„Niemieccy kaci – polskie ofiary” – wystawa upamiętniająca Powstanie Warszawskie. Można ją oglądać na ogrodzeniu PWPW

Ta wyjątkowa wystawa z okazji 73. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego została oficjalnie otwarta w piątek 28 lipca na historycznym ogrodzeniu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych .

Ekspozycja składa się z koloryzowanych zdjęć z okresu Powstania Warszawskiego, przedstawiających walki powstańców, ich przebieg, a także osoby ofiar i zbrodniarzy wojennych oraz życie warszawiaków w tamtym czasie. Wystawa łączy historię i nowoczesność dzięki wykorzystaniu aplikacji na smartfony.

„Sześćdziesiąt sześć koloryzowanych fotografii o wielkości 2×3 m, z których każda symbolizuje Powstanie Warszawskie, zawisło na historycznym ogrodzeniu, pamiętającym obronę Reduty PWPW; w niektórych miejscach można jeszcze dostrzec przestrzeliny z okresu walk” – powiedział Piotr Woyciechowski, prezes Zarządu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych SA.

„PWPW jest instytucją o prawie stuletniej historii; powstała 2,5 miesiąca po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1919 r. Wytwórnia jest i zawsze była ściśle związana z odradzającą się państwowością polską. Była związana z Warszawą, to tutaj, w kompleksie Sanguszki, udostępniano we wrześniu 1939 r. liczne schrony dla ludności cywilnej podczas bombardowań niemieckich. Najważniejszy epizod to obrona budynków PWPW w sierpniu 1944 r. podczas Powstania Warszawskiego, które przeszły do historii jako obrona Reduty PWPW”.

Upamiętnienie tych niezwykle ważnych dla Polski wydarzeń wpisuje się w misję Wytwórni. – Istnieje nieprawdopodobne zakłamanie na Zachodzie dotyczące historii Polaków w trakcie II wojny światowej. To jeden ze skromnych elementów próby prostowania naszej historii i dedykowania jej także turystom, którzy odwiedzają Warszawę – powiedział prezes Woyciechowski. – To odpowiedź na obecną sytuację pewnego hejtu i kłamliwej propagandy, z którą Polska i Polacy spotykają się, jeżeli chodzi o ich udział w II wojnie światowej, w szczególności pod nazwą polskie obozy śmierci bądź inkryminowanie takich pomówień, jak udział Polaków czy AK w tzw. holokauście”.

Wystawa wraz z towarzyszącą jej aplikacją „Reduta PWPW”, dostępna jest w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. – Na planszach zostały zainstalowane tzw. beacony – niewielkie nadajniki sygnału radiowego. Po wgraniu do urządzenia przenośnego aplikacji można uzyskać szersze informacje na temat poszczególnych zdjęć i Powstania Warszawskiego” – powiedział Marcin Pachacz z firmy BlueBeacon.

Aplikacja jest skierowana do wszystkich użytkowników, mogą z niej korzystać również osoby niedowidzące i niesłyszące, ponieważ umożliwia powiększanie tekstu, a także ma wbudowany moduł lektora. – Możemy sprawdzić kierunek zwiedzania, a poprzez wybranie odpowiedniego artykułu możemy uzupełnić cały kontent i poszerzyć zwiedzanie o dodatkowe informacje” – dodał Pachacz.

Wystawę można oglądać przez najbliższe 3 miesiące na ogrodzeniu PWPW, okalającym budynki Wytwórni przy ulicach: Sanguszki, Zakroczymskiej, Rybaki i Wójtowskiej.

PAP

Rok 2017 rokiem Konrada Korzeniowskiego. Co wiemy o postaci najbardziej znanego na świecie pisarza z Polski? (część 2)

2017 został ogłoszony Rokiem Konrada Korzeniowskiego, dlatego portal dzieje.pl prowadzony przez PAP i Muzeum Historii Polski przygotował audycję, która przybliży nam postać tego wybitnego pisarza.

Joseph Conrad Korzeniowski, jeden z najbardziej cenionych na świecie pisarzy z Polski, żył i tworzył na przełomie XIX i XX wieku. Jego wybitna twórczość pozostaje zjawiskiem odosobnionym w literaturze światowej. Uznany za jednego z największych stylistów w całej anglojęzycznej literaturze, do końca życia po angielsku mówił ponoć z bardzo silnym polskim akcentem.

2017 rok został ogłoszony Rokiem Konrada Korzeniowskiego. Portal dzieje.pl przygotował z tej okazji specjalną audycję, w której poznajemy Conrada jako człowieka i jako pisarza, czytając jego korespondencję.

Joseph Conrad do pisarza Johna Galsworthyego.

Kraków 1 sierpnia 1914 roku

Nie wiem, kiedy ten list do Ciebie dojdzie i czy w ogóle dojdzie, ale muszę Ci opowiedzieć, co się z nami dzieje. Złapała nas tu mobilizacja, jeszcze przez 3 dni będą tu kursowały pociągi dla ludności cywilnej, ale z Jessy, która jest taką inwalidką, i Johnem, który czuje się niezbyt dobrze, gorączka, nie śmiem ryzykować koszmarów wojennej wędrówki. Tak więc przynaglany i namawiany, i po długim 24-godzinnym namyśle, zdecydowałem się wywieźć siebie i cały nieszczęsny szczep do Zakopanego, w górach, około 4 godziny drogi stąd. Poza teren wszelkich możliwych działań wojennych. Wolę być raczej unieruchomiony tutaj, gdzie mam przyjaciół, niż próbować wydostać się i utknąć w jakimś miasteczku niemieckim, pomiędzy armiami.

Jeśli jednak wojna ta rozwinie się na skalę europejską, mogę zostać odcięty od domu na wiele miesięcy. W tej chwili mam przy sobie ok. 70 funtów i napisałem właśnie do Pinkera, aby przysłał mi 100 w banknotach. Żałuję teraz, że nie poprosiłem go o więcej. Tak czy inaczej suma ta nie będzie trwała wiecznie, choć wojna może być względnie krótkotrwała.

Jeżeli Anglia znajdzie się w stanie wojny z Austrią, to błagam Cię, mój drogi, staraj się nawiązać ze mną kontakt poprzez ministerstwo spraw zagranicznych i poprzez ambasadora lub posła tego neutralnego państwa, któremu zlecona będzie opieka nad pozostałymi w Austrii obywatelami brytyjskimi. Będzie to prawdopodobnie poseł szwajcarski lub minister hiszpański.

Krążą tutaj najdziksze pogłoski, ale brak jakichkolwiek wiadomości. Miasto jest w stanie oblężenia, telegraf i telefony nieczynne, gazety cenzurowane. Armia jest wspaniała i zachowuje się najłagodniej ze wszystkich, jakie widziałem. Wśród ludności brak jest może entuzjazmu, ale powszechne jest gorące pragnienie skończenia z tym stanem niepewności, który trwa już od trzech lat. A jeszcze przecież 2 dni temu nikt nie wierzył w wielka wojnę. Teraz wierzą wszyscy.

Napisz do mnie, jeśli to możliwe, na adres tego hotelu, na nazwisko Konrada Korzeniowskiego, zgodnie z moim paszportem. Gdybyś musiał się w końcu zwrócić do naszych urzędników,a oni zżymaliby się na sprawianie im kłopotu, to myślę, że kalectwo żony i choroba dziecka będą wystarczającym wytłumaczeniem dla mego tutaj pozostania. Austriacy nic mi nie zrobią, zresztą w razie czego miałbym tu protekcję. Oni jednak nie wyrzucają ludzi o polskich nazwiskach, a poza tym będę się trzymał na uboczu. Mógłbyś również nawiązać ze mną porozumienie przez hrabiego Władysława Zamoyskiego, który ma dom na wsi blisko Zakopanego. Nasze najserdeczniejsze pozdrowienia dla Ciebie i Ady.

Retinger za wszelka cenę chce wrócić do Anglii i jeśli mu się uda, wytłumaczy Ci moją sytuację. Prosi mnie, bym poprosił Cię o udzielenie mu posłuchania.

Joseph Conrad

MoRo, MW

Rok 2017 rokiem Konrada Korzeniowskiego. Co wiemy o postaci najbardziej znanego na świecie pisarza z Polski? (część 1)

2017 został ogłoszony Rokiem Konrada Korzeniowskiego, dlatego portal dzieje.pl prowadzony przez PAP i Muzeum Historii Polski przygotował audycję, która przybliży nam postać tego wybitnego pisarza.

 

Joseph Conrad Korzeniowski, jeden z najbardziej cenionych na świecie pisarzy z Polski, żył i tworzył na przełomie XIX i XX wieku. Jego wybitna twórczość pozostaje zjawiskiem odosobnionym w literaturze światowej. Uznany za jednego z największych stylistów w całej anglojęzycznej literaturze, do końca życia po angielsku mówił ponoć z bardzo silnym polskim akcentem.

Autor „Jądra ciemności”, „Smugi cienia”, „Lorda Jimma” często jest oskarżany o obojętność na sprawy kraju. A prawdą jest, że Joseph Conrad reprezentował nowy model patriotyzmu: realistycznego, który wykorzystywał swoje możliwości dla dobra kraju. Uważał, że skoro jest pisarzem, to nie musi szukać innej tożsamości, np. polityka czy społecznika. Doświadczenie martyrologiczne Conrada sprawia, że jego biografia jest reprezentatywna dla pokolenia: rodzice zaangażowani w konspirację, rodzina dotknięta represjami – konfiskatą, procesem, zsyłką – w konsekwencji których matka umiera. U progu dorosłości śmierć ojca pozostawia przyszłego pisarza pod opieką wuja, który wysyła go na Zachód. Korzeniowski odnajduje w sobie wilka morskiego i spędza „morskie” lata w Marsylii i Kongo. Po zejściu na ląd pracuje w Wielkiej Brytanii. Tam, osiadły w hrabstwie Kent do końca życia, poświęca się pisarstwu.

Mijający rok został ogłoszony Rokiem Konrada Korzeniowskiego. Portal dzieje.pl przygotował z tej okazji specjalną audycję, w której poznamy Conrada jako człowieka i jako pisarza, czytając jego korespondencję.

List Konrada Korzeniowskiego do historyka Kazimierza Waliszewskiego z 03.12.1903 r.

List Konrada Korzeniowskiego do historyka Kazimierza Waliszewskiego.

Pen Farm 3 grudnia 1903 roku

Mój ojciec Apollo Korzeniowski, syn Teodora kapitana Wojska Polskiego, po ożenieniu się dzierżawił wieś w majątku pani Melanii Sobańskiej. Urodziłem się w grudniu 1857 roku. Później moi rodzice przenieśli się do Warszawy. W 1862 roku mój ojciec był osadzony w Fortecy Warszawskie, a po kilku miesiącach wysłany do Wołogdy. Towarzyszyłem rodzicom moim na wygnanie, przeniesiono ich potem do Czernichowa, tam matka moja umarła. Zaledwie ją pamiętam, ale z tego, co słyszałem, i z listów jej do braci, które później czytałem, wiem, że była kobietą niepospolitego ducha i umysłu. Młodszy jej brat Stefan Bobrowski był znaną osobistością w 1863 roku.

Po jej śmierci bawiłem na wsi u wuja Tadeusza. Mój ojciec, uwolniony w 1867 roku, zabrał mnie z sobą do Galicji. Umarł w Krakowie w 1869 roku. Pogrzeb jego był okazją do demonstracji ze strony młodzieży Uniwersytetu Krakowskiego. W Krakowie chodziłem do szkół, ale już w 1874 roku kraj opuściłem, idąc nad morze.

O Tadeuszu Bobrowskim, moim wuju, opiekunie i dobrodzieju, nie mogę na zimno pisać. Do dzisiejszego dnia, po latach dziesięciu, zostaję pod ciężkim wrażeniem tej straty. Był to człowiek wielkiego charakteru i niepospolitego rozumu. Chętki mojej do marynarki nie rozumiał, ale z zasady nie sprzeciwił się. W ciągu 20 lat wędrówek moich od 1874 do 1893 roku widziałem go cztery razy, ale jakiekolwiek dodatnie strony mój charakter posiada, zawdzięczam je przywiązaniu jego, opiece i wpływowi. Ostatnie dwa razy, już jako poddany angielski, odwiedziłem go na Ukrainie w 1890 i w 1893 roku.

Życie moje na szerokim świecie w książkach moich znajduje się. Kariery nie szukałem. Może być, że nic o tym nie wiedząc, szukałem wrażeń. Teraz koniec. Bez stosunków, znajomości i protekcji patrzę na przeszłość z przyjemnością. Bądź co bądź dałem sobie radę. Życie moje marynarskie, choć kierowane głównie ciekawością, a także czystym zamiłowaniem do rzemiosła, odbyłem porządnie, zdając wszystkie egzaminy, które zdać wypadało, zdobywając w mojej skromnej sferze uznanie od ludzi, którzy z pewnością nie z rozrzewnieniem świadczyli o mnie jako o dobrym marynarzu i godnym zaufania oficerze okrętu.

W dość ciężkich przeprawach zdaje mi się, że tradycją wybranego stanu zawsze wierny byłem. W 29. roku życia miałem moją pierwszą komendę okrętu. Co nieźle, przyznasz, dla cudzoziemca bez żadnych stosunków. Tych nigdy nie szukałem, a muszę oddać Anglikom sprawiedliwość, że mi nigdy czuć nie dano, że byłem cudzoziemcem. Uważam się za ostatniego z marynarzy żeglowych. W każdym razie nikt o tym dawnym życiu morskim pisać już nie będzie. Jako dzieło wyobraźni „Murzyn z załogi Narcyza” pieczętuje tę epokę największej doskonałości, a zarazem i końca floty żeglowej. Czuję to dobrze, każdy raz, gdy spoglądam na kanał brytański, gdzie tylko dym kominów widzieć można teraz. Tak na morzu, jak na lądzie mój punkt widzenia jest angielski, ale z tego nie należy wyprowadzać, że stałem się Anglikiem, tak nie jest. W moim razie homo duplex ma więcej niż jedno znaczenie. Pan mnie zrozumie, nie rozciągam się w tej kwestii.

Szczerze oddany

Konrad Korzeniowski

MoRo

Dzień 27. z 80/ Poranek Wnet z Orchówka/Janusz Korneluk: Jedwabny Szlak to duże nadzieje, ale ludzie podchodzą ostrożnie

O pięknie Ziemi Włodawskiej, przyrodzie, jej zabytkach, ale przede wszystkim o ludziach, którzy tu żyli i mieszkali: Polakach, Żydach i Rusinach. A także o Jedwabnym Szlaku i Festiwalu Trzech Kultur.

– Gmina Włodawa to najpiękniejsza gmina w Polsce. Mieszkając tutaj, mamy do czynienia z naturalną przyrodą, przepiękną doliną rzeki Bug, jej dopływami i jeziorami – powiedział Janusz Korneluk, dyrektor szkoły nr 3 we Włodawie, przewodniczący Rady Gminy Włodawa, przewodnik turystyczny.

Większość mieszkańców gminy Włodawa ma nadzieję, że trasa Jedwabnego Szlaku będzie przebiegała prze Włodawę, miasto na styku trzech państw: Polski, Białorusi i Ukrainy. Obecnie to położenie nie jest wykorzystywane.

Gdyby udało się sfinalizować Jedwabny Szlak i ponownie puścić kolej przez Włodawę (do II wojny światowej Włodawa miała kolej), która łączyłaby Polskę z południem Europy aż do Chin, zapewne wielu mieszkańców znalazłoby pracę i godny byt.

– Nadzieje są duże, ludzie podchodzą do tego ostrożnie, bo my jesteśmy ostrożnymi ludźmi w tej chwili, ale może… – powiedział dyrektor Korneluk.

Zwiedzanie ziemi włodawskiej Janusz Korneluk, jako przewodnik turystyczny, zacząłby od Orchówka, gdzie w tutejszym sanktuarium można pomodlić się przy obrazach Matki Bożej Łaskawej i św. Antoniego Padewskiego. Obydwa te obrazy przywędrowały z oo. augustianami do Orchówka w XVII wieku. Przewodniczący Rady Gminy poleca również wejście na wieżę, skąd roztacza się piękny widok m.in. na leżącą już na Białorusi, po drugiej stronie Bugu, Tomaszówkę.

– Z Orchówka można się wybrać na trójstyk granic, gdzie rzeką Bug i Kanałem Mościckiego przebiega granica między Polską, Białorusią i Ukrainą. We Włodawie Janusz Korneluk radzi obejrzeć trzy świątynie: kościół oo. Paulinów pw. św Ludwika, pożydowski kompleks Muzeum Zespół Synagogalny oraz cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny, w której znajdują się relikwie św. Antoniego Pieczerskiego (założyciela Ławry Peczerskiej, świętego mnicha, ascety i pustelnika, ojca monastycznego na Rusi, jednego z największych i najbardziej znanych świętych kościoła prawosławnego i grekokatolickiego), gdzie właśnie wczoraj odbył się odpust. Dalej poleca wędrówkę w stronę Kodnia, miasta magnackiej rodziny Sapiehów. Dziś można tam obejrzeć odnowiony port rzeczny i pomodlić się przed słynącym z cudów obrazem Matki Bożej Kodeńskiej. 15 sierpnia 1723 z inicjatywy Jana Fryderyka Sapiehy obraz został koronowany przez biskupa łuckiego Stefana Rupniewskiego. Był to trzeci obraz koronowany na ziemiach Rzeczypospolitej, po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej i obrazie Matki Bożej Trockiej. Dalej w stronę Białej Podlaskiej leżą Kostomłoty, gdzie jest jedyna na świecie parafia neounicka.

– W latach 70. dołączono Orchówek jako dzielnicę do Włodawy. Historycznie był on samodzielnym bytem i leżał na granicy Korony i Księstwa Litewskiego – powiedział gość Poranka Wnet. Jest to miasto starsze niż Włodawa z dokumentami lokacyjnymi z 1506 r., zachowanymi w Krakowie. Włodawę i Orchówkek leżą po dwóch stronach rzeki Włodawki, która była granicą między Koroną i Litwą.

– W sercach mieszkańców, którzy tu mieszkają od wieków, jest wypracowany szacunek i wzajemna tolerancja. Niewielu Żydów powraca, bo niewielu przeżyło. Z okolic Włodawy przeżyło około 150 Żydów – powiedział Janusz Korneluk. W Sobiborze na ziemi włodawskiej był niemiecki obóz zagłady. Budowa obozu rozpoczęła się w marcu 1942 r. w ramach akcji Reinhardt, podobnie jak obozów w Bełżcu i Treblince. Obóz został zlokalizowany przy małej stacji kolejowej Sobibór, 5 km od wschodniej granicy Generalnego Gubernatorstwa. Pierwsze transporty więźniów zaczęły docierać już w maju 1942 roku. Liczba ofiar nie jest łatwa do ustalenia ze względu na niewielkie pozostałe archiwalia, szacunki wskazują na minimum 250 000 Żydów. Według najnowszych ustaleń Roberta Kuwałka z Państwowego Muzeum na Majdanku nie było ich jednak więcej niż 180 000. Pochodzili głównie z Lubelszczyzny, a również z Galicji. Trafiały tu także transporty z okupowanych przez Niemcy krajów Europy Zachodniej, w tym 39 tysięcy Żydów holenderskich, i z terenów wschodnich. W ostatnich miesiącach skierowano tu transporty jeńców wojskowych – Żydów z Armii Czerwonej.

[related id=”31718″] – Włodawa stara się kultywować pamięć tych ludzi, organizując Festiwal Trzech Kultur, na który przyjeżdżają artyści z „górnej półki” i które zawsze cieszą się ogromną popularnością – powiedział Janusz Korneluk. Przyznał, że wyrazem pamięci o żydowskich mieszkańcach Włodawy jest również przemianowanie Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego na Muzeum Synagogalne.

– Jest takie piękne zdjęcie – na tle szafy w synagodze we Włodawie – tych, co przeżyli. Oni wracają bądź wracają ich potomkowie – powiedział Janusz Korneluk.

– Jeśli chodzi o Rusinów, bo tak określamy tu wszystkich prawosławnych, bo trudno ich było przypisać do jakiejś konkretnej państwowości, to tutaj nastąpiło wysiedlenie tych ludzi – powiedział nasz przewodnik po regionie i historii ziemi włodawskiej. Pierwsze nastąpiło na mocy porozumienia PKWN – Stalin, a później na mocy Akcji „Wisła”.

– Wszystkie małżeństwa prawosławne zostały wysiedlone na teren dzisiejszej Ukrainy, w dodatku wożone je dotąd, aż straciły wszystko, co miały – powiedział Korneluk. – Ci ludzie wracają, wspominają, patrzą na nas jak na inny świat.

– Festiwal udowodnił, że ludzie są głodni tych kultur, które już na co dzień nie funkcjonują tutaj.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet z Orchówka pod Włodawą, kliknij tutaj

Cały wywiad z Januszem Kornelukiem w części pierwszej Poranka Wnet.

Południe Radia WNET z Akademickiego Portu Lotniczego w Depułtyczach Królewskich, wybudowanego przez uczelnię w Chełmie

Latanie to sport, pasja, sposób na życie, ale może być też poważnym i dobrze płatnym zawodem. W Południu WNET dyrekcja, personel i uczniowie Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie.

Łukasz Puzio – Dyrektor Centrum Lotniczego przy Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Chełmie;

Jakub Drzewiński – instruktor w Ośrodku Kształcenia Lotniczego PWSZ  w Chełmie;

Kinga Tchorz i Tomasz Hornik – studenci PWSZ.


Prowadzący: Tomasz Wybranowski

Realizator: Karol Smyk


Część pierwsza: 

Łukasz Puzio o historii i teraźniejszym działaniu Akademickiego Portu Lotniczego w Depułtyczach Królewskich przy Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Chełmie. Od 2004 r. władze tej uczelni, dostrzegając ogromny potencjał rozwojowy branży lotniczej, budują bazę edukacyjną dla kształcenia fachowców w rozmaitych dziedzinach związanych z aeronautyką. Na samolotach takich jak Cesna czy Seneka 3, korzystając z własnego lotniska, studenci w praktyce poznają zagadnienia związane z najszybciej rozwijającą się na świecie gałęzią transportu.

Część druga:

Jakub Drzewiński o pracy trenera i instruktora lotniczego. Sporty samolotowe, do których kadry PWSZ zachęcają swoich studentów, pomagają kształcić umiejętności ważne w praktyce zawodowej przyszłych pilotów rejsowych, zwłaszcza w sytuacjach nieprzewidywalnych i niebezpiecznych. Gość południowej audycji WNET przedstawił słuchaczom specyfikę, wymagania i uroki rozmaitych dyscyplin lotniczych.

Część trzecia: 

Kinga Tchorz i Tomasz Hornik opowiedzieli o drodze, jaką przechodzą młodzi adepci sportów lotniczych.

 


Posłuchaj całego Południa Wnet!

Dzień 23. z 80 / Chełm – największy w Polsce ośrodek kształcenia w zakresie lotnictwa cywilnego. Rozmowa z prorektorami

Spełnione marzenie – Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Chełmie wykształciła w ubiegłym roku więcej pilotów ze wszystkimi licencjami niż obydwie renomowane szkoły lotnicze w Dęblinie i Rzeszowie.

Radio WNET gościło dziś w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Chełmie. Tomasz Wybranowski rozmawiał o fenomenie tej szkoły z jej prorektorami – prof. dr. hab. Józefem Zającem, prorektorem ds. studenckich, senatorem RP, członkiem Senackiej Komisji Nauki, Edukacji i Sportu, oraz z dr Beatą Fałdą, prorektorem ds. rozwoju.

Profesor Józef Zając przypomniał historię uczelni, która obecnie jest chlubą Chełma, jego wizytówką. Senator nazywa ją też spełnionym marzeniem, a przede wszystkim przełamaniem stereotypu, że wschodnie tereny Polski to „ściana płaczu”, gdzie nic się nie dzieje.

Mówi, że marzenie o uczelni wcale nie było trudne do zrealizowania. Najważniejsze było mieć pomysł na to, jak to marzenie wprowadzić w życie. Kiedy pracował w Instytucie Matematycznym PAN, jeździł po świecie, obserwując i podpatrując, jak zorganizowane jest nauczanie za granicą – co na tamtejszych uczelniach jest dobre, co nietrafione czy wręcz niepożądane. To pomogło stworzyć projekt uczelni zawodowej, który był gotowy w czasie, gdy ustawa pozwoliła na zakładanie tego typu uczelni w Polsce.

Wszystko przemawiało za tym, że przedsięwzięcie się powiedzie: Chełm jest miastem odpowiedniej wielkości, jako byłemu miastu wojewódzkiemu uczelnia mu przysługiwała, poza tym jako specjalność szkoły przewidziano kierunki ścisłe i techniczne. Te drugie, jak mówi profesor, rozwinęły się w Chełmie nadspodziewanie, łącznie z pilotażem, który stał się wizytówką szkoły. Ten profil kształcenia przyciąga dziś studentów z całej Polski.

Prowincjonalna uczelnia, mająca własne lotnisko, właściwie wyprzedziła plany rozwoju wschodniej Polski, o których mówi wicepremier Mateusz Morawiecki.

Wyprzedziła je i organizacyjnie, i inwestycyjnie. Na konferencji rektorów uczelni zawodowych w Krośnie, gdzie przedstawiono dane dotyczące rozwoju wszystkich uczelni tego typu w Polsce, okazało się, że chełmska szkoła dokonała inwestycji na sumę dwukrotnie wyższą niż następna z kolei uczelnia.

Nie licząc kosztów bieżącego kształcenia, inwestycje przekroczyły 300 mln zł. A rzeczone lotnisko, jak powiedział senator Józef Zając, „dołożyliśmy z własnej kieszeni”. Najpierw udało się pozyskać pas ziemi wzdłuż trasy w kierunku Krasnegostawu.

– Poprosiliśmy ministerstwo o pomoc w wybudowaniu całej infrastruktury lotniskowej. Powitał nas śmiech i zapytanie jednej z pań dyrektor departamentu: „A tam w tym Chełmie to ktoś w ogóle będzie chciał studiować?”.

Okazuje się, że dziś przyjeżdża na studia młodzież z całej Polski. PWSZ jest największym ośrodkiem kształcenia w zakresie lotnictwa cywilnego w kraju. W ubiegłym roku szkołę ukończyło więcej pilotów ze wszystkimi licencjami niż w pozostałych obydwu łącznie renomowanymi uczelniami kształcenia lotniczego w Dęblinie i Rzeszowie.

– Oczywiście ministerstwo nie dało ani grosza na lotnisko – kto by realizował takie fantazje! Zaciągnęliśmy kredyt i przeznaczyliśmy go na wybudowanie wieży kontroli lotów, stacji paliw, hangaru, ogrodzenia, dróg dojazdowych. Teraz latamy, sytuując się na czwartym miejscu w kraju pod względem liczby operacji lotniczych, włączając w to oczywiście Okęcie.

Jak określił to prowadzący rozmowę Tomasz Wybranowski, obecnie wszystkie nitki mikro- i makrogospodarcze zbiegają się w Indochinach. Tymczasem PWSZ niejako wyprzedziła czas i nawiązała współpracę z jedną z uczelni wietnamskich.[related id=31321]

Jak przyznał prorektor Józef Zając, inicjatywa wyszła ze strony wietnamskiej. – Nie wiedzieliśmy, że nas podglądają z różnych stron świata. Okazało się, że Wietnamczycy są zainteresowani organizacją naszego kształcenia lotniczego. Przyjechała dziewięcioosobowa delegacja, wszystko obejrzeli i – zwyczajem wschodnim – dokładnie obfotografowali. Efektem było podpisanie umowy o współpracy.

Sukcesem uczelni jest także „odczarowanie” wysokich kosztów kształcenia pilotów. Zostało ono zorganizowane w sposób nowatorski – to jedna z przyczyn zainteresowania zagranicy – i przynosi przede wszystkim efekt finansowy. W Chełmie kształcenie na kierunku lotniczym jest tańsze niż studia medyczne.

Inny sukces to fakt, że dla absolwentów szkoły chełmskiej otworzył się ogromny rynek pracy. Roczny wzrost obrotów na rynku przewozów lotniczych wynosi powyżej 18%. Tak więc, jak z satysfakcją mówi prof. Józef Zając, jest to świetna inwestycja i pomysł trafiony „w dziesiątkę”.

Jak przypomniała prorektor ds. rozwoju dr Beata Fałda, w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej kształci się obecnie około 2000 studentów. A chełmską uczelnią interesują się nie tylko Wietnamczycy. Odwiedziły ją delegacje z Kanady, Stanów Zjednoczonych, Meksyku, Japonii. Uczelnie, z którymi nie było dotąd kontaktu, zgłaszają chęć przyjazdu, aby poznać tutejsze metody i organizację nauki.

Dr Fałda przypomniała również, że uczelnia współpracuje z różnymi liniami lotniczymi, m.in. z Wizzair i Ryanair, gdzie studenci odbywają praktyki i znajdują zatrudnienie, a coraz więcej kapitanów latających na tych liniach to absolwenci PWSZ.

Jak odbywa się rekrutacja na kierunek pilotażu? Czy trzeba mieć żelazne zdrowie, żeby zostać pilotem? Jaki charakter ma działalność prof. Józefa Zająca w Senacie RP? Tego wszystkiego można się dowiedzieć, słuchając całego wywiadu Tomasza Wybranowskiego z senatorem prof. Józefem Zającem i dr Beatą Fałdą w czwartej części Poranka Wnet z patio w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Chełmie.

MS

Dzień 15. z 80/ Poranek Wnet z Łęknicy/ Park Mużakowski – perła polskiej turystyki z listy Światowego Dziedzictwa UNESCO

Park zaprojektowany jako „obraz malowany za pomocą roślin”, wykorzystywał miejscową roślinność do podkreślenia walorów krajobrazu. W skład obiektu wchodzi również odbudowany zamek, mosty i arboretum.

 

Łęknica to niewielkie miasteczko w województwie lubuskim, leżące niemal na samej granicy Polski z Niemcami, nad Nysą Łużycką, na zachód od Żar. Mim że niewielkie, może się ono poszczycić zabytkami formatu światowego. Znajduje się tu dziewiętnastowieczny zespół pałacowo-parkowy, wpisany w 2004 roku na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dziś mało kto w Polsce wie o jego istnieniu. Po parku oprowadzali Krzysztofa Skowrońskiego Robert Brachun – właściciel firmy Leknica.net i Marek Maciantowicz – leśnik i dendrolog.

– Gdy pojechaliśmy na polskie targi we Wrocławiu w Hali Stulecia, Park Mużakowski, okazał się nowością i robił furorę, bo nikt kompletnie tego miejsca nie kojarzył – powiedział Robert Brachun, który przypomniał, że to jest takiej rangi obiekt, jak Wawel, krakowska starówka, kopalnia soli w Wieliczce, Zamość czy Malbork. – Według badań lubuskiego urzędu marszałkowskiego Park Mużakowski kojarzy jedynie 3 procent badanych, a więc „w granicach błędu statystycznego”.

– Można powiedzieć, że mamy w Łęknicy dwa obiekty którym patronuje UNESCO, to jest wspomniany już Park Mużakowski, ale też Geopark, który jest nową rzeczą i podlega ochronie dziedzictwa geologicznego.

Sama Łęknica, jak i jej okolice to bardzo malownicze tereny ze względu na ukształtowanie terenu po epoce lodowcowej. Wokół Łęknicy do tej pory przetrwała dobrze zachowana morena czołowa. Na tym terenie powstał Geopark.

– Przejście lodowca pół miliona lat temu miało duże znaczenie na ukształtowanie terenu i istnienie złóż mineralnych. Nacisk wytworzony przez lodowiec spowodował przemieszanie się różnych warstw geologicznych, co zaowocowało między innymi wypchnięciem ku górze bogatych złóż węgla brunatnego – powiedział Robert Brachun. Wyjaśnił, że przez tereny dawnej kopalni Babina biegnie aktualnie malownicza trasa geościeżki. Jest to obszar dawnych podziemnych i odkrywkowych eksploatacji węgla brunatnego oraz iłów ceramicznych, prowadzonych na skalę przemysłową w latach 1920-1973. W okolicy występuje około stu jezior, pięknych i kolorowych, m.in. szmaragdowych, granatowych, czerwonych. Istnieje tam podwodna trasa nurkowa. [related id=”28737″]

– Część z nich to jeziora utworzone po przejściu lodowca, a część to zalane tereny pokopalniane – powiedział Brachun. Na trasie geościeżki są również wybijające źródełka z wodami mineralnymi.

– Park Mużakowski, który jest częścią Geoparku, to największy park w stylu angielskim w Polsce – powiedział w Poranku WNET Marek Maciantowicz – leśnik i dendrolog, dla którego najcenniejszy jest unikatowy drzewostan parku z przedstawicielami takich gatunków, jak tulipanowce amerykańskie, magnolia drzewiasta czy kasztanowiec drobnokwiatowy, występujący jako krzew, którego kwiaty w USA zapylają kolibry, a w Polsce rodzaj motyla-ćmy – zawisak. Olbrzymia i ciekawa kolekcja różaneczników sprawia, że na przełomie maja i czerwca ogród, jak podkreśla Maciantowicz, jest szczególnie piękny, a od zapachów „można dostać zawrotu głowy”.

– Dąb mużakowski, który został tutaj wyhodowany, to ciekawostka dendrologiczna. Jego listki przypominają trochę liście laurowe – powiedział botanik. Cypryśnik błotny to kolejna ciekawostka dendrologiczna Parku Mużakowskiego, bowiem do 1941 roku było to drzewo znane jedynie z odcisków w węglu brunatnym i odnalazła je w górach Syczuanu wyprawa naukowa.

Park krajobrazowy o powierzchni 750 hektarów, rozciągający się po obu stronach Nysy Łużyckiej, wzdłuż której przebiega granica polsko-niemiecka, stworzony przez księcia Hermanna von Pückler-Muskau w latach 1815-1844, został harmonijnie wpisany w wiejski krajobraz. To zapoczątkowało nowe podejście do projektowania krajobrazu i wpłynęło na rozwój architektury krajobrazu w Europie i Ameryce.

Zaprojektowany jako „obraz malowany za pomocą roślin”, wykorzystywał miejscową roślinność do podkreślenia walorów istniejącego krajobrazu.  W skład obiektu wchodzi również odbudowany zamek, mosty i arboretum. Dzisiaj przez Park Mużakowski przebiega korytem Nysy Łużyckiej polsko-niemiecka granica. Jego obszar, obejmujący łącznie przeszło 700 ha, podzielony jest asymetrycznie rzeką pomiędzy niemieckie Bad Muskau (Saksonia) i polską Łęknicę (woj. lubuskie).

Po niemieckiej stronie znajduje się centralna część założenia, z głównymi budynkami, ogrodami i „pleasuregroundem” (ok. 1/3 historycznej kompozycji), po polskiej zaś – rozległy naturalistyczny park (ok. 500 ha). Obie części łączą dwa mosty parkowe: Most Podwójny oraz Most Angielski.

– Park jest rewitalizowany pod patronatem Rady UNESCO od 1989 roku – powiedział Maciantowicz. W miejscowym arboretum ogrodnik pałacowy miał pod swoją pieczą 2800 taksonów roślin, to jest więcej, niż stanowi cała flora Polski, z czego 1000 to gatunki drzewiaste.

Na rozwój turystyki gmina stara się pozyskiwać środki. Ma otrzymać wsparcie z programu Polska-Brandenburgia.

MoRo

Całej rozmowy o Parku Mużakowskim można posłuchać w pierwszej i drugiej części dzisiejszego Poranka Wnet; kliknij tutaj.