Dzień 6. z 80 / Sztafeta biega już niemal 20 lat. Dotarli na własnych nogach z Głubczyc do Watykanu, Fatimy, Katynia

GŁUBCZYCE – 03.07- W ostatnich latach w cyklu „Pamięć i Tożsamość” byliśmy w Katyniu i Bykowni. To takie nasze podróże na Kresy, ale też w głąb naszego serca i historii – powiedział gość Poranka Wnet.

– Za tydzień w Warszawie będzie wielki zjazd kresowian – poinformował w Poranku Wnet z Głubczyc Wiesław Janicki, dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Kietrzu, który mimo że urodził się już na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, to tak jak jego przodkowie czuje się kresowiakiem i jest bardzo mocno związany z duchowością, jaką reprezentowali ludzie ze wschodnich rubieży Rzeczpospolitej. Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego działa w stowarzyszeniach istniejących na terenie gminy, takich jak Bractwo Świętego Józefa czy Biegających z Głubczyc.

Jedną z pierwszych pielgrzymek sztafety z Głubczyc w związku z 2000-leciem chrześcijaństwa była pielgrzymka do Watykanu. Cały dystans ponad 1500 kilometrów, jak czytamy w internecie, zawodnicy pokonywali pojedynczo – biegiem sztafetowym w odcinkach po ok. 20 kilometrów. Każdy bieg asekurował drugi uczestnik jadący na rowerze. W rocznicę tragicznej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki grupa pobiegła Szlakiem Męczeńskiej Drogi ks. Jerzego. Kolejny Bieg Pielgrzymkowy „Pamięć i Tożsamość” objął trasę: Głubczyce, Gurów, Miropol, Bykownia i Lwów. Następny, również pod hasłem „Pamięć i Tożsamość”, dotarł do Smoleńska i Katynia. Były też inne pielgrzymki.

Sztafety z Głubczyc biegają do różnych miejsc już od 1998 roku. Przez te niemal 20 lat dobiegły z Głubczyc do Ziemi Świętej, Rzymu, a 13.07.2001 dotarły do Fatimy. Uczestnicy byli na Jasnej Górze i w Licheniu, w Warszawie w kolejną rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. W ubiegłym roku, aby uczcić 1050-lecie Chrztu Polski, przebiegli dystans 1050 kilometrów.

– W ostatnich latach w cyklu „Pamięć i Tożsamość” byliśmy w Katyniu, w Bykowni. To takie nasze podróże na Kresy, ale też w głąb naszego serca, w głąb historii – powiedział Wiesław Janicki. Jak podkreślił, choć w 100-lecie objawień w Fatimie nie pobiegną po raz drugi do Portugalii, ale „polecimy do Fatimy i będziemy tam 13 lipca”.

– Wtedy też z Krakowa zostanie przywiezionych 10 tysięcy lilii – powiedział gość Poranka Wnet. Plany biegaczy na ten rok to bieg
w październiku na Krzeptówki do Zakopanego do sanktuarium fatimskiego.

– Będziemy wracać przez Częstochowę, bo mamy 300-lecie koronacji Najświętszej Marii Panny – powiedział Wiesław Janicki. Zapowiedział, że 26 sierpnia będą z pielgrzymką w Albrechticach w Czechach.

MoRo

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w pierwszej części Poranka WNET.

 

Teatr Polski w Poznaniu pod kierownictwem Macieja Nowaka robi sztuki pod tezę: Polak ksenofob, homofob i antysemita

Na fasadzie Teatru Polskiego, wybudowanego wysiłkiem Wielkopolan, widnieje napis „Naród Sobie”. – W tej chwili to trzeba by ten napis zmienić na „Nowak swoim” – powiedziała Barbara Miczko-Malcher.

– Próbowałam podsumować sezon w Teatrze Polskim i ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie za bardzo na co mają chodzić poznaniacy – powiedziała  Barbara Miczko-Malcher, szefowa Wielkopolskiego Oddziału SDP w Poznaniu.

Kierownictwo artystyczne tego teatru objął w 2015 roku Marcin Kowalski, ale najbardziej kojarzony przez poznaniaków jest jego dyrektor artystyczny Maciej Nowak, znany szerszej publiczności jako krytyk kulinarny z programów w Polsacie. Nowak jest synem Alfreda Nowaka, byłego członka PZPR i konsula w Leningradzie. Przed laty na łamach „Gazety Wyborczej” zadeklarował się jako gej. Współprowadził radiowy program „Homolobby”, jest krytykiem teatralnym, stałym publicystą działu kulturalnego i kulinarnego „Gazety Wyborczej”.

– To człowiek sympatyczny, taki brat łata, tylko niekoniecznie musiał być dyrektorem naszej sceny, bo repertuar, który przygotował, jest podporządkowany jednej tezie – Polacy są ksenofobiczni, homofobiczni i  antysemiccy – powiedziała Miczko-Malcher. Jej zdaniem każde kolejne przedstawienie jest po to, żeby powyższą tezę udowodnić.

Komuna/Warszawa wystawia „Myśli nowoczesnego Polaka”

– Na 11 listopada dostaliśmy przedstawienie „Myśli nowoczesnego Polaka”, przedstawienie odnoszące się do Romana Dmowskiego, którego może dyrektor Nowak nie cenić, nie szanować, ale który się wpisał w historię Polski, a tego nie można zmieniać – powiedziała Miczko-Malcher. Jej zdaniem reżyser, który „został wypożyczony z teatru Komuna/Warszawa”, pierwszy raz się spotkał z pracami Dmowskiego.

– Finał był taki, że dostaliśmy musical, który był skandalizujący – zauważyła rozmówczyni WNET.FM.

Spektakl o pełnym tytule „Myśli nowoczesnego Polaka. Roman Dmowski (biografia nieautoryzowana)”, w reżyserii Grzegorza Laszuka, był szeroko komentowany przez media w Polsce na jesieni ubiegłego roku. Nawet Joanna Ostrowska, wielbicielka twórczości Laszuka, na portalu teatralia.pl w recenzji przedstawienia cytuje słowa właśnie Dmowskiego, nazywając dzieło Laszuka „obstrukcją słowną”. Nie szczędzi mu gorzkich słów, mimo – jak sama to pisze – wspaniałych prowokacyjnych spektakli, które robił w ramach projektu Komuna/Otwock.

– Nieważne, co się myśli o Romanie Dmowskim, jednak załatwił on dla nas w Wersalu nasze polskie sprawy, więc z uwagi na ten jeden mały punkcik, który jest wpisany w jego życiorys, należy się mu odrobina szacunku, a przynajmniej rozwagi przy tworzeniu takiego przedstawienia – mówi Miczko-Malcher. Jej zdaniem autor tego spektaklu stawia znak równości między polską prawicą a Breivikiem.

– To było fatalne, skandaliczne przedstawienie i nie wiem, ile było ono grane, trzy, może cztery razy, nie śledziłam tego, ale sądzę, że nie będzie się do niego wracało – oceniła rozmówczyni WNET.FM.

Kultura lewicowo-liberalna

– Grażyna Kania reżyserowała „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, to tekst bardzo poważanego w latach 60. ubiegłego wieku Martina Sperra, który próbował opisać zachowania ksenofobiczne właśnie w owej tytułowej Dolnej Bawarii – powiedziała Miczko-Malcher, przypominając, że reżyserka sama mieszka w Niemczech i gdy została zaproszona do reżyserskiej pracy w Teatrze Polskim, stwierdziła, że ten tekst w Niemczech „jest démodé, ale w Polsce jak najbardziej na czasie”.

– Zawsze, przy okazji każdego przedstawienia, jesteśmy obrażani, bowiem są to sądy generalizujące. Oczywiście zachowania ksenofobiczne czy homofobiczne mogą się zdarzyć w Dolnej Bawarii czy w Polsce – powiedziała szefowa wielkopolskiego SPD, podkreślając, że „nie ma szansy na uczciwą rozmowę w tym teatrze”.

Sprawa Joanny Siedleckiej otwiera oczy

Barbara Miczko-Malcher poinformowała, że gdy ostatnio mieli premierę „Malowanego ptaka” wg Jerzego Kosińskiego, z Gołdą Tencer, który to spektakl reżyserowała Maja Kleczewska w koprodukcji z Teatrem Żydowskim, to znów zrobiono z tego przedstawienie mające pokazać „antysemickim poznaniakom, gdzie tkwi źródło zła”.

Przypomnijmy, że „Malowany ptak” Kosińskiego miał być utworem autobiograficznym i uchodzi na świecie za świadectwo i dokument zagłady Żydów. Było to pierwsze w literaturze oskarżenie Polaków o okrucieństwo wobec Żydów, a tym samym o współudział w Holokauscie.  W 1993 roku Joanna Siedlecka zdemistyfikowała okupacyjny życiorys Jerzego Kosińskiego w książce „Czarny Ptasior”. Jej reporterska wędrówka, podczas której rozmawiała z wieloma świadkami, udowodniła, że mały Jurek nie błąkał się samotnie po polskich wsiach, narażony na bestialstwa półdzikich zwyrodnialców. Przeciwnie, przetrwał szczęśliwie wraz z rodzicami dzięki odważnym mieszkańcom wsi Dąbrowa Rzeczycka w województwie tarnobrzeskim.

Podczas konferencji prasowej, na której przedstawiano repertuar Teatru Polskiego, pani Miczko-Malcher chciała się dowiedzieć, dlaczego wystawiają właśnie „Malowanego ptaka”, skoro prawdziwość scen w tymże utworze została już dawno podważona.

– Tutaj usłyszałam odpowiedź od dyrektora Nowaka, że Polacy są antysemitami, bo mają pływalnię – powiedziała Miczko-Malcher. Przypomnijmy – synagoga przy Wronieckiej w Poznaniu, bo o niej mowa, była przed wojną miejscem modlitw poznańskich Żydów. W latach okupacji naziści niemieccy sprofanowali bożnicę, zrzucając z jej kopuły gwiazdę Dawida i przebudowując świątynię na basen. Pływalnia pozostała w niej do 2011 roku, mimo że już w 2002 roku odzyskali ją poznańscy Żydzi. Aktualnie, jak donosi „Gazeta Wyborcza”, wokół sprawy toczy się spór, bowiem część wspólnoty chce przebudować synagogę i stworzyć hotel. Inni dążą do powstania tam Centrum Dialogu Judaizmu.

Miczko-Malcher, opowiadając o sztuce Kleczewskiej, mówiła, że w pierwszej części autorzy skompilowali teksty publicystyczne, m.in. mocne teksty Jana Tomasza Grossa, a w drugiej zamieścili fragmenty „Malowanego ptaka”.

– Ponieważ pojawiało się pytanie, a co z Joanną Siedlecką, to wprowadzili do przedstawienia Joannę Siedlecką i zrobili z niej słodką idiotkę, ośmieszając jako postać – powiedziała rozmówczyni WNET.FM, zaznaczając przy tym, że mimo iż w trakcie przedstawienia nie pada nazwisko Siedleckiej, to dla wszystkich jest czytelne, że to ona. Miczko-Malcher rozmawiała z reportażystką na ten temat i ona, demaskatorka Kosińskiego, była oburzona, gdyż twórcy tego spektaklu wstępnie kontaktowali się z nią i sondowali, a „potem ubrali ją w garnitur niedorozwiniętej osoby”.

– Ta sytuacja przekonała mnie, że nieuczciwe są założenia przy tworzeniu tych przedstawień – stwierdziła Miczko-Malcher.

Teatr Polski daleko od literatury

„Jak teatr nie wróci do literatury, to tak będzie” – powiedział naszej rozmówczyni Wojciech Majcherek, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie, który prowadzi blog „Nie tylko o teatrze”, zapytany o ratunek dla Teatru Polskiego.

Jej zdaniem z wystawianymi na poznańskiej scenie, robionymi pod tezę spektaklami nawet nie można dyskutować, bowiem jest to „taki przechył, że właściwie człowiekowi ręce opadają i zadaje sobie pytanie, dokąd ten facet prowadzi ten teatr”.

– Na fasadzie Teatru Polskiego, wybudowanego w czasach rozbiorów wysiłkiem Wielkopolan, napisano „Naród Sobie”, a w tej chwili to trzeba by ten napis zmienić na „Nowak swoim” – skonkludowała Miczko-Malcher.

Sławny Dywizjon 303 i jego zapomniany bohater Aleksander Herbst, czyli historia, która sama chciała się opowiedzieć

Zawsze szukałem ludzi, którzy niosą ze sobą nieopowiedziane historie – mówi Sławomir Ciok, reżyser, który zdążył w kadrach uchwycić życie Aleksa Herbsta tuż przed jego śmiercią.

25 maja 2017 roku w wieku 99 zmarł kapitan Witold Aleksander Herbst, pilot dywizjonów 303 i 308. Po wojnie pozostał  na emigracji w Wielkiej Brytanii, by potem, już na stałe, przenieść się do Stanów Zjednoczonych. Kiedy Sławomir Ciok poszukiwał ciekawego materiału na film, okazało się, że „istnieje taki człowiek i bardzo chce opowiedzieć swoją historię”.
– Był to człowiek o fascynującej osobowości – wspomina reżyser. – Aby urzeczywistnić ten film, musiałem przypomnieć o nim wszystkim mniej lub bardziej ważnym ludziom w naszym kraju. Było tak, że przez długie lata w Polsce zupełnie nikt nie był zainteresowany pomaganiem mi w tym projekcie. Lecz niezależnie od tego, ile osób się z niego wycofało bądź stawiało mi jakieś przeszkody, wierzyłem, że ma to sens.

Pytaliśmy o przyczyny, dla których tak niewielu ludzi pamiętało, że w USA wciąż żyje jeden z pokolenia wielkich polskich lotników – bohaterów II wojny światowej.

[related id=”9450″]- W trakcie wojny stracił całą rodzinę, więc nie za bardzo miał do czego wracać. Poza tym wiedział, czym groził powrót do Polski pod koniec lat czterdziestych. Nie miał ochoty iść do więzienia czy ryzykować nawet wyrok śmierci. Poza tym niewiedza o wciąż żyjącym bohaterze może wynikać z tzw. patriotyzmu deklaratywnego – wyjaśniał Sławomir Ciok. Bardzo wielu ludzi wykrzykuje patriotyczne hasła, lecz kiedy przychodzi moment działania, nic się nie dzieje. […] Natomiast ludzie tamtych czasów nie szastali słowem „patriotyzm”. To w pewnym sensie było słowo tabu. Oni to czuli, ale głośno o tym nie mówili. Oczywiście byli wychowani na literaturze romantycznej – mówił reżyser.

Piloci myśliwców stanowili wtedy elitę nawet w samym środowisku lotniczym, byli solidnie i wszechstronnie wykształceni. Czy dzisiejsi lotnicy poradziliby sobie tak samo dobrze? – Gdyby posadzić współczesnego pilota do ówczesnego Spitfire’a, to prawdopodobnie nie byłby w stanie określić nawet pasa, na którym siedzi – żartował Herbst.

Jednakże w filmowym dokumencie „Alex Herbst. Na zawsze pilot” twórca i jego bohater nie skupiają się tylko historii wojennej. – Opowiadamy o wojnie kilkadziesiąt lat później i robimy to z dzisiejszej perspektywy, dla dzisiejszych zwykłych ludzi, nie dla historyków – mówił dokumentalista.

Sławomir Ciok opowiada zarówno o samym bohaterze, jak i o przyjaźni między nimi. Z relacji reżysera wyłania się obraz człowieka, który cenił sobie dystans i z ironią podchodził do nadmiernej fascynacji wojną. Mimo ciężaru historycznych przeżyć potrafił odbudować życie na obczyźnie i do końca zachować pogodę ducha.


Sławomir Ciok – reżyser, dokumentalista i scenarzysta, absolwent UW i PWSFTviT w Łodzi. Obecnie pracuje przy produkcji filmu fabularnego o Dywizjonie 303.
Film dokumentalny „Alex Herbst: na zawsze pilot” był pokazywany m.in. na towarzyszącym festiwalowi filmowemu w Cannes Doc Corner. Obecnie czeka na dystrybucję w Polsce.


Zapraszamy do wysłuchania rozmowy.

LK/AO

 

Czy obecne elity Poznania to dzieci i wnuki aparatu bezpieczeństwa PRL „rzuconego” po Czerwcu ’56 na odcinek poznański?

Szamotuły / Poranek WNET / 29 czerwca – O poznańskim Czerwcu, o tym, czy Zbigniew Brzeziński zasługuje na hagiografię oraz jak powstawała konstytucja z 1997 roku, opowiadał Jan Martini.

Gościem Poranka WNET z Szamotuł był między innymi Jan Martini, z zawodu pianista, a zarazem publicysta „Wielkopolskiego Kuriera WNET”.

Jako pianista Jan Martini przypomniał o Franciszku Ksawerym Scharwence, neoromantycznym kompozytorze pochodzącym z Szamotuł, który w Niemczech uchodzi za twórcę niemieckiego, a w Polsce – za polsko-niemieckiego. [related id=”26785″ side=”left”]Był on długoletnim dyrektorem konserwatorium w Berlinie. Jego najpopularniejszym dziełem są „Tańce polskie”, natomiast niedawno nagrane przez znanego kanadyjskiego pianistę koncerty Scharwenki wytrzymują porównanie z koncertami Rachmaninowa.

Z kolei już jako publicysta gość Poranka mówił o znaczeniu poznańskiego Czerwca ’56, który w historiografii PRL funkcjonuje często pod nazwą „wydarzeń poznańskich” lub „wypadków poznańskich”. Tymczasem, aby spacyfikować Poznań, potrzebne było 10 tysięcy wojska i 350 czołgów (z czego kilkadziesiąt zostało spalonych). Dowodził nimi generał Stanisław Popławski, który ponoć naprawdę nazywał się Siergiej Fiodorowicz Gorochow. Jeszcze w 1956 roku został on odwołany do Moskwy, gdzie spędził resztę życia, pobierając polską emeryturę, a zmarł w 1973 roku. Postać ta w czasach PRL-u była upamiętniana w różny sposób, m.in. w 1974 roku jego imię (oczywiście Stanisław Popławski, a nie Siergiej Fiodorowicz Gorochow) zostało nadane jednemu ze statków. Widać władza komunistyczna była mu wdzięczna za rozprawę z Poznaniem.

Po poznańskim Czerwcu znacząco zwiększona została obsada aparatu bezpieczeństwa w Poznaniu. Był to wyraz typowej dla władz PRL taktyki „dynamicznej alokacji” – rzucania sił i środków na odcinki, na których z jej punktu widzenia było szczególne zagrożenie. Skutki tego są zdaniem Jana Martiniego widoczne do dzisiaj w wyborach w Poznaniu i innych miastach – w Częstochowie i w Rzeszowie rządzi SLD, w Wadowicach – Ruch Palikota. W Poznaniu już przed Czerwcem obsada w służbach była duża – 700 osób – gdyż ten katolicko-endecki teren był uznawany za trudny. Po Czerwcu wzrosła do 900 osób. Z tych ludzi wywodzą się miejskie elity: dzieci, wnuki „poszły w profesory” itd.

Jan Martini wypowiedział się także na temat niedawno zmarłego Zbigniewa Brzezińskiego. Po jego śmierci prasa wszystkich odcieni rozpisywała się na jego temat w tonie „hagiograficznym”. [related id=26868]Tymczasem był on doradcą Jimmy’ego Cartera, który obok Barracka Obamy był najgorszym prezydentem USA w historii. Za jego czasów ZSRR osiągnął największą potęgę, a Brzeziński głosił teorię konwergencji, czyli wzajemnego zbliżania się i przenikania systemu komunistycznego i kapitalistycznego – mówił gość Poranka.

Rozmowa dotyczyła też obecnej konstytucji RP i konieczności jej zmiany. Jan Martini przypomniał artykuł Janiny Paradowskiej o tym, jak powstawała konstytucja. Pisało ją około 10 osób, głównie takich, jak Włodzimierz Cimoszewicz czy Marek Borowski, dziś rzekomo niezależnych polityków, którzy – pamiętać powinniśmy – byli w PZPR. Był tam też jeden polityk z Unii Wolności – Jerzy Madej – którego rola ograniczyła się do poprawek językowych, w tym przede wszystkim usuwania rusycyzmów.

Cała rozmowa z Janem Martinim w Poranku WNET w Szamotułach jest dostępna w części siódmej audycji. Zapraszamy do słuchania!

JS

Polska piosenka wśród stepów. Halina Frąckowiak opowiada o koncercie z okazji Dnia Polaków w Kazachstanie [VIDEO]

Obok Haliny Frąckowiak wystąpili Kasia Cerekwicka, Łukasz Zagrobelny, Marek Piekarczyk i Małgorzata Szarek oraz zespół instrumentalny przygotowany przez Grzegorza Urbana, autora aranżacji piosenek.

– Było bardzo gorąco i sucho, wiatr stepowy przedostawał się do gardła. Jednak wynagradzali to ludzie. Wspaniali Polacy czekający na każdy kontakt z ojczyzną, ale też Kazachowie, bardzo serdeczni i otwarci. Bardzo skromni i pokorni. Spotkało nas tam dużo miłego – mówiła piosenkarka.

– Jako ciekawostkę powiem, że ulubiony utworem Kazachów jest nasza „Szła dzieweczka do laseczka, którą postrzegają oni jako własny utwór. Śpiewaliśmy razem i po polsku i po kazachsku – mówiła Halina Frąckowiak.

W rozmowie uczestniczył także Piotr Szarek, menadżer piosenkarki, który odpowiadał za stronę organizacyjną koncertu w Astanie. – Było to bardzo skomplikowane przedsięwzięcie. Była bariera językowa, nie znaliśmy ważnych parametrów logistycznych. Udało się jednak i jesteśmy już w trakcie organizowania kolejnego koncertu – mówił Piotr Szarek.

W Astanie odbywa się w tym roku wystawa światowa EXPO. Swoje pawilony przygotowało 116 państw, a ekspozycje prezentowane są na 25 hektarach. Według planów, Expo 2017 odbywające się między 10 czerwca a 10 września ma odwiedzić 5 milionów osób. – Polski pawilon został pięknie przygotowany. Z dumą oglądałam przygotowane przez nasz kraj propozycje – powiedziała Halina Frąckowiak.

 

aa

 

Obejrzyj wywiad z Haliną Frąckowiak na kanale YouTube Radia Wnet.

„Wielkopolski Kurier Wnet”: Złe emocje potrafią odebrać zdolność panowania nad sobą nawet najprzedniejszej klasy uczonym

Nikt z nich, tylko student Duda został Prezydentem, a student Ziobro Ministrem Sprawiedliwości! Czujecie Państwo ten ból nabzdyczonych naukowych guru salonu III RP podwawelskiego Krakówka???

Krzysztof Pasierbiewicz

Afera oksfordzka

Prof. Lech Morawski, sędzia Trybunału Konstytucyjnego z nadania PiS, wziął udział w konferencji dotyczącej kryzysu konstytucyjnego w Polsce. Odbyła się ona na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Oksfordzie. Prof. Morawski wystąpił w jednym z paneli wraz z innym gościem z Polski – prof. Tomaszem Gizbertem-Studnickim. Pierwszy zaprezentował stanowisko prawników, którzy usprawiedliwiają działania Prawa i Sprawiedliwości wokół Trybunału, drugi – zdanie prawników krytykujących poczynania PiS. Od tego się zaczęło.

Nawet nie próbuję się odnieść do meritum tego sporu, gdyż nie jestem prawnikiem. Wszakże wolno mi napisać, jak widzę zaistniały problem, jako były nauczyciel akademicki z 40-letnim stażem oraz bloger portalu społecznościowego.

Atak na rząd i prezydenta

Zacznę od tego, iż należy sobie powiedzieć jasno, że to, co się obecnie dzieje w Polsce, to nie jest, jak pokrętnie wmawia się Polakom, walka nowej opozycji z błędami nowej władzy, lecz frontalny i bezpardonowy atak na rząd PiS-u i na prezydenta Dudę stymulowany przez lewackie media, do niedawna postkomunistyczny Trybunał Konstytucyjny, a także urażone w swej dumie i bucie uniwersyteckie „elity” podwawelskiego Krakówka i mazowieckiej Warszawki, do których zaczynają dołączać aspirujące do elity satelickie uczelnie w całym kraju.

W tym noszącym znamiona „zamachu stanu” uderzeniu w nowy rząd i nowego prezydenta postanowiono wykorzystać uniwersytety, gdzie pod osłoną uczelnianej autonomii opracowuje się mechanizm „zamachu”, a do realizacji tego „intelektualnego puczu” zdecydowano się także spożytkować etos niezawisłości i niepodważalności orzeczeń starego Trybunału Konstytucyjnego, Komisji Weneckiej, a także międzynarodowy klan opiniotwórczych instytucji prawnych.

Otóż moim zdaniem jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą przyczyną tego histerycznego ataku na nową władzę, jest trauma starych elit uniwersyteckich po wyborach przegranych przez Platformę Obywatelską, co było jednoznaczne z obaleniem mitu ich wiekuistości. Chodzi mi o reakcję dotychczasowych bonzów uniwersyteckich panicznie się lękających, że Jarosław Kaczyński jest w stanie przeprowadzić gruntowną weryfikację środowisk akademickich.

I nie ma się co dziwić ich zachowaniu, gdyż psychologia uczy, że objawami traumy są między innymi: niekontrolowane wybuchy gniewu; bezprzyczynowe popadanie w przestrach i ataki paniki; obsesyjna podejrzliwość i nieufność, a także gotowość do czynów nieodpowiedzialnych. Po szczegóły odsyłam do mojego wpisu na blogu salonowcy.salon24.pl, który zatytułowałem: genetycznie-wyzuta-z-sumienia-dzicz-zdolna-do-wszystkiego.

Warto też wspomnieć o pozornie tylko banalnym problemie, jakim są fantasmagoryczne dąsy profesorskich celebrytów uniwersyteckich. Podam konkretny przykład. Gdy po tragedii smoleńskiej założyłem prawicowy blog w kontrze do zwijających Polskę rządów Platformy Obywatelskiej, salon naukowy podwawelskiego Krakówka, z którym do roku 1989 byłem zaprzyjaźniony, uznał to za niewybaczalną zdradę i wydał na mnie swoisty „wyrok śmierci”, zaś dawni Przyjaciele za sprzeniewierzenie się sakramentowi poprawności politycznej obłożyli mnie klątwą ostracyzmu i zmowy milczenia.

Nigdy nie wyobrazicie sobie Państwo, jak irracjonalnie wynaturzoną nienawiścią, dosłownie z dnia na dzień, zapałali do mnie moi dawni Przyjaciele jedynie za to, że opowiedziałem się publicznie po prawej stronie polskiej sceny politycznej. Do dziś na mój widok czerwienieją jak indory i prychają, jak to mają zwyczaj czynić wiejskie baby na widok cudaka, co to w gaciach łazi po wsi.

Więc, jeśli mnie, skromnego blogera, tak obłąkańczo nienawidzą, to spróbujcie sobie Państwo tylko wyobrazić, co muszą czuć w stosunku do prezydenta Dudy i ministra Ziobry, którzy byli ich studentami? Co się dzieje w duszach akademickich beneficjentów Okrągłego Stołu, którym się przez kilka dekad wydawało, że posiadają wyłączność na wszelkie racje oraz wiekuiste prawo do piastowania kluczowych stanowisk w państwie i jego wymiarze sprawiedliwości?

Jeszcze o aferze

Wracając do „afery oksfordzkiej”, powiem, że pana profesora Tomasza Gizberta-Studnickiego znam blisko od wielu lat i wiem, że był to wytwornie kulturalny człowiek o nienagannych manierach, przemiły, zawsze pogodnie uśmiechnięty, a jeszcze do tego był niezwyczajnie inteligentnym, najwyższej marki naukowcem. I jakież było moje zdumienie, gdy obserwując w telewizji jego mowę ciała w trakcie wystąpienia prof. Lecha Morawskiego na konferencji oksfordzkiej spostrzegłem, że ten zawsze opanowany profesor Wszechnicy Jagiellońskiej zachowuje się jak mały chłopczyk, któremu kolega z piaskownicy pokazał język, bowiem w czasie wystąpienia prof. Morawskiego prof. Studnicki nerwowo wiercił się na krześle, strojąc gombrowiczowskie miny, nie panował nad rękami, pretensjonalnie przewracał oczami i wydawał z siebie jakieś jękliwe piski, co notabene wczoraj w TVN24 pokazywano niezliczoną ilość razy – zupełnie, jakby to był jakiś inny Studnicki.

Słowem, życie pokazało, iż złe emocje potrafią odebrać zdolność panowania nad sobą nawet najprzedniejszej klasy uczonym, co w tym konkretnym przypadku wynikało z obawy, że rządy Prawa i Sprawiedliwości są w stanie raz na zawsze skończyć z klanową hegemonią parafeudalnych obyczajów wciąż panujących na Uniwersytecie Jagiellońskim. A tu masz, babo, placek! Nikt z nich, tylko student Duda został Prezydentem, a student Ziobro Ministrem Sprawiedliwości! Czujecie Państwo ten ból nabzdyczonych naukowych guru salonu III RP podwawelskiego Krakówka?

Szczególnego smaczku dodaje fakt, że prof. Studnicki to najbliższy przyjaciel bohaterów mojej notki pt. „Dwóch skrzypków na dachu Collegium Maius”, także na blogu salonowcy.salon24.pl.

I już na koniec słowo do polskich akademików. Nie wiem, czy nowa władza Prawa i Sprawiedliwości potrafi wyprowadzić Polskę na szerokie wody. Nie wiem, bo daleko jej jeszcze do ideału, popełnia szereg błędów i przyznaję, iż bywa czasem irytująco „intelektualnie nieestetyczna”. Więc krytykujcie, jak trzeba, bo od tego między innymi jesteście.

Ale na litość Boską! Róbcie to podług reguł kodeksu etycznego nauczyciela akademickiego, w przyzwoity sposób i w granicach zdrowego rozsądku powściągając egocentryczne emocje, bo nowa władza nie ustanowiła się sama, lecz dzięki demokratycznej woli wyborców.

Post Scriptum

Lektura nadesłanych komentarzy zmusza mnie do wyjaśnienia, że moja notka nie traktuje o tym, co powiedział prof. Morawski, lecz – jak to zostało pokazane w telewizji TVN24. Mam na myśli wyrywanie wypowiedzi Morawskiego z kontekstu i ich interpretację. Chciałem też w notce wyrazić moje zdumienie, że prof. Studnicki, którego znam od lat jako poważnego człowieka i naukowca, dał się wpuścić w tę polityczną aferę, stając się, mam nadzieję niechcący, gwiazdorem tak niskiego lotu przekaźnika, jak TVN24.

Post Post Scriptum

A najlepszym dowodem tego, że niektórym profesorom prawa polityka odbiera rozum, jest zbojkotowanie przez kilku akademickich szaleńców obrony doktorskiej Bogu ducha winnego młodego człowieka, którego promotorem jest pan profesor Lech Morawski. Na szczęście właściwie zareagował min. Gowin, który, mam nadzieję, zgodnie z przepisami zdyscyplinuje to rozhisteryzowane towarzystwo wzajemnego zachwytu nad samymi sobą.

Krzysztof Pasierbiewicz – emerytowany nauczyciel akademicki, członek grupy inicjatywnej krakowskiego oddziału Akademickiego Ruchu Obywatelskiego (AKO) im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Cały Artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Afera oksfordzka” można przeczytać na s. 2 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

 

Artykuł Krzysztofa Pasierbiewicza pt. „Afera oksfordzka” na s. 2 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 36/2017, wnet.webbook.pl

Miłość i James Joyce – co roku 16 czerwca czas na „Bloomsday”. Dublin nie zmienił się topograficznie od czasów Joyce’a

James Joyce to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci współczesnej literatury. „To najbardziej dziwna osoba, którą dano było mi spotkać” – napisał w liście do przyjaciela Tomasz Mann.

Ponad 135 lat temu, 2 lutego 1882 roku, w Rathgar na przedmieściach Dublina przyszedł na świat najwybitniejszy powieściopisarz XX wieku, James Augustine Joyce. Rocznica urodzin autora „Dublińczyków” i „Ulissesa” jest okazją do przedstawienia sylwetki tego niezwykłego i ekscentrycznego herosa pióra. Życie i twórczość J. A. Joyce’a związane jest z Dublinem w jedną nierozerwalną całość, nawet wtedy, gdy tworzył poza ojczyzną.

James Joyce to piewca Dublina i jego mieszkańców, wielki mi­łośnik tego miasta, ale i jego najzagorzalszy krytyk zarazem. Aby poznać klimat utworów Joyce’a, nie wystarczy ich tylko przeczytać. „Dublińczycy” , „Portret artysty z czasów młodości”, a przede wszystkim nieśmier­telny „Ulisses” to labirynty symboli i odnośników hi­storyczno-obyczajowych i liczne nawiązania i inter­pretacje życia dubliń­czyków przełomu wieku XIX i XX.

 

Złożony chorobą James Joyce zmarł 13 stycznia 1941 roku w Zurychu. Szczęśliwie doczekał wydania swojej ostatniej powieści „Finnegans Wake” (pierwsze wydanie książki ukazało się w maju 1939 roku, nakładem londyńskiego wydawnictwa Faber & Faber).

Śledząc biografię J. Joyce’a, nasuwa się reflek­sja, że był to człowiek pełen sprzeczności, osoba, którą targały dwa dajmoniony – duchy sprawcze dobra i zła, smutku i radości, osa­motnienia wewnętrznego i wielkiej witalności, głodu życia. Krytycy i badacze li­teraccy byli albo gorącymi wielbicielami Joyce’a, albo zaciekłymi przeciwnika­mi jego twórczości i stylu życia. Mann, Eliot, Seldes chwalili go za odwagę, bez­kompromisowość, nową prawdę psychologiczną i artystyczną, wreszcie za śmiałe łamanie utartych konwencji narracyjnych. Przeciwnicy poetyki au­tora „Ulissesa” ganili go za „ośmieszanie tematów ważnych i grubiańskie szkalowanie wybitnych person” , chaotyczność narracyjną i… pornogra­fię.

Nowa jakość literacka

Musimy jednak mieć świadomość, że ze spuścizny literackiej tego krnąbrnego syna Dublina czerpali jak ze świeżego źródła m.in. Wiliam Faul­kner, Thomas Eliot, Virgi­nia Woolf, Samuel Beckett (inny wybitny Irlandczyk), Dylan Thomas czy sam Trumam Capote – autor „Śniadania u Tiffany’ego”.

Siłą nowatorstwa Joyce’a w dziedzinie prozy było śmiałe eksperymento­wanie z substancją czasu, totalna afirmacja w ciągu narracyjnym niczym nie skrępowanego monologu wewnętrznego (słynny „strumień świadomości” – „stream of consciousness” – monolog Molly Bloom z „Ulissesa”), wreszcie kreo­wanie symultanicznej kon­strukcji powieści („Portret artysty z czasów młodości” , „Ulisses”).

Pomówmy jed­nak o wizerunku Dublina w utworach Jamesa Joyce’a. Dzisiaj, sto lat później od momentu, gdy nasz bo­hater w ekstrawaganckim stroju przemierzał ulice tego miasta, na każdym niemal kroku natykamy się na pamiątki związane z życiem autora „Dublińczy­ków”. Rozważania o po­szczególnych utworach Joyce’a będą stanowić dla nas kanwę do opowieści o jego burzliwym życiu.

Czas „Ulissesa”

Pod wielkim urokiem „Ulissesa” byli dwaj wielcy nobliści – Ernest Hemingway i Winston Churchill. To dzieło właśnie przyniosło Joyce’owi nieśmiertelną sławę.

Na ponad 800 stronach Joyce zawarł urzekającą, choć trudną w odbiorze epopeję – mit o swoim mieście Dublinie, swojej ojczyźnie – Irlandii; wreszcie – całych dziejach świata (zakończenie opisywania wielkiego mega-mitu świata zawarł autor w swojej ostatniej powieści „Finnegans Wake”). To wszystko, Joyce – dublińczyk z precyzyjną dokładnością oparł na podstawie wspaniałego (tak w treści, jak i warstwie konstrukcyjnej) eposu Homera z ok. 750 r. p. n. e. – „Odyseja”.

 

Oto Dublin, jaki na zawsze zapamiętał autor „Ulissesa”. Fotografię, która przedstawia most D. O’Connella i obecną O’ Connell Street wykonano w 1903 roku.

Dublin uosabia w powieści (jako nieco sparodiowana metafora) świat starożytny z czasów Homera. Znamienne jest jednak, że Joyce stolicę Irlandii opisał z reporterskim pietyzmem i dbałością o szczegół. Dlaczego? Odpowiedź znajdujemy w jednym z listów autora do wielkiego przyjaciela, Franka Budgena:

(…) „Chciałem dać tak wszechstronny obraz Dublina, by można było to miasto, gdyby pewnego dnia nagle zniknęło z powierzchni ziemi, odbudować na podstawie mojej książki”. (…)

Bloomsday. Czyli historia całkiem miłosna…

Akcja „Ulissesa” rozgrywa się w czasie jednego, prawie już letniego dnia –  16 czerwca 1904 roku . Tego dnia James Joyce poznał swoją późniejszą żonę  Norę. Na pamiątkę tego zdarzenia  i upamiętnienia czasu powieściowego „Ulissesa” rokrocznie w Dublinie odbywa się popularny „Bloomsday”.

 

 

W powieści Joyce’a nocna wędrówka Leopolda Blooma jest tłem dla opisów Dublina.
Oto czytelnik poznaje cudowną i monumentalną Martello Tower (to tutaj na wstępie powieści Buck Mulligan czyni poranną toaletę, a Stefan Dedalus zbiera się do wyjścia po wypłatę do szkoły, w której uczy). Tych, którzy odwiedzą Dublin, namawiam do przejażdżki kolejką DART do stacji Sandycove, aby przekonać się o pięknie Martello Tower i morskiej zatoki, w którą architektonicznie została ona wkomponowana.

 

 

Tropiąc bohaterów „Ulissesa”, trafiamy do domu przy Eccles Street 7 (obecnie budynek administracyjny Mater Hospital, patrz rysunek Katarzyny Sudak pod tekstem), gdzie mieszkał Leopold Bloom, nazywany przez przyjaciół Poldy (obok Stefana Dedalusa główny bohater powieści). Dostojny Bloom otwiera listy w gmachu Poczty Głównej (GPO – General Post Office) przy O’Connell Street, na cmentarzu Glasnevin żegna przyjaciela Paddy Digmama, spaceruje wieczorną porą drogą ku Sandymount, kierując się ku zatoce, by medytować przy kościele „Star–Of–The–Sea”,  zaś nocną porą spaceruje po Westland Row, jednym z bajecznych mostków nad Liffey. Pije wreszcie Guinnessa i whiskey w pubach przy Lincoln Street i Poolberg Street, gdzie do dziś mieści się jeden z najsłynniejszych dublińskich pubów „Mulligan’s”, który podejmuje bywalców w anturażu przedmiotów i landszaftów z epoki. Jak napisał w jednym z esejów dla „Tygodnika Powszechnego” Paweł Huelle, amatorzy i smakosze prozy Joyce’a mogą być szczęśliwi, ponieważ w ciągu ostatnich stu lat Dublin praktycznie się nie zmienił topograficznie.

 

Znanym entuzjastą twórczości J. Joyce’a jest były senator David Norris, który często rozpoczyna oficjalnie obchody święta przemową do zebranej publiczności.

16 czerwca AD 1904

Tego dnia właśnie James Joyce poznał  swoją przyszłą żonę i – jak mawiał o niej – „przewodniczkę duchową” Norę Barnacle, rodem z miasta klifów – Galway. Nora była prostą, uroczą młodą kobietą. Egon Naganowski w niezwykłej książce „Telemach w labiryncie świata: o twórczości Jamesa Joyce’a” tak oto przedstawił Norę: „Cechował ją trzeźwy realizm, bez romantyczno-literackich inklinacji. Przez cały okres małżeństwa z pisarzem Nora traktowała jego profesję jako „niegroźne i nieprzydatne do niczego szaleństwo”. Kiedy otrzymała od męża pierwszy, pachnący jeszcze farbą egzemplarz „Ulissesa”, natychmiast chciała go… sprzedać. Zmartwieniem napawał ją jedynie fakt, iż „za te kilkaset kartek niewiele dostanie pieniędzy”.

Czytając „Ulissesa”, musimy pamiętać, że powieściowa Molly Bloom to literacki odpowiednik Nory. Ta jednak, w przeciwieństwie do literackiego alter-ego, przez całe życie była wierna pisarzowi. Trwała przy nim w biedzie i głodzie, towarzyszyła mu podczas choroby i licznych napadów nerwobóli spowodowanych chorobą oczu, nerek i płuc, aż do ostatnich dni pisarza. Joyce zmarł o świcie 13 stycznia 1941 roku. W śmiertelnej malignie ocknął się tuż przed ostatnim tchnieniem, pytając Nory: „Czy nikt nie rozumie?”.

Mimo różnic pochodzenia i wykształcenia James i Nora byli zgodnym i kochającym się małżeństwem.  Pytany przez wydawców i przyjaciół, co jest takiego niezwykłego w Norze, odpowiadał: „Jej naturalność, niewinność i nieskażenie chorobą nowego wieku”.

 Letnia pielgrzymka czytelników z całego świata

Obchody Bloomsday to wielkie święto literatury i Dublina. Tylko nieliczni mają możliwość być świadkiem rozpoczęcia obchodów „Bloomsday”. Głównym punktem tego dnia jest śniadanie obficie zakrapiane  guinnesem  w James Joyce Center, na które przybywa tradycyjnie kilkadziesiąt osób ubranych w stroje  z epoki. Wśród gości można dostrzec postaci wykrojone z kart „Ulissesa”: Leopolda i Molly Bloom czy Stefana Dedalusa. Wypada zazdrościć Irlandczykom ich polityków, dla których tradycja i dziedzictwo kulturowe to nie tylko czcze słowa.

Znanym entuzjastą twórczości J. Joyce’a jest były senator David Norris, który często rozpoczyna oficjalnie obchody święta przemową do zebranej publiczności. Trudno dziwić się temu, pamiętając, że D. Norris przyczynił się do powstania muzeum James Joyce Centre. Uroczyste śniadania podczas Bloomsday nie odbywają się tylko w jednym miejscu. Uczty dla ciała i ducha odbywają się także w Sandycove, gdzie  w Wieży Martello rozpoczyna się akcja powieści; tam też na kąpielisku Forty Foot odważni wskakują do morza,  tak jak czyni to na pierwszych kartach powieści Buck Mulligan. Potem setki osób, z których wiele przybyło spoza granic stolicy, a nawet Irlandii, rusza w przestrzeń Dublina śladami  bohaterów „Ulissesa”.

Muzeum im. Jamesa Joyce’a w wieży Montello (nadmorskie Sandycove). To właśnie stąd wyrusza Stefan Dedalus w poszukiwaniu samego siebie na mapie życia i swojego duchowego ojca – Blooma.

Obchody Bloomsday nie ograniczają się jedynie do 16 czerwca. Przez kilka kolejnych dni odbywają się w wielu miejscach stolicy imprezy towarzyszące: przegląd filmów, spotkania i wycieczki, wystawy, spektakle teatralne, odczyty, koncerty oraz kiermasze książkowe.

Sam Joyce, nieporuszony i dostojny, trwa na cokole pomnika u zbiegu ulic O’Connell i Earl Street North. Artystka Marjorie Fitzgibbon znakomicie oddała naturę ducha pisarza. James Joyce odziany jest w zwiewny, długi paszcz i w kapelusz. Reszty dopełnia elegancka laseczka i nieodzowne – w przypadku autora „Dublińczyków” – okulary, znad szkieł których nie patrzy wprost w oczy dublińczyków czy rzeszy turystów.

Fanom literackiego tropienia Joyce’a i jego powieściowych bohaterów polecamy dwie pozycje: „Ulisses Guide” pióra Roberta Nicholsona i „A Guide to the Dublin of Ulisses” Franka Delaneya. Dzieło Delaneya to „magiczny podręcznik”, dzięki któremu można odtworzyć i przebyć całą drogę Leopolda Blooma i Dedalusa. W trakcie godzenia przeszłości z pośpiesznym dziś, powieściowe wczoraj na powrót staje się kolejnym mitem.

Tomasz Wybranowski

fot. Tomasz Szustek

 

„Ulisses” składa się z 18 epizodów (tyle samo ksiąg liczy „Odyseja” Homera). Powieść kryje na swoich stronach dzień z życia akwizytora drobnych ogłoszeń, węgierskiego Żyda – Leopolda Blooma. Aby zrozumieć przesłanie i ideę powieści, trzeba przeczytać lub znać przynajmniej w zarysie epopeję Homera. Każdy rozdział „Ulissesa” z jego bohaterami odpowiada kolejnym pieśniom homeryckiego eposu. Bloom to mityczny Ulisses – Odyseusz; jego niewierna i piękna żona Molly to Penelopa, zaś Stefan Dedalus to syn Odysa – Telemach.
Warto dodać, że powieść czekała długie lata na wydanie. Joyce, posądzany o „pornografię i jawne bluźnierstwa”, długo szukał wydawcy. Pierwsze wydanie „Ulissesa” ukazało się w roku 1922 w Paryżu, nakładem Amerykanki – Simone Beach. Rys. Katarzyna Sudak, „Eccles Street”.