Strachota: nie da się protestów w Kazachstanie porównać do tych po ostatnich wyborach prezydenckich na Białorusi

Gościem „Popołudnia Wnet” jest Krzysztof Strachota – ekspert OSW, który wypowiada się na temat napiętej sytuacji politycznej w Kazachstanie.

Krzysztof Strachota komentuje upadek rządu w Kazachstanie. Wskazuje, że sytuacja w tym kraju jest dynamiczna, a w praktyce na chwilę obecną można powiedzieć, że dochodzi do rewolty.

Mamy do czynienia z żywiołową rewoltą, która ogarnęła cały kraj.

Jak informuje, dochodzi do przechodzenia funkcjonariuszy państwa na stronę opozycji – nie są to tylko plotki.

Można zakładać, że faktycznie tak jest – wygląda na to, że to stosunkowo powszechne. Każda rewolta ma takie momenty, lecz nie zawsze przesądzało to o zwycięstwie.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego przestrzega jednak przed porównywaniem wydarzeń w Kazachstanie do buntów politycznych w krajach postsowieckich, np. tzw. „kolorowych rewolucji”, czy stosunkowo niedawnych wydarzeń na Białorusi.

Nie da się protestów w Kazachstanie porównać do tych, które wybuchły po ostatnich wyborach prezydenckich na Białorusi.

Dodaje, że w przypadku Kazachstanu potrzeba dokonania zmiany politycznej w końcu doprowadziła do wybuchu. Demonstranci żądają odejścia prezydenta Nursułtana Nazarbajewa.

W społeczeństwie kazachskim od lat narastało zmęczenie elitami.

Ekspert OSW sceptycznie odnosi się do potencjalnej interwencji rosyjskiej – wiązałoby się to jego zdaniem ze zbyt dużym ryzykiem dla Federacji.

Interwencja w Kazachstanie byłaby kosztowną i ryzykowną imprezą. Byłoby to duże wyzwanie i potencjalny problem dla Rosji.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

P.K.

Jan Piekło: protesty w Kazachstanie mogą się przełożyć na niezadowolenie w samej Rosji

Featured Video Play Icon

Były ambasador RP na Ukrainie o protestach w Kazachstanie, sytuacji w Rosji i żądaniach Kremla wobec NATO.

Jan Piekło komentuje protesty w Kazachstanie. Niemal we wszystkich dużych miastach doszło do starć z policją.  Stwierdza, że jest to dość niespodziewane, gdyż w kraju tym nie ma tradycji takich demonstracji. Wyjaśnia, że  protesty wybuchły przeciw podwyżkom cen płynnego gazu, na którym jeżdżą kazachskie samochody.

Ten protest już nie dotyczy gazu, tylko dotyczy polityki.

Uczestnicy protestów rozszerzyli swe żądania i domagają się obecnie odejścia z polityki szefa Rady Bezpieczeństwa kraju Nursułtana Nazarbajewa, który w ich opinii przekazał władzę prezydentowi Kasymowi-Żomartowi Tokajewowi tylko formalnie.

Ludzie zaczynają gromadzić się na centralnych miejscach w miastach kazachskich i usiłują tam stworzyć coś na kształt kijowskiego Majdanu.

Były ambasador RP na Ukrainie stwierdza, że jest to pokłosie polityki gazowej Kremla. Może ona się zemścić na rosyjskiej władzy.

To może się przełożyć na niezadowolenie w samej Rosji, gdzie sytuacja gospodarcza i Covidowa jest fatalna.

Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego wskazuje, że Kazachstan jest potężnym krajem. Leży on całkiem niedaleko Ukrainy.

Putin może się czuć otoczony.

Piekło wskazuje na twardy ton sekretarza generalnego NATO wobec Rosji. Żądanie tej ostatniej ocenia jako tak bezczelne, że niemożliwe do zaakceptowania przez jakiegokolwiek rozsądnie myślącego zachodniego polityka.

Niepokojące jest to, że zaczyna się wyścig mniej lub bardziej ważnych polityków zachodnich, żeby się spotkać z Putinem i z nim porozmawiać.

Trzeba ustalić wspólną politykę państw unijnych.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy!

A.P.

Co czwarty mieszkaniec Niemiec to imigrant

Według danych niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego 26,7 procent ludności w Niemczech ma cudzoziemskie korzenie. Imigranci stanowią 13 proc. uprawnionych do głosowania.

21,9 mln mieszkańców Niemiec ma pochodzenie cudzoziemskie. W ostatnich wyborach do Bundestagu prawo do głosu miało  7,9 mln imigrantów. Spośród uprawnionych do głosowania imigrantów 41 procent urodziło się w Niemczech. Pozostałe 59 proc. (4,7 mln) mieszka w Niemczech średnio od 31 lat. Pochodzą oni głównie z Polski, Kazachstanu i Rosji.

A.P.

Źródło: DW.com

W hołdzie wszystkim Polakom, którzy nie wrócili ze Związku Sowieckiego / Swietłana Fiłonowa, „Kurier WNET” nr 82/2021

13 IV 1990 r. Gorbaczow przyznał się do mordu katyńskiego. 13 IV 1943 r. Radio Berlin poinformowało o odnalezieniu w lesie katyńskim zwłok polskich oficerów. Rok 1940 też miał swój 13 kwietnia.

Swietłana Fiłonowa

Na stepach Kazachstanu i w lasach Syberii

W hołdzie wszystkim, którzy nie wrócili

13 kwietnia to dzień dla Polski szczególny. 13 kwietnia 1990 r. Michaił Gorbaczow przyznał się do mordu katyńskiego i przekazał kopie wyselekcjonowanych dokumentów zbrodni katyńskiej Wojciechowi Jaruzelskiemu. Dokładnie 47 lat wcześniej, 13 IV 1943 r., Radio Berlin nadało informację o odnalezieniu w lesie katyńskim zwłok kilku tysięcy polskich oficerów.

Rok 1940 też miał swój 13 kwietnia. W ten dzień rodziny wszystkich – bez wyjątku! – więźniów łagrów kozielskiego, starobielskiego i ostaszkowskiego, których co noc mordowano masowo, zostały wywiezione do Kazachstanu. Bo elita polska miała być wytępiona do szczętu; razem z tymi, którzy mogliby na taką elitę wyrosnąć i tymi, które mogłyby nową elitę urodzić.

5 III 1940 r. na wniosek Berii i za aprobatą Stalina Biuro Polityczne KC WKP(b) przyjęło uchwałę o rozstrzelaniu 26 700 polskich jeńców przetrzymywanych w więzieniach i 3 łagrach specjalnych. Od razu po przyjęciu decyzji Beria zażądał od majora Soprunienki, szefa Zarządu ds. Jeńców Wojennych NKWD ZSRR, kolejnego sporządzenia precyzyjnych list więźniów, które musiały „wskazywać skład rodziny każdego jeńca wojennego i jej dokładny adres”.

To nie była prosta ciekawość. Dwa dni wcześniej, 2 marca, Rada Komisarzy Ludowych ZSRR podjęła tajną uchwałę nr 289–127 „O eksmisji rodzin represjonowanych właścicieli ziemskich, oficerów, policjantów itp.; innymi słowy, krewnych 26 700 więźniów, którzy mieli zostać rozstrzelani. Operacja miała być przeprowadzona w ciągu jednej nocy z 12 na 13 kwietnia (de facto trwało to do 16). Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia deportacja Polaków.

Pionierami na drodze do sowieckiego piekła były rodziny osadników wojskowych, którzy jako rezerwiści zostali w większości wcieleni do wojska. Nie wszyscy trafili do niewoli radzieckiej i później zostali rozstrzelani. Wielu poległo w walce, komuś udało się przebić do Rumunii lub na Węgry, lecz krewni wszystkich (według oficjalnych danych NKWD – 141 759 osób) w środku zimy, 10 II 1940 r., zostali wysłani w nieogrzewanych wagonach na daleką północ Rosji. Podróż trwała kilka tygodni. Nie wszyscy dotarli. Ludzie umierali z zimna, chorób, rozpaczy, popełniali samobójstwa. Ciała wyrzucano na stacjach albo na pobocza toru. Beria w notatce do Stalina z 1 maja 1944 r. napisał, że podczas przedwojennych deportacji na wschód zginęło po drodze 11 516 osób. Resztę przewieziono do 115 osiedli w obwodzie archangielskim, krasnojarskim i w Republice Radzieckiej Komi, gdzie nie przygotowano dla nich schronienia i przetrwać mogli tylko cudem.

„Warunki bytowe osadników specjalnych są niezadowalające (1,5–2 m na osobę, w wielu wsiach ludzie śpią na podłodze lub na wspólnych pryczach). Wśród osadników specjalnych jest wielu chorych, którzy nie są odizolowani od zdrowych. Zdarzały się ogniska tyfusu itp. W powiecie nadomskim w obwodzie archangielskim na 1549 specjalnych osadników zatrudnionych przy pracy 737 nie ma butów (…) Baraki, jadłodajnie, punkty pierwszej pomocy, łaźnie i inne pomieszczenia komunalne nie są wyposażone w niezbędny sprzęt. Wiele z nich nie jest oświetlonych z braku lamp naftowych. Podobnie wygląda sytuacja w osiedlach specjalnych w innych regionach” (Z raportu L. Berii, komisarza ds. bezpieczeństwa państwowego NKWD ZSRR I stopnia, do tow. Stalina). Rodziny rozstrzelanych polskich oficerów nie miały lepiej.

Zbigniew Kwiatkowski: Wywozili nas 13 kwietnia. (…) Dwa dni wcześniej stało na stacji 20 bydlęcych wagonów, co złe wróżyło, bo widzieliśmy już takie w lutym. Enkawudziści przyszli o godzinie 1:30 w nocy i dali czas dwóch godzin na spakowanie się. Na stacji, dokąd dowieziono nas furmanką, znajdowało się wiele znajomych rodzin. Były to rodziny policjantów, nauczycieli, a zresztą całej polskiej znaczącej społeczności urzędników, kupców itp. (…) Gdy zaryglowano drzwi, lokomotywa buchnęła parą, enkawudziści krzyczeli, odprowadzający rozpaczliwie biegli wzdłuż torów, zaś my, uwięzieni, jak długi pociąg, mali, duzi czy starzy, całą piersią śpiewaliśmy „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”.

Nam, żyjącym w epoce, która nie sprzyja romantyzmowi, taki masowy patriotyczny impuls może wydawać się nieco teatralny, a niektórym wręcz nieprawdopodobny. Ale wszystko było dokładnie tak: ludzie, którzy przeżywali silny stres, coś w rodzaju końca świata – przynajmniej ich świata, znanego i zrozumiałego – którzy nie wiedzieli, co stanie się z nimi jutro, za godzinę, za minutę – czerpali siłę z pieśni patriotycznych. Inaczej mówiąc: śpiewali, bo duchowa więź z ojczyzną, sama myśl o niej przywracała ich do życia i napełniała siłą. Potwierdzają to po pierwsze tysiące zeznań, a po drugie, choć pośrednio, dokumenty NKWD.

Na początku lat 30, gdy dopiero rozpoczęły się masowe deportacje tzw. kułaków, wydział transportu OGPU wydał instrukcję, w której w najdrobniejszych szczegółach uregulował warunki transportowania zesłańców – od liczby wagonów w pociągu do tego, jak otwierać drzwi wagonu „dla przepływu powietrza”. Przez 10 lat wszystkich zesłańców w ZSRR, a było ich wielu, transportowano zgodnie z tymi zasadami. Żadnych innowacji nie wprowadzono takoż w 1940 r., przed deportacjami Polaków. Ta sama dziura w podłodze, z której musieli korzystać mężczyźni, kobiety i dzieci obojga płci, i którą nawet po wielu latach wszyscy pamiętali jako główny koszmar długiej podróży. Tak samo na stacjach jedna osoba miała prawo wnosić dla całego wagonu wiadro wrzątku, tak samo – gorące jedzenie co dwa dni. Okazało się jednak, że coś się zmieniło. Przed trzecią deportacją pojawiły się nowe instrukcje z najsurowszym zakazem śpiewania na całej trasie.

Trzecia deportacja odbyła się latem 1940 r. Wywieziono na północ Rosji uchodźców, „którzy przybyli na tereny zachodnich regionów Ukrainy i Białorusi po 1 IX 1939 r.”. W zdecydowanej większości byli to Żydzi, którzy uciekli przed masakrami dokonanymi w Polsce w latach 1939–40 przez Einsatzgruppen SD i Gestapo. Według szacunków rosyjskiego stowarzyszenie „Memoriał”, było ich 76 380. W maju–czerwcu 1941 r. zostały deportowane do Kazachstanu rodziny „członków organizacji i formacji powstańczych ze strefy przygranicznej i republik bałtyckich”.

Życie zesłańców na północnych kresach ZSRR prawie niczym nie różniło się od życia na kresach południowych. Tu i tam ta sama praca ponad siły, ta sama niepewność jutra, ten sam brak wszystkiego – szkół, szpitali, łaźni, wody, jedzenia. Wbrew pozorom, dostosować się do klimatu kazachskiego południa nie było łatwiej niż do klimatu dalekiej północy Rosji: latem w Kazachstanie upały sięgały 45°C, zimą mrozy -50°C.

Anna Świrkula: Zimy były bardzo ostre. Silne mrozy i zawieje śnieżne, tzw. burany. Kiedy zrywał się buran, nikt już nie mógł wyjść z domu. Robiło się ciemno od śniegu. Jeżeli ktoś musiał wyjść na zewnątrz po wodę (burany trwały kilka dni), musiał przywiązywać się sznurkiem do drzwi domu, bo inaczej nie mógł trafić z powrotem. W czasie jednej z zim zdarzyło się, że dwóch chłopaków i dziewczyna wyszli z domu, gdy zerwał się buran. Już nigdy nie wrócili, mimo że dom znajdował się po drugiej stronie drogi. Ich ciała odnaleziono daleko w stepie, dopiero kiedy stopniały śniegi. Śniegi padały tak obficie, że zupełnie zasypywały nasze lepianki. Pamiętam, że często po zasypanych dachach przejeżdżały sanie, bo śnieg zrównywał dachy z drogą.

Ilu ich pozostało na zawsze na stepach Kazachstanu i w lasach Syberii? Tego się nigdy nie dowiemy. Nie chodzi tylko o to, że archiwa Rosji i Kazachstanu nadal pozostają niedostępne. Istnieje jeszcze jeden problem nie do rozwiązania, o który Sowiety postarały się na początku. Wkrótce po wcieleniu polskich ziem do Białoruskiej i Ukraińskiej Republik Radzieckich przeprowadzono powszechny spis ludności na tych terenach i dekretami z 29 XI 1939 r. narzucono obywatelstwo radzieckie wszystkim osobom, które przebywały tam w dniach 1 i 2 XI 1939 r. Również tym, którzy wcale sobie tego nie życzyli. Było to wbrew prawu międzynarodowemu, ale kto i kiedy w ZSRR tym się przejmował?

To prawda, że prawie wszystkich szeregowców wziętych do niewoli we wrześniu 1939 r. po kilku tygodniach zwalniano na rozkaz Berii od 3 X 1939 r. Lecz już po 10 dniach Beria wydał inne rozporządzenie: „Spośród wypuszczonych jeńców wojennych z zachodniej Ukrainy i Białorusi wybrać dobrze ubranych, zdrowych fizycznie 1700 osób i przygotować je do wysłania pociągiem do pracy w Krzywym Rogu 16 października. Konwój wzmocnić”. To niejedyne takie zlecenie. Jako obywatele radzieccy wolni ludzie pod wzmocnionym konwojem mogli być kierowani do kopalń lub do innych ciężkich prac, wykonywanych przez jeńców i zesłańców, lecz nie mieli na co liczyć, gdy zabłysnął płomyk nadziei po zawarciu 30 VII 1941 r. układu Sikorskiego-Majskiego. Dodatkowy protokół układu stwierdzał: „Z chwilą przywrócenia stosunków dyplomatycznych rząd ZSRR udzieli amnestii wszystkim obywatelom polskim, którzy są obecnie pozbawieni swobody na terytorium ZSRR bądź jako jeńcy wojenni, bądź z innych odpowiednich powodów”. Natomiast nigdzie nie było mowy o tym, co ma się dziać z obywatelami polskimi znajdującymi w ZSRR, lecz formalnie niepozbawionymi wolności. W podpisanym dokumencie nie było bowiem nigdzie mowy o unieważnieniu innych niż radziecko-niemieckie umów. Więc nadal pozostawał w mocy dekret o przymusowym nadaniu obywatelstwa z 29 listopada 1939 r.

Rząd sowiecki wszystkich „wolnych” nie uważał za obywateli polskich. „Nie liczyli się” takoż Polacy, którzy zostali aresztowani na terenie Litwy, Łotwy i Estonii w 1940 r. i później. Oni też nie mogli zabiegać ani o zmianę obywatelstwa, ani o pomoc powołanej do życia po zawarciu układu ambasady polskiej w ZSRR, która poprzez delegatury terenowe i mężów zaufania zajmowała się poprawą położenia materialnego deportowanej ludności polskiej. Lista takich „nieliczących się” była bardzo długa.

Najgorzej było z dziećmi. Po śmierci rodziców władze miejscowe przekazywały osierocone dzieci do radzieckich sierocińców, tzw. dietdomów, gdzie traciły – w większości przypadków na zawsze – nie tylko narodowość, ale czasami prawdziwe imię i nazwisko. Ile polskich sierot udało się wyrwać z radzieckich pazurów ochotnikom z polskich delegatur, którzy udawali się do oddalonych częstokroć kołchozów i rosyjskich sierocińców, aby tam wyszukiwać dzieci mówiące po polsku? Nie wiadomo.

Ten czas nadziei nie trwał długo. Już w lipcu 1942 r. delegatury zlikwidowano. Wszystkie zorganizowane i prowadzone przez stronę polską zakłady opiekuńcze od 15 I 1943 r. miały przejść pod zarząd i administrację radziecką. 16 I 1943 r. LKSZ ZSRR zawiadomił ambasadę polską w Kujbyszewie, iż wszystkie osoby, przebywające w nocy z 1 na 2 XI 1939 r. na terenach wcielonych do ZSRR, są odtąd ponownie uważane za obywateli ZSRR. A skoro tak, to wobec znikomej liczby polskich obywateli na terenie ZSRR dalsze istnienie polskiej sieci opiekuńczej władze radzieckie uznają za bezcelowe, o czym 25 stycznia ambasada polska została powiadomiona. Za „bezcelowe” Stalin uznał wszelkie relacje z rządem polskim w Londynie, bo już miał swoją wizję powojennej Polski, innych stosunków z nią i przewidywał innych opiekunów dla setek tysięcy Polaków znajdujących się nadal na terenie ZSRR. Te funkcje miał pełnić Związek Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele, który działał faktycznie już od 1 III 1943 r. (formalnie zjazd założycielski odbył się 9 VI 1943 r.).

Ważnym narzędziem ideowego wychowania polskich zesłańców był tygodnik ZPP „Wolna Polska” wydawany w Moskwie. Na wszystko, co się działo na świecie, redakcja patrzyła oczyma Stalina. W tym – na ujawnienie przez Niemców zbrodni w Katyniu. O zerwaniu przez ZSRR stosunków dyplomatycznych z Polską tygodnik poinformował swoich czytelników 1 V 1943 r. w obszernym artykule o znamiennym tytule Dzieje zdrady. W tym samym numerze zamieszczono tekst przemówienia radiowego W. Wasilewskiej z 28 IV 1943 r.: „Związek Radziecki, niezależnie od przerwania stosunków dyplomatycznych z rządem polskim w Londynie, zawsze był i pozostanie sojusznikiem narodu polskiego” – zwracała się do rodaków Wasilewska. Apelowała przy tym, by Polacy trwali przy swojej pracy i miejscach zamieszkania: „Zachowajcie się z godnością, zachowajcie się jak prawdziwi obywatele (…), bądźcie godnymi Polski (…), bądźcie godnymi kraju, w którym dziś żyjecie (…), bądźcie lojalnymi sojusznikami (…), pamiętajcie, że reprezentujecie Polskę i polski naród!”

Gdy 6 VII 1945 r. zastała zawarta polsko-radziecka umowa, umożliwiająca repatriację Polaków z głębi ZSRR, „Wolna Polska” podkreślała, że do wyjazdu ma prawo każdy i zapewniała swoich czytelników: „Prawo opcji i wyjazdu do Polski nie może być kwestionowane z powodu przekonań politycznych czy przynależności partyjnej, wskutek umów pracy lub zajmowania odpowiedniego stanowiska zawodowego”. W rzeczywistości wszystko wyglądało nie tak różowo. Po pierwsze umowa zezwalała na repatriację tylko Polakom i Żydom. Obywatele II RP innych narodowości, mimo że czuli się związani z Polską i faktycznie byli polskimi obywatelami, musieli pozostać na terytorium ZSRR. Oprócz tego umowa zawierała wymogi nie do spełnienia.

Bolesława Dolna: Wydawałoby się, że najłatwiej było skorzystać z list, według których wszyscy zostaliśmy wezwani do narzucenia nam obywatelstwa radzieckiego. Listy te były sporządzone bardzo starannie i nic tym listom nie mogło się stać– minęły tylko dwa lata. Ale było inaczej. Każdy z nas został poproszony o udowodnienie, że jest Polakiem, na podstawie dokumentów, które sami funkcjonariusze NKWD zabrali nam podczas przeszukania. To było jak głupia, dziecięca zabawa.

W lutym władze ZSRR zgodziły się na pewną zmianę zasad procedury – odtąd miało być brane pod uwagę nie tylko posiadanie dowodów osobistych (których prawie nikt nie miał), lecz także zeznania świadków i dokumentacja o mniejszej wadze urzędowej. Zdarzało się, że komisja specjalna zadowalała się zaświadczeniem o szczepieniu konia.

Dariusz Hopak: Mamie mojego przyjaciela Tadka jakimś cudem udało się zachować listy męża z obozu w Kozielsku i zdjęcia ślubne. Prawdopodobnie bardzo kochała swojego męża. Wszyscy dookoła mówili: przynajmniej raz miłość i wierność opłacą się na tej ziemi – wyjedzie z dziećmi bez żadnych problemów. Ale specjalna komisja powiedziała, że małżeństwo z oficerem polskiej armii nie jest jeszcze dowodem jej obywatelstwa; poślubiają także cudzoziemki… Wobec tego nasza sytuacja wydawała się zupełnie beznadziejna. Dla całej rodziny mieliśmy tylko wypisany w kościele akt mojego chrztu, który, uwzględniając sowieckie nastroje ateistyczne, mógł raczej nam zaszkodzić niż pomóc. Ale stał się cud – puścili nas.

Czy złagodzenie twardych zasad było dowodem przyjaźni rządu radzieckiego? Wątpię, bo teraz wszystko faktycznie zależało od woli, a nawet nastroju urzędnika, co stwarzało warunki do przeróżnych nadużyć i przede wszystkim selekcji repatriantów. „Wolna Polska” pisała jasno: „Naród nasz przeszedł wielką próbę dziejową i wstąpił dzisiaj pod kierownictwem nowych sił społecznych w okres, rokujący mu dobrobyt i potęgę. Budujemy od podstaw Polskę Ludową. Budujemy niepodległy byt na podstawie demokracji ludowej, na podstawie przyjaznych stosunków ze Związkiem Radzieckim i demokracjami Zachodu. (…) Wracamy do kraju, by wziąć czynny udział w budowaniu Polski Ludowej, w utrwalaniu i wzmacnianiu demokratycznego frontu narodowego. Zmagając się z resztkami reakcji, przezwyciężając wszystko, co stare i zmurszałe, wszystko, co chwiejne i niezdecydowane, kraj kroczy po drodze cementowania jedności wszystkich szczerze demokratycznych sił społecznych”.

W latach 1945–1947 ZSRR udało się opuścić 320 000 Polaków. I rząd radziecki właściwym sobie cynizmem oświadczył, że każdy, kto chciał, już wrócił do ojczyzny.

Stanisław Ważywec: Wszyscy próbowali opuścić ZSRR – w jakikolwiek sposób. Wielu udawało się do zachodniej Ukrainy lub Białorusi. Mówiono, że łatwiej stamtąd wyjechać na wymianę. Byli śmiałkowie, którzy szli w góry, do granicy z Persami. Marzyli o dostaniu się do Iranu, a stamtąd do Europy Zachodniej. Nie wiem, ilu się udało. Ktoś właśnie próbował przekupić strażników i nielegalnie dostać się do pociągu. Oczywiście tylko nielicznym się udało, ale każda zbawiona dusza jest czegoś warta. Ktoś też był w naszym wagonie. Dzieci oczywiście nie były wtajemniczone w takie sprawy, musieliśmy siedzieć cicho i nie mieszać się pod nogami. Ale z tego, co sam widziałem, i z tego, co słyszałem później, można było zrozumieć, że mężczyźni na zmianę upijali strażników bimbrem, aby podczas kontroli nie byli w stanie już ani rozróżniać twarzy, ani liczyć. Tak więc z Bożą pomocą dotarliśmy na miejsce. Był jeszcze jeden straszny sposób na opuszczenie ZSRR – kiedy ludzie sądzili, że lepiej opuścić ten świat, niż zostać w Związku Radzieckim, i rzucali się pod pociąg. Dzięki Bogu to nie było zjawisko masowe. Ale słyszałem o kilku takich przypadkach.

31 VII 1955 r. dyrektor Radia Wolna Europa Jan Nowak-Jeziorański wystąpił na antenie z apelem: „Jakaż gorycz wzbiera w sercu, gdy pomyśli się o tysiącach, dziesiątkach tysięcy naszych ludzi, którzy dziesięć lat po wojnie gniją w różnych obozach rozrzuconych po całej Rosji bez nadziei powrotu. Co przeżywać musi jakiś zapomniany Polak na widok Austriaka wracającego do swego ukochanego Wiednia, gdy on, polski żołnierz II wojny światowej, pozostaje nadal za drutami? Wracają Niemcy, Austriacy, Włosi – wracają dawni żołnierze armii nieprzyjacielskiej i pokonanej. Na miejscu, w głębi Rosji pozostają Polacy, bo nikt się o nich nie upomni (…) W chwili, kiedy komuniści rozpoczynają obłudną propagandę na rzecz powrotu uchodźców z Zachodu – radiostacja nasza, Głos Wolnej Polski – zbierać będzie i nadawać wszelkie informacje na temat losu Polaków uwięzionych w Rosji. Nasze SOS rozsyłać będziemy do całej wolnej prasy Polskiej w zachodnim świecie. Gdziekolwiek dziś jesteśmy – niechaj po całym świecie rozlegnie się wołanie tak mocne, by usłyszeli je zarówno sprzymierzeńcy, jak nieprzyjaciele. W tej sytuacji żądamy powrotu do kraju Polaków z łagrów i więzień sowieckich. Cierpią oni i umierają za jedną tylko zbrodnię: walczyli o niepodległą Polskę”.

Wracający do Europy z łagrów ZSRR Niemcy, Włosi, Austriacy chętnie udzielali informacji o Polakach. Dzięki temu redakcja uzyskała listę setek nazwisk i dokładną mapę rozmieszczenia 56 obozów pracy, w których wciąż przebywali Polacy. Codziennie Wolna Europa nadawała programy specjalne. Rozgłośnia przerywała również swój normalny dziennik radiowy, nadając tzw. flash. Schemat był następujący:

„Przerywamy obecnie nasz program w celu nadania komunikatu specjalnego. Przed chwilą Głos Wolnej Polski otrzymał nowe wiadomości o Polakach więzionych na terenie Rosji Sowieckiej w obozach… [nazwy i położenia obozów]. Bliższe szczegóły i nazwiska niektórych więźniów usłyszą państwo w programie specjalnym, który powtarzać będziemy wielokrotnie w ciągu następnej doby. Nadaliśmy komunikat specjalny. Powracamy do dziennika radiowego”.

Nadawano po kilka nazwisk dziennie. Spiker wypowiadał je wolno, każde nazwisko powtarzał dwa razy, by zwiększyć dramatyzm, np. „Walenty Kucharski, Walenty Kucharski, lat 30, rodem z Sosnowca, porucznik Armii Polskiej, po wojnie zesłany do Workuty. Kopalnia nr 29”. To brzmiało jak alarm. Mieszkający w różnych miastach Europy gromadzili się na demonstracjach. Ważne było dla nich poczucie, że nie tylko przeżyli ostatnią wojnę, ale także pozostali ludźmi. I stało się to, co wydawało się niemożliwym. 18 XI 1956 r. Władysław Gomułka podpisał z władzami sowieckim deklarację o wznowieniu repatriacji, która nieco później stała się pełnoprawną umową międzynarodową. Pod koniec 1956 r. ze Związku Radzieckiego wyjechał pierwszy pociąg z repatriantami. W nieco ponad dwa lata ZSRR opuściło 259 420 obywateli polskich.

W marcu 1959 roku polsko-radzieckie porozumienie o repatriacji wygasło i nie udało się go przedłużyć. Rząd radziecki, podobnie jak przed 10 laty, bez mrugnięcia okiem oświadczył, że wszyscy Polacy zainteresowani powrotem już od dawna są w Polsce. Wszyscy doskonale wiedzieli, że to kłamstwo. Wolna Europa próbowała kontynuować akcję, upublicznić los Polaków, którzy pozostali w ZSRR. Ten problem był przedmiotem dyskusji w Kongresie USA. Repatriacja została wznowiona, lecz dopiero w 1996 r. Ale to zupełnie inna historia.

Cytaty z „Wolnej Polski” za: dr Wojciech Marciniak, Problematyka repatriacyjna na łamach „Wolnej Polski” (1943–1946). Przytoczenie dotyczące komunikatów RP RWE za: P. Stanek, Wrócić muszą przede wszystkim Polacy z Rosji.

 

Artykuł Swietłany Fiłonowej pt. „Na stepach Kazachstanu i w lasach Syberii” znajduje się na s. 4 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 82/2021.

 


  • Kwietniowy numer „Kuriera WNET” (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Swietłany Fiłonowej pt. „Na stepach Kazachstanu i w lasach Syberii” na s. 4 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 82/2021

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 Stanisław Krajski: Epidemia koronawirusa wygląda na sterowaną. Ktoś tu majstruje przy gospodarce

 Stanisław Krajski o sprawie abpa Jana Pawła Lengi, zawieszeniu odprawiania mszy św. we Włoszech w związku z Covid-19 oraz o gospodarczych skutkach tej epidemii i czy służy depopulacji.


Stanisław Krajski odnosi się do sprawy abp Jana Pawła Lengi. Stwierdza, że

Gromadzi się wokół tych spraw masa półprawd i manipulacji.

Po latach posługi biskupiej w Kazachstanie ks. abp Jan Paweł Lenga poprosił papieża Benedykta XVI o pozwolenia na przejście na emeryturę, które zostało mu udzielone. Wyjechał potem do Polski, z której pochodzą jego rodzice. Nasz gość odnosi się do zarzutu niewymieniania imienia papieża w trakcie mszy św. przez hierarchę. Tłumaczy, że to nieprawda. Krajski komentuje zakaz odprawiania mszy św. we Włoszech:

Sytuacja we Włoszech pokazuje jaki jest tam stan wiary […] Jakby Kościół nie wierzył w nadprzyrodzoną interwencję.

Zauważa, że komunia św. na rękę nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Jego zdaniem włoscy biskupi „robią coś, co można nazwać wariactwem”, a papież milczy. O epidemii nasz gość stwierdza, że wygląda na sterowaną. Zauważa, że przy ptasiej grypy było więcej ofiar, a nie było żadnej paniki, tak jak teraz. Wówczas „wszystkie państwa oprócz jednej mądrej Polski zamówiły szczepionki”. Premier Ewa Kopacz postąpiła wówczas rozsądnie. Obecnie zaś „Polska już się poddała tej histerii”. Politycy i media ją napędzają, gdyż „Im więcej PiS robi, tym PO więcej żąda, a dla mediów to złota kura”.

Podejrzane, że Bill Gates może w tym maczać palce […] Ma ideę na granicy wariactwa, by zmniejszyć populację na świecie.

Krajski przywołuje teorie przypisujące znanemu miliarderowi podstępne dążenie do ubezpłodniania ludzkości. Jednym ze sposobów miałaby być szczepionka na koronawirusa.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Zełenski: Strona irańska od początku usuwała dowody wskazujące na to, że doszło do zestrzelenia samolotu

Paweł Bobołowicz o tym, czyją wizytą żyje Ukraina, oskarżeniach i oczekiwaniach prezydenta Ukrainy wobec Iranu, wizycie szefa amerykańskiej dyplomacji na Białorusi i wieszczonym rozpadzie Ukrainy.

Paweł Bobołowicz opowiada o wizycie Recepa Tayyipa Erdoğana na Ukrainie. To ona przyciągnęła największą uwagę Ukraińców, jeśli chodzi o wizyty zagranicznych głów państw w naszym regionie. Przybycie do Polski francuskiego prezydenta nie zostało dostrzeżone. Podczas pobytu w Kijowie prezydent Turcji zaatakował Rosję za jej bierność w obliczu operacji wojsk syryjskich. Podkreślił też, że jego kraj nie zaakceptuje aneksji Krymu, potwierdzając tureckie uznanie dla integralności terytorialnej Ukrainy. Znamiennym podczas wizyty były słowa Erdoğana. Podczas uroczystości powitalnych pozdrowił ukraińskich żołnierzy słowami: „Chwała Ukrainie!”. Wypowiedział to w języku ukraińskim.

Ponadto nasz korespondent opowiada o zerwaniu współpracy Ukrainy i Iranu w dochodzeniu ws. zestrzelenia pasażerskiego samolotu. Powodem jest publikacja tajnego nagrania ze śledztwa w ukraińskich mediach. Wynika z niego, że Irańczycy wiedzieli wkrótce po zestrzeleniu ukraińskiego samolotu co się stało. Tymczasem przez dwa dni funkcjonowała w mediach sugestia, że samolot padł ofiarą usterki technicznej.

Iran czarnych skrzynek wciąż nie wydaje. […] nie będzie chciał ułatwić przeprowadzenia dochodzenia.

Prezydent Zełenski poruszył temat odszkodowań dla krewnych ofiar katastrofy. Ukraina wypłaciła rodzinom zmarłych pasażerów odszkodowania, a teraz zabiega o odszkodowania od Iranu, który zaproponował wypłatę 80 tys. dolarów. Suma ta nie satysfakcjonuje ukraińskiego prezydenta. Ten ostatni wysunął oskarżenie, że:

Strona irańska od początku usuwała dowody wskazujące na to, że doszło do zestrzelenia. […] Uprzątnięto z miejsca katastrofy fotele.

W „Poranka WNET” Bobołowicz komentuje również tournée sekretarza stanu Mike’a Pompeo, który odwiedził Białoruś, Kazachstan i Uzbekistan. Szef amerykańskiej dyplomacji pokazał w ten sposób zasięg wpływów amerykańskich, sięgających krajów sąsiadujących z Rosją. Dla Mińska istotne były sprawy niezależności energetycznej. Pozostałe państwa podkreślały, że Ameryka jest ich strategicznym partnerem. Ukrainę z USA łączy zaś sprawa impeachmentu. Ostatnio nowe informacje dot. kontaktów Rudyego Giulianiego z Wiktorem Szokinem. Ten ostatni twierdzi, że próbowano go otruć rtęcią na polecenie wiceprezydenta Joe Bidena. Jak zauważa korespondent, Ukraińcy traktują sensacyjne wyznania swego byłego prokuratora generalnego z przymrużeniem oka, nie dowierzając jego słowom.

Nie przestają wybuchać rosyjskie pociski na wschodzie Ukrainy.

Dziennikarz przypomina, że na wschodzie Ukraina dalej się toczy wojna z prorosyjskimi separatystami. W styczniu zginęło 11 ukraińskich żołnierzy. Tymczasem były gubernator Odessy, a wcześniej prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili przewiduje rozbicie dzielnicowe Ukrainy. Nasz płd.-wsch. sąsiad miałby rozpaść się na de facto pięć różnych państw. Powołał się na posiadanie przez lokalnych przywódców „prywatne armie”. Bobołowicz zwraca uwagę, że wywiad z politykiem, który powrócił na Ukrainę po dojściu Zełenskiego do władzy, ukazał się w mediach prorosyjskich i choć część spostrzeżeń Saakaszwiliego jest słuszna to jego wypowiedź „daje efekt polityczny”. Dodaje, że podziały wewnętrzne źle wpływają na system polityczno-gospodarczy Ukrainy, ale nie muszą oznaczać, że kraj ten się rozpadnie.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

 

Katastrofa lotnicza w Kazachstanie. 12 osób nie żyje, tuziny rannych

W piątek samolot z ok. setką osób na podkładzie rozbił się koło Ałmaty. Po odejściu z lotniska Fokker 100 wbił się w jeden z okolicznych domów.

Maszyna Bek Air natrafiła na problemy wkrótce po wylocie z dawnej stolicy Kazachstanu w stronę jego obecnej- Nur-Sułtanu. Samolot stracił wysokość w czasie startu i przebił się przez betonowe ogrodzenia by uderzyć w dwukondygnacyjny budynek. Jak powiedział Reutersowi wicepremier Kazachstanu, Roman Sklyar:

Komisja … ustali czy był to błąd pilota czy kwestie techniczne. Pas startowy był w doskonałym stanie.

Jedna z ocalałych zdradziła portalowi Tengrinews, że słyszała „przerażający dźwięk” zanim maszyna zaczęła tracić wysokość. Jak powiedziała:

Samolot leciał przechylony. Wszystko było tak jak na filmie: krzyki, wrzaski, płaczący ludzie.

66 osób trafiło do szpitala, część z poważnymi obrażeniami. Pierwotnie liczbę ofiar śmiertelnych szacowano na 15, by ustalić ją później na 12.

A.P.

Bobołowicz: Wołodymyr Zełenski odmienia słowo „pokój”przez wszystkie przypadki, ale unika mówienia o rosyjskiej agresji

Paweł Bobołowicz o różnicy między retoryką obecnego, a poprzedniego prezydenta Ukrainy, spotkaniu w formacie normandzkim, jego przebiegu i historii tych spotkań.

Paweł Bobołowicz mówi o szóstym spotkaniu w formacie normandzkim , pierwszym z udziałem nowego prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. O skutkach tego spotkania będzie mówił więcej w sobotnim programie wschodnim. Przypomina historię spotkań w tym formacie. Po raz pierwszy spotkali się w nim przywódcy Rosji, Ukrainy, Francji i Niemiec 6 czerwca 2014 r. , w rocznicę lądowania w Normandii. Jak podkreśla korespondent:

To był moment, kiedy Rosja wciąż nie uznała Petra Poroszenki za prezydenta Ukrainy. Trwała aktywna faza agresji rosyjskiej na Ukrainę.

Obecny prezydent Ukrainy, jak zauważa Bobołowicz, unika określenia „rosyjska agresja”. Zamiast o „zwycięstwie”lub „zakończeniu wojny”, o których mówił jego poprzedni, Zełenski woli odmieniać słowo „pokój”przez wszystkie przypadki. Do sukcesów Zełenskiego można zaliczyć wymianę jeńców we wrześniu br.

Komanda Ze mówiło, że samo spotkanie normandzkie jest sukcesem.

Nie doszło do skutku proponowane przez prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy w Kazachstanie. W Paryżu natomiast Zełenski najpierw rozmawiał w cztery oczy z kanclerz Angelą Merkel, a potem z prezydentem Emmanuelem Macronem.  Później odbyły się rozmowy wszystkich czworga przywódców.

W tym samym czasie w Kijowie tysiące demonstrantów protestowało przed biurem prezydenta, a kilkuset z nich zostało pod nim na noc. Było to narzędzie presji na Zełenskiego by nie przekroczył nakreślonej mu przez protestujących „czerwonej linii”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Rosja wykorzystuje Interpol do własnych celów. Próbuje poróżnić Polaków i Ukraińców

Paweł Bobołowicz o zatrzymaniu ukraińskiego wojskowego w Polsce, oskarżanego przez Rosję o udział w wojnie w Czeczenii, tym jak ta sprawa miała poróżnić nas z Ukrainą i tym, czym żyją tamtejsze media.

Paweł Bobołowicz o sprawie Ihora Mazura, ukraińskiego wojskowego i przywódcy nacjonalistycznego ugrupowania UNA UNSO, który 9 XI  został zatrzymany na przejściu granicznym w Dorohusku na terenie Rzeczypospolitej Polskiej. Powodem było wpisanie go przez Rosję na listę poszukiwanych przez Interpol w związku z jego rzekomym udziałem w wojnie w Czeczenii. Mazurowi zarzuca się, że dowodził tam oddziałem, w którego skład miał wchodzić także późniejszy premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk. Wojskowy temu zaprzecza. Informacje na ten temat podali przetrzymywani dotychczas przez Rosję Ukraińcy Mykoła Karpiuk i Stanisław Klich. Ten ostatni uwolniony wraz z Karpiukiem we wrześniu br. stwierdził, że jego zeznania zostały na nim wymuszone i że nigdy nie był w Czeczenii.

Wczoraj Mazur na antenie Hromadskiego wyjaśniał, że Rosji zależało na tym, żeby wywołać zamieszki, doprowadzić do ataku na polską ambasadę przed albo w dniu Święta Niepodległości […]  gdy on był areszcie. Ostatecznie udało się temu zapobiec.

Początkowo „prokuratura okręgowa w Lublinie zwróciła się do strony rosyjskiej o uzupełnienie wniosku ekstradycyjnego”, a Ukrainiec znalazł się pod opieką miejscowego ukraińskiego konsulatu. Ostatecznie sprawę udało się wyjaśnić, a Mazur powrócił w pełni legalnie na Ukrainę w nocy z 13 na 14 listopada. Jak podkreśla nasz korespondent, w sprawę tą zaangażowana była wicemarszałek Małgorzata Gosiewska, która działała na rzecz uspokojenia atmosfery wśród Ukraińców, którzy protestowali 10 listopada pod polską ambasadą.

Bobołowicz informuje także, że mimo trwającego zawieszenia broni na wschodzie Ukrainy i wycofywania wojsk po obu stronach frontu, „15 razy ukraińscy separatyści naruszyli ogień”. Przeciwko samemu zawieszeniu broni planują protestować grupy tworzące „ruch oporu przeciw kapitulacji”. Duża akcja protestacyjna zapowiedziana jest na 21 listopada, w rocznicę rozpoczęcia „rewolucji godności”.

Tymczasem Władymir Putin „pośrednio potwierdził gotowość do spotkania w formacie normandzkim, ale jednocześnie wykluczył możliwość osobistego spotkania z prezydentem Zełenskim”. O możliwości spotkania tête-à-tête prezydentów Ukrainy i Rosji mówił wcześniej były przywódca Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew. Rosyjski prezydent „nie odpowiada mu format wycofywania sił z Donbasu”, gdyż zakłada wkroczenie na te tereny ukraińskich sił policyjnych i gwardii narodowej. To ostatnie jak podkreśla korespondent, jest konieczne, żeby mogły się normalnie odbyć wybory samorządowe, zgodnie z umową.

Bobołowicz wspomina również o aresztowaniu męża deputowanej partii Sługa Ludu, która głosowała wbrew swojej formacji przeciwko zniesieniu moratorium na handel ziemią ukraińską.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.