Dr Marszewski: Rosja przyłączyła się do wyścigu o Afrykę, w którym uczestniczą także Unia Europejska, Japonia i Chiny

Dr Mariusz Marszewski o tym, do kogo można porównać Kurdów, powrocie Rosji do Afryki, dziedzictwie radzieckim, kondotierach i chińskim neokolonializmie.

Dr Mariusz Marszewski o obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie, gdzie Turcy najechali na Syrię. Odnosi się do wypowiedzi dr Giedz, która zdradza sympatię dla Kurdów. Przestrzega w tym kontekście przed szukaniem zbyt daleko idących analogii i dopatrywaniu się w tym narodzie „Polaków Azji Zachodniej”. Specjalista z Ośrodka Studiów Wschodnich przedstawia różnorodność Kurdów, wśród których można wyróżnić liczne podziały plemienne, językowe i polityczne.

Rząd regionalny w Iraku pod rządami Talalabanich i Barzanich patrzy bardzo sceptycznie, jeśli nie wrogo na skrajnie lewicowy porządek w Kurdystanie syryjskim.

Nasz gość opowiada także o szczycie w Soczi Rosja-Afryka. Stwierdza, że „jest to próba powrotu państwa rosyjskiego na kontynent afrykański, przejęcia dywidend wypracowanych przez Związek Radziecki, który z kolei przejął aktywa kolonialistów”.

Jest to przyłączenie się do czegoś, co jest nazywane wyścigiem o Afrykę. Chiny weszły w próżnię po zimnej wojnie, twardo weszła Unia Europejska i teraz wchodzi Rosja.

Poza Rosją i Chinami także Japonia próbuje wejść na obszar Afryki. Każde z mocarstw ma tutaj inną strategię rozszerzania swych wpływów. Rosja wchodzi w sferę bezpieczeństwa: nowoczesne technologie zbrojeniowe i duże kompanie prywatne wojskowe,  Chińczycy w kredyty łapiąc w pułapki kredytowe kolejne kraje (z której jak dotąd udało się wyrwać jedynie Etiopii). Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego zwraca uwagę, że posługiwanie się prywatnymi grupami zbrojeniowymi, takimi jak Blackwater, staje się coraz częściej modus operandi wielu krajów, które oszczędzają w ten sposób własnych żołnierzy.

Dr Marszewski podkreśla, że elitom afrykańskim podoba się współpraca z Władimirem Putinem, ponieważ nie ma takiego podejścia do demokracji, praw człowieka czy ekologii jak zachodni politycy.

To, co robi Chińska Republika Ludowa, czy Federacja Rosyjska w Afryce się podoba, bo nie ma mowy o demokracji i prawach człowieka […] cała agenda związana z prawami człowieka traktowane jako problematyczne, tak samo agenda ekologiczna.

Chińczycy i Rosjanie „wykorzystują wszelkiego rodzaju kontakty wypracowane w czasie radzieckiego komunizmu i maozimu”. Swoje gość zwraca uwagę, że współgospodarzem konferencji jest przywódca Egiptu gen. Abd Al-Fattah As-Sisi, co pokazuje wagę Egiptu dla polityki rosyjskiej.

Stosunki egipsko-radzieckie to jest kilkadziesiąt lat, kiedy elita wojskowa kończyła radzieckie uczelnie.

W Egipcie jest „ogromny sentyment proradziecki i prorosyjski”, z czego Rosja stara się korzystać. Inaczej jednak niż w czasach Związku Radzieckiego, nie chodzi w ogóle o ideologie, tylko o twarde interesy ekonomiczne. Chiny i Rosja realizują w Afryce model neokolonialny.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

O. Pączka: Wielu Afrykańczyków nie wie, że w Europie trzeba tak dużo pracować

Ojciec Benedykt Pączka o działalności polskiej szkoły muzycznej w Afryce, wydanej przez jej podopiecznych płycie i różnicy między trybem pracy Afrykańczyków a pracą w Europie.

Ojciec Benedykt Pączka mówi o polskich nauczycielach muzycznych, którzy przyjeżdżają do Republiki Środkowoafrykańskiej, aby nauczać dzieci. Zatrudniani są oni na kontrakty czteromiesięczne, w których czasie uczą dzieci zapisu nut i gry na instrumentach. Niektóre instrumenty jak trąbka czy saksofon są czymś, co dzieci widzą pierwszy raz w życiu. Szkoła muzyczna prowadzona przez Fundację dzieci Afryki działa już trzy lata w mieście Bouar w Republice Środkowoafrykańskiej.

Oni myślą o pieniądzach, że można wszystko dostać, bardzo dużo ludzi z Afryki nie wie, że będąc w Europie, naprawdę trzeba pracować.

Duchowny mówi także o charakterze pracy w Afryce. Afrykańczycy pracują krócej niż mieszkańcy Europy. Nie mają oni 8-godzinnego dnia pracy, ale pracują do południa. Przywołuje pracowników szkoły, którzy zaczynają o 7 i kończą o 12. Taki tryb pracy pozwala im, żeby wieczorem mieć „co do garnka włożyć”.

Kapucyn zachęca do kupowania wydanej przez Fundację dzieci Afryki płyty „Zamiast broni”.  Środki pozyskane z jej  sprzedaży, przeznaczone zostaną na budowę budynku szkolnego. Podkreśla, że fundacja działa nie dzięki dużym pojedynczym wpłatom, ale wielu drobnym.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Błeńska: W archidiecezji poznańskiej rozpoczyna się proces beatyfikacji Wandy Błońskiej

Magdalena Błeńska, poseł na Sejm, architekt opowiada o historii swojej cioci Wandy Błeńskiej, która całe swoje życie poświeciła pomocy ludziom.

 

 

Jest to historia bardzo mocno związana wartościami, jest opowieścią nie na jeden film. Wanda Błeńska była lekarką. Obecnie rozpoczyna się proces jej beatyfikacji w archidiecezji poznańskiej, dlatego też ta historia wraca, jest ciągle żywa i myślę, że będzie ona miała swoją ciekawą kontynuację – mówi Magdalena Błeńska.

Wanda Błeńska jest postacią, którą warto uwiecznić i poznać. Myślę, że archidiecezja poznańska w bardzo niedługim czasie wybierze się do Afryki, a przynajmniej wyśle tam swoich przedstawicieli, których zadaniem będzie odwiedzenie wszystkich miejsc, w których Błońska pracowała. Aby proces beatyfikacyjny mógł się odbyć, potrzebne są świadectwa ludzi, pacjentów i lekarzy. Doktor nazywana była „matką trędowatych”, a w Afryce, gdzie pracowała ponad 40 lat, określali ją „doktą”.

Doktor Błeńska przeżyła 103 lata. Zmarła 5 lat temu, ale tak długi wiek oznacza, że większość jej pacjentów właściwie może już nie żyć i trzeba się z tym spieszyć. Gonić za poznaniem tej opowieści, gdyż możemy ominąć to, co się tam wydarzyło i nigdy nie dowiedzieć się jak było naprawdę – mówi gość Radia WNET.

Zbieranie wszystkich materiałów to nadzieja w to, że powstanie kontynuacja w postaci spisanej historii bądź filmu. Biografia doktor Błeńskiej to nie jest tylko i wyłącznie Afryka i leczenie trędowatych, jest to także historia przedwojenna. Wanda Błeńska przeżyła nie tylko I wojnę światową, wojnę bolszewicką, II wojną światową, przeżyła również całą serię wojen w Ugandzie. Jej marzeniem od dzieciństwa było to, że chciała być lekarką na misjach. Tak potoczyła się ta historia, że rzeczywiście się ono spełniło.

M.N.

W libijskiej wojnie domowej walczą ze sobą drony z Turcji i z Chin

W trwającej wojnie domowej w Libii obie strony używają bojowych bezzałogowców. Libijska Armia Narodowa chińskich dronów Wing Loong I/II, a siły powietrzne rządu w Trypolisie tureckich TB2 Bayraktar.

Jak podaje portal Defence 24, bezzałogowce Wing Loong zostały zakupione przez ZEA w 2017 r. i oddane do dyspozycji stojącego na czele Libijskiej Armii Narodowej gen. Chalify Haftara. Libijski wojskowy wrócił do kraju z emigracji w czasie rewolucji, do której się przyłączył. Po nieudanym puczu podporządkowane mu siły opanowały Bengazi, tworząc opozycyjny wobec Rządu Jedności Narodowej w Trypolisie ośrodek władzy. Samoloty, śmigłowce i drony Haftara operują m.in. z bazy w Al-Khadim. Lotnisko położone jest we wschodniej Libii, zdjęcia satelitarne z 2016 r. wskazywały w bazie co najmniej dwa bezzałogowce Wing Long I/II.

Nad Libią drony  typu Wing Loong I (i być może II) wykonują misje bojowe uzbrojone m.in. w chińskie przeciwpancerne rakiety kierowane, m.in. LJ-7, czyli eksportową wersję pocisku powietrze-ziemia HJ-10. Ciężki chiński Wing Loong II (Chengdu Aircraft Industry Group — CAIG) może przebywać w powietrzu ok. 20 godzin i dysponuje zasięgiem operacyjnym 4 tys. km. Wobec słabości lotnictwa oficjalnego rządu drony wykonują całodobowe ataki na cele naziemne, w tym bazy lotnicze, raczej bez problemów. Niemniej jednak do tej pory potwierdzono co najmniej jedną stratę Wing Loong. 3 sierpnia 2019 r. siły podległe rządowi w Trypolisie zestrzeliły w rejonie Misraty bezzałogowiec chińskiej produkcji, zidentyfikowany jako Wing Loong II, sił powietrznych gen. Haftara. Zdjęcia wraku wskazują, że bezzałogowiec uzbrojony był w kilka pocisków LJ-7.

Rząd w Trypolisie jest wspierany  przez Turcję, która dostarcza do Libii broń, pojazdy, doradców wojskowych itd. Dysponuje on tureckimi uderzeniowymi TB2 Bayraktar (Baykar Makina). TB2 są szeroko wykorzystywane w Libii do misji bojowych, atakując cele naziemne. Przypuszcza się, że bezzałogowce mogły być częścią dużej partii uzbrojenia tureckiego, które przypłynęło do Libii 18 maja br. na pokładzie statku Ro-Ro „Amazon” z portu Samsun (m.in. MRAP Kirpi i Vuran). Bayraktar operują m.in. w rejonie Trypolisu, gdzie toczą się od kilku miesięcy walki, a jedna z maszyn została uchwycona 9 czerwca br. na filmie wideo.

Prawdopodobnie zarówno Wing Loong, jak i TB2 Bayraktar, obsługiwane są i kierowane przez specjalistów – odpowiednio – emirackich i tureckich. Źródła libijskie wskazują, że na czele zespołu tureckich specjalistów i doradców, z bazą w rejonie Trypolisu, stoi turecki gen. Irfan Tur Ozsert.

17 krajów, dom czwartej części ludzkości zagrożonych brakiem wody

Niezwykle poważne deficyty wody w regionach łącznie zamieszkanych przez ponad miliard ludzi informuje organizacja badawcza non-profit The World Recources Institute.

Według raportu WRI wiele miast od São Paolo w Brazylii przez Kapsztad w RPA po Ćennaj w Indiach niebezpiecznie zbliżyło się do dnia Zero, kiedy to w kurkach ich mieszkańców zabraknie wody pitnej. Kapsztad, jak przypomina „Rzeczpospolita”, wprowadził w zeszłym roku znaczne ograniczenia w używaniu wody przez mieszkańców, żeby to ryzyko od siebie oddalić.

Problemy w dostępie do wody to największy kryzys, o którym nikt nie mówi. […] Jego konsekwencje to problemy w dostępie do żywności, konflikty i migracje.

Podkreśla stojący na czele WRI dr Andrew Steer. Według przygotowanego przez organizację dokumentu Aqueduct Water Risk Atlas, obejmującego swych zasięgiem 189 krajów i regionów. Najbardziej narażone są terytoria Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, gdzie znajduje się 12 z 17 najbardziej zagrożonych krajów, w których rolnictwo, przemysł i miasta zużywają 80 proc. dostępnych źródeł słodkiej wody co roku. Jednym z możliwych rozwiązań tego problemu jest oczyszczanie zużytej wody.

Niedawny kryzys wodny w Ćennaju zyskał światowy rozgłos, ale również różne inne regiony Indii odczuwają chroniczny problem dostępu do wody.

Tak o sytuacji w Indiach mówił Shashi Shekhar, były sekretarz w indyjskim Ministerstwie Zasobów Wodnych i ekspert WRI India. Dodawał, że problemowi dostępności wody w Indiach można zaradzić, w czym pierwszym krokiem będzie zgromadzenie dokładnych danych związanych z opadami deszczu, wodą naziemną i podziemną, które to dane pozwolą na opracowanie odpowiednich strategii.

A.P.

 

Jemen, niegdyś mityczna Arabia Felix, kraina szczęśliwości, mirry i kadzidła. Dziś to trójpiekło wojny, głodu i cholery

Koc nie ochroni przed bombami. Dzieci skulone pod kocem zamykają oczy. Uderzy? Poleci dalej? Więc nie dziś. To rzeczywistość rodzin, które próbują żyć normalnie. Rodzą się dzieci. Bo ile można czekać?

Beata Błaszczyk

To potrwa najwyżej dwa tygodnie

„To potrwa najwyżej dwa tygodnie. Przecież świat się o nas upomni. Przecież mamy sojuszników. Te naloty zaraz się skończą”. Polska we wrześniu 1939 roku? Jemen dzisiaj, Jemen A.D. 2019. Dziś, trzydziestego czerwca 2019, mija tysiąc pięćset pięćdziesiąt ósmy dzień wojny.

Sana. Fot. B. Błaszczyk

Jemen, niegdyś mityczna Arabia Felix, kraina szczęśliwości, mirry i kadzidła. Dziś to trójpiekło wojny, głodu i cholery. Największa katastrofa humanitarna dzisiejszego świata, jak powiedział ponad rok temu Antonio Guterres, sekretarz generalny ONZ.

W dwudziestodziewięciomilionowym kraju ponad dwadzieścia dwa miliony pilnie potrzebują pomocy – albo medycznej, albo humanitarnej w postaci jedzenia. Kilkanaście milionów ludzi nie wie, skąd będzie pochodził ich następny posiłek. Tylko że to nie miliony, nie liczby, tylko ludzie. Przed wojną też było biednie. Jemen to najbiedniejszy kraj regionu i jeden z najbiedniejszych krajów świata. Przed wojną za mniej niż dwa dolary dziennie musiała przeżyć ponad połowa mieszkańców. Te dwa dolary to nie tylko wydatki na jedzenie. Czasem trzeba kupić żarówki czy baterie. Czasem zapłacić za przejazd czy lekarstwa dla dzieci. I na to dwa dolary dziennie musiały wystarczyć. Było biednie, ale na swój sposób godnie i bezpiecznie.

Jemeńczycy są dumni ze swojego przebogatego dziedzictwa historycznego i kulturalnego. Tama nieopodal miasta Marib, zbudowana w trzecim tysiącleciu p.n.e., nie przestaje zadziwiać badaczy jako cud architektury i geniuszu ludzkiej myśli. Trzy jemeńskie miasta są na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ale to wcale nie broni ich przed saudyjskimi bombami.

Dziś funkcjonuje tylko ułamek infrastruktury medycznej. Saudyjskie bomby spadają na wszystko. Na szkoły, szpitale, dzielnice mieszkaniowe, kondukty pogrzebowe, orszaki weselne, a nawet meczety. Nie ma środków przeciwbólowych dla najciężej rannych. Coraz częściej nie ma prądu. Nie działa nawet awaryjne zasilanie, bo brakuje paliwa do generatorów prądu. Brakuje czystej, bezpiecznej wody pitnej. Jest gorąco – dużo bardziej niż u nas przez ostatnie tygodnie. Tylko wczoraj w Hudajdzie zmarło dziesięcioro nowo narodzonych dzieci. Zmarły z przegrzania i odwodnienia.

Lekarze walczą o życie chorych i rannych, chociaż od dwóch lat nie otrzymują wynagrodzenia. Tak samo jak nauczyciele i inne grupy zawodowe na tak zwanych państwowych posadach. Bo państwa praktycznie nie ma.

Sana, której starówka to cud architektury na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO od 1986 roku, miasto nieprzerwanie zamieszkane od dwóch i pół tysiąca lat, jest jedyną stolicą bez funkcjonującego lotniska i przedstawicielstw dyplomatycznych. Saudyjczycy najpierw zbombardowali lotnisko w 2015 roku i potem wielokrotnie bombardowali je ponownie – nawet kilkanaście razy tego samego dnia. Na lotnisku można wylądować. Czasem lądują tam samoloty WHO z lekarstwami czy szczepionkami przeciw cholerze. Czasem ląduje specjalny wysłannik ONZ Martin Griffiths. To Saudyjczycy kontrolują przestrzeń powietrzną kraju i decydują, czy samolot może lądować lub nie. Chorzy, których stać byłoby na leczenie poza granicami kraju, nie mają na to szans. Saudyjczycy kontrolują także granice morskie i powietrzne. Od szóstego listopada 2017 roku trwa całkowita blokada granic Jemenu.

To dla większości z nas zupełnie niewyobrażalne. Coś, co znamy z podręczników historii – oblężone miasta czy twierdze. Tutaj cały kraj jest w stanie oblężenia i wydostać się jest bardzo trudno. Chyba najbardziej oblężonym miastem w oblężonym kraju jest Taiz, niegdyś tętniące życiem, pełne studentów. Miasto, w którym chyba najłatwiej zginąć i z którego najtrudniej się wydostać. Jedyna droga z miasta wygląda jak ciasny wąwóz. Ruch tylko w jednym kierunku. Niektórzy mieszkańcy Taiz czy okolicznych wiosek, którzy stracili wszystko pod saudyjskimi bombami, koczują w grotach na obrzeżach albo ruszają pieszo w stronę stolicy. Takich wewnętrznych uchodźców może być w tej chwili w Jemenie około trzech milionów. Uszli z życiem, ale nie mają nic. Są całkowicie zdani na pomoc.

Niektórym z nich pomaga polskie Stowarzyszenie Szkoły dla Pokoju, organizacja pożytku publicznego we współpracy z dwiema miejscowymi jemeńskimi organizacjami.

Zestaw zwany koszykiem to najczęściej 25 kg mąki, po 10 kg ryżu i cukru, 2 l oleju i 1 kg mleka w proszku. To ratuje życie ośmiu osób przed śmiercią głodową przez miesiąc. „To taki odroczony wyrok śmierci”, mówią wolontariusze Stowarzyszenia.

„Nie wiadomo, co będzie za miesiąc. Teraz po prostu trzeba ratować każde ludzkie życie”. Gdy nie ma już okruchów chleba, które można rozmoczyć w wodzie lub coraz słabszej herbacie, pozostają rozgotowane liście winorośli, roztarte na kwaśną papkę. Głód można na krótko oszukać, ale powstaje dokuczliwa wysypka, której nie ma jak i czym leczyć. Na północy kraju w Aslam tysiące ludzi mogą być w takiej sytuacji. Tam też dotarły koszyki z żywnością polskiego Stowarzyszenia Szkoły dla Pokoju. „To żaden sukces”, mówią wolontariusze. „Jak wybrać pięćdziesiąt rodzin – bo akurat na tyle wystarczy pieniędzy – gdy dookoła są setki tysięcy potrzebujących?”, dodają.

To właśnie z Aslam pochodziła Amal Hussain, której zdjęcia obiegły świat w październiku ubiegłego roku. Prześliczny uśmiech, wielkie oczy, cieniutka skóra i same kości. Żadnego ciała, wspomina lekarz, który próbował ją ratować w mobilnej klinice w Aslam. Pielęgniarki próbowały karmić dziewczynkę mlekiem, ale wycieńczony organizm reagował jedynie biegunką i wymiotami. Amal zmarła z głodu.

Jemen to kraj, w którym dziesięcioletni chłopiec może ważyć osiem kilogramów, dwunastoletnia dziewczynka dziesięć, kobieta w trzecim trymestrze ciąży ciepło i tradycyjnie ubrana – trzydzieści osiem kilogramów. Nawet jeśli dziecko urodzi się w terminie, matka nie będzie w stanie go wykarmić.

Zdjęcia Amal czy ludzi gotujących, a potem jedzących liście winorośli co jakiś czas obiegają świat. Przez chwilę nie jest to zapomniana wojna. Tak było też w sierpniu zeszłego roku, gdy saudyjska koalicja zbombardowała szkolny autobus. Zginęło czterdziestu czterech chłopców. Czterdzieści cztery małe trumny były fotogeniczne. Tak samo jak mali chłopcy, którzy przeżyli atak i kopali groby dla swoich rówieśników. To było dziewiątego sierpnia – mało kto jednak pamięta, że w ciągu pierwszych dni miesiąca zginęło w Jemenie prawie pół tysiąca osób.

Broń najnowszej generacji produkowana przez amerykańskie i brytyjskie koncerny podobno jest tak precyzyjna, że może trafić w cel z dokładnością jednego metra. Zawsze jednak, gdy giną dzieci w szkołach, kobiety w domach czy szpitalach, komunikat amerykańskiej administracji jest ten sam: to był w pełni usprawiedliwiony cel militarny.

W kraju praktycznie bez państwa o wiarygodne statystyki trudno. Na podstawie tylko informacji medialnych ogólnie dostępnych dane gromadzi międzynarodowa grupa Armed Conflict Location & Event Data Project. Od początku wojny, to jest od marca 2015 roku mogło zginąć nawet sto tysięcy osób. Nalotów było ponad osiemnaście tysięcy.

„Co odpowiedzieć komuś, kto pisze, że nad jego domem nisko krążą samoloty F-16?”, pytają wolontariusze Stowarzyszenia Szkoły dla Pokoju. Koc nie ochroni przed bombami. Dzieci skulone pod kocem zamykają oczy. Uderzy? Poleci dalej? Więc nie dzisiaj. Nawet jeśli nie uderzy, trauma pozostanie. Tego nie będzie miał kto leczyć. To rzeczywistość rodzin, które nadal są w swoich domach i próbują żyć normalnie. Ludzie zakładają rodziny, rodzą się dzieci. Bo ile można czekać? Zwłaszcza, gdy nie wiadomo, na co się czeka.

Zwaśnione strony trudno posadzić przy jednym stole. Początkowo wewnętrzny konflikt stał się wojną z udziałem sił obcych. A wszystkim uczestnikom tej wojny ona zwyczajnie się opłaca. Nawet tym najmniejszym graczom. Wystarczy parę kałachów – a o broń w Jemenie zawsze było łatwo – kilku młodych chłopców i już punkt kontrolny na drodze. Nikt nie kontroluje zawartości pojazdów, bo przecież nie o to chodzi. Chodzi o opłaty, które można pobierać. Więc szkoda stracić takie źródło dochodu. Zwłaszcza, gdy nie ma innego.

Gdy nie ma nic, kusi obietnica szybkiej ścieżki do raju. Nastoletnich chłopców można werbować, właśnie kusząc obietnicą szybkiej ścieżki do raju. Można też uprowadzać siłą z domów czy sierocińców.

Dziesięciolatek dostaje opaskę z numerem na nadgarstek. To jego klucz do raju. Gdy zginie, zostanie pochowany jako męczennik. Jeśli nie zginie, będzie problemem nie tylko dla siebie i swojego kraju, ale także i dla nas wszystkich.

Bardzo brak silnego, konsekwentnego, polskiego głosu w sprawie Jemenu na arenie międzynarodowej. Biedni nie mają przyjaciół. To wiemy. Ale tu stawka jest dużo większa. Tam walczą najemnicy z innych krajów. Co najmniej trzydzieści tysięcy saudyjskich najemników z Sudanu. Teraz walczą w Jemenie. Nie mają nic do stracenia. Nic ich na tym świecie nie trzyma. Rodzice i rodzeństwo nie żyją. Mogą zabijać wszędzie, jeśli tylko ktoś zapłaci. Bo w sumie tylko to potrafią.

Jemen potrzebuje pomocy. Także naszej pomocy. Bo jak nie my, to kto? Ci, którzy sprzedają tam broń i na tym zarabiają? Im nie zależy na końcu tej wojny.

Stowarzyszenie Szkoły dla Pokoju (organizacja pożytku publicznego)
numer konta 34 1020 1156 0000 7902 0048 5227 Bank PKO BP S.A. www.szkolydlapokoju.pl

Na stronie głównej sprawozdania finansowe pokazują, że wszystko, co otrzymujemy, przekazujemy potrzebującym. Nie mamy biura ani żadnych kosztów biurowych, wszyscy jesteśmy wolontariuszami. Zapraszamy do śledzenia relacji z organizowania pomocy na naszej stronie, na Facebooku i Twitterze.

Artykuł Beaty Błaszczyk pt. „To potrwa najwyżej dwa tygodnie” znajduje się na s. 1 i 11 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Beaty Błaszczyk pt. „To potrwa najwyżej dwa tygodnie” na s. 1 lipcowego „Kuriera WNET”, nr 61/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Cejrowski: Inwestycje Chin w ubogich państwach to słodycze, które daje diabeł nie by było słodko, lecz by wypadły zęby

– Wenezuela to dobry przykład na to, jak szybko socjalizm może zrujnować dość bogaty kraj. Rządy w niej upadną, bo armia odpływa, a ta zawsze ostatnia zmienia pracodawcę – mówi Wojciech Cejrowski.

W poniedziałkowym programie „Studio Dziki Zachód” Wojciech Cejrowski odnosi się do wzrastających chińskich inwestycji. Zauważa, że koncentrują się one na ubogich krajach świata. Wskazuje w tym miejscu na rozpoczęcie przez Państwo Środka budowy lotniska w Etiopii, portu w Bahrajnie czy przejęcie Kanału Panamskiego. Podkreśla, że państw tych nie stać na budowane przez Chińczyków obiekty, w związku z czym wpadają one w olbrzymie długi.

„To są słodycze, które diabeł daje, nie po to, by było Ci słodko, ale by Ci wypadły zęby”.

Podróżnik poddaje również krytyce socjalizm. Mówi, że dobrym przykładem na to, jak ideologia ta potrafi w szybkim czasie zrujnować stosunkowo bogaty kraj, jest Wenezuela. Dodaje przy tym, że rządy prezydenta tego państwa Nicolása Maduro wiszą na włosku, ponieważ przestało go popierać wojsko, które nazwał „ostatnią instytucją, która zmienia pracodawcę”.

[related id=70830] Prowadzący „Boso przez świat” komentuje także mający miejsce 27 lutego w Hanoi szczyt, w którym wziął udział prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump i przywódca Korei Północnej Kim Dzong Un. Wskazuje przy tym, jaki przekaz o wydarzeniu forsowały telewizje TVN i CNN. Obydwie stacji przepowiadały, że podczas spotkania głowa USA sprzeniewierzy interesy amerykańskie podpisując niekorzystną umowę, natomiast po jego powrocie krytykowali go za brak asygnaty na dokumencie i wymiernych rezultatów. Cejrowski zaznacza, że nie należy słuchać informacji o Prawie i Sprawiedliwości w TVNie oraz o Donaldzie Trumpie w CNN, ponieważ te kanały telewizyjne przekazują opinie, a nie fakty. Dodatkowo chcą one zohydzić sukcesy obydwu graczy politycznych.

Podróżnika nie dziwi ponadto strategia przyjęta przez prezydenta Stanów Zjednoczonych na szczycie w stolicy Wietnamu. Podkreśla, że wynika ona z zasady, którą zawarł w swojej książce „The Art of the Deal, czyli sztuka robienia interesów”. Prowadzący „Boso przez świat” jest zdania, że stosowanie się do niej byłoby bardzo korzystne dla polskiego rządu. Polscy politycy powinni wiedzieć, kiedy wstać od stolika, zwłaszcza w kontekście spraw ukraińskich.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.K.

Gabon/Mongolia/Jamajka/ks. Maciej Będziński/o. Luka Bovio/ks. Tomasz Atłas/ks. Maciej Pawłowski

Co misjonarz może robić na Jamajce? Jakie ma zadania? Kiedy tak naprawdę pojawili się pierwsi misjonarze w Mogolii? W co wierzą mieszkańcy Gabonu? Na te pytania odpowiadali goście Koloseum.

 

Dzieci w Mongolii

Sanktuarium Matki Bożej Królowej Gabonu

Od lewej: o. Luca Bovio, ks. Maciej Będziński, Ewa Tylus, ks. Tomasz Atłas

Niewolnicy są wśród nas/O. Jean Dedieu – wyrwany z niewoli/Radosław Malinowski/S. Amadeusza Sowińska

Fundacja HAART Kenya prowadzi kampanię informacyjną na temat porwań i niewolnictwa w Afryce i na świecie. Na świecie sprzedawanych jest około 40 milinów rocznie – mówi Radosław Malinowski z Fundacji 

W audycji Koloseum zagościli:

S. Amadeusza Sowińska, która wkrótce wyjedzie na misje do Kamerunu. Obenie przygotowuje się w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, którego patronką jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która mówiła: Wszysko jest łaską. „Czuję mocno, że to jest moja droga” – mówi Siostra.

O. Jean Dedieu Bukuru z Kenii oraz Radosław Malinowski, którzy pracują razem w Fundacji HAART Kenya w Afryce.

Fundacja HAART Kenya prowadzi kampanię informacyjną na temat porwań i niewolnictwa w Afryce i nie tylko. Radosław Malinowski mówi, że na świecie sprzedawanych jest około 40 milinów osób rocznie. Jak powstrzymać skalę tych przestępstw – pytamy w audycji.

„Kiedy byłem mały, mama nauczyła nas modlitwy stacjami drogi krzyżowej i cierpieniami Chrystusa.  Ta modlitwa dawała mi siłę do życia, chęć trwania” – wspominał swoje cierpienia w obozie pracy ojciec Jean, który był ofiarą porwania i dwukrotnie był niewolnikiem. „Kazano nam wchodzić do zimnej rzeki i tam przetrwać noc. Oczywiście niektórzy z nas od razu chorowali” – wspomina o. Jean. Kiedy wydostał się z niewoli, postanowił zostać księdzem.

„Handel ludźmi jest, bo jest zapotrzebowanie na jego ofiary. Nasze zachowania wpływają na to, czy  dochodzi do sprzedawania ludzi. Możemy zapobiec temu, zachowując się odpowiedzialnie” – mówi Radosław Malinowski. Tłumaczy, że wiele osób jest porywanych dla pozyskania organów, do niewolniczej pracy albo do seksualnego wykorzystania. Znane jest zjawisko „seksturism” czyli „seksturystyka”, polegające na tym, że z usług osób prostyuujących się korzystają turyści – dla atrakcji. Często zwyczajnie nie zastanawiają się, czy takie osoby nie są ofiarami przemocy. Wielu turystów ma szansę spotkać niewolnika. Kiedy nabierzemy takich podejrzeń, powinniśmy jak najszybciej powiadomić służby. Przez afrykańską Kenię przechodzi wielki nanał migracyjny, przez który przechodzą też niewolnicy. Jednak problem niewolnictwa, handlu ludźmi i seksualnego wykorzystywania dotyczy też Europy i Polski. Całego świata.

Radosław Malinowski zachęca do wsparcia Fundacji HAART Kenya działającej w Nairobi, która chce się rozwijać.  Zapraszamy do wysyłania sms na numer 72052 o treści WOLNI i do zapoznania się z akcją Wolni-Niewolni na stronie: Pkwp.org/kenya

Kampanię wspiera między innymi papież Franciszek oraz Wojewoda Lubelski – Przemysław Czarnek.

Okiem Jastrzębskiego: 50-100 bojowników ISIS mogło być przeszmuglowanych do Syrii tylko przez jedno przejście graniczne

Nagrania z podsłuchów uzyskane przez tureckiego dziennikarza i zarazem przewodniczącego Sztokholmskiego Centrum Wolności rzucają cień na działania Turcji w regionie Bliskiego Wschodu.

Kurdyjska agencja Firat News Agency (ANF) powiązana z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK) poinformowała o ujawnieniu przez tureckiego dziennikarza i zarazem przewodniczącego Sztokholmskiego Centrum Wolności Abdallaha Bozkurta nagrań z podsłuchów założonych osobom odpowiedzialnym za szmugiel bojowników chcących przyłączyć się do Państwa Islamskiego w Syrii.

Nagrania uzyskane przez Abdallaha Bozkurta dowodzą, że istniało porozumienie między aparatem bezpieczeństwa Turcji a dowództwem ISIS (Państwa Islamskiego), zgodnie z którym przemytnicy ludzi mogli działać swobodnie na odległości 822 km od granicy turecko-syryjskiej. Ponadto, porozumienie pozwoliło na transport rannych bojowników Państwa Islamskiego na terytorium Turcji w celu ich hospitalizacji.

Według ujawnionych danych, za szmuglowaniem bojowników ISIS miał stać 36-letni obywatel Turcji imieniem Ilhami Bali. Działając pod pseudonimem “Abu Bakr”, Bali miał zapewniać podróż w obie strony bojownikom tak zagranicznym jak i lokalnym.

Poza ludźmi, Bali przemycał dla Państwa Islamskiego kajdanki, buty, ubrania, części dronów, lornetki a nawet łodzie.

Ujawnione nagrania rozmów telefonicznych potwierdziły, że władze tureckie wiedziały o działalności 33 tureckich obywateli pracujących dla ISIS jako kierowcy-przemytnicy.

Bali jest oskarżony również o zorganizowanie w 2015 roku trzech zamachów terrorystycznych w Turcji, które łącznie pochłonęły 142 istnienia. Pomimo, że władze tureckie doskonale zdawały sobie sprawę z lokalizacji Baliego i pomimo że sądy wydały liczne wezwania do zatrzymania go, rząd Erdogana pozwolił mu swobodnie przemieszczać się między Turcją a Syrią, informuje Abdallah Bozkurt.

W nagranej rozmowie telefonicznej, Gruzin Lacha Nadiraszwili prosi Baliego o zorganizowanie półciężarówki w celu zabrania czterech bojowników z centrum handlowego w tureckim mieście Gaziantep. Innym razem rozmówcą Baliego jest Rosjanin Oleksander Puszccuk, który sprowadził do tego samego miasta 11 bojowników potrzebujących transportu do Syrii.

Na jednym z nagrań słychać Baliego, który wyjawia, że dziennie na jednym przejściu granicznym do Syrii jest w stanie przedostać się od 50 do 100 bojowników. Dziennikarz Abdallah Bozkurt ocenia, że zgodnie z tymi danymi do Syrii rocznie może być przemyconych nawet 15,000 osób przez turecko-syryjską granicę.

Ilhami Bali organizował również leczenie dla rannych bojowników w ankarskim szpitalu M.I.S. Danismanlik. Na jednym z nagrań słychać właściciela szpitala M.I.S. Sawasa Dogru żądającego od Baliego 62 000 USD za leczenie 16 bojowników ISIS. Podczas innej konwersacji, słychać Dogru narzekającego na niezapłacony rachunek opiewający na 150 000 USD – koszt operowania kilku terrorystów ISIS przeszmuglowanych z Syrii.

Co więcej, nagrania wyjawiają uwikłanie Organizacji Wywiadu Narodowego (MIT) w pomoc świadczoną dżihadystom. Służby tureckie miały pomagać bojownikom ISIS w unikaniu tureckiej policji. Między służbami wywiadu a policją dochodziło wręcz do poważnych konfliktów. Na przykład, w 2014 roku agenci MIT zostali przyłapani na szmuglu wielu sztuk broni dla dżihadystów w Syrii. Według Bozkurta, rząd turecki szybko wypuścił aresztowanych funkcjonariuszy MIT, zaś dziennikarza, który o zajściu napisał, oskarżył o zdradę.

Bozkurt podaje również, że szef MIT Hakan Fidan jest bliskim współpracownikiem prezydenta Erdogana.

W kolejnej zarejestrowanej rozmowie dało się słyszeć tureckiego żołnierza informującego przemytnika Baliego, że dostanie cokolwiek będzie mu potrzebne aby zrealizować szmugiel. Obaj rozmówcy zapewnili się, że nie zajdą żadne konfrontacje między ISIS a turecką strażą graniczną.

Dziennikarz Abdallah Bozkurt podkreślił opieszałość tureckich sądów w wydawaniu wyroków w sprawach związanych z ISIS, al-Kaidą i innymi zbrojnymi grupami dżihadystycznymi. Według dziennikarza pokazuje to jak bardzo rząd turecki jest nieskory, aby skutecznie skazywać bojowników ISIS, wykazując z drugiej strony więcej determinacji w stosowaniu drakońskich środków wobec niewinnych dziennikarzy, aktywistów broniących praw człowieka, akademików czy oponentów politycznych, których umieszcza w więzieniach.

Krótko o szczycie Unia Europejska-Liga Państw Arabskich

Jak na razie na historycznym, bo pierwszym w dziejach, szczycie Unii Europejskiej i Ligi Państw nic szczególnego nie wydarzyło się.

Agencja informacyjna z siedzibą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, należąca zaś do Królestwa Arabii Saudyjskiej, Al-Arabiya pisze o tym, że prezydent Egiptu Abd Al-Fattah As-Sisi (Od 10 lutego również przewodniczący Unii Afrykańskiej) zapowiada nadejście czasu międzynarodowej solidarności, aby chronić świat przed terroryzmem.

W mowie otwierającej szczyt europejsko-arabski w Szarm asz-Szajch, As-Sisi podkreślił, że terroryzm i radykalizm to dwie żmije zagrażające całemu Światu i regionowi Bliskiego Wschodu.

Wezwał również kraje arabskie i europejskie do stanięcia w jednym szeregu, aby stawić czoła także innym problemom, takim jak kryzysy w Libii, Syrii, Jemenie i Palestynie.

As-Sisi wezwał do rozwiązania kluczowej dla Arabów kwestii palestyńskiej, będącej, według as-Sisiego, pierwszą kością niezgody w regionie. Prezydent nawoływał także do rozwiązania problemu nielegalnych migrantów z regionu Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki, migracji oraz zorganizowanej przestępczości.

Tymczasem, Król Arabii Saudyjskiej Salman bin Abd Al Aziz zapewnił, że wsparcie Iranu dla bojowników plemienia Hutich w Jemenie i jego agresywne mieszanie się w sprawy niezależnych państw wymaga zjednoczonego, międzynarodowego stanowiska, aby zobligować Iran do postępowania zgodnie z zasadami dobrego sąsiedztwa i prawem międzynarodowym oraz do położenia kresu jego programowi nuklearnemu.

Podkreślił, że kryzys migracyjny i kwestia uchodźstwa to najbardziej naglące problemy humanitarne. Król zaznaczył, że zgodnie z podstawowymi arabskimi i islamskimi wartościami, Królestwo nie zwleka i nie zaniedbuje obowiązku na nim spoczywającym jakim jest udzielanie pomocy humanitarnej bez dyskryminacji religijnej czy etnicznej. Dodał również, że Królestwo przeznaczyło więcej niż 35 miliardów dolarów na pomoc humanitarną w 80 krajach.

Autor: Maciej Maria Jastrzębski