„Śląski Kurier Wnet” 37/2017, Rafał Brzeski: Trwa podbój Europy przez dżihadystów. Zamachy są narzędziem w tej walce

Dla imamów Daesh nie ma miejsca na „szarą strefę” między dżihadystami a „krzyżowcami”, czego nie potrafią albo nie chcą zrozumieć europejscy głosiciele politycznej poprawności i tolerancji.

Rafał Brzeski

Ostatnie zamachy w Europie Zachodniej, a zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, świadczą dobitnie, że mamy do czynienia z próbą podboju naszego kontynentu, w którym terroryzm jest tylko narzędziem atakujących. Jest to zresztą nowa forma terroryzmu, odmienna od terrorystycznych działań lat 1970. i późniejszych. Wówczas zhierarchizowane organizacje terrorystyczne miały jasno zdefiniowane cele. Zgodnie ze swoją nazwą, Irlandzka Armia Republikańska atakowała przede wszystkim cele wojskowe lub paramilitarne, a obiektem ataków grup skrajnie lewicowych – Frakcji Czerwonej Armii w Niemczech oraz Czerwonych Brygad we Włoszech – byli politycy, przedsiębiorcy, bankierzy, słowem: ludzie kapitału i establishmentu.

W przypadku terroryzmu islamskiego jest inaczej. Brak jest łatwych do infiltracji i rozbicia zhierarchizowanych organizacji. Zamiast nich funkcjonują niepowiązane ze sobą terrorystyczne komórki i tak zwane „samotne wilki”. Samozwańcze Państwo Islamskie, zwane Daesh albo ISIS, dopiero jakiś czas po zamachu komunikuje, że został przeprowadzony przez ludzi z nim powiązanych albo przez bojowników, którzy złożyli przysięgę na wierność Daesh.

Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście zamachowcy mieli jakieś organizacyjne kontakty z Amn al-Chardżi – służbą specjalną Państwa Islamskiego, która organizuje i prowadzi działalność szpiegowską i terrorystyczną w krajach europejskich. Wiele wskazuje, że nicią wiążącą terrorystów z ISIS jest tylko ideologia, wspólna myśl przejawiająca się w radykalnym islamie, w którym nie ma miłosierdzia, a jest walka z „krzyżowcami”, czyli ludźmi Krzyża, do których zaliczani są wszyscy rdzenni Europejczycy bez względu na religię, płeć i wiek.[related id=27088]

Wbrew różnym zapewnieniom głosicieli tolerancji, islam jest raczej religią miecza niż pacyfizmu, co zresztą widać na rozpowszechnianych przez ISIS filmach z krwawych i perwersyjnie wręcz okrutnych egzekucji. Wymyślnego okrucieństwa katów Daesh doświadczają przede wszystkim obywatele Państwa Islamskiego, którym, jak w Sowietach, brutalnie narzucany jest wybór między obozem prawdy, czyli jedynie słuszną interpretacją Koranu, a obozem kłamstwa, do którego zaliczani są „krzyżowcy” oraz ci, którzy się z nimi bratają.

Oficjalny magazyn propagandowy Państwa Islamskiego Dabiq wyjaśnił krótko, że „świat jest dzisiaj podzielony na dwa obozy” – obóz kufr, czyli niewiernych, oraz obóz wyznawców nauki imamów uważających Daesh za „kalifat”, czyli państwo rządzone przez następcę Mahometa. Sunnici uważają, że kalif musi pochodzić z arystokracji w Mekkce, natomiast szyici dodają, że musi być z Ahl-al Bayt, czyli z rodu Proroka. Przywódca samozwańczego Państwa Islamskiego, Abu Bakr al-Baghdadi, który obwołał się kalifem latem 2014 roku, podpisuje wszystkie swoje komunikaty pełnym nazwiskiem, dodając al-Qurashi al-Hassani, co oznacza, że mieni się potomkiem wnuka Proroka z osiadłego w Mekce rodu Qurashi.

Pełne nazwisko Abu Bakra al-Baghdadiego skracane jest, najczęściej z wygody, przez zachodnie media, ale dla muzułmanów świadczy, że Daesh jest prawdziwym kalifatem, a zatem winni przestrzegać koranicznego nakazu posłuszeństwa. Magazyn Dabiq nie pozostawia w tej mierze jakichkolwiek wątpliwości: „żaden muzułmanin nie może wymawiać się, że chce być niezależny, kiedy kalifat prowadzi wojnę w jego imieniu”, w innym miejscu zaś głosi: „postawa neutralności skazuje muzułmanina na zgubę”.

Dla imamów Daesh nie ma miejsca na „szarą strefę” między dżihadystami a „krzyżowcami”, czego nie potrafią albo nie chcą zrozumieć europejscy głosiciele politycznej poprawności i tolerancji. Muzułmanie, którzy nie angażują się w wojnę po stronie kalifatu to „hipokryci”, których należy „wyplenić mieczem”, a jeśli ktoś w jakikolwiek sposób chce sobie ułożyć życie w sąsiedztwie „krzyżowców” to jego nagrodą będzie piekło. Tak przynajmniej głosi Dabiq.

Dla radykalnych imamów „szara strefa” asymilacji między dżihadystami a „krzyżowcami” jest największym zagrożeniem, bowiem jej istnienie, nie mówiąc już o prosperowaniu, zadaje kłam ideologicznym fundamentom kalifatu. Stąd tak energicznie nawołują do wypowiadania posłuszeństwa niewiernym, do powszechnego stosowania prawa szariatu zamiast lokalnego prawa „krzyżowców” oraz do tworzenia społeczności i obszarów „tylko dla muzułmanów”. Wewnątrz tych społeczności działają werbownicy służb specjalnych Daesh, którzy namawiają do bezpośredniego wsparcia kalifatu na jawnym froncie w Iraku i Syrii albo na tajnym w konspiracyjnych siatkach terrorystycznych.[related id=16563]

Analiza życiorysów islamskich terrorystów, którzy w ostatnich miesiącach atakowali w różnych miastach europejskich, wskazuje, że większość z nich żyła w „szarej strefie”, ale uznała, że nie jest to dla nich właściwe miejsce. Wielu z nich miało konflikt z prawem, dopuściło się drobnych przestępstw, odsiedziało krótkie wyroki i dopiero w radykalnym islamie i zbrojnym międzynarodowym dżihadzie odnalazło swoje spełnienie.

Żyjącym nadal w „szarej strefie” niezdecydowanym propagandowe materiały Daesh proponują nawrócenie i odkupienie win poprzez akty terroru z użyciem pojazdów i przedmiotów codziennego użytku. Mogą robić to indywidualnie lub w niewielkich grupach krewnych lub znajomych. Deklarację wierności kalifatowi można wysłać e-mailem, sms-em, złożyć na specjalnych zaszyfrowanych stronach internetowych, itp. kilka minut przed akcją, kiedy nie ma już niebezpieczeństwa przejęcia ich przez „krzyżowców”.

Kierownictwo Daesh liczy, że zdalne sterowanie działaniami drobnych grup terrorystycznych i „samotnych wilków” doprowadzi do desperacji policje i służby specjalne „krzyżowców”, które z czasem wyczerpią swe możliwości ludzkie, organizacyjne, logistyczne i finansowe. W konsekwencji brak bezpieczeństwa w europejskich miastach sprawi, że ich niewierni mieszkańcy zmuszą polityków do bardziej drastycznych kroków.

Rozwiązania takie uderzą rykoszetem w chętnych do asymilacji i w konsekwencji ograniczą „szarą strefę”. Ponadto będzie je można przedstawiać jako przejawy rasizmu i islamofobii, wykorzystując w propagandzie przekupioną agenturę wpływu i pożytecznych idiotów zaczadzonych tolerancją. A to z kolei przysporzy werbownikom Daesh nowych kandydatów na dżihadystów. Koło się zamknie, a „szara strefa” asymilacji się skurczy.

Planiści tej samonakręcającej się spirali stopniowego likwidowania „szarej strefy” szczególnie istotną rolę wyznaczają dżihadystom już urodzonym albo przynajmniej długo mieszkającym w krajach „krzyżowców”. Ich przykład ma dowodzić, że współżycie wiernych z niewiernymi jest niemożliwe. W maju 2016 roku Abu Muhammad al-Adnani, uważany – zanim zginął w nalocie na Aleppo – za następcę kalifa Abu Bakra al-Baghdadiego, głosił, że jeden atak terrorystyczny „samotnego wilka” w Stanach Zjednoczonych lub Europie „wart jest dla nas więcej niż największa nasza akcja w Iraku lub w Syrii”.

Powolna likwidacja „szarej strefy” ma według strategów Daesh doprowadzić do cichej okupacji Europy i jej podziału na wiernych i niewiernych bez żadnego buforu. Wówczas niewierni postawieni zostaną przed wyborem – przyjęcie jedynie słusznego islamu lub likwidacja. Bez względu na to, co wybiorą, kalifat zwycięży.

Do osiągnięcia tego celu droga jeszcze daleka, ale Daesh ma już wiele atrybutów funkcjonującego państwa. Ma terytorium, hymn, flagę, siły zbrojne, policję, służby specjalne i wywiadowcze, skarb zasilany dochodami ze sprzedaży ropy naftowej, system podatkowy, wymiar sprawiedliwości oparty na szariacie, program szkolny itp. Stopniowe kurczenie się terytorium Państwa Islamskiego pod naporem wstrząsanej wewnętrznymi sporami koalicji ma tylko bardzo mierny wpływ na długofalową strategię kalifatu.[related id=26445]

Nawet jeśli kalif Abu Bakr al-Baghdadi al-Qurashi al-Hassani zginie, to jeszcze długo w muzułmańskiej umysłowości pozostaną jego myśl, jego nauki i ambitny plan podboju świata „krzyżowców”. Przegrane bitwy Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie nie mają większego wpływu na strategię rozbudowy kalifatu, który nawet jeśli nie będzie miał terytorium, to będzie funkcjonował w świadomości wyznawców islamu. Porażki sprawiają, że zaprawieni już w walce ochotnicy, którzy przyjechali wspierać Daesh z różnych stron świata, wracają teraz do krajów swych paszportów, by dzielić się doświadczeniami, szerzyć dżihad w muzułmańskiej diasporze i dawać przykład, jak skutecznie likwidować „krzyżowców”.

Słowa i czyny powracających weteranów wspiera propaganda Daesh rozpowszechniana z wykorzystaniem różnych form globalnej sieci internetu. W założeniu ma ona inspirować ludzi z „szarej strefy” do samodzielnego działania. Ma ich radykalizować i przekształcać w żołnierzy kalifatu działających pod czarną flagą z własnej inicjatywy, bez organizacyjnego powiązania z Państwem Islamskim. Służą temu zwłaszcza powtarzane i liczne wezwania do popełniania aktów terroru.

Bardziej ambitni znajdą w internecie receptury na przygotowanie materiałów wybuchowych domowej roboty oraz plany i schematy połączeń zapalników do „pasów szahida” dla terrorystów samobójców. Mniej ambitni lub technicznie utalentowani mogą zawsze siąść za kierownicę samochodu i wjechać z możliwie z największą prędkością w tłum „krzyżowców”, albo wyjąć z kuchennej szuflady największy nóż i z okrzykiem „Allahu Akbar” sztyletować na ulicy, w kawiarni, na stacji metra – gdzie popadnie. Trzeba tylko dbać o właściwy stosunek strat. Jak najmniejsze po stronie wiernych, jak największe po stronie niewiernych.

„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Mroczna strategia kalifatu” na s. 1 lipcowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Poranek Wnet / Repetowicz: Jak Niemcy chcą zatrzymać uchodźców w Polsce? Znów założą u nas obozy koncentracyjne?

Polska ma zbieżną ze Stanami Zjednoczonymi wizję Bliskiego Wschodu i może odegrać bardzo dużą rolę w rozmowach na temat stabilizacji północnych wybrzeży Libii – powiedział Witold Repetowicz.

– Do Syrii już od ubiegłego roku wracają ludzie wypędzeni przez wojnę, chociażby z obozów w Turcji – powiedział gość Poranka, który dziwił się przekazowi niektórych polskich mediów, jakoby ludzie ci mieli wracać do miejsc, gdzie dochodzi do bombardowań. Zwrócił uwagę na to, że są osoby, które „ubierają się w piórka tych, którym zależy na losie uchodźców”, a wcale im na nich nie zależy, bo podstawą troski powinno być „zabezpieczenie im jak najszybszego powrotu do domu, odbudowy kraju z ruin”.

– Na to powinny iść środki z UE, a nie na przyjmowanie nowych łódek – mówił Repetowicz. Wskazał, że przyjmuje się tysiące emigrantów z takich krajów, jak Senegal, gdzie nie ma dyktatury i nie ma żadnej wojny. Zwrócił uwagę na to, że ani w Iraku, ani w Syrii nie ma pomocy zagranicznej UE, żeby odbudowywać domy, do których uchodźcy mogliby wracać. Ma to jego zdaniem pomóc „w drenażu mózgów” tych krajów i zagwarantować realizację wizji Europy, w której „nie będzie już narodów”. Są siły w Europie, które prą do przyjmowania uchodźców nie na zasadach konwencji genewskiej, ale przyznawanego przez UE „prawa do zamieszkania, czyli otwarcia granic na wszystkich, którzy chcieliby tu zamieszkać”.

– Oczywiście byliby pewni selekcjonerzy, którzy kierowaliby lekarzy i inżynierów do takich krajów, jak Niemcy, a innych, tych niepotrzebnych, kierowaliby do krajów takich jak Polska. W Polsce ci ludzie musieliby znaleźć się w obozach koncentracyjnych otoczonych drutami kolczastymi pod napięciem, ponieważ i oni chcieliby uciec do Niemiec – powiedział ekspert Defence24. Jego zdaniem posłużyłoby to psuciu wizerunku Polski, mimo że ze strony Polski nie byłoby woli, aby tworzyć takie obozy.

– To jest coś, co nam chcą narzucić Niemcy – podkreślił gość Poranka Wnet. – Jeżeli Erytrejczycy, którzy siedzą w obozie pod Calais, chcą stamtąd uciec do Wielkiej Brytanii, to co będzie trzeba zrobić, żeby tego typu uchodźców zatrzymać w Polsce? – pytał.

Obama winny jest rozgardiaszowi na Bliskim Wschodzie

– Kwestie związane z problemami na Bliskim Wschodzie nie są podnoszone podczas spotkania Trójmorza – uważa Repetowicz. Jego zdaniem Polska ma zbieżną „w wielu miejscach” ze Stanami Zjednoczonymi wizję Bliskiego Wschodu.

Zwrócił uwagę na to, że kilka dni przed szczytem Trójmorza Grupa Wyszehradzka, która jest częścią Trójmorza, spotkała się z prezydentem Egiptu. Państwo to postrzegane jest przez administrację amerykańską jako jeden z kluczowych sojuszników stabilizujących sytuację na Bliskim Wschodzie.

Ekspert z Defence24 przypomniał, że za czasów Obamy doszło do destabilizacji w rejonie, a polityka byłego prezydenta USA doprowadziła do „wpychania Egiptu w ramiona Rosji” . Zwrócił uwagę na fakt, że Obama, wspierając Bractwo Muzułmańskie, doprowadził do tego, że ten rejon – w miarę spokojny, gdy obejmował on urząd prezydencki – przekształcił się w trakcie jego prezydentury w miejsce „totalnego rozgardiasza”.

– Spotkanie Grupy Wyszehradzkiej z prezydentem Egiptu wpisuje się w wizję Trumpa co do przyszłości tamtego rejonu – zauważył gość Poranka Wnet. Uważa on, że Europa dziś płaci kryzysem imigracyjnym, a Bliski Wschód humanitarnym za nieodpowiedzialną politykę ekipy Obamy, która zapoczątkowała Arabską Wiosnę.

Polska pomoże ustabilizować Libię

– Teraz jest czas na stabilizowanie sytuacji po tym rozgardiaszu. Polska może odegrać tutaj dużą rolę – powiedział Repetowicz. Przypomniał, że polskie siły są w Iraku na zaproszenie władz i zajmują się szkoleniem policji, co wpisuje się w amerykańską wizję postępowania w tamtym rejonie i wzmacnia nasz sojusz z USA.

– W przyszłości może to owocować większą rolą Polski w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie – przewiduje Repetowicz. Jego zdaniem Polska może odegrać kluczową rolę przy stabilizowaniu Libii, bowiem „ma spore doświadczenie w realizacji projektów i kontraktów w Libii”. Zwrócił uwagę, że gdyby istniały silne władze w Libii, mogłyby zapanować nad tym „kryminalnym procederem”, jak nazwał przerzut z Afryki do Europy nielegalnych imigrantów. Uważa on, że proceder ten jest wspierany przez określoną „mafię proimigracyjną”, z jaką mamy do czynienia na salonach Europy.

– Zamiast stworzyć stabilny rząd libijski i współpracować w tym zakresie z Egiptem, ZEA i libijskim generałem Khalifą Haftarem, który jako jedyny może być w stanie wprowadzić stabilizację w kraju, władze europejskie zwiększają alokację środków dla Włochów, by przyjmowali kolejne łódki z imigrantami – powiedział Repetowicz.

– Polska może odegrać bardzo dużą rolę w rozmowach o stabilizacji północnych wybrzeży Libii – powiedział Repetowicz. Podniósł kwestie związane z pomocą humanitarną w regionie, jak chociażby na granicy z Sudanem Południowym i Ugandą, gdzie robione są zdjęcia zabiedzonych dzieci. Zdjęcia te obiegają świat i są cynicznie wykorzystywane jako argument za przyjmowaniem uchodźców i ich relokacją.

– Czy te dzieci są w stanie dotrzeć do wybrzeży libijskich i przepłynąć w łodziach do Włoch? – pytał retorycznie Repetowicz, który uważa, że sumy przeznaczone na tak zwanych uchodźców mogłyby realnie zwiększyć możliwość przeżycia tych dzieci tam, na miejscu.

– Chaos wywołany tam przez Obamę doprowadził do serii nieszczęść i był bezpośrednią przyczyną epidemii chorób, które trawią tamtejszą ludność – oskarżał ekspert Defence24. Uważa on, że współpraca polsko-amerykańska może się przyczynić do zakończenia wojen w Afryce.

Całego Poranka Wnet można wysłuchać tutaj.

MoRo

 

 

 

 

 

 

Michał Milford z Dohy: Sąsiedzi Kataru dziś siedzą cicho. Obawiam się, że jest to cisza przed burzą. Zobaczymy jak długo

Po pohukiwaniu sąsiadów, akcji blokowania, groźbach izolacji i ultimatum sąsiedzi Kataru praktycznie dziś siedzą cicho i jest tu bardzo spokojnie – powiedział Michał Milford w korespondencji z Kataru.

– Zobaczymy, jak długo to potrwa – powiedział  mieszkaniec stolicy Kataru, Dohy, Michał Milford.

Przypomnijmy: Arabia Saudyjska 5 czerwca, tuż po wizycie Donalda Trumpa, zerwała stosunki dyplomatyczne z Katarem, oskarżając go o wspieranie terroryzmu oraz nadmierne zbliżenie z Iranem. W ślad za Rijadem poszły Egipt, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Kraje te zablokowały połączenia lotnicze, morskie i lądowe z Emiratami.[related id=”27844″]

23 czerwca państwa arabskie, bojkotujące Katar, przedstawiły listę 13 żądań, wśród których figurowało zamknięcie telewizji Al-Dżazira, rozluźnienie relacji z Iranem, zamknięcie tureckiej bazy wojskowej w Katarze oraz wydanie wszystkich wskazanych terrorystów znajdujących się na katarskim terytorium. Katar miał również zerwać kontakty z terrorystycznymi i ideologicznymi organizacjami, takimi jak Bractwo Muzułmańskie, Państwo Islamskie, Al-Kaida, Hezbollah i Dżabhat Fatah al-Szam (dawny Front al-Nusra, związany niegdyś z Al-Kaidą w Syrii).

Spełnienie tych żądań miałoby umożliwić ewentualne zniesienie blokady i zakończenie bojkotu Kataru. Katarskie władze uznały te żądania za „niedorzeczne” i odrzuciły je zdecydowanie.

– Niestety obawiam się, że jest to cisza przed burzą – twierdzi Milford, który 8 czerwca informował czytelników Wnet.fm, że Katarczycy nie są informowani przez media, o co chodzi w kryzysie, w wyniku którego została zamknięta przestrzeń powietrzna Kataru. Prasa wówczas skupiła się tylko na informowaniu Katarczyków o konkretnych ograniczeniach, nie ujawniając im przyczyn izolacji kraju. Po 5 czerwca nastąpiły przejściowe wahania kursu walut obcych i ograniczenia w ich zakupie – zwłaszcza dolarów amerykańskich, a także  „pielgrzymki do banków i kantorów”, co szybko się zakończyło i poza pierwszym szokiem życie w Katarze nie uległo zmianom.

W swej korespondencji Milford wspomniał również o przyjeździe do Polski Donalda Trumpa i niezmiennej pogodzie w Katarze, w którym „żar cały czas leje się z nieba”.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, KLIKNIJ TUTAJ

AFP: Katar nie zaakceptował żadnego z 13 postulatów krajów arabskich. Czy to początek drugiej fali arabskiej wiosny?

Katar przekazał w poniedziałek Kuwejtowi swoją oficjalną odpowiedź na 13 żądań, sformułowanych przez Arabię Saudyjską i jej sojuszników w celu rozwiązania kryzysu w regionie – podaje Agencja FP.

Katarski minister spraw zagranicznych szejk Muhammad ibn Abd ar-Rahman as-Sani przekazał odpowiedź emirowi Kuwejtu Sabahowi al-Ahmadowi al-Dżabirowi as-Sabahowi. Kuwejt prowadzi mediacje w sprawie zakończenia sporu. W poniedziałek kraje arabskie, które poddały Katar izolacji, poinformowały, że wydłużyły termin na spełnienie 13 postulatów o 48 godzin. Już w sobotę szef katarskiej dyplomacji zapowiadał, iż jego kraj raczej odrzuci serię żądań. W jego ocenie postawienie ich Katarowi miało na celu nie walkę z terroryzmem, lecz ograniczenie suwerenności kraju.

Orientalista George Yacoub: Katar nie wyrzeknie się swojej suwerenności

„Katar nie zgodzi się na spełnienie żądań sąsiadów, ponieważ oznaczałoby to wyrzeczenie się przezeń własnej suwerenności i pogodzenie się z rolą bezwolnego wasala Arabii Saudyjskiej – przewidywał już w piątek 30.06 w swej wypowiedzi dla PAP orientalista z Uniwersytetu Warszawskiego George Yacoub. – Katarczycy nie odrzucą też jednak ostentacyjnie żądań, by nie zaogniać konfliktu z sąsiadami i nie prowokować otwartej konfrontacji zbrojnej”.

„Katarscy emirowie niejednokrotnie zapowiadali, że nie zgodzą się spełnić żądań. Niektóre z nich, jak zerwanie przyjaznych stosunków z Iranem i Turcją oraz wypowiedzenie tej ostatniej dzierżawy bazy wojennej są próbą brutalnej ingerencji w politykę zagraniczną suwerennego państwa – uważa Yacoub. – Zamknięcie telewizji Al-Dżazira to próba upokorzenia Katarczyków, a żądanie wypłaty odszkodowań za rzekome szkody, jakie spowodowali u sąsiadów ukrywający się w Katarze dysydenci, przypomina domaganie się haraczu”.

Szef katarskiej dyplomacji szejk Muhammad ibn Abd ar-Rahman as-Sani oświadczył w zeszłym tygodniu, że Katar gotów jest rozmawiać z sąsiadami o wszystkim, ale przedstawiona mu lista żądań każe mu sądzić, że nie idzie wcale o to, by je spełnić, ale żeby Katar wyrzekł się swojej suwerenności. „A tego nie zrobimy” – podkreślił katarski minister.

Nowoczesne reformy w Katarze

Dyplomatyczna aktywność i niezależność maleńkiego sąsiada od lat były nie w smak Saudyjczykom, widzącym siebie w roli regionalnego przywódcy. Irytację wywoływała też przedsiębiorczość katarskich szejków i dyplomatów, którzy inwestując na całym świecie zarobione na gazie ziemnym miliardy, zapewniali sobie polityczne wpływy i bezpieczeństwo.

Do wściekłości doprowadzały zaś konserwatywnych Saudyjczyków próby nowoczesnych reform, podejmowanych przez Katarczyków, a przede wszystkim udzielane przez nich wsparcie dla odwołujących się do islamu ruchów politycznych, jakie pojawiły się na Bliskim Wschodzie wskutek arabskiej wiosny z lat 2010-2011.

„Katarczycy byli w tej materii sprzymierzeńcami Amerykanów, którzy pod rządami Baracka Obamy prowadzili politykę odrzucania sojuszów z ich dawnymi protegowanymi dyktatorami i próbowali ich zastąpić nowymi przywódcami, wyłonionymi w wolnych wyborach i wywodzącymi się spośród umiarkowanych ruchów religijnych” – wskazuje ekspert z UW.

Największa baza wojsk amerykańskich Zatoki znajduje się w Katarze

„Najsilniejszym z takich ruchów na całym Bliskim Wschodzie jest Bractwo Muzułmańskie, wspierane przez Turcję, amerykańską i zachodnią sojuszniczkę. Eksperyment ten zakończył się katastrofą, która doprowadziła tylko do dalszej radykalizacji politycznego islamu” – dodaje. Yacoub zwraca uwagę, że „Donald Trump odchodzi od tej polityki. Wygląda na to, że postanowił rozprawić się najpierw z radykalnym islamem politycznym, a w walce z nim postanowił się oprzeć na starych sojusznikach, jak Saudyjczycy”.

Wybierając między dwoma sojusznikami (w katarskim Al-Udeid znajduje się najważniejsza amerykańska baza wojenna na Bliskim Wschodzie), Amerykanie postanowili poświęcić, przynajmniej chwilowo, Katarczyków i przymusić ich do wycofania poparcia dla Bractwa Muzułmańskiego, a także ochłodzenia ich przyjaznych relacji z Iranem, który obok Turcji Saudyjczycy uważają za swojego głównego rywala i wroga na Bliskim Wschodzie.

„Potem przyjdzie czas na następne radykalne organizacje, bo o ile nie ma wątpliwości, że Katarczycy wspierają Bractwo Muzułmańskie, palestyński (radykalny) Hamas czy dawny Front al-Nusra (związany niegdyś z Al-Kaidą w Syrii; obecnie – Dżabhat Fatah al-Szam), to sponsorów Państwa Islamskiego i Al-Kaidy znajdzie się niemało także w Dubaju, a zwłaszcza w samej Arabii Saudyjskiej – uważa Yacoub. – Plan Trumpa wydaje się polegać na tym, żeby najpierw zająć się pilniejszym problemem Państwa Islamskiego. Potem propozycję nie do odrzucenia, podobną do tej, jaką dziś otrzymali Katarczycy, Amerykanie przedstawią zapewne i Saudyjczykom, a ci nie będą mieli innego wyjścia, jak tylko ją przyjąć”.

Sukcesja w Rjadzie

Wizyta Trumpa w regionie i konflikt katarski zgrał się w czasie z sukcesją tronu w Rijadzie. Sędziwy, 81-letni król Salman zdecydował w ostatnich dniach, że jego następcą nie będzie bratanek, 58-letni książę Muhammad ibn Najif ibn Abd al-Aziz as-Saud, ale jego własny syn, 31-letni Muhammad ibn Salman as-Saud, pierwszy z pokolenia wnuków króla Abd al-Aziza ibn as-Sauda, założyciela saudyjskiego państwa w 1932 roku.

Po ojcu założycielu rządzili jego synowie, których dochował się kilkudziesięciu. Wskazany na następcę tronu 31-latek będzie pierwszym z setek książąt wnuków, a zakłócony przebieg sukcesji może zagrozić panowaniu samej rodziny królewskiej. Amerykańskie wsparcie może okazać się dla młodego księcia kluczowym dla zapewnienia sobie spokojnych rządów.

„Wygląda na to, że Saudyjczycy i ich sojusznicy przeszarżowali w żądaniach wobec Kataru, co dodatkowo utrudni polubowne rozwiązanie sporu. Katarczycy będą musieli pójść na ustępstwa, a wycofanie wsparcia dla Bractwa Muzułmańskiego może okazać się dobre dla całego Bliskiego Wschodu. Ale Katar nie zgodzi się być saudyjskim wasalem” – ocenia Yacoub.

Druga fala arabskiej wiosny?

Według niego mamy do czynienia z „najpoważniejszym od lat konfliktem na Półwyspie Arabskim, a każdy scenariusz jest możliwy”. „Najlepszym dla całego Bliskiego Wschodu rozwiązaniem byłoby wycofanie się Kataru ze wspierania Bractwa Muzułmańskiego, najgorszym zaś wojna” – przewiduje ekspert.

Jego zdaniem „konflikt zbrojny może wybuchnąć, gdyby Saudyjczykom przyszło na przykład do głowy obalenia obecnego emira Kataru i zastąpienie go którymś z saudyjskich faworytów. Wojna w regionie, połączona z rywalizacją saudyjsko-irańsko-turecką, mogłaby nawet wywołać tam drugą falę arabskiej wiosny”.

PAP/MoRo

Raport Organizacji do Spraw Zakazu Broni Chemicznej (OPCW): w kwietniowym ataku w Syrii użyto sarinu

Podczas ataku na Chan Szajchun w Syrii 4 kwietnia, w którym zginęło 90 osób, użyto sarinu”Sprawcy muszą ponieść odpowiedzialność za ten straszny atak” – oświadczył szef OPCW Ahmet Uzumcu.

„Stanowczo potępiam tę zbrodnię, która w pełni przeczy zasadom zawartym w Konwencji o zakazie broni chemicznej” – podkreślił.

Zespół ekspertów OPCW, niezależnej organizacji międzynarodowej współpracującej z ONZ, oparł swoje ustalenia na dokumentach, biochemicznych próbkach z miejsca ataku i wywiadach ze świadkami zdarzenia; grupa śledczych nie była jednak w mieście Chan Szajchun ze względu na zbyt wysokie zagrożenie – zaznaczono w oświadczeniu organizacji. [related id=”26401″]

Ambasador USA przy ONZ Nikki Haley po zapoznaniu się z raportem oświadczyła, że dokument „potwierdza to, co już wiedzieliśmy: broń chemiczna była wykorzystana wobec syryjskiej ludności”.

„Nie ma żadnej wątpliwości”, że za wykorzystaniem broni chemicznej stoi rząd Baszara el-Asada – oświadczył w piątek brytyjski minister spraw zagranicznych Boris Johnson w wywiadzie dla SkyNews.

Zadaniem OPCW było tylko ustalenie, czy doszło do ataku chemicznego. Dopiero w ramach wspólnego dochodzenia ONZ i OPCW będzie można badać, kto jest odpowiedzialny za atak. Ten zespół stwierdził już wcześniej, że syryjskie siły rządowe były odpowiedzialne za trzy ataki z wykorzystaniem chloru w 2014 i 2015, a bojownicy tzw. Państwa Islamskiego użyli gazu musztardowego.

O wnikliwe śledztwo OPCW apelował prezydent Rosji Władimir Putin i sugerował, że prezydent Asad jest niesłusznie obarczany odpowiedzialnością za atak. Asad podkreślał wcześniej, że nie zaakceptuje śledztwa w sprawie ataku na Chan Szajchun, które nie będzie bezstronne. „Będziemy dążyć wraz z Rosjanami do międzynarodowego dochodzenia, ale musi być one bezstronne. Możemy pozwolić na śledztwo, tylko jeśli będzie one bezstronne, upewniając się, że wezmą w nim udział bezstronne kraje” – oświadczył.

W reakcji na atak chemiczny na Chan Szajchun USA w nocy z 6 na 7 kwietnia przeprowadziły uderzenie rakietowe na syryjską bazę lotniczą Szajrat w prowincji Hims. Według Pentagonu uszkodzono tam lub zniszczono około 20 proc. syryjskich lotniczych sił operacyjnych. To z Szajratu według USA miały wystartować samoloty, które zaatakowały Chan Szajchun.

Damaszek przypisanie mu kwietniowego ataku chemicznego nazwał historią wymyśloną w stu procentach, a jego główny sojusznik, Rosja, zapewniała, że do ofiar doszło w wyniku ataku rządowych sił lotniczych na wytwórnię produkująca dla rebeliantów broń chemiczną. Atak USA na bazę Szajrat syryjskie władze uznały za „lekkomyślny i nieodpowiedzialny”.

W maju OPCW przedstawiła inny raport, w którym stwierdziła, że podczas ataku, do którego doszło w syryjskiej prowincji Aleppo we wrześniu ubiegłego roku, zastosowano gaz musztardowy.

W ramach porozumienia z 2013 roku Syria zgodziła się zniszczyć swoje zasoby broni chemicznej. Przed rozbrojeniem rząd Asada wyjawił, że posiada około 1300 ton broni chemicznej, w tym sarinu, czynnika VX (najniebezpieczniejszy z gazów bojowych, paralityczno-drgawkowy) i gazu musztardowego. Zasoby te miały być pod międzynarodową kontrolą zabrane w 2014 roku z Syrii i zniszczone. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości, czy Syria zgłosiła wszystkie zapasy takiej broni i czy wszystkie jej fabryki zostały zniszczone.

W styczniu 2016 roku OPCW zapewniła, że cały zgłoszony w 2013 roku arsenał syryjskiej broni chemicznej został zniszczony; organizacja nadzorowała ten proces w imieniu wspólnoty międzynarodowej. OPCW wyraziła jednocześnie duże zaniepokojenie doniesieniami o użyciu gazu musztardowego, sarinu czy chloru w trwającej od 2011 roku wojnie domowej w Syrii. Stwierdziła wówczas jedynie fakt użycia broni, nie wskazując, która strona jest winna.

PAP/MoRo

Rzecznik Białego Domu: „Władze Syrii są znów gotowe użyć broni chemicznej”

Sean Spicer nie podał dowodów, lecz grozi, że jeśli do tego dojdzie, odpowiedź amerykańska będzie zdecydowana, co będzie dużo kosztowało władze Damaszku.

Wiele wskazuje na to, że władze Syrii są znów gotowe do użycia broni chemicznej, tak jak to miało miejsce 4 kwietnia – oznajmił w poniedziałek rzecznik Białego Domu, Sean Spicer. Zapowiedział, że jeśli dojdzie do ataku, cena dla władz w Damaszku będzie wysoka.

Spicer nie podał konkretnych dowodów potwierdzających, że przygotowania do ataku z użyciem broni chemicznej istotnie mają miejsce. W swym oświadczeniu powiedział jedynie, że wywiad wojskowy „dostrzegł potencjalne oznaki” wskazujące, iż reżym Baszara el-Asada podjął takie przygotowania i może zdecydować się po raz kolejny na użycie broni chemicznej.

Agencje przypominają, że 4 kwietnia armia syryjska przeprowadziła atak chemiczny na opanowaną przez rebeliantów miejscowość Chan Szajchun w prowincji Idlib, w którym zginęło co najmniej 86 osób, w tym 30 dzieci.

W reakcji na ten atak siły USA w nocy z 6 na 7 kwietnia przeprowadziły atak z użyciem 59 pocisków samosterujących Tomahawk na syryjską bazę lotniczą Szajrat w prowincji Hims, powodując ciężkie straty po stronie syryjskiej.

PAP/LK

Kurier WNET 36/2017, Paweł Rakowski: Liban to nie kraj, lecz przesłanie. Jest opowieścią, której końca nie widać

Patriarcha rozmawiał z prezydentami Francji czy Ameryki i uważa, że oni byli naiwnymi głąbami. Tylko nie nasz papież, który wiedział i rozumiał ten region. On czuł Liban, jego unikalność i specyfikę.

Liban to nie kraj, lecz przesłanie

Marzenia jednak się spełniają, pomyślałem, kiedy w majową niedzielną noc chłodne górskie powietrze uderzyło mnie po wyjściu z terminala lotniska im. Rafika Haririego. Długo oczekiwany Bejrut stał się dla mnie faktem.

Wnet zgarnia mnie do taryfy taksiarz Pierre, pięćdziesięciokilkuletni maronita, który z cygaretem w zębach i bez zapiętych pasów wyjeżdża na autostradę łączącą lotnisko ze stolicą kraju. Pierre chwali się, że ćwierć wieku mieszkał w Manchesterze, ale Interpol nim się zainteresował, to i musiał wrócić.

Mkniemy przez siedliska ludzkie, które nijak się mają do Bliskiego Wschodu, który znałem. Miast małych, przyklejonych do siebie, niewykończonych domków, widzę potężne bloki, wielkie przestrzenie, neony, i wszystko jest z górki lub pod górkę.

– Tu nic się nie dzieje, tu wszyscy śpią, tu jest Dahiya – informuje mnie szofer, na co od razu zacząłem kręcić energicznie szyją, aby zobaczyć jak najwięcej. Dahiya, a więc stolica Hezbollahu, pogromcy Izraela i salafickich bandytów niszczących Syrię i Irak, którzy chcą się wedrzeć także do Libanu! Ale póki co, Dahiya śpi, obudzi się pewnie za 2, 3 godziny na poranne modły, wedle nakazu Allaha i ajatollaha Chomeiniego.

– Szyici są dobrymi przyjaciółmi chrześcijan. Razem to państwo utrzymujemy. Oni siłą Hezbollahu, a my myślą, kulturą i pieniędzmi – zaznacza szofer.

Po Dahiyi przejeżdżam przez Zachodni, sunnicki Bejrut. O, to już znam, prawdziwy Lewant. Brud, brak harmonii, anarchia przestrzenna. Nim oczy przyzwyczaiłem do widoku, minęliśmy tzw. „zieloną linię”, a więc granicę między miastem muzułmańskim i chrześcijańskim. – Tu jest prawdziwe życie – chwali się Pierre, kiedy wjechaliśmy do Wschodniego Bejrutu, którego bogactwo i blichtr biły po oczach.

– Tutaj masz wszystko – panienki, alkohol, kasyna, narkotyki – chociaż te stały się problemem, przez Syryjczyków – informował kierowca. Bogactwo witryn sklepowych, gmachów, samochodów, banków uświadomiło mi, jakimi pariasami jesteśmy nad Wisłą. „Co ja tutaj robię, przecież oczywiste tutaj dla każdego jest, że nie przyjeżdża się do Libanu bez pieniędzy? I to, jak dla mnie, bardzo dużych pieniędzy”.

– To gdzie stał Izrael i wysadzano ambasady oraz koszary amerykańskie – tu czy tam? – pytam Pierra. – Żydzi byli tutaj, w chrześcijańskim mieście, i jak tutaj byli, było dobrze. Jak się wycofali w 1982, to się zaczęło – mówi Pierre, chociaż wyczułem, że nie chce rozmawiać o takich tematach z przeszłości, które mogą być jednoczenie prognozą na przyszłość. Po 40-minutowej jeździe dojechałem do celu. Była nim Junyja, chrześcijańskie miasteczko w nadmorskim pasie maronickim, który się ciągnie od dawnej „zielonej linii” aż do Trypolisu.

Po zameldowaniu się w hotelu otoczonym przez „Super night cluby” usiadłem w ogródku i rozkoszowałem się widokiem na morze oraz na błyszczącą niczym latarnię morską na wzgórzu Harissę – maronicką Jasną Górę. Łyk schłodzonego Al-Maza i „Welcome to Lebanon”, myślę sobie, rozsiadając się pośród palemek oraz bujnej roślinności.

Po chwili z sąsiednich lokali wyłonił się tabun dziewcząt, które zadowolone weszły do busika. Z regularnością z rzadka spotykaną w Lewancie co chwila nadjeżdżały kolejne samochodziki, do których wsiadały kolejne dzierlatki. – Co to jest?– pytam portiera Jiada, którego posądzałem o bycie Druzem. – Te dziewczyny pracują w tych lokalach i teraz jadą do swojego hotelu – poinformował mnie portier. – To dlaczego mówią po arabsku? – pytam, ponieważ tradycyjnymi w tej branży bywają języki słowiańskie. – Te są z Syrii, ale są też Rosjanki, Polki, Ukrainki – wyliczał, po czym dodał, że ich klientela to głównie Saudowie z Zatoki Perskiej, Iranu, ale również członkowie rządu, Hezbollahu czy synowie księży maronickich.

Cały Liban z jego barwnością. Widać, że na pewnym poziomie finansowym panuje „porozumienie ponad podziałami”, a do miasta zjeżdża wielu przybyszy z Zatoki Perskiej, którzy spędzają Ramadan w Bejrucie, bo tam Allah nie widzi.

Niedzielny poranek. Szybko zrywam się z posłania i pędzę w poszukiwaniu Abuny (księdza z maronicka) Kazimierza Gajowego, który oprowadza pielgrzymkę z Radia Podlasie. Biorę taryfę do Bkerke (w Libanie nie ma publicznego transportu), siedziby patriarchy maronickiego Bechary Butrosa Raiego, u którego pielgrzymka ma audiencję. Kardynał Rai znany jest z ostrych publicznych wypowiedzi, w których nie boi się mówić prawdy o islamie. W Bkerke widzę go otoczonego dostojnymi ludźmi, z nabożnością wsłuchujących się w słowa patriarchy, który stał naprzeciw portretu bardzo dobrze znanego i wciąż wielbionego w kraju cedrów Jana Pawła II.

Arabski w Libanie jest delikatny, z melodią francuską, i zamiast szukran mówi się merci, a monsieurmadame są w użyciu codziennym.

W Bkerke dołączam do grupy Abuny Gajowego, byłego misjonarza, a obecnie członka patriarchatu maronickiego. Patriarcha maronicki jest najważniejszą osobą w tym państwie. Jeśli jest jakiś problem, przyjeżdżają tutaj przywódcy religijni oraz polityczni i debatują, jak nie doprowadzić tego kraju do kolejnej wojny domowej.

– Co więcej, Patriarcha jest też największym posiadaczem ziemskim i producentem cementu, a więc Kościół maronicki, jak widzimy, ma bardzo eleganckie świątynie, ponieważ ma dochody z dzierżaw oraz, jak widzisz, w Libanie dużo się buduje i na każdej takiej inwestycji Kościół zarabia. Co więcej, Kościół tutaj nie unika polityki. Wręcz przeciwnie, na kazaniach wpierw ewangelizują, a później zajmują się sprawami społecznymi – zdradza mi tajniki libańskiego dobrobytu Abuna, po czym dodaje, że dla niego po 30 latach w Libanie Libańczyk czy libańskość to tylko maronici i maronityzm.

Następnie Abuna Gajowy objaśnił mnie, że sens istnienia Libanu ukryty jest w bankach i w złocie, ponieważ mają bardzo duże zapasy tego kruszcu, co by wskazywało, że kraj, chociaż stoi na krawędzi wszelkich możliwych kataklizmów, jest komuś potrzebny. Tylko kto decyduje o tym, że jeden jest bogaty a drugi poligonem dziejowym – zastanawiam się w trakcie krótkiej przejażdżki do Harissy.

Wielkie, nowoczesne sanktuarium maryjne było wypełnione po brzegi. Pod kapliczkami zbierała się lokalna kawalerka, która uskuteczniała amory wobec koleżanek. Bachorki darły japki, ludzie gromadzili się przy wejściu na wieżę, na której jest gigantyczny pomnik Matki Boskiej. Jak w Polsce, z tym, że ludzie zamożniejsi i bez wstydu, wzniośle oraz publicznie demonstrują swoją wiarę. W Harissie odbywało się nabożeństwo, z bogatym akompaniamentem – skrzypce, wiolonczela, bliskowschodni ud oraz bębenki.

W 1997 roku był tutaj św. Jan Paweł II, który powiedział, że Liban to nie kraj, a przesłanie. Słowa niezwykle kochanego w Libanie Papieża Polaka uwiecznione są przy górnym wyjściu z kościoła, tuż obok tablicy dziękczynnej dla polskich żołnierzy służących pod patronatem ONZ w południowym Libanie. – Patriarcha powiedział mi, że jedynie Jan Paweł II rozumiał Liban – stwierdził Gajowy. – Wspominał, że rozmawiał z prezydentami Francji czy Ameryki i oni wszyscy byli naiwnymi głąbami. Tylko nie nasz papież, który naprawdę wiedział i rozumiał ten region. On czuł Liban, tę unikalność i specyfikę.

W Harissie jem świeży placek z zatarem, piję szybką, lecz potężnie mocną kawę. Wszyscy tutaj to są nasi, zresztą katolicki świat jest wszędzie, gdziekolwiek zerkam z wysokości Harissy – Wschodni Bejrut, Ghazir, Jeite, Junyja, Byblos. Patrzę na zdrowych i ładnych ludzi, którzy miast na plaży, spędzają ten czas w sanktuarium, a później zjedzą wystawny, lecz zarazem tradycyjny niedzielny posiłek.

Jest poniedziałek 22 maja. Jak każdego miesiąca, już od ćwierćwiecza każdego 22 dnia miesiąca w miejscowości Annayja, około 40 km od Bejrutu odbywa się specjalne nabożeństwo w pustelni i przy grobie św. Charbela – eremity maronickiego, cudotwórcy, o którym wieść na szczęście dotarła także nad Wisłę. Charbel Makhlouf, właściwie Jusuf Anton Maklouf, urodził się w biednej maronickiej wiosce Bika Kafra w 1828 roku. Żył skromnie, pobożnie i ascetycznie, a po swojej śmierci w 1898 roku ciało mnicha nie dość, że nie uległo rozkładowi, to nastąpiła nieprzerwana do dziś seria cudownych uzdrowień. Watykan, zazwyczaj ostrożny w takich przypadkach, zadziałał błyskawicznie – w 1965 beatyfikowano, a w 1977 kanonizowano libańskiego mnicha.

Jadę do Annajya z Iwona, Polką mieszkającą w Libanie ponad 20 lat, która ma męża maronitę i jest wciąż zafascynowana krajem, w którym przyszło jej żyć. Życie jak w Bejrucie jest znacznie lepsze niż przysłowiowy Madryt.

6:30 rano, pogańska pora, ale konieczna, żeby pokonać w sumie nieodległy kawałek górzystego świata. W znanym tym i owym Byblos zatrzymują nas korki. Kiedy kończy się administracyjnie Wschodni Bejrut, a zaczyna Junyja czy Byblos, tego nawet nie widać. Permanentny ciąg siedlisk ludzkich bez numeracji domów, oznakowań administracyjnych, żadnych tabliczek, drogowskazów. Nic. Widać jedynie rezydencje, w których metr kwadratowy wart jest kilkaset tys. dolarów, a u innych „zaledwie” po kilka. Czasami pojawia się lewantyński brud i harmider, ale od razu wiadomo, że to musi być ziemia niczyja, ponieważ prywatna posesja jest zawsze pieczołowicie zagospodarowana przez właściciela albo raczej jego abisyńską służbę.

– Jak tutaj ludzie mogą jeden drugiego odnaleźć, skoro nie ma nazw ulic, domów itd.? – pytam Iwonę. – Jeśli jakiś nieznajomy szuka kogoś, pyta jakiegoś człowieka stąd na ulicy, a ten mu powie, gdzie szukać. No chyba, że akurat zapytasz o wroga, wtedy cię może okłamać albo powiedzieć, że nie wie, nie zna. – A dlaczego wroga? – Tutaj ludzi najbardziej dzieli polityka. Można nie rozmawiać z sąsiadem, a jedynie dyskutować z nim raz na kilka lat w trakcie wyborów – przedstawiała realia libańskie Iwona.

Iwona zamaszyście kręci kierownicą i jako doświadczona „driverka” na libańskich drogach doskonale odnajduje się w świecie, w którym kurs na prawo jazdy jest jednodniowym szkoleniem, w którym należy wykazać się m.in. znajomością znaku o zakazie trąbienia.

– Tutaj ginie więcej ludzi na drogach niż na wojnach – stwierdziła Polka, kiedy uszy zaczęło zatykać od zmiany wysokości. Te góry chroniły chrześcijan, jak i innych „heretyków” – szyitów, Alawitów, Druzów w zdominowanym przez sunnitów świecie. Turcy byli za leniwi, żeby interesować się, kto co wyznaje w tych górach. Zresztą św. Maron, od którego wzięła się nazwa ‘maronici’, też przywędrował w te tereny w IV wieku, ponieważ pogaństwo miało się tutaj całkiem dobrze. Po inwazji muzułmańskiej w VII wieku większość maronitów uciekła w te góry z Syrii. Teraz po wiekach widać, że to była bardzo rozsądna decyzja, chociaż w naszym świecie chrześcijanie nie mają już gdzie uciec.

Po około 40 minutach jazdy i drugiego tyle stania w korkach, dojechaliśmy do sanktuarium w Annayja. Gdzie zaparkować i jak wymanewrować automobilem z tego natłoku? Z jednej strony formowała się kilkutysięczna procesja, na którą nacierały samochody.

Zerkam na górzysty szlak, który przyjdzie mi w słońcu pokonać, i zaczynam powątpiewać. –Jak się zgubimy, to zbiórka będzie pod pomnikiem Charbela – mówi moja przewodniczka i wtapiam się w tłum o różnym wieku i statusie materialnym.

Co ciekawe, nad Wisłą uważa się, że jedynie starzy, chorzy i biedni żyją w Kościele. Rozglądając się po towarzyszach procesji widziałem, że tutaj tak nie jest. Wielki krzyż na szyi, obok torebki bardzo drogiej marki, a w ręku różaniec. Przecież lepiej takie fajne poranki spędzać w kawiarenkach w porcie w Byblos, a nie na procesjach. Jednak jest to obce myślenie dla maronitów, którzy zwalniają się z pracy lub, jak są zbyt bogaci, aby pracować, po prostu przyjeżdżają do Annayji wziąć udział w uroczystościach.

– Dlaczego oni chodzą na bosaka? – pytam Iwonę. – To jest kwestia intencji i wotum – odpowiada i wskazuje mi ludzi, którzy chociaż mają habity, nie są zakonnicami ni zakonnikami – w ten sposób albo proszą o cud albo za niego dziękują.

W tłumie orzeźwiłem się lepiej niż po bliskowschodniej smole, którą nazywają kawą. Pielgrzymi podążali za meleksem, w którym stał ksiądz trzymający złotą monstrancję, a z tyłu siedziała Nouhad Al-Chami, 83-letnia matka dwanaściorga dzieci, która w 1993 roku została „operacyjnie” uzdrowiona w wizji przez Charbela. Współczesna medycyna była niezdolna wyleczyć kobiety i nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób została uzdrowiona. To ona zapoczątkowała charbelowskie miesięcznice, które podbiły chrześcijańskie serca.

Tłum podąża nieśpiesznym krokiem i odmawia różaniec, po arabsku. W sumie, poza językiem, żadnych różnic nie ma – chyba ta, że maronici, ponieważ mieszkają pośród muzułmanów, dodają Boga Jedynego, tak żeby wysławiając Trójcę Świętą w modlitwach, muzułmanin nie uznał, że to modlitwa do 3 bogów.

Zresztą różaniec to jedna z niewielu rzeczy importowanych do życia religijnego maronitów. Chociaż przez wieki nie mieli kontaktu z Rzymem, zawsze modlili się za papieża, którego imienia nawet nie znali. W XVI wieku francuscy misjonarze dotarli do libańskich katolików, co oczywiście powodowało kilka tarć. Maronici nie mają celibatu, obowiązkowego jedynie dla mnichów, z których wyłania się elita tego Kościoła. Mają swoją tradycję, pisma i po kilku wiekach badań Watykan zezwolił, aby Kościół katolicki w Libanie miał swoją kulturalną odrębność. W końcu to prawdziwi starsi bracia w wierze.

Meleks wraz z wiernymi dochodzi do okazałego kościoła. Wykorzystuję chwilę wolną od ceremonii i idę do grobu Charbela. Projektant sprytnie umieścił kościół na tyłach kaplicy z grobem, dzięki czemu wierni mogą załatwiać swoje interesy z Niebiosami w dogodnej dla siebie lokalizacji. Odwiedzam grób, a także wystawę rzeczy osobistych Świętego.

Szybki transfer na mszę, która w dużej mierze jest śpiewana. Kościół i plac są pełne ludzi. Do komunii ustawiają się kolejki. Ksiądz, oblężony przez wiernych, kręci się niemalże wokół własnej osi, żeby dać komunię do nadstawionych dzióbków wiernych. Jeden pan z wąsami wyciąga ręce po komunię. Ksiądz wypowiada jakieś słowa, po których wąsacz wypada z kolejki. Jest porządek, i o to chodzi! Po komunii obserwuję jak dużo osób szybkim ruchem sięga po papierosy. Rozumiem, nie palili cały dzień lub może tydzień albo miesiąc, dla intencji.

W tłumie u Charbela, jak i w chrześcijańskich obszarach Bejrutu i jego okolicach, widać mnóstwo kobiet z Etiopii. – Dlaczego? – pytam Iwony. – To służące. Przyjeżdżają tutaj z Etiopii za pośrednictwem specjalnej agencji. Muzułmanie chcą mieć muzułmańską służbę, a chrześcijanie chrześcijańską. No i one przyjeżdżają tutaj na kontrakt na 3 lata. Zarabiają od 150-200 dolarów miesięcznie – wyjaśnia Iwona.

– Służba? – dziwię się. – No tak, służba. Zajmują się domem, sprzątają. Niektóre trafiają do dobrych domów, w których mają dobre życie i warunki. A inne dramat. Są tam bite, gwałcone, maltretowane. Częściej to jest w domach muzułmańskich. Niedawno słyszałam, jak jakaś się powiesiła. Innym razem głośno było, że taka służąca wyrzuciła dziecko przez balkon – opowiadała Iwona, a ja słuchałem zszokowany, patrząc na z reguły bardzo miło wyglądające buzie młodych dziewcząt z krainy królowej Saaby. – Jak taka przyjedzie, to musisz ją uczyć wszystkiego od początku; co to jest pralka, umywalka, toaleta. One tego nie znają i tutaj się dopiero uczą – wyjaśniała Polka.

W drodze do samochodu próbowałem to zanalizować i nie potrafiłem. Nikt w Libanie nie robi spisów ludności ani nie liczy jej w żaden sposób. To zrobiono w latach 30. i już wtedy przewaga liczbowa maronitów była fikcją.

Mówi się, że w tym kraju jest ponad 2 mln uchodźców z Syrii i kilkaset tys. Palestyńczyków. A miast ich zatrudniać, oni wolą sprowadzać służbę z Afryki, której może być tutaj nawet pół miliona. Są wszędzie – w knajpkach, w hotelach, w barach. Głównie zlokalizowani przy ubikacjach oraz na zapleczu. Twarze skupione i usłużne na wszelkie zawołanie. Szok.

Szybka kawa pośród ruin fenickich i jedziemy dalej, do kolejnych świętych. Wielki posterunek wojskowy na drodze do Trypolisu. Tam jest ISIS, a na południu kraju czeka na salafitów szyicki Hezbollah. Obok posterunku tabuny mężczyzn. – To są Syryjczycy – informuje mnie Iwona. – Oni tutaj muszą pracować. Liban ich nie chce i nic im nie daje.

Oni tu po prostu przyszli, a jak już tu są, to dużo ich kradnie, ale większość musi pracować i tutaj czekają, aż ktoś ich weźmie na budowę. W mojej okolicy Syryjczycy mają zakaz wstępu od 18 do 6 rano. Najmują ich ludzie do prostych prac, ale jak się pojawili, to pewnej nocy postrącali wszystkie kapliczki, figurki, a nawet zabili orła i go powiesili. Dlatego ich tu nie chcemy.

Nie zapominaj też, że Liban był do 2005 roku okupowany przez Syrię i dlatego mamy do nich taki stosunek, jak Polacy do Rosjan. Państwo im nie da obywatelstwa. Nawet w przypadku małżeństwa mieszanego, on czy ona z Syrii ani ich dzieci nigdy nie będą Libańczykami. Tutaj chrześcijanie zatrudniają chrześcijan z Syrii, chociaż nie wiadomo, czy oni naprawdę są chrześcijanami, bo jak wiesz, tam mordowano dla dokumentów – wyjaśniała Iwona na dalszej trasie, ponieważ kraj cedrów, chociaż ma niewielką powierzchnię, jest potężną opowieścią, której końca nie widać. CDN.

Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Liban to nie kraj, lecz przesłanie” znajduje się na s. 15 czerwcowego „Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Rakowskiego pt. „Liban to nie kraj, lecz przesłanie” na s. 15 czerwcowego „Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl

Irak: Samobójczy zamach na cywilów uciekających z Mosulu. Są ofiary wśród dzieci i kobiet.

Co najmniej 12 osób zginęło w piątek, a ponad 20 zostało rannych w samobójczym zamachu, którego celem byli cywile uciekający przed walkami toczącymi się na Starym Mieście w Mosulu na północy Iraku.

Informacje te podały irackie źródła wojskowe.

„Zamachowiec samobójca wtopił się w grupę uchodźców i wysadził w powietrze” – powiedział iracki lekarz wojskowy Ahmed Haszem. Dodał, że wśród poszkodowanych przyjętych do szpitala polowego są kobiety i dzieci. Zaznaczył, że bilans ofiar może się zwiększyć.

Tysiące cywilów opuściły Stare Miasto w Mosulu w obawie przed walkami dżihadystów z Państwa Islamskiego (IS) z nacierającymi siłami irackimi, których operacja wspierana jest z powietrza przez siły międzynarodowej koalicji do walki z IS pod wodzą USA. Niemniej szacuje się, że wciąż przebywa tam około 100 tys. mieszkańców; dżihadyści używają ich jako żywych tarcz.

Bojownicy IS zostali otoczeni w części Mosulu obejmującej wysadzony przez dżihadystów wielki meczet al-Nuri wraz z gęsto zaludnionym Starym Miastem, gdzie sieć wąskich uliczek utrudnia działania irackim oddziałom.

Bitwa o Stare Miasto staje się najkrwawszą częścią trwającej od ośmiu miesięcy ofensywy mającej na celu odbicie Mosulu, z którego dżihadyści uczynili stolicę tzw. Państwa Islamskiego w Iraku i gdzie w 2014 roku proklamowany został samozwańczy kalifat.

PAP/LK

Napastnik z Pól Elizejskich poprzysiągł wierność przywódcy Państwa Islamskiego Abu Bakrowi al-Bagdadiemu

Zamachowiec, który w poniedziałek próbował dokonać ataku na Polach Elizejskich, złożył przed zamachem hołd przywódcy organizacji terrorystycznej Państwo Islamskie (IS) Abu Bakrowi al-Bagdadiemu.

Wynika to z listu-testamentu, jaki Adam Djaziri 31-letni zamachowiec zostawił swojemu szwagrowi.

W korespondencji tej dżihadysta zwierza się z „podwójnej gry”, jaką prowadził, by z myślą o ataku terrorystycznym zgromadzić znaczący arsenał broni pod pretekstem uprawiania strzelectwa sportowego.

Wcześniej we wtorek źródła zbliżone do śledztwa przekazały, że 31-latek miał w domu na przedmieściach Paryża dziewięć sztuk broni, w tym pistolety Sig-Sauer 9 mm i Glock 9mm oraz karabin typu kałasznikow.

Djaziri ze względu na swoją radykalizację figurował od 2015 roku w tzw. kartotece S, w której znajdują się dane islamskich radykałów mieszkających we Francji. Nigdy nie został skazany. Miał pozwolenie na broń, ponieważ uprawiał strzelectwo sportowe.

Włoska agencja Ansa podała, że napastnik, który zginął podczas ataku, to Adam Lotfi Djaziri, urodzony we Francji w 1985 roku; był synem Tunezyjczyka Mohameda Djaziriego, a matka mężczyzny to Edfij Paflantic. Ansa twierdzi, że matka jest Polką.

Według włoskiej agencji mężczyzna był znany tunezyjskim służbom specjalnym, które w 2013 roku ostrzegły przed nim Francuzów. Media tunezyjskie utrzymują, że Djaziri często wracał do Tunezji i kontaktował się z radykalnymi środowiskami islamskimi.

W poniedziałek na Polach Elizejskich w Paryżu kierowany przez Djaziriego samochód osobowy uderzył w radiowóz żandarmerii, a następnie stanął w płomieniach, nie powodując ofiar. Ciężko ranny napastnik zmarł. W samochodzie znaleziono broń, amunicję i butlę z gazem. Dochodzenie prowadzi paryska prokuratura ds. antyterroryzmu.

PAP/MoRo

USA: Doradcy prezydenta Donalda Trumpa Jared Kushner i Jason Greenblatt rozpoczęli misję na Bliskim Wschodzie

Jason Greenblatt, doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa międzynarodowego przyjechał do Izralea. Wkrótce dołączy do niego Jared Kushner, zięć i jeden z najbardziej zaufanych doradców Trumpa.

Doradcy prezydenta Trumpa Jared Kushner i Jason Greenblatt, podczas rozmów w Izraelu i w Autonomii Palestyńskiej, będą omawiać tym tygodniu kroki zmierzające do osiągnięcia pokoju na Bliskim Wschodzie – poinformował w poniedziałek konserwatywny portal Breitbart News.

Zarysy takiego porozumienia prezydent Trump omawiał z przywódcami państw arabskich i z władzami izraelskimi w ubiegłym miesiącu, podczas swojej pierwszej podróży zagranicznej. Trump odwiedził stolicę Arabii Saudyjskiej Rijad, gdzie spotkał się z przywódcami krajów arabskich, Izrael oraz Autonomię Palestyńską. Amerykański prezydent rozmawiał z palestyńskim przywódcą Mahmudem Abbasem.

Poufne rozmowy dotyczycące możliwości zawarcia porozumienia bliskowschodniego, zainicjowane przez prezydenta Trumpa podczas spotkań z przywódcami Egiptu, Izraela i Jordanii w Waszyngtonie, były kontynuowane w czasie wizyty na Bliskim Wschodzie i po zakończeniu tej wizyty „poufnymi kanałami” – poinformował portal Breitbart powołując się na anonimowych przedstawicieli władz izraelskich i Białego Domu.

„Prezydent Trump jasno dał do zrozumienia, że działania na rzecz trwałego pokoju pomiędzy Izraelczykami i Palestyńczykami są jego głównym priorytetem. Prezydent jest przekonany, że pokój jest możliwy” – stwierdził cytowany anonimowo, w blisko związanym z Białym Domem portalu Breitbart, wysokiej rangi przedstawiciel władz amerykańskich.

Jak poinformowała agencja Reuters, która jako pierwsza w niedzielę ujawniła wcześniej niezapowiadaną wizytę doradców Białego Domu na Bliskim Wschodzie, misja Greenblatta i Kushnera była konsultowana z doradcą d/s bezpieczeństwa narodowego gen. H.R. MacMasterem oraz z sekretarzem stanu Rexem Tillersonem.

LK/PAP