IV Bieg Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Sobótce/ „Naród bez pamięci historycznej nie jest narodem”

Ci ludzie walczyli po właściwej stronie i naszym obowiązkiem jest przypominanie młodemu pokoleniu o tym, komu zawdzięczamy wolność. To kawał historii Polski, Europy i świata, przez lata wymazywany.

W Sobótce na Dolnym Śląsku 19 sierpnia br. odbył się IV Bieg Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Przed rozpoczęciem biegu z Martą Ziembikiewicz, córką Władysława Łukasiuka „Młota”, dowódcy VI Brygady Wileńskiej AK, jednego z tych, których pamięć czczą coroczne biegi, oraz z Wiesławem Drozdowskim, pomysłodawcą i twórcą imprezy, rozmawiał Wiktor Sobierajski, dziennikarz „Śląskiego Kuriera Wnet”.

Jest Pani z Biegiem Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych od początku. Dziękujemy.

Rzeczywiście jestem tutaj od czterech lat i będę przyjeżdżać dalej. Czuję się zaszczycona, że mogę tu być. Bardzo mi się tu wszystko podoba, a przede wszystkim organizacja. Trwa okres wakacyjny, a uczestników jest bardzo wielu. W innych miejscach trudno byłoby tylu zebrać.

Proszę powiedzieć, kim był Pani ojciec, „Młot”?

Władysław Łukasiuk „Młot”

Był dowódcą VI Brygady Wileńskiej AK na terenie Podlasia. Szósta brygada powstała z V Brygady Wileńskiej, tej od Łupaszki. Łupaszka poszedł na Pomorze, a VI Wileńska została na Podlasiu i walczyła bardzo długo. Po moim ojcu dowództwo objął Huzar i walczył do 1952 roku. Ojciec zginął w lasach Podlasia. Został zastrzelony w czerwcu 1949 roku. Z jego brygady wszyscy albo zginęli, albo zostali aresztowani.

Ten bieg jest bodajże jedyną imprezą upamiętniającą na terenie województwa dolnośląskiego wydarzenia z okresu drugiej konspiracji. Sądzę, że bardzo mocno trafia do młodych ludzi właśnie przez sportowy charakter.

Bardzo mocno, bo bierze w nim udział także Instytut Pamięci Narodowej. Udostępnia on różne publikacje tematyczne, są również wystawy. Szczególnie cieszy mnie fakt, że w biegu bierze udział duża liczba młodzieży, dzieci – nawet małych. Rozpiętość wiekowa uczestników jest bardzo duża.

Poza tym jest to jedyny tego rodzaju bieg na tym terenie. W innych miejscach Polski odbywają się marsze, biegi szlakami żołnierzy wyklętych, np. na Podhalu, na Podlasiu, Pomorzu czy Lubelszczyźnie. Tam pozostały szlaki, którymi przemieszczali się żołnierze niezłomni. Tutaj zaś nie było tych walk, ale trwa bardzo mocna pamięć. Nie było oddziałów, ale za to na tych terenach bardzo wielu żołnierzy, ściganych za swoją postawę, szukało schronienia. Korzenie tego biegu sięgają więc różnych stron Polski.

Jest z nami dyrektor Ślężańskiego Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji w Sobótce Wiesław Drozdowski, dzięki któremu bieg w ogóle istnieje.

Bieg istnieje dzięki tak wspaniałym ludziom, jak pani Marta Łukasiuk-Ziembikiewicz, córka bohatera. Mnie przyświeca to, co pani Marta powiedziała przed pierwszym biegiem. Przepraszam, ale łamie mi się głos. Powiedziała, że wreszcie przyszedł czas, kiedy możemy w sposób jawny, otwarty, jednoznaczny zmazywać wstyd, który przez wiele lat jako Polacy zgotowaliśmy naszym bohaterom okresu drugiej konspiracji.

Ogromną rolę w tym odgrywa także Światowy Związek Żołnierzy AK Okręg Dolnośląski, na czele z panem pułkownikiem Ryszardem Filipowiczem. To także kombatanci pokolenia Jaworzniaków, czyli najmłodsze pokolenie wyklętych z lat 40. i 50. To wreszcie wspaniali współorganizatorzy, jak Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych im. gen. Jakuba Jasińskiego z Wrocławia, jak wspomniany wcześniej IPN z Wrocławia.

Przypomnę, że dwukrotnie gościliśmy na biegu pana profesora Krzysztofa Szwagrzyka. Wśród zainteresowanych organizacją naszego biegu jest Fundacja „Łączka”. Pomaga nam wiele środowisk patriotycznych, np. Stowarzyszenie „Odra – Niemen”, Stowarzyszenie „Traugutt” z Pruszcza Gdańskiego, Stowarzyszenie „Inicjatywa Historyczna”. Nie chciałbym nikogo pominąć…

Dla Pana cel edukacyjny oraz udział młodych ludzi jest bardzo ważny.

Chyba najważniejszy. W tym roku w biegu uczestniczą dzieci i młodzież w wieku od czterech do 15 lat, na różnych dystansach. Odbędą się także, jako impreza towarzysząca, zawody strzeleckie w strzelaniu z łuku i z broni pneumatycznej. Będzie też pokaz grupy rekonstrukcyjnej, wystawa o Solidarności Walczącej z lat 70. i 80. W naszej imprezie bierze też udział wydawnictwo Miles z Krakowa pana Kajetana Rajskiego. Elementów biegu jest bardzo dużo.

Chcę jednak podkreślić, że po to żyjemy, po to nas Pan Bóg przy życiu trzyma, aby ta misja, którą realizujemy, przywracała pamięć o żołnierzach niezłomnych, wyklętych. Naród bez pamięci historycznej nie jest narodem.

Musimy pamiętać, komu zawdzięczamy dzisiejszą wolność. Wolność to nie tylko prawa, ale i obowiązki. Ci ludzie walczyli po właściwej stronie i uważam, że naszym obowiązkiem jest przypominanie młodemu pokoleniu o tym wspaniałym okresie. To ogromny kawał historii Polski, Europy i świata, przez lata wymazywany. O tym trzeba mówić, o tym trzeba pamiętać.

Bieg Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych stał się imprezą o zasięgu światowym.

Rzeczywiście, a to za sprawą Polskich Kontyngentów Wojskowych stacjonujących poza granicami kraju. Pobiegną żołnierze w Iraku, Afganistanie, w Kuwejcie, w Rumunii, na Litwie, w Bośni i Hercegowinie. Dostaną oni takie same pakiety startowe jak uczestnicy biegu w Sobótce. W sumie żołnierzy wystartuje 945, chociaż zgłoszeń było około dwóch tysięcy.

(MZ) Pan dyrektor mówi tak skromnie. Ale cała organizacja była robiona ogromnym sercem. Chciałabym jeszcze wspomnieć, że w ubiegłym roku była w Sobótce młodzież z Wilna i z Wielkiej Brytanii. W tym roku jest z nami młodzież z Mołdawii. Tak więc bieg ten staje się ogólnoświatowy. Duża w tym rola Stowarzyszenia „Odra – Niemen”, które wynajduje kombatantów oraz młodzież. Znaleźli też nas, dzieci bohaterów tamtych lat.

Rozmawiał Wiktor Sobierajski

Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. […] Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny czy na gruzach kochanej stolicy – Warszawy – z Niemcami, by Świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię. (Fragment ulotki wydanej przez VI Brygadę Wileńską AK kpt. „Młota”)

Pełna informacja o kpt. Władysławie Łukasiuku „Młocie”: http://www.solidarni.waw.pl/

 

 

Urszula Olbromska: Nigdzie na świecie nie ma takiego połączenia jak w Przemyślu. Muzeum Dzwonów i Fajek jest jedyne

Dzień 64. z 80 / Przemyśl / Poranek WNET – Fajkarstwo i ludwisarstwo to dwa rzemiosła w Przemyślu z wieloletnią tradycją, kontynuowaną do tej pory. Dlatego tutaj powstało tak nietypowe muzeum.

Na Starym Mieście w Przemyślu Łukasz Jankowski rozmawiał z dr Urszulą Olbromską, kierownikiem Muzeum Dzwonów i Fajek w Przemyślu.

Historia podaje, że już w XIX wieku w Przemyślu produkowano fajki. Najpierw gliniane, później drewniane. Na początku XX wieku do miasta zawitał przybysz z Czech Wincenty Swoboda, który na nowo rozbudził zamiłowanie do fajek i ich produkcji. Od tamtej pory rzemiosło nieustannie się rozwija. Za to dzwony przyjechały z Kałusza z rodziną Felczyńskich. Obecnie ludwisarnia w Przemyślu znana jest na całym świecie.

 

fot. Konrad Tomaszewski

[related id=35911] O każdej fajce znajdującej się w muzeum można by długo opowiadać. Każda ma swoją historię. W muzeum jest zbór różnych fajek z całego świata, jednak przeważają europejskie, pięknie rzeźbione. Muzeum może się pochwalić również fajką zakupioną w Przemyślu, która była używana przez powstańca styczniowego, przepięknymi fajkami ceramicznymi i wieloma egzemplarzami fajek rezerwisty (ozdobne fajki, kiedyś ofiarowywane żołnierzom przy odejściu do rezerwy; były wręczane, w zależności od lokalnych czy pułkowych tradycji, przez dowództwo (głównie jako wyróżnienie za dobrą służbę), kolegów lub organizacje rezerwistów.

– Ja wszystkie fajki kocham, wszystkie są i piękne, i mają swoją historię – powiedziała dr Urszula Olbromska.

Fajka jest nie tylko przedmiotem służącym do palenia, jest też przedmiotem sztuki. Są wytwórcy, którzy – zarówno kiedyś, jak i dziś – przywiązują bardzo dużą wagę do szaty artystycznej fajki. Dzięki temu mamy malutkie dzieła sztuki.

Dr Urszula Olbromska opowiedziała nam o swojej ulubionej „tajemniczej faceę” z muzealnych zbiorów. To rzeźbiona drewniana fajka w kształcie zwierzęcia podobnego do konia, z tym że z rogami. W środku miała karteczkę, na której było napisane, że pochodzi z namiotu Chmielnickiego. Jest to jednak tylko legenda, gdyż powstanie fajki datuje się na koniec XIX wieku. Tak czy tak ma „niesamowity urok” – podkreśla pani Olbromska, dodając, że to „od niej się zaczęło, po prostu zaczęłam się interesować fajkami”.

 

fot. Konrad Tomaszewski

Muzeum oprócz fajek w swojej kolekcji posiada około 100 dzwonów. Można oglądać XVII-wieczne dzwony z wytwórni gdańskich. Muzeum ma także dzwony toruńskie i te pod przemyskie, dekorowane przez znakomitych rzeźbiarzy m.in. herbem Przemyśla.

Całego Poranka można posłuchać tutaj. Wywiad z dr Urszulą Olbromską w części pierwszej.

MW

Jak katedra św. Jakuba Apostoła w Szczecinie włącza się w popularyzację nauki wśród osób ją odwiedzających [VIDEO]

Dzień 63. z 80 /Szczecin /Poranek WNET – Ks. prałat Dariusz Knapik o nowym wahadle Foucaulta na wieży widokowej katedry, udziale Kościoła katolickiego w rozwoju nauki oraz niezmiennej misji Kościoła.

W dzisiejszym Poranku nadawanym z wieży widokowej katedry św. Jakuba Apostoła w Szczecinie Aleksander Wierzejski rozmawiał z ks. prałatem Dariuszem Knapikiem.

– Byłem na pielgrzymce, gdzie pewna osoba, która powinna wiedzieć o tym, zdziwiła się, że Kościół miał takich wykształconych ludzi. Więc tylko dodałem: Pani profesor, przecież pierwsze uniwersytety, szkoły były dziełem kościelnym po to, by ludzie mogli spojrzeć na świat, zobaczyć piękno stworzenia – opowiadał ks. prałat, nie kryjąc zdumienia stopniem niewiedzy – osoby przecież wykształconej – na temat osiągnięć i wpływu Kościoła katolickiego na rozwój wiedzy i cywilizacji europejskiej.

Poprzednicy ks. prałata Dariusza Knapika włożyli dużo pracy w odbudowę katedry, a przez otwartość na współpracę z różnymi ośrodkami, m.in. ze wspierającą edukację Fundacją Eureka w Szczecinie, „zainicjowali piękne dzieła”. Fundacja Eureka zaproponowała, aby na wieży katedry powstało kilka obiektów „pomagających zrozumieć ludziom to, co nas otacza”. Jednym z owoców współpracy jest uruchomione dzisiaj wahadło Foucault.

– Dzięki nowemu wahadłu dzieci przychodzące do kościoła będą mogły zobaczyć, że ziemia się obraca – powiedział ksiądz Knapik. [related id=35752]

Ksiądz prałat przypomniał, że podstawowym zadaniem Kościoła, prócz propagowania nauki, już od pond 2000 lat jest „głosić tajemnicę paschalną”. Ważne jest nie tylko nauczanie o śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, ale także pomoc w korzystaniu z „odkupienia poprzez łaski sakramentalne”.

Katedra w Szczecinie oferuje tę pomoc w ramach np. ośrodka katechumenalnego prowadzonego przez siostry jadwiżanki wawelskie, które co roku przygotowują sporą grupę ludzi do przyjęcia sakramentu chrztu świętego. W katedrze działa także kilka wspólnot neokatechumenalnych i Odnowa w Duch Świętym. – Wszystkie te dzieła są po to, by rzeczywiście ten wymiar życia duchowego – który dziś tak często niestety jest pomijany – człowiek mógł odkryć, bo bez tego wymiaru wszystko inne nie ma racji bytu.

Na koniec rozmowy ks. prałat podkreślił, że „anioł ciemności często pod pozorem anioła światłości próbuje okłamać człowieka”. „Okłamanych” ludzi jest bardzo wielu, jednak gdy w końcu odkrywają to kłamstwo, wracają do Kościoła.

Całej audycji można posłuchać tutaj. Rozmowa z ks. prałatem Dariuszem Knapikiem w części szóstej.

MW

 

Wiesław Banach, dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku, o „mitycznym” mieście Beksińskich: „Atlantyda utracona”

Dzień 62. z 80/Sanok Ta „sprawa do omówienia” to była kwestia testamentu i był to dla mnie niesłychanie trudny moment – wyznał Banach, któremu Zdzisław Beksiński chciał przekazać całą swoją spuściznę.

Miasto Grzegorza z Sanoka, Jerzego Harasimowicza i jednego z największych polskich malarzy i grafików Zdzisława Beksińskiego. Wiesław Banach przyznał, że na popularyzację twórczości Beksińskiego, a co za tym idzie również Sanoka i Muzeum Historycznego, wpłynął zarówno film „Ostatnia taka rodzina”, jak i książka Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”.

– Mamy tutaj widzów, którzy już czytali książkę, widzieli film i specjalnie nie kochają muzeów ani  nie chodzą na wystawy, ale przyjechali tutaj skonfrontować to, co zobaczyli, i nagle okazuje się, że ci niewrażliwi na sztukę ludzie wychodzą poruszeni z tego muzeum, jacyś inni – powiedział dyrektor muzeum. Przyznał, że na grobowcu rodziny Beksińskich cały czas stoją kwiaty i płoną znicze, jest też w Sanoku ścieżka „Śladami Beksińskich”.

fot.By Silar – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=23827313
Grafika komputerowa z okresu 2000-2005

– Będąc w Sanoku, trzeba być tutaj, na zamku, wchłonąć atmosferę tego miasta, przejść się jego ulicami – zwrócił uwagę Wiesław Banach, przypominając, że dla Tomasza Beksińskiego Sanok był miastem mitycznym, to „była Atlantyda, którą utracił, przenosząc się na studia”.

– Zdzisław Beksiński mówił, że natura go nie obchodzi, krajobraz go nie obchodzi. On tutaj trochę grał – ocenił Banach i przypomniał, że malarz jako młody człowiek, zjeździł te tereny, zjeździł Bieszczady. Wspominając swoją pierwszą wizytę u Beksińskiego po jego przeprowadzce do Warszawy, w okresie, kiedy budowano metro, powiedział, że sławny malarz zachwycał się, że u niego w mieszkaniu słychać „tylko traktory i młoty pneumatyczne, i jest to wspaniała muzyka”.

– Gdy Zdzisław zostaje już sam po śmierci żony Zosi, przeuroczej zresztą osoby, i potem po tragicznym samobójstwie Tomka, właściwie zdaje sobie sprawę, że jego miejsce docelowe, w którym powinien zostać, to Sanok – stwierdził Banach. Wspominał „wieczorny telefon” od Beksińskiego – malarz chciał, aby przyjechał jak najszybciej do niego do Warszawy, „bo ma sprawę do omówienia”.

– Ta „sprawa do omówienia” to była kwestia testamentu i był to dla mnie niesłychanie trudny moment – wyznaje Wiesław Banach, któremu Zdzisław Beksiński chciał przekazać całą swoją spuściznę. – Panie Zdzisławie, to jest niemożliwe, mówiłem, muzeum – zgoda, ale nie mnie. Na to Beksiński: „Wie pan, jak to jest, dziś pan jest dyrektorem, a jutro już nie, a potem te wszystkie obrazy spleśnieją gdzieś w magazynie w piwnicy”.

Podczas tej niełatwej rozmowy Banachowi udało się przekonać Beksińskiego, że dla Sanoka będzie on zawsze bardzo ważnym twórcą, w wyniku czego artysta zdecydował się przekazać swój dorobek Muzeum Miasta Sanoka. Rozmowa ta była dla Banacha zaskakująca, miał wrażenie, że Beksiński ma jeszcze przed sobą co najmniej 20 lat życia, a „jednocześnie zdawałem sobie sprawę z tego, że jest w wieku, w którym może się coś wydarzyć. I nagle obarcza mnie tym wszystkim”.

[related id=35589]W Muzeum Historycznym w Sanoku, na dziedzińcu po lewej stronie, można przeczytać lakoniczne jedno zdanie opatrzone zamaszystym podpisem: „W wypadku mojej śmierci wszystko przekazuję Muzeum Historycznemu w Sanoku. Zdzisław Beksiński”.

Dyrektor Banach wspomniał, że lakoniczność nie była jednak mocną stroną Beksińskiego, często zasypywał swoich słuchaczy tysiącem anegdot. Z drugiej strony prawdopodobnie po spotkaniu odnotowałby w swoim dzienniku , że „znowu go wyciągnęli i coś od niego chcieli”.

– Ta jego klatka blokowa to było wszystko, co wystarczało mu do życia – podkreśla Banach. Jego zdaniem to, co jeszcze interesowało sławnego artystę, to były sklepy komputerowe z różnego typu gadżetami. Przyznał, że Beksiński, siedząc cały czas w swoim mieszkaniu, „czuł się niczym faraon w piramidzie”.

Dyskomfortem były dla niego wyjazdy do Sanoka w kolejne rocznice śmierci jego żony. W listach do Banacha, a także w opublikowanych dziennikach stwierdził wręcz: „Jak ja nienawidzę tej jazdy”.

By Lowdown – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20237137

Zdzisław Beksiński (ur. 24 lutego 1929 w Sanoku, zm. 21 lutego 2005 w Warszawie) – polski inżynier, malarz, rzeźbiarz, fotograf, rysownik i artysta posługujący się też grafiką komputerową. W 1952 roku ukończył studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Po studiach przez kilka lat pracował w studiu projektowym Fabryki Wagonów w Sanoku. Jego żoną była Zofia Stankiewicz, z którą miał syna Tomasza. Żona artysty zapadła na chorobę, w wyniku której zmarła 22 września 1998. Ich syn popełnił samobójstwo rok później, 24 grudnia 1999 roku. Zdzisław Beksiński początkowo zajmował się fotografią artystyczną i rysunkiem, a następnie malarstwem i rzeźbą. Pierwszym poważnym sukcesem artystycznym Beksińskiego była wystawa zorganizowana w Warszawie w 1964 roku przez znanego krytyka Janusza Boguckiego. Artysta nigdy nie nadawał tytułów swoim obrazom. Uważał je za swoją subiektywną wizję świata. W latach 70. i 80. stał się popularny zarówno w kraju, jak i za granicą. Jego obrazy pokazywane były w prestiżowych galeriach na całym świecie, m.in. we Włoszech, Niemczech, Francji, Belgii. Artysta jako jedyny Europejczyk miał stałą ekspozycję w muzeum sztuki w japońskiej Osace. Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim mieszkaniu w Warszawie przy ulicy Sonaty 6/314 w nocy z 21 na 22 lutego 2005 roku, na kilka dni przed swymi 76. urodzinami. Artysta cały swój dorobek artystyczny zapisał w testamencie sanockiemu Muzeum Historycznemu. Muzeum posiada największy zbiór dzieł artysty – około 300 obrazów, reliefów, rzeźb, rysunków i grafik, powstałych w latach 1954-2002.

MoRo, MS

Wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego JarosławSellin: Dekoncentracja własności kapitałowej w mediach – konieczna

Dekoncentracja własności kapitałowej w mediach jest konieczna, bo w Polsce w ostatnim ćwierćwieczu popełniono poważne błędy na rynku prasowym-ocenił Selin, który zapowiedział projekt ustawy na jesień.

Sellin powiedział, że dekoncentracja własności kapitałowej w mediach „jest konieczna, ponieważ w Polsce w ostatnim ćwierćwieczu popełniono poważne błędy – zwłaszcza na rynku prasowym”. Zapowiedział, że ustawa dotycząca tej kwestii pojawi się jesienią i jest opracowywana w resorcie kultury.

„Dopuściliśmy do sytuacji, w której niektóre podmioty zagraniczne – w tym konkretnie niemieckie – mają niepokojąco duży udział, jeśli chodzi o własność prasy w Polsce” – zaznaczył wiceminister.

Dodał, że żadne poważne państwo europejskie sobie na coś takiego nie pozwala. Wymienił w tym kontekście Niemcy, Francję, Wielką Brytanię i Włochy. „Zacznijmy sami siebie traktować poważnie i uznajmy, że to nie jest zdrowa sytuacja; Polska powinna trzymać się standardów, których pilnują poważne kraje Unii Europejskiej” – podkreślił wiceminister.

„Zresztą takie są też zalecenia prawodawstwa UE i Rady Europy, żeby pilnować pluralizmu – nie tylko treści, ale również pluralizmu właścicielskiego” – zaznaczył Sellin.

PAP/MoRo

Kazimierz Koprowski, szef Rady Miasta Tarnowa: Bruksela nie może nam dyktować, jakie lektury szkolne Polacy mają omawiać

Dzień 56. z 80 / Tarnów / Poranek WNET – O tarnowskiej sytuacji w związku z reformą edukacji, o protestach nauczycieli, samorządności Tarnowa i stratach miasta po tym, jak zlikwidowano województwo.

W dzisiejszym Poranku z Zakładów Mechanicznych Tarnów Tomasz Wybranowski rozmawiał z dr. Kazimierzem Koprowskim, pedagogiem, przewodniczącym Rady Miasta Tarnów, założycielem i członkiem oddziału Stowarzyszeń Rodzin Katolickich w Tarnowie oraz tarnowskiego Stowarzyszenia im. Jana Pawła II. Dr Koprowski sprawuje kontrolę, dba o podejmowane uchwały w sprawie przekształceń gimnazjów i włączenia ich do szkół podstawowych w Tarnowie.

Tarnów jest miastem, które przyciąga młodzież z okolicznych gmin. W niektórych gimnazjach 60% uczniów nie było mieszkańcami Tarnowa. Po reformie ta młodzież zostanie w swoich podstawówkach w siódmej klasie, nie dotrze do Tarnowa, co spowoduje zmniejszenie liczby uczniów w tarnowskich szkołach. Z tego powodu niektórzy nauczyciele otrzymali wypowiedzenia. Tarnowski radny podkreślił, ze nie jest to wynik wyłącznie reformy, ale też niżu demograficznego. Wyraził nadzieję, że ci nauczyciele, którzy pierwotnie otrzymali wypowiedzenie, znajdą pracę w innych szkołach, w których przybędzie uczniów.

Protesty niektórych środowisk nauczycielskich to konflikt ideologiczny. Są zagrywką polityczną przeciw temu, co tworzy rząd Prawa i Sprawiedliwości.  W wychowaniu młodzieży trzeba bazować na sprawdzonych, starych, dobrych, polskich wartościach, a nie bezkrytycznie przyjmować to, co napływa z Zachodu. Pedagodzy pracujący w systemie ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum zdają sobie sprawę, że ten stary system doskonale przygotowywał do matury. W ramach trzyletniego liceum nauczyciele nie byli w stanie odpowiednio przygotować uczniów. Ambitni uczniowie musieli szukać działań zastępczych, kursów czy korepetycji.

Obecne protesty są wywołane przez te same środowiska, które przed laty protestowały przeciwko wprowadzeniu gimnazjów. Co ciekawe, nie było protestujących, gdy poza kanonem lektur znalazły się najważniejsze dla Polski dzieła. Nie było protestujących, gdy Bruksela nazwała Henryka Sienkiewicza pisarzem nacjonalistycznym. Dzieła Henryka Sienkiewicza są kwintesencją polskości, każdy powinien je przeczytać. Bruksela nie może wybierać Polsce lektur omawianych w szkołach.

Największym marzeniem naszego gościa, jeśli chodzi o rozwój edukacji w Tarnowie, jest powstanie Akademii Tarnowskiej oraz pozyskanie środków na wyposażenie i remont obiektów oświatowych. [related id=35197]

W drugiej części rozmowy Kazimierz Koprowski opowiedział, jak wygląda sytuacja samorządowa Tarnowa. PiS ma większość w radzie miasta, czyli organie ustawodawczym – stanowiącym i podejmującym uchwały, np. dotyczącą budżetu. Jego zadaniem jest też wskazywanie kierunku działań dla prezydenta. Urząd prezydenta, który w Tarnowie jest z innego ugrupowania, to organ wykonawczy. Rada Miasta ma możliwość w pełni kontrolować poczynania prezydenta, np. w sprawach dotyczących rozporządzania budżetem. Rola rady miasta sprowadza się – według naszego rozmówcy – przede wszystkim do tego, aby mieszkańcy byli zadowoleni z tej władzy, którą wybrali, aby przynosiła im ona konkretny pożytek. W ocenie naszego gościa radni Prawa i Sprawiedliwości wywiązują się z tego zadania.

Tarnów, byłe miasto wojewódzkie, znajduje się pomiędzy dwiema wielkimi aglomeracjami, Krakowem a Rzeszowem. Z tego powodu ma ograniczone możliwości rozwoju. Obecne miasta wojewódzkie „zasysają” środki unijne w maksymalnym stopniu. Kiedy likwidowano województwa, miał powstać specjalny program rozwoju dla byłych miast wojewódzkich, co niestety nie doszło do skutku. Miasto straciło na tym, że poprzednie rządy nie zadbały o taki system przyznawania środków unijnych, z którego Tarnów mógłby skorzystać.

Całej audycji można posłuchać tutaj. Wywiad z Kazimierzem Koprowskim w części szóstej.

MW

Włodzimierz Żelechowski jest dobrym przykładem wkładu przybyszów z innych stron Polski do historii i kultury Śląska

Jego wiersze „górniczo-hutnicze” należą ściśle do tutejszej spuścizny literackiej. W czasach, gdy tak dużą rolę przykłada się do edukacji regionalnej, wypada pamiętać o tych wierszach i ich autorze.

Jacek Okoń

Można rzec o Włodzimierzu Żelechowskim, że został zapomniany. Jego poczciwe życie przetoczyło się przez pięć co najmniej okresów historycznych, w tym przez dwie wojny światowe. Urodził się w 1893 roku w Krakowie. Jego ojciec, Kasper Żelechowski, był znanym malarzem młodopolskim, działającym w grupie tzw. Piątki Chłopomanów.

Tematyka wiejska, połączona z warsztatem Młodej Polski, na długo określiła sposób widzenia piękna i tworzenia poezji przez syna-poetę. Przez ich krakowski dom przewijały się znane postacie ówczesnego Krakowa, m.in. Ludwik Stasiak i Włodzimierz Tetmajer (czyli Gospodarz z „Wesela” Wyspiańskiego). Był to dom o wysokiej kulturze intelektualnej i artystycznej, o głębokim patriotyzmie. Włodzimierz Żelechowski studiował prawo i leśnictwo, rozpoczął pracę w górnictwie naftowym w Borysławiu. Gdy nadeszła I wojna światowa, został legionistą Piłsudskiego.

Po 1922 roku, kiedy część Śląska została przyznana Polsce, życie Żelechowskiego związało się z Katowicami. Miejscowe środowisko polskie potrzebowało kadr dla przemysłu, ludzi wykształconych, urzędników, działaczy kulturalnych. Poeta przybył tu w 1923 r. z żoną, poetką Janiną Zabierzewską. Podjął pracę w Urzędzie Wojewódzkim, równolegle działając twórczo i próbując skonsolidować rozproszone, nieliczne miejscowe środowisko literackie. (…)

Pod względem ideowym pozostał piłsudczykiem. Po przewrocie majowym publikował w sanacyjnej „Polsce Zachodniej”, piśmie wojewody Grażyńskiego. Dużo pisał i wydawał. Ale przez pierwsze dziesięć lat zamieszkiwania na Śląsku konsekwentnie nie wykazywał zainteresowania tematyką śląską. Mentalnie pozostawał krakusem, polskim patriotą i działaczem, siewcą oświaty. Wydał w tym czasie trzy tomiki wierszy, w których opiewał piękno krajobrazu wyniesionego pod powieką ze stron rodzinnych, uroki przyrody i życia wiejskiego, sielskość. Wydawców szukał poza Śląskiem.

Dlatego z zaciekawieniem, ale i zdziwieniem recenzenci skonstatowali ukazanie się w 1933 roku (z datą 1934) tomiku „W cieniu brzóz i kominów” o podtytule „Tematy śląskie”. Zawartość utworu zdawała się zwiastować przełom świadomościowy autora. Tomik zawierał 45 wierszy, w tym 9 górniczych, 8 hutniczych, pozostałe opisywały krajobraz Katowic i okolic. Krytyka powitała książeczkę ciepłymi słowami, co nie przeniosło się na zainteresowanie czytelników i sukces rynkowy.(…)

Ale od czasów pionierskich wierszy zagłębiowskich o tematyce górniczej Andrzeja Niemojewskiego (1895) było to pierwsze tak obfite poetyckie opisanie rzeczywistości kopalnianej i pracy górnika, nawet technologii wydobywczej. W wierszach tych wykazał się Żelechowski zadziwiającą znajomością nawet tak ściśle specjalistycznych prac, jak roboty filarowe, odwadnianie kopalni, stawianie tamy przeciwpożarowej. A nie była to bynajmniej wiedza, która by pochodziła z osobistego doświadczenia pracowniczego, bo przecież krótki okres pracy w górnictwie naftowym nie był tu pomocny. (…)

W ostatnim okresie życia Poety w kwartalniku „Śląsk Literacki” ukazało się kilka wierszy, poprzez które jego osoba została przypomniana, żywot środowiskowy przedłużony. Były to jednak owe wiersze przedwojenne, właśnie te z tomiku „W cieniu brzóz i kominów”, poświęcone przecież już w momencie powstania (przed 1933 r.) tematowi teraz wręcz obowiązkowemu – pracy robotniczej. Zostały jednak na tę nową okoliczność tak ufryzowane, by czytelnik, krytyk i cenzor poddali się złudzeniu, że to wiersze całkiem nowe o nowych czasach – że to wiersze socrealistyczne.

By ten cel osiągnąć, dokonano (autor? „życzliwy” redaktor?) zmian zaledwie kosmetycznych lub nawet nie ingerowano w treść. Skutek osiągnięty został bowiem głównie poprzez zmianę tytułów. Przedwojenny wiersz „Gwiazdy na ziemi” (o zapadaniu zmierzchu nad miastem) nazywał się teraz „Stalinogród w nocy”, zaś wiersz „Widok ze wzgórza” wydrukowano pod nazwą „Wzgórze nad Stalinogrodem”. Zawartość pozostała ta sama – przedwojenna. W tak paradoksalny sposób kilka wierszy z tomiku „górniczo-hutniczego” przedłużyło swój żywot, zachowując tożsamość treściową z pierwodrukami.

Cały artykuł Jacka Okonia pt. „Górnośląskie górnictwo w twórczości poetyckiej Włodzimierza Żelechowskiego” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jacka Okonia pt. „Górnośląskie górnictwo w twórczości poetyckiej Włodzimierza Żelechowskiego” na s. 6 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Arkadiusz Dzikowski: Rekonstrukcje historyczne obalają mity. Średniowieczny rycerz jak dzisiejszy żołnierz pola walki

Dzień 52. z 80/ Malbork/ O oblężeniu Malborka i rekonstrukcjach historycznych, w tym o największej w Polsce bitwie pod Grunwaldem, opowiada Arkadiusz Dzikowski, członek Kapituły Rycerstwa Polskiego.

– Ostatnio mocno stawiamy na rekonstrukcje historyczne. Mamy specjalny dział wyposażony w repliki militariów i to jest wielka atrakcja – powiedział Arkadiusz Dzikowski z Muzeum Zamku w Malborku, który sam jest rekonstruktorem od dwudziestu kilku lat, a także Mistrzem Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej. Przez wiele lat osobiście wykonywał repliki uzbrojenia.

– Możliwość założenia na siebie elementów uzbrojenia, wzięcia do ręki miecza jest najbardziej skuteczną metodą zwalczania wszelkiego typu stereotypów – powiedział Arkadiusz Dzikowski.

– Chciałbym rozwiać mit na temat funkcji i wagi uzbrojenia rycerskiego. Mit pierwszy, że jak rycerz spadał z konia, to już nie mógł się podnieść, albo że „ważyło to tyle, że dziś nikt nie byłby w stanie tego unieść”. To są mity, my, rekonstruktorzy, biegamy w tych zbrojach po polach bitew w całej Europie i jak się przewrócimy, to nic nie staje na przeszkodzie, żeby się podnieść.

– W historii praktycznie nic się nie zmienia – zbroja rycerza ważyła około 20-25 kilogramów, a wyposażenie dzisiejszego żołnierza pola walki jest w granicach 30 kilogramów, a więc 20-30 kg to taki constans dla żołnierza – zauważył przysłuchujący się rozmowie na temat rekonstrukcji historycznych prezes Koła Przewodników Malborskich Krzysztof Sikora. Redaktor Wierzejski przypomniał, że dotyczy to również czasów starożytnych, bowiem wyposażenie greckiego hoplity ważyło również 30-40 kilogramów.

Arkadiusz Dzikowski wyjaśnił, że rekonstrukcja polega na starannym i jak najbardziej wiernym odtworzeniu przebiegu zdarzeń, dlatego nie ma obawy, że kolejną rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem Polacy mogliby przegrać. Podkreślił, że rekonstruktorzy często badają i odtwarzają zarówno przebieg zdarzeń, jak i całą otoczkę związaną z dziedzictwem materialnym danej epoki. Nie od dziś wiadomo, że rekonstrukcjami zajmują się pasjonaci historii.

– Gdy rekonstruujemy oblężenie Malborka, to, w przeciwieństwie do Grunwaldu, tutaj oczywiście wygrywają Krzyżacy – powiedział Dzikowski. Dodał, że jest to rekonstrukcja wielowątkowa i za pośrednictwem tej imprezy rekonstruktorzy pokazują nie tylko aspekty militarnej tej bitwy, ale również kulturę średniowiecza.

fot. Jaśmina Nowak

Bierze w niej udział zazwyczaj kilkaset osób zaangażowanych w odtwarzanie najróżniejszych scen dotyczących oblężonego Malborka i życia na zamku. Przyznał, że rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem jest zdecydowanie większa od tej malborskiej, bowiem to jedna z największych rekonstrukcji w Europie.

– To jest kilka tysięcy rekonstruktorów, ale samych rycerzy na polu bitwy jest mniej – powiedział Dzikowski.

Prowadzący program redaktor Aleksander Wierzejski zachęcił do „zdobywania Malborka”, tak jak to uczynili Polacy w czasie wojny trzynastoletniej, kiedy to kupił zamek dzięki inicjatywie Andrzeja Tęczyńskiego herbu Topór w roku 1457 król Polski Kazimierz Jagiellończyk za kwotę 190 tysięcy florenów (ok. 660 kg złota) od dowodzącego najemnikami Ulryka Czerwonki z Czech. Dziś możemy zwiedzać ten największy na świecie zamek średniowieczny za zdecydowanie mniejsze sumy.

Arkadiusz Dzikowski (50 l.) – członek Chorągwi Hetmańskiej Hetmana Wielkiego Kapituły Rycerstwa Polskiego.
[related id=34994]Założyciel stowarzyszenia i Mistrz Bractwa Rycerzy Ziemi Sztumskiej (www.rycerzesztum.pl) w 1994 roku. Współzałożyciel Kapituły Rycerstwa Polskiego – członek Konwentu, aktualnie Namiestnik Prowincji Prusy. Współorganizator wielu turniejów, m.in. Turnieju Rycerskiego im. Arcyksięcia Albrechta von Habsburg i Turnieju Rycerskiego im. Arnolda von Schwarzburg na Wzgórzu Zamkowym w Dzierzgoniu oraz dwóch edycji Turnieju Rycerskiego w Santoku. Uczestnik (w roli dowódcy obrony zamku) dziewięciu edycji imprezy historycznej pt. „Oblężenie Malborka”. Dowódca Chorągwi Sztumskiej podczas 4. edycji inscenizacji historycznej „Bitwa Grunwaldzka”. Współzałożyciel Towarzystwa Turniejowego „Unia Pruska” zrzeszającego grupy historyczne z terenu Polski północnej.

Twórca Grupy Turystyki i Rekonstrukcji Historycznej „Szwadron Powiśle”, kultywującej tradycje bojowe 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” (www.lupaszko.pl). Współorganizator i uczestnik (jako dowódca „Szwadronu Powiśle”) Rajdu Szlakiem 5. WB AK mjr. „Łupaszki”.

Ponadto członek kilku stowarzyszeń społecznych, m.in. stowarzyszenia społeczno-politycznego „Samorządne Powiśle”, „Wspólnoty Polskiej”, gdzie współorganizuje pobyt dzieci polskich z Białorusi na terenie powiatu sztumskiego. Współzałożyciel i lider Centrum Kultury Chrześcijańskiej, działającego przy parafii pw. św. Anny w Sztumie pod patronatem Diecezji Elbląskiej.
Uhonorowany Orderem Orła z Mieczem przez Hetmana Wielkiego Kapituły Rycerstwa Polskiego, Krzyżem Sybiru przez Związek Sybiraków i medalem Zasłużony dla Ziemi Sztumskiej przez burmistrza miasta i gminy Sztum.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj