Hanna Shen: Trwa rozgrywka pomiędzy USA a Chinami. Wyspy Salomona zrywają stosunki dyplomatyczne z Tajwanem

Chinom mocno zależy na osłabieniu Tajwanu oraz zapobiegnięciu reelekcji prezydent Caj Ing-wen. Zerwanie stosunków to sukces Pekinu w kontekście obchodów 70 rocznicy powstania komunistycznych Chin.

 


Hanna Shen, korespondentka polskich mediów na Tajwanie komentuje sytuację związaną z zerwaniem oficjalnych relacji Wysp Salomona z Tajwanem na rzecz Chin. Od momentu objęcia prezydentury przez Caj Ing-wen z proniepodległościowej Demokratycznej Partii Postępowej w 2016 roku, już sześć państw odwróciło się od Tajwanu, skłaniając się w stronę Pekinu:

W Tajwanie zbliżają się wybory na początku 2020 roku, w których Caj Ing-wen będzie starać się o reelekcję. Zerwanie oficjalnych stosunków przez te kraje jest działaniem inspirowanym przez Chiny.

Chinom nie podoba się władza Tajwanu, więc poprzez rezygnację z oficjalnych relacji dyplomatycznych krajów ościennych chcą one wywrzeć presje na mieszkańcach:

W Wydawnictwie Komunistycznej partii Chin oficjalnie napisano, iż jeśli  Caj Ing-wen wygra wybory w 2020 roku, to Chiny zrobią wszystko, aby Tajwan stracił sojuszników.

Jak dodaje Hanna Shen, Chinom zależało, aby jak najszybciej doszło do zerwania oficjalnych relacji Wysp Salomona z Tajwanem. Chiny szykują się do wielkiego świętowania 70 rocznicy powstania państwa komunistycznego w dniu 1 października, a każde wydarzenie związane z osłabieniem Tajwanu jest w Państwie Środka sukcesem:

Dla Tajwanu jest to bardzo ważne wydarzenie pod kątem wizerunkowym, gdyż dziś kraje, które uznają Tajwan, nie liczą się zbyt mocno w rozgrywce geopolitycznej. […] Chiny na pewno chcą mieć swoje wpływy w regionie Oceanii i wyprzeć stąd Australię i USA. To na pewno jest niebezpieczeństwo.

Gość „Poranka WNET” odnosi się także do wznowienia rozmów handlowych pomiędzy USA a Chinami. Jak zaznacza, Tajwan jest częścią tej rozgrywki. Donald Trump chciałby pierwszą część tzw. dealu dotyczącego wyłącznie spraw handlowych, zawrzeć przed wyborami w USA. Natomiast sprawy dotyczące technologii, Huawei i 5G miałyby zostać kontynuowane już po wyborach.

Zbliża się zgromadzenie ogólne ONZ, na którym ma wystąpić Trump. Mówi się, że ma być tam poruszony temat tego, co dzieje się w Xinjiangu, chińskiej prowincji 3 razy większej od Francji:

Tam według szacunków ponad milion Ujgurów [muzułmanie, grupa etniczna pochodzenia tureckiego, jedna z 55 mniejszości uznanych oficjalnie w Chińskiej Republice Ludowej – przyp. red.] ma być przetrzymywanych w obozach koncentracyjnych. Mówi się też o tym, że przebywają tam również chrześcijanie.

A.M.K.

Gen. Spalding (USA): Budowa w Polsce sieci 5G w proponowanej obecnie formie oznaczałoby powszechną inwigilację

Gen. Robert Spalding o wyzwaniach bezpieczeństwa narodowego w XXI w. i o tym, jak niedemokratyczne państwa próbują zniszczyć demokracje od środka.

Gen. Robert Spalding opowiada o sytuacji na Oceanie Spokojnym. Jak podkreśla, jest to coraz większe wyzwanie ekonomiczne i polityczne, a zaczyna być również i militarne.

Ameryka wycofała się z paktu rakietowego, dlatego że Chiny zbudowały ich ogromną ilość. Jest to w interesie naszego bezpieczeństwa narodowego, aby prawa i wartości obywatelskie byly przewodnimi zasadami rządu.

Jestem w Polsce, aby mówić na temat bezpieczeństwa Europy. Moim celem jest przedstawienie tego, jak zmieniła się polityka obronna Stanów Zjednoczonych i jak widzi ją społeczeństwo – mówi gen. Spadling.

Dyrektor ds. Planowania strategicznego w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego wskazuje, czym się różnią zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego w XXI w. od tych z wieków wcześniejszych.

W XIX i XX w. myśleliśmy w kategoriach żołnierzy, statków, myśleliśmy o zbrojnej inwazji. Stworzyliśmy tak skuteczną obronę, że totalitarne reżimy zaczęły używać ekonomii finansów, internetu, żeby zagrozić demokracji od środka.

Generał przytacza sprawę Roya Johnsa, który w styczniu 2018 r. został zwolniony przez Marriot za polubienie tweeta grupy tybetańskim niepodległościowców dziękujących Marriotowi za uwzględnienie w ankiecie konsumenckiej firmy Tybetu jako niepodległego państwa (zostało to przez firmę określone jako błąd, a ankietę wycofano). Amerykanin podkreśla, że dane są dobrem strategicznym, a ich posiadanie oznacza możliwość nadzoru nad społeczeństwem i kierowania swojego przekazu do wybranych grup. Przywołuje protesty ruchu Black Lives Matter w Nowym Jorku w 2016 r., za którymi, jak twierdzi, tak naprawdę stali Rosjanie.

Jeśli 5G zostanie  zbudowane w obecnej formie, to wszystko i każdy zostanie poddany inwigilacji.

Gen. Spalding mówi, że jest przeciwko 5G, które jest nieszyfrowane i niebezpieczne. Jak stwierdza, Rada Bezpieczeństwa Narodowego rekomenduje stworzenie szyfrowanej sieci 5G, która byłaby bezpieczna dla prywatności jej użytkowników.

Faktem jest, że tyran może zabrać wolność, ale możesz też tyranowi oddać swą wolność pod pozorem zysków.

Gość „Popołudnia WNET” stwierdza, że największym zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa jest to, że w imię interesów państwa demokratyczne zapomniały o potrzebie obrony swojej wolności. Jak mówi, wydarzenia z lata 2017 r. pokazują, jak łatwo Chiny mogą zmanipulować UE, „czarując niektóre kraje, by nie zwracały uwagi na łamanie praw człowieka”.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

M.N./A.P.

Litewska skarga na chińskich dyplomatów. „Została przekroczona dopuszczalna granica”

W poniedziałek Litwa wniosła oficjalny protest przeciwko postępowaniu chińskich dyplomatów w czasie protestów w Wilnie 23 sierpnia, gdzie mieli być zamieszani w przepychanki między protestującymi.

23 sierpnia mieszkańcy Hongkongu utworzyli łańcuch ludzkich rąk, nawiązując do zorganizowanego 30 lat wcześniej przez mieszkańców Litwy, Łotwy i Estonii Łańcucha Bałtyckiego, wyrażających w 50. rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow swoje dążenia niepodległościowe. Z kolei Litwini w geście solidarności tego dnia na wileńskim placu Katedralnym zorganizowali wiec poparcia dla protestujących w Hongkongu. W czasie tego protestu doszło do konfrontacji między organizatorami wiecu a grupą Chińczyków popierających działania rządu w Pekinie. Dwóch obywateli ChRL zostało zatrzymanych przez litewską policję i obciążonych karą grzywny w wysokości 15 euro za zakłócanie porządku publicznego. Mantas Adomėnas, poseł na Sejm Republiki Litewskiej i organizator protestu przekazał agencji Reuters, że w czasie zatrzymania obywateli chińskich, do policjantów podeszli ludzie legitymujący się identyfikatorami ambasady, prosząc o zwolnienie zatrzymanych.

Odtworzyłem nagranie z protestu i zobaczyłem, że chiński ambasador był obecny z boku i kilkakrotnie podchodzili do niego ludzie z protestu — powiedział poseł.

Stwierdził również, że zanim policja interweniowała, grupa ludzi mówiących po mandaryńsku i trzymających chińskie flagi próbowała odebrać demonstrantom megafon.

W odpowiedzi na te wydarzenia litewskie MSZ wręczyło notę protestacyjną ambasadorowi Chin w tym kraju Shenowi Zhifei.

W przekazanej w poniedziałek nocie zaznaczono, że działania przedstawicieli ambasady chińskiej — skierowane przeciwko konstytucji Litwy, gwarantującej wolność demokratyczną, i naruszające porządek publiczny — nie będą tolerowane. „Podczas spotkania strona chińska została wezwana do podjęcia niezbędnych środków, by w przyszłości nie doszło do podobnych incydentów” – można przeczytać w komunikacie resortu, cytowanym przez TVN 24.

Do zarzutów Litwy odniósł się rzecznik chińskiego MSZ Geng Shuang.

Odnosząc się do sytuacji na Litwie … Mogę powiedzieć wam, że chińscy dyplomaci wypełniali tam swoje obowiązki zgodnie z Konwencją Wiedeńską o Relacjach dyplomatycznych. Nie naruszyli oni lokalnych praw.

Jak stwierdził, jest całkowicie zrozumiałe, że chińscy patrioci za granicą, wyrażają sprzeciw wobec „brutalnych i nielegalnych zachowań w Hongkongu”. Dodał, iż Chiny liczą, że ten sprzeciw będzie przejawiał się „w racjonalny sposób”.

A.P.

 

W libijskiej wojnie domowej walczą ze sobą drony z Turcji i z Chin

W trwającej wojnie domowej w Libii obie strony używają bojowych bezzałogowców. Libijska Armia Narodowa chińskich dronów Wing Loong I/II, a siły powietrzne rządu w Trypolisie tureckich TB2 Bayraktar.

Jak podaje portal Defence 24, bezzałogowce Wing Loong zostały zakupione przez ZEA w 2017 r. i oddane do dyspozycji stojącego na czele Libijskiej Armii Narodowej gen. Chalify Haftara. Libijski wojskowy wrócił do kraju z emigracji w czasie rewolucji, do której się przyłączył. Po nieudanym puczu podporządkowane mu siły opanowały Bengazi, tworząc opozycyjny wobec Rządu Jedności Narodowej w Trypolisie ośrodek władzy. Samoloty, śmigłowce i drony Haftara operują m.in. z bazy w Al-Khadim. Lotnisko położone jest we wschodniej Libii, zdjęcia satelitarne z 2016 r. wskazywały w bazie co najmniej dwa bezzałogowce Wing Long I/II.

Nad Libią drony  typu Wing Loong I (i być może II) wykonują misje bojowe uzbrojone m.in. w chińskie przeciwpancerne rakiety kierowane, m.in. LJ-7, czyli eksportową wersję pocisku powietrze-ziemia HJ-10. Ciężki chiński Wing Loong II (Chengdu Aircraft Industry Group — CAIG) może przebywać w powietrzu ok. 20 godzin i dysponuje zasięgiem operacyjnym 4 tys. km. Wobec słabości lotnictwa oficjalnego rządu drony wykonują całodobowe ataki na cele naziemne, w tym bazy lotnicze, raczej bez problemów. Niemniej jednak do tej pory potwierdzono co najmniej jedną stratę Wing Loong. 3 sierpnia 2019 r. siły podległe rządowi w Trypolisie zestrzeliły w rejonie Misraty bezzałogowiec chińskiej produkcji, zidentyfikowany jako Wing Loong II, sił powietrznych gen. Haftara. Zdjęcia wraku wskazują, że bezzałogowiec uzbrojony był w kilka pocisków LJ-7.

Rząd w Trypolisie jest wspierany  przez Turcję, która dostarcza do Libii broń, pojazdy, doradców wojskowych itd. Dysponuje on tureckimi uderzeniowymi TB2 Bayraktar (Baykar Makina). TB2 są szeroko wykorzystywane w Libii do misji bojowych, atakując cele naziemne. Przypuszcza się, że bezzałogowce mogły być częścią dużej partii uzbrojenia tureckiego, które przypłynęło do Libii 18 maja br. na pokładzie statku Ro-Ro „Amazon” z portu Samsun (m.in. MRAP Kirpi i Vuran). Bayraktar operują m.in. w rejonie Trypolisu, gdzie toczą się od kilku miesięcy walki, a jedna z maszyn została uchwycona 9 czerwca br. na filmie wideo.

Prawdopodobnie zarówno Wing Loong, jak i TB2 Bayraktar, obsługiwane są i kierowane przez specjalistów – odpowiednio – emirackich i tureckich. Źródła libijskie wskazują, że na czele zespołu tureckich specjalistów i doradców, z bazą w rejonie Trypolisu, stoi turecki gen. Irfan Tur Ozsert.

Zalewski: W Kaszmirze ludzie giną prawie codziennie, ale słyszymy o tym, tylko kiedy stanie się coś większego

Co wiemy o tym, co się dzieje w Kaszmirze i dlaczego niewiele? Czemu mieszkaniec Mumbaju nie mógł dotychczas kupić tam ziemi i co z Kaszmirem mają wspólnego Chiny? Odpowiada Krzysztof Zalewski.

Krzysztof Zalewski o trudnej sytuacji w Kaszmirze po tym, jak rząd Indii odebrał temu regionowi autonomię 5 sierpnia 2019 r.

Zawieszono wszystkie połączenia telefoniczne, nie działa internet, wprowadzono rodzaj stanu wyjątkowego, nie wypływa stamtąd za dużo informacji.

Stan Dżammu i Kaszmir jest od tygodni niespokojny. Jak mówi ekspert, jest „dużo więcej wojska i policji”(przed sierpniem 400 tys. żołnierzy, teraz o 50 tys. więcej) , a „Kaszmirczycy nie mogą demonstrować swego niezadowolenia wobec rządu centralnego”. Stan podzielony jest na 6 mlnowy Kaszmir, niemal całkowicie muzułmański, Dżammu- po połowie zamieszkane przez muzułmanów i hinduistów oraz Ladah, półmilionowa buddyjską enklawę.

Indie i Pakistan ścierały się on Kaszmir wielokrotnie, Kaszmir stał się częścią Indii, w taki sposób, że Indie obiecały władcy Kaszmiru autonomię i ta autonomia była dziwna, np. Dżammu i Kaszmir otrzymały własną flagę, własny hymn, dając pozór niepodległości właściwie, dostały prawo decydowania o tym, kto jest rezydentem Kaszmiru, a co za tym idzie, kto może tam kupować ziemię.

Zalewski stwierdza, że np. mieszkaniec Mumbaju czy Nowego Delhi nie może kupić ziemi w Kaszmirze. Zmianę tego stanu rzeczy partia Narendy Modiego zapowiadała od dawna i zrobiła to 5 sierpnia, zmieniając w tym celu zapisy indyjskiej konstytucji, gwarantujące kaszmirską autonomię.

Pakistan stara się umiędzynarodowić ten konflikt. Indie uważają, że Pakistan jest wewnętrzną sprawą Indii, w związku z tym nawet odmawiają rozmowy na jego temat z przedstawicielami czy to Stanów Zjednoczonych, czy to Unii Europejskiej.

Konsekwencje tego zapewne przełożą się na relacje chińsko-indyjskie. Pakistan stara się o wciągnięcie Chin do rozgrywki, które same posiadają część Kaszmiru. Pekin dołączył do Islamabadu w potępieniu działań rządu indyjskiego w Kaszmirze. Jak zauważa Zalewski, oznacza to, że „Indie pogorszyły swoje relacje z Chinami, które starają się od dłuższego czasu wyprostowywać”.

Prawie codziennie giną ludzie, ale my słyszymy o tym, kiedy dojdzie do większej tragedii.

Gość „Poranka WNET” porównuje sytuację Kaszmiru do wschodniej Ukrainy, gdzie o trwającym konflikcie przypominamy sobie tylko, gdy stanie się coś większego. W regionie już wcześniej tego roku dochodziło do napięć. W Kaszmirze doszło do zamachu terrorystycznego, a w odpowiedzi indyjskie wojsko zbombardowało cele w pakistańskim Kaszmirze i na terenie Pakistanu właściwego. Z punktu widzenia władz Indii Pakistan jest źródłem trapiącego sporne terytoria terroryzmu. Zalewski mówi, że wojna  między Indiami a Pakistanem prawdopodobnie nie wybuchnie, jednakże w Kaszmirze mogą nasilić się zbrojne incydenty.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Hanna Shen: Demonstrujący w Hongkongu to młodzi, chińscy patrioci na pierwszej linii walki z komunizmem

Czemu protestujący w Hongkongu śpiewają w czasie protestów chrześcijańskie pieśni religijne i jak postrzegają oni Polskę? Odpowiada Hanna Shen.

Hanna Shen o napiętych relacjach chińsko-amerykańskich, w których obecnie panuje „zawieszenie broni”. Trump ogłosił niedawno zwiększenie ceł na towary chińskie sprowadzane do Stanów o wartości powyżej 200 mld $ z 25% na 30% oraz na towary o wartości powyżej 30 mld $ z 10 na 15%.  W odpowiedzi Chiny ogłosiły cła na towary amerykańskie o wartości 75 mld $. Trump przekazał amerykańskim firmom, żeby wycofywały się z Chin. W ostatni weekend jednak miały miejsce chińsko-amerykańskie rozmowy telefoniczne. Wicepremier Chin Liu He rozmawiał z kilkoma amerykańskimi politykami, dając do zrozumienia, że Chińczycy są gotowi dalej rozmawiać.

Hymnem protestujących w Hongkongu stało się „Śpiewajmy Panu Alleluja”.

Korespondentka, przebywająca w Republice Chińskiej mówi o wydarzeniach w Chinach kontynentalnych, a konkretnie o starciach podczas protestów w Hongkongu, gdzie ostatnio padł strzał ostrzegawczy przez policję. Agresja funkcjonariuszy jest coraz większa. Shen zwraca uwagę, na takie sytuacje jak skopanie przez policjantów klęczącego przed nimi mężczyzny, który jak się później okazało, jest pastorem. Dziennikarka zwraca przy tym uwagę na bardzo duży udział w protestach miejscowych chrześcijan, którzy na protestach śpiewają pieśni religijne. Dodaje, że demonstrują „młodzi ludzie, chińscy patrioci”, którzy jak mówi, są „na pierwszej linii walki z komunizmem”.

Dla ludzi z tej części Azji Polska to taki kraj, który w obliczu tyranii i ucisku i wybrał wolność i demokrację, zmienił kraj, ale także bieg historii.

Hongkończycy mieszkający poza granicami Chin robią wiele dla zainteresowania społeczeństw, w których żyją sprawą swoich krajan, przez organizowanie demonstracji czy kierowanie petycji, takich jak ta wystosowana do polskiego parlamentu. Jak dodaje korespondentka paradoksalnie, najmniej na temat protestów w Hongkongu wiedzą mieszkańcy ChRL z innych regionów. Przez blokadę informacji nawet mieszkańcy z graniczącego z Hongkongiem miasta Shenzhen nie wiedzą nic o protestach. Dopiero odwiedzając Hongkong, dowiadują się oni ku swemu zdumieniu, co tam się dzieje.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Jako pierwsi publikujemy list otwarty do polskich parlamentarzystów od grupy obywateli Hongkongu mieszkających w Polsce

Hongkończycy zawsze podziwiali ducha Polaków, którzy w obliczu tyranii i ucisku wybrali wolność i demokrację oraz zmienili kraj i bieg historii — czytamy w liście otwartym.

List otwarty do polskich parlamentarzystów

Szanowni Państwo Posłowie i Senatorowie,

Jesteśmy grupą obywateli Hongkongu mieszkającymi w Polsce. Pragniemy zachęcić Państwa, abyście stanęli po stronie Hongkończyków walczących teraz o swoje wolności.

Od czasu tzw. Rewolucji Parasoli w 2014 r. sytuacja dotycząca praw człowieka w Hongkongu bezprecedensowo pogarsza się. I tak na przykład księgarze, którzy sprzedawali pozycje krytyczne wobec rządu w Chinach kontynentalnych, zostali uprowadzeni, wielu działaczy politycznych otrzymało niewspółmierne do winy wyroki więzienia za udział w pokojowych protestach, a legalnie wybrani deputowani zostali pozbawieni mandatów w procesie, który był faktycznie politycznym show.

Skumulowany efekt takich działań sprawił, że sytuacja polityczna w Hongkongu stała się bardzo napięta, a zaufanie do rządu spadło. Próba ze strony rządu Hongkongu, aby szybko procedować ustawę o ekstradycji, która zagroziłaby integralności systemu prawnego miasta, pobudziła skrywany do tej pory gniew społeczeństwa i doprowadziła do protestów na szeroką skalę.

Ankieta przeprowadzona na Uniwersytecie Hongkongu pokazuje, że zaufanie do policji i rządu jest rekordowo niskie. Ze względu na przemoc stosowaną przez policję, i po odmowie przez władze spełnienia żądań protestujących, ta polaryzacja pogłębia się. Młodzi ludzie, którzy twierdzą, że czują się pozbawieni praw, wychodzą na ulice, twierdząc, że „nie mają innego rozwiązania”.

Jednocześnie Hongkończycy obawiają się, że komunistyczne władze Chin mogą użyć siły wojskowej, by spacyfikować pokojowe protesty, tak jak to zrobiły w czerwcu 1989 r. na Tiananmen.

Protestujący w Hongkongu, głównie młodzi ludzie, są ofiarami kryzysu humanitarnego. Poniżej kilka filmów wideo pokazujących to:

Hongkończycy zawsze podziwiali ducha Polaków, którzy w obliczu tyranii i ucisku wybrali wolność i demokrację oraz zmienili kraj i bieg historii. W tym duchu Solidarności prosimy o publiczne okazanie solidarności z obywatelami Hongkongu, którzy teraz walczą o swoją wolność.

Z wyrazami szacunku,

PL4HK – Supporting Hong Kong from Poland,
https://www.facebook.com/PL4HK
Whatsapp: +48 572644118

Kulig: Dziś potężnymi graczami na rynku bursztynów w Polsce są Chińczycy

Waldemar Kulig mówi, iż trudniej jest zdobyć klienta, który kupi bursztyn aniżeli surowiec. Natomiast największy bursztyn, którego posiadał ważył ok. jednego kilograma.

 

 

Aby obrabiać bursztyn trzeba popracować z kimś starszym, kto był mistrzem w tym fachu. Nie można się tego nauczyć z książki ani gazety. W moim przypadku był to mój brat Henryk Kulig, który był mistrzem obróbki bursztynu i wychował na tym terenie wielu bursztynników – mówi gość „Poranka WNET”.

Waldemar Kulig twierdzi, że trudniej jest o klienta, który kupi bursztyn niż o surowiec. Bursztyn powstawał ponad 70 mln lat, a eksploatacja trwa stosunkowo krótko. Rynek bursztynu opiera się na tym, co można zdobyć i znaleźć na terenie całego kraju. Rozmówca twierdzi, że jeśli chodzi i rynek zagraniczny to w dzisiejszych czasach Chińczycy są nie tylko w czołówce pozyskiwania bursztynu, są rekinami w każdej dziedzinie. „Gdyby chińskie rzeczy zniknęły z nas nagle okazałoby się, że jesteśmy jak Adam i Ewa” – mówi Kulig.

Największy bursztyn, którego posiadał rozmówca ważył ok. jednego kilograma. Znalazł go przypadkiem. Poczuł się wówczas zadowolony. Jak dodaje Kulig: „Z większych bryłek można zrobić piękne rzeźby, ale rynek nie zachęca do tego typu działań”. 

K.T.\M.N.

Pyffel: W Hongkongu protestuje szczególnie młode pokolenie ludzi, które obawia się o swoją przyszłość

Radosław Pyffel analizuje cztery główne powody protestów antyrządowych, które od tygodni odbywają się na ulicach Hongkongu.


Radosław Pyffel prosto z Chińskiego wybrzeża komentuje milionowe manifestacje, które odbywają się w Hongkongu. Jak się okazuje, z perspektywy Chin nie jest to temat mocno medialny:

Media są pasmem transmisyjnym rządu i tam zamieszki pokazuje się jako chaos. Częste są obrazki, jak manifestanci biją reporterów, czy łamią prawo w inny sposób. Zwykli mieszkańcy zbytnio nie przejmują się samymi protestami. Bardziej martwi ich fakt, że mogą mieć problem z przesiadką podczas wakacyjnego wyjazdu.

Jak dodaje kierownik studiów „Biznes chiński” na Akademii L. Koźmińskiego w Warszawie, Hongkong przez dziesięciolecia był swoistą bramą do Chin, kiedy te były niejako zamknięte. Sytuacja jednak uległa zmianie:

Sytuacja ekonomiczna Hongkongu bardzo się popsuła. Protestuje szczególnie młode pokolenie ludzi, które obawia się o swoją przyszłość. Perspektywy ekonomiczne nie są najlepsze. Zdają oni sobie sprawę choćby z tego, że nie będą w stanie nigdy kupić sobie mieszkania ze względu na wysokie ceny i to jest jedną z przyczyn tych procesów.

Kolejnym punktem zapalnym jest również turystyka. W Hongkongu mieszka lekko ponad 7 milionów osób, natomiast z samych Chin rocznie miejsce to odwiedza kilkadziesiąt milionów obywateli. To powoduje ogromne protesty. Jak jednak dodaje Radosław Pyffel, kolejnym powodem obecnej sytuacji jest to, że:

Ci ludzie chcą demokracji. Chcą decydować o sobie, a jednak według modelu Chińskiego, Pekin dogaduje się z elitami. Czy to z biznesem, czy z mediami. Młodzi ludzie bardzo na tym tracą. Domagają się oni większego współudziału w decydowaniu o sobie i otoczeniu.

System, który pozostawili Brytyjczycy, można nazwać semidemokratycznym. Część rządzących wybierana jest przez głosowanie, jednak cześć ustalana jest przez mianowanie. Ostatnim, czwartym powodem obecnego stanu rzeczy, według rozmówcy „Poranka WNET” jest brak tożsamości:

Ludzie czują się w pewnym stopniu mieszkańcami, obywatelami Hongkongu niż Chin. […] Ludzie nie do końca akceptują układ powstały jeszcze w czasach Margaret Thatcher. […] Dużą rolę w organizacji prostestów odgrywają media społecznościowe, gdyż tradycyjne media są zdominowane przez Chiny.

A.M.K.

Ataki w cyberprzestrzeni. Jeszcze pokój czy już wojna? / Rafał Brzeski, „Śląski Kurier WNET” nr 61/2019

Stany Zjednoczone przez dłuższy czas drzemały. Były przedmiotem 117 liczących się ataków, ale im przypisuje się tylko 9 incydentów. Obudziły się po ingerencji Rosji w wybory prezydenckie 2016 roku.

Rafał Brzeski

Jeszcze pokój, czy już wojna?

Przy okazji niedawnych wyborów do europarlamentu politycy wszelkiej maści zapewniali, że dzięki Unii Europejskiej nasz kontynent od prawie 75 lat cieszy się nieprzerwanym pokojem. Tyle w tym prawdy, co w innych politycznych zaklęciach i obietnicach składanych w kampaniach wyborczych.

Od 12 lat toczy się bowiem globalna wojna i jak wcześniejsze dwie wojny światowe, rozpoczęła się w Europie.

Tym razem jest to cyberwojna, a ta nie jest widowiskowa. Nie ma czego pokazywać w telewizji lub na zdjęciach, a zatem nie dociera do świadomości olbrzymiej większości obywateli i ich politycznych przedstawicieli. Ignorancja ta jest wytłumaczalna, gdyż cyberwojna prowadzona jest w cyberprzestrzeni, a ta nie doczekała się jeszcze klarownej definicji. Z Wikipedii można się dowiedzieć, że cyberprzestrzeń to „iluzja świata rzeczywistego stworzona za pomocą narzędzi teleinformatycznych”. Robocza definicja przyjęta przez konsylium prawników NATO określa cyberprzestrzeń jako „złożone z elementów fizycznych i niefizycznych środowisko charakteryzujące się wykorzystaniem komputerów i spektrum elektromagnetycznego celem przechowywania, modyfikowania i wymiany informacji poprzez sieci komputerowe”. Według Komisji Europejskiej jest to „wirtualna przestrzeń, w której krążą elektroniczne dane przetwarzane przez komputery osobiste z całego świata”. Polska definicja zapisana w ustawie stwierdza, że cyberprzestrzeń to: „przestrzeń przetwarzania i wymiany informacji tworzona przez systemy teleinformatyczne… wraz z powiązaniami pomiędzy nimi oraz relacjami z użytkownikami”. Są jeszcze definicje: brytyjska, francuska, rosyjska. Co kraj, to nieco inna, ale wspólnej definicji nadal brak.

Definicyjnej różnorodności trudno się dziwić. Wprawdzie cyberprzestrzeń jest jedna i żadne państwo nie może sobie do niej rościć wyłączności, to jednak każde posiada prerogatywy suwerena nad cyberinfrastrukturą znajdującą się na jego terytorium oraz nad działalnością związaną z tą cyberinfrastrukturą. Tak przynajmniej głosi „Pierwsza reguła” nieformalnego cyberkodeksu zwanego Instrukcją tallińską (Tallin Manual). Innymi słowy, cyberprzestrzeń jest globalna, ale każde państwo ma jej kawałek na wyłączne panowanie. Konsekwencją suwerenności nad cyberinfrastrukturą są: prawo do jej kontrolowania odpowiednimi regulacjami oraz prawo do jej ochrony bez względu na to, czy znajduje się w rękach państwowych, czy prywatnych. Tym samym cybernetyczna operacja jednego państwa wymierzona w cyberinfrastrukturę drugiego państwa stanowi naruszenie suwerenności, z całym bagażem konsekwencji i komplikacji prawnych wynikających z niedopasowania działań w wirtualnej w dużej mierze cyberprzestrzeni do międzynarodowych konwencji i traktatów opracowanych dla „tradycyjnych” działań militarnych. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że cyberprzestrzeń ma podwójny charakter. Jest wykorzystywana w działaniach na wskroś cywilnych, a równocześnie w operacjach militarnych.

Rodzi się więc fundamentalne pytanie: kiedy działanie w cyberprzestrzeni staje się atakiem odpowiadającym konfliktowi zbrojnemu?. Co jest pułapem, od którego zaczyna się wojna?

W wojnie energetycznej odpowiedź już dawno sprecyzowano: kiedy użyto kinetycznej siły, są fizyczne zniszczenia, straty, zabici i ranni. W cyberwojnie nie używa się fizycznej siły, ale starcie może powodować fizyczne zniszczenia, na przykład wskutek dywersyjnego sparaliżowania systemu sterowania ruchem pociągów lub siecią przesyłową wysokiego napięcia. Straty może powodować sabotaż systemu bankowego, natomiast ofiary w ludziach – brak zasilania energetycznego szpitali. W tej wymykającej się opisom przestrzeni toczą się zażarte, chociaż ciche konflikty, które szef amerykańskiego radiowywiadu NSA (National Security Agency) oraz samodzielnego dowództwa Cyber Command, generał Paul Nakasone, określa jako próbę przesunięcia globalnego układu sił bez odwoływania się do starcia zbrojnego. Są to konflikty bez przemocy, prowadzące do stopniowej erozji politycznych, ekonomicznych i moralnych aktywów przeciwnika. Czy jednak powodowane w wyniku tych starć szkody i straty mogą uzasadnić „tradycyjny” zbrojny odwet i doprowadzić do „tradycyjnej” wojny?

Dyskusja ekspertów trwa i tylko media nie mają wątpliwości. Globalna cyberwojna rozpoczęła się od rosyjskiego ataku na Estonię krótko przed północą 26 kwietnia 2007 roku.

W całym kraju wówczas wrzało, gdyż władze usunęły z centrum Tallina potężny, spiżowy pomnik sowieckiego żołnierza oswobodziciela. Postawiony w 1947 roku został przeniesiony na cmentarz żołnierzy sowieckich. Estończycy uważali go za symbol okupacji i nazywali pomnikiem „nieznanego gwałciciela”. W odpowiedzi na wywiezienie pomnika 400-tysięczna mniejszość rosyjska wszczęła rewoltę w kraju liczącym nieco ponad 1,3 miliona ludności. W Tallinie rabowano sklepy i palono samochody. Protestujący usiłowali wedrzeć się do gmachu parlamentu, na budynki państwowe poleciały koktajle Mołotowa. W Moskwie na znak solidarności tak zwani „oburzeni obywatele” o wyglądzie bandziorów spod ciemnej gwiazdy zablokowali budynek estońskiej ambasady. Zamieszki wygasły po dwóch dniach, ale w cyberprzestrzeni kraju, który z uwagi na powszechność internetu nazywano E-stonią, pojawili się tłumnie rosyjscy „haktywiści”. Zdefasonowano strony partii i organizacji politycznych, umieszczając na nich różne hasła i obraźliwe teksty. Po kilkudniowym amatorskim ataku nastąpił profesjonalny. Przez trzy tygodnie usiłowano zablokować portale internetowe estońskiego parlamentu, ministerstw, banków, mediów. Cybernatarcie osiągnęło apogeum 9 maja, kiedy w Rosji obchodzi się Dzień Zwycięstwa.

Jak później wyliczono, autorzy ataku przejęli i „zniewolili” około miliona komputerów na całym świecie, robiąc z nich tak zwane „zombie”, bombardujące automatycznie wiadomościami estońskie serwery w celu zatkania i zablokowania sieci małego kraju.

Terytorialna wielkość Estonii okazała się silnym punktem obrony. W społeczności administratorów sieci prawie wszyscy dobrze się znali, chodzili do tych samych pubów i szef obrony estońskiej cyberprzestrzeni, Hillar Arelaid, były policjant o dużym doświadczeniu w walce z hakerami, nie miał trudności z utworzeniem grup ochotników złożonych z najlepszych administratorów instytucji rządowych, banków, firm internetowych i przedsiębiorstw. Dzień w dzień blokowali adresy IP, z których sypały się wiadomości, i tropili, gdzie znajdują się serwery i skąd wychodzą polecenia dla „zombies”. Kiedy wielodobowy szturm ustał nagle 18 maja, minister spraw zagranicznych Urmas Paet oświadczył, że atak prowadzono „z adresów IP konkretnych komputerów i konkretnych ludzi związanych z rządowymi agendami Rosji, włącznie z administracją Prezydenta Federacji Rosyjskiej”, szef resortu obrony zaś, Jaak Aavitsoo dodał, że zamiarem atakujących było odcięcie państwa od świata, czyli cyberprzestrzenny odpowiednik blokady morskiej portów.

Straty i szkody poniesione przez niewielką Estonię w cyberbitwie z potężną Rosją były praktycznie niewielkie. Serwer poczty elektronicznej parlamentu nie funkcjonował przez 4 dni, klienci dwóch największych banków przez kilka godzin nie mieli dostępu do swoich kont, portale głównych organizacji medialnych, w tym największego dziennika „Postimees”, trzeba było na pewien czas odciąć od zagranicy. Poza tym rytm życia kraju nie został zakłócony. Trudno więc ocenić, czy długotrwały cyberatak z zamiarem sparaliżowania państwa już wyczerpał znamiona konfliktu zbrojnego, czy jeszcze nie. O zbrojnej obronie Estonii przed rosyjską ofensywą nie sposób myśleć, ale cyberobrona okazała się skuteczna.

Sprawdziło się twierdzenie chińskich teoretyków wojskowych, że cyberwojna to czynnik wyrównujący szanse w konfrontacji państw, dzięki któremu „słabszy może pokonać silniejszego”, a działania informatyczne i informacyjne to „broń biednych, ale mądrych”.

Cyberbitwa Rosji z Estonią zapoczątkowała globalną cyberwojnę. Rok później według podobnego modelu „sieć plus ulica” Rosja zaatakowała Gruzję. Gruzińska sieć została zhakowana. Przez kilkanaście godzin wszystkie strony w internetowej domenie .ge były nieczynne. Domenę dla komunikatów gruzińskiego rządu udostępniła kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dzięki tej pomocy rząd w Tbilisi odzyskał dostęp do sieci. Na portalach instytucji państwowych Gruzji pojawiły się antyrządowe hasła. Cyberofensywa miała wyraźnie polityczny charakter i była skoordynowana z rosyjskimi operacjami militarnymi w rejonie Osetii.

Kula śnieżna cyberataków o charakterze polityczno-wojskowym nabrała szybkości i zaczęła zamieniać się w lawinę. Obok mocarstw – Rosji, Stanów Zjednoczonych i Chin – do gry włączyli się mniejsi gracze: Izrael, Iran, Indie i Korea Północna. Uwzględniając tylko poważniejsze incydenty, z wyłączeniem działań o motywacjach kryminalnych, w statystyce cyberataków prowadzą Chiny – 108 operacji w ciągu 13 lat, na drugim miejscu jest Rosja, której przypisuje się autorstwo 98 incydentów. Potem Iran – 44 incydenty i Korea Północna – 38. Izrael ma na koncie tylko 3 cyberataki, ale za to poważne. Przykładowo w 2007 roku na pewien czas sparaliżowano syryjską obronę przeciwlotniczą. Mówi się również o skutecznym izraelskim sabotażu irańskiego programu badań jądrowych.

Stany Zjednoczone przez dłuższy czas drzemały. Były przedmiotem 117 liczących się ataków, ale im przypisuje się tylko 9 incydentów. Obudziły się dopiero po ingerencji Rosji w wybory prezydenckie 2016 roku. Były dyrektor NSA, a potem CIA, generał Michael V. Hayden określił rosyjską cyberingerencję w amerykański proces wyborczy jako „najbardziej istotne strategiczne zagrożenie bezpieczeństwa narodowego” od czasu terrorystycznego ataku na nowojorskie World Trade Center w dniu 11 września 2001 roku. Tymczasem Waszyngton nie miał ani instytucji, ani planu, ani strategii przeciwdziałania takim zagrożeniom.

Ale i tym razem sprawdziła się opinia japońskiego admirała Isoroku Yamamoto, „ojca” ataku na Pearl Harbor, który ostrzegał, że Stany Zjednoczone przypominają potężny kocioł, pod którym jak raz się rozpali ogień, to produkuje olbrzymie ilości pary.

Kiedy do świadomości polityków i wojskowych w Waszyngtonie dotarły rozmiary rosyjskiej ingerencji, zauważono hibernującą od 2009 roku wewnątrz radiowywiadu NSA (National Security Agency) grupę o nazwie Cyber Command, powołaną do obrony przed cyberatakami. W kwietniu 2018 roku dyrektorem NSA i szefem Cyber Command został generał Paul Nakasone, o którym mówiono, że „nie zmarnuje żadnego porządnego kryzysu”.

Obejmując stanowisko, Nakasone obiecał, że Rosjanie „zapłacą cenę”. Na początku maja 2018 roku status grupy Cyber Command został podniesiony do rangi samodzielnego dowództwa, które otrzymało od prezydenta Donalda Trumpa zezwolenie na „operacje ofensywne poniżej progu konfliktu zbrojnego”, czyli nie powodujące strat w ludziach oraz poważnych zniszczeń materialnych. Przed nowym dowództwem postawiono zadanie zablokowania Rosjan, jeśli podejmą próbę ingerencji w przygotowania i kampanię przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu w listopadzie 2018 roku. Do tego czasu cyberżołnierze mieli prowadzić rozpoznanie „poza naszymi granicami, poza naszymi sieciami, tak by zrozumieć, co robią nasi przeciwnicy”.

Forsowana przez Nakasonego taktyka „upartego zaangażowania” opierała się na nieustannej konfrontacji z Rosjanami i szybkiej wymianie informacji z partnerami w krajach sojuszniczych. W lipcu 2018 roku z najlepszych specjalistów radiowywiadu i Cyber Command Nakasone sformował „Małą Grupę Rosyjską”, liczącą około 80 ludzi. Cierpliwie zbierano wszelkie wiadomości o przeciwniku, przede wszystkim o petersburskiej „fabryce trolli” i jej personelu oraz o hakerach pracujących dla wywiadu wojskowego GRU.

Pierwsza amerykańska cyber-kontrofensywa rozpoczęła się na początku października 2018 roku.

Na ekranach rosyjskich trolli i hakerów zaczęły pojawiać się okienka „pop-up” z ich prawdziwym imieniem, nazwiskiem, „nickiem”, pod jakim występują w sieci, oraz dobrą radą, aby nie gmerali w sprawach innych krajów.

Podobne przekazy znajdowali w swoich służbowych i prywatnych skrzynkach mailowych. Nikt wprawdzie nikomu nie groził, ale po rosyjskiej stronie najpierw posypały się skargi do administratorów lokalnych sieci, a potem niepokój „grillowanych” trolli wzrósł do tego stopnia, że w petersburskiej Agencji Studiów Internetowych zarządzono wewnętrzne śledztwo w poszukiwano „kreta” i źródła wycieku danych personalnych. Dezinformacyjna aktywność Rosjan wyraźnie spadła, aż w dniu wyborów uzupełniających praktycznie ustała, gdyż specjaliści Cyber Command zablokowali serwery „fabryki trolli”. Jak to zrobiono, nikt się nie chwali, ale przez trzy dni, aż w USA policzono głosy, petersburska agencja była praktycznie „off-line”.

Po listopadowej lekcji Rosjanie nie podjęli poważniejszych działań odwetowych. W styczniu Krajowy Komitet Partii Demokratycznej skarżył się wprawdzie, że jego serwery zostały zaatakowane przez rosyjskich hakerów, ale nie określono strat.

Rosjanie skoncentrowali się wyraźnie na ingerowaniu w kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego. Wiosną bieżącego roku najaktywniejsi w cyberprzestrzeni byli chińscy cyberwojownicy.

W lutym wykradli dane personalne pracowników koncernu lotniczego Airbus, w marcu ujawniono, że usiłowali – z różnym skutkiem – wykraść z co najmniej 27 uniwersytetów amerykańskich wyniki badań z zakresu militarnych technologii morskich, w kwietniu administratorzy sieci obronili koncern Bayera przed kradzieżą tajemnic technologicznych.

Prawdą jest, że cieszymy się pokojem, ale niejako na powierzchni. Pod progiem międzynarodowych konwencji, traktatów, porozumień i układów toczy się w najlepsze wojna w cyberprzestrzeni, która nie ma swojej definicji i której nie normują żadne regulacje prawne.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Jeszcze pokój, czy już wojna?” znajduje się na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Jeszcze pokój, czy już wojna?” na s. 3 lipcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego