Krwi tam było pełno – mieszkanka Rudni Baranowskiej o wydarzeniach 1920 r. Pamięć w czasach zarazy w Programie Wschodnim

W Programie Wschodnim: O Polskiej pomocy dla Ukrainy i sytuacji z polską szkołą w Mościskach, a także raport z akcji „Rok 1920 – Pamięć w czasach zarazy”.

Goście Programu Wschodniego:

Ojciec Iwan Hołub –  ksiądz prawosławny z Nowego Dorohinia;

Wiktoria Laskowska-Szczur – prezes Związku Polaków na Ukrainie obwodu żytomierskiego;

Dmytro Antoniuk – krajoznawca, dziennikarz Kuriera Galicyjskiego i Słowa Polskiego;

Eliza Dzwonkiewicz – Konsul Generalny RP we Lwowie;

Serhij Heraimowicz – szef centrum informacji turystycznej w Korosteniu;

Wojciech Jankowski – Radio Wnet, korespondent ze Lwowa.


Prowadzący: Paweł Bobołowicz

Realizator: Franciszek Żyła


Wojciech Jankowski mówi o przekazaniu przez Konsulat Generalny sprzętu medycznego i środków ochrony przed koronawirusem Głównemu Rejonowemu Szpitalowi w Sokalu.

Na potrzeby walki z COVID-19 Konsul Generalny RP we Lwowie Eliza Dzwonkiewicz przekazała w dniu dzisiejszym Sokalskiemu Centralnemu Szpitalowi Rejonowemu kolejną, trzecią już partię sprzętu medycznego zakupionego przez Fundację Solidarności Międzynarodowej (Solidarity Fund PL) w ramach programu „Polska pomoc”. Zakupiony i przekazany sprzęt i środki ochrony indywidualnej to m.in. maski ochronne z filtrem FFP-3, rękawiczki ochronne i ochraniacze na buty, pulsoksymetry, monitor ekranowy oraz 4 łóżka medyczne o wartości ok. 160 tys. hrywien.

Pierwszy kontakt to kontakt Fundacji Solidarności Międzynarodowej, która ma swoją siedzibę w Kijowie. Fundacja jest podmiotem powołanym przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.  Zakup sprzętu jest odpowiedzą na zapotrzebowanie szpitala w Sokalu – mówi Eliza Dzwonkiewicz.

Wiktoria Laskowska-Szczur mówi o cmentarzu w Żytomierzu.

Cmentarz chcieli zniszczyć, kiedy niszczyli stare, polskie cmentarze w Związku Radzieckim. Nasze panie położyły się krzyżem, aby uratować nagrobki. Powrócono tu krzyże. W 2014 chcieli to zbudować kioski. Udało nam się zachować pamięć poległych – opowiada gość „Programu Wschodniego”.

Ojciec Iwan Hołub mówi o zbiorowej mogile, w której leży 15 albo 45 żołnierzy wojska polskiego. Zostali ogołoceni z ubrań, a na mogile stanął krzyż.

Serhij Heraimowicz – wskazuje możliwe pochówki polskich żołnierzy z 1920 roku w Korosteniu


Posłuchaj całego „Programu Wschodniego” już teraz!


 

W jakim stopniu klimatyzacja jest odpowiedzialna za obecną pandemię?/ Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” 71/2020

Jako stary „marynarz” mam sporo doświadczeń z wirusowymi epidemiami na statkach, szczęśliwie nie poznając żadnego wirusa osobiście. Wszystko zaczęło się wraz z globalizacją w latach 90. XX wieku.

Jan Martini

Klimatyzacja największym przyjacielem wirusa?

Wirus ma nielekko. Nie lata, nie pływa, nie biega – może tylko czekać (i to w ograniczonym czasie) na okazję. Jak widać po efektach, ta okazja nadarza się całkiem często. Ale taką okazję w moim przekonaniu zwielokrotnia wszechobecna klimatyzacja.

Każdy taki system, wydatnie zwiększający komfort użytkownika, ma cechę bardzo cenioną przez wirusa – zasysanych do systemu jest tylko 25% nowego powietrza, reszta starego się „miele” (schładza lub podgrzewa w zależności od potrzeb) i jest równomiernie rozprowadzana po budynku (statku, autobusie, pociągu).

Gdyby wracający z nart we włoskich Alpach zarażony pasażer kichał i jechał starym autobusem PKS, to zainfekowani mogliby być tylko najbliżej siedzący. Ponieważ podróżujemy najczęściej eleganckim, niemieckim Polskim Busem, narażeni są wszyscy, bo każdy indywidualnie nastawia sobie przyjemny wiaterek prosto w nos.

Czy powszechna obecność urządzeń klimatyzacyjnych w krajach „cywilizowanych” może tłumaczyć wielką dysproporcję ilości zachorowań w stosunku do krajów „dzikich”? Bo różnica skali zachorowań między krajami Europy Zachodniej i Ameryki a krajami dawnych „demokracji ludowych” jest uderzająca.

Że klimatyzacja może być groźna, świadczy błyskawiczne rozprzestrzenianie się wirusa na statkach. Takim spektakularnym przykładem jest historia statku wycieczkowego „Diamond Princess”. U pasażera, który już skończył wycieczkę i wysiadł w Hong Kongu, stwierdzono koronawirusa. Na wiadomość o tym zmieniono trasę i przyspieszono przybycie do japońskiej Yokohamy. Wówczas na pokładzie było już 3 pasażerów z objawami choroby. Japoński minister zdrowia zarządził 14-dniową kwarantannę dla wszystkich 3700 ludzi na pokładzie, z zakazem opuszczania kabin. Po tygodniu chorych było 61, po kolejnym tygodniu 240, a po 3 tygodniach, mimo kompletnej izolacji, chorowało już 542 pasażerów. Pojawiły się też przypadki choroby wśród załogi. Z chwilą zakończenia gehenny pasażerów i załogi (w międzyczasie przedłużono kwarantannę) chorych było 712 i 11 ofiar śmiertelnych. Wtedy dopiero uświadomiono sobie, że kwarantanna na statku nie ma żadnego sensu, bo statek jest wręcz idealnym środowiskiem do „hodowli” wirusa.

Zwrócono uwagę, że statki nie używają w klimatyzacji filtrów HEPA zdolnych do zatrzymywania 99 procent cząstek tak małych jak 3 mikrony (filtry takie są stosowane w nowoczesnych samolotach). Można sobie tylko wyobrazić, co przeżyli pasażerowie przez miesiąc zamknięci w małych kabinach. Jedynie część pasażerów z najdroższymi biletami miała kabiny zewnętrzne, z balkonami.

Inny statek tej samej linii – „Ruby Princess” – miał wielki wpływ w przeistoczenie się epidemii w pandemię, „implementując” chorobę na kontynent australijski. Statek ten zawinął do Sydney z 660 chorymi Australijczykami, którzy rozprowadzili koronawirusa równomiernie po kontynencie. Oczywiście nikt w Australii, poza Aborygenami, nie wyobraża sobie życia bez air conditioning. Te przypadki i kilka innych definitywnie położą kres tej potężnej części przemysłu turystycznego, jaką są (były?) statki wycieczkowe. Setki tysięcy ludzi straci pracę (w tym wielu Polaków), a ponowne skompletowanie i wyszkolenie załóg to perspektywa wielu lat, a na pewno nie miesięcy.

Podobne problemy wystąpiły na amerykańskim lotniskowcu atomowym „Theodore Roosevelt”. Gdy objawił się pierwszy zakażony marynarz, po 3 dniach przeprowadzono testy wśród całej załogi. Zlokalizowano kilku dalszych chorych, ale większość miała wynik negatywny. Jednak po kilku dniach u wielu z tych „zdrowych” wystąpiły objawy choroby (warto, by wiedzieli o tym ci, którzy zarzucają ministrowi Szumowskiemu, że przeprowadza testy dopiero 5 dni po kontakcie ze źródłem zakażenia). W dwa tygodnie wśród 4 tys. załogi chorych było 400 marynarzy i komandor zwrócił się do dowództwa z dramatycznym apelem o pozwolenie na powrót do bazy. Niedawno francuski lotniskowiec „Charles de Gaulle” stracił kompletnie zdolność bojową po zachorowaniu 1100 członków załogi.

Okazało się, że okręt, który jest w stanie skutecznie bronić się przed torpedami, minami, atakami z powietrza czy rakietami, jest kompletnie bezbronny wobec wirusa…

Jako stary „marynarz” mam sporo doświadczeń z wirusowymi epidemiami na statkach, szczęśliwie nie poznając żadnego wirusa osobiście. A wszystko zaczęło się wraz z globalizacją w latach dziewięćdziesiątych. Wówczas załogi zaczęły być coraz bardziej barwne (by nie powiedzieć „kolorowe”), a na szkoleniach przekonywano nas o zaletach „różnorodności”, dzięki której ludzie „różnych ras, narodów i orientacji seksualnych” wspólnie pracują ze sobą w harmonii, ucząc się „tolerancji i wzajemnego szacunku”. Pod tymi wzniosłymi słowami oczywiście kryje się przyziemne szukanie tańszego pracownika. Sam na tym skorzystałem jako jeden z kilkuset innych polskich muzyków skutecznie konkurujących z muzykami amerykańskimi.

Po raz pierwszy zetknąłem się z nazwą „norłak vajrus” (norwalk virus) bodajże w 1992 roku przy okazji zmiany trasy „mojego” statku „Song of America” z Karaibów na Zachodnie Wybrzeże. Rejon Karaibów był wylęgarnią przemysłu statków wycieczkowych, a morskie wycieczki stały się pod koniec XX wieku dla Amerykanów głównym sposobem spędzania urlopów. Wówczas rozpoczęło się poszukiwanie nowych tras i ekspansja na Pacyfik linii Royal Caribbean Cruise Lines, w której pracowałem.

Gdy na nowej trasie pojawiły się problemy gastryczne wśród pasażerów, początkowo nawet podejrzewano konkurentów wcześniej obsługujących trasę z San Pedro (port Los Angeles) na Riwierę Meksykańską o sabotaż i zatruwanie pokarmów. Wkrótce znaleziono przyczynę, a wirus grypy żołądkowej, który był sprawcą kłopotów, na stałe zagościł na statkach.

Choroba była banalna, lecz uciążliwa – pasażerowie długo wspominali taki rejs, gdy z tygodniowej wycieczki dwa dni musieli spędzić w pobliżu ubikacji. Jeśli z głośników słyszeliśmy zaszyfrowany (by nie niepokoić pasażerów) komunikat: „tango bravo”, wiedzieliśmy, że to „kod pomarańczowy” – powyżej 50 przypadków. Wówczas następował szał dezynfekcji – równie nieskutecznych jak palenie ognisk z drzewa jałowcowego podczas epidemii dżumy lub obecne polewanie ulic środkami dezynfekcyjnymi.

Kiedyś, będąc głęboko pod pokładem, w pobliżu drukarni, zobaczyłem, jak stewardzi kabinowi układają stosy świeżo wydrukowanych materiałów reklamowych i rozkładów zajęć na następny dzień. Każdy steward ma pod opieką 15–18 kabin i musi szybko skompletować zestaw kilku kartek dla swoich pasażerów. Wszyscy ci ludzie, pracując w pośpiechu, regularnie ślinili palce po ułożeniu kilku kartek i codziennie taki potencjalnie nasączony wirusami ładunek lądował na poduszkach pasażerów… Byłem pod wrażeniem tego spostrzeżenia i poinformowałem mojego szefa o prawdopodobnym źródle zakażeń. Cruise director (osoba nr 2 na statku po kapitanie – odpowiedzialna za „dobrostan” pasażerów) był wyraźnie zakłopotany i po chwili powiedział, że nie ma odwagi tym ciężko pracującym ludziom utrudniać pracy i zmuszać do zmiany przyzwyczajeń.

Związek problemów zdrowotnych na statkach z polityką kadrową „otwartości” był wyraźny – pojawianie się epidemii „norłaka” zbiegło się z coraz powszechniejszym zatrudnianiem w dziale hotelowym załóg z krajów azjatyckich (Indie, Malezja, Filipiny). Azjatyccy pracownicy sami nie chorowali, ale wirus, którego prawdopodobnie byli nosicielami, bardzo polubił Europejczyków. Co gorsza – przebycie tej infekcji wcale nie dawało odporności na następne zakażenia…

Oczywiście „grypy żołądkówki” powodującej – za przeproszeniem – sraczkę, poza łatwością zakażeń nie można porównać do choroby covid-19.

Obecna epidemia w sposób wyraźny przewartościowała i obnażyła pewne wzorce moralne. Na wolontariuszy do Domów Opieki Społecznej porzuconych przez personel nie zgłosił się ani gej z lesbijką, ani aktywistki wrażliwe na los ofiar księży pedofilów – Diduszko i Scheuring-Wielgus, ani „najwyższej klasy” humaniści, myśliciele, profesorowie socjologii, tak ochoczo piętnujący kołtuństwo, zacofanie i „niską klasę obywateli”. Zgłosiły się zakonnice i duchowni, a we Włoszech ponad 100 księży poległo, niosąc posługę chorym i umierającym.

Koronawirus SARS-Cov-2 z powodu niedużej śmiertelności (do 4%) wspiera tylko w umiarkowanym stopniu miłośników aborcji i eutanazji w ich działaniach. Jednak konsekwencje gospodarcze obecnej pandemii prawdopodobnie będą ogromne i dziś są trudne do ogarnięcia. Tak więc wirus, będąc bytem mało wyrafinowanym, na razie wygrywa walkę z człowiekiem.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Klimatyzacja największym przyjacielem wirusa?” znajduje się na s. 2 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 71/2020.

 


  • Do odwołania ograniczeń związanych z obowiązującym w Polsce stanem epidemii, „Kurier WNET” będzie można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Klimatyzacja największym przyjacielem wirusa?” na s. 2 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 71/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dr Sadowski: Obniżki stóp procentowych, wprowadzane przez Radę Polityki Pieniężnej, nie przyniosą żadnych korzyści

Stany Zjednoczone upraszczają system podatkowy i obniżają daniny. W Polsce zniechęcamy ludzi do oszczędzania – mówi prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Dr Andrzej Sadowski komentuje kolejną obniżkę stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Ocenia, że ta decyzja nie jest oparta na wiedzy o sytuacji ekonomicznej na świecie i prognozach jej rozwoju.

Doświadczenia innych krajów z kilku ostatnich dekad pokazują, że taka polityka, przy posiadaniu własnej waluty, nie przynosi praktycznie żadnych korzyści.

Jak mówi gość „Popołudnia WNET”, obniżka stóp procentowych zniechęci Polaków do oszczędzania pieniędzy i osłabienia złotówki. Jak tłumaczy ekspert, Polacy będą musieli w takiej sytuacji dłużej pracować na spłatę zobowiązań międzynarodowych.

 Jeżeli wprowadzamy do zerwania stóp procentowych to obywatele nie mają żadnego powodu aby trzymać swoje oszczędności w bankach a po drugie nie mają powodów by trzymać swoich oszczędności w złotym polskim.

Część obserwatorów działań RPP mówi, że są one korzystne dla kredytobiorców. Dr Sadowski podkreśla, że banki z pewnością w inny sposób, niż pobieranie odsetek, będą chciały wygenerować zysk kosztem klientów. Zdaniem ekonomisty polityka Rady Polityki Pieniężnej stanowi jedynie częściowe naśladownictwo strategii amerykańskiej Rezerwy Federalnej.

 Amerykanie obniżają opodatkowanie dla firm obniżają opodatkowanie dla obywateli likwidują wiele obostrzeń upraszczając system podatkowy. Dlaczego nikt nie wskazuje na te elementy i nie próbuje ich naśladować?

Dr Sadowski ocenia, że tak szybkie obniżenie stóp procentowych pozbawia Radę kolejnych narzędzi do walki z kryzysem.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

Waldemar Kraska o znoszeniu obostrzeń: Musimy zacząć normalnie żyć z wirusem

O likwidacji obowiązku noszenia maseczek, ryzyku związanym z weselami , wolnej pracy Senatu oraz zarzutach wobec ministra Szumowskiego mówi wiceminister zdrowia Waldemar Kraska.

Obecnie duża liczba zakażeń wynika z tego, że mamy ogniska w kopalniach.

Waldemar Kraska komentuje odwołanie rządowego obostrzenia w kwestii noszenia maseczek. Tłumaczy, że w chwili obecnej utrzymanie odpowiedniego dystansu na świeżym powietrzu będzie wystarczające. Zdaniem wiceministra zdrowia nie jest możliwe długie utrzymywanie wielu z obowiązujących restrykcji.

Jeżeli przejdziemy się po ulicach, widzimy, że ludzie nie noszą maseczek. Poza tym, nie tylko Polska rezygnuje z obowiązku maseczek. Zbliża się też cieplejsza pora roku.

Gość „Popołudnia WNET” wskazuje, że przy znoszeniu maseczek wskazane jest utrzymanie dystansu od obcych osób. Jak dodaje, na ten moment  nie jest konieczne regionalne kontynuowanie obowiązku noszenia maseczek. Jednocześnie, istnieją przesłanki do stopniowej likwidacji sieci szpitali jednoimiennych, z wyjątkiem Śląska. Wiceminister Kraska mówi, że rząd uznał, iż dłuższe zawieszenie organizacji wesel jest niemożliwe:

Musimy dalej żyć z wirusem, trudno w nieskończoność zakazywać uroczystości, które dla kogoś są najważniejsze w życiu.

Jednak jak dalej przestrzega gość „Popołudnia WNET”:

Wesela to duże zgromadzenia czasem dość obcych sobie ludzi, więc musimy się liczyć z tym, że powstaną tam pewne nowe ogniska.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego odnosi się do sytuacji w Senacie. Krytykuje powolne prace izby wyższej nad ustawą o wyborach prezydenckich. Wskazuje, że sytuacja, w której po 6 sierpnia nie byłoby w Polsce prezydenta, jest niedopuszczalna.

Powiem szczerze: jestem zbulwersowany tym co się dzieje w Senacie.  Jestem senatorem już piątą kadencję, […], i nigdy nie widziałem takiego przedłużania prac tej izby.

Wiceminister zdrowia mówi również o zarzutach wobec Łukasza Szumowskiego. Ocenia je jako całkowicie nieuzasadnione:

Niestety, gra polityczna nie zna sentymentów. To co się dzieje, bardzo odbija się na psychice pana ministra.

Waldemar Kraska mówi, że rząd zachęca do jak najszerszego testowania Polaków na obecność koronawirusa, jednak lekarze zlecają zbyt mało takich testów.

To dla mnie smutne, że mamy testy, wykonujemy je za darmo, a Polacy nie chcą korzystać. Wysłaliśmy testy do trzech tysięcy osób przebywających na kwarantannie, dwa i pół tysiąca osób z tego nie skorzystało.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K.

 

Jędrzej Dudek (P.Unity): Nie jestem fanem długiego procesu wydawniczego. Nie ma na co czekać, trzeba się dzielić muzyką

Jędrzej Dudek, wokalista P.Unity o zespole, jego najnowszym utworze, pracach nad nim, tym, jak ich plany pokrzyżował koronawirus i co nagrali w warunkach domowych.

 Zespół z Warszawy. Funkowy skład. Muzyka na żywo.

Jędrzej Dudek opowiada czym jest P.Unity. Ten pochodzący z Warszawy zespół  składa się, aż z 10 osób i gra muzykę z pogranicza funku, soulu, jazzu i rapu. Artysta opowiada o nagranym w domowych warunkach coverze Biological Speculation  zespołu Funkadelic. Stwierdza, że producent „musiał trochę powalczyć”, gdyż

Nie ma to takiej spójności brzmienia owej jak w przypadku nagrania w jednym studia wszystkich osób.

Najnowszym utworem zespołu jest My Mind. Pierwotnie miał być wstępem do drugiej płyty zespołu, jednak ostatecznie zdecydowali się go wydać jako singiel:

W pewnym momencie stwierdziliśmy, że warto może wykonać taki ruch singlowy najpierw zobaczyć jak to działa.

Jędrzej Dudek zaznacza, że pracując nad nowym albumem P.Unity, zespół chce nagrać „jak najwięcej rzeczy na żywo w studio w jak największym składzie”, a utwór My Mind jest pierwszym podejściem do stworzenia takiego projektu. Dudek zauważa, że pierwotnie utwór miał się ukazać już w połowie marca, ale zostało to opóźnione ze względu na koronawirusa. Opowiada o emocjach towarzyszących tworzeniu nowych utworów:

Od momentu powstania numeru do momentu ukazania się mija dużo czasu.

Zmieniają się też uczucia żywione wobec niego przez samych nagrywających. Muzyk opowiada o projekcie, nad którym P.Unity obecnie pracuje:

Mamy nadzieję w tym roku to wydać.

Utworu My Mind, który członek P.Unity dedykuje wszystkim zaangażowanym w jego produkcję, można posłuchać poniżej:

A.P.

Utwórzmy na GPW indeks polskich spółek rodzinnych. Kursy akcji takich firm zwykle są bardzo korzystne dla inwestorów

Indeks polskich spółek rodzinnych na giełdzie warszawskiej może się nazywać „Polska Rodzina” lub „Biało-Czerwoni”. Zwiększy to szanse tych spółek, będzie promować rodzinę i wspierać polską gospodarkę.

Eryk Łon

Po ostatnim kryzysie lat 2008–2009 nastąpił wzrost udziału przedsiębiorstw państwowych w grupie największych przedsiębiorstw. Coraz większą rolę odgrywają także fundusze majątkowe. Jesteśmy świadkami walki o własność. W Niemczech, a więc w jednej z najbardziej potężnych gospodarek świata, podejmowane są działania mające na celu obronę rodzimej własności. Niemiecki rząd przeznacza miliardy na ratowanie prywatnych firm, zmieniając prawo i zakazując przejmowania firm przez obcy kapitał. Niemcy obawiają się, że mocno przecenione akcje spółek lotniczych i samochodowych są łakomym kąskiem dla chińskich państwowych funduszy majątkowych, które będą chciały je kupić. Parę dni temu premier Bawarii Markus Söder stanowczo domagał się zakazania przejęć niemieckich firm przez inwestorów zagranicznych.

Niemcy chcą zaostrzyć przepisy dotyczące kontroli inwestycji zagranicznych w kraju. Chodzi o to, aby chronić niemieckie firmy przed „wrogim przejęciem” przez inwestorów spoza Unii Europejskiej.

Projekt nowelizacji ustawy o stosunkach gospodarczych z zagranicą ma być omawiany na posiedzeniu niemieckiego rządu w najbliższych dniach. Proponowane zmiany przewidują m.in., że wymagające zgłoszenia transakcje przejęcia w obszarze krytycznej infrastruktury oraz cywilnych sektorów bezpieczeństwa w Niemczech będą mogły być uznawane za nieważne tak długo, aż cała transakcja zostanie sprawdzona i zakwalifikowana jako dopuszczalna. (…)

Z wielkim zadowoleniem przyjąłem wiadomość, iż polski rząd zamierza bronić polskich spółek przed wrogimi przejęciami w dobie koronawirusa. Minister Marlena Maląg i wicepremier Jadwiga Emilewicz na konferencji polskiego rządu zapowiedziały program, który ma utrudnić wykup polskich spółek przez podmioty zagraniczne. Wicepremier Jadwiga Emilewicz powiedziała, iż należy zadbać o to, „by polskie firmy, które były z mozołem budowane przez 30 lat, nie stały się tanim łupem w tej trudnej sytuacji. Nie chcemy, by firmy z polskim kapitałem były dziś przejmowane w łatwy sposób, ponieważ ich giełdowa wycena jest bardzo niska”.

Polski rząd ma plan obrony polskich spółek przed „wrogimi przejęciami”. Zamierza skorzystać z rozwiązań przyjętych w Niemczech.

Zgodnie z rozwiązaniami niemieckimi, przejęcie przedsiębiorstwa objętego ochroną będzie mogło zostać zablokowane przez rząd. W naszym przypadku można wykorzystać ustawę o spółkach o znaczeniu strategicznym dla bezpieczeństwa polskiego państwa. Na podstawie tej ustawy polski rząd chce zwiększyć zakres spółek, których nie będzie można przejąć w sposób prosty i łatwy. (…)

Wielokrotnie w swych wypowiedziach zwracałem uwagę na potrzebę likwidacji tzw. podatku Belki. Likwidacja tego podatku zwiększyłaby zainteresowanie naszych rodaków inwestowaniem na polskim rynku kapitałowym. Niskie stopy procentowe będą się prawdopodobnie utrzymywać w Polsce jeszcze przez dłuższy czas. Likwidacja podatku Belki byłaby korzystna dla inwestorów i dla spółek. Jak pokazuje doświadczenie, stopy zwrotu z inwestycji na rynku akcji są w dłuższym okresie wyższe niż stopy zwrotu z obligacji skarbowych, obligacji korporacyjnych czy lokat terminowych. Ponadto nasze polskie spółki miałyby większe szanse finansować swoje przyszłe przedsięwzięcia inwestycyjne, co byłoby kołem zamachowym wzrostu gospodarczego w polskiej gospodarce.

Uważam, że warto utworzyć na giełdzie warszawskiej indeks polskich spółek rodzinnych. Jak zauważa Rafał Konieczny, kursy akcji firm rodzinnych w innych krajach zachowują się na giełdzie bardzo korzystnie dla inwestorów. Często nawet lepiej od głównych indeksów giełdowych.

Z jego badań prowadzonych w latach 2005–2015 wynikało, iż spółki rodzinne dały inwestorom wyższe o 4,5% stopy zwrotu aniżeli indeks grupujący wszystkie spółki. Agencja Grant Thornton prowadziła dwa lata temu badania obejmujące lata 2012–2016 na naszym rodzimym rynku. Okazało się, że stopa zwrotu z 10 największych polskich spółek rodzinnych była bardzo korzystna i wyniosła w tym okresie 31,7%. W tym samym czasie WIG20 spadł o 16,5%. Badania dowodzą więc, że występuje potencjał do tworzenia indeksów spółek rodzinnych. Trzeba zatem jak najszybciej naprawić to zaniedbanie w naszym kraju. Na Zachodzie są tworzone tego typu indeksy. Te działania promują rodzinę i dlatego u nas także warto to zrobić. Szczególnie może to być korzystne dla naszej gospodarki w obecnej sytuacji – w dobie epidemii koronawirusa, kiedy polskie spółki rodzinne przechodzą trudne chwile.

Taki indeks polskich spółek rodzinnych na giełdzie warszawskiej może się nazywać np. „Polska Rodzina” lub „Biało-Czerwoni”. Zwiększy to szansę na zainteresowanie inwestowaniem na polskiej giełdzie w indeksy tych spółek.

Dr hab. Eryk Łon jest profesorem nadzwyczajnym UEP i członkiem Rady Polityki Pieniężnej.

Cały artykuł Eryka Łona pt. „Warto bronić polskiej własności w dobie koronawirusa” znajduje się na s. 1 i 5 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 71/2020.

 


  • Do odwołania ograniczeń związanych z obowiązującym w Polsce stanem epidemii, „Kurier WNET” będzie można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Eryka Łona pt. „Warto bronić polskiej własności w dobie koronawirusa” na s. 1 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 71/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Woziński: Amerykańskie firmy farmaceutyczne tworzą swoisty kartel. Lobbyści wpływali na rząd USA ws. świńskiej grypy

Jakub Woziński o wyścigu koncernów farmaceutycznych po szczepionkę na SARS-CoV-2, leku na Covid-19 oraz o tym, na jakich lekach najbardziej zarabiają firmy.

Jakub Woziński stwierdza, że obecna sytuacja „napędza zyski wielu firmom, w USA”. Przemysł farmaceutyczny dotychczas pracował nad lekiem koronawirusa na podstawie  ustawodawstwa o lekach sierocych. Definiowane są one jako lekarstwa na choroby, na które choruje  nie więcej niż 200 tys. osób rocznie. W oparciu o te przepisy na początki epidemii pozwolono firmom farmaceutyczne na pracę nad lekiem na Covid-19. Obecnie jest już sto tys. ofiar tej choroby w USA. W związku z tym

Jeden z wielkich podmiotów musiał zrezygnować i rozwijać Remdesiwir według normalnych zasad.

Dziennikarz zauważa, że to leki na choroby przewlekłe, nie szczepionki są najbardziej dochodowe dla firm farmaceutycznych. Ludzie bowiem szczepią się jedną szczepionką zazwyczaj tylko raz, a leki na choroby przewlekłe trzeba przyjmować regularnie.

W latach 40. próbowano w Stanach Zjednoczonych opracowano penicylinę. Kilkanaście firm załapało się na program dotacji.

Woziński mówi także o tym, jak amerykańskie firmy farmaceutyczne przejęły kontrolę nad rynkiem. Są one niczym swego rodzaju „kartel”. W czasie szerzenia się świńskiej grypy naciskały one na rząd amerykański na rzecz korzystnych dla siebie rozwiązań. Gość Poranka Wnet przypuszcza, że obecnie największe koncerny farmaceutyczne też będą chciały ugrać jak najwięcej dla siebie na programie masowych szczepień na koronawirusa, który zapowiedział prezydent Donald Trump.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Krzysztof Tytko: Rząd likwiduje w sposób bezpardonowy kopalnie. Utracono dochody w wysokości 14 mld zł

Krzysztof Tytko o niszczeniu polskiego górnictwa przez kolejne rządy- imporcie węgla z zagranicy i zamykaniu dochodowych kopalń; błędach ministra Tchórzewskiego oraz o tym, jak Covid-19 „współpracuje”

Import zwiększył się o 10 mln ton. […] Zlikwidowano najbardziej rentowne kopalnie.

Krzysztof Tytko opowiada, że od 30 lat trwa restrukturyzacja górnictwa. Ponad 30 mld zł kosztowały dotychczasowe programy poświęcone temu celowi, z których, jak mówi, żaden nie wyszedł. Wskazuje na zmniejszenie mocy produkcyjnej.

To jest coś pięknego, jak koronawirus współpracuje z polskim rządem.

Były dyrektor kopalni Czeczot zauważa, że koronawirus zaatakował najbardziej dochodową kopalnię. Twierdzi, że każdy rząd dąży do upadku górnictwa. Podkreśla, że miliardy strat są spowodowane likwidacją dochodowych kopalń i niekupowaniem polskiego węgla.

Koszty wzrastają wraz z głębokością, ale przychody są jeszcze większe.

Tytko polemizuje z twierdzeniem, że wydobycie polskiego węgla jest coraz mniej opłacalne, gdyż trzeba go wydobywać z coraz większych głębokości. Zarzuca Krzysztofowi Tchórzewskiemu brak dobrej polityki w zakresie energetyki:

Przez 5 lat nie ma zatwierdzonej polityki surowcowej państwa. To konkurs, jak nie zarządzać polską gospodarką.

Krytykuje forsowaną przez niego budowę elektrowni węglowej Ostrołęka. Zauważa, że „brat pana Tchórzewskiego importuje węgiel i zarabia na tym”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Świat opanował wirus, a niektórych polityków i ekspertów – świrus. W przypadku obu zjawisk tropy prowadzą do Chin

Co się jesienią 2019 r. w Chinach stało, tego wiedzieć nie będziemy, póki panuje tam komunistyczny reżim. Wiarygodne badania mogły się rozpocząć dopiero, gdy wirus dotarł do demokratycznego świata.

Jadwiga Chmielowska

Od kilkudziesięciu lat cały świat pracuje na wzrost potęgi komunistycznych Chin. Wyprowadzono niemal całą światową produkcję do tego niebezpiecznego kraju. Wmówiono ludziom, że tak jest taniej, więc lepiej.

Ludzie uwierzyli nawet w takie brednie, że uratujemy klimat na ziemi, gdy ograniczymy emisję dwutlenku węgla u siebie, a zwiększymy w Chinach. Trzeba być niezłym świrem, by wierzyć, że to państwo emituje zanieczyszczenia do innej atmosfery niż ziemska, z której korzystają wszystkie narody.

No cóż, jeśli siwi starcy z tytułami naukowymi słuchają z przejęciem siedemnastoletniej Grety Thunberg, to jedynie można przypuszczać, że jakiś paskudny bakcyl zainfekował ich mózgi.

Nasz rodzimy geopolityczny celebryta, dr Jacek Bartosiak, goszczący w mediach, bez zażenowania twierdzi, że to Chińczycy zbudowali bogactwo świata i teraz chcą mieć udział w rządzeniu nim, i mówi wprost, że nie liczą się prawa człowieka, a jedynie ekonomia. Oskarża USA o łamanie wolności gospodarczej i wymuszanie wycofania produkcji z Chin, a przynajmniej jej ograniczenia.

W świątecznym „Saloniku Politycznym Ziemkiewicza” przyznał wprost, że musimy być skazani na Chińczyków, bo nikt nie umie już nic robić. To trzeba się, Panie Bartosiak, nauczyć!

Nie wszyscy mają tylko takie zdolności jak Pan, ale zawsze jest bardzo potrzebna praca na taśmie produkcyjnej, a jeśli i to dla niektórych intelektualistów za trudne, to pozostaje łopata, miotła i szmata. Cały świat pracował na bogactwo Chin, świadczy o tym deficyt w handlu – import przewyższał eksport. Pieniądze szerokim strumieniem płynęły do Pekinu. (…)

Spośród 184 pacjentów z covid-19 na holenderskim oddziale intensywnej opieki medycznej 38% miało nieprawidłowe parametry krzepnięcia krwi, a prawie u jednej trzeciej wystąpiły skrzepy (artykuł z 10 IV br., „Thrombosis Research”). Skrzepy krwi mogą spowodować zawał serca, wylądować w płucach, blokując tętnice – to stan znany jako zatorowość płucna, która podobno zabiła wielu pacjentów z covid-19. Skrzepy z tętnic mogą również osiadać w mózgu, powodując udar. Według Behnooda Bikdelego, specjalisty medycyny sercowo-naczyniowej w Columbia University Medical Center, wielu pacjentów ma dramatycznie wysoki poziom D-dimerów, produktu ubocznego zakrzepów krwi.

„Badania wskazują, że coraz bardziej prawdopodobne staje się, że skrzepy krwi odgrywają główną rolę w nasileniu choroby i śmiertelności z powodu covid-19” – mówi Bikdeli. Stąd też często słyszymy informacje o chorobach towarzyszących. Przyczyną zgonu jednak był koronawirus.

Niektórzy lekarze zalecają u pacjentów zarażonych i chorych na choroby związane z układem krążenia lub udarami oraz z zakrzepicą żylną stosowanie zwiększonych dawek leków rozrzedzających krew. (…)

Niestety, tak modni w Polsce „geopolitycy” jak Jacek Bartosiak i Bartłomiej Radziejewski wpisują się w chińską propagandę. Choć Radziejewski na łamach „Nowej Konfederacji” zauważa: „Być może można było spowolnić wzrost Chin w latach 90. lub na początku XXI w. Podstawowym błędem było dopuszczenie Chin do WTO, a następnie pozwolenie im na łamanie podstawowych zasad tej organizacji w celu osiągnięcia własnej korzyści. A teraz jest już za późno”. Przerażające, nieprawdaż? Przecież geopolityk powinien analizować i szukać recept i dróg wyjścia z trudnych sytuacji. Dobrze się stało, że Rafałowi Ziemkiewiczowi w „Saloniku Politycznym” udało się sprawić, iż Jacek Bartosiak przestał uprawiać jedynie elokwentny, moim zdaniem, bełkot, i powiedział wprost, że toczy się wojna o przywództwo w świecie. Niestety on stawia na Chiny i uważa, że ludy Azji chcą być rządzone przez rządy totalne. (…)

Analizę polityki chińskiej prowadzi Jakub Grygiel, profesor nauk politycznych na The Catholic University of America (Waszyngton, DC) i ekspert w The Marathon Initiative. To on na łamach nationalereview.com wcielił się w mentalność chińskich komunistów, aby pokazać ich dążenia, sposób myślenia i postępowania. Przedstawił to w formie jakoby korespondencji Biura Strategii Długoterminowej (PLA) do Przewodniczącego Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpinga:

„Koronawirus krążący obecnie po świecie oferuje Chinom wyjątkową strategiczną szansę. Mamy nad naszymi wrogami na Zachodzie przewagę dzięki naszej zdolności do ignorowania własnych ofiar; a ich zmuszamy do ponoszenia poważnych kosztów, kształtujemy ich na nasz obraz i stworzyliśmy precedens, który przyniesie nam zyski w przyszłości. Ta globalna pandemia to kryzys, którego nie wolno nam zmarnować i musimy go wykorzystać dla zwiększenia naszych wpływów.

Mamy kontrolę nad informacjami i nikt nigdy nie pozna ostatecznej liczby naszych zmarłych. Prawda jest tym, czym sami zdecydujemy, aby była. Nasi zmarli to niewielki koszt globalnych korzyści, jakie przynosi nam pandemia, w dużej mierze dlatego, że nasi wrogowie bardziej niż my obawiają się ofiar.

Europa, USA i kapitalistyczni wrogowie w Azji skutecznie się zamknęli i, skoncentrowani na sobie, tymczasowo wycofali się z konkurencji geopolitycznej. Pod względem gospodarczym Zachód przeżywa ogromne trudności. Jedna trzecia gospodarki USA stanęła, a deficyt federalny gwałtownie wzrósł z powodu pakietu stymulacyjnego. Włochy, ósma co do wielkości gospodarka świata (i trzecia w UE), zostały zamknięte na ponad miesiąc. Nie otworzą się przed latem. Podobnie dzieje się w innych zachodnich gospodarkach”.

Dalej pokazuje, jaki szatański plan mogą mieć Chiny: „Po pierwsze, należy podkreślać, że pandemia jest globalnym wyzwaniem, które wymaga globalnych rozwiązań. Jest to argument, który wielu na Zachodzie kocha i mamy wiele użytecznych głosów wśród ich elit, które same będą rozpowszechniać to przesłanie. Aby zwiększyć atrakcyjność logiki »globalnego wyzwania/globalnych rozwiązań«, musimy nadal promować nasze dostawy masek i gorszych zestawów testowych (szczególnie do krajów najsłabszych ekonomicznie). Przesłanie powinno być takie: Chiny są odpowiedzialnym obywatelem globalnym, który nie dyskryminuje i pomagają światu w walce z niewidzialnym wrogiem. Bądźmy odważni!

Dalsze kroki mogą być następujące: Wykorzystanie tego kryzysu do dalszej penetracji społeczeństw zachodnich. (…) Zaoferowanie pomocy w zakresie narzędzi nadzoru do celów zdrowotnych. Monitorowanie osób z wirusem to świetny sposób na zdobycie ogromnych ilości innych danych, zwłaszcza że wirus ten wydaje się bardzo zaraźliwy.

Powinniśmy z nową mocą promować nasze możliwości 5G, które mogłyby służyć jako podstawa do kontroli zdrowia. Musimy być hojni, dając swoje technologie!”

Oczywiście jest to jedynie przypuszczenie politologa, ale jakże trafne. (…)

Przy okazji pandemii wyszedł na jaw fakt, że przewodniczącym WHO jest skrajny komunista-maoista Tedros Adhanom Ghebreyesus, zwolennik aborcji, antykoncepcji i seksualizacji dzieci. Od czasu wyboru głosi otwarcie, że swoje poglądy będzie promował na całym świecie. Został wybrany z poparciem Chin, nie tylko lobbystycznym, ale i zwyczajem chińskim – finansowym. Stąd też oszukanie świata w ostrzeżeniach przed epidemią i całkowicie niewiarygodne obecnie wytyczne. Jeśli ktoś raz skłamał, to skąd pewność, że nie oszukuje nadal? Aby uświadomić sobie niebezpieczeństwa ze strony ChRL, warto posłuchać zastępcy sekretarza generalnego NATO, Mircei Geoany, który ostrzega przed „autorytarnymi przeciwnikami NATO, mogącymi wykorzystać kryzys gospodarczy (będący następstwem pandemii), aby wykupywać nasz przemysł i strategiczne infrastruktury”.

Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Epidemia wirusa i świrusa” znajduje się na s. 1 i 2 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 71/2020.

 


  • Do odwołania ograniczeń związanych z obowiązującym w Polsce stanem epidemii, „Kurier WNET” będzie można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Epidemia wirusa i świrusa” na s. 1 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 71/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Pandemia: w imię tzw. postępu wróciliśmy do uprawiania eugeniki i eutanazji, którym powiedzieliśmy: „nigdy więcej”

Media będące w rękach finansistów i nie mniej od nich uzależnieni przedstawiciele państwa uprawiają ogłupiającą i zwodniczą retorykę, z niewiarygodnym cynizmem maskując zamach na ludzkie życie.

Bernard Mégeais

Unia Europejska, rzeczniczka neoliberalizmu i globalizacji, likwidatorka państwa opiekuńczego lansująca prywatyzację usług publicznych, przeciwniczka istnienia narodów i ich suwerenności – stanęła w obliczu próby, na którą wystawia ją pandemia koronawirusa. Ta sama Unia, której komisja, w latach 2011–2018, 63 razy zalecała państwom członkowskim ograniczenie wydatków na ochronę zdrowia, z alternatywą jej prywatyzacji.

Włochy, pierwsza europejska ofiara pandemii, to przykład konsekwencji takiej polityki. W „uczelni postępu”, zwanej strefą euro, Italia to „dobry uczeń”. Stąd niedoinwestowanie włoskiego sektora publicznego, prowadzące do jego degradacji. Bruksela nieustannie zaleca Rzymowi politykę oszczędności, którą przywódcy państwa gorliwie stosują, co umożliwia spłacanie długów, ale już nie poprawę poziomu życia obywateli. Jak zauważył włoski filozof Diego Fusaro, „Powiedziano nam, że granice powinny zostać zniesione. Prywatne jest lepsze niż publiczne. Państwo jest złe. Szpitale należy zamknąć z przyczyn ekonomicznych itp., itd. Tymczasem do obnażenia fałszu neoliberalizmu wystarczył wirus”. Teraz Włosi odczuwają skutki oszczędzania na ochronie zdrowia. Tamtejsi lekarze mówią, że z braku środków w pierwszej kolejności ratują pacjentów mających największe szanse przeżycia, co oznacza pozostawienie innych ich własnemu losowi.

We Francji nie jest lepiej. Rozprzestrzenianie się epidemii wywołuje takie same reakcje, jak we Włoszech. Nowy dekret zezwala na eutanazję w domach spokojnej starości.

Ponadto z powodu najnowszych reform gospodarczych pracownicy są bardziej podatni na zagrożenia, a reforma ubezpieczenia od bezrobocia spowodowała obniżenie świadczeń.

Grecy, którzy są już i tak na granicy wytrzymałości, muszą dodatkowo zmagać się z pandemią. Gospodarka grecka jest w ruinie, głównie z powodu odmowy ze strony Angeli Merkel rozłożenia na raty spłaty zadłużenia, na czym Niemcy zarobiły 2,9 miliarda euro. To jest tzw. europejska solidarność? (…)

Szwajcaria jest jednym z krajów europejskich, w które epidemia uderzyła najmocniej, a liczba osób zainfekowanych koronawirusem w stosunku do populacji kraju jest największa. Wśród chorych znalazło się 61% mężczyzn i 39% kobiet. Przy 13% zakażonych bez chorób towarzyszących i 87% z co najmniej jedną taką chorobą, dotychczasowa liczba zgonów osiągnęła 1000. [Uwzględniając fakt, że Polska liczy 4,25 razy więcej ludności niż Szwajcaria, na 20 kwietnia mielibyśmy w naszym kraju ok 4300 ofiar pandemii, zamiast 390. Przyp. tłumacza.] W reakcji na epidemię władze polityczne zdobyły się tylko na ograniczenie praw personelu szpitalnego. Rada Federalna, bez negocjacji ze stroną społeczną, zawiesiła przepisy dotyczące wymiaru czasu pracy i wypoczynku w tym sektorze.

Skuszeni hasłami powszechnego ubezpieczenia i wolnej konkurencji, szwajcarscy wyborcy głosowali na system opieki zdrowotnej realizowany przez prywatnych ubezpieczycieli, z których każdy ma przecież zarząd i akcjonariuszy.

(…) Desperacko szukając oszczędności na ubezpieczeniach, Szwajcarzy wybierają tanie opcje, które nie przewidują zwrotu kosztów leczenia poniżej 2500 CHF. Powoduje to ograniczanie wizyt u lekarza do sytuacji najcięższych przypadłości. W efekcie braku prewencji we wczesnych stadiach chorób, przechodzą one w ciężkie i niebezpieczne dla życia. To w rezultacie podnosi koszty leczenia i, paradoksalnie, tracą na tym obie strony. (…)

System ultraliberalny to autor upadku świata, w którym brakuje nawet maseczek i łóżek szpitalnych, a wszystkie działania traktuje się w kategoriach kosztów, które przecież można obniżać. Ten sam system, nawołując do ograniczenia roli państwa, sprawił, że wspólne pieniądze trafiają do najbogatszych, do międzynarodowych korporacji i potężnych firm. W rezultacie zasoby publiczne służą dalszemu bogaceniu się ich szefów, którzy będą spekulować akcjami własnych spółek, sprzedając je, a następnie odkupując po niższej cenie.

Stanęliśmy w wobec faktu, że na Zachodzie, w obliczu wciąż ustępującego państwa, wszechpotężne mocarstwo wielkiej finansjery zdobywa panowanie nad tym, co ludzkość ma najcenniejszego

–  nad zdrowiem i całym sektorem z nim związanym, w tym procesami produkcyjnymi – tworzącymi wartość dodaną świata ochrony zdrowia (lekarstwa, systemy szpitali publicznych, sprzęt itp.). Teraz ponosimy bolesne konsekwencje tego procesu. By plan się powiódł, media będące w rękach finansistów i nie mniej od nich uzależnieni przedstawiciele państwa uprawiają codzienną, ogłupiającą i zwodniczą retorykę, z niewiarygodnym cynizmem maskując zamach na ludzkie życie.

Ogłupiała istota ludzka staje się bezwartościowa. W imię tzw. postępu wkroczyliśmy w następny etap uprawiania praktyk, którym wcześniej powiedzieliśmy: „nigdy więcej”. Eugenika i eutanazja z powodu wieku lub przewlekłych chorób, braku personelu pielęgniarskiego i sprzętu medycznego to konsekwencje neoliberalnych oszczędności.

Cały artykuł Bernarda Mégeais pt. „Unia Europejska w obliczu próby” znajduje się na s. 15 majowego „Kuriera WNET” nr 71/2020.

 


  • Do odwołania ograniczeń związanych z obowiązującym w Polsce stanem epidemii, „Kurier WNET” będzie można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Bernarda Mégeais pt. „Unia Europejska w obliczu próby” na s. 15 majowego „Kuriera WNET” nr 71/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego