Od kiedy powiększyłem grono imigrantów w Irlandii, bardzo żywiołowo reaguję na wszelkie wypowiedzi dotyczące naszego życia –
i bycia – na obczyźnie. Czuję więź ze wszystkimi emigrantami – Polakami.
Ta więź dotyczy wszystkich Polaków, „bez względu na to, gdzie żyją i jak wykuwają swoje marzenia na jawie”.
Moje częste poirytowanie budzi nieomylność w ferowaniu wyroków tych osób, które wiedzą „na pewno”. Niestety owa „wiedza” nie zawsze poparta jest wnikliwymi badaniami czy obserwacjami imigracji w jej naturalnym środowisku, czyli na Szmaragdowej Wyspie.
„Nie widzieć, a wiedzieć” – oto sztuka!
Do tego grona zaliczam profesor Krystynę Iglicką, specjalistkę od imigracji zarobkowej z Centrum Stosunków Międzynarodowych, i Bohdana Wasilewskiego, profesora psychiatrii, dyrektora Instytutu Psychosomatycznego. W polonijnych mediach na Wyspie wiele lat temu wielkim echem odbił się wywiad Agnieszki Chrzanowskiej z profesorem Wasilewskim, który ukazał się na łamach pisma „Style i Charaktery”.
Profesor Wasilewski we wspomnianym wywiadzie przeprowadza „duchową sekcję zwłok” polskiego emigranta. W opinii profesora stan polskich emigrantów nie jest najlepszy. Czytając całość wywiadu, odnosi się wrażenie, że emigracja generalnie jest czymś złym, ponieważ „wszystko odwraca się przeciwko emigrantowi” (bez względu na to, czy wróci do kraju, czy pozostanie za granicą). To oczywiście moja krótka ocena tegoż wywiadu. Oto smakowity cytat:
„Wolą tam wegetować na marginesie życia niż zmierzyć się z pytaniami najbliższych – dlaczego się nie udało, dlaczego nic nie osiągnąłeś, dlaczego nie wykorzystałeś swojej szansy? Z daleka można podtrzymywać tę fikcję, że nie jest tak źle, ale po powrocie wszystko runie, dlatego odkłada się powrót o jeszcze jeden dzień i jeszcze jeden”.
Natychmiast, w mgnieniu oka, na usta ciśnie się pytanie, jak należy rozumieć sformułowanie: „osoby, którym w jakimś stopniu się powiodło”? Zarobienie odpowiedniej kwoty pieniędzy, w sytuacji, gdy ktoś sobie to zakładał przed wyjazdem, bez wątpienia należy uznać za pełny sukces tej osoby wedle zasady Juliusza Cezara „veni, vidi, vici”.
Stwierdzenie „w jakimś stopniu” należy zmienić w twierdzące „w istocie”, „rzeczywiście” odniosły sukces.
Ciężko zgodzić się także ze sformułowaniem profesora Wasilewskiego, że powrót z emigracji odkładają ci, którzy „ponieśli porażkę – wstydzą się przed samym sobą, przed otoczeniem, boją się konfrontacji z rzeczywistością. Wolą tam wegetować na marginesie życia niż zmierzyć się z pytaniami najbliższych”.
Życie na emigracji to typowa szkoła przetrwania. Emigranci są zdani sami na siebie. Z dala od bliskich, od grona przyjaciół, korzeni, tradycji i obyczajowości rodzimej. Przy dużym szczęściu pociechą staje się paczka zgranych przyjaciół. Gdy coś nie wychodzi, większość wraca do kraju albo stara się znaleźć pracę w innym miejscu.
Swoją wiedzę czerpię z rozmów z naszymi rodakami z Irlandii, z licznych kontaktów mailowych z czytelnikami portalu wyspa.ie, miesięcznika „Wyspa”, tygodnika „Kurier Polski” (których byłem wydawcą i redaktorem naczelnym), gośćmi i rozmówcami radiowego programu Polska Tygodniówka NEAR FM, wreszcie obserwacji własnych.
Paweł Kondoł wraz z córką Sophie. Był to pierwszy rozmówca Roberta Kawki. Polak, który odniósł i odnosi sukcesy zawodowe w Irlandii. Zdjęcie z albumu rodzinnego.
Tym bardziej cieszą mnie postawy naukowców, badaczy, dziennikarzy i reporterów, ba! – nawet polityków, którzy swoje zdanie na temat Polaków w Irlandii opierają na własnych doświadczeniach, zebranych na Wyspie. Tak stało się z Robertem Kawką, dziennikarzem radiowym znanym z polskich anten już od ponad 20 lat. Wiosną 2017 roku z mikrofonem i magnetofonem po prostu przyjechał do szmaragdowej Irlandii, którą w towarzystwie wiceszefowej Polskiej Macierzy Szkolnej Agnieszki Grocholi objechał wzdłuż i wszerz.
Paweł Kondoł podczas wywiadu z Robertem Kawką w swoim domu w Tuam.
Robert Kawka spotykał się z polskimi rodzinami, które zdecydowały się wprowadzać maksymę „Sky is the limits!” w prastarej Hibernii, bo tak za czasów św. Patryka nazywano ten uroczy zakątek. Nasz radiowiec na Wyspie zarejestrował ponad sześć godzin materiału, z którego powstał reportaż „Jamajka Europy”.
W mojej opinii, dziennikarza z ponad 25-letnim doświadczeniem i 12-letnim stażem w Irlandii w charakterze Polaka-imigranta, to znakomity reportaż, który szczerze i naturalnie, z wszystkimi niuansami, pokazuje naszych rodaków w trakcie stawania się świadomymi imigrantami. Dla mnie ważne jest to, że temat Polski jako toposu miejsca, ale i jako stanu umysłu pojawia się w rozmowach, które przeprowadził Robert Kawka.
Dorota Połatyńska i Adam Strupiechowski, mieszkający w Cork. Oboje zrealizowali w Irlandii swoje marzenia: Adam zrobił kurs spadochronowy i skacze, Dorota uczy polskie dzieci.
Irlandzka radiowa premiera reportażu „Jamajka Europy” Roberta Kawki miała miejsce 21 czerwca w dublińskiej rozgłośnie NEAR FM 90,3, w programie „Polska Tygodniówka”. Dwa dni później (23 czerwca) reportaż został dwukrotnie wyemitowany w radiu WNET Krzysztofa Skowrońskiego.
Katarzyna Koch i Stella Praska. Mama z córką. Stella sama nauczyła się języka polskiego. Jak mówi mama – jest wielką polską patriotką. Zdjęcie z albumu rodzinnego.
Rozmowy z polskimi Irlandczykami
– Swój reportaż nazwał pan „Jamajka Europy”. Dlaczego?
Robert Kawka: Irlandia jest „Jamajką Europy” ze swoim luzem i uśmiechem, krajem zrealizowanych marzeń, szczęśliwych rodzin, tęskniących za dziadkami i Polską dzieci, krajem, gdzie życie toczy się spokojnie i nawet pralka pierze wolniej â to w olbrzymim skrócie wynika z rozmów przeprowadzonych przeze mnie z polskimi emigrantami mieszkającymi na Zielonej Wyspie.
Patrycja Lentowszczyk-Cichocka wraz z rodziną. Patrycja jest, bądź już była, zaangażowana w tworzenie i w nauczanie w polonijnej szkole w Clonmel. Zdjęcie z albumu rodzinnego.
– Jak to się stało, że trafił pan z reporterskim sprzętem na Szmaragdową Wyspę?
– Do Irlandii zaprosiła mnie Agnieszka Grochola, która ogarnia w tym kraju polską edukację. Wysłała mi w styczniu link z informacją, że Senat organizuje konkurs dla dziennikarzy, którzy opowiedzą o życiu polskiej rodziny za granicą. Postanowiłem wrócić do zarzuconej kilka lat temu pracy reportera i pod koniec marca wylądowałem w Shannon. Agnieszka zapewniła mi gościnę w swoim domu w Tuam, wyżywienie, rozmówców i transport.
– Ciężko było namówić do zwierzeń polskie rodziny. Z reporterskiego doświadczenia wiem, że różnie z tym bywa.
– Do rozmów ze mną zgłosiło się dziesięć polskich rodzin. W kilku przypadkach rozmawiałem z całą rodziną, a parę razy zdarzyło się, że miałem okazję porozmawiać jedynie z jednym z domowników, ponieważ pozostali w tym czasie byli w pracy. Przez dziesięć dni jeździliśmy po Irlandii. Odwiedziłem Galway, Cork, Clonmel, Dublin, Carlow. No i oczywiście Tuam.
Agnieszka i Szymon Jakóbczykowie, polonijni działacze społeczni, mieszkańcy Galway. Zdjęcie: Agnieszka Grochola.
– Jak przebiegały nagrania i ile trwały?
– Nagrania zazwyczaj trwały około 20 minut, jednak w kilku przypadkach 40, a nawet 50 minut! Ja wymachiwałem mikrofonem, a Agnieszka Grochola robiła zdjęcia. Po nagraniu rozmowy trwały dalej, podejmowani byliśmy kawą, polskim żurkiem, świeżo upieczonymi pączkami, a nawet piwem. Rozmówcy odpowiadali szczerze, z entuzjazmem, który powoli zaczął i mnie się udzielać. Wysyłali mi potem swoje zdjęcia z rodzinnych albumów. Podkładałem je później w odpowiednim programie pod obrobiony radiowy wywiad, robiąc Slideshow, który jest swoistą rodzinną kroniką każdej z tych rodzin na emigracji. Bo każda rodzina ma teraz swój profil zdjęciowo-dźwiękowy.
Joanna Zalech, Tomasz Ciężki i ich córka Zosia. Asia jest jedną z dyrektorek polskiej szkoły w Galway i produkuje pamiątki z Irlandii. Tomek kręci filmy. Zdjęcie z albumu rodzinnego.
– Wkrótce te profile wraz z reportażami z Irlandii („Jamajka Europy” – reportaże: o tym, jak Polacy w Irlandii spędzają Święta Wielkanocne; o edukacji polonijnej; o niesamowitej rodzinie, która przeniosła się do Irlandii z miłości do tego kraju oraz jego kultury i muzyki) – zostaną opublikowane na powstającej właśnie mojej stronie internetowej – kawka.media.pl
– Jak reportaż został przyjęty przez badaczy i nauczycieli akademickich?
– Jedną z osób, do których trafił reportaż, była profesor z Uniwersytetu Łódzkiego Renata Szczepanik, która obejrzała i wysłuchała „Jamajkę Europy” w wersji Slideshow. Oto co napisała mi w mailu, po obejrzeniu i wysłuchaniu:
„Film to piękna afirmacja emigrantów (…) zrobiłeś z nich pozytywnych bohaterów, bez nadęcia i niepotrzebnych ckliwości. Ładny sentymentalizm wobec Polski – ale taki racjonalny (…) Widać bowiem, że lubią to miejsce, jest dla nich ważne, że nie jest tylko miejscem „dla chleba”. Pięknie ukazany szacunek i pozytywny respekt wobec Irlandii jako kraju, jej geografii i kultury. (…) Ogólnie – film jest bardzo dobry, spójny, przemyślany, stanowi logiczną całość – jest to taka rekonstrukcja procesu stawania sie Polakiem w Irlandii, nie emigrantem – oni nie mają piętna emigranta (i to jest fajne), wręcz przeciwnie – afirmują swój wybór życiowy i Polaków w Irlandii, mówią o wewnętrznej odwadze i sile. Piękne to jest”.
Bogna Truszczyńska -Griffin wraz z mężem Jimmym Griffinem w piekarni i kawiarni na głównej ulicy w Galway. Miejsce to to dziedzictwo rodu Griffinów – słynnych piekarzy z Galway.
Pięknie pokazane jest to, że zmieniają się, jak się rodzi dziecko – ta potrzeba „korzeni” się odzywa, ale bez nadęcia, bez nacjonalizmów – naprawdę cudownie i mądrze o tym mówią. (…) Podsumowując – pięknie zrekonstruowana historia Polaków w Irlandii, od pierwszych dni, radzenia sobie z lękiem i niepewnością, pokonywania barier, w tym komunikacyjnej (świetny fragment filmu), po rozwój, życie rodzinne i stosunek do Polski, a potem te myśli o ewentualnym powrocie. I każdy z bohaterów ma swoją wyraźną osobowość. Super”.
Tam moja Ojczyzna, gdzie leży mój kapelusz
Oczywiście lepiej jest mieszkać w swoim rodzinnym kraju i mieć wolną głowę od trosk. Cudownie byłoby, aby każdy Polak czuł się w Polsce jak u siebie, był otoczony przyjaznymi urzędami i wcielającymi w życie nowe, lepsze prawo (dla wszystkich) parlamentarzystami. To oczywiście marzenia.
Bartosz Kotulski – kierowca i fotograf. Mieszkaniec Galway.
Nie zapominajmy także, że migracje towarzyszą ludzkości od początku jej istnienia. Każdy człowiek stara się żyć tam, gdzie jest mu po prostu lepiej. Od niego też zależy, co ze swoim imigranckim życiem zrobi. Wolność duszy, serca i migracji! Prawdziwy wysyp emigrantów nastąpił po rozszerzeniu Unii Europejskiej 1 maja 2004 roku, kiedy to Irlandia, obok Szwecji i Wielkiej Brytanii, otworzyła swój rynek pracy. Irlandię zalała fala imigrantów, przede wszystkim Polaków.
Rodzina Madejków (nie w komplecie) – Aneta, Mirek i mała Hania. Mieszkają w Tuam. Zdjęcie – Agnieszka Grochola
Jaka jest Polonia, każdy widzi, ma ona swoje plusy i minusy. Zdawać by się mogło, że to tylko kwestia czasu, kiedy Irlandczycy przestaną lubić nas, Polaków na Wyspie. Jest, dzięki Bogu, inaczej, czego dowodem i przykładem jest reportaż Roberta Kawki „Jamajka Europy”, a także fakt, że oficjalnie Polaków w Irlandii, trzynaście lat po akcesji, jest ponad 160 tysięcy, choć wiemy, że to dane nieco zaniżone.
Tomasz Wybranowski
Fot. Agnieszka Grochola.
Rodzina Madejków z Tuam. Dzieci i własny dom w Irlandii – to spełnienie ich marzeń. Zdjęcie z albumu rodzinnego.
James Joyce to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci współczesnej literatury. „To najbardziej dziwna osoba, którą dano było mi spotkać” – napisał w liście do przyjaciela Tomasz Mann.
Ponad 135 lat temu, 2 lutego 1882 roku, w Rathgar na przedmieściach Dublina przyszedł na świat najwybitniejszy powieściopisarz XX wieku, James Augustine Joyce. Rocznica urodzin autora „Dublińczyków” i „Ulissesa” jest okazją do przedstawienia sylwetki tego niezwykłego i ekscentrycznego herosa pióra. Życie i twórczość J. A. Joyce’a związane jest z Dublinem w jedną nierozerwalną całość, nawet wtedy, gdy tworzył poza ojczyzną.
James Joyce to piewca Dublina i jego mieszkańców, wielki miłośnik tego miasta, ale i jego najzagorzalszy krytyk zarazem. Aby poznać klimat utworów Joyce’a, nie wystarczy ich tylko przeczytać. „Dublińczycy” , „Portret artysty z czasów młodości”, a przede wszystkim nieśmiertelny „Ulisses” to labirynty symboli i odnośników historyczno-obyczajowych i liczne nawiązania i interpretacje życia dublińczyków przełomu wieku XIX i XX.
Złożony chorobą James Joyce zmarł 13 stycznia 1941 roku w Zurychu. Szczęśliwie doczekał wydania swojej ostatniej powieści „Finnegans Wake” (pierwsze wydanie książki ukazało się w maju 1939 roku, nakładem londyńskiego wydawnictwa Faber & Faber).
Śledząc biografię J. Joyce’a, nasuwa się refleksja, że był to człowiek pełen sprzeczności, osoba, którą targały dwa dajmoniony – duchy sprawcze dobra i zła, smutku i radości, osamotnienia wewnętrznego i wielkiej witalności, głodu życia. Krytycy i badacze literaccy byli albo gorącymi wielbicielami Joyce’a, albo zaciekłymi przeciwnikami jego twórczości i stylu życia. Mann, Eliot, Seldes chwalili go za odwagę, bezkompromisowość, nową prawdę psychologiczną i artystyczną, wreszcie za śmiałe łamanie utartych konwencji narracyjnych. Przeciwnicy poetyki autora „Ulissesa” ganili go za „ośmieszanie tematów ważnych i grubiańskie szkalowanie wybitnych person” , chaotyczność narracyjną i… pornografię.
Nowa jakość literacka
Musimy jednak mieć świadomość, że ze spuścizny literackiej tego krnąbrnego syna Dublina czerpali jak ze świeżego źródła m.in. Wiliam Faulkner, Thomas Eliot, Virginia Woolf, Samuel Beckett (inny wybitny Irlandczyk), Dylan Thomas czy sam Trumam Capote – autor „Śniadania u Tiffany’ego”.
Siłą nowatorstwa Joyce’a w dziedzinie prozy było śmiałe eksperymentowanie z substancją czasu, totalna afirmacja w ciągu narracyjnym niczym nie skrępowanego monologu wewnętrznego (słynny „strumień świadomości” – „stream of consciousness” – monolog Molly Bloom z „Ulissesa”), wreszcie kreowanie symultanicznej konstrukcji powieści („Portret artysty z czasów młodości” , „Ulisses”).
Pomówmy jednak o wizerunku Dublina w utworach Jamesa Joyce’a. Dzisiaj, sto lat później od momentu, gdy nasz bohater w ekstrawaganckim stroju przemierzał ulice tego miasta, na każdym niemal kroku natykamy się na pamiątki związane z życiem autora „Dublińczyków”. Rozważania o poszczególnych utworach Joyce’a będą stanowić dla nas kanwę do opowieści o jego burzliwym życiu.
Czas „Ulissesa”
Pod wielkim urokiem „Ulissesa” byli dwaj wielcy nobliści – Ernest Hemingway i Winston Churchill. To dzieło właśnie przyniosło Joyce’owi nieśmiertelną sławę.
Na ponad 800 stronach Joyce zawarł urzekającą, choć trudną w odbiorze epopeję – mit o swoim mieście Dublinie, swojej ojczyźnie – Irlandii; wreszcie – całych dziejach świata (zakończenie opisywania wielkiego mega-mitu świata zawarł autor w swojej ostatniej powieści „Finnegans Wake”). To wszystko, Joyce – dublińczyk z precyzyjną dokładnością oparł na podstawie wspaniałego (tak w treści, jak i warstwie konstrukcyjnej) eposu Homera z ok. 750 r. p. n. e. – „Odyseja”.
Oto Dublin, jaki na zawsze zapamiętał autor „Ulissesa”. Fotografię, która przedstawia most D. O’Connella i obecną O’ Connell Street wykonano w 1903 roku.
Dublin uosabia w powieści (jako nieco sparodiowana metafora) świat starożytny z czasów Homera. Znamienne jest jednak, że Joyce stolicę Irlandii opisał z reporterskim pietyzmem i dbałością o szczegół. Dlaczego? Odpowiedź znajdujemy w jednym z listów autora do wielkiego przyjaciela, Franka Budgena:
(…) „Chciałem dać tak wszechstronny obraz Dublina, by można było to miasto, gdyby pewnego dnia nagle zniknęło z powierzchni ziemi, odbudować na podstawie mojej książki”. (…)
Bloomsday. Czyli historia całkiem miłosna…
Akcja „Ulissesa” rozgrywa się w czasie jednego, prawie już letniego dnia – 16 czerwca 1904 roku . Tego dnia James Joyce poznał swoją późniejszą żonę Norę. Na pamiątkę tego zdarzenia i upamiętnienia czasu powieściowego „Ulissesa” rokrocznie w Dublinie odbywa się popularny „Bloomsday”.
W powieści Joyce’a nocna wędrówka Leopolda Blooma jest tłem dla opisów Dublina.
Oto czytelnik poznaje cudowną i monumentalną Martello Tower (to tutaj na wstępie powieści Buck Mulligan czyni poranną toaletę, a Stefan Dedalus zbiera się do wyjścia po wypłatę do szkoły, w której uczy). Tych, którzy odwiedzą Dublin, namawiam do przejażdżki kolejką DART do stacji Sandycove, aby przekonać się o pięknie Martello Tower i morskiej zatoki, w którą architektonicznie została ona wkomponowana.
Tropiąc bohaterów „Ulissesa”, trafiamy do domu przy Eccles Street 7 (obecnie budynek administracyjny Mater Hospital, patrz rysunek Katarzyny Sudak pod tekstem), gdzie mieszkał Leopold Bloom, nazywany przez przyjaciół Poldy (obok Stefana Dedalusa główny bohater powieści). Dostojny Bloom otwiera listy w gmachu Poczty Głównej (GPO – General Post Office) przy O’Connell Street, na cmentarzu Glasnevin żegna przyjaciela Paddy Digmama, spaceruje wieczorną porą drogą ku Sandymount, kierując się ku zatoce, by medytować przy kościele „Star–Of–The–Sea”, zaś nocną porą spaceruje po Westland Row, jednym z bajecznych mostków nad Liffey. Pije wreszcie Guinnessa i whiskey w pubach przy Lincoln Street i Poolberg Street, gdzie do dziś mieści się jeden z najsłynniejszych dublińskich pubów „Mulligan’s”, który podejmuje bywalców w anturażu przedmiotów i landszaftów z epoki. Jak napisał w jednym z esejów dla „Tygodnika Powszechnego” Paweł Huelle, amatorzy i smakosze prozy Joyce’a mogą być szczęśliwi, ponieważ w ciągu ostatnich stu lat Dublin praktycznie się nie zmienił topograficznie.
Znanym entuzjastą twórczości J. Joyce’a jest były senator David Norris, który często rozpoczyna oficjalnie obchody święta przemową do zebranej publiczności.
16 czerwca AD 1904
Tego dnia właśnie James Joyce poznał swoją przyszłą żonę i – jak mawiał o niej – „przewodniczkę duchową” Norę Barnacle, rodem z miasta klifów – Galway. Nora była prostą, uroczą młodą kobietą. Egon Naganowski w niezwykłej książce „Telemach w labiryncie świata: o twórczości Jamesa Joyce’a” tak oto przedstawił Norę: „Cechował ją trzeźwy realizm, bez romantyczno-literackich inklinacji. Przez cały okres małżeństwa z pisarzem Nora traktowała jego profesję jako „niegroźne i nieprzydatne do niczego szaleństwo”. Kiedy otrzymała od męża pierwszy, pachnący jeszcze farbą egzemplarz „Ulissesa”, natychmiast chciała go… sprzedać. Zmartwieniem napawał ją jedynie fakt, iż „za te kilkaset kartek niewiele dostanie pieniędzy”.
Czytając „Ulissesa”, musimy pamiętać, że powieściowa Molly Bloom to literacki odpowiednik Nory. Ta jednak, w przeciwieństwie do literackiego alter-ego, przez całe życie była wierna pisarzowi. Trwała przy nim w biedzie i głodzie, towarzyszyła mu podczas choroby i licznych napadów nerwobóli spowodowanych chorobą oczu, nerek i płuc, aż do ostatnich dni pisarza. Joyce zmarł o świcie 13 stycznia 1941 roku. W śmiertelnej malignie ocknął się tuż przed ostatnim tchnieniem, pytając Nory: „Czy nikt nie rozumie?”.
Mimo różnic pochodzenia i wykształcenia James i Nora byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Pytany przez wydawców i przyjaciół, co jest takiego niezwykłego w Norze, odpowiadał: „Jej naturalność, niewinność i nieskażenie chorobą nowego wieku”.
Letnia pielgrzymka czytelników z całego świata
Obchody Bloomsday to wielkie święto literatury i Dublina. Tylko nieliczni mają możliwość być świadkiem rozpoczęcia obchodów „Bloomsday”. Głównym punktem tego dnia jest śniadanie obficie zakrapiane guinnesem w James Joyce Center, na które przybywa tradycyjnie kilkadziesiąt osób ubranych w stroje z epoki. Wśród gości można dostrzec postaci wykrojone z kart „Ulissesa”: Leopolda i Molly Bloom czy Stefana Dedalusa. Wypada zazdrościć Irlandczykom ich polityków, dla których tradycja i dziedzictwo kulturowe to nie tylko czcze słowa.
Znanym entuzjastą twórczości J. Joyce’a jest były senator David Norris, który często rozpoczyna oficjalnie obchody święta przemową do zebranej publiczności. Trudno dziwić się temu, pamiętając, że D. Norris przyczynił się do powstania muzeum James Joyce Centre. Uroczyste śniadania podczas Bloomsday nie odbywają się tylko w jednym miejscu. Uczty dla ciała i ducha odbywają się także w Sandycove, gdzie w Wieży Martello rozpoczyna się akcja powieści; tam też na kąpielisku Forty Foot odważni wskakują do morza, tak jak czyni to na pierwszych kartach powieści Buck Mulligan. Potem setki osób, z których wiele przybyło spoza granic stolicy, a nawet Irlandii, rusza w przestrzeń Dublina śladami bohaterów „Ulissesa”.
Muzeum im. Jamesa Joyce’a w wieży Montello (nadmorskie Sandycove). To właśnie stąd wyrusza Stefan Dedalus w poszukiwaniu samego siebie na mapie życia i swojego duchowego ojca – Blooma.
Obchody Bloomsday nie ograniczają się jedynie do 16 czerwca. Przez kilka kolejnych dni odbywają się w wielu miejscach stolicy imprezy towarzyszące: przegląd filmów, spotkania i wycieczki, wystawy, spektakle teatralne, odczyty, koncerty oraz kiermasze książkowe.
Sam Joyce, nieporuszony i dostojny, trwa na cokole pomnika u zbiegu ulic O’Connell i Earl Street North. Artystka Marjorie Fitzgibbon znakomicie oddała naturę ducha pisarza. James Joyce odziany jest w zwiewny, długi paszcz i w kapelusz. Reszty dopełnia elegancka laseczka i nieodzowne – w przypadku autora „Dublińczyków” – okulary, znad szkieł których nie patrzy wprost w oczy dublińczyków czy rzeszy turystów.
Fanom literackiego tropienia Joyce’a i jego powieściowych bohaterów polecamy dwie pozycje: „Ulisses Guide” pióra Roberta Nicholsona i „A Guide to the Dublin of Ulisses” Franka Delaneya. Dzieło Delaneya to „magiczny podręcznik”, dzięki któremu można odtworzyć i przebyć całą drogę Leopolda Blooma i Dedalusa. W trakcie godzenia przeszłości z pośpiesznym dziś, powieściowe wczoraj na powrót staje się kolejnym mitem.
Tomasz Wybranowski
fot. Tomasz Szustek
„Ulisses” składa się z 18 epizodów (tyle samo ksiąg liczy „Odyseja” Homera). Powieść kryje na swoich stronach dzień z życia akwizytora drobnych ogłoszeń, węgierskiego Żyda – Leopolda Blooma. Aby zrozumieć przesłanie i ideę powieści, trzeba przeczytać lub znać przynajmniej w zarysie epopeję Homera. Każdy rozdział „Ulissesa” z jego bohaterami odpowiada kolejnym pieśniom homeryckiego eposu. Bloom to mityczny Ulisses – Odyseusz; jego niewierna i piękna żona Molly to Penelopa, zaś Stefan Dedalus to syn Odysa – Telemach. Warto dodać, że powieść czekała długie lata na wydanie. Joyce, posądzany o „pornografię i jawne bluźnierstwa”, długo szukał wydawcy. Pierwsze wydanie „Ulissesa” ukazało się w roku 1922 w Paryżu, nakładem Amerykanki – Simone Beach. Rys. Katarzyna Sudak, „Eccles Street”.
Gościem Antoniego Opalińskiego był Tomasz Wybranowski – dziennikarz, publicysta i poeta mieszkający w Irlandii. Komentował dla „Popołudnia Wnet” zmiany na najwyższym stanowisku w rządzie Irlandii.
Tomasz Wybranowski powiedział, że niebawem na stanowisku premiera Irlandii nastąpi zmiana; Leo Varadkar zastąpi Endę Kenny’ego.
Leo Varadkar, z wykształcenia lekarz, jest synem hinduskiego imigranta i irlandzkiej pielęgniarki. Na początku swojej kariery politycznej był związany z lewicową, działał w młodzieżówkach politycznych, a od 2001 roku zaangażował się w politykę „dojrzale”.
Po wyborach wygranych w 2001 roku przez partię Fine Gael został ministrem transportu, następnie był ministrem turystyki i sportu oraz, z racji swojego wykształcenia, od roku 2014 – ministrem zdrowia. Od ubiegłego roku pełni funkcję ministra opieki socjalnej.
Tomasz Wybranowski powiedział, że Leo Varadkar jako minister zdrowia zrewolucjonizował w pozytywny sposób podejście do pacjentów, przegrał jednak batalię o to, by uzdrowić system z bardzo długich kolejek do specjalistów.
Irlandzki polityk jest zdeklarowanym homoseksualistą. Jego „coming out” nastąpił w roku 2015, podczas wywiadu dla publicznej stacji radiowej i debaty dotyczącej małżeństw jednopłciowych.
– Co ciekawe, Leo Varadkar podczas pełnienia funkcji ministra zdrowia zmienił prawo dotyczące oddawania krwi przez mężczyzn homoseksualnych – co świadczy o tym, że mimo swojej orientacji podchodzi do sprawy w sposób konserwatywny.
Większość ludzi, którzy są związani z partią Fine Gael, mówi o nowym szefie rządu, że z jednej strony jest on człowiekiem „europejskim”, otwartym, a z drugiej strony – legalistą i irlandzkim państwowcem.
Tomasz Wybranowski powiedział, jak jego zdaniem będzie kształtowała się polityka nowego premiera:
– Nie będzie dużych zmian w stosunku do polityki prowadzonej do tej pory przez Endę Kenny’ego. Polityka będzie polegała na „trzymaniu strony Irlandii” – dotyczy to m.in. podatku korporacyjnego (Berlin i Paryż chcą narzucić Irlandii wyższą kwotę podatku, czemu Irlandia się stanowczo sprzeciwia).
Korespondent Radia Wnet powiedział również, że Irlandia może bardzo dużo zyskać na Brexicie:
– Po Brexicie Irlandia będzie jedynym anglojęzycznym krajem w Unii Europejskiej. Już w tym momencie następuje przepływ wielu firm usługowych, consultingowych oraz finansowych z Londynu do Dublina. W ciągu najbliższego kwartału ma zostać przetransferowanych około 1750 pracowników sektora finansów.
Liderka północnoirlandzkiej partii Sinn Féin, Michelle O’Neill, wezwała do zorganizowania plebiscytu – z Dublina w Południowej Audycji Wnet mówił autor Irlandzkiej Tygodniówki.
W Irlandii mówi się, że zachowanie rządu brytyjskiego w sprawie Brexitu jest co najmniej niejasne. Premier Irlandii Enda Kenny był zaskoczony brakiem propozycji negocjacyjnych ze strony Wielkiej Brytanii podczas rozmów w sprawie Brexitu. Większość Irlandczyków z północy podczas głosowania opowiedziała się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE – relacjonował Tomasz Wybranowski.
[related id=”7877″]
Nasz rozmówca mówił również o niedawnych wyborach parlamentarnych w Irlandii Północnej – miały one miejsce w pierwszy czwartek marca, w głosowaniu wzięło udział prawie 66 proc. uprawnionych, co stanowi odsetek bardzo duży – o 10 proc. więcej niż w poprzednich, które miały miejsce zaledwie 9 miesięcy temu.
– Zwyciężyła Demokratyczna Partia Unionistyczna z niewielką przewagą nad republikańskim Sinn Féin. Oba ugrupowania miały trzy tygodnie na stworzenie koalicji rządowej, jednak nie udało się tego osiągnąć, co w Irlandii nie jest niczym nadzwyczajnym – opowiadał Tomasz Wybranowski.
Dwaj Polacy zostali zaatakowani na parkingu przez uzbrojonych napastników. Jeden zmarł na miejscu w wyniku odniesionych obrażeń. Policja wyklucza motyw zabójstwa z nienawiści na tle narodowościowym.
Irlandzka policja poinformowała w środę o prowadzonym śledztwie w sprawie śmierci 40-letniego kierowcy ciężarówki, który we wtorek wieczorem został znaleziony martwy na parkingu w Fermoy koło miasta Cork. Według informacji PAP, mężczyzna był Polakiem.
Jak podały media, dwaj mężczyźni w wieku około 40 lat zostali zaatakowani przez dwie osoby ok. godz. 22.30 czasu lokalnego (godz. 23.30 czasu polskiego) na stacji postojowej przy Dublin Road w miejscowości Fermoy. Według lokalnych mediów, do ataku sprawcy użyli metalowych prętów, które zostały zabezpieczone przez policję jako materiał dowodowy.
Jeden z zaatakowanych – Polak, który od lat mieszkał w okolicy – zmarł na miejscu w wyniku odniesionych obrażeń; drugi mężczyzna trafił do szpitala uniwersyteckiego w Cork, a jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Obaj napastnicy zostali aresztowani na miejscu zdarzenia i są przesłuchiwani przez policję.
Według źródeł PAP irlandzka policja w toku śledztwa nie bierze pod uwagę motywu nienawiści na tle narodowościowym; zaatakowani mężczyźni i napastnicy pochodzili z Europy Wschodniej.
Ambasada RP w Dublinie poinformowała PAP, że służby konsularne wiedzą o incydencie i podjęły niezbędne działania we współpracy z lokalnymi władzami.