Filipiny/Siły USA włączają się do walk z brutalnymi dżihadystami w Marawi, m.in. traktującymi cywilów jak żywe tarcze

Amerykańskie siły specjalne włączyły się poprzez techniczne wsparcie do walk na południu Filipin z dżihadystamii z ugrupowania Maute, powiązanego z islamistyczną organizacją zbrojną Abu Sajaf.

„Amerykanie nie walczą, a dostarczają techniczne wsparcie” – powiedział rzecznik filipińskiej armii płk Jo-Ar Herrera na konferencji prasowej w Marawi. Ambasada USA potwierdziła wsparcie dla oddziałów filipińskich, lecz nie podała szczegółów.

Media podały w piątek, że samolot rozpoznawczy P3 Orion krążył nad miastem Marawi.

[related id=”16961″]

Płk Herrera poinformował również, że w walkach z islamistami, którzy częściowo kontrolują miasto, zginęło w piątek 13 filipińskich żołnierzy. Od rozpoczęcia 23 maja walk o Marawi zginęło łącznie 58 żołnierzy, 138 dżihadystów i 20 cywilów.

Dodał, że w zajętej przez dżihadystów części miasta przebywa 500-1000 cywilów. Część z nich jest traktowana jak „żywe tarcze”. Inni, ukryci w domach, pozbawieni są bieżącej wody, prądu i jedzenia.

Rebelianci z Marawi należą do grupy Maute, która zdaniem rządu jest powiązana z islamistami z ugrupowania Abu Sajaf. Złożyło ono przysięgę wierności Państwu Islamskiemu, znane jest z brutalnych działań, szczególnie wobec cudzoziemców, m.in. z zamachów bombowych, wymuszeń i porwań dla okupu. Od lat 70. XX wieku chce przekształcić południe Filipin w kalifat.

PAP/JN

Wizyta prezydenta Trumpa wzmacnia rolę Polski jako rzecznika regionu i jej status najbliższego sojusznika USA w Europie

Wizyta Donalda Trumpa świadczy o tym, że Polska jest ważnym sojusznikiem USA i ważnym partnerem w ramach NATO – powiedzieli Witold Waszczykowski i szef gabinetu prezydenta RP, Krzysztof Szczerski.

– Rozumiemy, że znaczna część spotkań (amerykańskiego prezydenta w Polsce – PAP) będzie poświęcona sprawom bezpieczeństwa międzynarodowego, bezpieczeństwa naszego regionu – powiedział szef polskiej dyplomacji podczas spotkania z grupą korespondentów polskich mediów w rezydencji ambasadora RP w Waszyngtonie.

Minister Waszczykowski poinformował, że Polskę odwiedziła już grupa robocza Białego Domu przygotowująca tę wizytę. Pytany o program wizyty Donalda Trumpa w Polsce, szef MSZ odparł, że „na razie rozmawiamy o Warszawie”.

[related id=”23812″]

Szef gabinetu prezydenta RP Krzysztof Szczerski potwierdził podczas piątkowego spotkania z polskimi mediami, że możliwość złożenia wizyty w Polsce poruszył prezydent Andrzej Duda w rozmowie z Donaldem Trumpem podczas ostatniego szczytu NATO w Brukseli. Wtórując ministrowi Waszczykowskiemu, Szczerski wyraził zadowolenie, że wizyta prezydenta Trumpa w Polsce będzie „obejmowała zarówno spotkania dwustronne, jak i spotkania z przywódcami regionu w ramach inicjatywy Trójmorza”.

Zdaniem prezydenckiego ministra, taki program wizyty „wzmacnia rolę Polski jako rzecznika regionu, czego przejawem był ostatni sukces Polski w postaci wyboru do Rady Bezpieczeństwa ONZ”.

Wizytę prezydenta Trumpa w Polsce potwierdził w piątek wieczorem czasu polskiego Biały Dom.

„Wizyta prezydenta Trumpa w Polsce potwierdzi niezachwiane oddanie Ameryki jednemu z jej najbliższych sojuszników w Europie” – podał rzecznik Białego Domu w oświadczeniu.

Jak dodał, wizyta podkreśli sprawy najważniejsze dla administracji prezydenta Trumpa w kwestii „wzmocnienia kolektywnej obrony NATO”.

Rzecznik Białego Domu zapowiedział, że podczas wizyty w Polsce prezydent USA wygłosi „ważne przemówienie”, aby zademonstrować silne związki z Europą Środkową oraz będzie uczestniczył w spotkaniu na szczycie państw Trójmorza.

Znawcy regionu Europy Środkowo-Wschodniej zwrócili uwagę, że oświadczenie Białego Domu o wizycie prezydenta Trumpa w Polsce zostało wydane w kilka godzin po spotkaniu Trumpa z przebywającym w Waszyngtonie z roboczą wizytą prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem.

Po rozmowach z rumuńskim przywódcą, które dotyczyły m.in. możliwości zakupu przez Rumunię amerykańskiej broni, prezydent Trump po raz pierwszy jednoznacznie opowiedział się za artykułem 5. traktatu północnoatlantyckiego. Określa on kluczową zasadę wzajemnej obrony NATO: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

PAP/JN

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – Donald Trump będzie przestrzegać tej zasady zapisanej w 5. pkt. traktatu NATO

Donald Trump oświadczył w piątek po rozmowach z prezydentem Rumunii w Waszyngtonie, że USA w pełni będą przestrzegać artykułu 5. traktatu północnoatlantyckiego o wzajemnej obronie sojuszników.

Na wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem, Donald Trump powiedział, że „w pełni zobowiązuje USA do przestrzegania artykułu 5”.

[related id=”12943″]

Podejście prezydenta do NATO jest jednym z bardziej kontrowersyjnych tematów. Podczas kampanii prezydenckiej Trump deklarował, że Stany Zjednoczone nie będą dłużej tolerować faktu, że tylko cztery kraje spełniają wymóg wysokości wydatków przekazywanych na obronę. Tłumaczył, że USA nie stać na ponoszenie wszystkich kosztów NATO.

Od początku swojej prezydentury Trump wielokrotnie podkreślał, że oczekuje od członków Sojuszu zwiększenia wydatków na obronność do poziomu, do którego są zobowiązani, czyli co najmniej 2 proc. PKB, nawet jeśli ma to „rozbić NATO”, i zasugerował, że Stany Zjednoczone nie staną w obronie krajów, które nie spełniają tego wymogu.

Występując w piątek w Ogrodzie Różanym Białego Domu, prezydent po raz pierwszy wyraził oficjalnie poparcie dla artykułu 5. „Zdecydowanie jesteśmy tu po to, aby bronić (…) i dlatego chcę, abyśmy dysponowali bardzo dużymi siłami, do czego konieczne są wystarczające środki pieniężne” – podkreślił.

Wcześniejszy brak zapewnienia ze strony Trumpa o akceptacji artykułu 5. niepokoił amerykańskich i europejskich liderów, którzy obawiają się agresji ze strony Rosji.

PAP/JN

Lasota: Sprawa wiarygodności prezydenta przebiła kwestie jego kontaktów z Rosją. W USA nie ma przyzwolenia na kłamstwo

Gościem Poranka Wnet była Irena Lasota. Głównym tematem rozmowy było przesłuchanie byłego szefa FBI Jamesa Comeya w sprawie śledztwa dotyczącego m.in. kontaktów otoczenia Donalda Trumpa z Rosją.

Irena Lasota powiedziała, że przez trzy godziny przesłuchania przeciwnicy oraz zwolennicy Donalda Trumpa wyciągnęli podobne wnioski – sprawa wiarygodności prezydenta przebiła możliwą sprawę związków otoczenia prezydenta Donalda Trumpa z Rosją.

– W całej aferze ważniejsza jest kwestia, czy prezydent skłamał w sprawie Comeya, niż to, za co usunął go ze stanowiska i w jakich okolicznościach.

Były szef FBI zaczął przesłuchanie od tego, że chce się pożegnać ze swoimi kolegami z FBI, ponieważ został zwolniony w trybie, który mu to uniemożliwił. James Comey powiedział również, że kłamstwem były słowa Donalda Trumpa, że powodem jego zwolnienia miała być utrata zaufania do FBI oraz to, że w służbach specjalnych Ameryki panuje chaos.

Irena Lasota zwróciła uwagę na fakt, że Donald Trump, mając dostęp do Twittera, często zmieniał zdanie w sprawie powodów zwolnienia Comeya, dlatego podczas wczorajszego przesłuchania rodzina i bliscy Donalda Trumpa mieli pilnować, by ten nie zamieszczał spontanicznych wpisów.

Komentatorka zauważyła, że przesłuchanie Comeya odnowiło zainteresowanie sprawą rosyjskich „wpływów w politykę Ameryki”, przypomniało również związki Fundacji Clintonów z Rosją.

– Przypomina się teraz w USA, że pierwszą oskarżoną o zbyt zażyłe kontakty z Rosją była rodzina Clintonów.

Ta sytuacja pokazuje, że parlament – w tym wypadku Senat – ma olbrzymią władzę i może kontrolować zachowania prezydenta, tak samo jak prezydent może kontrolować to, co dzieje się w kongresie. – To właśnie jest system amerykański.

Irena Lasota została zapytana, czy z afery z Comeyem może wyniknąć coś bardzo złego dla prezydenta, np. czy może on zostać usunięty z urzędu.

– Bardzo przedwczesne jest mówienie o impeachmencie, Senat może natomiast kontynuować przesłuchania na temat tego, czy prezydent kłamał. A jest to poważny zarzut, ponieważ w USA nie ma przyzwolenia na kłamstwo – powiedziała, dodając, że takie zachowania często spotykają się z karą. Jako przykład podała aferę z romansu Billa Clintona i Monicą Lewinsky.

– W sprawie Clintona nie chodziło o romans, tylko o to, że skłamał.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

JN

 

Przesłuchanie byłego szefa FBI. James Comey: Nie mam żadnych wątpliwości, że Rosja ingerowała w wybory

James Comey zeznaje przed Komisją Senatu ws. śledztwa dotyczącego ingerowania przez Rosję w kampanię przed wyborami prezydenckimi w USA oraz domniemanych powiązań między otoczeniem Trumpa a Kremlem.

James Comey powiedział, że nie ma żadnych wątpliwości, iż Rosja ingerowała w wybory prezydenckie w USA w 2016 roku.

Przesłuchanie Jamesa Comeya przez komisję jest częścią jej szerszego dochodzenia w sprawie ingerowania przez Rosję w wybory oraz ewentualnej współpracy sztabu wyborczego Donalda Trumpa i ludzi z jego otoczenia z przedstawicielami rosyjskich władz.

[related id=”23214″]

Zapytany, dlaczego został zwolniony akurat w tym określonym momencie, Comey podkreślił, że stało się tak ze względu na to, jak nadzorował śledztwo w sprawie Rosji, co – jego zdaniem – przyznał sam prezydent.

Po zwolnieniu Comeya Donald Trump powiedział w wywiadzie telewizyjnym, że gdy postanowił go usunąć ze stanowiska, miał na uwadze dochodzenie w sprawie ingerencji Rosji w ubiegłoroczne wybory w USA.

Comey sprecyzował, że podczas rozmów z prezydentem zrozumiał jego słowa jako nacisk, by zarzucił śledztwo w sprawie byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Michaela Flynna.

Wyjaśnił, że nie odrzucił natychmiast żądania prezydenta, ponieważ był „oszołomiony”.

Jak powiedział, miał wrażenie, że podczas kolacji w Białym Domu Trump chciał coś ode niego uzyskać w zamian za obietnicę, że zachowa stanowisko.

Podkreślił, że był zaniepokojony tym, iż prezydent poprosił go o „lojalność”, ponieważ FBI powinno być niezależne od Białego Domu.

Dodał, że twierdzenie Trumpa, jakoby to on zabiegał o spotkanie przy kolacji z prezydentem, nie odpowiada prawdzie.

Comey zeznał też, że obawiał się, iż Trump może kłamać w sprawie treści ich rozmów, i wiedział, że będzie musiał mieć własny zapis tego spotkania, więc sporządził notatkę służbową na ten temat zaraz po pożegnaniu się z prezydentem.

Były szef FBI przyznał, że poprosił następnie przyjaciela o przekazanie mediom tej notatki. Zdecydował się na to, gdy prezydent napisał na Twitterze, że Comey „powinien mieć nadzieję”, że nie ma nagrań z ich rozmów.

Comey powiedział komisji senackiej: „mam nadzieję, że te taśmy istnieją”. Dodał, że chciałby, aby Trump je upublicznił.

Jak relacjonował, powiedział prezydentowi, że nie był on przedmiotem dochodzenia w sprawie ingerencji Rosjan w wybory, ale nie chciał upublicznić tej informacji, ponieważ byłby wtedy zobligowany do ujawnienia ewentualnej decyzji o objęciu Trumpa śledztwem.

Agencja Associated Press, powołując się na anonimowe źródło podała, jeszcze w trakcie przesłuchania Comeya, że prezydent podważa twierdzenie byłego szefa FBI, iż żądał od niego lojalności oraz chciał, by odstąpił on od postępowania w sprawie Flynna.

Comey zastrzegł, że Trump nie nakazał mu przerwania śledztwa w sprawie ingerencji Rosjan w wybory.

Dodał, że uznał prośby prezydenta za „bardzo niepokojące”, jednak podkreślił, że nie leży w jego kompetencji ocena, czy Trump usiłował utrudnić działanie wymiaru sprawiedliwości podczas dochodzenia w sprawie Flynna oraz kontaktów jego otoczenia z Rosjanami.

Były szef FBI oświadczył, że administracja Trumpa postanowiła go zniesławić, jak i zniesławić całe FBI, posługując się „zwykłymi, prostymi kłamstwami” i utrzymując, że w jego agencji panuje chaos, że jest ona źle zarządzana, a jej pracownicy utracili zaufanie do swego dyrektora.

„FBI jest uczciwe. FBI jest silne i zawsze będzie niezależne” – dodał Comey.

AP podało, że prywatny adwokat prezydenta Marc Kasowitz ma zamiar wygłosić oświadczenie po przesłuchaniu Comeya przez komisję.

PAP/JN

Ukraina: Wybuch na terenie ambasady Stanów Zjednoczonych w Kijowie. Przypuszcza się, że był to atak terrorystyczny

W wyniku zamachu nikt nie ucierpiał. Według policji ładunek wrzucił na terytorium ambasady nieznany dotychczas sprawca. Amerykańska dyplomacja nie skomentowała do tej pory tego zdarzenia.

Ładunek wybuchowy eksplodował w nocy z środy na czwartek na terenie ambasady USA w Kijowie – poinformowała ukraińska policja, która zakwalifikowała zdarzenie jako akt terrorystyczny.

Sygnał o eksplozji dyżurny policji w Kijowie odebrał pięć minut po północy czasu lokalnego (godz. 23.05 w środę w Polsce). Na miejscu pracują policyjni śledczy i funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU).

Jest to już drugi w ostatnim czasie atak na zagraniczną placówkę dyplomatyczną na Ukrainie. Pod koniec marca nieustaleni dotąd sprawcy ostrzelali z granatnika siedzibę polskiego konsulatu w Łucku. Pocisk uderzył tuż nad częścią mieszkalną budynku. W tym czasie w placówce znajdowało się kilku jej pracowników, nikt nie ucierpiał.

W październiku 2015 roku przed konsulatem RP we Lwowie eksplodował granat podłożony w koszu na śmieci.

PAP/LK

Christopher Wray, który wybronił przyjaciela Trumpa Chrisa Christi w aferze Bridgegate, zostanie nowym szefem FBI

Nowy szef FBI Christopher Wray (50 l.) to były współpracownik niedawno zwolnionego w atmosferze skandalu Jamesa Comeya. Pod jego nadzorem pracował w biurze Prokuratora Generalnego w latach 2003-05.

„Nominuję Christophera A. Wraya, człowieka o doskonałych kwalifikacjach, na nowego dyrektora FBI. Szczegóły później” – napisał prezydent Trump na Twitterze.

W oświadczeniu  pięćdziesięcioletni Wray powiedział, że to dla niego „wielki zaszczyt” i nie może się „doczekać, aby służyć” i być  liderem tej „niezwykłej grupy mężczyzn i kobiet, którzy poświęcili swoje kariery ochronie  kraju”. Jak zauważają amerykańskie media, jeszcze nie wiadomo, kiedy Wray obejmie swoje stanowisko, bowiem jego nominację musi zatwierdzić Senat.

NYT:Wybór bezpieczny i tendencyjny

Jego wybór gazeta „The New York Times” określiła jako „bezpieczny i tendencyjny”. Donald Trump wcześniej mówił bowiem, że niewykluczone, że na dyrektora FBI wybierze polityka, a tradycyjnie funkcja ta jest apolityczna. Do niedawna najmocniejszym tego typu kandydatem wydawał się być były senator Joe Libermann. Ostatecznie padło jednak na prawnika i osobę spoza świata polityki, która już wcześniej pracowała w obszarze bezpieczeństwa narodowego USA.

Bill Mateja, który pracował z Wray’em w Departamencie Sprawiedliwości w roku 2000, powiedział dla „Washington Post”: „Jeśli ktoś myśli, że Trump wybrał sobie lokaja, to się bardzo myli, bo Chris Wray nie będzie lokajem Trumpa”.

Wray do tej pory był wspólnikiem w dużej kancelarii prawnej King&Spalding. Jego nazwisko pojawiało się już we wcześniejszych doniesieniach prasowych na temat ewentualnej obsady wakującego do dziś fotela szefa FBI. Wray był jednym z dwóch kandydatów Trumpa, z którymi prezydent spotkał się w ubiegłym tygodniu . Drugim był Jan S. Pistole, weteran FBI i były dyrektor Transportation Security Administration.

Praca w King&Spalding

Wray to były współpracownik byłego szefa FBI Jamesa Comeya w Departamencie Sprawiedliwości, skąd odszedł w 2005 roku. Wówczas rozpoczął pracę w kancelarii King&Spalding, gdzie pracował głównie w biurach firmy w Atlancie i Waszyngtonie. Zajmował się tam „sprawami szczególnymi”, jak reprezentowanie przedsiębiorstw podczas audytu czy też prowadzenie wewnętrznych dochodzeń korporacyjnych. Jest uznawany za adwokata, który może „zapewnić radę w najtrudniejszych sprawach”.[related id=”18035″]

On również reprezentował szwajcarski bank Credit Suisse AG w sprawie oszustw podatkowych, która zakończyła się ugodą z władzami USA w wysokości 2,6 mld USD.  W 2014 roku bank przyznał się do spiskowania z amerykańskimi podatnikami w celu wniesienia fałszywych deklaracji podatkowych.

Ostatnio do najbardziej spektakularnych jego sukcesów należy wybronienie gubernatora New Jersey Chrisa Christi w waszyngtońskiej aferze Bridgegate. Warto tu dodać, że pozostałych dwóch „bohaterów” Bridgegate  zostało skazanych. Trump i Christie przyjaźnią się już od 14 lat. W 2015 roku obydwaj wystartowali jako kandydaci na prezydenta USA. W  lipcu ubiegłego roku Christie poparł Trumpa w wyborach prezydenckich.

Śledztwa w Departamencie Sprawiedliwości

Chris Wray był asystentem prokuratora generalnego w czasie, gdy Cormey był zastępcą prokuratora generalnego (w 2003 roku został mianowany przez prezydenta Georga W. Busha  na asystenta prokuratora generalnego, odpowiedzialnego za wydział karny, na co otrzymał jednogłośne poparcie Senatu).

Tam  nadzorował słynną i, jak podkreślał wówczas Departament Stanu, jedną z najbardziej skomplikowanych spraw kreatywnej księgowości nieistniejącej już dziś firmy energetycznej Enron. Prowadził także wiele spraw związanych z terroryzmem. Według strony internetowej kancelarii King&Spaling Wray przyczynił się do rozwiązania „fali skandali korporacyjnych oszustw oraz przyczynił się do przywrócenia integralności amerykańskich rynków finansowych”.

Wray prowadził dochodzenia różnego typu, między innymi o oszustwa na giełdzie papierów wartościowych, naruszenia tajemnicy bankowej i pranie brudnych pieniędzy, korupcję, piractwo i sprawy dotyczące cyberprzestępczości.  Odegrał również kluczową rolę w nadzorowaniu działań prawnych i operacyjnych „w ciągłej wojnie z terroryzmem” po ataku na Word Trade Center.

Przyszły szef FBI opuścił Departament Sprawiedliwości w 2005 roku, aby powrócić do prywatnej praktyki. Wówczas został odznaczony najwyższym odznaczeniem państwowym za pracę.

Wray ukończył prawo na Yale University w 1989 roku. Jest żonaty, ma dwoje dzieci – córkę i syna.

Monika Rotulska/ Heavy.com, Twitter , The York Times, Washington Post

Ujawniono tajny raport Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). To dowód na ingerencję Kremla w amerykańskie wybory

Ujawniony w poniedziałek tajny raport wskazuje, że ingerencja rosyjskiego wywiadu w infrastrukturę amerykańskich wyborów była o wiele poważniejsza niż wcześniej podejrzewano.

Raport Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA), ujawniony przez portal The Intercept, nie pozostawia wątpliwości, że to agenci rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU przeprowadzili cyberataki na infrastrukturę wyborczą Stanów Zjednoczonych, w tym na system informatyczny przedsiębiorstwa produkującego oprogramowanie stosowane w maszynach do głosowania. Dodatkowo agenci GRU wysłali do przynajmniej 100 przedstawicieli lokalnych komisji wyborczych szereg maili, które miały na celu wyłudzić dane osobowe lub „opanować” zaatakowany komputer poprzez dołączony w pliku wirus.

Autentyczność raportu ujawnionego przez The Intercept redakcja portalu potwierdziła niezależnie.

[related id=”18132″]

Raport NSA, poświęcony analizie metod stosowanych przez GRU w czasie kampanii przed amerykańskimi wyborami prezydenckimi w ubiegłym roku, nie zawiera ocen ani tego, czy i w jakim stopniu zabiegi te miały wpływ na wynik amerykańskich wyborów.

Jak stwierdza redakcja mającego opinię lewicowego portalu The Intercept, ujawniony raport NSA drastycznie kłóci się z zapewnieniami prezydenta Rosji Władimira Putina, który przed tygodniem powiedział, że „Rosja jako państwo nigdy nie ingerowała i nie zamierza ingerować w wybory za granicą”.

Putin po raz pierwszy nie wykluczył jednak, że cyberataki w czasie kampanii wyborczej, obejmujące m.in. ataki na system informatyczny Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej (DNC), mogły być przeprowadzone przez „patriotycznie nastawionych” rosyjskich hakerów.

The Intercept nie ujawnił źródła pochodzenia supertajnego raportu analityka NSA, jednak zdaniem mediów poszlaki wskazują, że portal otrzymał go od 25-letniej Reality Leigh Winner, zatrudnionej przez prywatną firmę Pluribus International Corporation. Firma ta, na podstawie zawartej umowy, pracuje na rzecz federalnej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.

Winner, która w przeszłości służyła w amerykańskich siłach powietrznych, została aresztowana przez agentów FBI w sobotę. Oskarżono ją o złamanie ustawy o szpiegostwie (Espionage Act) przyjętej przez Kongres w 1917 roku i wielokrotnie od tego czasu nowelizowanej. Jeśli sąd federalny uzna Winner winną, grozi jej kara do 10 lat więzienia.

JN

USA: Szesnaście stanów oświadczyło, że będzie bronić dekretu imigracyjnego prezydenta USA Donalda Trumpa

Stany te za pośrednictwem prokuratorów federalnych złożyły pismo do Sądu Najwyższego, w którym wyjaśniają, że dekret podpisany 6 marca nie dyskryminował muzułmanów, a bronił bezpieczeństwa USA.

Przedstawiciele administracji złożyli pismo w tej sprawie do Sądu Najwyższego (SN), który obecnie podejmuje decyzję, czy zajmie się rozpatrzeniem apelacji administracji Trumpa od decyzji sądów niższej instancji, które zablokowały obowiązywanie dekretu imigracyjnego podpisanego przez prezydenta 6 marca.

Sygnatariuszami pisma są prokuratorzy federalni stanów: Teksas, Alabama, Arizona, Arkansas, Floryda, Kansas, Luizjana, Montana, Dakota Północna, Ohio, Oklahoma, Karolina Południowa, Dakota Południowa, Tennessee, Wirginia Zachodnia oraz gubernator Missisipi.

[related id=”18132″]

Stany Luizjana, Montana i Wirginia Zachodnia rządzone są przez Partię Demokratyczną, reszta należy do Republikanów.

W piśmie, które zostało złożone w SN w poniedziałek, prokurator stanowy Teksasu Scott Keller uzasadnia, że wspomniane rozporządzenie wykonawcze nie wspomina w swojej treści religii, a rozróżnia i dzieli ludzi zgodnie z ich narodowościami, w związku z czym nie jest to tzw. „zakaz muzułmański”.

Keller dodał, że sądy powinny wykazać się większą ostrożnością w zgadywaniu intencji prezydenta w sprawach bezpieczeństwa narodowego oraz że powinny zostawić te kwestie głowie państwa (co jest zgodne z poglądem reprezentowanym przez obecną administrację).

Wspomniany zostaje również fakt, że rozporządzenie nie jest sprzeczne z konstytucyjnym zakazem faworyzowania bądź dyskryminacji jakichkolwiek religii. Pismo zostało złożone po tym, jak w ostatni czwartek administracja prezydencka zwróciła się do SN o pozwolenie, by dyrektywa imigracyjna zaczęła obowiązywać.

SN poinformował, że zapozna się ze złożonymi dokumentami przed rozpoczęciem rozpatrywania wniosku apelacyjnego administracji Trumpa, który wspierany jest przez Amerykańskie Stowarzyszenie Swobód Obywatelskich (American Civil Liberties Union).

Jednym z argumentów sądów niższej instancji przeciwko dekretowi imigracyjnemu był fakt, że prezydent w czasie kampanii mówił o całkowitym zakazie wstępu muzułmanów do USA i w związku z tym w rozpatrywaniu dekretu należy brać pod uwagę te wcześniejsze jego wypowiedzi.

Natomiast administracja wskazywała, że „nie jest to zakaz dla muzułmanów”. Dekret odnosi się do osób pochodzących z krajów, w których terroryzm jest powszechnym zjawiskiem bądź które podejrzane są o finansowanie terroryzmu.

W styczniu Trump ogłosił pierwszą wersję zakazu wjazdu w formie rozporządzenia wykonawczego, argumentując, że chodzi o zabezpieczenie kraju przed terroryzmem. Dotyczył on obywateli siedmiu państw: Iranu, Iraku, Libii, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu.

Drugi zmodyfikowany zakaz, wprowadzony w marcu, podobnie jak pierwszy został zaskarżony. Rozporządzenie w nowej wersji zawiesiłoby na 90 dni możliwość wystawiania nowych wiz wjazdowych do USA obywatelom sześciu krajów: Iranu, Libii, Somalii, Sudanu, Syrii i Jemenu, a także na 120 dni zawiesiłoby przyjmowanie uchodźców.

PAP/JN

Osoby zamordowane na placu Tian’anmen nie chciały obalić komunizmu. Walczyły z korupcją

Większość z nich wierzyła, że w ramach istniejącego systemu może nastąpić większa otwartość. Stąd też ich główne hasła dotyczyły walki z korupcją – mówiła Hanna Shen w rozmowie z Antonim Opalińskim.

 

Co roku w rocznicę mordu na chińskim placu Tian’anmen, w Tajwanie odbywają się uroczystości ku czci ofiar tej komunistycznej zbrodni. Podczas nich przemawiają między innymi osoby, które przeżyły tę tragedię. Oprócz tego co roku można się spodziewać jakiegoś działania ze strony tajwańskiego rządu.

– W tym roku było to oświadczenie tajwańskiej prezydent Tsai Ing-wen, która wezwała Pekin, aby ujawnił prawdę o tej masakrze, ponieważ po dwudziestu ośmiu latach w Chinach nadal jest to temat zakazany. Prezydent Tsai Ing-wen apelowała do chińskich władz, aby skorzystały z doświadczeń Tajwanu, który w latach 80. również był dyktaturą – mówiła Hanna Shen.

Osoby, które przeżyły tamten protest, wspominają, że liczyli się z uwięzieniem, ale nikt nie spodziewał się użycia czołgów. Jak mówi publicystka, represje ze strony chińskich władz do dzisiaj dotykają osoby upamiętniające tamte ofiary, a z reguły są to już ludzie starsi.

[related id=23283]- Oni nie domagali się zmiany systemu, nie występowali przeciwko partii komunistycznej. Większość z nich wierzyła, że w ramach tego systemu może nastąpić większa otwartość. Stąd też ich główne hasła dotyczyły walki z korupcją – mówiła korespondentka, stwierdzając, że prześledzenie rodzinnych konotacji chińskich firm czy afery Panama Papers pokazuje, że postulat walki z korupcją był tym, którego najbardziej bały się ówczesne władze.

Hanna Shen opowiedziała również o wizycie szefa Pentagonu w Singapurze, podczas której sekretarz stanu USA zapewnił, że Tajwan może liczyć na dalszą współpracę ze Stanami Zjednoczonymi.

Dziennikarka poruszyła również temat współpracy polskich uczelni z Instytutami Konfucjusza: – Te chińskie uczelnie nie chcą poruszać tematów niepodległości Tajwanu, sytuacji w Tybecie czy ogólnie praw człowieka w Chinach. One często wpływają na uczelnie, które organizują różnego rodzaju imprezy.

Zapraszamy do wysłuchania rozmowy.

WJB

 

Protesty na placu Tian’anmen w 1989 odbywały się między 15 kwietnia a 4 czerwca. 17 kwietnia 1989 na placu miała miejsce manifestacja studentów ku czci zmarłego dwa dni wcześniej sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin Hu Yaobanga, uważanego za zwolennika reform politycznych w Chinach.

Od tej chwili na placu następowały coraz większe i coraz bardziej radykalne demonstracje. Początkowo doszło do strajku głodowego, który przerodził się w okupację placu. Protestowali studenci, których popierali pekińscy robotnicy.

Na wniosek premiera Li Penga rozwiązanie siłowe poparł faktyczny przywódca ówczesnych Chin, Deng Xiaoping, który 25 maja potępił protesty jako antysocjalistyczne i powołując się na przykład Polski stwierdził, że ustępstwa wiodą do dalszych ustępstw. Mimo to władze chińskie nie były w stanie stłumić protestów, gdyż zbiegły się one w czasie z walką frakcyjną w Komunistycznej Partii Chin, obchodami świąt państwowych oraz wizytą Michaiła Gorbaczowa w Chinach. 19 maja nowy sekretarz generalny Zhao Ziyang spotkał się z protestującymi, którzy nie zgodzili się rozejść do domów.

Przygotowując się do rozprawy z demonstrantami, 20 maja wprowadzono w Pekinie stan wyjątkowy. Pierwsze próby rozpędzenia studentów przy użyciu lokalnych oddziałów wojskowych zakończyły się niepowodzeniem. Dopiero sprowadzona z prowincji 27. Armia na rozkaz władz nocą z 3 na 4 czerwca 1989, przy użyciu czołgów i ognia z broni maszynowej, rozpędziła uczestników protestów. Większość ofiar zginęła podczas walk na przylegającej do placu Tian’anmen alei Chang’an Jie. Po zakończeniu akcji wydano komunikat głoszący, że pokojowo nastawieni żołnierze zostali zaatakowani przez studentów.