Komitet Narodowych Obchodów 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości odbył inauguracyjne posiedzenie w poniedziałek 11.09

Chciałbym, aby w każdym najmniejszym zakątku Rzeczypospolitej rozmawiano o stuleciu odzyskania niepodległości – powiedział prezydent Andrzej Duda na pierwszym spotkaniu Komitetu w Pałacu Prezydenckim.

Inauguracyjne posiedzenie Komitetu odbyło się w poniedziałek w Pałacu Prezydenckim.

„Czekają nas bardzo ważne i, powiedziałbym, podniosłe lata. Mówię 'lata’, bo uznajemy tę symboliczną datę 11 listopada 1918 r., ale przecież Polska nie powstała, ot tak, 11 listopada 1918 r. w pełnych swoich granicach, w których później istniała do 1939 roku. To był proces kształtowania się na powrót tej wolnej, niepodległej II Rzeczypospolitej. W tym procesie miały miejsce różne wydarzenia, wszystkie były ważne dla naszej historii, miały miejsce wielkie zrywy (…). Ich setne rocznice będziemy świętowali w najbliższych latach” – mówił prezydent.

Jak zaznaczył, cieszy się, że „będziemy czynili to razem”. „Tak jak ci, których fotografie są tu za mną, wielcy Polacy, których nazywamy ojcami niepodległości. Przecież wszyscy wiemy, jak różne mieli poglądy, i wiemy, że w sensie światopoglądowym, ideologicznym dzieli ich bardzo wiele. Były to często przepaście. Ale w sprawach najważniejszych dla Rzeczypospolitej, w sprawie jej istnienia, jej niepodległości, suwerenności, w sprawie walki z wrogiem Rzeczypospolitej zawsze potrafili stanąć razem, odrzucając wszelkie podziały” – podkreślił Andrzej Duda.

„Dlatego cieszę się, że jesteśmy dzisiaj tu razem w tej sali, właśnie teraz, także po tych stu latach, ludzie o różnych poglądach, bardzo różnym często spojrzeniu na dzisiejszą Rzeczpospolitą, na to, jaka ona powinna być. Ale jesteśmy tutaj razem, bo wszyscy pewni jesteśmy jednego – że powinna być niepodległa i powinna być suwerenna, że powinna być wolna” – mówił prezydent.

Jak mówił, ogromnie ważne jest dla niego, aby istota obchodów stulecia odzyskania niepodległości przez Rzeczpospolitą „miała charakter lokalny”.

„Żeby w każdym najmniejszym zakątku Rzeczypospolitej rozmawiano o stuleciu odzyskania niepodległości, mówiono o Polsce – nie tylko z punktu widzenia historii, nie tylko z punktu widzenia tych minionych stu czy więcej lat, jeżeli będziemy patrzyli na to, choćby dlaczego doszło do utraty niepodległości i dlaczego nie mieliśmy jej przez 123 lata” – dodał.

Prezydent podkreślił, że chciałby, aby w lokalnych społecznościach byli wspominani ci, którzy są „bohaterami niepodległości”. „Nazwiska powstańców, tych, którzy pierwsi chwycili za broń, którzy walczyli, którzy zginęli. Bardzo często dzisiaj w polskich miastach, miasteczkach, wioskach już nie pamięta się nawet nazwisk tamtych bohaterów. Chciałbym, żeby one zostały przypomniane” – podkreślił prezydent.

„Chciałbym, żeby była świadomość lokalnego udziału w odzyskaniu niepodległości. Bardzo to jest istotne właśnie dlatego, żebyśmy w ten sposób budowali wspólnotę, żebyśmy budowali to poczucie łączności międzypokoleniowej, poczucie także wdzięczności obecnego pokolenia dla tamtych pokoleń, które już odeszły, ale dzięki którym m.in. dzisiaj mamy wolną, niepodległą i suwerenną Polskę” – mówił prezydent.

Pełnomocnik rządu ds. obchodów stulecia niepodległości, sekretarz Komitetu Jarosław Sellin zaprezentował założenia wieloletniego programu „Niepodległa” na lata 2017-21.

Jak mówił, na potrzeby przygotowań programu rządowego Narodowe Centrum Kultury wraz z TNS Polska latem 2016 r. przeprowadziło badania społeczne dotyczące stosunku Polaków do patriotyzmu, polskiej historii, a także świętowania niepodległości.

„Z wypowiedzi Polaków na temat poczucia wspólnoty wypływa niestety niepokojący wniosek – jest ono na zdecydowanie niezadowalającym poziomie (…) 41 proc. respondentów biorących udział w sondażu stwierdziło, że Polaków łączy tyle samo, co dzieli, aż 40 proc. wskazało na odpowiedź – 'więcej dzieli niż łączy’. Tylko 14 proc. respondentów uważa, że jest odwrotnie – stąd sformułowanie głównego celu programu odnoszącego się do próby budowania wspólnoty obywatelskiej” – powiedział Sellin.

Przypomniał, że program „Niepodległa” podzielony został na trzy główne działy – ogólnopolski, regionalny i lokalny oraz międzynarodowy.

W trakcie uroczystości prezydent podpisał postanowienie ws. powołania członków Komitetu Narodowych Obchodów 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości RP, a także wręczył kilkudziesięciu przedstawicielom partii i ugrupowań politycznych, organizacji i podmiotów wskazanych przez siebie akty powołania na członków Komitetu.

Podczas posiedzenia Komitetu w Pałacu Prezydenckim obecni byli m.in.: pełnomocnik rządu ds. obchodów stulecia niepodległości, sekretarz Komitetu Jarosław Sellin, wicepremier, minister kultury prof. Piotr Gliński, wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin, szef MON Antoni Macierewicz, minister edukacji Anna Zalewska, szefowa kancelarii premiera Beata Kempa, marszałek Sejmu Marek Kuchciński, wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, marszałek Senatu Stanisław Karczewski oraz p.o. szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Józef Kasprzyk.

Powołanie Komitetu Narodowych Obchodów 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości RP, z udziałem m.in. z prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu oraz premiera, zakłada ustawa o obchodach 100-lecia niepodległości Polski przygotowana przez prezydenta Andrzeja Dudę. Według ustawy w przygotowaniu narodowych obchodów powinny brać udział partie polityczne i inne ugrupowania.

Celem Komitetu jest realizowanie w latach 2017-21 zadań dotyczących upamiętnienia i uczczenia wydarzeń oraz osób związanych z odzyskaniem i utrwaleniem niepodległości przez Polskę.

PAP/MoRo

Narodowe Centrum Kultury animatorem i sponsorem wydarzeń lokalnych, regionalnych i ogólnopolskich ważnych dla Polaków

Dzień 76. z 80 / Warszawa / Za nami ok. 500 km Wisły/ W Poranku WNET rozmowa z dyrektorem Narodowego Centrum Kultury prof. Rafałem Wiśnieckim o działalności kierowanej przez niego instytucji.

[related id=37796]W Poranku WNET gościł dyrektor Narodowego Centrum Kultury prof. Rafał Wiśniecki. Opowiedział o działalności NCK i zaprezentował wydaną ostatnio przy współudziale NCK reedycję płyty zespołu Armia.

W ostatnim czasie NCK w sali BHP w Stoczni Gdańskiej zaprezentowało film „Gdzie jest porozumienie gdańskie”. Jest to próba rekonstrukcji drogi dokumentów, które historia nazwała porozumieniami sierpniowymi, podpisanymi w sierpniu 1980 r. w Gdańsku.

W Galerii Kordegarda w Warszawie NCK zaprezentowało wystawę, w której pokazane zostało, w jaki sposób „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego było wystawiane na deskach polskich teatrów w ciągu 100 lat od jego napisania. Można było zobaczyć, jak niektóre fragmenty były cenzurowane jeszcze w czasach zaborów.

Dziełem NCK była też impreza z okazji narodowego czytania 'Wesela” Wyspiańskiego w Ogrodzie Saskim w Warszawie oraz „Festiwal Psalmów Dawidowych na Podkarpaciu”. Ponadto NCK współorganizowało Festiwal w Rzeszowie, Białymstoku i Lublinie „Wschód kultury”.

NCK dysponuje kilkudziesięcioma milionami złotych budżetu, który jest przeznaczony na różne wydarzenia o charakterze lokalnym, regionalnymi i ogólnopolskim. W przyszłym roku NCK będzie zaangażowane w obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę w roku 1918.

– Niepodległość jest czymś ważnym i NCK chciałoby, aby poza rokiem rocznicowym, w którym będziemy celebrować odzyskanie niepodległości już od 1 stycznia do ostatniego dnia grudnia 2018, także o tym pamiętać i to nie tylko 11 listopada – powiedział Wiśniecki.

[related id=37678]W trakcie są wydarzenia związane z „Rokiem Wisły” i „Rokiem Conradowskim”, a także innymi jubileuszami.

Na koniec rozmowy dyrektor NCK zaprosił na 14 września do Galerii Kordegarda na wystawę pod tytułem „60 Warszawskich Jesieni. Impresje muzyczne”.

Całej rozmowy można posłuchać w części piątej dzisiejszego Poranka WNET. Uczestniczył w niej również Maciej Bodasiński, organizator akcji „Różaniec do granic”. Zapraszamy do słuchania.

JS

 

Organizator Festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”: Uaktywniła się Polska lokalna próbująca opisywać swych bohaterów

Dzień 76. z 80/Warszawa /Za nami ok. 500 km Wisły/ Dyrektor Festiwalu NNW Arkadiusz Gołębiewski o mającej się odbyć w Gdyni w dniach 27-30.09.2017 IX Edycji Festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”.

[related id=37770]- Cel tego festiwalu pozostaje wciąż ten sam. W tym roku do konkursu filmowego „Złoty Opornik” zgłoszono ponad sto filmów – powiedział dyrektor Festiwalu NNW Arkadiusz Gołębiewski. – Potrzeba dyskusji na temat, jak prawdę historyczną przekładać na język filmu.

W 2008 roku, w momencie, gdy festiwal startował po raz pierwszy, emocje rozpalała dyskusja na temat, jak prawdę historyczną przekładać na język filmu, i to nie tylko filmu dokumentalnego, a przede wszystkim – fabularnego. Wszyscy zastanawiali się wówczas, jak to zrobić, aby te filmy były bardzo dobre i nie funkcjonowały tylko jako swego rodzaju opowieści. Zdaniem Gołębiowskiego „im więcej jest projektów, tym większa jest potrzeba dyskusji”. Do ciekawych w tegorocznym przeglądzie zaliczył film o Hieronimie Dekutowskim pt. „Zapory”.

– Wartością tego festiwalu przede wszystkim jest to, że uaktywniła się Polska lokalna, która próbuje opisywać swoich bohaterów, i to jest dużą wartością – powiedział Gołębiewski.

Festiwal przyznaje również nagrody: „Drzwi do Wolności” to wyróżnienie przyznawane bohaterom drugiego planu za odwagę oraz poświecenie i wspieranie działaczy podziemia niepodległościowego i solidarnościowego; „Sygnety Niepodległości” to wyróżnienie przyznawane świadkom historii bohatersko walczącym o wolność i niepodległość kraju.

– Nasi świadkowie historii, którzy są bardzo wiekowi, przyjeżdżają, jak chociażby studwuletnia pani Mirecka-Loryś – powiedział Gołębiewski.  Kpt. Maria Mirecka-Loryś to była komendantka główna Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Kobiet. Rok temu została uhonorowana przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w działalności polonijnej, społecznej i charytatywnej w Polsce i Stanach Zjednoczonych Ameryki, w szczególności na rzecz polskiej mniejszości na Ukrainie.

Tegoroczne hasło festiwalu to „Wolna Polska w wolnym świecie”, co jest nawiązaniem do manifestu sprzed 40 lat Janusza Krupskiego, który na łamach pierwszego wydania „Spotkań” napisał, że „nie będzie wolnej Polski bez odzyskania niepodległości przez kraje okupowane przez Związek Radziecki”.

[related id=37678]- Do tych słów nawiązujemy, zapraszając dosyć dużą grupę opozycjonistów z różnych krajów – powiedział Arkadiusz Gołębiewski. W tym roku między innymi przyjedzie z Węgier pani Maria Witner, która jako młodziutka dziewczyna walczyła w 1956 roku w Budapeszcie i za udział w powstaniu węgierskim została skazana na karę śmierci; karę zamieniono potem na dożywocie.

W ramach projektu „Młodzi dla historii” przyjadą również do Polski przedstawiciele amerykańskiej młodzieży z największej organizacji tego typu w USA „National History Day”, która zajmuje się upowszechnianiem historii całego świata.

Od dwóch lat przyznawana jest również nagroda literacka w ramach festiwalu oraz nagroda za dokument radiowy. Festiwal w tym roku odbędzie się w dniach 27-30 września w Gdyni.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka WNET

Cały wywiad z szefem Festiwalu Niepokorni,  Niezłomni, Wyklęci p. Arkadiuszem Gołębiewskim w części szóstej Poranka WNET

Juliusz Kulesza: Cieszę się, że dożyłem czasów, w których Powstanie Warszawskie cieszy się zainteresowaniem

Wsiąść do pojazdu z okresu II wojny światowej, usiąść w dziale przeciwlotniczym, posłuchać obrońcy reduty PWPW – to wszystko dla uczestników Pikniku Powstańczego zorganizowanego przez Redutę PWPW.

[related id=37530]Pokaz sprzętu wojskowego, gra miejska, konkursy historyczne, personalizacja kart dla dzieci, pokaz czerpania papieru, okolicznościowe nadruki wykonywane na historycznej maszynie dociskowej, tzw. bostonce – to niektóre z atrakcji pikniku zorganizowanego przez przez Redutę PWPW – Fundację na Rzecz Obrony Pamięci Historii Polski. Dla młodszych uczestników tego wydarzenia o godzinie 15:15 odbył się występ zespołu Arka Noego, a dla starszych od godz. 18:00 wystąpią: Garwoliński Teatr Muzyczny Od Czapy, Contra Mundum oraz – jako gwiazda wieczoru – zespół Luxtorpeda. Od godziny 21:30 do północy na budynku PWPW przy ul. Rybaki 35 prezentowane będzie widowisko multimedialne z wykorzystaniem techniki mappingu 3D.

Gościem specjalnym był Juliusz Kulesza, powstaniec warszawski, który brał udział w walkach o Redutę Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Podczas wojny służył jako łącznik oraz walczył z bronią w ręku. Dziennikarzom opowiedział o walkach oraz swoim najbardziej traumatycznym doświadczeniu. Zapytany, co myśli, widząc piknik, który przyciągnął setki młodych ludzi, stwierdził, że jest bardzo zadowolony z tego, iż dożył czasów, w których Powstanie Warszawskie cieszy się zainteresowaniem.

 

Juliusz Kulesza o wojnie opowiedział również bezpośrednio uczestnikom pikniku.

https://www.facebook.com/radiownet/videos/10156293964811754/

 

 

Zapraszamy również do obejrzenia galerii zdjęć

Odbiorcy czy czciciele? Ta druga nazwa jest bliższa prawdy w stosunku do całych grup społecznych korzystających z mediów

Czy mamy jeszcze w kraju dziennikarzy? Radykalizujące się przekazy przedstawicieli prasy, radia, telewizji i portali internetowych pokazują, że dziennikarstwo informacyjne w Polsce zanika,

Michał Bąkowski

Moim zdaniem osoba pracująca w środkach masowego przekazu powinna swoją pracę traktować jako szczególną służbę dla dobra wspólnego, dla społeczeństwa. Informacje przez nią przekazywane powinny być tak wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak to tylko jest możliwe, aby odbiorca miał prawdziwą wiedzę o otaczającym go świecie. Należy umożliwić mu dokonywanie wyborów w sposób świadomy.

Jest to wizja wyidealizowana, ale uważam, że im bliżej rzeczywistość będzie do niej przystawać, tym większe będą korzyści dla odbiorców i nadawców. Tymczasem np. tydzień przed wizytą prezydenta Trumpa wiedziałem, która telewizja zafunduje nam propagandowy serial wmawiający nam, jak wielkim i silnym krajem jesteśmy, a która za wszelką cenę będzie umniejszać znaczenie tej wizyty. Podobnie sprawa wygląda przy wprowadzaniu ważnych ustaw, wizytach dyplomatycznych, uroczystościach. (…)

W społeczeństwie funkcjonuje również stwierdzenie, że media są czwartą władzą. Po pierwsze władza to wywieranie wpływu, aby osiągnąć konkretny cel, a więc media nie powinny uczestniczyć w tym procesie. Po drugie, nie mogę zgodzić się z tym określeniem, ponieważ wiele środków masowego przekazu pozostaje dzisiaj na usługach polityków i innych wpływowych grup. Więc właściwsze byłoby nazywanie ich ewentualnie przydatnym narzędziem w rękach władzy. Zakładając oczywiście, że najważniejszą władzą w Polsce są trzy elementy wymienione w trójpodziale władzy. Co do tego też można mieć wątpliwości.

Cały felieton Michała Bąkowskiego pt. „Media czwartą władzą w Polsce?” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Michała Bąkowskiego pt. „Media czwartą władzą w Polsce?” na s. 5 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Z dr. Herbertem Kopcem z Uniwersytetu Śląskiego nie mam nic wspólnego – ogłosił dr Hubert Kupiec ze Szczecina

W (dominujących) kręgach lewicowo-liberalnych pedagogicznych salonów od lat mam mocno zszarganą opinię. Ledwo mnie tu znoszą. Nie ma bowiem między nami, jak to się dziś mówi, chemii.

Herbert Kopiec

Nie od dziś lewackie siły postępu mają mnie na oku. Mam to nawet w jakimś sensie udokumentowane. Oprócz postanowień komisji dyscyplinarnych ds. nauczycieli akademickich, wyroków Sądu Pracy prawomocnie orzekających o wyrzuceniu, ale i przywracających mnie do pracy, anonimów, w których rozpoznano we mnie m.in. „homofoba, ksenofoba i religijnego fanatyka”. (…)

Kogo, przykładowo – no może właśnie oprócz Kopca – poirytowałaby wypowiedź pewnej pani profesor z szacownego uniwersytetu (miłosiernie pomińmy jej nazwisko) – która bez większej skromności zapewniwszy uczestników osławionego dyskursu pedagogicznego (w tym piszącego te słowa) o swoich najwyższych kompetencjach w zakresie znajomości filozofii klasycznej oraz współczesnej ideologii postmodernizmu – równocześnie poinformowała, że odnosi się do tych opozycyjnych/sprzecznych względem siebie nurtów myślenia – z tym samym najwyższym szacunkiem?

Jak myślisz, Czytelniku: czy ktoś na to zareagował, zgłosił wątpliwość, zadał pytanie? Niestety nie. (…)

Oświadczenie. Informuję, że ze względu na podobne brzmienie mojego imienia i nazwiska mylnie identyfikuje się moją osobę z wypowiedziami i artykułami Pana dr. Herberta Kopca z Uniwersytetu Śląskiego, z którym nie mam nic wspólnego. Dr Hubert Kupiec, Uniwersytet Szczeciński.

Informuję o tym dość kuriozalnym incydencie z niejakim opóźnieniem. Do zainteresowanych (w tym nadawcy/nadawców (?) i do mnie (Herberta Kopca) także on w końcu dotarł. Choć tak przecież być nie musiało, bo Oświadczenie zostało zamieszczone w niszowym, branżowym, acz oficjalnym, prestiżowym Biuletynie Informacyjnym Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk. (…)

Nie ukrywam, że lektura Oświadczenia w pierwszym oglądzie nasuwała myśl o nieszczęśliwym wypadku przy pracy (o czym będzie za chwilę), bo charakter, treść Oświadczenia nijak przecież nie przystaje do elitarnego, poważnego miejsca, w którym się ukazało.

Jakże to, pomyślałem dobrodusznie i naiwnie zdziwiony: oto w oficjalnym Biuletynie Polskiej Akademii Nauk, w którym pomieszczane są ważne informacje poważnych instytucji państwowych zarządzających akademicką pedagogiką, ni w pięć, ni w dziewięć ukazuje się informacja jakby – za przeproszeniem – z magla wzięta. Zachowanie autora Oświadczenia (ale tylko pod pewnym względem) przypomina zapobiegliwą ostrożność byłej małżonki pijaka, która już po rozwodzie – profilaktycznie – w lokalnej gazecie ogłosiła (w dziale „Ogłoszenia płatne”): za długi mojego byłego męża nie odpowiadam.

Jest oczywiście różnica zasadnicza. Była małżonka pijaka ma zazwyczaj rzeczywiste powody odcięcia się od swojego eksmałżonka. Może on przecież być dla niej hipotetycznie nadal niebezpieczny, choćby w obszarze sygnalizowanych zobowiązań finansowych. Nie da się tego powiedzieć o (nieznanym mi osobiście) panu doktorze z Uniwersytetu Szczecińskiego, noszącym podobnie do mojego brzmiące imię i nazwisko.

Jakoż zauważmy, mój szanowny prawie imiennik nie zdecydował się ujawnić, dlaczego (ewentualne, mylne) identyfikowanie go z Herbertem Kopcem byłoby mu nie na rękę i niemiłe (?). I z tego powodu zrobił to, co zrobił.

Taki już mam paskudny charakter, że jakieś licho podkusiło mnie, aby incydent próbować zrozumieć i wyjaśnić. Drogą telefoniczną i u samego źródła. W króciutkiej i gwałtownie przerwanej (nie z mojej winy) rozmowie zorientowałem się jednak, że jestem naiwnym pięknoduchem. Od samego początku rozmowa Kopca z Kupcem, najdelikatniej mówiąc, nie kleiła się. Zostałem pouczony, iż żyjemy w wolnym kraju i nie trzeba się nikomu tłumaczyć z podjętych decyzji i wyborów. Dotyczy to także udziału w dyskursie pedagogicznym bądź rezygnacji z niego.(…)

Tak czy owak, do rozmowy o potrzebie dyskursu pedagogicznego nie doszło. Było jak w czeskim filmie: nie wiadomo, o co chodzi. A szkoda.

Cały artykuł Herberta Kopca pt. „Wszystkie chwyty dozwolone…”, znajduje się na s. 5 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Wszystkie chwyty dozwolone…” na s. 5 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Kurier WNET” 38/2017, Luiza Komorowska, Antoni Opaliński: Opowieść jak z Hitchcocka o polskim lotniku-bohaterze

O Alexie Herbście, pilocie czasów wojny, o filmach nakręconych o nim i z jego udziałem, oraz o tym, co zawdzięcza spotkaniu z tym niezwykłym człowiekiem, mówi reżyser dokumentalista Sławomir Ciok.

Luiza Komorowska
Antoni Opaliński
Sławomir Ciok

Zapomniany bohater, który nie chciał mówić, że jest bohaterem

W wieku 99 lat zmarł w Edmond w USA kapitan Witold Aleksander Herbst, pilot polskich dywizjonów lotniczych 303 i 308 walczących w bitwie o Anglię. Jest Pan autorem filmu dokumentalnego o lotniku Alexie Herbście, a także jednym ze współautorów filmu, na który czeka bardzo wiele osób – filmu fabularnego o Dywizjonie 303.

Moje spotkanie z Alexem Herbstem kilka lat temu zaowocowało tym, że znaleźliśmy nić porozumienia, która po pewnym czasie umożliwiła mi realizację filmu, w którym pokazane jest całe jego życie. To jest pełnowymiarowy film, robiony według amerykańskich reguł. Było to możliwe dzięki osobowości jego bohatera, która potrafiła ożywić ten film i pomóc mi udźwignąć temat.

Jak Pan znalazł zapomnianego bohatera?

Zawsze szukałem ludzi, którzy niosą w sobie ciekawe, nieopowiedziane historie i byliby gotowi podzielić się ze mną wspomnieniami, spostrzeżeniami, swoją osobowością. W Ameryce każde spotkanie zaczyna się od tego: opowiedz mi swoją historię. I tam od razu przechodzi się do konkretów, a później jest czas na dopytywanie o szczegóły. Nie traci się czasu na przypominanie całej historii, tylko skupia się na najważniejszym, na dzisiejszej perspektywie. W tym przypadku opowiadamy o czasach wojny kilkadziesiąt lat po niej, pewne rzeczy wiedząc, pewnych wciąż nie wiedząc, ale przyjmujemy współczesną perspektywę, dla dzisiejszych, normalnych ludzi, niekoniecznie fascynujących się historią.

Jak doszło do spotkania z Alexem Herbstem?

Miałem dużą sieć kontaktów międzynarodowych i ludzie w różnych częściach świata wiedzieli, że szukam ciekawych historii. Pewnego doszła do mnie informacja, że istnieje taki człowiek, że bardzo chciałby opowiedzieć swoją historię. Pozostało mi tylko zorganizować sobie podróż do Seattle, porozmawiać z nim i zobaczyć, czy da się coś z tym zrobić.

Co Pan wiedział wcześniej o tym lotniku?

Dowiedziałem się o nim z opowieści Krzysztofa Poraja-Kuczewskiego, polskiego emigranta mieszkającego właśnie w Seattle, który działa w słynnym, w tej chwili już prawie stuletnim Domu Polskim w Seattle. To jest bardzo ciekawe miejsce; tam Jimi Hendrix wykonywał swoje pierwsze próby, kiedy jeszcze obowiązywała segregacja rasowa, a Polakom z Domu Polskiego zupełnie nie przeszkadzało, że był czarny i dali mu salę do prób.

W ostatnich latach wynikła z tego niezwykła historia. Rada miasta Seattle miała głosować nad tym, czy wesprzeć tę szacowną instytucję, jaką jest Dom Polski. Na początku wniosek o dofinansowanie przepadł. Ale okazało się, że w radzie miejskiej zasiada jeden z muzyków Jimiego Hendrixa, który przypomniał sobie, kto im kiedyś pomógł. Dzięki temu remont Domu został dofinansowany i budynek w tej chwili wspaniale wygląda.

Związek Hendrixa z polskimi lotnikami – tego by żaden scenarzysta nie wymyślił.

Tu jest wiele zdumiewających rzeczy. Godzinami można by opowiadać o tym, czym nasz bohater się interesował. On potrafił – muszę się przyzwyczaić do mówienia o nim w czasie przeszłym – zaskakiwać cytatami z Pana Tadeusza. Potrafił też cytować przedwojennego ministra Becka: „To niech mi pan teraz powie, o co tak naprawdę chodzi, czy o mniejszość niemiecką w Polsce, która nie jest uciskana, czy o mniejszość polską w Niemczech, która jest uciskana?” Ten żart powracał w naszych rozmowach.

Jak długo film był realizowany?

To trwało kilka lat, bo to były powracające rozmowy, które pozwalały mi wszystko zgłębić. Inna rzecz, że przez długie lata zupełnie nikt w Polsce nie był zainteresowany w tym, żeby mi pomóc. Mocno wierzyłem, że to ma sens, więc niezależnie od tego, ile osób wycofywało się z obietnic czy stawiało mi przeszkody, nie miało to znaczenia. Po prostu wiedziałem, że to zrobię, że na pewno znajdę sprzymierzeńców, i tak się stało.

Przez te kilka lat zdążył Pan pewnie poznać Alexa Herbsta i zaprzyjaźnić się z nim?

Wydaje mi się, że poznałem go dość dobrze i też – co było istotne dla mnie – w pewnym momencie zorientowałem się, że zasłużyłem sobie, to jest najlepsze słowo: zasłużyłem sobie na to, żeby uważał mnie za przyjaciela. To zaszczyt, żeby osoba tego pokroju doszła do wniosku, że jestem jej przyjacielem.

Jak to się stało, że jeden z żyjących jeszcze bohaterów, lotnik słynnego Dywizjonu 303, został zapomniany?

Ja też długo się nad tym zastanawiałem i opracowałem sobie taką teorię patriotyzmu deklaratywnego. Wiele osób w Polsce deklaruje patriotyzm, przywiązanie do pewnych wartości, takich, nie waham się użyć tego słowa, marek, jak Dywizjon 303, ale na deklaracjach to wszystko się kończy. I to jest właśnie patriotyzm deklaratywny.

Dla mnie akurat nie miało znaczenia to, że on jest znany, bo ja patrzę na człowieka, a nie na to, co ktoś inny o nim myśli. Pierwsza rzecz, którą musiałem zrobić, żeby powstał film, to przypomnieć o nim wszystkim mniej lub bardziej ważnym ludziom w Polsce. Bardzo pomocna w tym była jego osobowość.

Kiedy poinformowaliśmy o jego istnieniu i o sprawie ówczesną panią konsul generalną w Los Angeles, Joannę Kozińską-Frybes, ona pierwsza wyciągnęła do niego rękę w imieniu polskich władz, poinformowała MSZ, kancelarię prezydenta, MON, szkołę w Dęblinie. Wszystkich, którzy mogli być zainteresowani istnieniem Alexa Herbsta.

Przełomowy moment nastąpił 4,5 roku temu, kiedy z fabryki w Seattle odbieraliśmy pierwszego Dreamlinera. Tam na miejscu odbyła się kilkudniowa feta z udziałem chyba 180 gości z Polski. Alex Herbst był honorowym gościem wszystkich uroczystości i wtedy właśnie swoją osobowością – sposobem bycia, poczuciem humoru, inteligencją – wszystkimi swoimi wspaniałymi cechami zjednywał tych ludzi jednego po drugim. Dyrektorów, prezesów, ministrów, wiceministrów, generałów itd.

Pojawiły się też, jako wyraz więzi z Polską, odznaczenia nadawane przez prezydenta, MSZ, MON. I on też przekonał się w sposób namacalny, że Polska, z którą obawiał się, że jego więzi zostały całkowicie zerwane, sobie o nim przypomniała. Wtedy zrozumiałem, że wcześniej czy później się uda.

Wiemy, że przyjeżdżał do Polski.

Ostatnio był w Polsce 12 lat temu. To była taka sentymentalna podróż z synem, o której zresztą opowiada w filmie. Alex Herbst w trakcie wojny stracił całą rodzinę tak naprawdę nie miał do czego wracać. Wiedział też, czym grozi powrót do Polski pod koniec lat 40. i nie bardzo miał ochotę trafić do więzienia, tłumaczyć się z nie wiadomo czego albo nawet ryzykować wyrok śmierci. Skończył więc studia w Londynie, zdobył nowy zawód – miał wykształcenie ekonomiczne, znał kilka języków. Jakoś sobie radził. Oczywiście lata po wojnie były najcięższe, nie było mowy o żadnym godziwym zajęciu. Po kilku latach nędzy, tułaczki i wszystkiego co najgorsze, zdobył posadę w ambasadzie nowo tworzącego się Pakistanu, który budował także od podstaw swoje siły powietrzne, do których pozyskiwał właśnie pozostających bez zajęcia polskich pilotów.

To jest osobna epopeja; można powiedzieć, że Polacy stworzyli właściwie lotnictwo Pakistanu. Jest książka Moniki Rogozińskiej, która opowiada tę historię w kontekście bardzo osobistym.

Ktoś zrealizował też krótki film dokumentalny na ten temat. Zdarzyło mi się go oglądać w towarzystwie Alexa Herbsta. On był asystentem attaché lotniczego tej ambasady, koordynatorem pozyskiwania pilotów, w szczytowym momencie przełożonym dwustu pilotów pozyskanych do tych sił powietrznych. W taki sposób przepracował około 10 lat.

Później zatrudnił się w brytyjskich firmach eksportowych związanych z lotnictwem. Kiedy brytyjski przemysł lotniczy zaczął się już kurczyć, doszedł do wniosku wraz z żoną, że w Londynie nie da się już za wiele zrobić i wyemigrowali do Nowego Jorku. Tam zaczął inaczej oddychać, wiadomo – Nowy Jork to nie jest duszny Londyn, gdzie jeździ się metrem po tunelach i na dobrą sprawę świata nie ogląda.

Jeździł po świecie. Jako miłośnik kultury antycznej odwiedzał Kair, Ateny, bardzo często bywał służbowo w Barcelonie, latał kilka razy do Sydney. W zasadzie zwiedził cały świat, ale jego więzi z polskim klubem lotników, ze wszystkimi polskimi organizacjami po wyjeździe z Londynu w naturalny sposób zaczęły wygasać. Wspomina o tym w swojej książce „Podniebna kawaleria”, która ukazała się cztery lata temu; resztki nakładu być może są jeszcze gdzieś do kupienia.

25 lat po wojnie spotkał swojego przyjaciela-dowódcę, Witolda Retingera, i okazało się, że są sąsiadami na Long Island. Dzieliło ich chyba 12 mil, o czym nie wiedzieli. Spotkali się i nie mieli o czym rozmawiać. Te 25 lat osobnego, innego życia spowodowało, że z tych lat walki, przyjaźni nic nie zostało. Pożegnali się jeszcze tego samego wieczora i już nigdy więcej się nie zobaczyli.

Dlaczego o tym opowiadam? Bo nam się wydaje, że człowiek, który coś istotnego przeżył, powinien tą historią żyć do samego końca. To wcale nie jest prawda. My nawet nie powinniśmy od nich wymagać, żeby oni te wszystkie ciężkie doświadczenia nosili na swoich barkach przez całe życie. To jest też jedna z tych rzeczy, których się nauczyłem, obcując z takim bohaterem jak Alex Herbst.

Mówił Pan, że Alex Herbst bardzo chciał opowiedzieć swoją historię. Z czego to wynikało?

Kiedy go odnalazłem, on już dokonał przewartościowania swojego życia. To znaczy był po okresie zapomnienia, odreagowania i teraz na nowych zasadach, z dystansem chciał do tego wszystkiego wrócić. Nawet trochę wbrew żonie, która była bardziej zainteresowana prowadzeniem spokojnego życia na emeryturze niż rozgrzebywaniem starych, ale bądź co bądź ran. Dokonał głębokich przemyśleń, był już jakoś pogodzony ze swoim losem i pewnie nawet był w stanie przebaczyć wszystkie złe rzeczy, które go spotkały.

Jakie to były rzeczy?

Niemcy w ‘39 roku wkroczyli do miasta i jego ojciec został zamordowany w pierwszej kolejności, bo był na niemieckiej czarnej liście. Jego matka została w pierwszej kolejności wywieziona na Syberię po tym, jak Rosjanie wkroczyli „wyzwolić” to samo miasto. Jego ukochana została w Polsce i od końca ‘38 roku nigdy więcej jej nie widział… Można jeszcze wymienić parę spraw.

I to właśnie chciał opowiedzieć Alex Herbst.

To była tylko rozbiegówka. Bo na koniec wyszła taka opowieść jak, nie przechwalając się, u Hitchcocka. Zaczęliśmy od trzęsienia ziemi, jak powiedział jeden z dramaturgów oglądających film, i napięcie do końca się utrzymało.

Opowieść o jego życiu jest skonstruowana według amerykańskiego schematu: cały film składa się z drobniejszych, zamkniętych historii, a każda z nich ma swój sens, początek, rozwinięcie, zakończenie. I te wszystkie historie starałem się poukładać w taki sposób, żeby tworzyły dramaturgicznie całość.

Pana film został zaprezentowany na festiwalu w Cannes.

Tak, to była taka specjalna sekcja Doc Corner, która służy do tego, żeby prezentować filmy pełnometrażowe, możliwe do międzynarodowej dystrybucji i oczywiście nowe.

Jakie były reakcje?

Udało mi się spotkać wielu ludzi, którzy w tej chwili analizują, co mogą z tym filmem zrobić. Zauważyłem też bardzo pozytywną reakcję z Wielkiej Brytanii. Polskie filmy, nawet polskojęzyczne, potrafią w Wielkiej Brytanii wzbudzić duże zainteresowanie, a mój jest również anglojęzyczny. To jest zasługa naszych rodaków, którzy tam mieszkają, pracują, mają pieniądze i mają ochotę je wydawać na bilety do kina. Tylko tyle i aż tyle. To oczywiście przekłada się też na pieniądze dla kin, dystrybutorów.

Czy w Polsce będziemy mieli okazję obejrzeć ten film?

Zakładam, że tak. Lada moment będą go oglądali ludzie, od których zależy, kiedy i w jaki sposób ten film będzie prezentowany w Polsce. Jestem po kilku próbnych pokazach. Zrobiłem wszystko najlepiej jak potrafię, ale wolałem się też upewnić, konfrontując się, czasami nawet w bardzo bezwzględny sposób, z bardzo różnymi grupami widzów. Film robi wrażenie na kobietach, na mężczyznach, na ludziach, którzy interesują się historią, i na tych, którzy się nią nie interesują; na młodszych, na starszych. W związku z tym, jeśli są ludzie gotowi przyjść, obejrzeć, zapłacić, to należy im film pokazać. Gdyby miało być inaczej, to nie świadczyłoby zbyt dobrze o polskiej rzeczywistości. Ale mam nadzieję, że wszystko będzie okay.

Co w tym filmie ujmuje ludzi?

Ujmuje przede wszystkim jego osobowość. I to jest koszmarny sen niektórych historyków, którzy woleliby tę rzeczywistość widzieć troszeczkę inaczej, bardziej uładzoną, nawiązującą do tego patriotyzmu deklaratywnego.

W moim filmie słowo ‘patriotyzm’ chyba ani razu nie pada. Jednak każdy, kto go obejrzy, nie ma wątpliwości, z czym ma do czynienia. I o to mi chodziło – nie, żeby deklarować pewne istotne rzeczy, tylko żeby widzowie poczuli, o co chodziło mnie i samemu Alexowi Herbstowi, który odważył się powierzyć mi swoją historię.

Czy Alex Herbst miał żal do Polski? Trudno znaleźć winnych tego, że kontakty się urwały.

Największy żal miał do Sowietów i do całego systemu komunistycznego. Rozmawialiśmy bardzo otwarcie o kwestiach historycznych, bez silenia się na poprawność. Niemcy zaatakowali Polskę i rozpoczęli II wojnę światową; trudno było mieć do nich pretensje, że prowadzili wojnę po zaatakowaniu Polski. Ale to, co robili Sowieci i to całe zakłamanie utrzymywane przez lata w związku z zaatakowaniem i okupacją Polski – to było nie do pomyślenia i to była największa zadra w nim samym. Mniejszą pretensję miał do Niemców o zamordowanie ojca niż do Sowietów o to, co zrobili z matką.

W czym Alex Herbst nie zgadzał się z historykami?

Nie zgadzał się ze wszystkimi historykami, którzy twierdzili, że wiedzą lepiej, jak było tam, gdzie on sam był. Bardzo sceptycznie podchodził też do wszystkich niezdrowo zafascynowanych. Cenił umiar i umiejętność oceny na chłodno nawet najbardziej trudnych kwestii.

Czy to, w jaki sposób Alex Herbst postrzegał świat, jak mówił o swojej przeszłości, wpłynie na kształt fabularnego filmu o Dywizjonie 303?

Tak, w ostatnim czasie główny kreator i producent filmu Jacek Samojłowicz spotkał się z nim, żeby ustalić pewne kwestie związane ze szczegółami scenariusza i scenami, które jeszcze pozostały do realizacji. Uzyskaliśmy bardzo szczegółową wiedzę na temat spraw zarówno dekoracyjno-technicznych, jak i realiów życia w bazie Northolt. Mamy ją zabezpieczoną, nagraną i spisaną.

Czy rzeczywiście ci lotnicy to była inna Polska, inni ludzie, czy jednak my jesteśmy tacy sami jak oni, tylko w innych warunkach historycznych?

Lotnicy byli pewnego rodzaju elitą przedwojenną. Sami piloci byli elitą, a myśliwcy – elitą wśród pilotów. Selekcja do szkoły podchorążych lotnictwa w Dęblinie była bardzo ostra, z np. 7000 kandydatów po testach zostawało 200. Byli to też ludzie często z solidnym przedwojennym wykształceniem, obejmującym znajomość języków obcych. W lotnictwie też mieli dostęp do tajnych informacji, wiedzieli np. o tym, że nadchodzi wojna.

Powracającym pytaniem Alexa Herbsta w czasie naszych rozmów było: Czy dzisiaj młodzi ludzie troszczą się o Polskę? Wtedy czułem się nieco bezradny. Nie wiem po prostu. Ale myślę, że ważniejsze jest, że on takie pytania stawiał. Bo on pamiętał siebie jako młodego człowieka w roku ‘38, w pierwszej połowie ‘39, kiedy wiedział, że coś nadciąga. Młodzi ludzie byli wtedy przepojeni literaturą romantyczną, ale nie było tak, że oni wycierali sobie usta słowem ‘patriotyzm’. Nic takiego nie było. Wszyscy to czuli, ale nikt tego słowa nie używał.

Co do współczesnego pokolenia, żartowaliśmy sobie, że gdyby współczesnych pilotów wsadzić do kabiny ówczesnego Spitfire’a, to prawdopodobnie nie byliby w stanie zlokalizować pasa, na którym właśnie siedzą.

A jak by się zachował pilot tamtych czasów we współczesnym myśliwcu?

W ramach działań filmowych zorganizowaliśmy Alexowi Herbstowi lot Dreamlinerem. Pokazaliśmy to później jednemu z prominentnych generałów polskiego lotnictwa, byłemu szefowi całego wyszkolenia. Powiedział, że Alex Herbst przez lata zachował wszystkie odruchy, które powinien mieć pilot. Okazuje się, że jeśli pilot wyszkolony na nawet bardzo prymitywnym samolocie opanuje wszystkie podstawowe techniki pilotażu, to te wszystkie umiejętności nawet w najnowocześniejszej kabinie samolotu pasażerskiego są mu potrzebne, a technologia jedynie go wspomaga.

Można powiedzieć, że miał Pan szczęście i w ostatniej chwili zdążył opowiedzieć historię bardzo wartościowego człowieka.

Szczęście miałem bez wątpienia. Jestem absolutnie wdzięczny za to wszystko, co mnie spotkało dzięki Alexowi Herbstowi. Wiedziałem, że każde z tych wielu, wielu spotkań mogło być ostatnim. On za każdym razem żegnał się za mną w taki sposób, jakbyśmy się już widzieli ostatni raz: „ja już się będę odmeldowywał”. Wcale nie było mi łatwo.

Czy osobowość Alexa Herbsta i jego historia wpłynęła na Pana spojrzenie na świat?

Po to się spotyka ludzi, po to się podróżuje po świecie, żeby poszukiwać wzorców. Pomyślałem sobie, że jeśli tyle złego spotkało go w życiu i on potrafił sobie z tym poradzić, potrafił przeżyć tyle lat, wyprostować sobie wszystko, to ja się nie boję niczego, żadnych problemów, które były, może będą. Jestem sobie w stanie ze wszystkim poradzić. To jest największy dar, jaki od niego dostałem.

On mi może nie tyle uświadomił, co utwierdził mnie w przekonaniu, bo to też jest istotne – to nie jest tak, że on coś zasadniczo zmienił w moim życiu, tylko utwierdził mnie w wielu wcześniejszych przekonaniach: że nie należy rezygnować, nie można dać się złamać siłom, którym się wydaje, że mogą nami sterować. Jesteśmy wolnymi, niezależnymi ludźmi, możemy mieszkać tu, możemy mieszkać tam, a w dalszym ciągu będziemy Polakami.

Czy zrodziło się w Panu poczucie misji przekazania tej historii?

Wzorując się troszeczkę na jego podejściu do życia, powtarzam, że jestem niezależnym filmowcem, który może zajmować się takimi sprawami, na jakie ma ochotę i któremu zależy przede wszystkim na opowiadaniu wspaniałych historii z udziałem wspaniałych ludzi. A to, że w tej historii udało się również umieścić misję, to jest jej dodatkowa wartość. Ja nie tyle tutaj deklaruję pewnego rodzaju misyjność, co raczej w mimowolny sposób ją udowadniam.

Jak idzie ta praca nad filmem o Dywizjonie 303 i kiedy będzie można go obejrzeć?

Budujemy dekoracje i czekamy już tylko na skoordynowanie terminów aktorskich, żebyśmy mogli kręcić kolejne sceny.

Cały wywiad Luizy Komorowskiej i Antoniego Opalińskiego ze Sławomirem Ciokiem, pt. „Zapomniany bohater, który nie chciał mówić, że jest bohaterem”, znajduje się na s. 18 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Luizy Komorowskiej i Antoniego Opalińskiego ze Sławomirem Ciokiem, pt. „Zapomniany bohater, który nie chciał mówić, że jest bohaterem” na s. 12 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

ABSURDY Z MINISTERSTWA „PRAWDY”: Jacek Pałasiński twierdzi, że ,,polski ekstremizm musi być zwalczany tak jak islamski”

„Widzą państwo(…) Ekstremizm o podłożu religijnym, który musi zostać potępiony i musi zacząć być zwalczany. Tak jak jest zwalczany przez cały świat ekstremizm islamski”- powiedział Pałasiński.

[related id=36214]Jacek Pałasiński mówiąc o wypowiedziach polskich europosłów z PiS podczas europarlamentarnej debaty powiedział m.in. tak:

„Widzą państwo tutaj rzeczywiście mamy do czynienia z tym co mówiłem. Ekstremizm o podłożu religijnym, który musi zostać potępiony i musi zacząć być zwalczany. Tak jak jest zwalczany przez cały świat ekstremizm islamski pora na zwalczanie…” (ekstremizmu PiSowskiego – red.). Dalej Pałasiński drążył temat uchodźców i ekstremistów.

„My bardzo chętnie umiemy bić się w cudze piersi, a teraz warto by się przyjrzeć nie ekstremistom islamskim i temu co oni robią złego światu i naszemu kontynentowi, tylko przyjrzeć się naszym ekstremistom, naszym rodzimym, które tego typu tezy śmią wygłaszać.”

„To jest zaprzeczenie człowieczeństwa, to jest zaprzeczenie chrześcijaństwa. To jest wszystko to, co właściwie dwa razy w tygodniu co najmniej, powtarza papież Franciszek jako przykład antychrześcijańskiej postawy i właśnie posłowie PiSu dzisiaj w parlamencie dzisiaj się popisali. To jest nie do przyjęcia.”

A na koniec swojego wywodu Pałasiński stwierdził:

„Uchodźcy to nie są terroryści, uchodźcy przed terroryzmem uciekają. Prawie 2 mln uchodźców dotarło do Europy w 2015 roku i ani jeden z nich jak do tej pory nie dokonał żadnego zamachu, nie okazał się terrorystą.”

SIC!

MoRo