Bankructwo partii, transfery polityczne, oskarżenia o molestowanie – to codzienność francuskiej polityki, gdy prezydenta Macrona odwiedziła Beata Szydło. Jakich pytań nie mógł zadać im Piotr Witt?
Partia Socjalistyczna praktycznie nie istnieje. Jej egzystencję przedłuża się je jedynie po to, żeby mogła spłacić swoje długi. Ma to uczynić po sprzedaży swojej siedziby – kolosalnego pałacu przy ulicy Solferino. O 23 milionach euro, które partia ta wydawała na pensje dla swoich funkcjonariuszy nie ma już mowy. Dlatego uciekli oni pod skrzydła Emmanuela Macrona, który… płaci.
Potężna jeszcze wczoraj, skrajnie lewicowa partia Jean-Luca Mélenchona straciła od wyborów parlamentarnych połowę kibiców. Po oficjalnym wycofaniu się François Fillona z polityki przed dwoma tygodniami, mnożą się ucieczki z partii Republikanów – szczury opuszczają pokład tonącego okrętu i przechodzą na lepsze warunki do… Macrona.
Brutalna walka rozgorzała na szczytach Frontu Narodowego – wyłącznie walka o idee i osoby, gdyż o pieniądzach także nie ma tam już mowy. Société Générale zamknęło konto nie tylko partii, ale też Marine Le Pen. Jednocześnie dwóch polityków FN, mężczyzn, oskarżyło przedwczoraj o – modne obecnie molestowanie seksualne – Floriana Philippota, prawą rękę i stratega Marine Le Pen i jawnego homoseksualistę. Ten opuścił FN zaraz po wyborach prezydenckich. [related id=45780]
Partię Macrona „W Marszu!” nazywa się zbiorowiskiem cynicznych konformistów.
W takim oto pejzażu politycznym doszło w ubiegłym tygodniu do spotkania między prezydentem Emmanuelem Macronem a polską premier Beatą Szydło. Spotkanie rozpoczęło się w pieszczotliwej atmosferze. Emmanuel Macron pocałował Beatę Szydło na powitanie, potem wprowadził ją do Pałacu Elizejskiego, czule obejmując za szyję, a na konferencji dla mediów zwracał się per cher Beata.
Jeżeli z prezydenta nie wyszedł kobieciarz, to znaczy, że czułości były przeznaczone dla pierwszego partnera gospodarczego Francji w Europie Środkowo-Wschodniej. Dziennikarze, którzy przybyli na konferencję prasową, mogli już powrócić do swoich redakcji – temperatura relacji francusko-polskich została zmierzona.
Przez pół roku sprawowania władzy Macron przyzwyczaił obserwatorów do cierpliwości – ważniejsze, jak Macron kończy, niż jak zaczyna.
Jedni twierdzą, że w ostatnich tygodniach ataki na Polskę we francuskich mediach zelżały, inni, że odwrotnie. Oba twierdzenia są prawdziwe – zależnie od tego, na jakie media zwróci się uwagę.
Wydawać się mogło, że Macron znalazł winnego wszystkich nieszczęść Francji i Europy – Polskę. Podczas kampanii wyborczej zapowiedział, że „w ciągu trzech miesięcy po mojej elekcji zostanie powzięta decyzja w sprawie Polski, biorę za to osobista odpowiedzialność, nie można utrzymywać kraju, który zrywa ze wszystkimi pryncypiami Unii”. Minęło pół roku i poza komentatorskim betonem nikt do tego nie wraca.
[related id=45567 side=left]Przeciwnie, w ubiegły czwartek usłyszeliśmy same wiadomości budujące: mamy i zawsze mieliśmy wspólne wartości, dialog się między nami rozwija, wymiana naukowa również, współpracujemy w dziedzinie obrony i badań atomowych – główne różnice zdań zniknęły, a w sprawie pracowników delegowanych będą się dalej toczyły rozmowy. A prezydent Macron ma w przyszłym roku przyjechać do Polski.
Jeszcze raz można było podziwiać spokój i rzeczowość Beaty Szydło – Unia Europejska potrzebuje reform, ale nie mogą one się odbyć bez Polski. Co do ich kierunku panuje zgodność obojga partnerów, potrzebna jest współpraca obojga partnerów, gdyż mają wspólną wizję przyszłości i interesy – wolny rynek i konkurencję.
Wszyscy czekali, jak Emmanuel Macron zakończy konferencję. Jeszcze niedawno jego zarzuty wobec Polski należały do najcięższych: „Europa się zbudowała na swobodach obywatelskich, które obecnie w Polsce są zagrożone”. Jakich? Tego nigdy nie wyjaśniono. W Polsce nikt za poglądy nie siedzi w więzieniu, opozycja manifestuje ile chce, media stale rząd krytykują.
Ci, co czekali, doczekali się – prezydent zapowiedział przekazanie sprawy praw człowieka w Polsce prezydentowi Unii Europejskiej.
Po wszystkim, co usłyszałem na temat demokracji, i ja chciałem zadać pytanie. Okazało się to niemożliwe. Dwa pytania były ustalone z góry, jak i osoby je zadające. Chciałem zapytać prezydenta o to, że skoro zarzuca się polskim pracownikom, że narażają na straty gospodarkę francuską, zabierają pieniądze przeznaczone dla francuskich robotników, część tych pieniędzy wydają we Francji, a resztę w Polsce w… Auchan, Carrefour, Decathlon, Leroy Merlin, gdyż cała wielka dystrybucja w Polsce należy do Francuzów – czy to nie równoważy strat poniesionych przez gospodarkę francuską?
Polską premier chciałem natomiast spytać o zarzuty stawiana Polsce przez Unię Europejską w związku migrantami – czy Polska broni się przed migrantami z Bliskiego Wschodu, dlatego że odrzuca Europę, czy dlatego, że pragnie pozostać krajem europejskim?
Musiałem odejść sam ze swoimi wątpliwościami, ale mogłem je przekazać słuchaczom Radia WNET.
Piotr Witt
Felieton dostępny w części czwartej Poranka WNET w środę 29 listopada 2017 roku. A w nim także o tym, jak Francja zareagowała na rakietę koreańską oraz o działaniu Instytutu Polskiego w Paryżu.
Minister napiętnował „amatorszczyznę tych, którzy wprowadzili tę taksę”. Ówczesny sekretarz generalny, który zajmował się opodatkowaniem przedsiębiorstw, nazywał się… Emmanuel Macron.
Odpowiedzialnymi za dekadencję francuskiej gospodarki mieli być polski hydraulik i polski szofer. Pracownicy oddelegowani kłusują bowiem na francuskim rynku zatrudnienia i odbierają pracę francuskiemu robotnikowi. Oto przyczyna bezrobocia we Francji.
W jednej z moich Kronik w 2015 roku wyśmiałem te brednie. Uczyniłem to również w języku francuskim podczas spotkania publicznego z panem deputowanym europejskim, Bruno Le Maire’em. Jak pokazały jego późniejsze wypowiedzi, w sprawie szoferów nie zmienił on swojego stanowiska. Przeciwnie, nadymał swój balon z całych sił, chciał nim zalecieć daleko i wysoko. I stało się. Wylądował w fotelu ministra gospodarki. Prezydent Macron zakrzątnął się, żeby rozwinąć tezę o szkodliwości pracowników oddelegowanych. Powołał nawet konferencję europejską w tej sprawie.
Centrala związkowa powołana statutowo do ochrony praw pracowniczych, między innymi szoferów, wydała komunikat, stwierdzając oficjalnie, że polscy transportowcy nie mają żadnego wpływu na stan zatrudnienia szoferów francuskich. Balon ministra i prezydenta pękł. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Miliarderzy mieli obiecane przez prezydenta Macrona, że ich majątków się nie ruszy. Niedarmo zrobili składkę na jego kampanię wyborczą. Tymczasem obecnie, po pół roku zaledwie, sytuacja przedstawia się jak w słynnej odpowiedzi Radia Erewań na temat rozdawania samochodów na placu Czerwonym w Moskwie. [related id=43313]
Emmanuel Macron obiecał dodać wielkim spółkom prywatnym z budżetu państwa ok. 63 miliardów euro. A jak! Żeby rozhuśtać gospodarkę. Opodatkuje się biednych i emerytów, podwyższając podatek CSG. Ta powszechna kontrybucja socjalna została wprowadzona przed laty tymczasowo na rok i wynosiła 1 procent; nigdy nie została uchylona i obecnie wynosi 10 razy więcej i została podwyższona przez Macrona. Ktoś musi przecież zapłacić. Ujmie się studentom dodatki na mieszkanie, obetnie się biednym i starcom pomoc społeczną, mniej będzie się zwracać za leczenie i – zabraniając polskim szoferom ruchu na francuskich szosach, a polskim hydraulikom dłubania we francuskich kranach – jedno do drugiego, uzbiera się brakującą kwotę.
Okrutny cios przyszedł z dwóch stron naraz – od Unii Europejskiej i od francuskiej Rady Konstytucyjnej. 6 października Rada Konstytucyjna stwierdziła, że jeden z podatków był pobierany nielegalnie. Chodzi o trzyprocentową taksę od dochodów uzbieranych za granicą przez pracowników oddelegowanych. Uznała ją za nielegalną, antykonstytucyjną, ponieważ narusza równość przedsiębiorstw wobec podatków. Wcześniej Trybunał Europejski potępił ten podatek jako sprzeczny z prawem europejskim, gdyż szkodzi swobodnemu przepływowi kapitału.
Nielegalny podatek był pobierany od pięciu lat. Uzbierało się przez ten czas około 10 miliardów euro, które teraz będzie trzeba zwrócić wraz z odsetkami. Jeśli dobrze poskrobać, będzie to 15 miliardów. Kto za to odpowiada? Panika powstała na szczytach. Minister gospodarki, pozbawiony swoich chłopców do bicia – polskich szoferów i hydraulików – nie ma ochoty nadstawiać głowy ani innych części ciała ministerialnego sam. [related id=44736 side=left]
Bruno Le Maire nazwał aferę skandalem stanu. Pieniądze mają być zapłacone jednorazowo. Aby załatać dziurę, minister gospodarki zwrócił się z apelem do trzystu najbogatszych przedsiębiorstw, tych, którym państwo miało dopłacić, aby w imię patriotyzmu zamiast brać, dali państwu miliardy na zapłacenie długu. Propozycja, jak się można domyślać, wprawiła w zachwyt najbogatszych przedsiębiorców i ich związek.
Minister napiętnował „amatorszczyznę tych, którzy wprowadzili tę taksę”. Taksę wprowadzono w 2012 roku. Ówczesny sekretarz generalny Pałacu Elizejskiego, który zajmował się opodatkowaniem przedsiębiorstw, nazywał się… Emmanuel Macron.
Projekt opodatkowania bogatych, aby opłacić zwrot opodatkowania innym niesłusznie opodatkowanym, ma ogromną szansę na to, że zostanie odrzucony przez Unię Europejską jako podatek równie nielegalny, jak poprzedni.
Podstawowym problemem rządów Macrona jest teraz zapewne pytanie, co zrobić, aby ludzie zamożni płacili podatki we Francji podobnie jak wielkie konglomeraty przemysłowe i handlowe.
W ubiegłym tygodniu Francja z satysfakcją opublikowała najnowszą statystykę. Liczba osób żyjących poniżej progu ubóstwa zmalała w stosunku do roku poprzedniego i aktualnie to niecałe 14 procent społeczeństwa. Dla porównania, w Polsce analogiczna grupa to około 5 procent. Na zły los nie skarżą się wszakże wysocy funkcjonariusze publiczni.
W ubiegłym roku dyrektorka państwowego radia i telewizji zwolniona została po tym, jak wykryto jej rachunki za taksówki. W ciągu trzech miesięcy wydała na nie ponad 400 tysięcy euro. Jeden z obecnie rezydujących ministrów otrzymywał pensje w poprzednim przedsiębiorstwie w wysokości 205 tysięcy euro miesięcznie, inna minister – obecnie minister pracy – jest ciągana przez prokuratora za urządzenie dla Emmanuela Macrona, kandydata wówczas, przyjęcia w Las Vegas za sumę niemal 400 tysięcy euro na koszt podatnika, nie wspominając już o wydatkach prezydenta na makijaż w wysokości 26 tysięcy euro w ciągu trzech miesięcy i o wydatkach na fryzjera.
Czy należy się zatem wyprowadzić z kraju, w którym funkcjonariusze publiczni cieszą się monarchicznym przepychem kosztem biednych i średniaków, obkładanych coraz wyższymi podatkami? Pytanie jest tabu, ale sytuacja dojrzała, aby ktoś postawił je jako pierwszy. Niedawno pewien francuski kompozytor i piosenkarz przeniósł się do Portugalii, nie kryjąc powodów tej przeprowadzki, podobnie jak to zrobił przed nim Gerard Depardieu. Nie miał zamiaru dłużej oddawać państwu lwiej części swoich dochodów. Depardieu mówił o 85 procentach zabieranych mu przez fiskus. Natomiast ów kompozytor stwierdził, w niedawno opublikowanym wywiadzie, że przenosi się jako jeden z ostatnich, bo „wszyscy już dawno wyjechali”.
Kiedy się wyjdzie na ulice Paryża, jednego z najbardziej przeludnionych miast świata, można naocznie stwierdzić, że mimo wszystko sporo ludzi tu jeszcze pozostało, ale to nie ich, szarych przechodniów, miał na myśli francuski piosenkarz. Istotnie, bogaci już dawno temu odpowiedzieli sobie na pytanie, gdzie mieszkać.
Charles Aznavour to podatnik szwajcarski, podobnie jak szereg tenisistów. Ogółem 49 Francuzów posiada majątek w Szwajcarii w wysokości 55 mld euro, a Francuzów w Szwajcarii mieszka 2 tysiące. Guillaume Musso i Mark Levi, najbardziej poczytni pisarze francuscy, mieszkają w Londynie, Michel Houellebecq – w Hiszpanii. To w Londynie Musso zbiera plon z 28 napisanych książek i ewentualną taksę odprowadza do londyńskiego fiskusa. Reżyserzy, aktorzy, przedsiębiorcy – bogaci – opuścili Francję, by nie płacić najwyższych podatków w Europie.
Po pierwszych zamachach Żydzi masowo opuszczali Francję w obawie o swoje życie, o czym już wielokrotnie mówiłem. Z półmilionowej wspólnoty wyznaniowej wyjechało co najmniej 10 procent.
Co do emerytów, to ci urządzili się w Maroko, a niektórzy w Tunisie, bo skoro mają żyć wśród Afrykańczyków, to niech to przynajmniej będzie w Afryce, gdzie oprócz fiskusa i klimat jest łagodny.
Podstawowym problemem rządów Macrona jest teraz zapewne pytanie, co zrobić, aby ludzie zamożni płacili podatki we Francji, podobnie jak wielkie konglomeraty przemysłowe i handlowe, które korzystają aktualnie z zamętu globalizacji. Odpowiedzi przenikające do wiadomości publicznej nie dają wielkich nadziei na przyszłość. Zniesienie podatków od wielkich fortun nie zmieni sytuacji. Opodatkowanie nieruchomości przy cenach mieszkań w wielkich miastach dotyka przede wszystkim drobnych właścicieli. Nie napawają otuchą również wypowiedzi ministra gospodarki – zwolennika teorii, że to polscy hydraulicy i węgierscy szoferzy odpowiadają za dekadencję gospodarczą Francji, gdyż zabierają pracę tubylcom.
Tak zwana „dediabolizacja” Frontu Narodowego, do której usiłowała doprowadzić Marine Le Pen, nie powiodła się i we Francji nadal funkcjonuje niepisana polityczna zasada: „wszystko, tylko nie FN”.
Zbigniew Stefanik
Podwójna klęska wyborcza w tegorocznych wyborach prezydenckich i parlamentarnych, trwające we Froncie Narodowym powyborcze rozliczenia, wewnątrzpartyjne konflikty personalne pomiędzy Marine Le Pen i jej ojcem, jak i pomiędzy przywódczynią tej partii i jej zastępcami, w końcu rozłam i odejście z ugrupowania kilku liderów i długoletnich działaczy sprawiają, że obecnie ugrupowanie, które jeszcze pół roku temu pretendowało do politycznego tytułu pierwszej partii nad Sekwaną, znajduje się obecnie w bardzo poważnym, wręcz bezprecedensowym wewnętrznym kryzysie, a jego przetrwanie na francuskiej scenie politycznej po raz pierwszy stanęło pod znakiem zapytania. (…)
Pierwsze wielkie zwycięstwo polityczne Front Narodowy odniósł w maju 2014 roku, kiedy to, wbrew sondażom i zapowiedziom większości ekspertów, wygrał wybory do europarlamentu. W tym samym roku osiągnął bardzo wysoki wynik w wyborach samorządowych, kiedy to wybierano nad Sekwaną merów miast i miasteczek. W marcu 2015 roku po raz kolejny uzyskał bardzo wysoki wynik w wyborach radnych do rad departamentalnych. W drugiej turze tych wyborów FN usytuował się na drugim miejscu, zaraz za partią (wówczas Nicolasa Sarkozy’ego) Republikanie i daleko przed wówczas rządzącą we Francji Partią Socjalistyczną.
W grudniu 2015 roku Front Narodowy przekroczył kolejny polityczny pułap, albowiem okazało się w konsekwencji wyników pierwszej tury wyborów regionalnych, że partia Marine Le Pen weszła do drugiej tury walki o przewodnictwo czterech regionów, co było tak naprawdę we Francji wydarzeniem bezprecedensowym. Wówczas musiał zostać uruchomiony pakt republikański, aby zatrzymać Front Narodowy w marszu o przejęcie władzy w 4 z 13 francuskich regionów. W wyniku drugiej tury tych wyborów Front Narodowy nie objął przewodnictwa żadnego regionu, jednak mówiono o nim jako o pierwszej partii we Francji, a sama Marine Le Pen zaczęła być postrzegana jako poważna pretendentka do fotela prezydenta Francji.
Co więc się takiego wydarzyło, że wybory prezydenckie okazały się tak samo tragiczne w skutkach dla Frontu Narodowego, jak 154 lata wcześniej dla armii konfederackiej generała Roberta Lee bitwa pod Gettysburgiem? (…)
Podobnie, jak François Fillon (kandydat w tych wyborach partii Republikanie), nie tylko Marine Le Pen, ale również kilku innych czołowych liderów FN było oskarżanych o defraudacje finansowe. Samej Marine Le Pen francuska prokuratura zarzuciła defraudację kilku milionów euro z funduszy europarlamentarnych i fikcyjne, długoletnie zatrudnianie pracowników, którzy oficjalnie (tak miało wynikać z ich umów o pracę) zajmowali stanowiska europoselskich asystentów, a de facto mieli pracować dla narodowych struktur FN.
Wezwana przez prokuraturę na przesłuchanie w tej sprawie Marine Le Pen, inaczej niż François Fillon, postanowiła, posługując się swoim europoselskim immunitetem, do prokuratury na przesłuchanie się nie stawić, co wielu ekspertów i komentatorów nad Sekwaną uznało za błąd, a wielu wyborców potraktowało jako akt przyznania się do winy. (…)
Dużą kulą u nogi okazała się również polityczna strategia Frontu Narodowego, jaką to ugrupowanie przyjęło podczas kampanii prezydenckiej. Partia przedstawiała się przed pierwszą turą wyborów prezydenckich jako wyraźnie eurosceptyczna. Sama Marine Le Pen postulowała wyjście Francji ze strefy euro i obiecywała w przypadku swojego zwycięstwa w wyborach prezydenckich referendum w sprawie Frexitu.
Te zapowiedzi wyborcze okazały się dla niej tragiczne w skutkach w wyborach prezydenckich, albowiem wielu Francuzów obawiało się utraty swoich oszczędności w przypadku wyjścia Francji ze strefy euro. (…)
Kandydatka Frontu Narodowego dostała się do drugiej tury wyborów prezydenckich, jednak, o ile pierwszy tydzień jej kampanii wyborczej poprzedzającej drugą turę można uznać za udany, to prawdziwa kampanijna klęska Marine Le Pen nastąpiła w wyniku debaty telewizyjnej z Emmanuelem Macronem; w której wypadła niewiarygodnie przez błędy merytoryczne, które popełniła podczas tej politycznej konfrontacji.
Podczas rzeczonej debaty nie potrafiła wykazać korzyści dla Francji w przypadku wystąpienia ze strefy euro. Co więcej, wykazała się rażącą nieznajomością zasad funkcjonowania tej strefy. Największa wpadka Le Pen w bloku tematycznym o Unii Europejskiej nastąpiła w momencie, kiedy stwierdziła ona, że Wielka-Brytania nigdy nie miała się tak dobrze, jak po opuszczeniu strefy euro. (…)
Marine Le Pen nie potrafiła również w sposób przekonujący nakreślić dla Francji strategii walki z terroryzmem. Na jej propozycję zamknięcia francuskich granic, aby uchronić obywateli przed zamachami terrorystycznymi, Emmanuel Macron odpowiedział, że zamykanie granic Francji nie ma większego sensu, kiedy terroryści już są na terytorium Francji, w dodatku większość z nich posiada francuskie obywatelstwo.
7 maja br. nastąpiła pierwsza od lat potężna klęska Frontu Narodowego; klęska, z której partia podnieść się nadal nie potrafi. Marine Le Pen przegrała wybory prezydenckie i nie udało się jej nawet osiągnąć prognozowanego wyniku 40 procent. W drugiej turze Emmanuel Macron uzyskał ponad dwa razy więcej głosów niż ona. (…)
Opowieść o Froncie Narodowym to opowieść o politycznych i rodzinnych konfliktach; o rozstaniach i powrotach, o politycznych zwycięstwach, które okazały się efemeryczne; to opowieść o osobistych porażkach liderów FN i politycznych klęskach ugrupowania. To opowieść o działaniach na granicy legalności i moralności; o kontrowersyjnych wypowiedziach, niejasnych powiązaniach przywódców partii zarówno we Francji, jak i za granicą; o funduszach niejasnego pochodzenia. W końcu – to opowieść o kobiecie i o jej skomplikowanych osobistych i politycznych relacjach z najbliższymi, w tym z ojcem.
Marine Le Pen przeżyła zamach terrorystyczny na jej ojca, musiała stawić czoła niezwykle trudnym sytuacjom w życiu prywatnym i zawodowym; usiłowała zmienić wizerunek Frontu Narodowego; zapewniła tej partii największe w jej historii polityczne zwycięstwa i przyczyniła się do największych politycznych klęsk.
Cały artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Front Narodowy – polityczny kolos na glinianych nogach” na s. 7 październikowego „Kuriera Wnet” nr 40/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Front Narodowy – polityczny kolos na glinianych nogach” na s. 7 październikowego „Kuriera Wnet” nr 40/2017, wnet.webbook.pl
W felietonie Piotra Witta o tym, jak pewien Tunezyjczyk został wypuszczony na wolność po popełnieniu kradzieży, a nazajutrz popełnił dwa morderstwa. „Oto jak przerost biurokracji prowadzi do zbrodni”.
Od trzech dni we Francji mówi się o masakrze w Las Vegas. „Mówi się i mówi, brzmi to jak taśma sklejona w pętlę”. Omija się przy tym najważniejsze sprawy związane z tą tragedią. „Mówimy Las Vegas, a w domyśle – Paryż, Nicea, Marsylia. Mówimy Las Vegas, Nevada, a zadajemy sobie pytanie, czy my jesteśmy bezpieczni na ulicach francuskich miast”. Są różnice między USA a Francją. Tam swobodny dostęp do broni ułatwia „specjalne zagrożenie”. Francuskie zamachy „metodą rękodzielniczą” również zbierają straszliwe żniwo. Masakra w Nicei bez użycia broni stworzyła „rekord niedościgniony nawet przez szaleńca z Nevady” – ponad 80 zabitych.
W przeddzień tragedii amerykańskiej bandyta zadźgał nożem dwie młode kobiety na schodach dworca kolejowego w Marsylii, wołając „Allah Akbar”. Prędko zostaliśmy poinformowani o szczegółach zbrodni, o kondolencjach prezydenta itp. Dopiero po dwóch dniach można było poznać istotne szczegóły. Morderca jest młodym Tunezyjczykiem, dwa dni przedtem był aresztowany w Lyonie za kradzież kurtki. Był już kilkakrotnie we Francji karany za drobne kradzieże i handel narkotykami, a co najważniejsze, nie posiada pozwolenia na pobyt we Francji – zgodnie z przepisami prawa powinien był zostać deportowany.
Aby kogoś, nawet w epoce stanu wyjątkowego, deportować, „trzeba wypełnić odpowiednie formularze, które musi podpisać odpowiedni funkcjonariusz i opatrzyć odpowiednią pieczątką”. „Pokażcie mi francuskiego funkcjonariusza wyższej rangi, który o piątej po południu przed weekendem pozostanie jeszcze w biurze”. Zaczynał się weekend i Tunezyjczyk został wypuszczony na wolność, a nazajutrz popełnił dwa morderstwa. „Oto jak przerost biurokracji prowadzi do zbrodni”.
O biurokracji „republikańskiej” mówi się od dawna. Każda reforma jednak tylko pogarsza sytuację. Ostatnio kontroler na kolei zażądał od człowieka pozbawionego rąk i nóg legitymacji uprawniającej go do zniżki z powodu kalectwa. „Brak rąk i nóg nie miał znaczenia, kontroler żądał papieru!”
Ostatnio zadajemy sobie pytanie o środki podjęte przez rząd, aby uchronić nas od tych niebezpieczeństw. Wczoraj Zgromadzenie Narodowe uchwaliło ustawę antyterrorystyczną. „Stan wyjątkowy trwający od półtora roku został zamieniony w prawo powszechne”. Pewne zasady demokratyczne strzeżone w innych cywilizowanych krajach zostały uchylone – policja może aresztować bez nakazu sądu, może rewidować mieszkania o każdej porze dnia i nocy. „Czy pewnego dnia te swobody policyjne nie zostaną wykorzystane przeciwko przeciwnikom politycznym lub manifestantom w słusznej sprawie? Nikt tego nie może przewidzieć”.
[related id=40444]Zakazane jest zakrywanie twarzy, używanie burek, używanie zaciemnionych szyb w samochodach. Ponad połowa samochodów ma jednak ciemne szyby. Nikogo nie interesują kaptury przy bluzach, które doskonale ukrywają twarze „rozmaitych rozrabiaczy”. Ze względów ideologicznych policja nie może używać określeń „Arab” lub „Murzyn” wobec poszukiwanych przestępców, co nie pomaga w pościgu. W policji, ze względu na parytety, zatrudnia się odpowiednią liczbę kobiet. Te patrolują ulice w towarzystwie kilku mężczyzn, którzy je chronią.
Komentatorzy „dobrze poinformowani” twierdzą, że zamachy terrorystyczne w Europie można ukrócić jedynie przez interwencję zbrojną na Bliskim Wschodzie. Są dwie armie w Europie, które do tego byłyby zdolne – brytyjska i francuska. Wielka Brytania tego nie zrobi, bo Kanał La Manche i Morze Północne chronią ją skutecznie przed inwazją imigrantów z Kontynentu. Francja też nie, ale z innego powodu. Po zniesieniu poboru armia zawodowa, której nie płaci się regularnie pensji, nie udziela urlopów. Winien jest wadliwy system informatyczny zarządzający obroną Francji.
Jeśli chodzi o dostęp do broni, to „strzelba wisząca na ścianie w trzecim akcie musi wystrzelić”.
Polska nie pasuje do Unii Europejskiej i cywilizacji zachodniej. Polacy mają mentalność bardziej rosyjską niż europejską. Polska nie należy kulturowo do Europy. Tylko się stawia i mnoży problemy.
Zbigniew Stefanik
Niech mądrzejszy ustąpi, czyli jak naprawić stosunki polsko-francuskie
Nigdy w przeszłości polsko-francuskie stosunki polityczne nie miały się tak źle, jak obecnie.
Prezydent Emmanuel Macron porównuje Jarosława Kaczyńskiego do Władimira Putina i nie przebiera w słowach. Ponadto dąży do tego, aby w Unii Europejskiej zostały przyjęte bardzo niekorzystne dla polskich przedsiębiorców i Polaków pracujących poza granicami Rzeczypospolitej rozwiązania. Warto tutaj dodać, że w tej kwestii za Emmanuelem Macronem stoją nie tylko słowa, ale i czyny. W 2015 roku jako ówczesny francuski minister gospodarki wprowadził szereg utrudnień na francuskim rynku transportowym; które uderzyły bezpośrednio w polskich przedsiębiorców działających w branży transportowej i w branżach z nim powiązanych.
Czołowi polscy politycy nie szczędzą ostrej krytyki pod adresem Francji. Dają do zrozumienia, a nierzadko mówią otwarcie, iż to sami Francuzi i ich władze są bezpośrednio odpowiedzialni za zamachy terrorystyczne, które dewastują Francję i francuskie społeczeństwo od stycznia 2015 roku. Duże kontrakty handlowe z Francją są zrywane przez polską stronę w – łagodnie mówiąc – kontrowersyjnych okolicznościach.
Politycy obozu rządzącego Polską wypominają Francuzom, że w przeszłości to „Polacy uczyli jeść Francuzów widelcem”. Członek rządu RP rzuca pod adresem Francji i jej rządu niepoparte faktami ani dowodami oskarżenia o sprzedaż nowoczesnych technologii i nowoczesnego uzbrojenia Rosji Putina, państwu, na które zostały nałożone sankcje przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone – itd., itd. Wzajemnych faux pas i nieporozumień między Francją i Polską jest wiele, coraz więcej, a polityczne stosunki polsko-francuskie zdają się po prostu zanikać.
Co prawda polski minister spraw zagranicznych ogłosił nowe otwarcie w stosunkach polsko-francuskich po wyborze Emmanuela Macrona na urząd prezydenta Francji. Jednak główną cechą tego nowego otwarcia zdaje się być kolejna fala wzajemnych nieporozumień i ostrych określeń…
Co więcej, można zaobserwować wiele braku wiedzy, wiele niezrozumienia i niechęci między Polakami żyjącymi w Polsce i nieznającymi osobiście Francji oraz Francuzami niemającymi żadnej wiedzy o Polsce i Polakach. Czym jest Francja dla Polaków, co można usłyszeć w prywatnych rozmowach, nierzadko również w publicznych wypowiedziach nie tylko polityków?
Francja to kraj wolnej miłości i szeroko pojętego LGBT i homoseksualizmu. To kraj, który zamienia się w strefę wojenną, gdzie muzułmanie wprowadzają chaos i spustoszenie. Francja to kraj bezbożny, gdzie zaczyna dominować islam, gdzie kościoły są zamieniane w nocne kluby i nie tylko… oraz w budynki, gdzie tworzy się mieszkania socjalne dla muzułmanów.
Francja to kraj, gdzie nikomu nie chce się pracować i ciągle ktoś strajkuje. W końcu – to kraj zdradziecki, który zostawił Polskę na pastwę i niełaskę nazistowskich Niemiec i Związku Sowieckiego we wrześniu 1939 roku.
To tylko kilka przykładów wypowiedzi o Francji, które osobiście usłyszałem nad Wisłą.
We Francji opinie o Polsce i Polakach nie są również, najdelikatniej to ujmując, pochlebne.
Polska to kraj nacjonalistyczny, homofobiczny i ksenofobiczny, rasistowski i faszystowski. Polska to kraj drugiego, a być może wręcz trzeciego świata. Polacy to niewdzięczne darmozjady, które pełnymi garściami czerpią środki z funduszy europejskich, bez których najzwyczajniej umarliby z głodu, a kiedy państwa Europy Zachodniej potrzebują niewielkiego wsparcia, to władze Polski i obywatele RP mówią stanowcze „nie”.
Polska to kraj, który nie pasuje do Unii Europejskiej i cywilizacji zachodniej. Polacy mają mentalność bardziej rosyjską niż europejską. Polska nie należy kulturowo do Europy. Polska tylko się stawia i mnoży problemy. Polacy są zawsze anty i nie są w stanie zrobić niczego konstruktywnego. Bismarck miał rację: chcecie zniszczyć Polaków, dajcie im niepodległość.
To garść przykładów opinii o Polsce, które osobiście usłyszałem nad Sekwaną od Francuzów reprezentujących różne grupy społeczne; środowiska uniwersyteckie i opiniotwórcze również…
Oliwy do ognia dolewają jeszcze tak zwani eksperci od spraw polskich, którzy występują we francuskich massmediach i bez przerwy opowiadają o faszyzującej Polsce, gdzie demokratyczne państwo przestało obowiązywać, gdzie prawa człowieka nie są przestrzegane, a prawo Unii Europejskiej jest łamane na każdym kroku i przy każdej okazji. Ci tak zwani eksperci są związani najczęściej ze środowiskami opiniotwórczymi i politycznymi będącymi w „totalnej opozycji” wobec obecnie rządzących nad Wisłą.
Każdy ma prawo prowadzić taką działalność polityczną, jaką uważa za słuszną i głosić poglądy, jakie chce. Jednak w mojej skromnej opinii powstaje pewien… dyskomfort, kiedy przedstawia się jako niezależnych ekspertów osoby bezpośrednio zaangażowane politycznie i ideowo w jakiś spór…
Ostatnie dwudziestopięciolecie stosunków polsko-francuskich charakteryzuje się niemal wyłącznie niezliczoną liczbą nieporozumień i straconych szans.
Oto tylko kilka przykładów. Kiedy Polska odzyskała niepodległość, strona francuska nie uczyniła, delikatnie mówiąc, zbyt wiele, aby poprzeć polskie starania o wycofanie z terytorium Rzeczpospolitej wojsk sowieckich czy starania o przyjęcie do NATO i Unii Europejskiej. Niewiele zostało uczynione po stronie francuskiej, aby nawiązać trwałą współpracę polityczną i militarną z Polską, chociaż Rzeczpospolita stała się po rozwiązaniu Układu Warszawskiego i RWPG dla Francji krajem sojuszniczym. Francuscy politycy nierzadko wypowiadali się niepochlebnie, nawet czasem pogardliwie o Polsce, kiedy jej ówczesne władze starały się o wpisanie do projektu traktatu konstytucyjnego UE akapitu o korzeniach i wartościach chrześcijańskich Europy.
Kiedy rząd Leszka Millera wraz z urzędującym wówczas prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, przy niemal powszechnym konsensusie największych obozów politycznych, poparli amerykańską interwencję w Iraku, prezydent Jacques Chirac otwarcie wyraził z tego powodu swoje niezadowolenie. Oświadczył, że Polska, nie będąc jeszcze członkiem Unii Europejskiej, nie powinna w ogóle zabierać głosu, a tym bardziej zajmować stanowiska przeciwnego niż Francja czy Niemcy.
Z kolei podczas rosyjskiej agresji na Ukrainę po euromajdanie francuski minister spraw zagranicznych dał do zrozumienia, że w przypadku agresji Rosji Putina na Europę Środkową i Wschodnią wdrożenie artykułu piątego paktu militarnego NATO nie będzie automatyczne. Laurent Fabius zadeklarował, że ów artykuł może być wprowadzony w życie dopiero wtedy, kiedy państwo członkowskie NATO bezsprzecznie udowodni, że padło ofiarą agresji, a w przypadku tak zwanych zielonych ludzików ich przynależność do Rosji Putina nie jest wcale oczywista.
Po stronie polskiej w ostatnim dwudziestopięcioleciu stosunków polsko-francuskich także nie zabrakło straconych szans, szkodliwych faux pas czy całkowicie niepotrzebnych deklaracji.
Polacy nie uczynili zbyt wiele w latach 90. ubiegłego wieku, aby nawiązać stałą polityczną współpracę z Francją. Panował wówczas pogląd, iż jest to państwo zdradzieckie i niewiarygodne, któremu nie należy ufać. Zresztą zdaje się, iż nadal pogląd ten jest dominujący.
Największa utrata szansy na zbudowanie trwałych i obustronnie korzystnych stosunków polsko-francuskich nastąpiła w 2012 roku. Kandydat na prezydenta Francji François Hollande przyjechał wówczas do Warszawy i został przyjęty przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. François Hollande zapamiętał fakt, iż podczas jego kampanii wyborczej prezydent RP przyjął go i nawet podał mu rękę, a kanclerz Niemiec Angela Merkel odmówiła mu nawet zwyczajnego przedwyborczego spotkania. Z wyrażeniem swojej wdzięczności polskiemu prezydentowi François Hollande długo nie czekał i kilka tygodni po objęciu sterów Francji zaprosił Bronisława Komorowskiego do Paryża na 14 lipca 2012, aby wspólnie obchodzić francuski dzień Bastylii. Wówczas powstał dobry grunt do inicjacji konstruktywnej współpracy politycznej pomiędzy Bronisławem Komorowskim i François Hollandem. Jednak z niezrozumiałych dla mnie przyczyn do tej współpracy nie doszło. Chyba ówczesnemu prezydentowi RP na współpracy z Francją po prostu nie zależało…
Kolejne błędy zostały popełnione przez obecnie rządzących Polską. Trudno nie zauważyć, że przy negocjacjach zakupu przez Polskę francuskiego uzbrojenia dochodziło po stronie francuskiej do zachowań, które można uznać za korupcyjne… Informowali o tym wówczas posłowie należący do parlamentarnej komisji obrony w polskim sejmie. Jednak sposób, w jaki negocjacje te zostały zerwane przez polską stronę rządową w październiku ubiegłego roku, można najdelikatniej określić jako nieprofesjonalny…
Czemu, z kolei, miało służyć przypomnienie wiceministra obrony o tym, że to „Polacy uczyli Francuzów jeść widelcem”? Jaki miały cel oskarżenia ministra spraw wewnętrznych pod adresem Francji i jej władz, że to Francuzi są odpowiedzialni za krwawy zamach terrorystyczny w Nicei? Czy przyczyniło się do poprawy stosunków polsko-francuskich oskarżenie polskiego obecnego ministra obrony skierowane z trybuny sejmowej do francuskich władz, że Francja w sposób potajemny za pośrednictwem Egiptu sprzedaje uzbrojenie i najnowszą technologię Rosji Putina? Warto również dodać, że polski minister obrony z tych oskarżeń ani się jednoznacznie nie wycofał, ani za nie francuskiej strony nie przeprosił…
Rzeczpospolita nadal marnuje szanse i potencjał ludzki, który mógłby służyć zbudowaniu, jeśli nie dobrych, to przynajmniej poprawnych i korzystnych dla Polski stosunków z Paryżem. Mieszkający na terytorium Francji Polacy w żaden sposób nie są zagospodarowani w polsko-francuskich kontaktach. A przecież we Francji przebywa wielu Polaków, których przywiązanie do Polski jest bezsporne.
Polacy ci władają biegle językiem francuskim, a co być może ważniejsze, mają doskonalą i bardzo szczegółową wiedzę o Francji, jej funkcjonowaniu, a także o tym, w jaki sposób nawiązywać z Francuzami kontakt, na czym Francuzom zależy, czego oczekują, a czego nie chcą, co lubią i szanują, a czego nie znoszą. Ten potencjał ludzki nie jest wykorzystywany po dziś dzień, a Rzeczpospolita nie miała swojego ambasadora we Francji przez kilkanaście miesięcy. Zdaje się, że metoda, jaką wybrał obecny rząd na nowe otwarcie w stosunkach polsko-francuskich zawiera… wiele niedoskonałości.
Warto zauważyć, iż zbudowanie dobrych stosunków politycznych i militarnych z Francją byłoby bardzo korzystne dla Polski i jej obywateli z punktu widzenia strategii obrony i bezpieczeństwa. Dlaczego? Albowiem na dziś dzień Francja Emmanuela Macrona jest najbardziej antyputinowskim państwem w Europie zachodniej, a być może wręcz jednym z najbardziej antyputinowskich państw w całym zachodnim świecie.
Francuska niechęć do Rosji Putina rozpoczęła się tak naprawdę podczas inwazji rosyjskiej na Gruzję. Wówczas stosunki Nicolasa Sarkozy’ego i Władimira Putina bardzo się pogorszyły, a Sarkozy nigdy nie wybaczył Putinowi tego, że w sprawie gruzińskiej nie ustąpił, i to w czasie, kiedy trwała francuska prezydencja Unii Europejskiej i Francji zależało na tym, aby podkreślić swoje przywództwo w Europie i swoją mocarstwowość na świecie.
François Hollande również nie był szczególnym poplecznikiem Putina, a po rosyjskiej inwazji na Krym i Donbas należał do tych europejskich głów państw, które wypowiadały się o Putinie w sposób najostrzejszy. Do największego przesilenia w stosunkach francusko-rosyjskich doszło, kiedy to Rosja postanowiła zaangażować się militarnie po stronie Baszara al Asada w Syrii, a następnie, kiedy to rok później rosyjski przedstawiciel w ONZ storpedował francuski plan pokojowy dla Syrii (październik 2016 roku).
Warto również wspomnieć, iż Rosji udało się odebrać Francji tradycyjnych klientów, czyli państwa, które od lat kupowały francuskie uzbrojenie, co nie pozostało bez echa nad Sekwaną i zostało jednoznacznie uznane we Francji jako osobista porażka ówczesnego prezydenta François Hollanda, którego sondażowe notowania były i tak już dramatycznie niskie.
Perspektywa w relacjach francusko-rosyjskich może być jedynie negatywna, a będą się one pogarszały, niewykluczone, że w błyskawicznym tempie. Dlaczego? Emmanuel Macron żywi osobistą niechęć do Władimira Putina i otwarcie oskarża Moskwę o ingerencję w wybory prezydenckie we Francji. Rosja staje się militarnym i geopolitycznym rywalem dla Francji i usiłuje powiększyć swoją strefę wpływu o te kraje, które Paryż uważa za należące do francuskiej strefy wpływu. Mowa tu o Maghrebie, Syrii i krajach środkowoafrykańskich. Rosja stała się poważnym konkurentem dla Francji w kwestii eksportu uzbrojenia, a sprzedaż broni jest jednym z głównych źródeł dochodów we Francji.
To wszystko powoduje, że w przyszłości stosunki francusko-rosyjskie mogą jedynie się pogarszać, a dowodem tego jest oficjalnie deklarowana niechęć Emmanuela Macrona do współpracy z Rosją w walce z islamskim terroryzmem. Nad Sekwaną w walce z islamistami Rosja nie jest postrzegana jako sojusznik, ale raczej jako fałszywy przyjaciel, wręcz przeciwnik, który nie dąży do rozwiązania problemu, ale przeciwnie, potęguje go. Toteż nierzadko można spotkać się we Francji z opinią wyrażaną przez polityków i przedstawicieli środowisk opiniotwórczych, że Rosja Putina wspiera finansowo i logistycznie islamskich terrorystów, tak aby osłabić świat zachodni. Nawet czołowi politycy francuscy dają do zrozumienia, że ta opinia nie jest im obca…
Jako najbardziej antyrosyjski kraj w Europie, a może na całym Zachodzie, Francja mogłaby się stać cennym sojusznikiem politycznym i militarnym dla Polski, która przecież, podobnie jak Francja, właśnie po stronie Rosji Putina widzi zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa.
Dobre i trwałe polityczne stosunki polsko-francuskie dawałyby zarówno Polsce, jak i Francji wiele korzyści. Jeśli chodzi o Polskę – uzyskałaby wiarygodnego, militarnie i politycznie silnego sojusznika przeciwko Rosji, co z pewnością ochłodziłoby agresywne wobec Polski zamiary rosyjskich włodarzy. Francja uzyskałaby sojusznika w kwestiach spornych z Niemcami, a przecież takich kwestii w stosunkach francusko-niemieckich nie brakuje. W tych sprawach Polska mogłaby grać rolę arbitra i odpowiednio sprzedać swoje poparcie jednej czy drugiej stronie.
Wówczas nasz kraj zyskałby na znaczeniu, Francja zaś wiedziałaby, że dzięki odpowiednim ustępstwom na rzecz Polski może liczyć na jej wsparcie w przeciwstawianiu się tym niemieckim pomysłom w Unii Europejskiej, którym Francja jest przeciwna. Mam tutaj na myśli projekt Nordstream2, którego Emmanuel Macron absolutnie nie popiera, wręcz coraz mocniej mu się przeciwstawia. Warto również wspomnieć o wymiernych korzyściach gospodarczych dla Polski i dla Francji, jeśli współpraca polsko-francuska miałaby zostać trwale pogłębiona.
Zbudowanie dobrych i trwałych politycznych, gospodarczych i militarnych stosunków polsko-francuskich jest w zasięgu ręki, ale żeby tego dokonać, zarówno Polska, jak i Francja muszą wyzbyć się wzajemnych uprzedzeń i opinii niepopartych wiedzą empiryczną; opinii, które funkcjonują od dekad zarówno nad Wisłą, jak i nad Sekwaną.
Jak tego dokonać? Francuzi i Polacy muszą się poznać. Mało Francuzów wie o tym, że w Warszawie było jakieś inne zbrojne powstanie podczas drugiej wojny światowej oprócz powstania warszawskiego getta. W Polsce zaś mało kto słyszał o francuskim ruchu oporu, jak i o roli generała Charlesa de Gaulle’a, zarówno podczas, jak i po drugiej wojnie światowej.
We Francji niemal nikt nie wie, że w 1956 roku był nie tylko węgierski, ale również poznański czerwiec i polski październik. W Polsce zaś mało kto interesuje się tym, o co tak naprawdę chodziło podczas protestów nad Sekwaną w maju i następnych miesiącach 1968 roku.
To tylko dwa przykłady spośród wielu. Aby zbudować, jeśli nie dobre, to przynajmniej poprawne i obustronnie korzystne stosunki polsko-francuskie, władze zarówno polskie, jak i francuskie muszą wyzbyć się wzajemnej niechęci, której coraz więcej w dwustronnych kontaktach, a zdaje się wręcz, że ta niechęć i epitety na szczytach władz państwowych zdominowały w ostatnich miesiącach stosunki polsko-francuskie.
Dobre relacje polsko-francuskie są całkowicie realne, ale żeby do nich doprowadzić, Polska powinna sięgnąć po wielki zasób ludzki, który przecież posiada na terytorium Francji, a który jest przez Warszawę od wielu lat niezauważany i lekceważony.
Można wspólnie dojść do dobrych relacji polsko-francuskich, ale wpierw trzeba przełamać impas, który je zdominował. Ktoś musi zrobić pierwszy krok, a jak mówi stare francuskie powiedzenie, ustępuje mądrzejszy. Bo przecież nie jest najważniejsze to, kto zaczął – obecnie gra w Unii Europejskiej toczy się o to, kto (czyli jakie państwo i jego obywatele), jak i w jakim miejscu po tej wielkiej aktualnej europejskiej politycznej batalii o nowy kształt Unii Europejskiej skończy…
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Niech mądrzejszy ustąpi, czyli jak naprawić stosunki polsko-francuskie” znajduje się na s. 14 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zbigniewa Stefanika pt. „Niech mądrzejszy ustąpi, czyli jak naprawić stosunki polsko-francuskie” na s. 14 wrześniowego „Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl
Niewielu Francuzów ma świadomość, że zalecenia przychodzą z góry i dechrystianizacja jest prowadzona w sposób planowy. Rządy republikańskie uczyniły w ostatnim czasie z laicyzacji wyznanie wiary.
Powołaniem nas, dziennikarzy, jest dostarczanie nowin o tym, co się dzieje na świecie. Przyznam się, przychodzi mi to z coraz większym trudem. Każdy dzień przynosi ze sobą wiadomości o kolejnych wypadkach, zmianach w ministerstwach, rządzie, wyborach…, ale w sferze idei politycznych wciąż tylko afery sprzed lat przedstawiane w coraz to nowych odsłonach (scoop).
Przysłowie francuskie mówi, że każdego dnia rodzi się nowy jeleń. Może dla „owego jelenia” są to sensacje zapierające dech w piersiach, ale takimi już nie są dla tych, co już co nieco przeżyli…
To prawda, że pojawiły się na francuskiej scenie politycznej nowe postaci w pierwszoplanowych rolach: Macron, Mélenchon…, ale odnosi się wrażenie, jakby to była ta sama sztuka grana w nowej obsadzie. Znamy oś dramatyczną, możemy kwestie chórem wypowiadać wraz z aktorami. (…) Nieraz nam się zdarza nawet westchnąć z nostalgią za starymi gwiazdami. Ach, Ségolène Royal niezastąpiona w roli pierwszej naiwnej; ach, Mitterrand jako ojciec dzieciom z różnych matek; a zwłaszcza nieodżałowany Jean-Marie Le Pen dublowany nieudolnie przez wrzaskliwą córkę.
Na temat dechrystianizacji Francji mógłbym bez żadnych zmian powiedzieć to, co napisałem w moich „Kronikach paryskich” z okazji zakazania plakatu, na którym widniało „trefne” słowo „chrześcijaństwo”. Wówczas chodziło o reklamujących się śpiewających księży. Obecnie zakaz przeniósł się na jogurt.
Osądźcie sami, aby lepiej sprzedać greckie produkty spożywcze, powszechnie cenione, wielcy dystrybutorzy od Lidla do Carrefour’a przez Nestle zadecydowali umieścić piękną fotografię kościoła na greckiej wyspie Santorini i wybuchł skandal. Dziennikarze źle usposobieni do zagadnień konsumpcji odkryli, że krzyże wieńczące kopuły kościoła zostały starannie wyretuszowane. Konsumenci nienadążający za nowoczesnym stylem „przeszłości ślad dłoń nasza zmiata” wyrazili przejęcie i oburzenie. Odpowiedź dystrybutorów: chodzi o to, aby nie urazić pewnych grup wyznaniowych i wyeliminować wszystko to, co by mogło wywołać polemikę, w imię wspólnego życia – oczywiście – i poszanowania różnic – ma się rozumieć.
Opakowanie jogurtu zostało wytknięte palcem i wielcy dystrybutorzy, chcąc nie chcąc, krzyże przywrócili na ilustrację, a w innych wypadkach dechrystianizacja przychodzi cichutko i na palcach, w sposób omal niezauważalny.
Na szczegółowych mapach topograficznych kościoły zaznaczane są wszędzie umownym znakiem krzyżyka, w większości aktualnych map i planów nie znajdziecie tego znaku, jakby kościołów nie było.
Niedawno dyrekcja pewnej prywatnej szkoły w północnej Francji sama z siebie zdjęła krzyże ze ścian. „Schowajcie mi ten krzyż, żebym go tu więcej nie widział” – powiedział zapewne dyrektor tejże szkoły katolickiej, podobnie jak dyrektor dystrybucji greckiego jogurtu.
Razić mogą również niektóre zwyczaje ludowe. Animator telewizji potępił niedawno francuskie święto świni, znane również w Polsce pod nazwą świniobicia, jako „przynoszące szkodę wspólnotom wyznaniowym muzułmanów i żydów”. W imię nieurażania wrażliwości współobywateli wyszedł naprzeciw wspólnotom wyznaniowym, które go o nic nie prosiły. Warto zauważyć, że nikt, o ile mi wiadomo, nie występował przeciwko podrzynaniu gardła barankom, obowiązkowemu w każdej rodzinie muzułmańskiej z okazji zakończenia ramadanu.
Niewielu Francuzów ma świadomość, że zalecenia przychodzą z góry i dechrystianizacja prowadzona jest w sposób planowy. Rządy republikańskie uczyniły w ostatnim czasie z laicyzacji wyznanie wiary. Przed prezydenturą Jacques’a Chiraca temat laicyzacji był nieobecny w dyskusjach republiki. Nawet Mitterrand, wyniesiony do władzy głosami socjalistów i komunistów, podchodził do problemu z całą ostrożnością, chociaż projekt ustanowienia komisji obserwatorium ds. laicyzacji bywał czasami wspominany. Dopiero Chirac w przemówieniu z 17.12.2003 r. jasno zapowiedział utworzenie komisji, która została powołana dopiero cztery lata później, za prezydentury Sarkozy’ego, bez konsekwencji również, gdyż do końca mandatu nie mianował on jej członków. Dopiero za Hollande’a w 2013 r. członkowie komisji zostali mianowani (…)
[related id=39751]Głównym zadaniem komisji jest laicyzacja, a mówiąc wprost – dechrystianizacja. Wśród katolików powołanie komisji ani kandydatura jej przewodniczącego nie obudziły większych sprzeciwów. Za to działacze rozmaitych organizacji islamskich gwałtownie zaatakowali Bianco za nie dość stanowcze sprzeciwianie się islamofobii. (…) „Obecnie Francja nie należy już do chrześcijaństwa” – napisała Chantalle del Sol, profesor filozofii (…). „obecnie instytucja kościelna nie nadaje już tonu etyce ogólnej, nie inspiruje ustaw, nie kieruje sumieniami”. Profesor Del Sol nie wyjaśniła jednak, czym instytucja kościelna została zastąpiona w swych funkcjach, a jeśli tak, to przez kogo.
Dziesiątki krajów podpisały traktat zakazujący rozprzestrzeniania broni nuklearnej, zbojkotowały to m.in. USA, Wlk. Brytania i Francja. Odbywają się spotkania kuluarowe i negocjacje z Iranem.
[related id=39032]Traktat wejdzie w życie 90 dni po ratyfikowaniu go przez 50 krajów.
Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres powiedział, rozpoczynając procedurę podpisywania traktatu, że na świecie jest ok. 15 tys. sztuk broni nuklearnej.
„Nie możemy pozwolić, żeby ta broń zagłady zagrażała naszemu światu i przyszłości naszych dzieci” – podkreślił.
Korea Północna przeprowadziła w tym miesiącu szóstą próbę nuklearną, największą z dotychczasowych. Prezydent USA Donald Trump ostrzegł we wtorek, przemawiając na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, że Stany Zjednoczone będą zmuszone “całkowicie zniszczyć Koreę Północną” jeśli kraj ten zagrozi im lub ich sojusznikom.
[related id=39366]Traktat o zakazie broni jądrowej został zaaprobowany w lipcu br. przed dwie trzecie spośród 193 państw członkowskich ONZ po miesiącach negocjacji.
Traktatu nie popiera żadne z dziewięciu państw, które posiadają broń jądrową lub co do których uważa się, że ją posiadają; są to: USA, Rosja, Wielka Brytania, Chiny, Francja, Indie, Pakistan, Korea Północna i Izrael.
[related id=39023]USA i inne potęgi jądrowe chcą zamiast tego wzmocnienia i potwierdzenia obowiązującego niemal od pół wieku Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (NPT), uważanego pod tym względem za kamień milowy.
NPT z 1968 roku zakazuje państwom nienuklearnym posiadania tego rodzaju broni, a państwa nuklearne (USA, Rosja, Wielka Brytania, Francja i Chiny) nie mogą przekazywać komukolwiek bezpośrednio lub pośrednio broni jądrowej lub innych materiałów wybuchowych i muszą kontrolować ten typ broni.
W dzisiejszym Poranku WNET nasz paryski korespondent po raz pierwszy po powrocie z Polski zrelacjonował sytuację we Francji, zgodnie z obietnicą złożoną słuchaczom na Jarmarku WNET.
Wszystko wydaje się być po staremu, a jednak jest trochę inne – wszystko tak samo, ale jeszcze bardziej, w jeszcze większym stopniu. Na przykład pobity został rekord korków, które wyniosły 546 kilometrów wokół stolicy.
W drodze na lotnisko autobus przejeżdża przez „byle jakie” przedmieścia, przez które ciągną się osady migrantów. Widzi się domy sklecone z tektury, kartonu, dykty, wyrwanych drzwi, starych łóżek. Gdzie podziewają się nieczystości, lepiej nie myśleć.
Z kolei droga powrotna do Paryża prowadzi przez najbogatsze przedmieścia miasta – ulice ocienione drzewami, pałacyki, rozległe ogrody, parki, domy sprzed I wojny światowej.
13 września w Limie w Peru Międzynarodowy Komitet Olimpijski powierzył Paryżowi organizację letnich igrzysk w 2024 roku. Paryżanie ze swej strony formułują pewne obawy. Paryż przy cenach 30 tys. euro za metr kwadratowy jest miastem bogatym. „Mówić tak, to nie pamiętać, że Paryżem od lat rządzą socjaliści”. Miasto jest zadłużone na 5 miliardów 160 milionów euro. Dług jest „zahipotekowany” na dochodach z czynszu wynajmu miejskich powierzchni na 50 lat z góry. 15 lat temu były pięć razu mniejsze. Paryżanie nie czują się już u siebie. Paryż przywłaszczyli sobie mondialiści.
Francja to nie tylko Paryż ze swymi przedmieściami, ale też Antyle, oddalone od stolicy o 14 godzin lotu samolotem. Nawiedził je kataklizm. „Na szczęście”, gdyż dzięki temu politycy i media przez kilka dni nie musieli sobie zaprzątać głowy problemami kontynentu. Jean-Luc Mélenchon obiecał prezydentowi Macronowi jeszcze większe tajfuny. Zagroził, że lud francuski pożąda reform i lubi reformy. Jednak za każdym razem, gdy sytuacja wymagała reform, lud ten urządza rewolucje.
„Jakże daleko od tych problemów byłem w Warszawie” – westchnął na koniec Piotr Witt i dodał, że dopiero ostatniego dnia przed wyjazdem z Polski poczuł „powiew podobieństwa”, gdy usłyszał umawiających się dwóch młodych ludzi „w Pałacu Kultury od strony kebabu”.
W korespondencji z Francji o protestach przeciwko reformom wprowadzanym przez nowego prezydenta, o idei nowej Unii, nie dwóch, a trzech prędkości oraz o perspektywach relacji polsko-francuskich.
Dzisiaj w Poranku WNET Aleksander Wierzejski rozmawiał ze Zbigniewem Stefanikiem, korespondentem Radia WNET z Francji.
W sobotę co najmniej kilkuset policjantów protestowało w kilku największych francuskich miastach przeciwko trudnym warunkom materialnym i logistycznym, w jakich przyszło im pracować. Policjanci narzekają na przestarzały sprzęt, a czasem wręcz w ogóle jego brak. Co utrudnia bądź uniemożliwia im należyte wykonywanie czynności służbowych. Przy tym ważne jest, że we Francji trwa cały czas stan wyjątkowy ze względu na zagrożenie zamachami terrorystycznymi. Prawie 40 procent komisariatów nie spełnia oczekiwanych norm. Kilka tygodni temu Francję obiegły zdjęcia komisariatu znajdującego się w bardzo złym stanie. Protesty te są odpowiedzią na zapowiedziane przez Emmanuela Macrona cięcia w budżecie francuskiego MSW.
Ponieważ francuskie prawo zabrania policjantom brania udziału w protestach i manifestacjach protestujący i wypowiadający się w mediach policjanci mieli najczęściej zasłonięte twarze. Dzisiejszy protest został zorganizowany przez komitet protestacyjny odcinający się od tradycyjnych policyjnych związków zawodowych. Zdaje się wiec, że nad Sekwaną policjanci coraz bardziej i coraz częściej tracą zaufanie do swoich związków zawodowych, które w przeszłości nie załatwiły tych problemów, z którymi policjanci dzisiaj muszą się borykać.[related id=38671]
W piątek miała miejsce próba zamachu. Zamachowiec usiłował poderżnąć gardło żołnierzowi. Złapany, broni się tym, że był pod wpływem silnych leków. Działania służb – nastawione głównie na inwigilację i infiltracje radykalnych grup islamistycznych – przynoszą pewne efekty, bo wiele zamachów zostało udaremnianych. Chociaż cel terrorystów jest już osiągnięty – zastraszenie i chaos. Do tego wystarczy, żeby jeden zamach się udał. 25 września ma odbyć się debata nad nowym prawem antyterrorystycznym, które stan wyjątkowy ma uczynić permanentnym.
Prezydent Emmanuel Macron błyskawicznie traci popularność. W opinii Zbigniewa Stefanika to, co było jego zaletą w czasie wyborów – że jest poza podziałem na prawicę i lewicę – teraz mu szkodzi, gdyż obecnie wraca polaryzacja na linii prawica-lewica. Nie pomagają mu też niefortunne wypowiedzi, jak ta o leniach, którzy nie chcą jego reformy prawa pracy. Trudno mu utrzymać poparcie w sytuacji, gdy podjął się wielu reform, m.in. prawa pracy i systemu emerytalnego. Protestować mają kolejne grupy obywateli.
Zdaniem Zbigniewa Stefanika stosunki-polsko francuskie na pewno będą się pogarszały. Macron podjął się bowiem budowy nowej Unii Europejskiej, Unii trzech prędkości – państw założycielskich, państw strefy euro spoza tej grupy oraz pozostałych państw. Te ostatnie obowiązywałyby inne zasady, jeśli chodzi o rynek wspólnotowy, swobodę przepływu ludzi i kapitału.
Prezydent Macron zdaje sobie sprawę, że Europę Zachodnią czeka przebudowa systemu społeczno-gospodarczego, na której ucierpi jej gospodarka. Dlatego stara się zabezpieczyć francusko-niemieckie przywództwo w Europie i sprawić, żeby gospodarki niemiecka i francuska nie znalazły się w ogonie państw europejskich. Zbigniew Stefanik spodziewa się dalszych utrudnień dla firm transportowych, wprowadzania obowiązku uzyskiwania atestów itp. Zwiększy to koszta dla firm z tej branży z Europy Środkowej i Wschodniej.
Zbigniew Stefanik nie liczy więc na poprawę stosunków francusko-polskich. Przegrana jest już batalia o pracowników delegowanych. W tej sprawie doszło już do kompromisu między Francją a Niemcami. Pytanie, co dalej?
Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części piątej Poranka WNET.