Sellin: Jesteśmy gwarantem wolności artystycznej. Kultura nie jest monopolem środowisk lewicowych

Jarosław Sellin o polityce kulturalnej rządów Dobrej Zmiany, expose Mateusza Morawieckiego, różnicy jakościowej między PO a Lewicą i o wyborach prezydenckich.

Ostatnie czterolecie to była najbardziej ambitna polityka kulturalna trzydziestolecia.

Wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego mówi o rozwoju instytucji kulturalnych za rządów Zjednoczonej Prawicy. Wskazuje, że przeznaczają oni o jedną trzecią więcej na kulturę od swych poprzedników, równając pod tym względem do średniej europejskiej. Otwierane i rozwijane są kolejne muzea: Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, Muzeum Westerplatte, Muzeum Czartoryskich, Muzem Wsypiańskiego, Muzeum Sztuki Użytkowej.

Jarosław Sellin dobrze ocenia exposé Mateusza Morawieckiego, które jak stwierdza, trwało półtorej godziny, czyli nie tak długo. Uważa w związku z tym za bezzasadne zarzuty opozycji, że zabrakło tego lub tamtego. Uważa, iż wszystkie istotne kwestie zostały w nim poruszone i to szczegółowo. Odnosi się także do postawy opozycji.

Koalicja Obywatelska tak jak przez ostatnie cztery lata: totalniactwo opozycyjne, złośliwości, buczenie, rechotanie w czasie expose i całej debaty. […] Styl lewicy był inny: spokojny merytoryczny, odnoszący się do faktów. Nie taki zacietrzewiony i naburmuszony jak Platformy Obywatelskiej.

Stwierdza, że choć „Adrian Zandberg reprezentuje silnie lewicowe przekonania, żeby nie powiedzieć lewackie” to „przynajmniej poglądy ma, w przeciwieństwie do Platformy Obywatelskiej”.

Nasz gość komentuje start w prawyborach Koalicji Obywatelskiej Jacka Jaśkowiaka. Prezydent Poznania znany jest ze swojego lewicowego światopoglądu. Starcie kandydata z ramienia PiS z takim kandydatem jak Jaśkowiak zapewne będzie walką na podłożu poglądowym. Niemniej jednak Sellin sądzi, że rywalizacja z każdym kandydatem na prezydenta z Koalicji Obywatelskiej będzie musiała być prowadzona na wspomnianym gruncie:

Moim zdaniem to PO ewidentnie idzie na lewo. Nie tylko Lewica jest na lewo, ale także PO.

Następnie podejmuje temat działań rządu odnoszących się do gałęzi kulturalnej. Jednym z pomysłów jest obniżenie VAT na książki. Rozwiązanie takie miałoby być lepsze niż proponowane przez środowisko księgarzy ustalenie ceny minimalnej na książkowe premiery. Rozwiązanie takie bowiem „sprawdziło się we Francji, ale w innych krajach, rozwiązania takie przyniosły efekt odwrotny, że małe księgarnie znikały jeszcze szybciej”.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Horała: Nie ma spraw programowych, które dla Lewicy są ważne, a z których my chcielibyśmy uczynić koncesje

Marcin Horała o wycofaniu projektu zniesienia 30-krotności składek na ZUS, tym co oznacza to dla Zjednoczonej Prawicy i dla budżetu oraz otym, czy szukali porozumienia z Lewicą i o expose premiera.

W toku gorących rozmów, negocjacji, nie udało nam się przekonać naszych koalicjantów z Porozumienia.

Marcin Horała mówi o wycofaniu projektu ws. zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS. Jak twierdzi:

Nic wielkiego się nie stało.

Stwierdza, że ma do siebie trochę żalu, że nie udało mu się przekonać wicepremiera Gowina i posłów jego partii do poparcia projektu. Wsnioskodawca projektu podkreśla przy tym, że był to projekt poselski a nie rządowy czy koalicyjny, więc niepoparcie go przez Porozumienie nie oznacza rozłamu w Zjednoczonej Prawicy. Odnosi się do przytoczonych słów polityków PiS mówiących, że zniesienie limitu 30-krotności składek na ZUS „jest w budżecie, jest w planie konwergencji. To jest projekt wpisany dla stabilności państwowego systemu podatkowego”. Horała przyznaje, że były takie wypowiedzi i nie polemizuje z nimi. Stwierdza jednocześnie, że:

Mamy na tyle dobrą sytuację finansów publicznych, że możemy taki projekt odpuścić.

Odnosi się także do przypuszczeń, że projektodawcy szukali porozumienia z Lewicą, które pozwoliłoby im przeforsować projekt bez zgody w Zjednoczonej Prawicy. Zaprzecza żeby tak było podkreślając, że prowadzili rozmowy tylko w ramach koalicji.

Tych głosów Partii Razem jest mniej niż Porozumienia, więc i tak by nie wystarczyli. […] Nie ma spraw programowych, które dla Lewicy są ważne, a z których my chcielibyśmy uczynić koncesje.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego bardzo pozytywnie wypowiada się na temat expose premiera Mateusza Morawieckiego. Rozpoczyna je „nawiązanie do ważnej aksjologii z której wywodzimy cel polityki”, które poprzedza przestawienie wyzwań stojących przed rządem „bardzo szczegółowe zapowiedzi projektów”. Polityk PiS nie zgadza się z tym, że w przemówieniu Morawickiego zabrakło postulatów PiS dotyczących celów rządu na najbliższe sto dni. Te bowiem zostały wystarczająco, jak mówi, przedstawione przed wyborami i nie ma sensu ich powtarzać. Głowny cel obecnego rządu to polska wersja państwa dobrobytu, czyli nadganianie Zachodu przy zachowaniu polskiej tożsamości.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.W.K/A.P.

Kto zmieni aktualną konstytucję? Inicjatywa winna wyjść od parlamentu, ale kto podcinałby gałąź, na której siedzi?

Nowelizacja polskiej Konstytucji jest nieodzowna – aktualna ustawa zasadnicza wręcz blokuje rzeczywistą partycypację obywateli w procesie decyzyjnym na szczeblu ogólnokrajowym i lokalnym.

Mirosław Matyja

W państwach najbardziej rozpowszechnioną formą legitymacji władzy są oczywiście wolne wybory, co łączy się z przekonaniem, że źródłem władzy jest naród, a więc rzeczywisty suweren. Wybory powinny być przeprowadzone na podstawie demokratycznej ordynacji wyborczej, z uwzględnieniem czynnego i biernego prawa wyborczego wszystkich obywateli (a nie partii politycznych). W demokratycznej Polsce z tą legitymizacją jest trochę inaczej.

Zgodzimy się z tym, że każda konstytucja jest aktem posiadającym najwyższą moc prawną. Jako tzw. ustawa zasadnicza stoi ponad innymi ustawami – stanowi prawo praw i obowiązków, w sensie nadrzędności w stosunku do wszelkich ustaw i zarządzeń, bez odwoływania się do nich. Przyjrzyjmy się jednak na przykład rozdziałowi VII Konstytucji RP pt. „Samorząd terytorialny”, aby stwierdzić, że ta nadrzędna rola ustawy zasadniczej w sprawach dotyczących jednostek samorządowych w Polsce stoi pod dużym znakiem zapytania.

W wymienionym rozdziale VII, składającym się z 10 artykułów, występuje 10 odwołań do ustawy, a więc aktu prawnego ustalanego przez parlament i mającego niższą rangę i niższą moc prawną aniżeli zapisy konstytucyjne.

Tak więc Konstytucja powołuje się na ustawy, które – jak powszechnie wiadomo – można uchwalać i zmieniać w aktualnym parlamencie praktycznie dowolnie. Notabene, posłowie minionej kadencji uchwalili ich już kilkaset. Już sam ten fakt świadczy o koniecznej potrzebie zmiany i uaktualnienia Konstytucji.

Paradoksem polskiego parlamentu jest jednak to, że dominują w nim ustabilizowane siły partyjne, które nie są zainteresowane w szczególny sposób nowelizacją Konstytucji, a już na pewno nie zmianą art. 7, który legitymizuje wszelkie ich poczynania. Sejm jako najwyższy organ władzy publicznej działa na podstawie i w granicach prawa, a więc w granicach ustaw, które sam uchwala. (…)

Tak więc ustawy górują nad Konstytucją, a nad ustawami góruje partyjny parlament, który działa w imię art. 7 Konstytucji. Posłowie nie muszą się zbyt troszczyć o swój byt w najwyższym organie władzy państwowej, bowiem sprzyja im ordynacja wyborcza, która jest dla nich bardzo praktyczna, a jednocześnie jest zasadniczą ustrojową wadą polskiego państwa.

Ordynacja ta, pielęgnowana na rzecz elit politycznych, odbiera bowiem obywatelom bierne prawo wyborcze, czynne prawo wyborcze zaś stało się fikcją, gdyż obywatele wybierają, ale tylko spośród kandydatów już wybranych wcześniej – przez partyjne kierownictwa. Konkretnie chodzi tu o głosowanie na tzw. partyjne listy wyborcze.

Tak właśnie funkcjonuje system, który nazywam polską semidemokracją, zdominowaną z jednej strony próbami wprowadzenia elementów w pełni demokratycznych, a z drugiej strony – sposobem rządzenia kontrolowanym przez elity polityczno-partyjne, które – cokolwiek by zrobiły – zawsze mogą się powołać na art. 7 polskiej ustawy zasadniczej, mającej ponoć stać ponad innymi ustawami.

Prof. Mirosław Matyja jest dyrektorem Zakładu Kultury Politycznej i Badań nad Demokracją w Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie (PUNO) w Londynie.Prof. Mirosław Matyja jest dyrektorem Zakładu Kultury Politycznej i Badań nad Demokracją w Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie (PUNO) w Londynie.

Cały artykuł Mirosława Matyi pt. „Do kogo należy władza w Polsce?” można przeczytać na s. 2 listopadowego „Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 19 grudnia.

Artykuł Mirosława Matyi pt. „Do kogo należy władza w Polsce?” na s. 2 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 65/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Pisowska szarańcza, wbrew nadziejom PO, rozpełzła się po całej Polsce / Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” 65/2019

Niestety tryumf liberałów i lewicy laickiej nad kryjącymi się po kruchtach katofaszystami w Poznaniu jest bezapelacyjny, mimo że katolicyzm jest ważną częścią naszej tożsamości narodowej.

Twierdza Jasnogród

Jan Martini

Wbrew nadziejom Grzegorza Schetyny połączone siły „Europejczyków” i „Euroazjatów” nie zdołały strząsnąć „pisowskiej szarańczy”. Przeciwnie, „szarańcza” się rozpełzła po całej Polsce, kolonizując także jej zachodnią i północną część. Pozostały jedynie jasne wyspy ze wszystkich stron otoczone „jesienią średniowiecza” (R. Biedroń) czy tłumem żądnych zemsty „potomków fornali” (J. Stuhr).

Wśród tych wysp jaśnieje największym blaskiem Poznań – niczym Festung Posen w padłej właśnie Wielkopolsce (52% głosujących na PiS). Na Koalicję Obywatelską PO oddano w Poznaniu 45,38% głosów i jest to wynik najwyższy w Polsce – przebijający nawet trójmiejską „małą Sycylię”.

Także powiat poznański w skali kraju jest liderem postępowości (czy postkomunizmu?), choć już 2 gminy są zdobyte przez PiS – akurat te, w których nie budują sobie podmiejskich rezydencji mieszkańcy Poznania. No i z tego miasta pochodzi najwspanialszy wykwit polskiej lewicowości – europosła doktora Spurek Sylwia (Spurka?).

Na dziesięciu posłów z Poznania tylko trzech reprezentuje partię rządzącą i jest to wynik dokładnie taki sam, jak w poprzednich wyborach. Świadczy to o stałości poglądów politycznych obecnych mieszkańców Poznania, którzy „nie dali się kupić” i okazali się odporni na wszelkie rozdawnictwo i kiełbasę wyborczą. Kandydaci strony postępowej mieli zagwarantowane zwycięstwo – praktycznie nie musząc prowadzić kampanii wyborczej.

Dlatego Jaśkowiak Joanna – która została osobą publiczną nie tylko ze względu na zbieżność nazwisk ze swoim byłym mężem, prezydentem miasta, ale również dzięki publicznemu używaniu słów powszechnie uznanych za wulgarne – otrzymała aż 67 822 głosów, miażdżąco pokonując kandydatkę Zjednoczonej Prawicy – Emilewicz Jadwigę (43 958 głosów).

Tryumf liberałów i lewicy laickiej nad kryjącymi się po kruchtach katofaszystami w Poznaniu jest bezapelacyjny, mimo że katolicyzm jest ważną częścią naszej tożsamości narodowej, a sporo Polaków jest przywiązanych do chrześcijaństwa i zachodniej cywilizacji. Ten fakt jest stałym powodem troski świata o Polskę, troski naprawdę poważnej, skoro zdecydowano się przeznaczyć na ten cel sumy, za które można by nakarmić miliony dzieci w Afryce. Dlatego w kraju – podobnie jak w całej Europie – toczy się wojna ideologiczna, a żołnierzami tej wojny są rzesze stypendystów Sorosa i beneficjentów rozmaitych grantów (na Węgrzech zwie się ich huzarami Sorosa). Na Polskę rzucono armię 30 tys. seksedukatorów. Istotę tej wojny można określić w dwóch zdaniach: Finansowo zmotywowani aktywiści propagują szerokie stosowanie narządów płciowych w celach rozrywkowych (często w sposób niezgodny z ich przeznaczeniem), rzekomo w trosce o zdrowie i dobrostan obywateli. Faktycznym zaś celem jest walka z chrześcijaństwem.

Skutki tej walki odczuwamy w Poznaniu wyjątkowo wyraźnie – jej efektem jest np. niemożność odbudowania Pomnika Wdzięczności. Pomnik – wotum za odzyskanie niepodległości – został zburzony przez Niemców natychmiast po zakończeniu działań wojennych we wrześniu 1939 roku. Nie został odbudowany w PRL, bo komunistom przeszkadzała centralna postać pomnika – monumentalna figura Chrystusa Króla. Niechęć obecnych elit do „obiektów kultu” jest równie głęboka. Ludzie powołujący 10 lat temu społeczny komitet mieli zamiar odbudować pomnik na stulecie odzyskania niepodległości (2018) i nikt wówczas nie spodziewał się, że będzie to „mission impossible”.

Często spotykamy się z pytaniem „gdzie się podział endecki, katolicki Poznań”? Wbrew pozorom procent Poznaniaków w Poznaniakach wcale nie jest duży – mieszkańcy zostali w czasie wojny wysiedleni, po wojnie nie wszyscy wrócili, a w mieście pojawiło się sporo ludności napływowej.

11 lat po wojnie – w 1956 roku – spadł na miasto kolejny cios, którego skutki widoczne są do dziś choćby w wynikach wyborów. Uczestnicy tzw. wypadków poznańskich wprawdzie nie zostali wymordowani (jak powstańcy Budapesztu), ale byli gnębieni aż do lat siedemdziesiątych, nie mając szans na studia czy normalną pracę. Aby zapewnić kontrolę nad niepokornym miastem, powiększono kadry Urzędu Bezpieczeństwa do 900 etatów. Funkcjonariusze ci, ciesząc się względnym dobrobytem, byli w stanie zapewnić lepszy start swoim – resortowym – dzieciom, z których wywodzą się w dużej mierze obecne elity miasta (także finansowe). To dlatego „europejczycy polskojęzyczni” opanowali świat kultury, administracji, mediów, uczelni czy sądownictwa w Poznaniu. Są wśród nich także odnoszący sukcesy przedsiębiorcy. Nie przypadkiem podpoznańskie gminy Tarnowo Podgórne czy Suchy Las należą do najbogatszych w Polsce, a ich wyjątkowo zmotywowani mieszkańcy zjawili się niemal w całości w lokalach wyborczych, zapewniając druzgocącą klęskę kandydatom PiS.

Kto wygrał, kto przegrał?

Wygrała niewątpliwie Państwowa Komisja Wyborcza, która nadzwyczaj sprawnie policzyła głosy, mimo braku szkolenia w Moskwie (a może właśnie dlatego). Pewnie dziś mało kto pamięta, że poprzednia komisja odbyła sympozjum naukowe (?) z moskiewskimi kolegami, gdzie, być może, zaliczyła kurs liczenia głosów.

Wygrał też „antypis”, choć nie było to zwycięstwo miażdżące. Nawet jeśli wiodąca formacja tego ugrupowania straciła sporo głosów, jest to fakt bez znaczenia. Jej lider właściwie wypełnił swoje zadania i zostanie w nagrodę przesunięty do Brukseli lub do biznesu. Na jego miejsce pojawi się kilku innych. Formacja, której przewodził, może zostać rozwiązana (jeśli się uzna, że „wyczerpała swoją formułę”), a elektorat płynnie przejdzie do innej „odmiany alotropowej antypisu”. Taką operację już przerabialiśmy przy przemianie Unii Wolności w PO (przy okazji pozbyto się garbu licznych solidarnościowców w Unii).

O powodzeniu może mówić PiS, bo zdołał utrzymać się przy władzy, mimo ogromnej przewagi medialnej przeciwników. Jednak możliwości kontynuowania reform będą ograniczone.

Obejmując władzę w 2015 roku, PiS spotkał się z zarzutem, że nie ma moralnego prawa do rządzenia, bo popiera go mniej niż 20% Polaków. Ponadto wszyscy wiedzieli, że „PiS nie zna się na gospodarce”. Na wieść o zwycięstwie „populistów” część celebrytów i biznesmenów zapowiedziała, że opuści tenkraj. Niestety wyjechał bodajże tylko jeden – w dodatku zbankrutowany.

Zjednoczonej prawicy przyszło rządzić we wrogim otoczeniu międzynarodowym i medialnym, mając skromny zakres suwerenności, bardzo silną (także materialnie) opozycję i ograniczone możliwości komunikowania się ze społeczeństwem. Partia Kaczyńskiego mogła liczyć tylko na niezbyt liczny i dość ubogi elektorat patriotyczny, a jedynym narzędziem, jakim dysponowała, by przekonać wyborców, było „rozdawnictwo”. O zakresie naszej zdolności do podejmowania samodzielnych decyzji najlepiej świadczył fakt, że niektóre ustawy musieliśmy konsultować z czynnikami zewnętrznymi, a np. prezydent Macron mógł nakazać dymisję ministra Szyszki…

W tej sytuacji osiągnięcia formacji rządzącej w minionym czteroleciu jawią się jako prawdziwy cud nad Wisłą, a umiarkowany, zaledwie 6-procentowy przyrost elektoratu można uznać za czarną niewdzięczność wyborców. Nawet niechętny rządzącej partii (czyli „obiektywny”) Klub Jagielloński wydał opinię: „Bardzo wysoki wzrost gospodarczy, który w dużej mierze wynikał z przyczyn niezależnych od rządu, sprawił, że PiS dostał bardzo silny wiatr w żagle. Rosły wynagrodzenia i spadało bezrobocie, co zaowocowało wzrostem poziomu satysfakcji i optymizmu Polaków do rekordowego poziomu. Najważniejszą konsekwencją był wzrost dochodów do budżetu, umożliwiający wdrożenie programów socjalnych na skalę niespotykaną w dziejach III RP”.

Kaczyński chyba w cichości liczył na większość konstytucyjną, która umożliwiłaby prawdziwą reformę państwa. Niestety – szansa na to została odsunięta poza dający się przewidzieć horyzont czasowy. Taka okazja zresztą może się już w ogóle nie powtórzyć.

Napisana przez komunistów konstytucja z 1997 roku, której niewspółmiernie duża część poświęcona jest sądownictwu, obdarzyła sędziów wielkim zakresem władzy (i brakiem odpowiedzialności), faktycznie czyniąc władzę sądowniczą najważniejszą z władz. „Nadzwyczajna kasta” miała gwarantować neokolonialny status państwa i być strażnikiem interesów postkomunistów. Możemy się tylko bezsilnie przyglądać anarchizacji państwa przez „sądokrację”. Pamiętamy, jak pewna emerytka wzywała premiera „na dywanik” i stawiała mu „warunki graniczne”. Faktycznej dwuwładzy się nie pozbędziemy – musimy pozostać przy państwie z dykty i paździerza.

A więc – przegrała Polska, choć nie była to przegrana miażdżąca. Agentury odetchnęły z ulgą. „Nie będzie Budapesztu w Warszawie”. Przegrali także konserwatywno-niepodległościowi publicyści. Ich wołanie na puszczy ze szpalt niszowych periodyków i portali internetowych nikogo nie przekonało – widocznie „nie mieli zasięgu”.

O frekwencji niezbyt optymistycznie

Wysoka frekwencja w ostatnich wyborach – niemal 62% – dała zwycięskiej partii silny mandat do rządzenia. Skłoniła też ekspertów do opinii, że „Polacy dorastają do demokracji”. Osobiście uważam, że frekwencję napędził smutny fakt głębokiej polaryzacji społeczeństwa. Obie strony były zmotywowane, ale „antypis” chyba bardziej, o czym świadczą rekordy frekwencyjne w niektórych dzielnicach najbardziej „czerwonych” miast. Wszyscy wyczerpali już wszelkie rezerwy – skończyła się możliwość dalszego pozyskiwania wyborców przez transfery socjalne dla partii rządzącej, a „antypis” – dzieląc się na fragmenty – wykorzystał wszystkie segmenty elektoratu niechętnego dobrej zmianie. Wydaje się, że nie ma już wyborców niezdecydowanych. Nawet niezwykle sprawna rządowa akcja ratowania Wisły przed katastrofą ekologiczną nie wpłynęła na preferencje wyborców.

Najwięcej niechętnych rządzącej partii zamieszkuje miasta, co publicyści głównego nurtu tłumaczą lepszym wykształceniem elektoratu miejskiego. Wprawdzie na tę partię głosują wszyscy celebryci, ale jak wytłumaczyć fakt, że niemal 100 procent więźniów głosuje na Platformę, a połowa żelaznego elektoratu PO ma tylko podstawowe wykształcenie?

Autorami sukcesu rynkowego „czerwonych chadeków” są media, które zdołały przekonać mniej rozgarniętych ludzi, że „wszyscy rozumni głosują na Platformę”. Któż z nas nie chce być rozumnym, dawać odpór mrocznym siłom ciemnogrodu, być heroldem postępu i tolerancji?

Warto sobie uświadomić, że miasta – zwłaszcza średnie i duże – zamieszkuje ogromna rzesza ludzi związana z SB, UB, WSW, WSI, ORMO, ZOMO, ROMO, LWP (Ludowe Wojsko Polskie) i tym podobnymi organizacjami. Ilość takich ludzi w Warszawie prof. Wieczorkiewicz szacował na 400 tysięcy, a oni nigdy, przenigdy nie zagłosują na partię niepodległościowo-konserwatywną. To o tych ludziach myślał Jarosław Kaczyński, wspominając o „Polakach gorszego sortu” z uwagi na ich nikłe przywiązanie do polskich kodów kulturowych.

Inną grupą mieszczan (częściowo pokrywającą się z poprzednią) są potomkowie kilkudziesięciu tysięcy Rosjan oddelegowanych po wojnie do „pełnienia obowiązków Polaka” (tzw. POP). Ich wnuki, mówiące już bez akcentu, z pewnością są dobrze umocowane w strukturach społecznych i politycznych kraju i nietrudno przewidzieć ich preferencje wyborcze. O nich wspomniał ambasador Kaszlew („w Polsce mamy wielu zaufanych przyjaciół”), gdy gen. Kiszczak i premier Mazowiecki złożyli mu wizytę kurtuazyjną. Sam Kiszczak został pochowany na cmentarzu prawosławnym („w grobowcu rodzinnym” – jak podano), co trochę tłumaczy jego drogę życiową. Wschodząca gwiazda „chadecji”, posłanka Jachira, podczas jednego ze swoich wygłupów („W imię Ojca i Syna, i brata bliźniaka”) żegnała się w sposób prawosławny. Wprawdzie z kręgu tej kultury pochodzi rzesza ludzi mających piękny wkład do naszej wspólnoty, ale czy pani Jachira znajdzie się wśród nich?

Na wynik wyborczy PiS w miastach mógł wpłynąć też fakt, że partią mieszczańską stał się „ludowy” fragment „antypisu” – 2/3 głosujących na peeselowską Koalicję Polską to mieszkańcy miast.

Taka dziwaczna migracja ludowców do miast występuje chyba w całej Europie, bo niebawem najwybitniejszym ludowcem europejskim ma szansę stać się Donald Tusk jako lider EPP. Inny świeży ludowiec – Kukiz – już nie walczy z partyjniactwem, gdyż został dokooptowany do jego jądra.

Trudno powiedzieć, czy obecność kukizowców pozytywnie wpłynie na oblicze (i działania) PSL, czy raczej niegdysiejsi antysystemowcy roztopią się w środowisku zielonych postkomunistów.

Wprawdzie ludowiec już nie pełni z urzędu funkcji przewodniczącego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, ale w ostatnim ćwierćwieczu właśnie funkcjonariuszom tej partii powierzano główne godzące w interes Polaków zadania – bardzo niekorzystne umowy energetyczne z Rosją (Pohl, Pawlak), „urealnienie” wieku emerytalnego i przejęcie 150 mld funduszy z OFE (Kosiniak-Kamysz). Nawiasem mówiąc – przy okazji tej ostatniej operacji gdzieś się zawieruszyło 19 mln…

Konfederacja – szansa czy zagrożenie?

Z doświadczeń węgierskich wiadomo, że tylko koalicja umożliwia zmianę konstytucji i głębokie reformy państwa. Śp. Kornel Morawiecki o tym wiedział i próbował powołać partię Wolni i Solidarni jako potencjalnego koalicjanta. Również z powstaniem Konfederacji wiązano nadzieję na możliwą koalicję, ale dla PiS byłoby to wystawienie się na zarzuty faszyzmu i antysemityzmu, na co przy obecnej, słabej pozycji międzynarodowej Polski nie można sobie pozwolić. Konfederaci wiedzieli, że nie przejmą elektoratu postkomunistycznego, a głosy mogą pozyskać tylko od zniechęconych pisowców, więc ich ataki na rządzących przewyższały retorykę „totalnych”. Na szczęście dysponenci „antypisu” dość późno na to wpadli, udostępniając konfederatom swoje pisma i telewizje dopiero na końcówkę kampanii wyborczej. Wtedy całkiem realna stała się wizja „rządu ratunku narodowego”, powołanego przez koalicję wszystkich partii opozycyjnych z Konfederacją jako czwartym elementem „antypisu”! Naprawdę niewiele brakowało, by te pięć głosów przewagi PiS otrzymały partie opozycyjne – i mielibyśmy najbardziej egzotyczny rząd koalicyjny na świecie.

Głosujący na Konfederację podjęli wielkie ryzyko, z którego prawdopodobnie nie zdawali sobie sprawy. Trudno sobie nawet wyobrazić bałagan związany z cofaniem wszystkich dotychczasowych reform, a perspektywą mogło też być rozbicie dzielnicowe kraju pod hasłem „autonomia jako najwyższa forma samorządności”.

PiS wprawdzie pozyskał ponad 2 mln nowych wyborców, ale nie wiemy, ilu stracił. Odpłynęli przedsiębiorcy, przerażeni perspektywą płacy minimalnej; „samozatrudnieni” obawiający się Testu Przedsiębiorcy; ale przede wszystkim najbardziej ideowa część wyborców PiS, zniechęcona indolencją, brakiem asertywności i zdecydowania w działaniach rządzących. Jednak Kaczyński wie, że rosyjska wojna hybrydowa polega na generowaniu konfliktów i napięć społecznych, dlatego stara się „schodzić z linii strzału” i unika ostrych starć ideologicznych. Z tych powodów mamy najdelikatniejszą policję świata i ta taktyka chyba się sprawdza. Bo „jasnogród” zionie żądzą zemsty („Wyczyścimy wymiar sprawiedliwości ze wszystkich ludzi, którzy sprzedali się tej władzy” – B. Budka), a jego ludziom obce jest z pewnością chrześcijańskie poczucie miłosierdzia. Listy proskrypcyjne już są gotowe. Nie do pozazdroszczenia byłby los wszystkich, których uznano by za „sługusów pisowskiego reżimu” – urzędników państwowych i samorządowych, sędziów nie utożsamiających się z „kastą”, nauczycieli-„łamistrajków”, którzy pozostali z młodzieżą. Można sobie wyobrazić ścieżkę kariery konserwatywnych dziennikarzy jako pracowników Ubera rozwożących pizzę… Taką operację już przerabialiśmy w stanie wojennym – czystki w sądach i na uczelniach, „weryfikacja” dziennikarzy, brak możliwości awansu dla członków Solidarności. Mało kto sobie zdaje sprawę, że sądy i uczelnie są obecnie bardziej lewicowo-postępowe niż za czasów późnego PRL – właśnie z powodu usunięcia z tych instytucji rzeszy solidarnościowców.

Są ludzie wiążący pewne nadzieje z obecnością Konfederacji w Sejmie. Czy jej posłowie będą „strażnikami idei”, nie dopuszczą, by PiS pobłądził, i ochronią kraj przed zbytnim wpływem lobby żydowskiego?

Z kolei pisowcy obawiają się dość ciepłych uczuć konfederatów do pana prezydenta Putina jako obrońcy chrześcijaństwa. Wprawdzie G. Braun postarał się o oficjalne pismo stwierdzające, że nie jest agentem rosyjskim, ale występując przeciw obecności wojsk amerykańskich w Polsce, może stać się (już jest?) klasycznym „gównojadem” – jak czekiści nazywali zachodnich intelektualistów, którzy świadczyli usługi sowietom jako agenci wpływu, nie wymagając wynagrodzenia.

Dziś mamy poczucie wyjątkowości zmian odczuwalnych jako krok w kierunku odzyskiwania podmiotowości po 45 latach komunizmu i 25 postkomunizmu. Obecnie znacznie większy procent kapitału wypracowanego przez Polaków pozostaje w kraju, a nie wypływa jako „krysza” czy trybut dla patronów zewnętrznych. Międzynarodowe, kosmopolityczne mafie nie mogą już okradać nas tak bezczelnie. Przez 25 lat postkomunizmu podlegaliśmy postkolonialnej eksploatacji, czego jedynym dobrym skutkiem był fakt, że nie obrośliśmy tłuszczem i nie zgnuśnieliśmy. Pozbawieni terenów łowieckich postkolonialiści nie pogodzą się ze stratą żerowisk i będą wspierać „antypis” z wielką determinacją, aż do skutku. Nie liczmy na to, że im się znudzi.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Twierdza Jasnogród” można przeczytać na s. 1 i 2 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 19 grudnia.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Twierdza Jasnogród” na s. 1 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Obóz Dobrej Zmiany uzyskał większość sejmową. Możemy oczekiwać więcej sprawiedliwości w ramach obowiązującego modelu

Ale czekają nas cztery lata mordęgi. Urozmaicane co jakiś czas lansowaniem się posłów Konfederacji, wrzaskami rzekomo obdzieranych ze skóry posłów KO i kabaretowymi występami mojej ulubienicy Jachiry.

Jan A. Kowalski

Takie wnioski można wyciągnąć po pierwszych i drugich reakcjach liderów poszczególnych partii na wyniki październikowych wyborów do parlamentu. Nie poczuwając się do dyscypliny partyjnej, zastanówmy się, co to oznacza dla Polski na kolejne cztery lata. Czy mamy się aby na pewno z czego cieszyć.

Zacznijmy od oczekiwań minimalistycznych. Udało się! Obóz Dobrej Zmiany uzyskał większość sejmową wystarczającą do kontynuowania samodzielnych rządów. I na tym skończmy swoje świętowanie. Oznacza to jedynie dalsze szamotanie się w rzeczywistości Rzeczypospolitej III i pół, bez możliwości przeprowadzenia gruntownej naprawy państwa.

Jego organizacji i sposobu funkcjonowania. Możemy zatem oczekiwać więcej sprawiedliwości w ramach formalnie obowiązującego po okrągłym stole modelu.

Dobre i to. Bo co to oznacza dla mnie, przedsiębiorcy? Ano to, że wezwanie lub kontrola urzędu skarbowego nie zakończy się mandatem lub grzywną. Przebrnąłem przez jedną taką długą kontrolę pod koniec 1. kadencji i nie zostałem ukarany, co stałoby się niechybnie za poprzedniej władzy. Nielichy to sukces. Jednak ta kontrola, łącznie z korektami niemającymi najmniejszego wpływu na wysokość podatku, w ogóle nie powinna się ciągnąć przez sześć miesięcy. Pomimo jej optymistycznego zakończenia decyzją o nieukaraniu mnie trzy miesiące później. Nienałożenie kary finansowej to oczywisty plus, ale czasu straconego nikt mi nie odda.

Niech powyższy akapit uzmysłowi nam wszystkim stan polskiego państwa. Odrobinę generalizując, tak właśnie wygląda całościowa reforma państwa polskiego, jaka się dokonała w trakcie minionej, czteroletniej kadencji obozu Dobrej Zmiany. Nie zamierzam tej zmiany nie zauważać lub ją lekceważyć, o nie! Jednak dla odbudowy silnego i sprawnego państwa, w którym naród polski miałby zapewnione optymalne warunki do rozwoju, to trochę mało. Bez zmian strukturalnych nie staniemy się samodzielną siłą w polityce światowej, a nasz naród dalej będzie narodem żebraków lub bogaczy na kredyt (zachodni lub wschodni).

Trochę na wyrost (i kierując się sondażami) spodziewałem się wyższego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości. Takiego na poziomie 50%. I trochę wyższego wyniku PSL (z Kukizem) i Konfederacji. Dopiero to pozwoliłoby przymierzyć się do zmiany obecnej konstytucji, która utrwala bałagan w naszym państwie. Po to przecież, w zdominowanej chwilowo przez postkomunę polityce, została przyjęta. Posiadając najwyższą władzę w postaci sędziów – swoich zaufanych ludzi i agentów – można było samemu bezkarnie kręcić lody. I okradać nas wszystkich z najmniejszej szansy na rozwój. A jak się nie podoba, to wypad… to znaczy wyjazd. Dlatego dwa i pół miliona z nas wyjechało.

Prawo i Sprawiedliwość dostało mniejsze niż zakładane poparcie, bo przegrzało całą kampanię. Przedstawiło cudowny raj socjalny, w który nawet najmniej zarabiający nie potrafili uwierzyć. I skutecznie wystraszyło przedsiębiorców i wysokiej klasy specjalistów odebraniem im części zarobionych pieniędzy.

I nie ma znaczenia, jak to fachowo nazwiemy. Ani przez chwilę natomiast nie zaprezentowało całościowej wizji naprawy państwa. Zatem nawet tego, co przedstawiło w kampanii roku 2015.

Bardzo chciałem tej drugiej samodzielnej kadencji Prawa i Sprawiedliwości z prostego powodu, o którym pewnie już parę razy wspominałem. Dzieci Kiszczaka, odcięte przez kolejne cztery lata od kręcenia lodów pod przykrywką państwa, już nie przeżyją. Do utrzymania wpływów i struktur potrzeba naprawdę dużych pieniędzy. I nawet swoi sędziowie nie wystarczą. Naturalny zanik tej grupy wpływu bardzo potrzebny jest całej scenie politycznej, a Polsce najbardziej.

Miałem nadzieję na wyższe zwycięstwo obozu Dobrej Zmiany. Zwycięstwo konstytucyjne, po dodaniu niesocjalistycznych patriotów. Takie zwycięstwo, które pozwoliłoby wyzwolić Polskę z pęt narzuconych przez układ Okrągłego Stołu i komuszą konstytucję. Z systemowych ograniczeń rozwoju.

Tak się jednak nie stało, dlatego czekają nas cztery lata bezproduktywnej mordęgi. Urozmaicane co jakiś czas lansowaniem się posłów Konfederacji, wrzaskami rzekomo obdzieranych ze skóry posłów KO i kabaretowymi występami mojej ulubienicy Jachiry. Czy będą równie atrakcyjne jak występy minionej gwiazdy włoskiego parlamentu, Ciccioliny? Czas pokaże.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Wszyscy wygrali, ale PiS najmniej” można przeczytać na s. 2 listopadowego „Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 19 grudnia.

Artykuł Jana Kowalskiego pt. „Wszyscy wygrali, ale PiS najmniej” na s. 2 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 65/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dziś odbędą się pierwsze obrady nowej kadencji Sejmu i Senatu [AKTUALIZACJA]

Łukasz Jankowski omawia kształt Sejmu IX kadencji, Senatu X kadencji oraz zapowiada, czego możemy spodziewać się po dzisiejszym dniu inaugurującym nowe kadencje.

 

Łukasz Jankowski prosto z parlamentu mówi o reorganizacji Sejmu i przygotowywaniach do pierwszego posiedzenia Sejmu IX kadencji, które odbędzie się o godzinie 12:00:

Z kolei o 16:00 odbędzie się pierwsze posiedzenie X kadencji Senatu. Na obu wydarzeniach będzie prezydent Andrzej Duda, gdzie zabierze głos.

Nasz redaktor zastanawia się, czego możemy spodziewać się po dzisiejszym dniu:

W samo południe Marszałem Senior Antoni Macierewicz otworzy pierwsze posiedzenie […] inauguracyjne przemówienie wygłosi prezydent Andrzej Duda, następnie marszałek senior odda hołd św. Janowi Pawłowi II, parlamentarzystom II RP poległym w trakcie II wojny światowej, śp. Lechowi Kaczyńskiemu, marszałkowi śp. Maciejowi Płażyńskiemu oraz posłom i senatorom którzy zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem.

Następnie po wznowieniu posiedzenia sejmu i przemówieniach dojdzie do wyboru marszałka:

Jeśli chodzi o izbę niższą, to tu nie ma żadnych wątpliwości. Marszałkiem zostanie Elżbieta Witek. […] Następnie wybór całego prezydium.

Jak przypomina Łukasz Jankowski, w sejmie zasiądzie 176 debiutantów na 460 posłów. Kobiety w nowej kadencji będą stanowić poniżej 30% składu poselskiego:

Ciekawiej będzie w senacie, gdyż do tej pory nie wiemy, kto zostanie marszałkiem, wszystko okaże się o 16 i będzie to bardzo emocjonalne głosowanie.

Co do kształtu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, to dowiemy się najpóźniej 19 listopada. Na ten dzień zapowiedziane jest exposé premiera Mateusza Morawieckiego:

Na pewno kancelarią będzie kierował minister Michał Dworczyk.

A.M.K.

Inwestowanie w ludzi się opłaca. Ta wiara poprowadziła nas do małego, ale jednak cudu gospodarczego ostatnich 4 lat

Przestrogi związane z upadkiem małych i średnich przedsiębiorstw po podwyższeniu płacy minimalnej to syreni śpiew tych, którzy myślą, że Polska może tylko być zapleczem taniej siły roboczej w Europie.

Jadwiga Chmielowska, Mateusz Morawiecki

Ludzie związani z PO, jak np. Jerzy Buzek, niszczyli nawet nowe, wydajne kopalnie. Czy Pański rząd będzie przeciwdziałał importowi węgla z Rosji i dążył do zwiększenia wydobycia naszego?

Można powiedzieć, że konieczność importu rosyjskiego węgla to jest pułapka, którą zastawili na nas politycy niezdolni do odpowiedzialnej restrukturyzacji polskiego górnictwa. Kiedy dziś słyszę hasła naszych konkurentów politycznych o planach całkowitej likwidacji węgla w polskim miksie energetycznym w perspektywie 10–15 lat, to zadaję sobie pytanie, co ma być paliwem dla polskiej gospodarki po takim wstrząsie. Drewno? Słońce, wiatr? Bądźmy poważni. My rozpatrujemy ten problem z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Trzeba jasno powiedzieć: to nie rząd, lecz prywatne spółki importują węgiel z Rosji. Ale to na barkach rządu spoczywa odpowiedzialność za rozwiązanie tej sytuacji i my tej odpowiedzialności nie unikamy.

Odpowiedzią jest oczywiście konsekwentna i sprawiedliwa transformacja energetyczna, a więc strategia rozpisana na dekady. To strategia, która zabezpiecza interesy Polski i Śląska, i o którą z takim trudem walczyliśmy na forum europejskim. Realizacja tego planu pozwoli nam z jednej strony na ograniczenie importu węgla, z drugiej – na efektywne wykorzystanie rodzimych zasobów surowca, z trzeciej wreszcie – na włączanie w coraz większym stopniu do miksu energetycznego odnawialnych źródeł energii, w tym farm wiatrowych na morzu. Gwałtowne odejście od węgla wydaje się pewnie najprostszym rozwiązaniem, ale jest to też rozwiązanie najgorsze. Dlatego w naszej strategii zapisaliśmy, że do 2030 roku ok. 60% energii w Polsce będzie pochodzić z węgla. Strategia transformacyjna, jaką przyjęliśmy, jest zdecydowanie trudniejsza, ale nie ma innej drogi do zabezpieczenia interesów polskiej gospodarki i polskich pracowników. Przymierzamy się też do implementacji w Polsce energetyki jądrowej.

Kopalnia „Krupiński” została zamknięta pomimo olbrzymich pokładów węgla koksującego, który nie wchodzi w pakiet klimatyczny, nie jest objęty limitami wydobycia. Zapewne Pan wie, że przy notyfikacji pomocy publicznej w celu likwidacji mocy wydobywczych przemysłu węglowego w Polsce, nie poinformowano KE, że KWK „Krupiński” posiada bardzo bogate złoża węgla koksującego o wartości przeszło 40 mld zł, węgla, który podlega ochronie prawnej ze względu na jego umieszczenie na liście minerałów strategicznych UE?

To dla mnie wręcz niewyobrażalne, w jaki sposób można zmarnować taki potencjał. Ale faktem jest, że w latach 2007–2015, a więc w czasie rządów naszych poprzedników, kopalnia „Krupiński” przyniosła aż 8,2 mld zł strat.

Wobec takiej zapaści byliśmy niemal bezradni, a jednak dziś mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że dzięki naszej pracy dla „Krupińskiego” pojawiło się światełko w tunelu. Już teraz nakładem 50 mln zł stare budynki przechodzą proces modernizacji, a obok nich powstają nowe hale produkcyjne. Niebawem w Suszcu, gdzie zlokalizowana jest KWK „Krupiński”, ruszy produkcja maszyn dla przemysłu górniczego. Plany uwzględniają również powstanie fabryki ogniw wodorowych stosowanych w elektromobilności, a produkty uboczne procesu koksowniczego będą przetwarzane na włókna węglowe. To zapowiedź odrodzenia kopalni w Suszcu i pewien wzór modernizacyjny dla całego Śląska. (…)

Czy Polska będzie się angażować w Jedwabny Szlak w związku z zarzutami w stosunku do Chin wykorzystywania technologii do inwigilowania przestrzeni gospodarczej oraz państw i obywateli? Niebezpieczne jest też uzależnienie gospodarki polskiej od chińskich inwestycji, co już widzimy w innych państwach.

Ostrożność jest tutaj potrzebna, ale przejście obok szans, jakie stwarza współpraca z Chinami, byłoby niewskazane. Nowy Jedwabny Szlak to ogromne przedsięwzięcie i musimy zadbać, by jego realizacja stała się korzystna również dla Polski. Na szlaku handlowym łączącym Chiny i Europę Polska jest pierwszym przystankiem dla chińskiego kapitału i towarów zmierzających do Unii Europejskiej oraz ostatnim w drodze powrotnej. To niepowtarzalna szansa dla Polski na rozwój, zarówno logistyczny, jak i gospodarczy. Już dziś rozwijamy sieć zagranicznych biur handlowych w Chinach, które pomagają naszym eksporterom czynić pierwsze kroki na chińskim rynku. To solidny fundament pod przyszłą współpracę. Ale też stawiamy sprawę jasno naszym chińskim partnerom: musimy zasypywać deficyt handlowy z waszym krajem, bo ten brak nierównowagi ma czasami charakter dyskryminacyjny. Zobaczymy, jaka będzie reakcja. Jednocześnie też bierzemy pod uwagę geopolityczny wymiar tej współpracy i partnerstwo z USA. (…)

Czy tak wysokie podniesienie płacy minimalnej nie spowoduje upadku małych i średnich przedsiębiorstw?

Na tak postawione pytanie mógłbym sam odpowiedzieć pytaniem: a czy wprowadzenie programu 500+ spowodowało katastrofę finansów publicznych, jak wieszczyli nasi konkurenci? Albo, czy wprowadzenie minimalnej stawki za godzinę pracy, co przywróciło godność tysiącom pracowników, doprowadziło do upadku firm, jak straszono?

Te apokaliptyczne przestrogi związane z upadkiem małych i średnich przedsiębiorstw po podwyższeniu płacy minimalnej, to syreni śpiew tych, którzy myślą, że Polskę stać tylko na to, żeby być zapleczem taniej siły roboczej w Europie.

Jeśli dziś zapytać przedsiębiorców o ich największe bolączki, to od razu usłyszymy, że jedną z nich jest niewystarczająca liczba dostępnych na rynku wykwalifikowanych pracowników. Gdzie się podziali? Znaczna część z nich wyemigrowała kilka lat temu za granicę, gdzie firmy za ich umiejętności mogły zapłacić godne pieniądze. Ten prawdziwy drenaż talentów wynikał wprost z dogmatycznego przekonania neoliberałów, że rozwój polskiej gospodarki ma być oparty na taniej sile roboczej. Dziś już dobrze wiemy, że to ścieżka, która prowadzi donikąd, dlatego proponujemy rozwiązania, które wspierają i firmy, i pracowników. By zrozumieć prorozwojowy charakter tych zmian, trzeba je rozpatrywać jako pakiet, a więc łącznie.

Z jednej więc strony mamy niższy ZUS dla przedsiębiorców, objęcie większej grupy przedsiębiorców podatkiem CIT obniżonym do poziomu 9%, a także poszerzenie grupy przedsiębiorców, którzy mogą skorzystać z ryczałtowego rozliczenia podatku PIT. Do tego wszystkiego należy jeszcze doliczyć ponad 1 mld zł na bezpośrednie wsparcie dla przedsiębiorców chcących się rozwijać w obszarze innowacyjności. To wszystko składa się na Pakiet dla przedsiębiorców, który miałem przyjemność ogłosić i podpisać niedawno w Katowicach. I dopiero na tym tle można przyjrzeć się wzrostowi płacy minimalnej jako elementowi komplementarnemu wobec Pakietu dla przedsiębiorców jako dopełnieniu wielkiego planu dla Polski.

A ten plan to nic innego jak zbudowanie polskiego państwa dobrobytu. To państwo, w którym dynamicznie rozwijających się przedsiębiorców po prostu stać na płacenie wysokich pensji dobrze wykwalifikowanym, kompetentnym i coraz bardziej produktywnym pracownikom.

Jeśli miałbym wskazać jeden główny motyw naszego sukcesu gospodarczego, to jest nim wiara w to, że inwestowanie w ludzi się opłaca. I ta wiara poprowadziła nas do małego, ale jednak cudu gospodarczego ostatnich 4 lat.

Czy obniżenie podatku PIT i CIT nie spowoduje zmniejszenia dochodów samorządów?

Myślę, że wystarczy odwołać się do liczb. W roku 2019 do kas samorządów trafi blisko 26 mld zł dochodów własnych więcej w porównaniu do roku 2015, z czego blisko 20 mld będzie pochodzić ze zwiększonych wpływów z PIT i CIT. To oznacza wzrost dochodów samorządowych o ok. 46% z podatku PIT i o 35% z podatku CIT. Nigdy w ciągu 30 lat nie było takich wzrostów przychodów dla samorządów. Proszę zauważyć, że to wszystko dzieje się w sytuacji, w której CIT dla małych i średnich przedsiębiorców już od dawna mamy obniżony z poziomu 19 do 9%. Skąd więc tak wysoki wzrost wpływów samorządów z podatków? Nikogo chyba nie zaskoczę, ale to właśnie efekt naszych działań uszczelniających, które są absolutnym fundamentem naszej polityki gospodarczej.

Udowodniliśmy, że efektywna polityka fiskalna nie ma nic wspólnego ze zwiększaniem obciążeń podatkowych. Kiedy wszyscy płacą podatki uczciwie, nie muszą być one wysokie.

A dobra koniunktura gospodarcza i konsekwentny wzrost płac będą przekładać się w kolejnych latach nawet przy niższych podatkach na wzrost dochodów samorządów. Zatem obalamy kolejny mit podnoszony przez naszych przeciwników, bo wspieramy samorządy jak nikt inny.

Cały wywiad Jadwigi Chmielowskiej z premierem Mateuszem Morawieckim pt. „Inwestujemy w ludzi dla Polski” można przeczytać na s. 1 i 2 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Jadwigi Chmielowskiej z premierem Mateuszem Morawieckim pt. „Inwestujemy w ludzi dla Polski” na s. 1 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Cejrowski: Gdybym na trzy dni został dyktatorem, usunąłbym zbędne przepisy w Polsce, a na koniec skreślił własny urząd

– Po wyborach wszyscy politycy mówią o głosowaniu nad nowymi ustawami. Nikt nie wspomina o ich skreślaniu i upraszczaniu systemu. Jako dyktator zająłbym się tym w trzy dni – mówi Wojciech Cejrowski.

W poniedziałkowej audycji „Studio Dziki Zachód” Wojciech Cejrowski mówi o działaniach, które w czasie kolejnej kadencji powinien podjąć polski rząd i parlament.

Wszyscy mówią o głosowaniu (…) nowych ustaw, o zmianach przepisów (…). Żaden z nich nie wspomniał o skreślaniu ustaw, czym parlament też mógłby – a w naszym przypadku powinien – się zajmować. Upraszczaniem systemu, redukcją systemu (…). Jak jest zbyt skomplikowany, to zbyt wiele rzeczy może się zepsuć.

Podróżnik stwierdza przy tym, że gdyby na trzy dni powierzono mu urząd dyktatora państwa, kupiłby wiadro czerwonych mazaków, którymi kolejno skreślałby niepotrzebne przepisy. Ostatnim z przyborów usunąłby się natomiast ze sprawowanego stanowiska.

Gospodarz „Studio Dziki Zachód” wyjaśnia również, dlaczego pomimo wieloletniego komentowania wydarzeń politycznych sam nie zdecydował się na zostanie politykiem. Jako jedną z przyczyn tego stanu rzeczy wymienia konieczność zaprzestania działalności gospodarczej z momentem objęcia stanowiska państwowego w Polsce.

Moim zdaniem to są niedobre przepisy. Jeżeli wybrali – w Ameryce mamy przykład – Trumpa, wiedząc o tym, że facet ma hotele na całym świecie, to nie każą mu likwidować hotelu w Dubaju, bo pojawia się konflikt interesów. Naród stwierdził przed wyborami, że mu nie przeszkadza ten konflikt interesów. A od naszych polityków wymagamy, żeby (…) sprzedał biznes (…) itd. Absurdalne.

Cejrowski odnosi się także do decyzji Donalda Trumpa, który w sobotę pod wpływem nacisku ze strony Demokratów zrezygnował z organizacji szczytu G-7 w swoim klubie golfowym w Miami na Florydzie. Podróżnik jest zdania, że wybór prywatnych posiadłości na miejsce goszczenia oficjeli jest dobrym pomysłem, ponieważ Biały Dom nie zapewnia gościom tak dobrych warunków.

Wysłuchaj całej audycji już teraz!

A.K.

Dr Targalski: PiS przyjęło strategie wycofania się, ustępowania każdemu i kapitulacji w każdej sprawie

„We wszystkich obozach trwa rywalizacja, gdyż każdy z nich jest pewną koalicją” – powiedział dr Jerzy Targalski komentując wyniki wyborów parlamentarnych.

 

Wybory oznaczają początek walk wewnętrznych w każdym obozie, walk na dwóch poziomach. Każdy obóz składa się z sojuszników-rywali, więc między częściami składowymi. W ramach tych części są jeszcze poszczególne ugrupowania, grupy interesu, a także grupy towarzyskie – mówi gość „Popołudnia WNET”.

Jak twierdzi: Jarosław Kaczyński wszedłby na szczyt, gdyby został premierem. Głosy dla Prawa i Sprawiedliwości to propaganda. Pozycja rządu uległa osłabieniu co spowoduje cyrk w Sejmie i Senacie.

„Podstawą do tego, aby rządzić, jest wola rządzenia. PiS przyjęło strategie wycofywania się, ustępowania każdemu i kapitulacji w każdej sprawie, gdyż doszło do wniosku, że jeżeli będzie ustępował wszystkim we wszystkim, to propaganda się zmniejszy. Jest to błędem podstawowym, bo nawała propagandowa nie zależy od tego, czy ktoś ustępuje, tylko od tego, czy przeciwnik może liczyć na bezkarność” – dodaje.

Początkowo chciano zreformować system panujący w Polsce i dzięki temu zyskać poparcie. Okazało się, że reforma państwa jest trudna i styka się z oporami. Próby reformy nie spotykają się z należytym poparciem, w związku z tym postanowiono zamienić reformę systemu na transfery socjalne. „Dały one większą liczbę głosów, ale nie wzmocniły pozycji PiS-u” – mówi dr Jerzy Targalski.

Dodaje, że PiS zdecydowało się na transfery socjalne zamiast reformy systemu, podkreśla, że partia będzie trwała przy swojej strategii. „Żeby dawać, trzeba mieć z czego” – zaznacza.

Polska dyplomacja się nie zmienia. Problem polega nie tylko na tym, że trzeba być odpowiednio przygotowanym pod względem merytorycznym, trzeba mieć również charakter i pozycję polityczną. Nie można w Polsce dokonać reform ustrojowych bez konfrontacji z Unią Europejską, Niemcami i Brukselą – mówi gość „Popołudnia WNET”.

M.N.

Zasada pomocniczości jest znana od wieków, w systemach prawnych – od niedawna. Czy ma zastosowanie w polskiej polityce?

Siła i wartość zasady subsydiarności w porządkach prawnych państw europejskich związana jest zasadniczo z ich charakterem federalnym. Polskie państwo charakteryzuje się natomiast unitaryzmem.

Mirosław Matyja

Pojęcie subsydiarności nie jest ani jednolite, ani jasne. Dyskurs na ten temat nacechowany jest filozoficzną moralnością, aspektami socjologicznymi i elementami polityczno-prawnymi. Słowo ‘subsydium’ w języku łacińskim oznacza pomoc lub wsparcie, stąd najtrafniejszym tłumaczeniem na język polski zdaje się być „pomocniczość” lub „pomoc w ostateczności”. (…)

Według zasady subsydiarności, pełną odpowiedzialność za sprawy publiczne ponoszą przede wszystkim te organy władzy, które są najbliższe obywatelom. Kompetencje przyznane społecznościom/samorządom lokalnym powinny być w zasadzie całkowite i wyłączne, i mogą zostać zakwestionowane lub ograniczone przez wyższy organ władzy, centralny lub regionalny, jedynie w zakresie przewidzianym prawem. Zadania znajdujące się w gestii danego szczebla władczego winny być realistyczne, to znaczy, że szczebel ten powinien dysponować odpowiednimi środkami organizacyjnymi i finansowymi.

Szczebel wyższy może ingerować w sprawy szczebla niższego tylko w ostateczności – właśnie na zasadzie pomocniczości.

(…) Początki namiastek zasady pomocniczości w Polsce związane są z pierwszą reformą ustrojową, podjętą bezpośrednio po wyborach w 1989 roku. Mam tu na myśli oczywiście reformę samorządową. Kolejne reformy, wprowadzane w Polsce po 1989 roku, służyły upodmiotowieniu społeczeństwa i stopniowemu wdrażaniu zasady pomocniczości w młodej polskiej demokracji. (…)

Problem polega na tym, że siła i wartość zasady subsydiarności w porządkach prawnych państw europejskich związana jest zasadniczo z ich charakterem federalnym. Polskie państwo charakteryzuje się natomiast unitaryzmem, na co z kolei wskazuje art. 3 Konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym”. (…)  Zasada pomocniczości powinna regulować porządek społeczny i polityczny, przyczyniając się do optymalnego podziału kompetencji według wspomnianej reguły: „tyle państwa, na ile to konieczne, i tyle społeczeństwa, na ile to możliwe”. (…)

Ze względu na niejasność i nielogiczność przepisów prawnych dotyczących praktycznego przełożenia zasady pomocniczości na życie społeczno-polityczne w Polsce, niezwykle istotne byłoby więc orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego.

I tu zaczynają się kolejne trudności, związane z wprowadzeniem reform politycznych, w tym subsydiarnego podziału kompetencji w naszym kraju. Choćby tylko ze względu na „niezależny i neutralny status” Trybunału Konstytucyjnego.

Subsydiarność/pomocniczość polega więc na wsparciu niższego szczebla przez szczebel wyższy – ekonomicznie, politycznie i administracyjnie.

W Polsce, jak wiadomo, istnieją trzy szczeble, które powinny być podmiotami subsydiarnego podziału kompetencji władczych: gmina, powiat i administracja państwowa (w tym województwo). Paradoksem jest jednak to, że powiaty i województwa nie są ukonstytuowane w ustawie zasadniczej z 1997 r. Stanowi to kolejną trudność w realizacji idei pomocniczości w naszym kraju. Pośrednie szczeble znajdują się niejako poza konstytucją. Dla przypomnienia: w konstytucji szwajcarskiej występuje konkretny zapis dotyczący kantonów. Jest nim słynny art. 3, na którym opiera się cały szwajcarski federalizm: „Kantony są suwerenne, o ile ich suwerenność nie została ograniczona przez Konstytucję Federalną; wykonują te wszystkie prawa, które nie zostały przekazane Federacji”. Podobny zapis odnoszący się do województw mógłby znaleźć miejsce w przyszłej polskiej konstytucji – i dać województwom funkcję samorządową. Nie chodzi o to, aby zrobić z Polski państwo federacyjne, lecz o umożliwienie poszczególnym szczeblom samorządowym autonomię działania i subsydiarny podział kompetencji – zgodnie z zapisaną w preambule Konstytucji RP zasadą pomocniczości. (…)

Zasada subsydiarności/pomocniczości nie może być jednak w żadnym stopniu absolutyzowana i wykorzystywana jedynie hasłowo, bez jej głębszej analizy. Na pewno nie jest to „zloty środek” na usprawnienie panującego systemu politycznego w naszym kraju, któremu daleko do federalizmu. Wprowadzanie tej zasady powinno być najpierw normatywnie sformułowane w zapisach konstytucyjnych – nie tylko w preambule ustawy zasadniczej – a dopiero potem ostrożnie zastosowane w praktyce.

Nie chodzi przy tym o uwalnianie państwa od jego zobowiązań, lecz o usprawnienie wykonywania zadań publicznych na rzecz współrządzenia państwem przez jego suwerena, czyli społeczeństwo obywatelskie.

Cały artykuł Mirosława Matyi pt. „Zasada pomocniczości w polskiej polityce” znajduje się na s. 16 październikowego „Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Mirosława Matyi pt. „Zasada pomocniczości w polskiej polityce” na s. 16 październikowego „Kuriera WNET”, nr 64/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego