Elita „z krwi” zawsze u steru. Bezpośrednie przedłużenie III Rzeszy, wraz z jej zamiarami ludobójstwa i eugeniki

Ta klika zawsze planowała niszczenie poczucia jedności Bliskiego Wschodu i zastępowanie go formą dyktatury wojskowej, sponsorowanej i kierowanej przez zwolenników totalitarnego Nowego Porządku Świata.

Julian Rose

Izraelskie zbrodnie przeciwko ludzkości. Podział w sercu konfliktu izraelsko-palestyńskiego

Od dekad Palestyńczycy żyją na skraju zagłady. Ich ziemia była stopniowo zagarniana, aż pozostał zaledwie maleńki skrawek. Jest to historia, która nie przeminie tak po prostu, nawet dla tych, którzy znajdują się tysiące kilometrów dalej i próbują odwrócić oczy i uszy od wstydu, który spada na okrutnego ciemięzcę tego obecnie maleńkiego kawałka ziemi i znużonego ciągłą walką ludu.

W 1975 roku pracowałem w kibucu zwanym Rosh Hanikra w północnym Izraelu. Główny dochód przynosiła mu intensywna produkcja awokado. Żyło tam około czterystu ludzi. Eksperyment społeczny znany pod nazwą kibuców rozwinął się po drugiej wojnie światowej, kiedy tysiące Żydów z Europy, którzy ocaleli z pogromu Hitlera, przeniosły się do Izraela, aby tam odnaleźć swój nowy dom.

Kibuce rozwinęły się jako osady ziemskie, często zakładane na mało żyznych glebach, które stopniowo czyniono żyznymi. W kibucu Rosh Hanikra wszyscy jedliśmy wspólne posiłki w dużej jadalni i spaliśmy w małych domkach rozsianych pośrodku gospodarstwa. Nikt nie był właścicielem ziemi czy domów. Kibuc stanowił komunę, a ci, którzy byli częścią społeczności najdłużej, nabywali pewne przywileje.

Tak to funkcjonowało, a ja byłem wolontariuszem przez krótki okres. Moim celem było poznanie alternatywnych modeli osadnictwa ziemskiego pod kątem przyszłych działań w majątku ziemskim w Wielkiej Brytanii, który odziedziczyłem po śmierci mojego ojca kilka lat wcześniej.

Pewnego dnia opuściłem kibuc, aby odwiedzić mądrego starca w Tel Awiwie. W trakcie rozmowy na temat osadnictwa ziemskiego powiedział mi coś bardzo interesującego. Powiedział, że słowo „Izrael” w języku hebrajskim oznacza „pracować z Bogiem” i że to zostało zatajone przez ekstremistycznych, prawicowych syjonistów, którzy nalegają na to, że Izrael to nazwa kraju, który był Palestyną do 1918 roku, czyli do Deklaracji Balfoura, tworzącej „dwa państwa”, które – na papierze – pozostają rzeczywistością do dzisiaj.

Pomyślałem więc, że być może Izrael nigdy nie miał być „miejscem”, a raczej stylem życia – zaangażowaniem w „pracę z Bogiem”. Jeśli tak, co oznaczało to w świetle twierdzenia, że ten region geograficzny na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego jest „domem” żydowskich plemion?

Wyjaśnienia mądrego starca utkwiły mi w pamięci. Pokazywały całkowicie nowe rozumienie i być może również rozwiązanie pozornie nierozwiązywalnego kryzysu palestyńsko-izraelskiego. Jeśli córki i synowie narodu izraelskiego w samej definicji pomylili „materialne miejsce” z „misją duchową”, pomyłka ta może być bardzo znacząca. A gdyby się do niej przyznano, mogłaby zmienić bieg historii.

Trzy tygodnie temu przeczytałem nagłówek autorstwa dziennikarza Roberta Fiska, korespondenta zagranicznego „The Independent”: „Jak długo po masakrze w strefie Gazy będziemy udawać, że Palestyńczycy nie są ludźmi?”.

Fisk, należący do nielicznych w dzisiejszych czasach dziennikarzy, którzy przekazują prawdę, eksponuje horror masakry dokonanej na Palestyńczykach, którzy podeszli zbyt blisko zabezpieczeń na granicy pomiędzy Izraelem a strefą Gazy. Sześćdziesiąt mężczyzn i kobiet, i jedno dziecko zastrzeleni jednego tylko dnia. Dwa tysiące czterystu rannych. Żaden Izraelczyk nie ucierpiał. Palestyńska młodzież rzucała kamienie i puszczała płonące latawce przeciwko ostrej amunicji. Każda runda miała zabijać.

W czasie, gdy ta masakra rozgrywała się na granicy strefy Gazy, Jared Kushnev, zięć Donalda Trumpa, otwierał nową ambasadę amerykańską w Jerozolimie, otoczony przez świtę syjonistycznych propagandzistów. Głosicieli poglądu, że wydarzenie to było znakiem i zapowiedzią wielkiej apokalipsy i nadejścia Mesjasza. Czasu, kiedy Żydzi powrócą do swojego „domu”, a tych, którzy nie nawrócą się na syjonizm, czekać będą piekielne płomienie.

Ci, którzy zgromadzili się wewnątrz nowej ambasady USA w Jerozolimie, wierzą, że warto przelać każdą ilość krwi, aby Jerozolima została uznana za żydowską stolicę Izraela, a palestyńskie żądania tego samego w odniesieniu do ich państwa zostały całkowicie odrzucone.

„To wielki dzień dla pokoju” – powiedział Benjamin Netanjahu w czasie, gdy nieuzbrojeni Palestyńczycy byli zabijani przez wojsko izraelskie na granicy ze strefą Gazy. Donald Trump bez wątpienia podzielał ten pogląd, gdyż jak powszechnie wiadomo, wchodzi w buty Netanjahu w każdej sytuacji.

Mija już siedemdziesiąt lat, odkąd Palestyńczycy protestują przeciwko pozbawianiu ich własności przez tych, którzy nie przestrzegają ustaleń odnośnie do podziału ziemi z Deklaracji Balfoura, będącej kompromisowym aktem prawnym. Wielu Palestyńczyków uciekło przez granicę do Libanu w trakcie brutalnych pogromów, które miały miejsce w okresie przesiedleń po drugiej wojnie światowej. Inni dołączyli do Hamasu, który powstał, aby próbować chronić społeczności wiejskie przez niekończącym się rozgrabianiem ziemi przez izraelskich konserwatystów.

Pamiętam, jak w 1975 roku nad kibucem Rosh Hanikra przeleciał pocisk od strony granicy z Libanem. Nikt nie zwrócił na to większej uwagi, ponieważ wiedziano, że za jakiekolwiek szkody po stronie izraelskiej i tak odpłacano pięciokrotnie. Od samego początku to była jednostronna walka. Nic dziwnego, skoro, jak wiemy, senat USA zatwierdza poważne sumy, by wspierać działania militarne fanatyków „jednego Izraela”.

Po zakończeniu pracy w kibucu pojechałem do Jerozolimy, a następnie do Jordanii. Pamiętam, że z podróży tej wyniosłem odmienne wrażenia odnośnie do tych dwóch kultur. Izraelczycy, składający się głównie z przesiedlonych Europejczyków i Amerykanów, uosabiali cechy zachodnie i byli intelektualistami. Arabowie z Jordanii, rdzenni mieszkańcy Bliskiego Wschodu, byli otwarci, ciepli i naturalnie usposobieni do wyrażania emocji.

Miałem wrażenie, że obie kultury stanowią dwie części jednej całości. Obie przejawiają cechy, które zestawione razem, mogłyby uzupełniać się i stworzyć pozytywną równowagę. Myślę, że takie pozytywne rozwiązanie byłoby możliwe, gdyby konserwatywna frakcja syjonistów nie zdobyła dominującej pozycji kontroli w polityce izraelskiej od początków historii kraju.

Jesteśmy zmuszeni poczynić obserwację, że dynastie Rothschildów, Rockefellerów, Sorosów, z ich silnymi powiązaniami z Projektem dla Nowego Amerykańskiego Wieku, z Komisją Trójstronną i grupą Bilderberg utrzymują nieprzerwany wpływ na rozwój polityki Izraela. Wprowadzają z powodzeniem starą technikę opartą na zasadzie „dzielić i zwyciężać”, upewniając się, że wąska wizja konserwatystów jest niezmiennie reprezentowana na czołowych fotelach władzy.

To zapala cały Bliski Wschód, ponieważ ta klika zawsze miała w planie niszczenie poczucia jedności tego regionu i zastępowanie go jakąś formą dyktatury wojskowej, sponsorowanej i kierowanej przez zwolenników totalitarnego Nowego Porządku Świata, w którym „elita z krwi” pozostaje zawsze u steru. Jest to bezpośrednie przedłużenie III Rzeszy, wraz z jej głoszonymi otwarcie zamiarami ludobójstwa i eugeniki.

Położenie Izraela zapewnia mu ważny geopolityczny wpływ na międzynarodowe szlaki handlowe korzystające z Kanału Sueskiego, jak również sąsiadujących krajów posiadających bogactwa naturalne, a zwłaszcza ropę naftową. Utrzymywanie tego państwa jako przyczółka dla tych celów oraz powiązanych z nimi zachodnich interesów hegemonicznych odgrywa znaczącą rolę w wyborze przywódców izraelskich i tego, skąd pochodzi wsparcie finansowe dla tych przywódców.

Podczas gdy kryzys na Bliskim Wschodzie jest podkręcany przez takich niereformowalnych despotów, ludzie się budzą i zaczynają dostrzegać oszustwo. Dlatego właśnie próbuje się ukrócić jakąkolwiek krytykę sprawy syjonistów. Nagle stało się to tematem podchodzącym pod działania zbrojne, w związku z którym należy ukrócić nawet fundamentalne prawo do wolności słowa.

Widzieliśmy już brutalny atak na brytyjską Partię Pracy i jej przywódcę, Jeremiego Corbyna, który rzekomo żywił antysemickie sympatie. W rzeczywistości jednak dużo bardziej prawdopodobne jest to, że pewne jednostki głosiły po prostu te same prawdy, które ja próbuję przekazać w tym artykule. Inspiratorem tego ataku było Brytyjskie Stowarzyszenie Żydów i Przyjaciół Izraela.

Najbardziej zadziwiającym aspektem tego był list wysłany do Corbyna, pod którym podpisali się przywódcy tych organizacji, domagający się tego, aby podjął działania mające na celu usunięcie z partii rzekomo antysemickich wichrzycieli. Poinformowano Corbyna, że ma dostarczyć dowód na to, że w ciągu miesiąca podjął działania w związku z rzeczonym żądaniem i dopiero po zweryfikowaniu dowodów zapadnie decyzja o tym, czy umieścić partię na czarnej liście, czy nie.

Widzimy tutaj te same symptomy autorytarnego despotyzmu, jakie stoją za próbami zduszenia przez Netanjahu sprawy palestyńskiej i oporu, który Palestyńczycy tak dzielnie stawiają. Poza absurdalnym wyzwaniem dla brytyjskiej Partii Pracy, podżegacze wyrażają przekonanie o swej wyższości moralnej, która daje im prawo do tego, by dyktować warunki.

Celowa, prowokacyjna decyzja Donalda Trumpa o przeniesieniu ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy jest działaniem mającym na celu scementowanie ciągłego, prawicowego poparcia dla rządu Netanjahu i jego polityki wykorzeniania wszelkiej opozycji opowiadającej się przeciwko „jednemu państwu” izraelskiemu. Znaleźliśmy się więc w punkcie zapalnym konfliktu, który wciąga kraje sąsiadujące w ten kocioł.

Masakra w strefie Gazy popchnęła Narody Zjednoczone do międzynarodowego dochodzenia w sprawie przestępstw wojennych popełnionych przez oddziały izraelskie. Jedynymi krajami, które głosowały przeciwko temu, były Stany Zjednoczone i Australia.

Tyle tylko, że takie dochodzenia nigdy nie przynoszą definitywnych rozwiązań, ponieważ Narody Zjednoczone mają silne powiązania z globalnymi brokerami władzy i są raczej „przykrywką” służącą do tego, by czasowo zażegnywać konflikty, a nie autentycznym arbitrem sprawiedliwości.

Wyjechałem z kibucu Rosh Hanikra latem 1975 roku. Powróciłem do Anglii, aby wziąć udział w ważnej konferencji poświęconej ekologicznym metodom uprawy. Konferencję prowadziło stowarzyszenie Soil Association, na czele którego stała Eve Balfour – wnuczka lorda Arthura Balfoura, który stworzył deklarację, która w 1918 roku podzieliła Palestynę na dwie części. Mimo iż system dwóch państw przetrwał do dzisiaj, ustalenia naruszano ciągle poprzez ustanawianie izraelskich kolonii na ziemiach zabieranych Arabom, którzy posiadali je na własność i żyli na nich od pokoleń. Wydaje się, że ten rzekomo nierozwiązywalny konflikt opiera się wszelkim pozytywnym i pokojowym rozstrzygnięciom. Jednak takie sytuacje wymagają kreatywnych rozwiązań – i nawet jeśli trzeba kopać głęboko, żeby je znaleźć, należy podjąć wysiłek.

Czy może być tak, że słowa mądrego starca, którego spotkałem w Tel Awiwie w 1975 roku, są kluczem do poznania prawdy? Być może miał rację, a Izrael nie jest wcale miejscem geograficznym, ale dążeniem – starożytnym zaangażowaniem w „pracę z Bogiem”.

A jeśli ten Bóg jest tym samym bóstwem, które stworzyło olśniewający Wszechświat, Izrael jest rzeczywiście nazwą, którą mądrzy ludzie powinni czcić i respektować. Nazwą, która mogłaby być zwiastunem pokoju i pojednania zamiast wojny i podziału. Jest to głębokie przesłanie nie tylko dla Bliskiego Wschodu, ale dla mieszkańców całej Ziemi.

Pomedytujmy nad tym. Utrzymajmy te wnioski w naszych sercach i umysłach i tym samym odegrajmy naszą rolę w rozwiązaniu tego tragicznego konfliktu.

Julian Rose jest wczesnym pionierem rolnictwa ekologicznego, międzynarodowym aktywistą, pisarzem i przedsiębiorcą społecznym, prezesem Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi. Pod adresem www.renesans21.pl. można znaleźć więcej informacji o nim i zamówić jego książki: Zmieniając kurs na życie oraz W obronie życia.

Artykuł Juliana Rose’a pt. „Izraelskie zbrodnie przeciwko ludzkości. Podział w sercu konfliktu izraelsko-palestyńskiego” można przeczytać na s. 15 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl.


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Juliana Rose’a pt. „Izraelskie zbrodnie przeciwko ludzkości. Podział w sercu konfliktu izraelsko-palestyńskiego” na s. 15 lipcowego „Kuriera WNET” nr 49/2018, wnet.webbook.pl

 

Ardanowski: Izraelska koalicja rządząca spiera się czy Netanyahu za bardzo ustąpił Morawieckiemu?

Minister Ardanowski relacjonuje swoją wizytę w Izraelu na międzynarodowym spotkaniu blisko 40 grup parlamentarnych współpracujących z Knesetem.

Jan Krzysztof Ardanowski, przewodniczący Polsko-Izraelskiej Grupy Parlamentarnej, a od czerwca br. minister rolnictwa i rozwoju wsi, relacjonował w dzisiejszym Poranku WNET swoją wizytę w Izraelu na międzynarodowym spotkaniu blisko 40 grup parlamentarnych współpracujących z Knesetem.

Gość audycji Radia WNET rozmawiał z przewodniczącym izraelskiego parlamentu, który stwierdził, że jego naród pamięta o dziedzictwie wspólnego życia Polaków i Żydów w Rzeczypospolitej. Juli Jo’el Edelstein uznał, iż wojna światowa wywołana przez Niemców doprowadziła do sytuacji, w której w wielu krajach ujawniły się środowiska antyżydowskie i Polska nie była żadnym wyjątkiem. Edelstein uznał, że tymi zagadnieniami powinni zająć się historycy, dążący do wyjaśnienia prawdy historycznej, a trudne okresy w historii nie mogą blokować myślenia o współpracy, która powinna skoncentrować się na budowaniu relacji gospodarczych i naukowych, współpracy młodzieży – współpracy na wielu polach, w tym za zakresie innowacyjności i start-upów.

Minister Ardanowski uważa, że deklaracja, którą podpisali premierzy Polski i Izraela to był absolutnie potrzebny gest i premier Morawiecki „nie poszedł za daleko”, co potwierdza też spór w izraelskiej koalicji rządzącej o to czy premier Netanyahu za bardzo nie ustąpił premierowi Morawickiemu. Ardanowski przypomniał informację o zapowiedzi wprowadzenia przez ministra edukacji w rządzie Netanyahu obowiązkowych zajęć traktujących o działalności Polaków przeciwko Żydom.

Przewodniczący Polsko-Izraelskiej Grupy Parlamentarnej zaznaczył, że w Izraelu jest więcej tych, którzy chcą współpracy niż tych, którzy „zioną nienawiścią do Polaków w sprawie faktycznych czy wymyślonych zarzutów”. Premier Izraela i dyplomacja tego kraju jest otwarta na współpracę.

Międzynarodowe spotkanie grup parlamentarnych współpracujących z Knesetem było zapowiadane od wielu miesięcy. Jan Krzysztof Ardanowski był wtedy zaproszony w innym charakterze, a teraz udał się na to spotkanie na polecenie premiera Morawieckiego. Ardanowski jest przewodniczącym Polsko-Izraelskiej Grupy Parlamentarnej od lutego br. Po powołaniu go na ministra rolnictwa i rozwoju wsi został poproszony przez członków tego gremium o dalsze przewodniczenie grupie.

LR

Żaryn: Broniąc prawdy o historii II wojny światowej będziemy musieli zderzyć się z żydowskim mitem Holokaustu [VIDEO]

Senator Prawa i Sprawiedliwości podkreślił, że przekaz środowych konferencji premierów Polski i Izraela był sukcesem Rzeczpospolitej, w walce o popularyzację naszej narracji historycznej Holokauście.

 

Zdaniem gościa Poranka Wnet nowelizacja ustawy o IPN oraz następnie konferencje premierów Morawieckiego i Netanjahu były sukcesem Polski: Deklaracja premierów jest naszym zwycięstwem w walce o narrację historyczną, ponieważ storna izraelska stara się, by historia holocaustu nie uległa żadnej deformacji, poprzez jakieś wyjątkowe doświadczenie innego narodu. A my mieliśmy wyjątkowe doświadczenia II wojny światowej.

Jeżeli chodzi o kwestie roszczeń bezspadkowych, to niewątpliwie wartość deklaracji premierów zobaczymy dopiero w trakcie kolejnych negocjacji, które pewnie będą wynikiem nacisków USA – podkreślił w Poranku Wnet profesor Jan Żaryn, historyk, znawca dziejów Holokaustu oraz senator Prawa i Sprawiedliwości.

Zdaniem gościa Poranka Wnet w ramach walki o historyczną prawdę musi dojść do sporu innymi narodami: W społeczności żydowskiej jest bardzo wiele osób i środowisk, które są zainteresowane w podtrzymaniu mitu o wyjątkowy losie narodu żydowskiego w czasie II wojny świętej, w którym żaden obcy dźwięk ma nie być obecnym. W tym micie kluczowe jest, że Holokaustu dokonali naziści z Niemiec, ale za zgodą chrześcijańskich narodów Europy i stanowił finał antyżydowskiej opowieści toczącej się co najmniej od 70 roku po Chrystusie.

Prof. Jan Żaryn podkreślił, że jeszcze wiele działań przed rządem oraz polskim społeczeństwem, zanim polska narracja o II wojnie światowej zajmie właściwe miejsce w światowym obrazie tych wydarzeń: Po tej deklaracji front z Izraelem nie jest zamknięty. W relacjach między USA i Izraelem a Polską i w tym trójkącie mamy jeszcze wiele zadań do wykonania. Zrobiliśmy pierwszy krok, ale teraz czas na edukację i naukę. Trzeba powoływać katedry zajmujące się kulturą i historią Polski na zachodnich uniwersytetach i nie oddawać ich w ręce takich ludzi jak Tomasz Gross, a tak działo się dotychczas.

Musimy zdawać sobie sprawę, że ta prawda historyczna dotycząca II wojny światowej, stawia nas w pozycjach wyjątkowych, jeśli chodzi o przebieg II wojny światowej, więc musimy się zderzyć z narracjami obcymi i musimy się zderzyć, także z mitologiami, w związku z tym musimy być potraktowany jako intruz. To jest kwestia, która powinna być dla nas oczywiste – podkreślił profesor Jan Żaryn.

ŁAJ

Bronisław Wildstein: Walka o prawdę historyczną w zakresie Holokaustu, to walka o pozycję Polski na świecie

Przewodniczący specjalnego zespołu ds. dialogu z Izraelem podkreślił, że III Rzeczpospolita nie prowadziła prawdziwej polityki historycznej, tym samym osłabiając pozycję Polski.


Głównym tematem rozmowy z Bronisławem Wildsteinem była wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela: We wspólnej deklaracji premierów znajduje się, podniesie pewnych spraw, które nigdy nie wybrzmiały w światowej przestrzeni publicznej. Po pierwsze, że polskie państwo podziemne i rząd na uchodźstwie robił wszystko, żeby ratować swoich obywateli pochodzenia żydowskiego. Zostało przypomniane, że liczni Polacy heroicznie ratujących swoich współobywateli żydowskiego pochodzenia.

Gość Poranka Wnet podkreślił, że istotnym impulsem do ataków na Polskę, są środowiska wrogie obecnemu rządowi: W sprawie dialogu historycznego mamy do czynienia z działaniami na polu minowych i do tego we wrogim otoczeniu, niestety wrogim również w naszych kraju, ponieważ mamy bardzo wrogie rządowi środowiska, które nie liczą się, jakie to będzie mało konsekwencje dla państwa polskiego. Tym środowiskom tylko chodzi o to, żeby powrócić do władzy, i w tym celu są gotowi biegać z donosami po kraju, dezinformując zagranicę o sytuacji w Polsce.

Gra o politykę historyczną, a to jest gra o wizerunek polski, który ma wpływ na aktualną pozycję polski w relacjach międzynarodowych. (…) To nie jest tylko kwestia polsko-żydowska tylko znacznie szersza, tylko kwestia niemiecko-polska i niemiecko-żydowska – podkreślił Bronisław Wildstein.

Gość Poranka Wnet wskazał na błędy w kreowaniu wizerunku Polski: Przez cała III RP robiliśmy fatalną politykę historyczną, już po upadku komunizmu, kiedy dominowała chęć odrzucenia własnej tożsamości. Polska w ogóle nie przedstawiała własnej opowieści o historii i o świecie, a bez własnej opowieści o świecie nie można mówić o samodzielnej polityce.

ŁAJ

 

Caritas: Blisko 8 mln. spośród 13 mln Syryjczyków pozostaje bez podstawowej pomocy humanitarnej

Wojna w Syrii pochłonęła już pół miliona ludzkich żyć. Ludzie uwięzieni w oblężonych miastach, bez środków do życia, odcięci od pomocy przeżywali dramat. Rośnie również znieczulenie na ich los.

Caritas Polska zaprezentowała wstrząsający raport o aktualnej sytuacji w Syrii.  Wedle zawartych w nim danych, m.in. 35% populacji nie ma dostępu do wody pitnej, a 10,5 mln osób głoduje, a 82% dzieci musi pracować, aby wesprzeć budżet rodziny.

Caritas Polska, którego czołowym programem pomocowym jest „Rodzina Rodzinie” prowadzi również szereg projektów rozwojowych, mających na celu przywrócenie normalnych warunków życia i rozwój przedsiębiorczości.

Michał Żakowski, który powiedział konferencję opowiedział o braku wsparcia dla osób, które chcą odbudować Syrię: – Wszyscy w pewnym momencie zaczynają zapominać. Jak byłem tam w grudniu nagle się okazało, że Władimir Putin obwieścił światu, że jest koniec wojny. W związku z tym większość organizacji międzynarodowych stwierdziło „to kończymy pomoc”

 

Ks. Marcin Iżycki, dyrektor Caritas Polska, odnosząc się do raportu, przyznał, że jest zszokowany jego liczbami: – Osiem milionów osób pozostaje bez pomocy humanitarnej. Osiem milionów osób codziennie musi zmagać się z najbardziej podstawowymi problemami, jak przeżyć kolejny dzień, co zjeść, w co się ubrać, jak ogrzać swoje mieszkanie czy to co z niego pozostało.

Zwrócił również uwagę, że ta wojna trwa już dłużej niż trwała II Wojna Światowa, a skala pomocy dla Syrii wymagała zmian struktury Caritas Polska. Zaznaczył również, że wszystkie podjęte działania maja wsparcie papieża Franciszka. „Na koniec chciałbym podziękować wszystkim darczyńcom programu Rodzina Rodzinie, wszystkim ludziom dobrej woli, bo tylko dzięki nim możemy ten program prowadzić i pomagać mieszkańcom Syrii”.

 

Dane raportu przedstawiła Sylwia Hazboun przedstawiła raport. Przypomniała również historie konfliktu, który rozpoczął się w marcu 2011 roku, a sami Syryjczycy nie wiedzą kto z kim walczy, ponieważ ścierają się ze sobą również ugrupowania opozycyjne. Z terenów Syrii uciekło 5,5 mln osób z czego 5,3 mln z nich mieszka w krajach ościennych Syrii, a 6,1 mln osób jest uchodźcami wewnętrznymi w Syrii. 69% Syryjczyków żyje w skrajnym ubóstwie, czyli za mniej niż 1,9 dolara dziennie. Ceny żywności wzrosły średnio o 800 % (chleb o 1000%).

Brakuje miejsc pracy, mieszkań, szpitali, ale także placówek szkolnych: – Mówi się o straconym pokoleniu (…) ponadto chociażby dzieci mogły chodzić do szkoły, to są zatrudniane.

Spadło również zainteresowanie wsparciem programu „Rodzina Rodzinie”: – Mogliśmy objąć pomocą tylko 4570 rodzin, czyli połowę, co się oczywiście wiąże z tym, że trzeba odmawiać pomocy ludziom, którzy nadal jej bardzo potrzebują.

 

W konferencji brał udział także abp Joseph Tobji, duchowny kościoła maronickiego z Aleppo. Wojna w sposób naturalny ma również wpływ na życie tamtejszych chrześcijan, a pomoc osobom dotkniętymi wojną jest praktycznym realizowaniem nauki Chrystusa. Emigrację dwóch trzecich chrześcijan określił jako krwawiącą ranę. „Myślę że liczba chrześcijan nadal będzie spadać” – stwierdził.

Opowiedział o codziennych problemach Syryjczyków, którzy znajdują się w strefach pokoju. Oprócz problemów gospodarczych, jak brak pracy, czy brak osób wykwalifikowanych w konkretnym zawodzie jest brak prądu, który jest wyłączany na kilkanaście godzin dziennie, co w połączeniu z brakiem młodych osób do pracy skutecznie uniemożliwia zakładanie firm. W Syrii nie ma również ubezpieczenia zdrowotnego i emerytur. Wojna wpłynęła również na obniżenie moralności tego konserwatywnego społeczeństwa.

 

Swoje pełne nadziei zdanie wyrazili również przedstawiciele Hope Center – ośrodka monitorującego z siedzibą w Aleppo, z którą Caritas współpracuje od stycznia 2018 roku.

Safir Salim opowiedział historię starszej kobiety, która zmarła, bo nie było przy niej nikogo kto mógłby jej pomóc. Przedstawił również historię swojej rodziny. „Kiedyś dzieci radośnie krzyczały widząc samolot. Dzisiaj się boją”

 

Freddy Yousef stwierdził, że w tej wojnie krzyczał Bóg, krzyczał do sumień ludzi w Syrii i na całym świecie. Wyraził również przekonanie że to wolą Boga jest, aby chrześcijanie pozostali w Syrii.

 

Chrześcijanie nadal są najbardziej prześladowaną religią na świecie – rozmowa z ks. prof. Waldemarem Cisło [VIDEO]

– Armia Izraelska pokazała swój poziom humanitaryzmu, strzelając do dzieci oraz ostrzeliwując szkoły i szpitale – Powiedział ks. Waldemar Cisło w Poranku WNET.

Według nowego raportu o prześladowaniach Chrześcijan na świecie, średnio co 5 minut ginie jeden Chrześcijanin. Choć jest to zauważalna poprawa (poprzedni raport wskazywał na męczeńską śmierć co 3 minuty), to Chrześcijanie wciąż są najbardziej prześladowaną religią na świecie. Ks. Waldemar Cisło, przewodniczący polskiej sekcji Pomocy Kościołowi w Potrzebie, przedstawił statystyki: „Pamiętamy liczby, które prezentował stały przedstawiciel Watykanu przy ONZ, które mówiły o 170 tysiącach ofiar, ostatnie dane są nieco lepsze 105 tysięcy chrześcijan jest zabijanych rocznie.”

Ks. Waldemar Cisło opowiedział również o innych przykładach łamania praw człowieka, szczególnie w Arabii Saudyjskiej. Również kraje Unii Europejskiej oraz innych krajów zrzeszonych w organizacjach międzynarodowych, ks. Cisło określił jako, te, które mają „usta pełne frazesów”.

– Kiedy przedstawiciele największych kościołów z Syrii i z Iraku byli w parlamencie Europejskim, to wyjechali zażenowani poziomem wiedzy i poziomem dyskusji, która tam panowała. Działo się to obliczu wypędzenia z okolic Mosulu około stu tysięcy Chrześcijan. (…) Odpowiedź jednego z „bardziej wykształconych” eurodeputowanych brzmiała: „To po co oni tam jeżdżą”.

Ksiądz odnosząc się do praw człowieka przytoczył również sytuację z roku 2014, która dotyczyła Jazydek i chrześcijanek, były one porywane i sprzedawane na rynku w Mosulu jako niewolnice seksualne, a na szyjach miały powieszone kartki z ceną. Istniały grupy ludzi którzy wykupowali te kobiety aby im pomóc. Najmłodsza wykupiona niewolnica seksualna miała 5 i pół roku.

Sytuacja w Syrii od lat się nie polepsza, ludzie nie mają pracy, więc rodzinom brakuje pieniędzy do życia. „Pensja spadła dwunastokrotnie w porównaniu do tej przed rozpoczęciem wojny”- w efekcie brakuje pracy, a do utrzymania rodziny trzeba mieć je dwie powiedział ks.Waldemar Cisło, podkreślając rolę pomocy humanitarnej świadczonej przez PKWPCaritas.

Ksiądz odniósł się również do sformułowań uznających prezydenta Syrii jako winnego wojny, jako nieprawdziwe. Przypomniał słowa biskupa Syrii, który apelował o pozwolenie Syrii na życie w pokoju oraz wypowiedź rosyjskiego generała, który przyznał, że przez Syrię miano poprowadzić ropociąg i gazociąg, który ominąłby Rosję.

Gość Poranka WNET bardzo zdecydowanie odniósł się również do działań Izraela, które uważa za nieludzkie i przerażające:„Armia Izraelska pokazała swój poziom humanitaryzmu, strzelając do dzieci, ostrzeliwując szkoły i szpitale. Oczywiście jest to teren wojny ale strzelanie do dzieci, ostrzeliwanie szkół i szpitali i potem każda forma krytyki jest uznawana za antysemityzm, więc bądźmy realistami. Opinia międzynarodowa powinna zejść do poziomu właściwej dyskusji nad tym co robi Izrael. Zresztą nie tylko u siebie w kraju ale też w krajach ościennych.”

 

MW/WJB

W terenie pustynnym, z niewielką ilością szczegółów, mieliśmy kłopoty z orientacją. Czasem Beduin pytał mnie o drogę!

Przytłaczał mnie koszmar codziennych zmagań z głodem, temperaturą i zmęczeniem. Niechętnie o tym pisałem, ale trudno o tym zapomnieć. Nawet po wielu latach czasem jeszcze śni mi się pustynna przygoda.

Władysław Grodecki

W pracy największą trudność sprawiało odnalezienie punktu oznaczonego polską flagą, przypiętą do kilkumetrowej rurki. Znaleźć punkt na ogromnym obszarze, przejechać na inny punkt, zawrócić i niewiele przy tym błądzić, to była trudna sztuka. W terenie pustynnym, z niewielką ilością szczegółów, mieliśmy kłopoty z orientacją. By jej nie stracić, sypaliśmy kopczyki, ustawiali puszki po ropie, kamienie i sporządzali dokładne opisy. Utrudnieniem w tym zakresie były koryta pustynnych rzek i głębokie kaniony. Z biegiem czasu polubiłem pustynię i wystarczył mi zwykły szkic punktów triangulacyjnych, licznik samochodu, kompas i położenie słońca czy gwiazd na niebie. (…)

Z rana jazda była jeszcze całkiem miła, ale już o 9.00 temperatura przy gruncie osiągała ok. 50⁰C, a rozgrzane falujące warstwy powietrza były przyczyną tzw. „morza diabła”. Widoczność spadała do ok. 3 km.

Wewnątrz samochodu musiało się zmieścić 5 osób i ciężkie, kanciaste graniczniki. Ich transport po nierównym, kamienistym podłożu powodował niszczenie samochodu i nieszczelności, przez które do wnętrza dostawał się pustynny pył. Ten mieszał się z cementem! Jedyną osłoną głowy przed nim była kufija. Po kilku godzinach takiej jazdy podobni byliśmy do młynarzy.

Gdy udało się szczęśliwie dotrzeć do celu, trzeba było wykopać kilka dołków po ok. 1,5 m głębokości, często w kamienistym podłożu, i dokonać stabilizacji. Zmęczeni pracą, potwornym upałem, głodni, spragnieni, trochę otępiali, nie mogliśmy zapomnieć, że czeka nas daleka droga, a zmierzch zapada tu bardzo szybko i można pobłądzić. Na szczęście iluminacje karbalskich sanktuariów Hussajna i Hassana, widoczne wieczorem z odległości ok. 60 km, wskazywały kierunek powrotu! (…)

Do „Abbasa” i „Hussajna” prowadzą szerokie ulice. Wstęp do tych meczetów dozwolony jest jedynie dla wyznawców proroka. To przecież jedne z najważniejszych sanktuariów islamu, a wejście innowiercy do ich wnętrza to straszliwa profanacja świątyni! W czasie wieloletnich peregrynacji po Bliskim Wschodzie trzy razy udała mi się ta sztuka. Po raz pierwszy w 1992 r., gdy wśliznąłem się do wnętrza meczetu Fatimy w irańskim świętym mieście Quum. W Karbali wszedłem jedynie na dziedziniec meczetu Abbasa, i to przy dużej dozie szczęścia.

Karbala | Fot. Karbobala Photos (CC A-S 4.0, Wikipedia)

Widocznie wyglądałem dość wiarygodnie i wzbudziłem zaufanie u jednego z dostojników muzułmańskich. Po krótkiej naradzie z jednym z ulemów podszedł do mnie, zapisał moje nazwisko i zadał pytanie: muhandys, Bolanda, katolik? Gdy odpowiedziałem twierdząco, ten skinął ręką i mruknął: zien. Chwilę później byłem już na dziedzińcu i co najważniejsze, mogłem robić zdjęcia. Ba, pilnował, by mi nikt w fotografowaniu kobiet siedzących w abajach przed wejściem nie przeszkadzał! Gdy uznał, że już wystarczy, wyprowadził mnie na taras kompleksu budowli otaczających meczet. Stąd doprawdy jest imponujący widok: barwna dekoracja minaretów, ogromna złota kopuła, zatłoczone ulice pełne mężczyzn w galabijach i zakwefionych kobiet to obraz, który nigdy nie da się wymazać z pamięci!

Życie toczy się tu na ulicy, rzemieślnicy wykonują swą pracę: farbują wełnę i jedwab, garbują skóry, obok sklepy z odzieżą, naczyniami z miedzi, kramy z owocami itd. W innym miejscu jest sklep papierniczy i piekarnie. Granice ulic są niewyraźne, towar wykłada się wprost na ulicy. Kupcy utrudniają przejście, wszędzie krzyki, kłótnie, głośne dobijanie targów. Domy stłoczone w zwartych grupach, stawiane jedne na drugich, splecione ze sobą! Ulice są tu kręte, liczne rozgałęzienia, ślepe zaułki, brak tablic i numeracji domów, prawdziwie zwarty i nieprzenikniony labirynt, a jednak…

Jak mówią Arabowie: „Nie ma nic lepszego niż zanurzyć się w obszar miasta muzułmańskiego, by pod pozorami zagmatwania i dziwaczności odkryć jego rygorystyczną logikę, głęboką wewnętrzną spójność”. W środku rozległa strefa centralna, wytyczona i zamknięte jako miejsce święte, w którym znajdował się ośrodek władzy religijnej i politycznej – pałac i meczet. Dalej niezabudowana przestrzeń dookoła sanktuarium oraz suk i domy przeznaczone dla kupców, rzemieślników i członków poszczególnych plemion. W Karbali to wszystko otoczone jest pierścieniem lepianek biedoty i gajami palmowymi.

W przeciwieństwie do wrzawy i zgiełku arterii handlowych, tradycyjne domy pozostają wyizolowane i zwrócone ku sobie. Odkrywcy słynnej Alhambry w Granadzie w XIX wieku byli bardzo rozczarowani surowym wyglądem murów zewnętrznych, jednak gdy je przekroczyli, byli oczarowani bogactwem i niezwykłym pięknem!

W architekturze islamu te zamknięte gładkimi ścianami domy i pałace z centralnymi dziedzińcami, którym za sufit służy często skrawek nieba, pilnie strzegą intymności i stanowią osobistą rekompensatę za troski i trudy życia codziennego. To tlen pozwalający tym ludziom żyć i oddychać! Jak namiot w ogrodzie szejka, tak patia z fontannami, kwiatami i haremami są świadectwem tęsknoty tych ludzi za ziemią, którą opuścili, za pustynią!

Podobnie jak w średniowiecznej Europie i tu rozwój miasta wymykał się spod kontroli władz. Garstka mężczyzn broniąca wejścia w wąską uliczkę mogła powstrzymać całą armię, a ulice bez nazw i domy bez numerów zapewniają mieszkańcom anonimowość, niezależność i bezpieczeństwo.

Cały artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Doświadczenie pustyni (II)” znajduje się na s. 4 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi oraz dodatek specjalny z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET, czyli 44 strony dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Władysława Grodeckiego pt. „Doświadczenie pustyni (II)” na s. 4 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl

Widziałem, jak Syria się zapaliła/ Antoni Opaliński rozmawia z misjonarzem Zygmuntem Kwiatkowskim, „Kurier WNET” 47/2018

Chrześcijanie obawiali się bliższych kontaktów z muzułmanami, bo byli słabsi prawnie. Stąd wielkie rody chrześcijańskie stawały się muzułmańskimi. Dlatego chrześcijaństwo się stopniowo wycofywało.

Antoni Opaliński
Zygmunt Kwiatkowski SJ

Widziałem, jak Syria się zapaliła

Z ojcem Zygmuntem Kwiatkowskim SJ, misjonarzem, który ponad trzydzieści lat pracował na Bliskim Wschodzie, autorem książki Za Daleki Bliski Wschód (Wydawnictwo Święty Wojciech, 2017), w której opisuje swoje doświadczenia i początek wojny w Syrii, rozmawia Antoni Opaliński.

Spotykamy się w Warszawie, w klasztorze Jezuitów przy sanktuarium św. Andrzeja Boboli. Ojciec przyjechał, aby odprawić mszę świętą w języku arabskim.

Tak jest, raz w tygodniu przyjeżdżam do Warszawy z intencją, aby spotkać się z osobami, które znają język arabski, a także z Polakami, którzy mają związek z Bliskim Wschodem, szczególnie z Syrią.

Jak wiele osób przychodzi na taką mszę w Warszawie?

Dwadzieścia kilka osób, to jest mała grupa… po mszy świętej jest spotkanie, oni potrzebują takich spotkań w swoim gronie.

Z jakiego okresu pochodzą teksty liturgii w języku arabskim?

To jest liturgia, która była najczęściej praktykowana przeze mnie w Syrii; to jest liturgia w obrządku łacińskim, ale w języku arabskim. Będąc w Syrii, odprawiałem również mszę w obrządku bizantyjskim i maronickim. Jednak okazało się, że prostota liturgii łacińskiej jest najbardziej do przyjęcia na co dzień, a dla mnie najbliższa. Podobną mszę mamy w Łodzi, co tydzień w czwartki. Nazywam to mszą ze św. Charbelem.

Cały czas słyszymy o kolejnych etapach konfliktu w Syrii. Jakie są korzenie tej wojny i dlaczego trwa tak długo?

Podoba mi się pytanie o korzenie. Na ogół sądzi się, że wszystko już wiemy i tylko myślimy o rezultacie, a więc – jak pomóc tym ludziom. Tymczasem konieczne jest zapytanie, skąd to się bierze? Najprościej mówiąc, tak samo jak przy niedomaganiach fizycznych, czymś zasadniczym jest diagnoza, żeby później odbyło się leczenie. Mam duże przekonanie – i to sprawia ból – że tyle cierpienia, taki bezmiar katastroficznych skutków tej wojny, i w zasadzie nikt nie wyjaśnił, jakie są przyczyny. Najpierw optymistycznie mówiono, że to jest wiosna arabska, że to jest coś dobrego, że zaraz zobaczymy tego owoce, zakwitnie, zazieleni się, będzie demokracja i postęp… Tym bardziej, że to jest rejon, który obfituje w bogactwa naturalne. Skądinąd wiadomo – nie jesteśmy naiwni – że tam się koncentrują te główne wektory polityczne, że tam jest obecny i Wschód, i Zachód, albo – jeśli tak wolimy powiedzieć – Rosja i Stany Zjednoczone. Plus potęgi regionalne – a więc Izrael, Iran, Turcja, a więc Arabia Saudyjska. Zaangażowana jest polityka światowa. Tym bardziej to jest przykre, jeśli chodzi o Syryjczyków. Bo patrzy się na nich jak na ludzi, którzy zafundowali sobie taki bałagan, bili się między sobą i w efekcie musimy im pomagać. Tymczasem oni chcieliby pokoju i jest dużo znaków porozumienia się. Przecież oni nie byli jedynym podmiotem, który jest odpowiedzialny za to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. I teraz widać, że to nie w ich gestii jest zakończenie tej wojny. Ludzi myślących to nie dziwi, bo świat jest coraz bardziej globalny i liczą się przede wszystkim globalne potęgi. I tu jesteśmy u źródeł konfrontacji, próby sił, jakiegoś ustalania tego, co nawet oficjalnie nazywano Nowym Porządkiem Świata, ogłoszonym jeszcze przez prezydenta Busha. Ten świat jest jakoś porządkowany; to oczywiście jest eufemizm, to porządkowanie raczej przypomina trzęsienie ziemi – to jest po prostu wojna, bez owijania w bawełnę.

Ksiądz spędził w Syrii ponad trzydzieści lat. Jak tam się żyło? Rządy były raczej surowe…

Ks. Zygmunt Kwiatkowski SJ | Fot. Wydawnictwo Święty Wojciech

Najpierw osobiście – to był kraj, do którego nie miałem wielkiego sentymentu i nigdy nie myślałem, że tam pojadę. Pojechałem, ponieważ zostałem wysłany na misję, wcale nie chciałem tam się udać. Rok 1982 w Polsce to był rok intensywnej pracy, byłem duszpasterzem akademickim na KUL-u, w środowisku lubelskim wrzało: bardzo dużo ciekawych ludzi, zaangażowanych, zatroskanych o Polskę, chcących coś robić. A więc widziałem, że jest potrzeba, podobała mi się ta praca. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę z tego, że mam 37 lat. Zaczynać język, który jest zupełnie obcy… ja już miałem dosyć studiowania. Studiowałem, zanim wstąpiłem do zakonu, później w zakonie. I rzeczywiście, pojechałem do tego kraju jak na pustynię, nie znając języka arabskiego, słabo znając język francuski. Żeby poznać arabski, trzeba było dużo energii i równocześnie wyciszenia poza aktywnością szkolną. To, co mnie pociągało w tym kraju, to świadomość, że jestem blisko Ziemi Świętej, że to jest ziemia biblijna, Damaszek i nawrócenie Szawła, który tam został Pawłem.

Z Biblii wiem, że monarchia Salomona sięgała jeszcze poza Damaszek, aż do Homs. Świadomość tego, że Kościół stamtąd się wywodzi, miała dla mnie znaczenie i to było coś pozytywnego. Później natomiast, o dziwo, to przyjaźnie, ludzie, szczerość tych przyjaźni sprawiły, że moje samopoczucie było dobre i odnalazłem się w tym kraju. To był kraj według naszych pojęć zacofany, ale istniał tam olbrzymi potencjał rozwoju i rzeczywiście nastąpiła kolosalna zmiana, przy czym warte jest zauważenia, że nie zdradzili samych siebie, że ich tożsamość pozostała nienaruszona. To był rzeczywiście rozwój, nie tylko dlatego, że zaczęli dysponować wysokimi technologiami. Ale pozostali ludźmi – nie chcę powiedzieć, że byli święci – ale ludźmi, którzy nie gardzili świętością. Szczególnie widziałem ten rozwój wśród chrześcijan, którzy byli dumni z tego, że świat Zachodu jest im bliski, a z drugiej strony nie utożsamiali się z wyraźnie negatywnymi znamionami tej cywilizacji. Byli do nich krytycznie ustosunkowani – mówię o Syryjczykach w ogólności. Oni bardzo dbają o rodzinę, mieli kontakty, wielu ludzi mieszkało w Europie, nie mówiąc o takich kontaktach, jak telewizja i internet. Sfera moralna była bolesna, i to coraz bardziej.

Początkowo chrześcijaństwo wniosło ze sobą szkolnictwo, szkolnictwo wyższe, szpitale, troskę o zdrowie. Tak więc kojarzyło się z postępem o ludzkiej twarzy. Później, kiedy pojawiła się telewizja satelitarna i dostęp do programów obscenicznych, do programów, które Syryjczyków szokowały, łatwo było kaznodziejstwu, które było przeciwko Zachodowi i chrześcijaństwu, udowadniać: zobaczcie, czym jest Zachód, co proponują nam tak zwani chrześcijanie. Ten szok miał duże znaczenie w przewartościowaniu: od aprecjacji i uznania dla kultury i cywilizacji zachodniej do niechęci i obawy, że ona może zniszczyć ich środowisko moralne i wartości, którymi żyją.

Jak w porównaniu z Polską wygląda poziom ich wiary, staranność liturgii, świadomość historii Kościoła?

To jest bardzo ciekawe i pewnie związane również z ich charakterem. Bo z jednej strony widziałem nadzwyczajne symptomy przywiązania do swojej tradycji. Chciało im się uczyć języka liturgicznego, np. aramejskiego, albo u Koptów – koptyjskiego. Powtarzali całe frazy i mieli tę radość, że mogą modlić się w tym języku, który na co dzień nie jest używany. Z drugiej strony widziałem nadzwyczajną wolność wewnętrzną. Oni nie mili kłopotu, żeby pójść do kościoła o innym rycie i tam uczestniczyć w modlitwie. W naszym Centrum, które prowadziliśmy w kilku miastach – byli z nami na co dzień, ale w czasie świąt całą rodziną chodzili do swojego kościoła. Nie było kwestii, czy są związani z kościołem syriackim, maronickim czy prawosławnym. Przychodzili do nas ze względu na konferencje, na formację, na udział we wspólnotach czy grupach, na inicjatywy, które tam były podejmowane. Uważam, że to było zdrowe podejście. Na tym powinien polegać dialog, żeby nie wykorzeniał ze swojej tradycji, ze swojego Kościoła, ale z drugiej strony nie zamykał też, nie patrzył takim krytycznym wzrokiem na tych, którzy są odmienni. Stąd, jeśli mowa o tym, jacy oni są: z jednej strony przywiązani do tradycyjnych modlitw, z drugiej strony mają łatwość, żeby zaakceptować nową propozycję.

Jak układały się stosunki chrześcijan z muzułmanami? Ojciec był świadkiem tego przez wiele lat.

Odpowiedź jest łatwiejsza, jeśli ktoś wie, na czym polega ideologia multikulti. To było bardzo atrakcyjne – wszyscy jesteśmy bliscy, wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy się nawzajem szanujemy… a sprawa religii i wierzeń – to jest sprawa prywatna, o tym się nie mówi, o tym nie powinniśmy mówić, bo to dzieli… Tymczasem okazało się, że w Europie to się nie sprawdziło. W sferze idei ładnie się prezentowało, ale wiara u człowieka o aspiracjach wewnętrznych i orientacji życiowej idzie dalej niż sprawy praktyczne – nie jest tylko sprawą prywatną, ona promieniuje poprzez osobowość, obojętnie, czy jest on w świątyni, czy sam w swoim pokoju, na wakacjach czy w pracy. Szczególnie u muzułmanów są pewne nakazy, żeby eksterioryzować wiarę, dotyczące stroju czy jedzenia. Oni nie mają żadnego problemu, żeby modlić się w parku na trawie czy w innych miejscach użytku publicznego. Czyli nie dało się tego zamknąć tylko w sferze prywatnej. I nie tylko praktycznie. Z antropologicznego punktu widzenia zamknięcie religii w sferze prywatnej to jest ograniczenie, coś, co blokuje osobowość człowieka. Wschód posiada pod tym względem inne doświadczenie. Niedawno ukazała się książka, która jest wywiadem z patriarchą maronitów, kardynałem Becharą Raim. Pierwszy raz spotkałem się ze sformułowaną w takim wymiarze propozycją, jak Kościół Wschodni widzi współżycie między różnymi wspólnotami świeckimi i religijnymi. To zdawało egzamin. I to niesie więcej szacunku do człowieka.

Okładka książki o. Zygmunta Kwiatkowskiego SJ

Nie mówię tu o spojrzeniu muzułmańskim, bezpośrednio związanym z Koranem. Tam wyraźnie są dwie kategorie ludzi – wierzący i niewierni – nie niewierzący, ale właśnie niewierni. I ten niewierny jest człowiekiem drugiej kategorii, a jego prawa są ograniczone. Ale ja mówię o spojrzeniu chrześcijańskim, które respektuje odrębność religijną drugiego człowieka i uznaje za coś naturalnego wspólnoty, które posiadają swoją wiarę i jednocześnie są członkami tej samej zbiorowości narodowej, tworzą określony naród i państwo, w związku z czym przekonania religijne drugiego człowieka zasługują na szacunek.

Rzeczywiście ja to widziałem: w czasie świąt chrześcijańskich muzułmanie odwiedzali rodziny czy składali życzenia w miejscu pracy. Tak samo zachowywali się chrześcijanie w okresie ramadanu – bez żadnego nacisku, bo w Syrii nie było obowiązku jego przestrzegania. W niektórych krajach, jeżeli ktokolwiek podczas ramadanu w dzień spożywa jedzenie, jest traktowany jak przestępca. Natomiast chrześcijanie w Syrii z własnej inicjatywy nie pili w pracy kawy czy herbaty, ewentualnie gdzieś dyskretnie, żeby wspierać muzułmanów, być solidarnymi z ich postem. Nieraz byłem w Syrii uczestnikiem takich spotkań, gdzie nawet biskup i księża organizowali kolację ramadanową dla duchowieństwa muzułmańskiego. To nie był ani przymus, ani teatr, tylko wyraz szacunku dla kogoś drugiego.

Bardzo często na uniwersytecie, jak chrześcijanie byli w swojej grupie i przychodzili muzułmanie, to oczywiście byli życzliwie przyjmowani: „witamy naszego brata w wierze”. Dopiero później zrozumiałem, że chodziło o to, żeby dać znać, żeby nikt z obecnych nie powiedział czegoś nieprzyjemnego. To był wyraz szacunku, a jednocześnie obawa, żeby nie zapaliła się iskra konfliktu, wzajemnej niechęci. To się wyczuwało, że kwestia przynależności do wspólnoty religijnej jest istotna. Oni od razu to widzą: jak dziewczyna jest zakwefiona, to wiadomo, że muzułmanka; jeżeli ma odkryte włosy to chrześcijanka. Poza tym pewne imiona mają tylko muzułmanie, inne chrześcijanie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Jeżeli imię jest neutralne, to wystarczy kilka zdań i już się orientują i wiedzą, jak rozmawiać. Czyli jest w tym wszystkim element obcości, ale ja bym tego nie wyolbrzymiał.

A jak to się przekładało na sytuację prawną, bo jednak chrześcijanie byli w mniejszości, nawet jeżeli pod pewną opieką państwa?

Ponieważ źródłem prawodawstwa w Syrii był Koran, więc pewne elementy prawa były dla chrześcijan krzywdzące. Ogólnie – muszę to jeszcze raz podkreślić – było dużo szacunku i wzajemnej życzliwości. To wpływało na pewną kulturę, która była przez wszystkich przyjmowana i praktykowana. Stąd życie w Syrii i kontakty z Syryjczykami były bardzo przyjemne. Poza tym byli bardzo gościnni. Bardzo często w autobusie, kiedy chciałem płacić za bilet, przychodził konduktor i mówił, że już ktoś zapłacił. Ot dlatego, że jestem cudzoziemcem.

Przede wszystkim prawo małżeńskie i rodzinne były regulowane przez prawo religijne. Nie byłoby problemu, gdyby chrześcijanie mogli żyć po chrześcijańsku, muzułmanie po muzułmańsku. Ale prawo państwowe musi regulować też kwestie pomiędzy odmiennymi wspólnotami religijnymi. I tutaj muzułmanie byli górą. Najbardziej drastyczne kwestie to takie, że jeśli chrześcijanin chciał poślubić muzułmankę, musiał zmienić religię i zostać muzułmaninem. Nieraz tak się dzieje – nie dlatego, że ktoś planuje, że ożeni się z muzułmanką, tylko po prostu się zakocha. Wtedy jest zgroza, bo taki chrześcijanin, nie mając najmniejszej ochoty, żeby być muzułmaninem, jest do tego zmuszany. Natomiast muzułmanin może swobodnie ożenić się z chrześcijanką i nie tylko nie musi zmieniać religii, ale też jego dzieci będą wręcz pilnowane, żeby były muzułmanami. Chrześcijanka może pozostać chrześcijanką, jeśli poślubi muzułmanina, ale on może poślubić drugą i trzecią, i kolejną żonę, i może się z nią rozwieść. Ona, nawet pozostając jego jedyną żoną, nie ma możliwości dziedziczenia. Takie elementy sprawiały, że chrześcijanie obawiali się bliższych kontaktów z muzułmanami, ponieważ byli słabsi prawnie. Stąd, takie jest doświadczenie historii, wielkie rody, początkowo chrześcijańskie, stawały się muzułmańskimi. Dlatego chrześcijaństwo się stopniowo wycofywało.

Najpierw byłem oburzony na to, że chrześcijanie boją się muzułmanów, tworzą coś w rodzaju getta. Później zrozumiałem, że to ma znaczenie. Boją się dalej idących relacji i przyjaźni ze względu na dzieci. Żeby się nie zdarzyło, że syn zakocha się i wtedy prawo zmusza go do tego, żeby stał się muzułmaninem, a jego rodzina muzułmańska.

I od tego świata, w którym, mimo nierówności prawnej, chrześcijanie żyli w pewnej harmonii, przeszliśmy do wojny i groźby zagłady wspólnot chrześcijańskich. Jak to się stało?

No właśnie, byłoby śmieszne mówić teraz: myśleliśmy, że będzie wiosna, a nadeszła zima. Widziałem, że stosunki z muzułmanami były dobre. Co więcej, przyjechał Jan Paweł II i Syria, która jest w większości muzułmańska, przyjęła go z wielkim szacunkiem. Niektórzy mówili do nas: „jesteście szczęśliwi, że macie takiego przywódcę”; mówili, że światło biło z Jego twarzy.

Niedawno słynna mistyczka Myrna Nazzour zapytana, jakiej Syrii pragnie, odpowiedziała: takiej, jaką była. My nie chcemy państwa chrześcijańskiego, choć nieraz nam się proponuje kanton chrześcijański. Niech wróci to, co było, byle był szacunek. I to mówiła kobieta, która wiedziała o tych nierównościach, np. o takich, że chrześcijanin nie może zostać prezydentem. Ale chrześcijanie w tym kraju byli szanowani, respektowani, mogli się uczyć. Bardzo dbali o wykształcenie, wiedzieli, że to jest ich ostoja.

Ale w to wkradł się element ideologiczny i pieniądze. Syryjczycy wiedzieli, czym jest wojna w Iraku; w Syrii było dwa miliony Irakijczyków. Wiedzieli, co się stało z Irakiem, jaka tam nastąpiła olbrzymia katastrofa. Pojawiły się protesty i wcale nie ukrywano, że były one opłacane, ktoś za to płacił. Za każdy protest, który wychodził z meczetu, płacono każdemu pięćset albo tysiąc lirów. Chrześcijanki mówiły, że słyszały od muzułmańskich sąsiadek: „teraz mam dobrze, bo moi synowie pracują, chodzą na te pokojowe protesty, otrzymują pieniądze, już kupiłam lodówkę” itd.

Sam widziałem, jak rebelianci w maskach, z karabinami zatrzymali autobus. Jeszcze wtedy się uratowałem, bo to nie była „kreska” na cudzoziemców. Nawet nie wiem, czy mnie rozpoznali. Oni szukali młodych ludzi, którzy mogli być żołnierzami po przeciwnej stronie. Później, wychodząc, powiewali banknotem i mówili: „jak dojedziecie do miejsca zamieszkania – w całej Syrii są protesty i za każdy płacimy pięćset albo tysiąc lirów”. To były pieniądze za pokojowe manifestacje, które potem okazały się niezbyt pokojowe.

Płacone przez kogo – Arabię Saudyjską, Turcję, Amerykę, Rosję, Europę?

Myślę, że dobrze, jak zakończymy nasze spotkanie tak, jak rozpoczęliśmy. Uważam, że to jest dobre pytanie, które jest konieczne. Nie należy tylko klajstrować i myśleć, jak pomóc. Trzeba odpowiedzieć, skąd to się bierze. Kwestia odpowiedzialności jest ważna. Teraz w Polsce tak dużo się mówi o historii, o tym, że byliśmy ofiarami i nie można nas rozliczać jako sprawców. Jeżeli po siedemdziesięciu latach pytanie o przyczyny jest ważne, to tym bardziej Syrii nie można tylko pomagać i uspokajać, bo to może być zamiatanie pod dywan.

Kto to zapoczątkował, dlaczego została dokonana inwazja w Iraku, pod sfingowanym pretekstem? Wiadomo, że to jest newralgiczny punkt świata. Papież nie jest politykiem, ale kilkakrotnie powiedział, że to jest trzecia wojna światowa. To coś znaczy… Wojna hybrydowa. Jak przyjeżdżam do Polski, mam inną wrażliwość na wojnę na Ukrainie. U nas się przyjęło, że tam gdzieś jest problem. Ale to nie jest tylko problem Ukrainy. Ja widziałem, jak Syria się zapaliła, a miała się nie palić. Oni tego nie chcieli.

Jeżeli świat jest globalny, to wojna światowa nie musi być od razu z czołgami, czerwonymi gwiazdkami i innymi emblematami państw. W Syrii jest sto organizacji bojowych, które wydają się nie do opanowania. One reprezentują któreś z tych potęg. Nawet jeśli nie wprost, żołnierze tych państw uczestniczą w tej wojnie, a te potęgi nią kierują.

Wywiad został przeprowadzony w lutym br.

 

Wywiad Antoniego Opalińskiego z ks. Zygmuntem Kwiatkowskim SJ pt. „Widziałem, jak Syria się zapaliła” znajduje się na s. 9 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018,

wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z ks. Zygmuntem Kwiatkowskim SJ pt. „Widziałem, jak Syria się zapaliła” na s. 9 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

Szczątki ISIS znikają z Syrii. Może przeistaczają się w inną, równie okrutną formację, która odrodzi się w innym miejscu

To nie jest wojna domowa. Tu liczy się ropa naftowa – twierdzą nasi syryjscy rozmówcy. Dla chrześcijan z Syrii to Stany Zjednoczone są ich głównym wrogiem i władcą marionetek z Państwa Islamskiego.

Luiza Komorowska

Amal zdecydowała się opuścić swoją ojczyznę po czterech i pół roku wojny. Wspomina, że było to życie w ciągłym strachu i niepewności. Naokoło spadały wciąż bomby. Wraz z najbliższą rodziną trafiła do Polski. Mieszkają na południu Polski pod opieką instytucji związanej z Kościołem. Rodzina syryjskich chrześcijan bardzo polubiła nowe miejsce, mimo zdarzających się nieporozumień. (…)

– Polacy nie wierzą, że jesteśmy chrześcijanami. Chcielibyśmy im powiedzieć, że naprawdę nimi jesteśmy, a jeśli chodzi o muzułmanów, to nie wszyscy są terrorystami.

Umiarkowani muzułmanie nie akceptują terroryzmu. Poza tym Polacy uważają nas za przybyszów z dżungli, a my mamy dobre wykształcenie. Edukacja w Syrii jest obowiązkowa do dziewiątej klasy. (…)

Wyobrażenie tych, którzy tutaj przybyli, nieco minęło się z rzeczywistością, jaką zastali. Na drodze prawnej i administracyjnej pojawiały się trudności, by tu pozostać; nie wszyscy okazywali serdeczność, czasem wręcz dawało się odczuć niechęć. Bywa, że imigranci na status uchodźcy czekają bardzo długo, sprawy ciągną się miesiącami. Mimo to są bardzo wdzięczni wszystkim, którzy pomogli im się tu osiedlić.

– Mamy możliwość wyjazdu do Niemiec, jak inni Syryjczycy, ale wolimy zostać w Polsce. Podoba nam się tutaj, bo to „cichy i spokojny kraj”… tak jak Syria przed wojną. (…)

– Nie potrafisz sobie wyobrazić ogromu cierpienia, które znosiliśmy. Każdego dnia martwiłam się o swoje dzieci, że zostaną porwane w drodze na studia czy do pracy. – opowiada Hiba. Ona także nie chce zdradzać nazwiska z obawy o swoje bezpieczeństwo. W Polsce jest od trzech lat. Pochodzi z Homs, gdzie mieszkała i uczyła w szkole dzieci języka arabskiego. Wojna trwała już około czterech lat, kiedy pewnego ranka Hiba poszła do pracy jak co dzień – nie wiedząc, czy wróci. Samochód z ładunkiem wybuchowym eksplodował tuż przy szkole, w której uczyła. Zginęło więcej niż pięćdziesięcioro dzieci. Ich ciała, krew i plecaki w szczątkach spadały na pobliskie ulice, drzewa i domy. Po tym wydarzeniu nie mogła mówić przez dwa dni. Nie wytrzymała. (…)

– Gdyby tylko USA i Rosja zechciały skończyć tę wojnę, mogłyby to zrobić w każdej chwili. Ale to jest polityka, nie zrozumiesz tego. To nie jest wojna domowa. Tu liczy się ropa naftowa – twierdzą nasi syryjscy rozmówcy. Dla chrześcijan z Syrii to Stany Zjednoczone są ich głównym wrogiem i władcą marionetek z Państwa Islamskiego. Arabia Saudyjska, Katar, Turcja i Izrael są jego sprzymierzeńcami.

Fot. Pomoc Kościołowi w Potrzebie

Baszar al-Asad jako alawita zapewniał wolność i bezpieczeństwo zarówno chrześcijanom, jak i umiarkowanym muzułmanom. Opozycja wspierana przez USA to radykalni muzułmanie należący do sunnitów, którzy innym wyznaniom nie zapewnią podstawowych praw.

Ten obraz powtarza się w kolejnych rozmowach. Chrześcijanie z Syrii i misjonarze nie idealizują syryjskiego dyktatora, twierdzą po prostu, że jego rządy zapewniały bliskowschodnim chrześcijanom spokojne życie. Wojna przyniosła widmo zagłady dla wspólnot, których historia sięga często czasów apostolskich. Nasi rozmówcy nie wierzą, że atak chemiczny w Dumie został przeprowadzony przez siły rządowe – Asad nie byłby taki głupi, przecież wie, że wszyscy patrzą mu na ręce – przekonują chrześcijanie z Syrii, chroniący się w Polsce. Nasi rozmówcy kwestionują informacje z mediów. Sekwencja wydarzeń i krótki czas ich realizowania nie przekonuje o ich autentyczności. Nieudowodniony do końca atak chemiczny, komediowe odgrażanie się Donalda Trumpa na Twiterrze, ewakuacja bazy Rosjan i… rakiety lecą z amerykańskich okrętów. Specjaliści nazywają to wyreżyserowanym spektaklem. Wielu obserwatorów przypomina amerykańską inwazję na Irak, której towarzyszyły nigdy niepotwierdzone zarzuty posiadania przez reżim w Bagdadzie broni masowej zagłady. (…)

W Syrii nie giną tylko chrześcijanie, ale bombarduje się głównie ich dzielnice, gdyż stanowią najsłabsze ogniwo. Kiedy chce się zemścić na Zachodzie, uderza się w chrześcijan.

Geopolityczny kontekst przedstawił w Poranku WNET arabista Franciszek Bocheński. Jego zdaniem – niezależnie od tego, czy syryjski reżim użył broni chemicznej, czy nie – Amerykanie dążą do zniszczenia Syrii jako ostatniej pozostałości po „arabskim ruchu narodowym”. Z kolei Rosjanie bronią rządu w Damaszku jako przyczółka zapewniającego im obecność na Bliskim Wschodzie.

– Syria przed wojną była wzorcowym przykładem wzajemnych relacji różnych wyznań. To Europa wyhodowała największe ekstrema religijne – dodaje ks. Cisło – Nauczanie imamów w krajach naszego kontynentu nie było kontrolowane. Korzystali oni z przywilejów kraju, w którym gościli, jednocześnie nawołując do podbijania go.

Przed wojną w Syrii było ponad 20 mln mieszkańców. Do tej pory wyemigrowało 5 milionów. Według niemieckich służb 1–2 procent uchodźców to terroryści, natomiast libańskie służby twierdzą, że terrorystów jest nawet 5 procent.

Od 2013 roku Polska przyjęła 506 uchodźców z Syrii (dane na początek marca 2016). 348 wniosków zostało rozpatrzonych odmownie.

Cały artykuł Luizy Komorowskiej pt. „Wrócą, kiedy skończy się wojna – nie ich wojna” znajduje się na s. 8 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Luizy Komorowskiej pt. „Wrócą, kiedy skończy się wojna – nie ich wojna” na s. 8 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl

Ustawa 447 o restytucji mienia bezspadkowego: Polsce wypadnie płacić po milionie dolarów dziennie przez 170 lat…

Nie jesteśmy w stanie spłacić sum tego rzędu. Pozostaje chyba tylko oddać część terytorium (może lasy?) lub zmienić wyznanie na judaizm (jest taka możliwość – skorzystał z niej Janusz Palikot).

Jan Martini

Na stronie rządowej Stanów Zjednoczonych pojawiła się informacja, że „US z uznaniem powitały prawo uchwalone przez serbski parlament dotyczące restytucji mienia bezspadkowego”. Serbia stała się pierwszym krajem wywiązującym się z tzw. deklaracji terezińskiej, zorganizowanej z inicjatywy amerykańskiej w 2009 r. (podpisał ją w imieniu rządu Władysław Bartoszewski), a która dotyczyła rekompensaty za przejętą własność ofiar Holokaustu. Deklaracja (nie będąca zobowiązaniem) przewiduje, że rekompensaty przeznaczone będą dla żyjących ofiar i na szerzenie wiedzy o Holokauście. Warto przypomnieć, że rząd Tuska zawarł porozumienie z Izraelem w sprawie rent płaconych ocalonym z Holokaustu. Nie były to jakieś zawrotne sumy, ale – rzecz dziwna – nie zmniejszają się (ofiary cieszą się znakomitym zdrowiem?). (…)

Serbia była koalicjantem hitlerowskich Niemiec. Nie wiemy, ilu jest Żydów w Sebii obecnie, ale przed wojną było ich 15,5 tysiąca (z czego zginęło 14 tys.).

Beneficjenci z pewnością staną się najbogatszymi ludźmi w kraju, chyba że będą musieli odpalić „działkę” tym, którzy to załatwili. Ponieważ Żydów w Polsce było znacznie więcej niż 15 tysięcy, to na nas wypadnie po milionie dolarów DZIENNIE przez 170 lat.

Prezydent Izraela zapowiedział, że nie dopuści, aby Polacy bez opłaty korzystali z mienia wypracowanego przez Żydów. Oczywiście nie jesteśmy w stanie spłacić sum tego rzędu. Pozostaje chyba tylko oddać część terytorium (może lasy?) lub zmienić wyznanie na judaizm (jest taka możliwość – skorzystał z niej Janusz Palikot).

Pod względem prawnym cała sprawa jest absolutnym kuriozum – wprowadza rodzaj własności klanowej, a więc jest skrajnie rasistowska. (…) Czekają nas trudne negocjacje. (…)

Przypuszczeniem katastrofisty Brauna jest, że Żydzi w dalszej perspektywie nie będą w stanie utrzymać tego spłachetka lądu w Palestynie i szykują sobie nowe tereny osiedlenia. Nigdzie nie jest tak ładnie jak w Polsce (mimo licznych antysemitów). W Polsce osób deklarujących narodowość żydowską jest 6 tysięcy, a należność od nas za Holokaust (jako współsprawców i beneficjentów) wyceniono na 65 mld $. Chyba za dużo dla tej grupki. Niewątpliwie za tę kasę można by przeflancować cały naród (8 mln).

Coś może być na rzeczy. Gdy pracowałem na amerykańskich statkach wycieczkowych, większość szefów ochrony – oficerów Mosadu – miała polski paszport. Idąc dalej tropem teorii spiskowych – czy temu miała służyć „głęboka rekonstrukcja rządu”, a zwłaszcza pozbycie się Macierewicza?

Cały artykuł Jana Martiniego pt. „Sojusznicy naszych sojuszników” znajduje się na s. 8 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Sojusznicy naszych sojuszników” na s. 8 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl