Szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow ocenił, że ryzyko konfliktu USA i Korei Północnej jest bardzo wysokie, biorąc pod uwagę retorykę obu krajów. Wyraził przy tym nadzieję, że „zwycięży zdrowy rozsądek”.
„Uważam, że ryzyko jest bardzo wysokie, szczególnie jeśli uwzględnić tę retorykę: brzmią otwarte groźby użycia siły” – powiedział szef MSZ na spotkaniu z młodymi politologami i socjologami na forum młodzieżowym w obwodzie włodzimierskim.
Ławrow zauważył, że w przypadkach, „gdy dochodzi niemal do bójki, to jako pierwsza z niebezpiecznej linii powinna się zapewne wycofać strona, która jest silniejsza i mądrzejsza”.
„Niestety, retoryka w Waszyngtonie i Pjongjangu zaczyna przekraczać miarę. Mimo wszystko sądzimy, że zdrowy rozsądek zwycięży” – mówił. Podkreślił, że Rosja stoi na stanowisku, że niedopuszczalne jest uzyskanie przez Koreę Północną broni jądrowej.
[related id=34216]Szef rosyjskiej dyplomacji mówił także o stosunkach Rosji z Zachodem, któremu zarzucił toczenie walki o zachowanie swojej dominacji w świecie. „Nasi koledzy amerykańscy wykorzystują obecną sytuację, w tym antyrosyjską postawę swych sojuszników w Europie, po to, by (…) utrzymać znaczenie NATO, które nie może istnieć bez USA, i jednocześnie myśleć o własnych interesach ekonomicznych” – oświadczył.
Z kolei wewnątrz Unii Europejskiej istnieje – zdaniem rosyjskiego ministra – „agresywna rusofobiczna mniejszość”, która „próbuje nadużywać zasady solidarności” i narzuca innym państwom unijnym „podejście agresywne i konfrontacyjne”.
Ławrow przekonywał, że „część elit na Zachodzie chciałaby widzieć Rosję słabą” i „gotową do ustępstw na szkodę jej interesom”. Wyraził przekonanie, że „celem wojny na sankcje jest m.in. osiągnięcie tego celu”. „Nigdy nie będziemy niczego robić na szkodę naszym interesom i o tym wszyscy wiedzą” – zapewnił.
Prezydent Trump oświadczył w czwartek, że jego wypowiedź o reakcji USA na dalsze prowokacje Korei Północnej mogła być „nie dość ostra”, chociaż zapowiedział we wtorek, że spotka ją ogień i gniew”
W czwartek Trump odmówił odpowiedzi na pytanie dziennikarzy, czy USA rozważają prewencyjne uderzenie militarne; oświadczył, że jego administracja nigdy nie wypowiada się w takich sprawach publicznie.
Prezydent ostrzegł, że jeśli Korea Północna „nie weźmie się w garść”, popadnie w kłopoty, jakich kiedykolwiek doświadczyło niewiele krajów. Dodał, że USA „oczywiście” zawsze biorą pod uwagę negocjacje z Koreą Północną, ale że negocjacje z tym krajem kończyły się fiaskiem przez ostatnie 25 lat.
Swoim poprzednikom Trump zarzucił, że nie zajęli się skutecznie problemem północnokoreańskim.
Nawiązując do północnokoreańskich gróźb zaatakowania Guamu, Trump powiedział, że gdyby Korea Północna poczyniła jakiekolwiek kroki, „by choćby pomyśleć o ataku, miałaby powody do obaw”.
Zapowiedzi Pjongjangu o planowanym prewencyjnym odpaleniu kilku rakiet balistycznych w stronę amerykańskiej wyspy Guam budzą wątpliwości co do działania systemu obrony przeciwrakietowej THAAD.
[realted id=34228]Amerykańska baza lotnicza na wyspie Guam, gdzie stacjonują bombowce strategiczne B-1B, jest dla Pjongjangu idealnym celem do przetestowania realnych możliwości operowania pociskami balistycznymi. Próba przeprowadzona 28 lipca, podczas której pocisk wzniósł się, według informacji strony północnokoreańskiej, na wysokość 3700 km, nie pozwala w jednoznaczny sposób sprawdzić poprawności działania tego typu rakiet. Ekstremalnie wysoki pułap lotu niewykorzystywany podczas standardowego prowadzenia ataku stawia inne warunki przed głowicą bojową oraz nie daje pewności, że można liczyć na jej przewidzianą przez konstruktorów dokładność.
W czwartkowym oświadczeniu strony północnokoreańskiej nazwano amerykańskie bombowce „powietrznymi piratami z Guam”. Choć te jednostki nie są w stanie przenosić ładunków nuklearnych, Pjongjang wciąż przedstawia je jako główne zagrożenie, do wyeliminowania w pierwszej kolejności.
Oświadczenie informowało również o spodziewanej trajektorii lotu pocisków Hwasong-12 – tor lotu miałby przebiegać nad terytorium japońskich prefektur Shimane, Hiroshima i Koichi. Stawia to kolejne pytanie o to, w jaki sposób może zachować się japońska obrona przeciwrakietowa bazująca na amerykańskim systemie Aegis.
Dotychczas nad terytorium Japonii północnokoreańska rakieta przeleciała w sierpniu 1998 r. – był to pocisk Taepodong-1 z satelitą Kwangmyongsong-1, którego dwa z trzech segmentów wylądowały na północny wschód od prefektury Aomor – oraz w kwietniu 2009 r. po nieudanej próbie z pociskiem Taepodong-2 i kolejnym satelitą. W pozostałych przypadkach północnokoreańskie rakiety spadały w japońskich wodach należących do wyłącznej strefy ekonomicznej.
[related id=34223]Dla Korei Północnej zapowiedź użycia rakiet Hwasong-12 wiąże się z przetestowaniem pocisków balistycznych średniego zasięgu (IRBM) innych niż coraz bardziej zawodne Musudany. Obserwatorzy przyznają, iż czwartkowa zapowiedź potencjalnego wystrzelenia pocisków w stronę Guamu, z podanymi szczegółami lotu, może zostać potraktowana jako bezprecedensowa dotychczas informacja o charakterze NOTAM (Notice to AirMen) zapowiadająca zmiany lub utrudnienia w ruchu powietrznym. Wcześniej Pjongjang zapowiadał tak jedynie starty rakiet z satelitami, a nie pociski bojowe.
Północnokoreańska zapowiedź nie musi być traktowana jako ekstremum dotychczasowych gróźb pod adresem USA, ale jako bardzo rozmyślnie przygotowany plan zawierający wiele elementów składowych: przelot nad terytorium Japonii, pełnowymiarowa próba pocisku balistycznego, precyzja systemu namierzania (zapowiadana dokładność na 30-40 km od Guam po przebyciu 3356,7 km), a także reakcja na drażniące reżim od lat amerykańsko-południowokoreańskie doroczne manewry Ulchi-Freedom Guardian rozpoczynające się 21 sierpnia. W ub.r. tydzień po tych ćwiczeniach obu państw Korea Płn. przeprowadziła piątą i jak na razie ostatnią próbę atomową.
[related id=34219]Przed Japonią i Stanami Zjednoczonymi przelot pocisku balistycznego stawia wyzwanie wymagające jednoznacznej odpowiedzi i strategii odnośnie do wykorzystania systemów obrony Aegis (w Japonii) oraz THAAD (na wyspie Guam). Każde z nich pozostawia wątpliwości dotyczące skuteczności. Dla japońskich pocisków przechwycenie północnokoreańskiej rakiety może być zbyt trudne nad własnym terytorium, z kolei amerykańskie mogą okazać się nie dość skuteczne, ponieważ nie przeprowadzono wystarczająco wielu testów z rakietami średniego zasięgu.
Wraz z mnożącymi się znakami zapytania w kwestii pewności co do jednolitego frontu i możliwości obronnych ze strony Tokio oraz Waszyngtonu, sama zapowiedź potencjalnego wystrzelenia pocisków w stronę Guamu może być odczytana jako polityczny i propagandowy sukces dla Pjongjangu. Reżim może pod wieloma względami zyskać na takim zachowaniu, natomiast amerykańskie systemy obrony i współpraca między sojusznikami związanymi obronnym paktem od dekad mogą w praktyce okazać się nieskuteczne.
Zamierzamy bronić wyspy Guam- oświadczył minister obrony Japonii Itsunori Onodera. Niemiecka Agencja DPA wyszukała zapisy i potwierdziła w NATO, że Guam nie jest objęty zasadą zbiorowej samoobrony.
„Każdy atak na Guam zostanie uznany za egzystencjalne zagrożenie dla Japonii” – powiedział Onodera, odwołując się do porozumienia obronnego między Tokio a Waszyngtonem.
„W takim przypadku Japonia ma prawo do użycia swojego systemu obrony przeciwrakietowej Aegis” – dodał minister. Zapewnił również, że japońskie siły zbrojne mogą zestrzelić północnokoreańskie rakiety przed ich dotarciem do terytorium USA.
Portal telewizji Fox News zaznaczył, że wcześniej Tokio zapewniało, iż strąci rakiety Pjongjangu jedynie w przypadku, gdy zagrożą one bezpośrednio japońskiemu terytorium. W zeszłym roku rząd Japonii zmienił jednak politykę obronną, zezwalając swoim siłom zbrojnym na obronę terytorium USA oraz pozostałych sojuszników. Zdaniem portalu wypowiedź Onodery „odzwierciedla zwiększone zainteresowanie Japonii rewizją roli swoich sił zbrojnych oraz chęć zajmowania bardziej agresywnego stanowiska w regionie Pacyfiku”.
Większość północnokoreańskich testów rakiet kończy się lądowaniem pocisków w Morzu Japońskim.
Wyspa Guam jest położona 2,5 tys. km na południe od japońskiego wybrzeża. Znajdują się na niej amerykańskie bazy wojskowe oraz nowoczesny system obrony przeciwrakietowej THAAD (Terminal High Altitude Area Defense).
Wyspa Guam – terytorium zamorskie Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku – nie jest objęta zasadą zbiorowej samoobrony zapisaną w Traktacie Północnoatlantyckim – pisze agencja dpa, informując, że potwierdził to w czwartek rzecznik NATO.
W razie ataku na Guam, czym grozi Korea Północna, kraje NATO nie byłyby więc zobligowane traktatowo do przyjścia z pomocą USA – wskazuje dpa, po czym podkreśla, że ewentualne sięgnięcie przez sojuszników po artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego w razie takiego ataku byłoby „decyzją czysto polityczną”.
Artykuł 5, dotyczący prawa do zbiorowej samoobrony, stanowi, że zbrojna napaść na jedną lub więcej stron Traktatu w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim. Jednak w artykule 6 sprecyzowano, że chodzi o zbrojną napaść „na terytorium którejkolwiek ze Stron w Europie lub Ameryce Północnej, na algierskie departamenty Francji, na terytorium Turcji lub na wyspy znajdujące się pod jurysdykcją którejkolwiek ze Stron na obszarze północnoatlantyckim na północ od Zwrotnika Raka; na siły zbrojne, okręty lub statki powietrzne którejkolwiek ze Stron znajdujące się na tych terytoriach lub nad nimi albo na jakimkolwiek
innym obszarze w Europie, na którym w dniu wejścia w życie traktatu stacjonowały wojska okupacyjne którejkolwiek ze Stron, lub też na Morzu Śródziemnym czy na obszarze północnoatlantyckim na północ od Zwrotnika Raka”.
Agencja dpa wskazuje, że w kołach NATO podkreśla się, iż jest mało prawdopodobne, by państwa Sojuszu odmówiły Stanom Zjednoczonym wsparcia, powołując się na te sformułowania.
„Razem walczmy wszyscy, tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga”. To, co powiedział prezydent USA, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „Doktryną Trumpa”.
Krzysztof Pasierbiewicz
Jak nam w roku 1952 bezpieka wykończyła Ojca Akowca, mama wpadła w czarną rozpacz. Żeby nas z bratem utrzymać, pisała całymi nocami na maszynie i sprzedawała po kolei biżuterię, obrazy, srebrne sztućce, a w końcu jej ukochany fortepian, na którym przygrywając sobie na cztery ręce, Rodzice mieli zwyczaj podśpiewywać ulubione piosenki. Od śmierci Taty przez lata nie widziałem Mamy uśmiechniętej. Aż naszedł październik roku 1957. (…)
Aż nadszedł ów pamiętny moment, gdy maleńki Gerard Cieślik pokonał po raz drugi Lwa Jaszyna, strzelając główką zwycięskiego gola Ruskim. Myślałem, że się niebo rozstąpiło. Sto tysięcy ludzi zawyło ze szczęścia. Ludzie rzucali się sobie w objęcia, płakali z radości, poleciały w górę czapki, kapelusze, marynarki, torebki. Wszyscy krzyczeli: Niech żyje wolna Polska! Rozbrzmiewały toasty i bimber lał się strumieniami.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że, jak kilkakrotnie powtórzył Donald Trump: „nie da się zabić naszej polskiej duszy”. Że prawdziwi Polacy nigdy nie ugną karku przed Moskwą. I raptem zobaczyłem, że moja mama się śmieje. Oszalała z radości, wzięła mnie w objęcia, wrzeszcząc mi do ucha: „Synku mój kochany! Wygraliśmy z Rosją!!! Pomściliśmy ojca!!!”. (…)
Nasz ukochany katecheta każdego roku chodził z nami na wieczorne majowe nabożeństwa, które nazywaliśmy „majówkami”. Tam na zakończenie śpiewaliśmy zawsze: „My Chcemy Boga, Panno Święta, o usłysz naszych wołań głos (…) My chcemy Boga w książce, w szkole (…) Niech Boga wielbi Chrobry, Lech (…)”. A gromkie echo tej pieśni niosło się wówczas od kościoła do kościoła, od miasta do miasta, od wsi do wsi i cała Polska odważnie śpiewała, mimo sowieckiego terroru i wszechobecnych ubeków, którzy nie mieli odwagi stawić czoła bohatersko zdesperowanym ludziom. Zaś dla mnie osobiście pieśń „My chcemy Boga” ma od tamtego czasu znaczenie tożsame z polskim hymnem narodowym.
I do dzisiaj Polacy tę kultową pieśń śpiewają w kościołach z podniesionym czołem, o czym przypomniał odważnie w przemówieniu Donald Trump: „Stojąc tu dzisiaj przed tym niesamowitym zgromadzeniem, jakże wiernym narodem, nadał słyszę te głosy odbijające się echem w historii. Ich przesłanie jest tak samo aktualne dzisiaj, jak kiedykolwiek – Polacy, Amerykanie, Europejczycy nadal wołają wielkim głosem: My chcemy Boga!”.
I to zawołanie czyni Donalda Trumpa postacią historyczną. To zaś, co powiedział w Warszawie amerykański prezydent, można śmiało nazwać ratunkową dla cywilizacji Zachodu, dziejową „Doktryną Trumpa”. Na zakończenie swego dziejotwórczego przemówienia amerykański prezydent powiedział: „Więc razem walczmy wszyscy, tak jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech Was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki!”.
Cały artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Po przemówieniu Trumpa” na s. 1 i 2 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Według Teheranu kraj nie prowadzi żadnych prac nad pociskami z bronią jądrową. Jak podkreśla szef MSZ, Iran nie zamierza użyć ani jednego pocisku przeciwko jakiemukolwiek innemu krajowi na świecie.
„W naszej opinii porozumienie nuklearne zostało pogwałcone i pokażemy, że nasza reakcja jest właściwa i proporcjonalna” – powiedział Abbas Arakczi, wiceminister spraw zagranicznych, cytowany przez agencję ISNA. Iran został objęty nowymi sankcjami gospodarczymi zgodnie z ustawą, którą wcześniej w środę podpisał prezydent Donald Trump.
Ustawa nakłada nowe restrykcje na Teheran między innymi ze względu na jego program budowy pocisków balistycznych. Międzynarodowy układ z Iranem ma na celu ograniczenie jego programu nuklearnego i przewiduje, że zrezygnuje on z dążenia do uzyskania broni nuklearnej w zamian za stopniowe znoszenie nałożonych na niego sankcji międzynarodowych.
Teheran utrzymuje, że nie prowadzi żadnych prac nad pociskami mającymi przenosić broń jądrową, i zapewnia, że żaden pocisk produkowany w Iranie nie będzie użyty przeciw innemu krajowi.
Prezydent USA mimo zastrzeżeń podpisał ustawę o zaostrzeniu sankcji wobec Rosji; została ona przyjęta w Kongresie miażdżącą przewagą głosów. Jest to reakcja na ingerencję Rosji w wybory prezydenckie.
[related id=”33248″]Ustawa dyskutowana w Kongresie od lutego i ciesząca się poparciem obu głównych partii reprezentowanych w Kongresie przewiduje nie tylko zaostrzenie sankcji wobec Rosji, ale także nałożenie nowych restrykcji w stosunku do Iranu i Korei Północnej.
Przewidziane jest wprowadzenie nowych sankcji wobec członków rządu Rosji w odpowiedzi na próby wpłynięcia na wynik wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku i rozszerzenie sankcji ekonomicznych dotyczących amerykańsko-rosyjskiej wymiany inwestycyjno-handlowej.
Mimo przytłaczającej przewagi, z jaką ustawa została przyjęta przez obie izby amerykańskiego parlamentu, do końca utrzymywały się wątpliwości, czy dokument podpisze prezydent Donald Trump. Biały Dom nie ukrywał, że jest przeciwny nałożeniu nowych sankcji na Rosję, tłumacząc, że administracja chce zachować elastyczność w polityce wobec Kremla.
„Projekt ustawy ma poważne wady – przede wszystkim dlatego, że wkracza w kompetencje władzy wykonawczej dotyczące możliwości negocjacji” – głosi oświadczenie prezydenta, który napisał też, że zaaprobował ustawę przez wzgląd na „jedność narodową”.
[related id=”33264″]”Ograniczając elastyczność władzy wykonawczej, ustawa ta utrudnia Stanom Zjednoczonym zawieranie umów korzystnych dla amerykańskiego narodu i doprowadzi do znacznego zbliżenia Chin, Rosji i Korei Północnej” – napisał Trump.
Uznał jednak walor ustawy polegający na zaaprobowaniu środków, które „ukarzą i ograniczą złe zachowanie zbójeckich reżimów w Teheranie i Pjongjangu”.
Trump napisał też, że popiera przesłanie, iż „USA nie będą tolerować ingerencji w nasze procedury demokratyczne”, a on stanie po stronie sojuszników Ameryki „przeciw rosyjskiej działalności wywrotowej”.
Dodatkowo, zdaniem doradców ustawodawczych Białego Domu, proponowane w ustawie karanie sankcjami przedsiębiorstw z sektora energetycznego może rykoszetem uderzyć w amerykańskie firmy realizujące międzynarodowe projekty w tym obszarze gospodarki rosyjskiej. Z tych samych powodów ustawa spotkała się z krytyką Unii Europejskiej, a także władz niemieckich i austriackich.
Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział w środę, że podpisanie przez prezydenta USA Donalda Trumpa ustawy o sankcjach wobec Rosji „niczego nie zmienia” i że Moskwa już podjęła kroki będące reakcją na te restrykcje.
„De facto to niczego nie zmienia. (…) Nic nowego nie ma, kroki w odpowiedzi już zostały podjęte” – powiedział Pieskow pytany przez dziennikarzy, czy Rosja odpowie na podpisanie przez Trumpa ustawy o sankcjach.
[related id=”33250″]Zdaniem przedstawiciela Kremla ten krok Trumpa nie stanowi niczego nowego, gdyż „był przyjęty projekt ustawy i z podpisem prezydenta czy bez niego stałby się automatycznie ustawą”.
Prezydent Rosji Władimir Putin jeszcze przed podpisaniem ustawy przez Trumpa w odwecie za nowe sankcje amerykańskie zarządził zrównanie – do 1 września – liczby pracowników przedstawicielstw dyplomatycznych USA w Rosji z liczbą personelu rosyjskiego w placówkach w USA, co oznacza ograniczenie personelu amerykańskiej ambasady i konsulatów do 455 osób. Ponadto od sierpnia ambasada USA straciła dostęp do magazynów w Moskwie i ośrodka wypoczynkowego na jej przedmieściach. Redukcja personelu amerykańskich misji dyplomatycznych najbardziej uderzy w Rosjan, którzy stracą pracę w tych placówkach.
Arabia Saudyjska wnioskuje o oddalenie 25 pozwów do sądu na Manhattanie, zarzucających jej pomocnictwo w planowaniu zamachów z 11.09. 2001 roku i domagających się wypłacenia odszkodowań dla ofiar.
Jak wskazuje wniosek, pozywający nie byli w stanie udowodnić odpowiedzialności Arabii Saudyjskiej lub jakiegokolwiek powiązanego z nią stowarzyszenia dobroczynnego za zamachy. Dodaje, że działania wymiaru sprawiedliwości nie mogą naruszać suwerenności państwowej.
Władze saudyjskie konsekwentnie odrzucały zarzuty o przyczynienie się do porwania przez Al-Kaidę czterech samolotów, z których dwa zburzyły bliźniacze wieżowce nowojorskiego World Trade Center, jeden uderzył w Pentagon, a jeden rozbił się na polu w Pensylwanii. Spowodowało to śmierć łącznie blisko 3 tys. ludzi.
Opiewających na miliardy dolarów odszkodowań domagają się od Arabii Saudyjskiej rodziny 2,5 tys spośród zabitych, ponad 20 tys. ludzi którzy odnieśli obrażenia oraz różne firmy, w tym ubezpieczeniowe.
We wrześniu 2015 roku nadzorujący postępowanie sędzia okręgowy George Daniels oddalił roszczenia rodzin ofiar. Jednak we wrześniu ubiegłego roku Kongres USA obalił weto ówczesnego prezydenta Baracka Obamy i uchwalił ustawę o wymierzeniu sprawiedliwości sponsorom terroryzmu (JASTA), co pozwoliło na wznowienie rozpatrywania pozwów.
W swym wniosku do sądu Arabia Saudyjska przyznała, że JASTA wyeliminowała część elementów jej prawnej obrony. Jak jednocześnie zaznaczyła, pozywający wciąż nie są w stanie udowodnić, by jakikolwiek przedstawiciel, funkcjonariusz bądź agent saudyjskich władz uczestniczył w planowaniu lub dokonywaniu zamachów.
15 spośród 19 porywaczy czterech samolotów pochodziło z Arabii Saudyjskiej. Prowadząca dochodzenie w sprawie zamachów komisja rządu USA nie znalazła dowodów na bezpośrednie finansowanie Al-Kaidy przez saudyjskie władze, ale pozostawiła otwartą kwestię, czy ich przedstawiciele mogli to czynić indywidualnie.
Prezydent USA Donald Trump zwolnił w poniedziałek nowego dyrektora ds. informacji Białego Domu Anthony’ego Scaramucciego. Media podają, że jego zwolnienia chciał nowy szef kancelarii John Kely.l
Według Białego Domu Scaramucci sam zrezygnował z funkcji. Jako pierwszy o dymisji Scaramucciego i roli, jaką w tej sprawie odegrał Kelly, poinformował „New York Times”, powołując się na źródła w administracji.
Reuters zwraca uwagę, że Scaramucci został usunięty zaledwie kilka godzin po objęciu stanowiska przez nowego szefa kancelarii.
Po zaledwie 10 dniach pracy Scaramucci stracił stanowisko po wygłoszeniu wulgarnej i obraźliwej tyrady wymierzonej w wysokiej rangi członków administracji prezydenta.
Dziennik „The Hill” podaje, że rzeczniczka Białego Domu Sarah Huckabee Sanders starała się przedstawić dymisję Scaramucciego jako jego własną decyzję i napisała w oświadczeniu, że uznał on, „iż najlepszym rozwiązaniem jest dać szefowi kancelarii Johnowi Kelly’emu czystą kartę i szansę na zbudowanie własnego zespołu”.
Jednak błyskawiczne zwolnienie szefa komunikacji Białego Domu „jest postrzegane jako sygnał, że Kelly może mieć znacznie większą władzę na stanowisku szefa kancelarii, niż jego poprzednik Reince Priebus” – komentuje „The Hill”.
Pełen wulgaryzmów wywiad Anthony’ego Scaramucciego dla portalu tygodnika „The New Yorker” stał się medialnym przebojem. Od publikacji w czwartek do niedzieli wywiad przeczytało 4,4 mln internautów. Scaramucci w bardzo niecenzuralnych słowach powiedział, co myśli o Priebusie i głównym doradcy strategicznym Białego Domu Steve’ie Bannonie.
Wywiad ze Scaramuccim nie tylko stał się najczęściej czytanym w tym roku tekstem opublikowanym na portalu „New Yorkera”, ale też sprawił, że przeciętna dzienna liczba wykupywanych na niego subskrypcji w lipcu wzrosła o 92 proc.
Już po ogłoszeniu jego dymisji Biały Dom poinformował, że prezydent uznał komentarze Scaramucciego za niewłaściwe, a były dyrektor komunikacji nie obejmie innej funkcji w administracji.
Scaramucci miał oficjalnie objąć swe stanowisko dopiero 15 sierpnia, ale odkąd ogłoszono, że będzie nowym szefem komunikacji, prezentował stanowisko prezydenta w mediach i uczestniczył w spotkaniach w Białym Domu – podaje „The Hill”.
Zanim Scaramucci został zwolniony, jeden z bliskich współpracowników Trumpa powiedział, że najważniejszym wyzwaniem dla Kelly’ego będzie znalezienie sposobu na poradzenie sobie z szefem komunikacji Białego Domu – informuje dziennik.
Jeszcze w ubiegłym tygodniu ten sam dziennik napisał, że Scaramucci staje się najpotężniejszym doradcą w Białym Domu; przytoczył też opinię osoby z otoczenia prezydenta, że Trump „szanuje go ze względu na jego sukcesy życiowe”. Scaramucci posiada aktywa warte 85 mln dol., a jego pensja za ostatnie pół roku wyniosła 5 mln dol.
Scaramucci jest przedsiębiorcą, finansistą, wiceprezesem Banku Eksportu i Importu USA; po wyborczym zwycięstwie Trumpa wszedł do zespołu pracującego nad przejęciem rządów przez administrację prezydenta elekta.
Na początku 2017 roku Scaramucci sprzedał swoją globalną firmę inwestycyjną SkyBridge Capital, by dołączyć do administracji Trumpa.
Eksperci Pentagonu i Departamentu Stanu opracowali plan, który przewiduje przekazanie Ukrainie broni pola walki, w tym przeciwpancernej – podał „WSJ”. Biały Dom jeszcze planu nie zaaprobował.
[related id=”32832″]Broń, którą na podstawie planu ma otrzymać Ukraina do walki z prorosyjskimi separatystami, jest określana przez autorów planu jako „defensywna”, jednak w przeciwieństwie do dotychczasowej pomocy amerykańskiej dla władz w Kijowie, która nie obejmowała broni pola walki, jest śmiercionośna.
Zdaniem anonimowo cytowanego przez „Wall Street Journal” wysokiej rangi przedstawiciela władz amerykańskich, broń, której przekazanie Ukrainie przewiduje amerykański plan w przypadku zaakceptowania tego projektu przez Biały Domu, pozwoli na skuteczne przeciwdziałanie agresywnym poczynaniom Moskwy na wschodzie Ukrainy.
Rosja nie tylko dostarcza separatystom czołgi i inny ciężki sprzęt wojskowy, ale także nowoczesne systemy rakietowe. Separatystom pomagają rosyjscy doradcy wojskowi.
Szereg amerykańskich ustawodawców, na czele z republikańskim senatorem Johnem McCainem, od rosyjskiej aneksji Krymu w roku 2014 zabiegało o dostarczenie Ukrainie systemów broni pola walki, które pozwoliłyby siłom zbrojnym Ukrainy na przeciwstawienie się agresywnym działaniom Moskwy.
Przedstawiciel władz amerykańskich, cytowany anonimowo na portalu „Wall Street Journal” poinformował, że koncepcja ta nie była jeszcze dyskutowana z prezydentem Trumpem i nie jest znane jego stanowisko wobec niej. Ewentualna decyzja – czytamy na łamach WSJ – będzie także uwarunkowana obecnym stanem stosunków amerykańsko-rosyjskich, które po przyjęciu przez Kongres ustawy o wprowadzanie dodatkowych sankcji wobec Rosji i odwetowych poczynaniach władz na Kremlu nakazały ograniczyć personel amerykańskich misji dyplomatycznych w Rosji, znajdują się w najgorszym stanie od zakończenia zimnej wojny.
Plan, zdaniem źródeł cytowanych przez WSJ, został zaakceptowany przez ministra obrony Jamesa Mattisa.
Kurt Volker, specjalny przedstawiciel USA ds. Ukrainy, powiedział w ubiegłym tygodniu po spotkaniu z europejskimi sojusznikami, że dostarczenie na Ukrainę broni, w tym broni przeciwpancernej, jest „prawdopodobne, jednak nie przesądzone”.
Rzeczniczka Pentagonu Michelle Baldanza, cytowana przez WSJ, podkreśliła, że „Stany Zjednoczone nie wykluczyły dostaw śmiercionośnej broni defensywnej dla Ukrainy”.
Do tej pory plany takie spotykały się z oporem europejskich sojuszników Waszyngtonu, przede wszystkim Niemiec i Francji. Jednak, jak czytamy na stronach internetowych WSJ – „prawdopodobnie mogą spotkać się z poparciem Wielkiej Brytanii, Kanady, Litwy i Polski”.