antoniego Chrzanowskiego.
W trakcie, kiedy trwał potopu szwedzkiego, córka właściciela zebrała wszystkich mieszkańców Baranowa w zamku, a sama poszła do zamkowej kaplicy modlić się o przepędzenie Szwedów. Nad głowami najeźdźców pojawiła się czarna chmura, spadł ogromny grad, który ich stąd przepędził.
Przykaza przytacza legendę związaną z ocaleniem zamku w czasie najazdu szwedzkiego. W rzeczywistości Szwedów stąd przepędził podjazd Stefana Czarnieckiego. Zamek w ciągu wieków przechodził w ręce różnych rodów: Potockich, Sanguszków, Krasickich. W 1867 r. zamek kupił Stanisław Dolański, który przekazał go synowi Romanowi – ostatniemu właścicielowi zamku, który w 1940 r. opuścił zamek, a 10 lat później zmarł bezpotomnie w Krakowie.
Udało się zamek zachować w całości jako konstrukcję, ale niestety wnętrza zostały bądź zdewastowane, bądź ograbione i tu właściwie nie ma nic, aż do lat 50. kiedy przyjeżdża tutaj prof. Alfred Majewski.
Zamek przetrwał dwie wojny światowe. Po 1945 r. mieściła się w nim stajnia i magazyny zbożowe. Kustosz Wawelu rozpoczął akcje na rzecz restauracji Zamku, w której to sprawie pisał petycje do władz. Decyzją ministra zamek został przekazany firmie Siarkopol, pod której nadzorem został on wyremontowany.
W czasie remontu po II WŚ znaleziono pod tynkiem kilka takich herbów, ale prof. Majewski postanowił wzbogacić sufit takimi herbami i na podstawie herbarza XVI wiecznego zostały tutaj takie herby wymalowane.
Dyrektor opowiada o tym, co można dzisiaj podziwiać w zamku. Należą do nich kaplica z przełomu XIX i XX, w której znajdują się repliki znajdujących się tam przed wojną witraży Józefa Mechowera i Jacka Malczewskiego, czy renesansowe wachlarzowe schody.
Zamek gościł wielu wybitnych przedstawicieli muzyki. My też chcemy nawiązać do tej tradycji. Staramy się co roku organizować koncerty muzyki symfonicznej.
Początkowo zamek gościł głównie przedstawicieli władzy, w tym premiera Józefa Cyrankiewicz, później zaś również wielu różnych artystów. W 1997 r. firma Siarkopol upadła, a zamek przejęła po niej Agencja Rozwoju Przemysłu, która utworzyła tutaj muzeum. Obecnie zamek jest miejscem wielu wydarzeń kulturalnych, na które dyrektor Paweł Przykaza serdecznie wszystkich zaprasza.
– Mamy już gotową listę osób, która od poniedziałku podejmie się głodówki – zapowiadała w „Poranku Wnet” rzecznik prasowy SORM NSZZ „Solidarność” Jolanta Zawistowicz.
Już 12 dni trwa strajk nauczycieli w Nowej Hucie. Radio Wnet od kilku dni relacjonuje protest na antenie. Gościem piątkowego Poranka była minister Marzena Machałek z MEN i Rzecznik prasowy SORM NSZZ „Solidarność” Jolanta Zawistowicz.
– Akcja protesacyjna będzie nadal kontynuowana w tutejszym Kuratorium Oświaty i zmieni wkrótce formę na protest głodowy. Po wczorajszej radzie sekcji mamy już gotową listę osób, która od poniedziałku podejmie się głodówki – mówiła Jolanta Zawistowicz. – Od 12 dni nie ma odpowiedzi na nasze działania, nie przyszło do nas pismo, nie odwiedził nas żadem przedstawiciel rządu (…) postulaty są w dalszym ciągu aktualne, nauczyciele i rodzice patrzą na nas z dużą nadzieją – podkreślała Zawistowicz – Chodzi nam o to, żeby zapobiec strajkowi (…) staramy się jak możemy wypełniać swoją misję najlepiej, czara goryczy się przelała (…) Dostaliśmy podwyżki, natomiast ich skala jest znikoma – dodała.
Sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej. minister Marzena Machałek podkreśliła, że sama jest z zawodu nauczycielem i rozumie problemy protestujących. Na pytanie Krzysztofa Skowrońskiego dlaczego ministerstwo nie podjęło rozmów z protestującymi minister odpowiedziała:
– To nie jest tak, że nie podjęliśmy dialogu. We wtorek odbyło się spotkanie członków rządu i związków zawodowych, w którym uczestniczyła minister Anna Zalewska. W poniedziałek odbędzie się Prezydium Rady Dialogu Społecznego – mówiła minister Machałek.
-To, co zaproponowaliśmy też jest godne dyskusji, szesnaście procent podwyżki w ciągu siedemnastu miesięcy to jest istotny wzrost wynagrodzeń, natomiast rozumiem nauczycieli, rozumiem, że to jest za mało. Nie pamiętam, żeby nauczyciele kiedykolwiek zarabiali dobrze (…) musimy rozmawiać, 1 września wchodzi następna transza podwyżki – mówiła minister na antenie Radia Wnet.
– W Nowej Hucie protestuje przede wszystkim Solidarność (…) Ci nauczyciele, którzy byli za reformą oświaty, Ci którzy głosowali na Prawo i Sprawiedliwość – podkreślił Krzysztof Skowroński w rozmowie z panią minister.
Rozmowa dotyczyła także problemu biurokracji w szkole – Część biurokracji, tzw. papierologii wynika z regulacji wewnątrzszkolnych a nie regulacji ministerstwa. Uprościliśmy awans zawodowy, odeszliśmy od tego, żeby nauczyciel dokumentował każde działanie – wymieniała minister Machałek.
Komentując słowa minister rzecznik protestujących Jolanta Zawistowicz zaapelowała o „spotkanie się w pół drogi”.
– Chodzi nam o powstrzymanie tego, co najgorsze nie tylko dla ministerstwa, chodzi nam o to, żebyśmy poczynili uzgodnienia zawczasu aby powstrzymać kolejne działania protestacyjne, zanim one uderzą w ucznia – podkreśliła.
W roku 2017 Kraków odwiedziło w celach turystycznych 12 milionów 900 tys. osób, przy zameldowanych w Krakowie 767 tysiącach mieszkańców, i – według szacunków – realnie mieszkającym milionie.
Tomasz Szczerbina
Linia A–B to północna pierzeja kamienic krakowskiego Rynku Głównego pomiędzy ulicami Floriańską i Sławkowską. W wydanym w 1997 roku Przewodniku po zabytkach i kulturze Krakowa historyk sztuki profesor Michał Rożek pisał, że to „miejsce spacerów, spotkań, swoista oficjalna promenada miasta”. Dziś opis ten jest już w zasadzie nieaktualny. Trudno spacerować wśród tłumu po niewielkiej szerokości chodniku, którego większa część została zastawiona stolikami z parasolami, nie wiadomo dlaczego nazwanymi „kawiarnianymi ogródkami”. Nie są one najczęściej ani przedłużeniem kawiarni, bo tych wbrew pozorom w Krakowie jest niewiele, ani też nie są ogrodami. Oblepiają dość szczelnie cztery pierzeje Rynku Głównego i Sukiennice. Kilka lat temu, w lutym i marcu – czyli już po zakończeniu bożonarodzeniowego targu, a jeszcze przed wiosennym początkiem szczytu turystycznego – można było oglądać główny plac Krakowa w całej okazałości. Obecnie jest to niemożliwe, bo część „ogródków” posiada ogrzewanie i nie jest likwidowana nawet zimą.
W roku 2017 Kraków odwiedziło w celach turystycznych 12 milionów 900 tys. osób, w tym 9 milionów 850 tys. z Polski i 3 miliony 50 tys. z zagranicy.
– O której godzinie zamykają Wenecję? Takie pytanie usłyszał od turysty wenecjanin Matteo Secchi. Wenecja stała się atrapą, makietą i chyba jakoś tę sztuczność zauważył pytający turysta. Jej upadek, spowodowany masową turystyką, widać po stale zmniejszającej się liczbie mieszkańców. W 1990 roku liczyła ona 76 tysięcy, w 2001 – 65 tysięcy, a dziś niewiele ponad 50 tysięcy osób. (…)
Niedawno w Amsterdamie ogłoszono, że dzielnica „czerwonych latarni” nie jest już „pod rządową kontrolą w weekendy”. Oznacza to, że przestępcy działają tam bezkarnie, policja nie chroni mieszkańców, a karetki pogotowia nie docierają na czas do ofiar przestępstw. Miejscowi policjanci alarmują, że Holandia zaczyna przypominać „państwo narkotykowe” (ang. narco-state) z równoległą gospodarką kryminalną, której oni nie potrafią zwalczyć. W tej sytuacji trudno się dziwić, że z Amsterdamu uciekają ludzie. Tylko w ostatnich pięciu latach 40% par, po przyjściu na świat ich pierwszego dziecka, wyprowadziło się do mniejszych miast.
Wenecja, Amsterdam i Kraków padły ofiarą procesu nazwanego „turystyfikacją” (ang. turistification), czyli zniszczenia spowodowanego nadmierną liczbą turystów. I chociaż w Krakowie proces ten nie zaszedł aż tak daleko jak w Wenecji, to jest on dobrze widoczny. Spada liczba zameldowanych mieszkańców w ścisłym centrum miasta. Według statystyk w Dzielnicy Pierwszej, obejmującej głównie Stare Miasto i Kazimierz, w 2004 roku zameldowanych było prawie 49 tysięcy mieszkańców, a w 2018 niewiele ponad 32 tysiące. W obrębie Plant, czyli obszarze Rynku Głównego i najbliższych ulic, ma mieszkać zaledwie tysiąc osób.
Cały artykuł Tomasza Szczerbiny pt. „Park rozrywki Kraków” znajduje się na s. 20 październikowego „Kuriera WNET” nr 52/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Szczerbiny pt. „Park rozrywki Kraków” na stronie 20 październikowego „Kuriera WNET”, nr 52/2018, wnet.webbook.pl
3000 chłopaków do kapłaństwa, 4000 dziewczyn do zakonów. I 2000 rodzin – gotowych, aby jechać na misje. Do dowolnego miejsca na świecie. Bóg stawia poprzeczkę wysoko i z Nim można ją przeskoczyć.
Wojciech Sobolewski
Marek Karolak
Cuda Światowych Dni Młodzieży w Krakowie
O schodzeniu z sykomory, oświadczynach w cieniu hangaru, wielkiej ulewie, misjach ad gentes i chrześcijanach dla lwów opowiada Marek Karolak, świecki katechista Drogi Neokatechumenalnej, który przygotowywał Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. Wysłuchał Wojciech Sobolewski.
Byłeś koordynatorem przygotowań do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. W lipcu 2016 mówiłeś o tym na łamach Kuriera WNET. Minął rok. ŚDM to już – dla wielu – prehistoria…
Może, ale nie dla mnie. Obrazy ŚDM są ciągle żywe. Zacznę od takiej rzeczy zabawnej: rok temu mówiłem, że ŚDM to będzie taka rozmowa Jezusa z Zacheuszem, który wdrapał się na sykomorę w Jerychu. 31 lipca podczas mszy kończącej ŚDM (w podkrakowskich Brzegach) papież Franciszek już w pierwszym zdaniu powiedział: „Drodzy młodzi, przybyliście do Krakowa by spotkać Jezusa. A Ewangelia mówi nam dziś właśnie o takim spotkaniu między Jezusem a pewnym człowiekiem, Zacheuszem, w Jerychu”. Więc najpierw my tu sobie rozmawiamy, a potem w Krakowie Franciszek używa tego samego wątku z życia Jezusa, żeby pokazać, że Bóg przechodzi i odnajduje nas.
W Sydney też były sykomory…
Tak, ale na miejscu spotkania powołaniowego z Kiko.
Nie wszyscy to wiedzą: nazajutrz po mszy z papieżem kończącej ŚDM neokatechumenat organizuje swoje spotkanie powołaniowe…
Tak, i kiedy większość organizatorów odpoczywa po skończonej pracy – my mamy pełne ręce roboty. Co mnie zabolało: o takim spotkaniu w Krakowie wspomniały raptem tygodniki katolickie. W pozostałych mediach – cisza.
A było o czym wspominać?
1 sierpnia do Brzegów przybyły tysiące młodych z całego świata; dzień wcześniej byli w tym samym miejscu na mszy z papieżem Franciszkiem. Wielu z nich było gotowych oddawać życie dla ewangelizacji na całym świecie.
Skąd to wiadomo?
Spotkania mają swój określony przebieg; na koniec każdego z nich Kiko Argüello (inicjator Drogi Neokatechumenalnej) zaprasza wszystkich, którzy słyszą w sobie ten głos powołania: chłopaków do kapłaństwa, dziewczyny do zakonów. Wszyscy siedzą na ziemi – a ci wstają i idą na podium.
Kiko Argüello,inicjator Drogi Neokatechumenalnej | Fot. W. Sobolewski
A jak ktoś ma rodzinę?
Ostatnio robi się też wołanie rodzin – dla każdego w ewangelizacji jest miejsce.
I ktoś wstał?
Prawie 3 tysiące chłopaków, 4 tysiące dziewczyn do zakonów. I 2 tysiące rodzin – gotowych, aby jechać na misje. Tam, gdzie jest taka potrzeba, czyli do dowolnego miejsca na świecie.
To są owoce ŚDM: młodzi gotowi oddawać swoje życie. To jest sedno ŚDM: Bóg szuka człowieka, żeby pokazać mu, gdzie jest jego powołanie. Czyli: jak – konkretnie – Jego wola ma się w moim życiu wypełnić. Biskupi i kardynałowie obecni na tych spotkaniach zawsze są zadziwieni tą rzeką powołań sunącą na podium. Oczywiście – wszystkie te powołania są potem weryfikowane.
Jadąc na ŚDM w Madrycie, spotkaliśmy w Strasburgu siostrę sakramentkę, bardzo zadowoloną z życia. Ta jej radość robiła ogromne wrażenie na wszystkich pielgrzymach, także na dziewczynach szukających swojego powołania: oto kobieta żyjąca w zamknięciu – a taka radosna! Jej droga do zakonu zaczęła się w 1991 r. w Polsce; nazajutrz po mszy z Janem Pawłem II w Częstochowie odbyło się w Warszawie spotkanie powołaniowe. I ona wtedy wstała.
W Kościele widać często lęk przed utratą młodego człowieka, kiedy się go za bardzo obciąży. To jest pułapka demona: brakuje powołań, zamyka się kościoły i klasztory, starsze pokolenie wymiera, ale „nie wymagajmy od młodych niczego więcej, ważne, że oni jeszcze są i to powinno wystarczyć”.
Młodzi potrzebują radykalnej drogi, a Droga jest radykalna, tu słyszą: nie warto tracić życia na kanapie z pilotem albo konsolą w ręku, Bóg stawia ci poprzeczkę wysoko i z Nim możesz ją przeskoczyć. Najpierw niewiele, pół centymetra, centymetr, ale potem pół metra, metr – co przecież nie jest możliwe o własnych siłach, bo ten młody w ogóle nie umie skakać. Albo zostawiamy go na tej kanapie, bo przecież „przychodzi w niedzielę do kościoła”.
A ci, którzy wstają na ewangelizację? Nikt im nie obiecuje łatwego życia, nie mówi: „Będzie fajnie”. Wręcz przeciwnie: będą trudności, może prześladowania… Może taka rodzina będzie posłana w miejsce, gdzie łatwo o narkotyki albo gdzie rządzi wojujący islam. Może to się skończyć śmiercią. Jezus nie obiecuje łatwego życia: matka przeciw córce, ojciec przeciw synowi, będą was wtrącać do więzień i zabijać z mojego powodu. Albo pączki, kawa, 800 kanałów i tatuaże (bo to jest teraz modne), albo „Chodź za Mną, oddaj Mi swoje życie”. Apostołowie najpierw pouciekali, ale potem, gdy dostali Ducha Świętego – oddawali życie.
Byli na tym spotkaniu powołaniowym młodzi z Bliskiego Wschodu?
Tak – z tych wszystkich miejsc, skąd teraz ciągną do Europy emigranci. I co nas zaskoczyło: nikt nie skorzystał z okazji, by zostać w Europie; wszyscy wrócili do swoich krajów. Przy okazji – nasi bracia chrześcijanie z Iraku, Syrii, Egiptu, Libanu, Indii, Filipin, z Ameryki Południowej, z Afryki mogli przyjechać tylko dzięki ks. kardynałowi Kazimierzowi Nyczowi, od którego dostaliśmy gigantyczne wsparcie; na naszą prośbę wystawiał dokumenty dla pielgrzymów z dowolnego zakątka świata, a my słaliśmy to do konsulatów.
Zwykły tryb ŚDM nie wystarczał?
Nie, bo nie uwzględniał faktu, że to spotkanie odbyło się dzień po zakończeniu ŚDM. Taki drobny błąd jakiegoś urzędnika. I stąd kłopoty tysięcy pielgrzymów. Czasem było zabawnie: 40 młodych chłopaków z Wybrzeża Kości Słoniowej (wszyscy z seminarium w Abidżanie) dostało polskie wizy, ale na lotnisku w Paryżu 17 z nich uznano za potencjalnych terrorystów. Dostajemy rozpaczliwego SMS-a z lotniska: „CO ROBIĆ?”. Dzwonimy do ks. kard. Kazimierza Nycza, dzwonimy do p. Beaty Kempy. Po 10 minutach mamy wiadomość od p. Kempy: ks. kardynał już wszystko załatwił, chłopaki z Abidżanu przylecą do Krakowa. Dzięki pomocy Kurii warszawskiej mogli poczuć troskę Kościoła o nich.
A tu na miejscu, w Polsce: zwyciężyła tradycyjna gościnność czy wygoda?
Było różnie: część mediów podkręcała atmosferę strachu, taki negatywny PR: ktoś przyjedzie, wysadzi się w powietrze, po co nam ta awantura. I niestety wielu temu ulegało; rozmawiałem z człowiekiem mieszkającym w pobliżu miejsca spotkania pod Krakowem, który nie pozwolił swoim dzieciom wziąć udziału w ŚDM. Wysłał je na kolonie, ale sam został na miejscu; gdy zobaczył piękno tego spotkania – rozpłakał się; nawet w ostatniej chwili zdecydował się ugościć pielgrzymów. Podobna historia była w 1997 r. w Paryżu: cały Paryż wyjechał…
Po co?
Żeby uniknąć tego całego zamieszania. Wszyscy się bali, że wielki Paryż będzie sparaliżowany, poza tym dla laickiej Francji przybycie głowy Kościoła nie jest istotnym wydarzeniem. Ale potem, gdy zobaczyli, że to jest niesamowite wydarzenie – to ten Paryż wrócił do domu i w niedzielę rano na mszy z Janem Pawłem były tłumy Francuzów. Tłumy, których nikt się nie spodziewał.
Jakie były owoce tego „krakowskiego zamieszania”?
Dla każdego inne, to są często bardzo osobiste historie, nie ujęte w statystykach. Pewna dziewczyna z Zambii przyjechała do Polski jako rasistka: nienawidziła białych, którzy najechali i zniszczyli jej kraj. Nawet białych księży. Tu w Polsce spotkała ludzi, którzy dali jej wszystko: karmili ją, wozili, tracili dla niej swój czas, oddali jej swój pokój, łóżko… Biali ludzie! Ostatniego dnia, przed odlotem popłakała się w Kościele, dawała publicznie świadectwo o tym, jak Bóg tu, w Polsce, leczył jej serce. I prosiła swoich gospodarzy (i w ogóle – białych) o przebaczenie.
Są inne owoce. Co chwila słyszymy o kolejnym ślubie młodych, którzy poznali się na ŚDM lub tam zdecydowali na sakramentalne małżeństwo (dla wielu młodych ten krok jest coraz trudniejszy). Pan Bóg w czasie ŚDM dotykał głęboko ich serc.
Ilu było wolontariuszy z Drogi Neokatechumenalnej?
Trzy tysiące. Wcześniej wszyscy przeszli szkolenia prowadzone przez służby (był nawet wykład o cyberprzestępczości). Poświęcali swój czas, pieniądze, umiejętności, ale – opłacało się.
Jakiś przykład?
Pewna wolontariuszka z Gdańska, która pomagała nam pod Krakowem non-stop, 24 godziny na dobę, w końcu – zasłabła. Ściąganie karetki z Krakowa było bardzo trudne, na szczęście znalazł się na miejscu chłopak z samochodem, który wracał do miasta i zawiózł ją do szpitala. Potem wpadł ją odwiedzić. Potem wpadł drugi raz… Latem biorą ślub.
Albo taka historia: dwoje wolontariuszy – on z Poznania, ona z Warszawy – usiadło w cieniu hangaru na papierosa i chwilę odpoczynku. On myśli: „No, jakby mi się oświadczyła, to bym się z nią ożenił.” I oddaje jej papierosa. Ona się zaciąga i mówi: „Słuchaj, może byś się ze mną ożenił?”. W grudniu był ich ślub. Takich historii Pan Bóg robił wiele, znamy tylko niektóre.
Zorganizowaliśmy własny kampus dla pielgrzymów pod Krakowem, na Pobiedniku (lotnisko aeroklubu). W nocy przeszła tam potężna burza, lał deszcz, wiele namiotów po prostu zmiotło z powierzchni ziemi, została tylko wypalona trawa. Kolejnej nocy szła druga fala. Na miejscu było oczywiście mnóstwo naszych wolontariuszy chętnych do walki z żywiołem. Byli gotowi do wyzwań: mieli latarki, saperki, koce – wszystko przygotowane do akcji. Część z nich skierowaliśmy do namiotu-kaplicy, żeby adorowali Najświętszy Sakrament. Byli trochę zbuntowani, ale w pokorze i posłuszeństwie poszli się modlić. I burza przeszła bokiem. Była też grupa ze Słowacji: przyszli na piechotę kilkanaście kilometrów, dwa razy zmokli. Gdy znaleźli się na polu bitwy, jakim był Pobiednik, nie miał się nimi kto zająć. Stanęli sobie z boku i zaczęli modlić się na różańcu, a ich przewodnik mówi: spokojnie, jesteśmy tu na pielgrzymce: jak siedem razy nie zmokniesz – nie było pielgrzymki.
Inne napięcia?
Na miejscu spotkania zbudowaliśmy podium, położyliśmy wykładzinę, ale nocą powiał wiatr i ją wywiał, musieliśmy kłaść nową. W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia lało jak z cebra; wolontariusze ubabrani w błocie po szyję rozkładali w bezsilności ręce; przyjechał dyrektor organizacyjny Brzegów: „Kochani, to nie ma szans! To spotkanie nie może się udać!”. Poza tym deszcz wypłukał wielki dół na drodze (jedynej), którą na spotkanie powołaniowe mieli docierać biskupi i kardynałowie. W niedzielę wieczorem powstał tam po prostu basen. Żeby go zasypać, potrzebny jest spychacz, wywrotka, żwir…
A spotkanie nazajutrz…
Tak. Prognozy dla Krakowa i okolic były jednomyślne i beznadziejne: meteo z krakowskiego lotniska w Balicach: deszcz… Deszcz… Deszcz… Od rana do wieczora. To samo mówiła prognoza z Warszawy i wszystkie inne. Ale nazajutrz o 7.00 rano deszcz ustał. Widzieliśmy, że to nie my organizujemy tę imprezę. Za tym stoi sam Bóg, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Przed spotkaniem (które zaczynało się po południu) wsypaliśmy w ten basen żwir. Jedenaście ciężarówek. Pan Bóg o wszystko się zatroszczył, o spychacz też. Na końcu – udało się! Jedni mówili: – To Matka Boża! W końcu to Jej impreza! (Droga powstała z inspiracji Maryi). Inni wołali: – To Carmen tak się o nas zatroszczyła! (Carmen Hernández, współinicjatorka Drogi Neokatechumenalnej, zmarła kilka dni przed rozpoczęciem ŚDM w Krakowie).
Problemem było także to, że nie wiedzieliśmy, ilu młodych z Drogi przyjedzie do Krakowa. Na spotkaniach organizatorów ŚDM często nas o to pytano, a my mówiliśmy, że nie wiemy: 50 tysięcy, może 100 tysięcy… Wszyscy łapali się za głowę – to jest 500-1000 pełnych autokarów. Liczby przerażały. Na końcu okazało się, że przyjechało 200 tysięcy młodych. Do końca to nie było pewne, bo mówiło się, że „w Polsce jest niebezpiecznie”. Zrezygnowała np. cała grupa ze Szwajcarii. A co by się działo, gdyby Franciszek zapowiedział: – Następne ŚDM odbędą się… w Iraku. Zdziwilibyśmy się wszyscy: wojujący islam, pozabijają wszystkich! Ale to właśnie Bóg nam proponuje: idziesz za Mną?
Ale wielu innych przyjechało…
Potwierdziła się reguła, że na ŚDM-ach stanowimy 10-procentowy udział: w Rio, w Sydney, w Madrycie. Chociaż, jeśli ktoś w noc czuwania przemierzał teren spotkania, to mógł pomyśleć, że znacznie więcej: ci wszyscy tańczący w wielkich kręgach w rytm hiszpańskich rytmów granych na gitarach, w kolorowych, odjechanych koszulkach i z transparentami – to właśnie młodzież z Dogi Neokatechumenalnej.
Jak już jesteśmy przy liczbach: na ŚDM było 300 tysięcy młodych Polaków. Wobec tych kilku milionów, powiedzmy sześciu, które były zaproszone – to niewiele, co dwudziesty.
Kiedyś działał prosty fakt, że Jan Paweł II był z Polski. Ale dzisiaj jest Franciszek i on ma też swój styl, swoją metodę docierania do człowieka i proste przesłanie: wstań z kanapy, zerwij z tym sposobem życia, przestań przeżuwać życie jak gumę, z tabletem w dłoni albo z konsolą. I młodych to pociąga: widzą troskę papieża o ich życie. A to życie? Jakie jest? Z telefonem, tabletem, nastawione na konsumpcję.
Wielu ludzi w Kościele też w gruncie rzeczy to wciąga, chcą dotrzeć do młodych, wykorzystując te same techniki. Ale Kościół nie jest tabletowy, nie jest „website’owy”. Oczywiście Bóg może się objawić w taki sposób, że ktoś na Twitterze znajdzie swoją dziewczynę czy chłopaka, ale – Kościół jest pewnym wydarzeniem, Bóg się objawia w historii każdego człowieka, przychodzi osobiście, jak Jezus do Zacheusza.
Młodym podoba się prosty przekaz Franciszka, który wywraca pewne rzeczy, mówi młodym: zróbcie raban! Albo to, że Franciszek chodzi w swoich ulubionych butach, zamiast nosić czerwone pantofle.
A powinien?
Papież zerwał z długą tradycją noszenia czerwonych pantofli, która symbolizuje krew męczenników. I nie wsiada do porządnego, kuloodpornego samochodu, tylko jeździ swoim zwykłym autem. Może jacyś ludzie odpowiedzialni w Watykanie rwą z tego powodu włosy… Ale młodzi też to widzą i im się to podoba. Prosi też młodych o modlitwę, a tym samym pokazuje im, że są potrzebni. U nas na Drodze młodych też prosi się o modlitwę w intencji misji Ad gentes – każdy chętny otrzymuje w tej intencji różaniec…
Co to jest misja Ad gentes?
Kilka rodzin – z dziećmi i z księdzem – przeprowadza się w takie miejsce, gdzie nie ma – już albo jeszcze – Kościoła. Te rodziny wcześniej nie znają się, jedna jest np. z Hondurasu, druga z Hiszpanii i trzecia z Polski. Na miejscu posyłają dzieci do szkoły, sami szukają pracy i żyją wśród ludzi dając świadectwo o Jezusie Chrystusie. Oczywiście nie jadą tam sami z siebie, lecz posyła ich papież, Kościół.
I ci młodzi modlą się za misję?
Oni są odpowiedzialni za tę misję, są jej częścią. Modlą się, a tamci na misji wiedzą, że ktoś się za nich modli. Tacy, powiedzmy, Hiszpanie czy ludzie z Kostaryki, którzy nigdy nie widzieli śniegu, jadą na Syberię, gdzie jest -40° C. I żeby się ogrzać trzeba wejść do lodówki, bo tam jest cieplej (+8° C) (śmiech).
Wielkim skarbem wspólnot Drogi jest dobry kontakt z młodymi: oni odnajdują się we wspólnocie, gdzie są ludzie w wieku ich rodziców czy dziadków.
Następne ŚDM…
…Odbędzie się w Panamie i to jest ukłon w stronę wielu biednych z Ameryki Łacińskiej, którzy dostają szansę, by uczestniczyć w ŚDM.
Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że byliśmy gospodarzami ŚDM. Może dopiero po latach odkryjemy, jaka to była łaska dla Polski, dla nas wszystkich. I zobaczymy jej owoce. Mam nadzieję, że nie będzie tak, jak z figowcem, do którego przychodzi głodny Jezus i nie znajduje figi; przeklina drzewo, a ono usycha. I młodzi odchodzą z Kościoła.
I pokazują „figę”…
Albo jesteś powołany do tego, żeby być w Kościele i umiesz to wykorzystać: schodzisz z sykomory, rozdajesz majątek biednym, oddajesz to, co nakradłeś – albo mówisz: dzisiaj, Panie Boże, nie mogę, mam ważne spotkanie, może innym razem… I tak było z goszczeniem pielgrzymów na ŚDM – wielu mówiło: po co mi to zamieszanie, może wypiją mi soczek, zadepczą trawnik, zniszczą wykładzinę. Tak myśli wielu „wierzących i praktykujących”, a nawet kilku przyjaciół Księdza Proboszcza. Chcemy mieć życie poukładane i bez wstrząsów.
ŚDM pokazał, że Franciszek jest dla wielu młodych autorytetem, chociaż naturą młodych jest bycie w kontrze do wszelkich autorytetów: mówisz „idź w lewo” – młody człowiek pójdzie w prawo, mówisz „nie pij” – będzie pił. Mówisz „pal” – nie będzie palił. Ale potem taki człowiek dojrzewa i wydaje owoce.
Skąd młodzi wezmą pieniądze na ŚDM w Panamie? Sam przelot z Polski to ogromny wydatek.
Sposobów jest wiele: pracują dorywczo, opiekują się dziećmi, pieką ciasta, urządzają kiermasze, dają koncerty po kościołach – imają się przeróżnych zajęć. A jak nadal nie starcza pieniędzy, to pokornie proszą o wsparcie wspólnotę, rodziców, chrzestnych albo przyjaciół.
…których poznaje się w przysłowiowej biedzie. Oprócz kosztów pielgrzymki musieliście też pokryć koszty organizacji spotkania powołaniowego.
Zbiórka na ten cel zaczęła się 1,5 roku przed ŚDM. Zbierano raz w tygodniu, po Eucharystii – każdy dawał symboliczną złotówkę. Jeśli wspólnota ma np. 42 osoby, to co tydzień zbierała 42 złote. Zebrało się ponad 2 mln – przysłowiowy wdowi grosz.
To, co pozostało ze świątyni jerozolimskiej, tzw. Ściana Płaczu, też była zbudowana za wdowi grosz. I tylko to z wielkiej świątyni ocalało. A tych pieniędzy starczyło?
Nie. Ale nie trzeba być bogatym, żeby dawać. Wielu wolontariuszy na dwa tygodnie ŚDM brało urlopy, często bezpłatne; zostawiało nawet małe dzieci, chcieli być dyspozycyjni. Ktoś zaoferował bezpłatnie karetkę (tylko prosił o zwrot pieniędzy za benzynę).
Na naszym kampusie – gigantycznym polu namiotowym na terenie lotniska – potrzebowaliśmy różnych ludzi, nie tylko wykształconych, jak lekarze, także zwykłych robotników i takich wynajęliśmy. Jeden z nich na koniec nie chciał od nas pieniędzy (chociaż się umówił). Kiedy zapytałem go o powód, odparł krótko: – Bo spotkałem Boga. I to mi wystarczy.
Ta krótka rozmowa z człowiekiem, który ani nie kocha Neokatechumenatu, ani nie chodzi do kościoła – wycisnęła mi łzy z oczu. Czym on się zajmował? Podawał na kampusie jedzenie, sprzątał ubikacje, donosił papier toaletowy. Potem ktoś go spotkał na katechezach, które poprzedzają wejście do wspólnoty.
Inna historia: zgłosił się chłopak, który powiedział, że ma zmiany nowotworowe w mózgu i nie wie, czy dożyje do ŚDM. Przyjechał i pracował jako wolontariusz. To ten sam, co palił z dziewczyną pod hangarem – uprzedził ją lojalnie, że jest chory, poszli do lekarza sprawdzić, ile czasu zostało im na życie razem. Okazało się, że po nowotworze nie było śladu.
Pan Bóg często wywraca życie do góry nogami…
I to życie dopiero wtedy nabiera smaku. Nie zapomnę takiej sceny w czasie ŚDM w Sydney: stoimy na dużym placu w centrum miasta, robimy uliczną ewangelizację, z gitarami, głośnymi śpiewami, z tańcem. A tu podchodzą do nas miejscowi i jeden z nich mówi:
– Chrześcijanie?! Wy jesteście mięsem dla lwów! Chrześcijanie dla lwów!
To nie był rok 108 po Chrystusie, ale rok 2008… Za chwilę z biurowca przy placu wychodzi młoda dziewczyna i jedzie na tę samą melodię: – Po co nam tu robicie zamieszanie? I co to za bałagan? – Jeden chłopak z naszej pielgrzymki stanął przed nią i zaczynają rozmowę. On po angielsku raczej dukał, ale próbuje rozmawiać:
– Pan Bóg cię kocha!
– Skąd jesteście?
– Z Polski.
– Przylecieliście z Polski?
– Tak! Zapłaciłem za bilet! Dużo pieniędzy!
– Chcesz powiedzieć, że przyleciałeś z Polski, żeby mi to powiedzieć?
– Tak, przylecieliśmy właśnie po to, żeby ci powiedzieć: Bóg cię kocha!
Dziewczyna rozpłakała się. Potem przytuliła tego chłopaka i została z nami na placu.
Z każdym z nas Bóg robi historię inną, niepowtarzalną: ten złamał nogę, tamten ma nowotwór, inny spadł z konia, a jeszcze inny łowił ryby i nic nie złowił. Przychodzi do niego Jezus i mówi… No właśnie: co mówi dzisiaj do ciebie?
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Wojciecha Sobolewskiego z Markiem Karolakiem, pt. „Cuda ŚDM” na s. 4 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl
– Nazywanie słów abp Marka Jędrzejewskiego na temat obrony życia, jako mowa nienawiści, jak pisze „Gazeta Wyborcza”, to coś czego nie chce się komentować – mówiła Jolanta Hajdasz w Radiu Wnet.
W wywiadzie dla Radia Wnet Jolanta Hajdasz, reżyserka i redaktor naczelna wielkopolskiego „Kuriera Wnet”, mówiła o swoich odczuciach wobec osoby arb Marka Jędraszewskiego. Przypominamy, że w ostatnią sobotę podczas ingresu, duchowny został nowym metropolitom krakowskim: – To człowiek głębokiej wiary oraz dostrzegający drugiego człowieka. Taki sam był abp Baraniak i taki on jest – mówiła.
Ponadto stwierdziła, że atakowanie abp. Jędrzejewskiego za jego obronę życia ludzkiego jest czynem nad wyraz niedojrzałym: – To człowiek ogromnego ducha. […] To, co dzisiaj prezentuje, nie jest pozą. Nazywaniem jego słów mową nienawiści, jak pisze „Gazeta Wyborcza” wobec jego obrony życia, to coś, czego nie chce się komentować, bo jest to tak bardzo niepoważne. To człowiek głębokiej wiary, dostrzegający drugiego człowieka. Taki był abp Baraniak i taki on jest – powiedziała.
Reżyser ponadto mówiła o jego udziale w filmie dokumentalnym „Żołnierz Niezłomny Kościoła” . Produkcja przedstawia postać metropolity poznańskiego abp. Antoniego Baraniaka, który w latach 50. był torturowany przez komunistyczne władze: – Abp. Baraniak udzielił abp. Jędrzejewskiemu święceń kapłańskich i wysłał na studia do Rzymu. Tak naprawdę stając się przewodnikiem jego drogi kapłańskiej – powiedziała w Radiu Wnet.
– Jeśli ktoś twierdzi, że to był ingres biskupa z PiS-u, nie odwołując się do samej istoty ingresu, to wydaje mi się skrajnie nieuczciwy – mówił w Radio Wnet ks. dr Piotr Studnicki.
Rzecznik prasowy kurii krakowskiej ks. dr Piotr Studnicki powiedział w wywiadzie dla Radia Wnet, że wydźwięk medialny sobotniego ingresu jest większości obiektywny. Jednakże podkreślił, że są media, które próbują połączyć osobę nowego metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego z Prawem i Sprawiedliwością.
– Cieszę się z wielu relacji dziennikarskich. Były rzetelne i rzeczywiście opisywały przebieg i najważniejsze przesłanie homilii wygłoszonej przez arcybiskupa. […]. Pojawiły się również materiały i konkretne treści dziennikarskie, ukazujące całe przesłanie ingresu w sposób zmanipulowany. Jeśli ktoś twierdzi, że to był ingres biskupa z PiS-u, nie odwołując się do samego wydarzenia, to wydaje mi się skrajnie nieuczciwy – powiedział.
Jednym z przykładów braku obiektywizmu medialnego, który podał ks. dr Studnicki, była wiadomość wysłana przez dziennikarkę „Gazety Wyborczej” na portal społecznościowy – Twitter. Napisała ona bowiem, że słowem kluczowym homilii nowego metropolity krakowskiego był wyraz „obrona” (pojawiło się w kazaniu tylko dwa razy). Rzecznik prasowy kurii krakowskiej natomiast wskazał, że głównym przesłaniem było „czuwanie”. To słowo padło aż dwadzieścia trzy razy.
Ks. dr Piotr Studnicki w wywiadzie z Krzysztofem Skowrońskim mówił również o przebiegu i symbolice ingresu.