Dlaczego Ślązacy są trochę inni? Cz. 2: Rodowód inteligencji śląskiej, kształtowanie się patriotyzmu polskiego na Śląsku

Zamek w Bolkowie | Fot. J. Strzelecki (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Śląsk dostał poważny zastrzyk krwi kresowej, z której początkowo dużo korzystał, ale potem zaczął nią pogardzać. Woli topić się w bezideowości i bezsensie, jaki płynie z Niemiec.

Ryszard Surmacz

Wraz z wejściem Fryderyka II na Śląsk wlewa się cała jego toksyczna militarno-kulturowa potęga. Polskojęzyczny dotąd Śląsk dostał trzy lata na nauczenie się języka niemieckiego. Oczywiście było to niemożliwe do wykonania, ale dawało pretekst do karania i dyskryminacji. Po zajęciu Śląska Prusy stały się europejską potęgą militarną i mogły wziąć udział w rozbiorze Polski. (…)

Skąd się wzięły takie sukcesy Hohenzollernów? Tajemnicę wyjaśnia Józef Feldman. Powołując się na słowa niemieckiego historyka, cytuje: „Dietrichowi Schäferowi udało się uchwycić jeden z najbardziej znamiennych rysów polsko-pruskiego stosunku, […] jego jednostronność.

Gdy z Berlina spoglądano w stronę Warszawy z zaciśniętą pięścią, […] z mocno zdeterminowaną wolą wyzyskania najmniejszych słabości przeciwnika, w Polsce, przez cały niemal okres jej niepodległego bytu, nie zdawano sobie po prostu sprawy, że ma się do czynienia z wrogiem, i to wrogiem bardzo niebezpiecznym” („Problem polsko-niemiecki w dziejach”, Katowice 1946, s. 63). I tak niestety jest po dzień dzisiejszy. Powód – myślenie wyłącznie kategoriami demokratycznymi.

Janusz Pajewski dodaje: Poszczególne niemieckie państwa oparcia i siły dla zdobycia sobie znaczenia i wpływów w Europie […] czerpały […] głównie ze świata słowiańskiego (Niemcy w czasach nowożytnych 1517–1939, Poznań 1947, s. 60). Dowody: Habsburgowie austriaccy potęgę uzyskali po zdobyciu Czech i Węgier – pisze Pajewski – Wettynowie po unii z Polską; państwo brandenbursko-pruskie po opanowaniu Śląska i części Polski… Jak widać, był to problem nie tylko polski, lecz ogólnosłowiański. Przełomowego spostrzeżenia dokonuje von Krockow, pisząc: Gdyby syn lub spadkobierca tronu nie kontynuował tego, co rozpoczął ojciec, gdyby powrócił do europejskiej normy, wszystko obróciłoby się wniwecz […] być może Prusy stałyby się przedmiotem kpin (Myśląc o Prusach, Warszawa 1993, s.11). Pruska droga musiała więc skończyć się Hitlerem i ogólną katastrofą.

Herby polskiego Śląska | Fot. CC A-S 3.0, Wikimedia.com

Ale oprócz niesamowitego drylu, coś jeszcze musiało podtrzymywać przy życiu tę hybrydę (Niemcy sami mówili, że Prusy rozwijają się wbrew prawom natury). Były nimi trzy doniosłe wydarzenia: powołanie na tron carycy Katarzyny II (uratowała Prusy przed rozpadem), zwycięstwo Prus nad Francją w 1871 r. (XIX w.) i narodziny geopolityki (pocz. XX w.). W XVII w. w protestanckich kościołach na Śląsku modlono się za polskiego króla i Polskę. Dwa wieki później zakazano polskiej mowy, nawet w kościołach. (…)

Fryderyk Wilhelm I „nadał temu państwu jedyne w swoim rodzaju kontury […] wznosił tę graniastą konstrukcję cnót, które dotąd nauczyliśmy się określać jako typowo „pruskie” lub nawiązując do niemieckiego dzieła Prus – jako typowo niemieckie: pilność i oszczędność, pracowitość, wydajność i wypełnianie obowiązku w połączeniu z przekazem, aby nigdy się nie uskarżać”.

W swojej mowie przywołuje cytat z Sebastiana Haffnera: Wypełnianie obowiązku w Prusach było pierwszym i najważniejszym nakazem. Nieco niżej dodaje: kto wykonywał swój obowiązek, nie popełniał grzechu, cokolwiek by zrobił. Drugie przykazanie brzmiało: nie biadaj, jeśli łaska, nad samym sobą; trzecie zaś już mniej było kategoryczne: w postępowaniu wobec bliskich kieruj się jeśli nie dobrocią – to byłoby jednak przesadą – to przynajmniej przyzwoitością.

Powyższe wartości miały oparcie w cnotach mieszczańskich. O cnotach mieszczańskich (i rycerskich) pisała u nas Maria Ossowska. Wymieniała je jako: dorabianie się bez użycia przemocy, ideał szczęścia wynikający z pracy, pieniądza i bogacenia się, stosunek do ludzi mierzony w kategoriach zysku i strat oraz gotowości do pomocy. I trzeba powiedzieć: nie były to wartości katolickie. Fryderyk II był protestantem i osobą religijną. Ten fakt miał wpływ na jego stosunek do świata. Wychowanie domowe wykształciło w nim osobowość kostyczną i zamkniętą w sobie (niektórzy mówią o psychopatii). (…)

Cnoty mieszczańskie oparte na protestantyzmie Fryderyk II przerobił w poddaństwo, w kult władzy i w siłę wszechmocnego państwa. (…) Patriotyzm polski polegał na wolnej woli, w Prusach na nakazie i obowiązku. (…)

Bardzo ważną rolę w budzeniu się świadomości na Śląsku odegrał Kulturkampf – uświadomił ludziom, kim są i do kogo należą. Wówczas katolicyzm nabrał formy ideologicznej. Jeszcze dziś można usłyszeć, że Ślązacy to katolicy (naród katolicki), lub: jestem Polakiem, bo jestem katolikiem. Taka postawa rodzi bezideowość.

Zamek w Łucku | Fot. Modulo (CC A-S 3.0, Wikipedia)

Patrząc na ostatnie wydarzenia w Niemczech, coraz bardziej zaczynamy doceniać Feliksa Konecznego i jego prace, zwłaszcza na temat bizantynizmu. Współczesnemu państwu niemieckiemu prawdopodobnie łatwiej będzie się dogadać z muzułmanami niż ze Słowianami, bo z niemieckimi katolikami jakoś to pójdzie. Najpierw, prawdopodobnie, zgodnie z zasadami państwa prawa, zostanie zdefiniowane pojęcie „bliska osoba”, a potem porządni ludzie z nakazu, zgodnie z trzecią zasadą, będą kierować się jeśli nie dobrocią – to byłoby jednak przesadą – to przynajmniej przyzwoitością. Niemcy zapewne już mają swój plan, w którym przysłowiowe poczucie misji, porządku i obowiązku ściągnie ich w stare koleiny. (…)

To na Śląsku, nie na Kresach, dokonał się w pierwszej kolejności fakt zneutralizowania kultury polskiej. Najpierw, w sposób kulturowy, dokonali tego protestanci, potem, w sposób totalitarny, Franciszek II i państwo pruskie. Rosjanie na Kresach mieli do pokonania znacznie większą materię: neutralizację szlachty i części magnaterii, potem Kościoła i na końcu przezwyciężenie niechęci Polaków, ich obyczaju i tej wyższej kultury polskiej. Opór przejawiał się na co dzień, w domu, i w powstaniach narodowych, w których brali udział Wielkopolanie i Ślązacy.

Rodowód inteligencji śląskiej zaczął się od Wiosny Ludów (1848), nieco inaczej niż w centralnej Polsce. Inteligencja śląska rodziła się na gruncie chłopskim, ale ze śląskiej specyfiki ducha, która pozostała tam w postaci mieszanki: atawizmu piastowskiego, wpływów ruchu reformacyjnego i antyreformacyjnego, sprzeciwu przeciw Kulturkampfowi i woli obrony ludzkiej godności – oparta była więc na poczuciu współistnienia ludzkiego.

Natomiast inteligencja kresowa ma dość jednorodny, wielowiekowy rodowód szlachecki – również piastowski; powstała na gruncie obrony polskich wartości, które sama tam stworzyła, a które N. Davies określił, jako „prawie cywilizacja”, oraz woli odzyskania zabranego mienia. Inteligencja śląska swój majątek kryła głównie w sercu i gwarze, która należy do języka polskiego.

Obydwie grupy łączyło poczucie krzywdy i obrona swoich wartości. Miały jeden cel – dążenie do wolności i mieszkanie w lepszym państwie. Spotkały się w 1922 i 1945 r., w bardzo różnych warunkach. Nieporozumienia, oprócz podstaw kulturowych, wynikają z dwóch odmiennych sytuacji; w 1922 r. ze zderzenia się dwóch wizji Polski, a w 1945 – z układu, w którym jedna strona znaleźć się nie chciała, a druga zbyt wiele sobie obiecywała. PRL dla pierwszych był ostateczną klęską, a dla drugich miejscem ogólnego społecznego awansu i szansy bezpłatnego wykształcenia. Obydwie grupy zostały zmanipulowane i kontakt między nimi się urwał. Do dziś zmieniło się niewiele. Trzeba przyznać, że w dzisiejszych warunkach odbudowa ta byłaby dość trudna. Na przeszkodzie, jak zawsze na Śląsku, staje odniesienie do Zachodu.

Dziś kultura zachodnia upada; ta ścieżka staje się więc pustym, nic nieznaczącym balonem. Ale Śląsk dostał poważny zastrzyk krwi kresowej, z której początkowo dużo korzystał, ale potem zaczął nim pogardzać. Woli topić się w bezideowości i bezsensie, jaki płynie z Niemiec, niż odkręcić tlen dla tej kultury, która zbudowała polską „prawie cywilizację” i do dziś jest zamknięta, choć wciąż niesie wartości chrześcijańskie i cywilizacyjne.

Cały artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Dlaczego Ślązacy są trochę inni. Cz. 2” znajduje się na s. 8 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Ryszarda Surmacza pt. „Dlaczego Ślązacy są trochę inni. Cz. 2” na s. 8 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Dr Ewa Kurek: Zachód zbudował bajkę na temat zagłady Żydów, a Polska nie potrafi bronić swojego dobrego imienia [VIDEO]

Dr Ewa Kurek skomentowała obecny polsko- żydowski dialog oraz wieloletnie zaniedbania naszego rządu w przedstawianiu przez nasz kraj społeczności Żydów polskich.

Dr Ewa Kurek uważa, że obecna, trudna dyskusja polsko-żydowska i przekłamania historyczne wynikają z dwóch przyczyn. Po pierwsze, po wojnie byliśmy za żelazną kurtyną i nie mieliśmy głosu przez prawie pół wieku, a w tym czasie na zachodzie została zbudowana bajka na temat zagłady Żydów:

„Żałosne, że Polacy przez te 30 lat wolnej Polski dali sobie taką bajkę przeszczepić. W Muzeum Żydów Polskich serwowana jest narracja Żydowska i jest w niej wiele kłamstw. Muzeum Żydów Polskich to tak naprawdę muzeum bez >>polskich Żydów<<„.

Zdaniem gościa Radia Wnet za taki stan rzeczy możemy mieć pretensje jedynie do siebie, ponieważ zarządca tym nasz minister kultury.

„Pozwalamy naszym władzom pokazywać światu nie swoją historię. Po drugie od strony żydowskiej istnieje cała kampania ukrycia roli żydów w czasie zagłady w Polsce”.

Dr Ewa Kurek swoje badania opiera głównie na źródłach żydowskich. Jak podkreśla, mimo że Żydzi żyli 1000 lat na naszej ziemi, byli dla Polaków środowiskiem zamkniętym, językowo, oraz kulturowo i dlatego  nie mamy dobrych, polskich źródeł.

Dr Ewa Kurek zacytowała zapis żydowskiego kronikarza Emmanuela Lincolna Bluma, który zanotował przebieg akcji przesiedleńczej:

„Kiedy akcja przesiedleńcza wybuchła w Warszawie w lipcu 42 roku i żydowska policja przejęła nad nią kierownictwo, jeden z jego żydowskich kolegów nie posiadł się z oburzenia . Uważał, że gmina żydowska powinna była, mimo gróźb niemieckich odmówić jej wykonania. Lepiej by było, gdyby Niemcy sami to zrobili…”

[related id=51644]Zdaniem dr Ewy Kurek to właśnie takie głosy zamordowanych żydów świadczą o skali ich kolaboracji z Niemcami i Polacy nie muszą już nic więcej mówić:

– „Nie wiem, czy premier Benjamin Netanjahu ma odwagę przeczyć temu”.

Dr Ewa Kurek powiedziała, że wiele podobnych zapisów możemy znaleźć w Kronikach Emanuela Ringelbluma, czy Kronikach Getta Łódzkiego. A jeśli chcemy znaleźć wstrząsający zapis udziału żydów w Holokauście wystarczy sięgnąć do dzieł żydowskiego poety Icchaka Kacenelsona, np. do „Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie”.

Zapraszam do wysłuchania całej rozmowy.
jn

 

Kłamstwo zakorzeniło się w relacjach międzyludzkich. Jego sukces jest powtarzanym przez wieki sukcesem demona w raju

Argument może opierać się na niezaprzeczalnych faktach, ale jeśli jest używany do zranienia drugiego i zdyskredytowania go w oczach innych, choćby wydawało się to słuszne, nie ma w sobie prawdy.

Ojciec Święty Franciszek

»Prawda was wyzwoli« (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju

Fake newsy stały się codziennością współczesnego dziennikarstwa. Zadomowiły się w nim tak mocno, że stały się nawet tematem tegorocznego orędzia Ojca Świętego Franciszka na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Nosi ono tytuł „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Fake newsy a dziennikarstwo pokoju i zostało ogłoszone w dniu liturgicznego wspomnienia św. Franciszka Salezego, 24 stycznia w Watykanie. Czym są fake newsy i co nam o nich mówi Papież?

Drodzy Bracia i Siostry,

W Bożym zamyśle ludzka komunikacja jest istotnym sposobem, aby żyć w komunii.

Istota ludzka, będąca obrazem i podobieństwem Stwórcy, zdolna jest do wyrażania i dzielenia się tym, co prawdziwe, dobre, piękne. Potrafi opowiedzieć o swoim doświadczeniu i świecie oraz budować w ten sposób pamięć i zrozumienie wydarzeń. Ale człowiek, jeśli podąża za swoim zarozumiałym egoizmem, może również w sposób wypaczony wykorzystywać zdolność komunikacji, jak to ukazują od samego początku wydarzenia biblijne Kaina i Abla oraz wieży Babel (por. Rdz 4,1–16; 11,1–9).

Wypaczenie prawdy jest typowym objawem tego zakłócenia, zarówno na płaszczyźnie indywidualnej, jak i zbiorowej. Natomiast dochowując wierności logice Boga, komunikacja staje się miejscem wyrażania własnej odpowiedzialności w poszukiwaniu prawdy i budowaniu dobra. Dzisiaj, w sytuacji coraz szybszej komunikacji oraz w obrębie systemu cyfrowego, jesteśmy świadkami zjawiska „fałszywych wiadomości”, tak zwanych fake newsów: zachęca nas ono do refleksji i zasugerowało mi poświęcenie tego orędzia tematowi prawdy, podobnie jak to uczynili już wiele razy moi poprzednicy, począwszy od Pawła VI (por. Orędzie 1972: Środki masowego przekazu w służbie prawdy). Chciałbym w ten sposób przyczynić się do wspólnego starania o zapobieganie rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości oraz do odkrycia na nowo wartości zawodu dziennikarskiego, a także osobistej odpowiedzialności wszystkich za przekazywanie prawdy.

Co jest fałszywe w „fałszywych wiadomościach”?

Fake news’ to termin omawiany i przedmiot debaty. Zasadniczo dotyczy dezinformacji rozpowszechnianej w internecie lub w mediach tradycyjnych. Wyrażenie to odnosi się zatem do bezpodstawnej informacji, opartej na nieistniejących lub zniekształconych danych i zmierzającej do oszukania, a nawet manipulowania czytelnikiem. Ich rozpowszechnianie może odpowiadać pożądanym celom, wpływać na decyzje polityczne i sprzyjać korzyściom ekonomicznym.

Skuteczność fake newsów wynika przede wszystkim z ich charakteru mimetycznego, to jest zdolności, by wydawały się prawdopodobnymi. Po drugie, wiadomości te, fałszywe, ale prawdopodobne, są podchwytliwe, w tym sensie, że potrafią przyciągać uwagę adresatów, opierając się na stereotypach i uprzedzeniach rozpowszechnionych w strukturze społecznej, wykorzystując emocje, które można łatwo i niezwłocznie rozbudzić, takie jak lęk, pogarda, gniew i frustracja. Ich rozpowszechnienie może liczyć na manipulacyjne wykorzystywanie sieci społecznościowych oraz logiki, która gwarantuje im funkcjonowanie: w ten sposób treści, chociaż pozbawione podstaw, zyskują taką widzialność, że nawet wiarygodnym zaprzeczeniom z trudem udaje się zredukować ich szkody.

Trudność ujawnienia i wykorzenienia fake newsów spowodowana jest też faktem, że ludzie często wchodzą w interakcje w obrębie jednorodnych i nieprzeniknionych dla innych perspektyw i opinii środowisk cyfrowych. Wynikiem tej logiki dezinformacji jest to, że zamiast zdrowej konfrontacji z innymi źródłami informacji, co mogłoby pozytywnie podać w wątpliwość uprzedzenia i otworzyć na konstruktywny dialog, grozi nam stanie się mimowolnymi sprawcami rozpowszechniania opinii stronniczych i nieuzasadnionych.

Dramat dezinformacji polega na dyskredytowaniu drugiego, przedstawianiu go jako wroga, aż po demonizację, która może podżegać do konfliktów. Informacje fałszywe ujawniają w ten sposób obecność postaw, które są jednocześnie nietolerancyjne i przewrażliwione, z jedynym skutkiem, że arogancja i nienawiść mogą się rozprzestrzeniać. Do tego ostatecznie prowadzi kłamstwo.

Jak je możemy rozpoznać?

Nikt z nas nie może zwalniać się z odpowiedzialności za przeciwdziałanie tym fałszerstwom. Nie jest to zadanie łatwe, ponieważ dezinformacja często opiera się na zróżnicowanym dyskursie, umyślnie pokrętnym i subtelnie wprowadzającym w błąd, a czasami wykorzystującym wyrafinowane mechanizmy. Dlatego też bardzo godne pochwały są inicjatywy edukacyjne, które pozwalają nauczyć się, jak czytać i oceniać kontekst komunikacyjny, ucząc, by nie być nieświadomymi propagatorami dezinformacji, ale przyczyniać się do jej odkrycia. Równie godne pochwały są inicjatywy instytucjonalne i prawne, starające się określić regulacje mające na celu powstrzymywanie tego zjawiska, a także podejmowane przez firmy technologiczne i medialne, służące określeniu nowych kryteriów dla weryfikacji tożsamości jednostek, które kryją się za milionami profili cyfrowych.

Ale zapobieganie i wskazanie mechanizmów dezinformacji wymaga również głębokiego i starannego rozeznania.

Trzeba bowiem zdemaskować to, co można określić jako „logikę węża”, zdolnego wszędzie do maskowania się i ukąszenia. Jest to strategia stosowana przez węża „podstępnego”, o którym mowa w Księdze Rodzaju, a który u zarania ludzkości stał się twórcą pierwszego „fake newsa” (por. Rdz 3,1-15). Doprowadził on do tragicznych konsekwencji grzechu, którego wynikiem było następnie pierwsze bratobójstwo (por. Rdz 4), a także inne niezliczone formy zła przeciwko Bogu, bliźniemu, społeczeństwu i stworzeniu. Strategią tego sprytnego „ojca kłamstwa” (J 8, 44) jest właśnie mimesis, pełzające i niebezpieczne uwodzenie, które znajduje drogę w sercu człowieka poprzez fałszywe i kuszące argumentacje.

W opisie grzechu pierworodnego kusiciel podchodzi do kobiety, udając przyjaciela zainteresowanego jej dobrem, i zaczyna swoją mowę od stwierdzenia prawdziwego, ale tylko częściowo: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3, 1). W istocie to, co Bóg powiedział Adamowi, nie było zakazem jedzenia z wszystkich drzew, lecz tylko z jednego: „Z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść” (Rdz 2, 17). Kobieta, odpowiadając, wyjaśniła to wężowi, ale dała się oczarować jego prowokacji: „O owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli” (Rdz 3,2). Ta odpowiedź wie coś o legalizmie i pesymizmie: nadając wiarygodność fałszerzowi, dając się oczarować jego ustawieniu faktów, kobieta zostaje sprowadzona na manowce. Zatem najpierw zwraca uwagę na jego zapewnienie: „Na pewno nie umrzecie!” (w. 4).

Następnie dekonstrukcja kusiciela nabiera pozorów wiarygodności: „Wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (w. 5). Wreszcie dochodzimy do podważenia ojcowskiego zalecenia Boga, które zmierzało ku dobru, aby pójść za uwodzicielską pokusą nieprzyjaciela. „Niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy” (w. 6).

Ten biblijny epizod ujawnia zatem istotny dla naszego dyskursu fakt: żadna dezinformacja nie jest nieszkodliwa; wręcz przeciwnie, ufanie temu, co fałszywe, powoduje szkodliwe następstwa. Nawet pozornie niewielkie zniekształcenie prawdy może mieć groźne skutki.

W grę wchodzi bowiem nasza chciwość. Fake newsy stają się często wirusowe, to znaczy rozprzestrzeniają się w szybki i trudny do powstrzymania sposób, nie ze względu na logikę dzielenia się, która charakteryzuje media społecznościowe, ile raczej ze względu na ich oparcie w nienasyconej chciwości, która łatwo rozpala się w człowieku. Same ekonomiczne i oportunistyczne motywacje dezinformacji mają swoje korzenie w żądzy władzy, posiadania i używania życia, która w ostatecznym rachunku czyni nas ofiarami oszustwa znacznie bardziej tragicznego niż każdy jego pojedynczy przejaw: zła, które przechodzi od fałszu do fałszu, aby nam skraść wolność serca. Właśnie dlatego wychowywanie do prawdy oznacza wychowywanie do rozeznawania, do oceniania i rozważania pragnień i skłonności, które poruszają się w nas, abyśmy nie byli pozbawieni dobra, „łapiąc się” na każdą pokusę.

„Prawda was wyzwoli” (J 8,32)

Ciągłe skażenie oszukańczym językiem kończy się bowiem zaciemnieniem wnętrza człowieka.

Dostojewski napisał coś niezwykłego w tym względzie: „Ten, kto łże przed samym sobą i słucha własnych łgarstw, doprowadza się do tego, że już żadnej prawdy ni w sobie, ni wokół siebie nie znajduje i traci w końcu szacunek do siebie i do innych. Nie szanując nikogo, kochać przestaje, a żeby, nie znając miłości, zająć się czymś i rozerwać, oddaje się żądzom i prymitywnym rozkoszom i osiąga stan całkowitego zbydlęcenia w rozpuście swej, a wszystko to z łgarstwa względem innych ludzi i samego siebie” (Bracia Karamazow, II, 2).

Jak się zatem bronić? Najbardziej radykalne antidotum na wirus fałszu, to dać się oczyścić przez prawdę. W wizji chrześcijańskiej prawda nie jest wyłącznie rzeczywistością pojęciową, która dotyczy osądu rzeczy, określając je jako prawdziwe lub fałszywe. Prawda to nie tylko wydobywanie na światło rzeczy mrocznych, „odsłanianie rzeczywistości”, jak to określa starożytny grecki termin ‘aletheia’ (od a-lethès, ‘nie ukryte’); prawda prowadzi do myślenia. Prawda ma związek z całym życiem.

W Biblii niesie ona ze sobą znaczenie wsparcia, solidności, zaufania, jak sugeruje to rdzeń „aman”, z którego pochodzi również liturgiczne Amen. Prawdą jest to, na czym można się oprzeć, aby nie upaść. W tym sensie relacyjnym, jedynym prawdziwie wiarygodnym i godnym zaufania, na którego można liczyć, czyli „prawdziwym”, jest Bóg żyjący. Oto stwierdzenie Jezusa: „Ja jestem prawdą” (J 14, 6). Zatem człowiek znajduje i odkrywa na nowo prawdę, kiedy doświadcza jej w sobie jako wierność i niezawodność tego, kto go kocha. Tylko to wyzwala człowieka: „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32).

Wyzwolenie z fałszu i poszukiwanie relacji: oto dwa składniki, których nie może zabraknąć, aby nasze słowa i nasze gesty były prawdziwe, autentyczne i wiarygodne. Aby rozpoznać prawdę, należy przemyśleć to, co wspiera jedność i promuje dobro, a także to, co – przeciwnie – zmierza do izolowania, dzielenia i przeciwstawiania jednych drugim.

Nie zyskuje się zatem rzeczywiście prawdy, gdy jest narzucona jako coś zewnętrznego i bezosobowego; wypływa ona natomiast ze swobodnych relacji między ludźmi, we wzajemnym wysłuchaniu siebie. Co więcej, nigdy nie przestajemy szukać prawdy, ponieważ coś fałszywego może zawsze się wkraść, nawet kiedy mówimy rzeczy prawdziwe.

Bezsprzeczny argument może rzeczywiście opierać się na niezaprzeczalnych faktach, ale jeśli jest używany do zranienia drugiego i zdyskredytowania go w oczach innych, niezależnie od tego, jak bardzo wydawałoby się to słuszne, nie ma w sobie prawdy. Prawdę sformułowań możemy rozpoznać po owocach: czy budzą polemikę, podżegają do podziałów, tchną rezygnację lub – przeciwnie – prowadzą do świadomej i dojrzałej refleksji, konstruktywnego dialogu, do pożytecznej działalności.

Pokój jest wiadomością prawdziwą

Najlepszym antidotum na fałsz nie są strategie, ale ludzie: osoby wolne od chciwości, które są gotowe do wysłuchania i poprzez trud szczerego dialogu pozwalają wyłonić się prawdzie; osoby pociągnięte dobrem, biorące na siebie odpowiedzialność za używanie języka. Jeśli drogą wyjścia z rozprzestrzeniania się dezinformacji jest odpowiedzialność, to szczególnie zaangażowany jest ten, kto z urzędu jest zobowiązany do bycia odpowiedzialnym za informowanie, czyli dziennikarz, strażnik wiadomości. We współczesnym świecie nie tylko wykonuje on pracę, ale prawdziwą i w pełnym tego słowa znaczeniu misję.

W szale wieści i wirze gorących tematów jego zadaniem jest przypominanie, że w centrum wiadomości nie jest szybkość w jej nadaniu i wpływ na odbiorców, ale osoby. Informowanie to formowanie i ma ono coś wspólnego z życiem ludzi. Z tego powodu poprawność źródeł i strzeżenie komunikacji są prawdziwymi procesami rozwoju dobra, które rodzą zaufanie i otwierają drogi jedności i pokoju.

Chciałbym zatem skierować zachętę do krzewienia dziennikarstwa pokoju. Nie rozumiem przez to wyrażenie dziennikarstwa „dobrodusznego”, zaprzeczającego istnieniu poważnych problemów i przyjmującego ckliwe tony. Mam na myśli, przeciwnie, dziennikarstwo bez udawania, wrogie fałszom, sloganom dla efektu i spektakularnym deklaracjom. Dziennikarstwo uprawiane przez osoby dla osób, pojmujące siebie jako służba wszystkim ludziom, zwłaszcza tym stanowiącym większość na świecie, którzy nie mają głosu; dziennikarstwo, które nie spalałoby wiadomości, ale angażowałoby się w poszukiwanie prawdziwych przyczyn konfliktów, aby sprzyjać ich dogłębnemu zrozumieniu i przezwyciężaniu przez rozpoczęcie korzystnych procesów; dziennikarstwo zaangażowane we wskazywanie rozwiązań alternatywnych dla eskalacji wrzasku i przemocy słownej.

Dlatego też, zainspirowani modlitwą franciszkańską, moglibyśmy zwrócić się do Tego, który jest uosobieniem Prawdy:

O Panie, uczyń nas narzędziami Twojego pokoju,
Spraw, abyśmy rozpoznawali zło, które wkrada się w przekaz nie tworzący jedności.
Uczyń nas zdolnymi do usunięcia trucizny z naszych osądów. Pomóż nam mówić o innych jako o braciach i siostrach.
Ty jesteś wierny i godny zaufania; spraw, aby nasze słowa były ziarnami dobra dla świata:
abyśmy tam, gdzie zgiełk, trwali w wysłuchiwaniu;
gdzie zamęt, rozbudzali harmonię;
gdzie dwuznaczność, wnosili jasność;
tam, gdzie wykluczenie, zanosili dzielenie się;
gdzie pogoń za sensacją, byli wstrzemięźliwi;
gdzie powierzchowność, zadawali prawdziwe pytania;
tam, gdzie uprzedzenia, budzili zaufanie;
gdzie agresja, wnosili szacunek;
gdzie fałsz, przynosili prawdę. Amen.

 

Fake newsy to forma przekazywania informacji, która opiera się na celowej dezinformacji lub oszustwie, rozprzestrzeniana poprzez drukowane i nadawcze serwisy informacyjne, media elektroniczne czy serwisy społecznościowe. Informacje te są pisane i publikowane w celu wprowadzenia w błąd, albo w celu uzyskania finansowych lub politycznych korzyści. Często stosują chwytliwe nagłówki w celu zwrócenia możliwie dużej uwagi.

Termin ‘fake news to neologizm, w języku angielskim dosłownie znaczący ‘fałszywe wiadomości’. Odnosi się on do informacji, które nie mają pokrycia rzeczywistości, jednak mimo to są przedstawiane jako prawdziwe w wiadomościach bądź portalach społecznościowych. Ważną rolę pełni tu intencja nadawcy. W niektórych przypadkach domniemany fake news może być w rzeczywistości jedynie satyrą, wykorzystującą przesadne i nierealistyczne motywy, przeznaczoną tylko do rozrywki, a nie wprowadzenia w błąd. Fake newsy mogą także stanowić narzędzie propagandy.

Wpływ fake newsów na współczesne życie publiczne jest zjawiskiem ogólnoświatowym. Są one często rozprzestrzeniane za pomocą specjalnie stworzonych stron internetowych (ang. fake news websites), które, aby zdobyć zaufanie, tworzą przyciągające uwagę tytuły, często podszywając się pod powszechnie znane źródła informacji. Aktualnie możliwości wprowadzania opinii publicznej w błąd zwiększyły się znacznie poprzez szerokie wykorzystanie mediów społecznościowych. Jedną ze stron, które ułatwiły rozprzestrzenianie się fake newsów, stał się Facebook, jak również Twitter.

Źródło: Wikipedia, dostęp 29.01.18

Orędzie Ojca Świętego Franciszka na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu „»Prawda was wyzwoli« (J 8, 32). Fake newsy a dziennikarstwo pokoju” znajduje się na s. 7 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Orędzie Ojca Świętego Franciszka na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu „»Prawda was wyzwoli« (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju” na s. 7 lutowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Czy kłopot z nadmiarem reklam w telewizji da się postawić z głowy na nogi? Smog medialny wciska się wszystkimi szparami

Cała zbiorowość solidarnie ponosi emocjonalne koszty medialnego „naporu reklamowego” i traci czas na osamotnioną walkę za pomocą pilota o spokój, by nie dopuścić do naruszania miru domowego.

Ryszard Okoń

Niejasne zapisy ustawy o radiofonii i telewizji stwarzają nadawcom programów okazję do zwiększania zysku z eksploatacji audytorium poprzez nadawanie handlowego namawiania dłużej niż 12 minut w godzinie – a tyle maksymalnie było onegdaj dopuszczalną praktyką. Co zrobić z dzisiejszymi dłuższymi, bo nawet 16-minutowymi przerwami w godzinie zegarowej, przeznaczanymi na kupieckie przechwałki?

Z jednej strony cała zbiorowość solidarnie ponosi emocjonalne koszty medialnego „naporu reklamowego” i traci czas na osamotnioną walkę za pomocą pilota o spokój, by nie dopuścić do naruszania miru domowego. Z drugiej strony rządzi w Polsce mentalność, że jak coś należy do wszystkich, to jest traktowane jak niczyje. Wspólna strata też jest niczyja, więc nie ma komu upomnieć się o jej kompensowanie. Od lat nic nie daje się zrobić z kulawymi przepisami ustawy o radiofonii i telewizji. (…)

Przy niskiej zdolności obrony interesów wspólnych przepisy regulacyjne niedostosowane do rzeczywistości są szczególnie nieskuteczne, za co w przypadku reklam płacą wszyscy użytkownicy mediów. To są też skutki panowania kultury wojennej, stosowania siłowych rozwiązań wspieranych wynikami sondaży oraz braku poszanowania odmiennych, intelektualnie i etycznie uzasadnionych racji, które tym sposobem są wypierane z przestrzeni publicznej przez pozbawioną rozumowych cech tzw. opinię mas. (…)

Ilość reklamy w mediach elektronicznych nie może wywoływać u widzów reklamowego kaca, bo z punktu widzenia jakości życia każdego telewidza, czyli prawie NAS WSZYSTKICH, jest to po prostu niepożądane, a wielu widzów na stałe odstręcza od korzystania z telewizji.

(…) Dobra reklama informuje, skuteczna reklama ma uwieść widza, łudzić, efektywnie zwodzić, jak choćby w sprawie nieustających zachęt do udziału w skompromitowanej moralnie formie budowania kapitalizmu, tj. do aktywnego wspierania przez odbiorców reklam koncentracji kapitału z wykorzystaniem lichwy, do brania pożyczek z 300% rocznymi odsetkami. Kto by tam słuchał, że już teraz 80% majątku posiada tylko 1% ludzi, co zaprzecza matematycznie udowodnionej, naturalnej proporcji podziału korzyści wg Reguły Pareto: 80% do 20%, co i tak jest ideowo o kilometry odległe od miło brzmiącej teorii posiadania takich samych brzuchów. (…)

Obecność reklam w mediach jest przez odbiorców odczuwana jako zaczepka. Po dłuższym trwaniu ekspozycji – jako przymus, jeszcze później jako opresja, a na koniec 16-minutowego bloku przekazów handlowych – jak tortura. Powtórzmy, że proceder ten obejmuje praktycznie WSZYSTKICH LUDZI najbliższej nam wspólnoty.

Cały artykuł Ryszarda Okonia pt. „Tortury reklamowe” znajduje się na s. 4 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Ryszarda Okonia pt. „Tortury reklamowe” na s. 4 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Okiem sceptyka/ Poplecznicy Hitlera. Druga wojna światowa dla Polski trwa i jakby daleko do jej zakończenia

Autorom współczesnych napaści na Polskę idzie o konkretne, wymierne interesy. Ale napaści te, w opisanych niżej formach, stanowią poplecznictwo wobec Niemiec nie tyle dzisiejszych, co hitlerowskich.

Prawo anglosaskie zna pojęcie ‘accessory after the fact’; na polski tłumaczone dosłownie jako ‘wspólnik (przestępstwa) po fakcie’ – a w języku ścisłym, prawniczym, choć raczej mglistym dla ogółu, krótko: ‘poplecznik’. Przestępstwo poplecznictwa znane jest w polskim kodeksie karnym. U Anglosasów poplecznik to ktoś, kto wiedząc o dokonanym przestępstwie, pomaga sprawcy po jego dokonaniu i z zamiarem, w celu umożliwienia sprawcy uniknięcia aresztowania i kary. Poplecznik to ktoś, kto na przykład ukrywa zwłoki ofiary, zaciera ślady zbrodni, ścigającym policjantom wskazuje kierunek odwrotny od drogi ucieczki sprawcy. Także ktoś, kto zeznaje, że zbrodni dokonał ktoś zupełnie inny. I tak docieramy do oceny – prawnej i moralnej – mnożących się wypowiedzi o „polskich obozach koncentracyjnych” w czasie drugiej wojny światowej.

Ale nie tylko. Wielu wysoko postawionych urzędników RP – w tym bodaj dwu prezydentów, a niedawno pewien chybiony minister rządu PiS – w mojej ocenie dopuściło się przestępstwa poplecznictwa, przypisując „Polakom” odpowiedzialność za niemiecką zbrodnię wojenną w Jedwabnem. Panowie ci opowiadali mgliście o „Polakach” jako sprawcach, rozmyślnie ignorując oczywistą, intuicyjnie zrozumiałą zasadę prawa międzynarodowego, w myśl której za wydarzenia na danym terytorium odpowiada to państwo, które terytorium to kontroluje.

Większość terytorium Rzeczypospolitej Polskiej w roku 1941, w tym okolice Jedwabnego, kontrolowała niemiecka Trzecia Rzesza i stąd zbrodnia w Jedwabnem to zbrodnia wojenna niemiecka, nawet gdyby krytycznego dnia w miejscowości tej nie było żadnego niemieckiego oddziału (a był) i nawet gdyby Niemcom w dokonaniu tej zbrodni pomagali na rozkaz jacyś miejscowi Polacy. Zakres takiej pomocy jest dziś, o ile wiem, sporny, gdyż ekshumacji ofiar nie było, a na miejscu znaleziono łuski po amunicji niemieckiej. Nie znaczy to, że Polacy są święci (choć niektórzy i owszem), albo że, na przykład, nie są antysemitami (bo są, a dokładniej – bywają; o czym może innym razem).

Że zbrodnia w Jedwabnem to niemiecka zbrodnia wojenna, piszę od lat; czasem bardzo obszernie i dużo bardziej prawniczo-fachowo. Na przykład tu: https://sites.google.com/site/wolnyczyn/aktualnosci/akt-oskarzenia-autorow-przekroju-o-zniewazenie-narodu-polskiego.

Dygresja. Zbrodnia ludobójstwa, jakiej dokonano w 1943 r. na Polakach z terenu Wołynia, też nastąpiła na terytorium kontrolowanym przez pewne państwo. Nie było to ani państwo polskie, ani ukraińskie. Tymczasem – może nie zwróciłem uwagi, albo nie zapamiętałem – w licznych wypowiedziach polskich (jak i zresztą ukraińskich) rzadko można spotkać tezę, by Niemcy byli na Wołyniu kimś innym niż biernymi obserwatorami, kompletnie za nic nie odpowiedzialnymi…

Powtórzę: w sensie prawa międzynarodowego za wydarzenia na danym terytorium – niezależnie od narodowości bezpośrednich sprawców – odpowiada to państwo, które terytorium to kontroluje, dobrze czy niedobrze, skutecznie czy nieskutecznie, ale kontroluje. W roku 1943 Wołyń nie był jakimś nowym, odrębnym państwem. Znajdowały się tam oddziały wojskowe, policyjne i tyłowe niemieckie. A kontynuatorem prawnym Niemiec hitlerowskich są Niemcy współczesne. Koniec dygresji.

 

Niewiele wynika z tego, że jakiś fakt, wydarzenie, zjawisko nazwiemy w ten czy w inny sposób. Wręcz groteskowy jest ktoś, kto czuje się lepiej, względnie gorzej, po tym, jak sobie je nazwie. Warto w ogóle unikać niepotrzebnych emocji, utrudniających ocenę sytuacji. Autorom napaści na Polskę – ze wszystkich państw zainteresowanych napadami na Polskę – idzie o bardzo konkretne, wymierne interesy.

Ale napaści te, w opisanych wyżej formach, stanowią poplecznictwo wobec Niemiec nie tyle współczesnych, co Niemiec hitlerowskich.

Warto zwrócić uwagę na popleczników tak zewnętrznych, jak i nawet wewnętrznych. Bardziej licznych od tych z Jedwabnego.

To poplecznicy Hitlera.

I w tym sensie druga wojna światowa dla Polski trwa i jakby daleko do jej zakończenia.

Mariusz Cysewski

Zmarł Antoni Krauze – wybitny reżyser i scenarzysta, znany m.in. z Czarnego Czwartku i Smoleńska

38 filmów, 24 scenariusze. Otrzymał liczne nagrody i nominacje, oraz Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Odszedł w środę 14 lutego, w wieku 78 lat.

 

Antoni Krauze urodził się 4 stycznia 1940 roku w Warszawie. W niej także studiował na Akademii Sztuk Pięknych, współpracując także ze Studenckim Teatrem Satyryków. W 1966 ukończył studia na Wydziale Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi. Od maja 1968 związany ze Studiem Filmowym „TOR”. Był asystentem Krzysztofa Zanussiego przy filmie „Struktura kryształu”. Od 1969 roku pracował samodzielnie.

Był reżyserem i scenarzystą twórcą filmów krótkometrażowych i fabularnych, w tym „Monidło”, „Palec Boży”, „Party przy świecach”, „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł” oraz „Smoleńsk”, który był jego ostatnim filmem.

Bez prawdy o tym, co wydarzyło się w Smoleńsku nie będzie możliwe stworzenie społeczeństwa wolnych obywateli – mówił w maju 2015 roku na antenie naszego radia.

 

 

„Smoleńsk” stał się celem licznych ataków, ale znalazł również poparcie wśród Polaków z całego świata, o czym reżyser mówił w wywiadzie z Magdaleną Uchaniuk-Gadowską:

– Przystępując do sprawy, jaką jest film „Smoleńsk”, a potem próbując go zrealizować, musiałem liczyć się z tym, że zapłacę za to pewną cenę, prawda? Nie było dla mnie zaskoczeniem, że PISF odmówił dofinansowania. Brałem to pod uwagę i dlatego od początku szukałem wsparcia, oczywiście wśród ludzi, którym, jak uważałem, powinno zależeć na powstaniu tego filmu. Bardzo ważne jest dla mnie, że kiedy wyjawiłem publicznie swój zamiar kręcenia „Smoleńska” w wywiadzie dla takiej nie najpopularniejszej gazety, jaką jest ceniony przeze mnie „Nasz Dziennik”, to z różnych stron świata odezwali się ludzie, którzy nie znali mnie osobiście, ale zrozumieli, że to trzeba zrobić. Zostałem zobligowany do tego za pośrednictwem przysyłanych z całego świata pieniędzy, których, oczywiście, nie mogłem przyjąć jako ja, bo gdybym np. wylądował w więzieniu, pieniądze by przepadły. Założyłem więc fundację filmu „Smoleńsk 2010”. No i to stało się początkiem, a dla mnie – zobowiązaniem. Zrozumiałem, że robię to nie tylko w swoim imieniu – bo jestem taki ważny jako ja – tylko że jest wiele, bardzo wiele osób, Polaków mieszkających w różnych stronach świata, którzy chcą, żeby ten film powstał. To jest moje zadanie. Nie chodzi o natchnienie, nie chodzi o mnie.

 

WJB

Skuteczny protest / Każdy ma swoją placówkę, na której powinien walczyć o prawdę i dobro, a nie kulić ogon pod siebie

Fragment opinii Komisji Etyki TVP nt. rzeczonego programu: Publikowanie i upowszechnianie opinii w zaprezentowanym kształcie to relatywizowane przyzwolenie na używanie określeń typu „polskie obozy”.

Jadwiga Chmielowska

W regionalnej TVP Katowice próbowano nagrodzić program, w którym pada określenie „polskie obozy koncentracyjne”. Program został wyemitowany na antenie regionalnej i zgłoszony do nagrody Rady Programowej. Na szczęście protesty części jej członków okazały się skuteczne. Na kolejnym posiedzeniu nastąpi zgodne z procedurami wskazanie zwycięzcy konkursu.

Każdy ma swoją placówkę, na której powinien walczyć o prawdę i dobro, a nie kunktatorsko kulić ogon pod siebie, by się nie narazić. Poniżej fragmenty pisma adresowanego do Prezesa TVP SA Jacka Kurskiego.

Składam protest w sprawie nierzetelnego wyboru przez Radę Programową programu dziennikarza TVP Katowice do nagrody RP. Uważam, że dopuszczono się szeregu naruszeń (…)

Jestem zdania, że była to próba nagrodzenia programu, który nie ma ani walorów edukacyjnych, ani (wbrew regulaminowi) nie spełnia kryteriów rzetelności, ponieważ zniekształca historię. Górnicy byli wywożeni ze Śląska na roboty do Związku Radzieckiego przez Sowietów! Na podstawie emitowanego programu można byłoby wnioskować, że winni byli temu Polacy. Taki sam wniosek dotyczy łagrów na Śląsku. W więzieniach i łagrach siedziało w tym okresie ok. 200 tys. Polaków, a na Śląsku – oprócz Niemców, śląskich folksdojczów z tzw. dwójką, także inni Ślązacy (nb. często wydawani przez swoich sąsiadów, skompromitowanych podczas wojny), m.in. również AK-owcy, powstańcy śląscy, harcerze i żołnierze niezłomni.

Pragnę dodać, że Maria Nowak, rodowita Ślązaczka, dobrze znająca z przekazów rodzinnych trudną sytuację na Śląsku po 1945 roku, podniosła argument, że taka decyzja Rady Programowej kompromituje TVP Katowice, a przede wszystkim szkodzi Ślązakom, bowiem program nie jest rzetelnym przekazem tragicznej historii mieszkańców Śląska.

Ze strony jednej z osób, głosujących za nagrodzeniem tego programu, padła propozycja, aby w ogóle nie przyznawać nagrody. Można było więc przyjąć, że wycofała swój głos. Zignorowano jednak tę sytuację.

Moim zdaniem podczas zebrania doszło do manipulacji. Trudno powiedzieć, czy zamierzonej, czy wynikłej z braku przygotowania. Jednak z decyzjami przewodniczącego nie sposób się zgodzić. Manipulacja ta wpisuje się w cały szereg nierzetelnie i tendencyjnie przygotowywanych materiałów (m.in. w programy edukacyjne przygotowywane przez Silesię Scholę, gdzie komunistyczne obozy nazywane są obozami śmierci!).

Program „Jo był ukradziony” można było obejrzeć pod linkiem: https://katowice.tvp.pl/33790022/30082017, a 3 grudnia ta strona już się nie otwierała.

Wnoszę o nieprzyznawanie obecnie tej nagrody i umożliwienie Radzie Programowej dokonania powtórnego wyboru, przemyślanego, przeprowadzonego rzetelnie, zgodnie z regulaminem – w styczniu 2018 r.

Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Historia jednego protestu” oraz odpowiedź na niego Prezesa TVP SA Jacka Kurskiego znajdują się na s. 2 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „Historia jednego protestu” oraz odpowiedź na niego Prezesa TVP SA Jacka Kurskiego na s. 2 lutowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl

Nie tylko Barranquilla: Karnawał na kolumbijskich Karaibach / No sólo Barranquilla – el Carnaval en el Caribe colombiano

Kolumbia to jedna z najgorętszych propozycji spędzenia karnawału. Najbardziej znany to oczywiście karnawał w Barranquilla. My przedstawimy alternatywne miejsca na kolumbijskim wybrzeżu karaibskim.

Kolumbia to jedno z najważniejszych centrów współczesnej kultury Ameryki Łacińskiej. To również kraj, którego mieszkańcy przepełnieni są tańcem i muzyką. Wielu z nich zrobiło oszałamiające kariery muzyczne, podbijając uszy odbiorców z różnych części świata. Nic więc dziwnego, że i karnawał w tym kraju obchodzony jest wyjątkowo hucznie.

Wstęp do kolumbijskiego karnawału zrobiliśmy już dwa lata temu. Opowiadaliśmy wówczas o dwóch największych wydarzeniach karnawałowych, tzn. karnawałach w miastach Barranquilla oraz Cali. Tradycji karnawałowych w Kolumbii jest jednak na tyle dużo, że warto o nich wspomnieć w kolejnych audycjach, w kolejnych latach.

W tym roku na samo zakończenie epoki karnawału przeniesiemy się na gorące karaibskie wybrzeże Kolumbii. Króluje tutaj mieszanka gorących afrykańskich rytmów, doprawionych tradycjami kolonialnej Europy oraz (w mniejszym stopniu) indiańskimi. Niekwestionowaną stolicą karnawału jest tutaj położone u ujścia rzeki Magdalena miasto Barranquilla, o którym już wspominaliśmy. Tymczasem wiele innych miast i miasteczek tego regionu ma mnóstwo do zaproponowania żądnemu wrażeń przybyszowi. Takie miasta, jak Cartagena, czy Santa Marta, choć są uboższymi kuzynkami miasta Barranquilla, z pewnością mogą okazać się ciekawą alternatywą dla osób, które nie przepadają za tłumami turystów.

Przewodnikiem po gorącym karaibsko – kolumbijskim karnawale będzie Hermes Llain Jiménez, który znaczną część swojego życia spędził w tej części Kolumbii. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasz gość przypomni największe ciekawostki dotyczące karnawału w Barranquilla. Przedstawimy także alternatywy dla tych, dla których karnawał w Barranquilla jest po prostu zbyt przytłaczający, a mimo wszystko chcieliby się dobrze zabawić. Opowiemy także o tradycjach i zwyczajach mieszkańców karaibskiego wybrzeża Kolumbii, związanych z karnawałem.

A wszystko to już w najbliższy poniedziałek, 12-go lutego, jak zwykle o 21H00! Będziemy rozmawiać po polsku i hiszpańsku!

¡República Latina – dobra zabawa nie tylko w karnawale!

Resumen en castellano: Colombia es uno de los países latinoamericanos más importantes en el caso de la cultura. El país está lleno de la música y los bailes. Muchos artistas de allá son conocidos mundialmente. Por eso no debería sorprenderle a nadie, que también el carnaval en Colombia se celebra con mucho ruido. En una de las emisiones hace dos años hemos mencionado sobre los carnavales de Barranquilla y Cali: unos de los más famosos del país. Sin embargo sería una barbaridad limitar el carnaval colombiano sólo a estos dos eventos.

Hoy vamos a hablar sobre el Caribe colombiano y sus tradiciones del carnaval. Vamos a recordar un poco el carnaval de Barranquilla, ya que es el evento más importante de la región.la gente que no le gusta el montón de la gente, les vamos a ofrecer los lugares menos multitudinarios. Tal Cartagena, como Santa Marta y gran montón de los pueblos caribeños de Colombia le pueden ofrecer mucho entretenimiento a la gente que le gusta divertirse. Nuestro guia por el Caribe colombiano – Hermes Llain Jiménez no sólo nos presentaría los mejores lugares para pasar el carnaval en esta parte de Colombia, sino también los costumbres de la gente caribeña, relacionados con el carnaval.

Les invitamos para escucharnos el lunes, 12 de enero a las 21H00UTC+1! Vamos a hablar polaco y castellano!