Jacek Bartosiak: Stany Zjednoczone chciałyby rewizji porządku światowego na taki, który dalej sprzyjałby ich gospodarce

Dzień 50. z 80/ Olsztyn/ Poranek Wnet/ O trwającej już wojnie o supremację nad światem między Chinami i USA oraz o jednym z jej przejawów – konflikcie w związku z groźbami ataku atomowego Korei Płn.

– Rozwój technologii, sieci transportowych, komunikacji czyni świat coraz bardziej kalustrofobicznym, a więc reguły geograficzne mówiące, gdzie są napięcia, wojny o wpływy będą miały coraz większe znaczenie – powiedział Jacek Bartosiak, gość Aleksandra Wierzejskiego w Poranku Wnet. Uważa on, że w dzisiejszej geopolityce ciągle aktualna jest teoria Mackindera wymyślona ponad wiek temu, która mówi, że Heartland (stepy Azji Środkowej) stanowi klucz do kontroli nad Eurazją, a ta z potęg, która kontroluje Eurazję, może zapanować nad światem.

Wyjaśnił, że mimo iż koszty transportu spadają, to zwiększenie wielkości transportu, jego mobilności w konsekwencji  sprowadza się do tego, kto więcej, a kto mniej korzysta. I nie ma tu mowy o zyskach wymiernych, bowiem bilans jest zerowy. Jego zdaniem chodzi tu bardziej o korzyści natury geopolitycznej poprzez prowadzenie właściwej strategii, co będzie miało coraz większe znaczenie w XXI wieku ze względu na problem „ścieśniania się świata i czynienia go coraz bardziej napiętym”.

Jego zdaniem batalia w związku z eskalacją konfliktu z Koreą Północną nie jest główną batalią, którą powinny toczyć Stany Zjednoczone.

– Korea jest używana przez Chińczyków, żeby Amerykanie mieli taki side shore (boczny trend) i Amerykanie nie za bardzo mogą wygrać tę sytuację – powiedział Bartosiak. Jego zdaniem nie ma tu optymalnego rozwiązania, a Amerykanie „tracą czas i energię, pokazując swoją bezradność”. W dodatku Chiny dalej rosną w siłę i utrzymują gospodarczy porządek globalny, jaki nie podoba się Amerykanom. Zwrócił uwagę na to, że Chińczycy wcale nie chcą pomóc w tej trudnej sytuacji.

– Trump grozi użyciem siły, Koreańczycy z kolei bombardowaniem Guam – hubu logistycznego USA na Pacyfiku, a Chińczycy eskalują konflikt, mówiąc, że jeśli Amerykanie pierwsi zaatakują, to oni staną po stronie Korei, chyba że zrobi to Korea Północna – wtedy będą neutralni. To jest bardzo twarde dictum – ocenił Bartosiak. Przypomniał, że w 1950 roku, gdy Chińczycy byli po stu latach upokorzenia niewolniczego i kolonizacji, po wojnie domowej „biedni strasznie, tak jak najbiedniejsze kraje afrykańskie, gdzie PKB na głowę mieszkańca kształtowało się w okolicach tego, jakie mamy w Mozambiku”, wówczas weszli do wojny, popierając rewolucję w Korei  i Kim Ir Sena przeciwko pierwszej potędze ówczesnego świata – USA.

– Trump zrozumiał już, że został wciągnięty w pułapkę i przedwczoraj wydał rozporządzenie, aby amerykańska komisja specjalna zbadała naruszanie praw autorskich i własności intelektualnej w wymianie handlowej ze Stanami przez Chiny – powiedział Bartosiak, który stwierdził, że tego typu działania zazwyczaj poprzedzają sankcje. W odpowiedzi na te poczynania Amerykanów jeden z chińskich ministrów w oficjalnym wystąpieniu zagroził im wojną handlową, „jeśli nie zejdą z tej ścieżki”.

– To już nie są żarty, bo to dwa najpotężniejsze państwa świata – ocenił Bartosiak, który zauważył, że PKB chińskie, nawet liczone nominalnie, a nie według parytetu siły nabywczej, ma już 60 procent tego, co posiadają Stany Zjednoczone, „a to jest dwa razy tyle niż miały Niemcy hitlerowskie i Japonia imperialna razem wzięte w roku 1943; dwukrotnie, a nawet trzykrotnie więcej niż Związek Sowiecki u szczytu swej potęgi”.

[related id=34684]- Nigdy Amerykanie nie mieli w Eurazji takiego przeciwnika, i to jeszcze wpiętego w handel globalny, właściwie fabrykę świata, z którą wszyscy chcą handlować – powiedział Bartosiak. Jego zdaniem Korea Północna jest tematem, którym Amerykanie nie bardzo chcieliby się zajmować, a są niejako zmuszeni.

– Amerykanie chcieliby się zajmować rewizją systemu globalnego, tak aby nadal wspierał gospodarkę Stanów Zjednoczonych – podsumował Bartosiak.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

W Południu Wnet dalsza część rozmowy z Jackiem Bartosiakiem na tematy geopolityczne.

Mattis i Tillerson w „Wall Street Journal”: USA nie usiłują zmienić reżimu w Pjongjangu

Minister obrony USA Jim Mattis i sekretarz stanu tego kraju Rex Tillerson zapewnili w publikacji w „WSJ”, że USA nie dążą do zmiany reżimu w Pjongjagu ani do przyspieszenia zjednoczenia Korei.

Dodali, że USA „nie szukają żadnego pretekstu do stacjonowania wojsk na północ od strefy zdemilitaryzowanej”, która oddziela Koreę Północną od Południowej.

„Nie mamy ochoty zaszkodzić narodowi północnokoreańskiemu, który już wiele wycierpiał i którego nie należy mieszać z wrogim reżimem w Pjongjangu” – zaznaczyli ministrowie.

Po raz kolejny zaapelowali o większy udział Chin w rozwiązaniu kryzysu wywołanego zbrojeniami nuklearnymi KRLD i rozwojem jej zdolności do wystrzeliwania pocisków balistycznych.

„Jeśli Chiny chcą odgrywać bardziej aktywną rolę w celu zapewnienia pokoju i bezpieczeństwa – z czego my wszyscy, a przede wszystkim Chiny wyciągną najwięcej korzyści – muszą zdecydować się na wywieranie decydującego wpływu dyplomatycznego i handlowego na Koreę Północną” – napisali autorzy artykułu.

5 sierpnia Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła rezolucję nakładającą nowe sankcje na Koreę Płn. w związku z niedawnymi próbami międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM), z których najnowsza odbyła się 28 lipca. Dzień później Kim Dzong Un oznajmił: „Całe terytorium USA jest w naszym zasięgu”.

To doprowadziło do eskalacji napięcia. W środę oficjalne media północnokoreańskie podały, że Korea Płn. „starannie analizuje” plany dokonania ataku rakietowego na należącą do USA wyspę Guam na Pacyfiku, a atak zależy od decyzji Kim Dzong Una.

Prezydent USA Donald Trump w piątek zapowiedział na Twitterze, że amerykańskie siły zbrojne „są gotowe do strzału”, oraz ostrzegł, że Kim Dzong Unowi nie „ujdą na sucho jego pogróżki”.

PAP/MoRo

O konflikcie nuklearnym na razie nie może być mowy, chyba że Korea Północna „coś” spróbuje wystrzelić

Najważniejsze w tej sprawie nie jest to, co mówi Korea i Donald Trump, ale zachowanie Chin i w jakimś sensie również Rosji. Zbyt mocne uderzenie może sprowokować Chiny do większego poparcia Korei.

– Od jakiegoś czasu toczy się w USA głośna dyskusja nad tym, czy należy zostawiać, czy usuwać pomniki bohaterów Południa z wojny domowej z XIX wieku – powiedziała Irena Lasota, publicystka, wydawca, działaczka społeczna i dyrektorka Fundacji na rzecz Demokracji w Europie Wschodniej w Waszyngtonie, przypomnając, że wojna secesyjna była najkrwawszą wojną w historii Ameryki i jej głównym skutkiem było zniesienie niewolnictwa. Jej zdaniem podział w sporze o pomniki nie jest jasny, bowiem są ludzie, którzy wcale nie utożsamiają się z ideałami rasizmu, a są przeciwni usuwaniu pomników, które stoją już od 150 lat. Relacjonując wydarzenia, jakie miały miejsce w Charlottesville w stanie w Virgina, przytoczyła również argumentację drugiej strony, powołującej się najczęściej na odczucia ciemnoskórych mieszkańców Ameryki, których przodkowie byli niewolnikami.

Zajścia w Chalottesville

Fot. PAP EPA/PETER FOLEY
Marsz protestacyjny solidaryzujący się z ofiarami przemocy, która miała miejsce podczas wiecu w Charlottesville w stanie Wirginia. W demonstracji w Nowym Jorku 13 sierpnia 2017 r. wzięli udział członkowie różnych grup przeciwnych polityce prezydenta Trumpa oraz grupa Black Lives Matter.

Przypomnijmy – w sobotę w Charlottesville został zorganizowany wiec pod hasłem „Zjednoczyć prawicę”, który był protestem przeciwko planowanemu przez władze miejskie usunięciu pomnika generała Roberta E. Lee, dowódcy wojsk Konfederacji w czasie wojny secesyjnej (1861–65). Podczas zajść zginęły trzy osoby: kobieta potrącona przez samochód, który wjechał w kontrdemonstrantów, oraz dwaj policjanci, ofiary katastrofy śmigłowca, której przyczyn nie ustalono do dziś. Jak podkreślają uczestnicy manifestacji, służby porządkowe nie stanęły na wysokości zadania, bowiem zamiast odgrodzić manifestantów od kontrmanifestatntów, przyczyniły się do zaostrzenia konfliktu, każąc manifestantom z wiecu „Zjednoczyć prawicę” przejść trasą, na której zgromadzili się kontrmanifestujący lewacy, zagradzający dostęp do pomnika generała Lee.

– Zrobiła się draka nie wiadomo z czego – powiedziała Irena Lasota, wyjaśniając, że wszystko zaczęło się od dwóch małych i głośnych grupek alt-prawicy i alt-lewicy, które stanęły naprzeciw siebie w  Charlottesville. Jej zdaniem członkowie alt-prawicy, tak jak ma to miejsce również w Europie, usiłują nazywać się prawicowymi i podłączać do formacji rządzącej. Przy okazji zajść w Virginii narracja mediów usiłowała powiązać ich z Republikanami. Zwróciła uwagę, że Republikanie od tej alt-prawicy, od rasizmu i innych poglądów, jakie te osoby reprezentują, natychmiast się odcięli, tak jak zawsze się odcinali.

[related id=34548]- Partia Republikańska to partia Abrahama Lincolna, czyli przeciwnika niewolnictwa – zaznaczyła publicystka. Jej zdaniem alt-lewica w USA jest bardzo podobna do tej europejskiej.

– Skrzykują się za pomocą internetu i ich głównym zadaniem jest sprowokować do tego, żeby była jakaś awantura, draka, i czasami im się to udaje, czasami nie – mówiła. W sobotę dopięli swego w głównej mierze dlatego, że było to zapowiadane już od jakiegoś czasu w internecie, bowiem „głównie internet kreuje naszą wyobraźnię polityczną”.

Jak powiedziała, zastanawia się, dlaczego zajść w Charlottesville nie nazwano terroryzmem, bowiem podobny przebieg miały wydarzenia sprzed roku w Nicei czy niedawne w Londynie, gdzie również samochodami wjeżdżano w tłumy.

– Niestety żyjemy w bardzo nielogicznych czasach, bo terrorysta koniecznie musi być muzułmaninem, natomiast jeżeli jest to biały zwolennik Ku Klux Klanu, to już nie jest terroryzm – zauważyła Irena Lasota.

Jej zdaniem grupy skrajne zarówno prawicowe, jak i lewicowe są bardzo nieliczne, a jedynie dobrze rozpracowały technikę „udawania”, że są bardzo silną zorganizowaną partią. Podała tu za przykład jedno alt-prawicowe ugrupowanie, które – jak ktoś wyśledził – jest w stanie w ciągu miesiąca powysyłać kilkaset tysięcy listów oburzonych w jakiejś sprawie, a jak się okazało, wychodzą one tylko z 1600 adresów IP.

– Pewnie to również trzeba brać pod uwagę, jeżeli człowiek mówi o radykalnych partiach w Polsce – powiedziała. Według niej postawa gubernatora stanu Virginia była „bardzo ładna i wszystkim się podobała”, bo Terry McAuliffe, demokratyczny gubernator Virginii, w ostrych słowach przeciwstawił się osobom występującym pod sztandarami „białej supremacji” (ang. white supremacy). Jej zdaniem złe wrażenie zrobił na wszystkich prezydent Donald Trump, „który w dyplomatycznym języku wezwał obie strony rozrabiających do zachowania spokoju”, a Republikanie oczekiwali, że potępi on marsze z symbolami Ku Klux Klanu, neonazistów itd.

Eskalacja konfliktu USA – Korea Północna

[related id=34554]W sprawie zaostrzającego się konfliktu koreańskiego, jak powiedziała Irena Lasota, krąży wiele interpretacji, ale nie jest to kwestia, która głównie zaprząta prezydenta Trumpa.

– Ludzie z otoczenia prezydenta Trumpa mówią, że on nie jest w stanie skupić się na niczym dłużej niż 10 minut – relacjonowała publicystka doniesienia mediów na temat Donalda Trumpa, który w stosunku do Korei Północnej używał ostrego języka, za co „był bardzo krytykowany przez zwolenników i przez przeciwników”, bowiem był to „język niegodny prezydenta, zwłaszcza w stosunku do innego prezydenta, który słynie z tego, że lubi się przekomarzać i walczyć na słowa”.

– Najważniejsze w tej sprawie nie jest to, co mówi Korea i prezydent Trump, ale zachowanie Chin i w jakimś sensie również Rosji – zauważyła Irena Lasota. Przypomniała, że Chiny głosowały w ONZ za potępieniem Korei Północnej, ale w praktyce cały czas podtrzymują ją, sprzedając jej ropę naftową, którą kupują w Iranie. Jej zdaniem Chiny coraz bardziej odgrywają rolę państwa niezależnego, ale również nastawionego „niezbyt pokojowo”.

Jej zdaniem w całej tej sprawie trzeba bacznie przypatrywać się temu, co mówi jedna i druga strona konfliktu. Zauważyła, że początkowa ostra retoryka prezydenta Trumpa została nieco złagodzona, bowiem nie mówi on już, że USA zareagują na wszelkie pogróżki, ale jedynie na te poparte czynem.

[related id=34471]- Jeśli Korea coś wystrzeli albo wysunie się poza swoje wody terytorialne, myślę, że wtedy rzeczywiście Stany Zjednoczone odpowiedzą. W jaki sposób odpowiedzą, jest bardzo trudno mi przewidzieć, ponieważ wszyscy debatują po pierwsze na temat kosztów mocnego uderzenia – powiedziała Lasota i dodała przy tym, że debata na ten temat dotyczy również kwestii nieobliczalności Korei, a także możliwości „zbyt mocnego uderzenia, które może sprowokować Chiny do większego poparcia Korei Północnej”. Zwróciła przy tym uwagę, że „tak naprawdę to, czego Chiny nie chcą, to większej obecności Stanów Zjednoczonych na Dalekim Wschodzie”. Miniony weekend w USA przyniósł w mediach wiele wypowiedzi na ten temat osób, które były na najwyższych stanowiskach w armii, ale nikt z zawodowo czynnych oficerów, jak i z administracji nie wypowiadał się w tej kwestii.

– O konflikcie nuklearnym na razie nie może być mowy, chyba że Korea Północna coś spróbuje wystrzelić, co może polecieć nie w tę stronę, gdzie trzeba – powiedziała pani Lasota, relacjonując wnioski amerykańskich specjalistów. Poinformowała również, że specjaliści wypowiadający się na temat możliwości koreańskich pocisków z głowicami nuklearnymi są zgodni co do tego, że próby z bronią jądrową tego państwa są obarczone bardzo dużym ryzykiem ze względu na niedopracowane technologie, nawet do tego stopnia, że mogą się one zakończyć eksplozją na terenie samej Korei Północnej.

W audycji również o wyścigu, jaki toczy się między USA i Niemcami jako najsilniejszym państwem Unii Europejskiej.

MoRo

Chcesz wysłuchać Poranka Wnet, kliknij tutaj.

Czytaj również: Jacek Bartosiak: Stany Zjednoczone chciałyby rewizji porządku światowego na taki, który dalej sprzyjałby ich gospodarce

Władze Guam opublikowały instrukcję dla ludności na wypadek ataku. „Chowaj się za wszystko, co może ci zapewnić ochronę”

W obliczu groźby północnokoreańskiego ataku rakietowego na wyspę USA Guam tamtejszy departament bezpieczeństwa wewnętrznego wydał instrukcję, jak 160 tys. jej mieszkańców ma się na to przygotować.

Dwustronicowy dokument ostrzega między innymi: „Nie patrz na rozbłysk lub kulę ognistą – może cię to oślepić” oraz „Chowaj się za wszystko, co może ci zapewnić ochronę”. Zapewniono, że w przypadku bezpośredniego zagrożenia departament wykorzysta wszystkie formy masowego komunikowania, by zaalarmować ludność. W razie ewentualnego incydentu powinno się przez 24 godziny unikać wychodzenia z domu, by nie stykać się z jakimkolwiek materiałem radioaktywnym.

Władze wezwały mieszkańców, by mieli przygotowane osobiste zestawy najniezbędniejszych przedmiotów i rodzinne plany ewakuacyjne oraz by zadbali o spisy znajdujących się w ich pobliżu betonowych schronów.

Zgodnie z instrukcją w razie ataku należy natychmiast szukać schronienia, nawet jeśli przebywa się w miejscu odległym o kilometry od wybuchu, gdyż substancje promieniotwórcze mogą być przenoszone przez wiatr. Ci, których wybuch zaskoczy na otwartym terenie, powinni za wszelką cenę unikać zetknięcia się z materiałem radioaktywnym.

„Zdejmij odzież, by udaremnić dalsze skażenia materiałem radioaktywnym. Zdjęcie zewnętrznej warstwy odzieży usuwa do 90 proc. materiału radioaktywnego. Jeśli się da, umieść swą skażoną odzież w plastikowej torbie i zaklej ją lub zawiąż. Odłóż torbę tak daleko od ludzi i zwierząt, jak to możliwe, by pochodzące z niej promieniowanie nie szkodziło innym” – głosi instrukcja.

„Jeśli to możliwe, weź prysznic z dużą ilością wody i mydła, co pomoże w usunięciu skażenia radioaktywnego. Nie trzyj ani nie drap skóry. Umyj włosy szamponem lub mydłem oraz wodą. Nie używaj odżywki do włosów, gdyż będzie ona utrzymywać materiał radioaktywny na twoich włosach” – wskazują władze Guam.

Prezydent Donald Trump ostrzegł w czwartek, że jeśli Korea Północna „nie weźmie się w garść”, popadnie w kłopoty, jakich doświadczyło niewiele krajów. Dodał, że USA „oczywiście” zawsze biorą pod uwagę negocjacje z Pjongjangiem, ale że negocjacje z tym krajem kończyły się fiaskiem przez ostatnie 25 lat.

Nawiązując do północnokoreańskich gróźb zaatakowania Guam, prezydent powiedział, że gdyby Korea Północna poczyniła jakiekolwiek kroki, „by choćby pomyśleć o ataku, miałaby powody do obaw”. Z kolei we wtorek Trump ostrzegł, że jeśli Pjongjang będzie dalej grozić Stanom Zjednoczonym, to spotka go „ogień i gniew, jakich świat nigdy nie widział”.

PAP/MoRo

AP: Mimo wzajemnych pogróżek USA i Korea Północna mają zakulisowe kontakty przez „kanał nowojorski”

Mimo wzajemnych pogróżek, administracja Donalda Trumpa utrzymuje zakulisowymi kanałami dyplomatycznymi kontakty z Koreą Północną. Tematami rozmów są Amerykanie przez reżim i pogarszające się stosunki.

[related id=34321]Powołując się na źródła zaznajomione ze sprawą, AP przekazała, że na razie w ramach tych kontaktów nie zrobiono nic, by wyciszyć kryzys związany ze zbrojeniami nuklearnymi KRLD, który wywołuje obawy, że może przerodzić się w konfrontację militarną.

Rozmówcy AP są zdania, że trwające zakulisowe rozmowy mogłyby być podstawą do poważniejszych negocjacji, w tym dotyczących programu nuklearnego KRLD, gdyby Trump i północnokoreański przywódca Kim Dzong Un porzucili wojowniczą retorykę z ostatnich dni i opowiedzieli się za dialogiem.

Ze strony amerykańskiej za kontakty odpowiada wysłannik ds. KRLD Joseph Yun, zaś po stronie północnokoreańskiej prowadzi je Pak Song Il, dyplomata z przedstawicielstwa przy ONZ w Nowym Jorku. Ich rozmowy są określane żargonowo jako „kanał nowojorski”.

AP pisze, że „kanał nowojorski” praktycznie nie był wykorzystywany przez siedem ostatnich miesięcy prezydentury Baracka Obamy, bo KRLD zerwała kontakty w reakcji na wprowadzone wówczas amerykańskie sankcje wobec Pjongjangu. Wznowiono je krótko po objęciu prezydentury przez Donalda Trumpa w styczniu br.

[related id=34344]USA i KRLD nie utrzymują stosunków dyplomatycznych. Oficjalnie strona amerykańska zapewnia, że jest gotowa do rozmów z KRLD, ale jako warunek wstępny stawia zaprzestanie prób pocisków balistycznych, które mogę dosięgnąć terytorium USA. Mimo sprzeciwu wspólnoty międzynarodowej w lipcu reżim w Pjongjangu przeprowadził dwa takie udane testy.

AP przypomina, że o istniejącej możliwości zakulisowych rozmów z KRLD mówił na niedawnym spotkaniu ASEAN w Manili amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson. „Mamy z nimi otwarte inne kanały komunikacji, by usłyszeć, co mają do powiedzenia, jeśli chcą rozmawiać” – zapewnił.

Istnienie „kanału nowojorskiego” może oznaczać, że obie strony są gotowe do rozmów, mimo że Trump zagroził KRLD „ogniem i gniewem, jakich świat nie widział”, a Pjongjang publicznie snuje plany ataku rakietowego na amerykańską wyspę Guam na Oceanie Spokojnym.

Ani Departament Stanu USA ani Biały Dom nie skomentowali dla AP działalności Josepha Yuna. Z kolei dyplomata z misji KRLD przy ONZ potwierdził tylko, że kanałami dyplomatycznymi udało się doprowadzić dwa miesiące temu do zwolnienia będącego w ciężkim stanie amerykańskiego studenta Otto Warmbiera, który wkrótce po przylocie do USA zmarł. To Yun poleciał po niego do Pjongjangu, co szeroko nagłośniły światowe media.

Obecnie „kanał nowojorski” służy do rozmów o wypuszczeniu z KRLD innych amerykańskich obywateli, w tym Kima Hak Songa, zatrzymanego w maju za bliżej niesprecyzowane „wrogie działania” Tony’ego Kima, nauczyciela, oskarżonego o dążenie do obalenia rządu, oraz Kima Dong Czula, skazanego w ub. roku na 10 lat ciężkich robót za szpiegostwo.

Ostatnia runda poważnych negocjacji między Waszyngtonem a Pjongjangiem załamała się w 2012 roku, gdy wbrew zobowiązaniom podjętym w zamian za amerykańską pomoc żywnościową KRLD wystrzeliła rakietę dalekiego zasięgu. Od tamtej pory północnokoreańskie zbrojenia nabrały tempa, co oznacza także, że za ewentualny kompromis obie strony musiałyby zapłacić wyższą cenę.

AP odnotowuje, że Trumpa oskarżono o to, że jego ostatnie tweety i oświadczenia pod adresem KRLD przyczyniły się do zaognienia konfliktu albo wręcz chaosu na linii Waszyngton-Pjongjang. Tymczasem zdaniem agencji nie jest wcale jasne, jaki skutek będą one miały dla zakulisowych kontaktów w ramach „kanału nowojorskiego”.

PAP/MoRo

Rosyjski szef MSZ Siergiej Ławrow o kryzysie koreańskim: Ryzyko jest wysokie. Otwarte groźby użycia siły

Szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow ocenił, że ryzyko konfliktu USA i Korei Północnej jest bardzo wysokie, biorąc pod uwagę retorykę obu krajów. Wyraził przy tym nadzieję, że „zwycięży zdrowy rozsądek”.

„Uważam, że ryzyko jest bardzo wysokie, szczególnie jeśli uwzględnić tę retorykę: brzmią otwarte groźby użycia siły” – powiedział szef MSZ na spotkaniu z młodymi politologami i socjologami na forum młodzieżowym w obwodzie włodzimierskim.

Ławrow zauważył, że w przypadkach, „gdy dochodzi niemal do bójki, to jako pierwsza z niebezpiecznej linii powinna się zapewne wycofać strona, która jest silniejsza i mądrzejsza”.

„Niestety, retoryka w Waszyngtonie i Pjongjangu zaczyna przekraczać miarę. Mimo wszystko sądzimy, że zdrowy rozsądek zwycięży” – mówił. Podkreślił, że Rosja stoi na stanowisku, że niedopuszczalne jest uzyskanie przez Koreę Północną broni jądrowej.

[related id=34216]Szef rosyjskiej dyplomacji mówił także o stosunkach Rosji z Zachodem, któremu zarzucił toczenie walki o zachowanie swojej dominacji w świecie. „Nasi koledzy amerykańscy wykorzystują obecną sytuację, w tym antyrosyjską postawę swych sojuszników w Europie, po to, by (…) utrzymać znaczenie NATO, które nie może istnieć bez USA, i jednocześnie myśleć o własnych interesach ekonomicznych” – oświadczył.

Z kolei wewnątrz Unii Europejskiej istnieje – zdaniem rosyjskiego ministra – „agresywna rusofobiczna mniejszość”, która „próbuje nadużywać zasady solidarności” i narzuca innym państwom unijnym „podejście agresywne i konfrontacyjne”.

Ławrow przekonywał, że „część elit na Zachodzie chciałaby widzieć Rosję słabą” i „gotową do ustępstw na szkodę jej interesom”. Wyraził przekonanie, że „celem wojny na sankcje jest m.in. osiągnięcie tego celu”. „Nigdy nie będziemy niczego robić na szkodę naszym interesom i o tym wszyscy wiedzą” – zapewnił.

PAP/MoRo

 Trump: Moja wypowiedź dotycząca Korei Płn. mogła być nie dość ostra

Prezydent Trump oświadczył w czwartek, że jego wypowiedź o reakcji USA na dalsze prowokacje Korei Północnej mogła być „nie dość ostra”, chociaż zapowiedział we wtorek, że spotka ją ogień i gniew”

W czwartek Trump odmówił odpowiedzi na pytanie dziennikarzy, czy USA rozważają prewencyjne uderzenie militarne; oświadczył, że jego administracja nigdy nie wypowiada się w takich sprawach publicznie.

Prezydent ostrzegł, że jeśli Korea Północna „nie weźmie się w garść”, popadnie w kłopoty, jakich kiedykolwiek doświadczyło niewiele krajów. Dodał, że USA „oczywiście” zawsze biorą pod uwagę negocjacje z Koreą Północną, ale że negocjacje z tym krajem kończyły się fiaskiem przez ostatnie 25 lat.

Swoim poprzednikom Trump zarzucił, że nie zajęli się skutecznie problemem północnokoreańskim.

Nawiązując do północnokoreańskich gróźb zaatakowania Guamu, Trump powiedział, że gdyby Korea Północna poczyniła jakiekolwiek kroki, „by choćby pomyśleć o ataku, miałaby powody do obaw”.

PAP/MoRo

Potencjalne skutki północnokoreańskiego ataku na Guam. Nowy test dla systemów obronnych USA i Japonii?

Zapowiedzi Pjongjangu o planowanym prewencyjnym odpaleniu kilku rakiet balistycznych w stronę amerykańskiej wyspy Guam budzą wątpliwości co do działania systemu obrony przeciwrakietowej THAAD.

[realted id=34228]Amerykańska baza lotnicza na wyspie Guam, gdzie stacjonują bombowce strategiczne B-1B, jest dla Pjongjangu idealnym celem do przetestowania realnych możliwości operowania pociskami balistycznymi. Próba przeprowadzona 28 lipca, podczas której pocisk wzniósł się, według informacji strony północnokoreańskiej, na wysokość 3700 km, nie pozwala w jednoznaczny sposób sprawdzić poprawności działania tego typu rakiet. Ekstremalnie wysoki pułap lotu niewykorzystywany podczas standardowego prowadzenia ataku stawia inne warunki przed głowicą bojową oraz nie daje pewności, że można liczyć na jej przewidzianą przez konstruktorów dokładność.

W czwartkowym oświadczeniu strony północnokoreańskiej nazwano amerykańskie bombowce „powietrznymi piratami z Guam”. Choć te jednostki nie są w stanie przenosić ładunków nuklearnych, Pjongjang wciąż przedstawia je jako główne zagrożenie, do wyeliminowania w pierwszej kolejności.

Oświadczenie informowało również o spodziewanej trajektorii lotu pocisków Hwasong-12 – tor lotu miałby przebiegać nad terytorium japońskich prefektur Shimane, Hiroshima i Koichi. Stawia to kolejne pytanie o to, w jaki sposób może zachować się japońska obrona przeciwrakietowa bazująca na amerykańskim systemie Aegis.

Dotychczas nad terytorium Japonii północnokoreańska rakieta przeleciała w sierpniu 1998 r. – był to pocisk Taepodong-1 z satelitą Kwangmyongsong-1, którego dwa z trzech segmentów wylądowały na północny wschód od prefektury Aomor – oraz w kwietniu 2009 r. po nieudanej próbie z pociskiem Taepodong-2 i kolejnym satelitą. W pozostałych przypadkach północnokoreańskie rakiety spadały w japońskich wodach należących do wyłącznej strefy ekonomicznej.

[related id=34223]Dla Korei Północnej zapowiedź użycia rakiet Hwasong-12 wiąże się z przetestowaniem pocisków balistycznych średniego zasięgu (IRBM) innych niż coraz bardziej zawodne Musudany. Obserwatorzy przyznają, iż czwartkowa zapowiedź potencjalnego wystrzelenia pocisków w stronę Guamu, z podanymi szczegółami lotu, może zostać potraktowana jako bezprecedensowa dotychczas informacja o charakterze NOTAM (Notice to AirMen) zapowiadająca zmiany lub utrudnienia w ruchu powietrznym. Wcześniej Pjongjang zapowiadał tak jedynie starty rakiet z satelitami, a nie pociski bojowe.

Północnokoreańska zapowiedź nie musi być traktowana jako ekstremum dotychczasowych gróźb pod adresem USA, ale jako bardzo rozmyślnie przygotowany plan zawierający wiele elementów składowych: przelot nad terytorium Japonii, pełnowymiarowa próba pocisku balistycznego, precyzja systemu namierzania (zapowiadana dokładność na 30-40 km od Guam po przebyciu 3356,7 km), a także reakcja na drażniące reżim od lat amerykańsko-południowokoreańskie doroczne manewry Ulchi-Freedom Guardian rozpoczynające się 21 sierpnia. W ub.r. tydzień po tych ćwiczeniach obu państw Korea Płn. przeprowadziła piątą i jak na razie ostatnią próbę atomową.

[related id=34219]Przed Japonią i Stanami Zjednoczonymi przelot pocisku balistycznego stawia wyzwanie wymagające jednoznacznej odpowiedzi i strategii odnośnie do wykorzystania systemów obrony Aegis (w Japonii) oraz THAAD (na wyspie Guam). Każde z nich pozostawia wątpliwości dotyczące skuteczności. Dla japońskich pocisków przechwycenie północnokoreańskiej rakiety może być zbyt trudne nad własnym terytorium, z kolei amerykańskie mogą okazać się nie dość skuteczne, ponieważ nie przeprowadzono wystarczająco wielu testów z rakietami średniego zasięgu.

Wraz z mnożącymi się znakami zapytania w kwestii pewności co do jednolitego frontu i możliwości obronnych ze strony Tokio oraz Waszyngtonu, sama zapowiedź potencjalnego wystrzelenia pocisków w stronę Guamu może być odczytana jako polityczny i propagandowy sukces dla Pjongjangu. Reżim może pod wieloma względami zyskać na takim zachowaniu, natomiast amerykańskie systemy obrony i współpraca między sojusznikami związanymi obronnym paktem od dekad mogą w praktyce okazać się nieskuteczne.

 

Z Pekinu Rafał Tomański  PAP

Minister obrony Japonii: będziemy bronić wyspy Guam. NATO: Guam nie jest objęty zasadą zbiorowej samoobrony

Zamierzamy bronić wyspy Guam- oświadczył minister obrony Japonii Itsunori Onodera. Niemiecka Agencja DPA wyszukała zapisy i potwierdziła w NATO, że Guam nie jest objęty zasadą zbiorowej samoobrony.

„Każdy atak na Guam zostanie uznany za egzystencjalne zagrożenie dla Japonii” – powiedział Onodera, odwołując się do porozumienia obronnego między Tokio a Waszyngtonem.

„W takim przypadku Japonia ma prawo do użycia swojego systemu obrony przeciwrakietowej Aegis” – dodał minister. Zapewnił również, że japońskie siły zbrojne mogą zestrzelić północnokoreańskie rakiety przed ich dotarciem do terytorium USA.

Portal telewizji Fox News zaznaczył, że wcześniej Tokio zapewniało, iż strąci rakiety Pjongjangu jedynie w przypadku, gdy zagrożą one bezpośrednio japońskiemu terytorium. W zeszłym roku rząd Japonii zmienił jednak politykę obronną, zezwalając swoim siłom zbrojnym na obronę terytorium USA oraz pozostałych sojuszników. Zdaniem portalu wypowiedź Onodery „odzwierciedla zwiększone zainteresowanie Japonii rewizją roli swoich sił zbrojnych oraz chęć zajmowania bardziej agresywnego stanowiska w regionie Pacyfiku”.

Większość północnokoreańskich testów rakiet kończy się lądowaniem pocisków w Morzu Japońskim.

Wyspa Guam jest położona 2,5 tys. km na południe od japońskiego wybrzeża. Znajdują się na niej amerykańskie bazy wojskowe oraz nowoczesny system obrony przeciwrakietowej THAAD (Terminal High Altitude Area Defense).

Wyspa Guam – terytorium zamorskie Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku – nie jest objęta zasadą zbiorowej samoobrony zapisaną w Traktacie Północnoatlantyckim – pisze agencja dpa, informując, że potwierdził to w czwartek rzecznik NATO.

W razie ataku na Guam, czym grozi Korea Północna, kraje NATO nie byłyby więc zobligowane traktatowo do przyjścia z pomocą USA – wskazuje dpa, po czym podkreśla, że ewentualne sięgnięcie przez sojuszników po artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego w razie takiego ataku byłoby „decyzją czysto polityczną”.

Artykuł 5, dotyczący prawa do zbiorowej samoobrony, stanowi, że zbrojna napaść na jedną lub więcej stron Traktatu w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim. Jednak w artykule 6 sprecyzowano, że chodzi o zbrojną napaść „na terytorium którejkolwiek ze Stron w Europie lub Ameryce Północnej, na algierskie departamenty Francji, na terytorium Turcji lub na wyspy znajdujące się pod jurysdykcją którejkolwiek ze Stron na obszarze północnoatlantyckim na północ od Zwrotnika Raka; na siły zbrojne, okręty lub statki powietrzne którejkolwiek ze Stron znajdujące się na tych terytoriach lub nad nimi albo na jakimkolwiek

innym obszarze w Europie, na którym w dniu wejścia w życie traktatu stacjonowały wojska okupacyjne którejkolwiek ze Stron, lub też na Morzu Śródziemnym czy na obszarze północnoatlantyckim na północ od Zwrotnika Raka”.

Agencja dpa wskazuje, że w kołach NATO podkreśla się, iż jest mało prawdopodobne, by państwa Sojuszu odmówiły Stanom Zjednoczonym wsparcia, powołując się na te sformułowania.

 

PAP/MoRo

Francuskie media o kryzysie koreańskim: irracjonalność i szaleństwo

Francuskie media , zwracają uwagę na eskalację napięcia między Koreą Płn. a Stanami Zjednoczonymi z powodu zbrojeń nuklearnych, do której doszło w ostatnich dniach po ostrych wypowiedziach obu stron.

„Korea Płn i USA kontynuują groźby” – to tytuł w katolickim dzienniku „La Croix”. „Niebezpieczna eskalacja słowna mimo wezwań, by się powstrzymały” – brzmi tytuł w dzienniku „Le Monde”.

Alexandra Schwartzbrod pisze w dzienniku „Liberation”, że z klasycznej koncepcji odstraszania nuklearnego, „opierającej się na lęku przed rozbiciem w proch i pył w wypadku agresji”, weszliśmy „w inny wymiar, w którym królują irracjonalność i szaleństwo. Oraz solidna doza głupoty”.

Michel Klekowicki z dziennika „Republicain Lorrain” pisze, że to „zmierzenie się oko w oko Kim Dzong Una i Donalda Trumpa to najgorszy z możliwych układów” I prognozuje, że choć „walka kogutów w atomowym kurniku nie jest dobrym pomysłem”, „nieświadomość jednego i nieprzewidywalność drugiego w mgnieniu oka doprowadzić mogą do naciśnięcia na czerwony guzik”.

Komentator komunistycznej „l’Humanite” nazywa Donalda Trumpa i Kim Dzong Una „dwoma szaleńcami” i potępia rząd francuski za „poparcie dla determinacji niepowstrzymanego twitterzysty z Białego Domu”.

Rzecznik rządu francuskiego Christophe Castaner uznał, że „determinacja prezydenta amerykańskiego (…) jest determinacją, jaką pokazaliby wszyscy amerykańscy prezydenci, ponieważ nie mogą się oni godzić na to, by ich terytorium było celem balistycznych rakiet z bronią jądrową”.

Przyznając, że Francja zaniepokojona jest kryzysem wokół północnokoreańskich zbrojeń jądrowych, Castaner wezwał do „odpowiedzialności i deeskalacji” oraz zaproponował „wszelkie dobre usługi Francji w celu znalezienia pokojowego rozwiązania”.

Eksperci zwracają na ogół uwagę na to, że tylko ton kryzysu jest nowością, gdyż sytuacja jest przedłużeniem trwającego od lat napięcia. I przypominają, że Seul, który ma 25 mln mieszkańców, w tym setki tysięcy cudzoziemców, leży zaledwie 50 km od granicy z Koreą Płn. Nawet artyleryjski atak konwencjonalny spowodowałby śmierć milionów ofiar – przestrzegają francuscy specjaliści.

Według Antoine Bondaza z paryskiego Instytutu Nauk Politycznych „amerykański prezydent zniża się do poziomu Kim Dzong Una”. Jego zdaniem tego rodzaju wypowiedzi „nigdy nie spowodowały, by Korea Płn. zrezygnowała z próby balistycznej. Wręcz przeciwnie, zamiast zmniejszać, prowadzą do zwiększenia napięcia”.

„Ryzyko polega na tym, że ta kakofoniczna komunikacja przemieni się w eskalację militarną i jakaś pomyłka w ocenie czy złe zrozumienie doprowadzi do zbrojnego incydentu” – wyraża obawę Bondaz.

Valerie Niquet, kierująca działem Azji w Fundacja Badań Strategicznych przypominała w radio France Info: „Od chwili wyboru Donald Trump powtarza, że Korea Płn. jest zasadniczym zagrożeniem dla USA. Zmieniły się jednak słowa. Ich celem jest wzbudzenie niepokoju i lęku”.

Vincent Michelot, profesor cywilizacji amerykańskiej w paryskim Instytucie Nauk Politycznych powiedział w wywiadzie dla „La Croix”, że polityka prezydenta Trumpa „z braku alternatywy nie różni się od tej, jaka prowadzili jego poprzednicy. Szczególna jest jednak jego retoryka. Gdy Barack Obama obiecywał +siłę i determinację+, Donald Trump przywołuje ogień i gniew”.

Machiavellego, który twierdził, że “czasem mądrze jest udawać szaleństwo” przywołuje w czwartkowym numerze „Le Figaro” Laure Mandeville. Komentatorka wyraża przypuszczenie, że „ta konfrontacja na skraju przepaści może być bardziej wykalkulowana niż się wydaje”.

Dziennikarka prawicowej gazety przypomina prezydenta USA Richarda Nixona, który podczas wojny w Wietnamie stworzył teorię „człowieka szalonego”. Chodziło mu o to, by Kreml był przekonany, że „Nixona, kiedy jest wściekły, nie da się powstrzymać i że trzyma palec na guziku jądrowym”. Chodziło o uzyskanie ustępstw.

Mandeville nie wyklucza, że w Waszyngtonie nastąpił podział ról: „Trumpowi przypadła rola złego policjanta, szalonego i gotowego na opcję militarną. (Sekretarzowi stanu) Tillersonowi – rola dobrego gliniarza, otwartego na perspektywę dialogu, jeśli Pjongjang zgodzi się na zamrożenie programu pocisków (balistycznych)”.

PAP/MoRo