Meksyk i jego mieszkańcy to temat wielu stereotypów i uogólnień, często niemającymi nic wspólnego z prawdą. My przedstawimy najciekawsze z nich oraz reakcje Meksykanów na krążące o nich opinie.
Kim jest i jak wygląda przeciętny, stereotypowy Meksykanin? Na to pytanie z pewnością inaczej odpowiedzą Europejczycy, jak i mieszkańcy USA, czy też innych krajów Ameryki Łacińskiej. Każde z tych miejsc wypracowało sobie bowiem inny stereotyp mieszkańców tego północnoamerykańskiego państwa. Stereotyp, czyli uproszone, uogólnione wyobrażenie dotyczące innych grup społecznych, również narodów.
Jak ogólnie zatem wygląda stereotypowy Meksykanin? To rubaszny wesołek, z dużym wąsiszczem, ubrany w wielki kapelusz, równie wielkie buciory i kolorowe poncho. Bardzo często stereotypowy Meksykanin siedzi na rumaku, wyposażony w wielką flintę i równie wielką gitarę. A także butlę tequili, oczywiście koniecznie z robakiem. Stereotypowy Meksykanin nie stroni bowiem od alkoholu. Zarazem nie należy on do osób szczególnie pracowitych (chyba, że chodzi o handel narkotykami) i punktualnych. Stereotypowy Meksykanin to także kobieciarz, bawidamek, chociaż swoją ukochaną señoritę z pobliskiego pueblo (niekiedy równie wąsatą, jak on sam) często potrafi potraktować ciężką dłonią. A kim jest stereotypowa Meksykanka? Choć potrafi być zjawiskowo piękna, niczym meksykańskie aktorki z Hollywood, lub meksykańskich telenowel, zazwyczaj jednak pozostaje w cieniu swojego stereotypowego Meksykanina, rodząc mu całe rzesze stereotypowych Meksykaniąt.
Im większa odległość od Meksyku, tym inny jest obraz stereotypowego Meksykanina. Dla Europejczyków stereotypowy Meksykanin (niezależnie od płci) to mieszanka twardej, ale i pięknej i fascynującej egzotyki, z ciekawą, choć w swym stereotypowej formie mocno uproszczoną kulturą. Im bliżej Meksyku, tym ów stereotypowy Meksykanin nabiera wyrazistszych szczegółów. Dla północnych sąsiadów z USA stereotypowy Meksykanin to z jednej strony ciężko (choć nie zawsze legalnie) pracujący robotnik. Z drugiej zaś (paradoksalnie!) często leń, niebezpieczny kryminalista, złodziej i narcotraficante. Również i stereotypowa Meksykanka w północnoamerykańskich oczach gringos traci swój seksowny, hollywoodzki urok. Stając się spracowaną, puszczalską dziewuchą z nadwagą, co chwila rodzącą nowe dzieci, lub będącą cały czas w ciąży: od wczesnej młodości do późnej starości. Oboje oczywiście są nieukami, nieznającymi języka angielskiego oraz brudasami, niedbającymi o higienę osobistą.
A jak jest w rzeczywistości? Krótki, choć intensywny pobyt w Meksyku potrafi uświadomić, że choćby najbardziej wyrazisty stereotyp pozostaje stereotypem. I że stereotypowy Meksykanin niewiele ma wspólnego z prawdziwymi Meksykanami z krwi i kości, zamieszkującymi Meksyk. Jeśli akurat nie wybieramy się w tamte strony, warto posłuchać, co mają do powiedzenia na ten temat nasi goście: Héctor Franco oraz Paola Francine. Oboje pochodzący z Meksyku i oboje różniący się od wzorca stereotypowego Meksykanina. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasi goście opowiedzą o tym skąd wziął się wizerunek stereotypowego Meksykanina oraz co współcześni Meksykanie o nim sądzą. Czy walczą z tymże wizerunkiem, czy też, przeciwnie, pielęgnują go niczym dobro narodowe?
Na stereotypowo meksykańską rozmowę o stereotypowych i niestereotypowych Meksykanach płci obojga zapraszamy w stereotypowo w poniedziałek, 19-go marca, jak zwykle o 21H00! Będziemy rozmawiać po polsku i hiszpańsku!
¡República Latina, stereotypowo latino!
Resumen en castellano: quien es el esterotípico Mexicano?
A esta pregunta podemos obtener varias respuestas, que van a diferenciarse según la parte del mundo. Sin embargo generalmente podemos obtener el siguiente dibujo. Un tipo alegre y desparpajado, con un bigotón grandote. Vestido en botas grandes, un sombrero enorme y un poncho bien colorado. Muchas veces aparece en su caballo, con un fusil grande y tocando su enorme guitarrón. Un estereotípico güey mexicano muchas veces toma el tequila, que – por supuesto – tiene que contener un maguey dentro de la botella, ya que un estereotípico Mexicano no evita el alcohol. Y aunque un estereotípico Mexicano es un mujeriego, muchas veces está tratando a su mujer con fuerza. Y quién es una Mexicana estereotípica?Puede ser una belleza de Hollywood o las telenovelas mexicanas (aunque muchas veces con bigotes). Pero puede ser también la madre de las docenas de los hijos del estereotípico Mexicano.
Generalmente hablando el dibujo de un estereotípico Mexicano depende de la distancia de México. O sea otros estereotipos hay en Europa (donde hay mucha vista muy exótica). Otros hay en los EU, donde muchas veces se ve los Mexicanos como unos sucios y flojos primitivos, criminales, narcotraficantes y ladrones.
Sin embargo hay que decir que todos los estereotipos se borran muy fácilmente, cuando uno viene a México, para poder comparar su imaginación con la realidad. Y si no tenemos suficiente tiempo o plata para irse directamente a México, hay que escuchar que dicen de este tema nuestros invitados: Héctor Franco y Paolo Francine. Los ambos vienen de México y los ambos son un poco diferentes de los estereotipos de los Méxicanos. Junto con ellos vamos a hablar sobre los estereotipos de los Mexicanos y de la opinión de los Mexicanos sobre los estereotipos. Si están luchando contra los estereotipos, o los tratan como un patrimonio nacional?
Para nuestra emisión sobre los estereotípicos Mexicanos les invitamos a escucharnos el lunes, 19 de marzo, como siempre a las 21H00! Vamos a hablar polaco y castellano!
Szkód dokonanych przez 27 lat – słabości dostępu do rynku medialnego grup światopoglądowych związanych z prawicą, konserwatywnych, chrześcijańskich, katolickich w Polsce, nie można odrobić w dwa lata.
Barbara Bubula
Media a sposób myślenia obywateli
Dziękuję za zaproszenie na tę bardzo interesującą konferencję. Chciałabym od razu uczynić zastrzeżenie: chociaż nie wypieram się, że jestem posłanką Rzeczypospolitej, i to posłanką Prawa i Sprawiedliwości, to jednak to, co tutaj będę mówić, mówię jako ekspert, od wielu lat wykładowca ekonomiki mediów na Uniwersytecie Jana Pawła II w Krakowie, a nie jako przedstawiciel rządu czy partii Prawo i Sprawiedliwość. (…)
Nawiązując do tego bardzo interesującego materiału, który otrzymaliśmy (chodzi o opracowanie „O własności mediów w Polsce” przygotowane w CMWP SDP – przyp. JH) pozwolę sobie w 10 punktach króciutko skomentować czy uzupełnić to, co autorzy tego opracowania nam przedstawili.
Po pierwsze i najważniejsze, na podstawie mojej wiedzy, mojego wieloletniego doświadczenia i obserwacji tego, co dzieje się nie tylko w Polsce, ale i za granicą, brakuje nam do tej pory pogłębionych badań i dyskusji nad nimi w zakresie nie tyle ilościowej, jeśli chodzi o tytuły czy nawet pewną strukturę własnościową, ale badań dotyczących wpływu mediów na opinię publiczną. Pojęcie opinii publicznej jest medioznawcom znane. Chodzi o wpływ na sposób myślenia obywateli, na ich deklaracje polityczne, na ich sposób dokonywania wyboru władz; o grupy nacisku wpływające na podejmowanie poszczególnych decyzji.
W innych krajach, tam, gdzie prowadzi się wieloletni monitoring wpływu mediów, badane jest bardzo szczegółowo, z jakich źródeł wyborcy czerpią informacje polityczne krajowe i międzynarodowe i co wpływa na ich decyzje polityczne; czy zmienili je podczas ostatnich wyborów i pod wpływem jakich mediów.
U nas niestety to jest w bardzo szczątkowej postaci, bardzo brakuje jakościowego badania o tym, jaki jest wpływ poszczególnych mediów na opinię publiczną. To się nie pokrywa z wpływem ekonomicznym. W tym gronie nie muszę mówić, że wpływ tabloidu na środowiska opiniotwórcze jest dużo mniejszy niż wpływ opiniotwórczej gazety czy opiniotwórczego radia.
Punkt drugi. Brakuje nam, nie tylko w analizie, którą nam przedstawiono, ale również w całym obiegu informacji w Polsce, analizy wszystkich elementów medialnego łańcucha wartości i wzajemnego wpływu na siebie tych elementów. Podam pierwszy z brzegu przykład, można powiedzieć „na czasie” – mianowicie monopolizacja po stronie produkcji materiału źródłowego, np. praw do transmisji igrzysk olimpijskich czy innych wydarzeń sportowych, połączona z całym łańcuchem dystrybucji tych treści, czyli posiadaniem kanałów telewizyjnych i na końcu listą klientów, którzy będą płacić za dostarczanie tych treści.
To jest element bardzo mocno w dyskusji publicznej zaniedbany u nas, rzeczywiście nie analizuje się, także w obiegu eksperckim, tego, jaki ma wpływ to, że ktoś posiada cały „łańcuch pokarmowy” w mediach, począwszy od praw do treści, które są w tych mediach prezentowane (czy to będzie transmisja z igrzysk olimpijskich, czy prawa do jakiegoś formatu rozrywkowego w telewizji), i na końcu, czy ma listę klientów, którym to sprzeda.
I widać wyraźnie na polskim rynku, że są na nim tacy gracze – nie mówię nawet o narodowości – ale tacy, którzy dokładnie wiedzą, o co chodzi, np. Discovery i TVN. Discovery posiada płatny kanał sportowy Eurosport o zasięgu międzynarodowym i uzyskujący w tej chwili, na skutek fuzji z właścicielem TVN-u, prawa do kanału otwartego właśnie w postaci TVN-u, prawa również do redystrybucji tego sygnału na innym polu od dotychczas posiadanego. I to oznacza oczywiście zepchnięcie do narożnika nadawcy publicznego, czyli Telewizji Polskiej, nadawcy, który do tej pory ma kanał otwarty i możliwość prawa dystrybucji sygnału z wielkich wydarzeń sportowych, a teraz traci w pewnym sensie swoją przewagę konkurencyjną na rzecz prywatnego, międzynarodowego nadawcy o o wiele większej sile biznesowej, ponieważ posiadającego ogromny kapitał, którym może przelicytować każdą stację tego typu jak Telewizja Polska w uzyskiwaniu praw do transmisji.
Po trzecie – to się wiąże z punktem drugim – kwestia właściwości polskiego Urzędu Antymonopolowego w przypadku fuzji, zakupów, łączenia różnych elementów rynku medialnego. Polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów został pozbawiony prawa decyzji w sprawie fuzji Discovery z TVN-em na rzecz Komisji Europejskiej, która orzekła, że to ona jest właściwa do rozstrzygnięcia, czy wolno było zakupić międzynarodowemu potentatowi stację telewizyjną posiadającą tak szeroki dostęp do widzów w Polsce w kanałach otwartych, zasięg na otwartych multipleksach cyfrowych. To świadczy o tym, że jest tutaj bardzo poważny problem, taki, że nawet gdybyśmy chcieli wprowadzać u nas jakieś ograniczenia rozszerzające pluralizm mediów w naszym kraju, ograniczające kolonizację naszego rynku medialnego przez zewnętrznych, międzynarodowych graczy o sile rażenia ekonomicznego wielokrotnie większej od tych, którzy są osadzeni na naszym rynku, czy tych, którzy należą do narodu polskiego czy państwa polskiego, jakim są media publiczne – to jesteśmy w sytuacji dużej trudności prawnej, międzynarodowej, widocznej właśnie w tym międzynarodowym precedensie, który został teraz ujawniony.
Po czwarte – polskie przepisy w tym względzie, czyli tzw. ustawa dekoncentracyjna czy repolonizacyjna, o której się dyskutuje od dwóch lat i której od lat jestem rzecznikiem i zwolennikiem. Uważam, że brak takich przepisów w polskim systemie prawnym od ponad 20 lat to jest poważne ograniczenie naszej zdolności do samodzielnego kształtowania naszej polityki wewnętrznej i międzynarodowej.
Te szerokie reperkusje prawne, polityczne i międzynarodowe ujawniają się na innych polach. Choćby kwestia nowelizacji ustawy o IPN-ie i w jej kontekście ustawy reprywatyzacyjnej pokazują, że ewentualna ustawa o dekoncentracji mediów może się spotkać z dokładnie taką samą, o ile nie silniejszą reakcją, która może spowodować różnego rodzaju perturbacje
Stąd proszę się nie dziwić ostrożności, bardzo dyplomatycznemu rozgrywaniu tej sprawy. Ja nie jestem upoważniona do tego, żeby reprezentować tutaj zdanie rządu czy partii Prawo i Sprawiedliwość, ale musimy sobie zdawać sprawę z tego kontekstu, który teraz Państwo widzą na własne oczy, jaki ma miejsce w przypadku zmiany ustawy o IPN.
Po piąte. Szkód poczynionych przez 27 lat, można powiedzieć: nierówności dostępu do rynku medialnego poszczególnych grup światopoglądowych w Polsce, nie da się odrobić w dwa lata. To jest materia, można powiedzieć, o charakterze organicznym, tzn. tego się nie da zadekretować. Cały świat medialny, który został w ciągu 27 lat ukształtowany z taką właśnie dysproporcją, polegającą na słabości środowisk medialnych związanych z prawicą, konserwatystami, chrześcijańskimi czy katolickimi środowiskami, to jest sytuacja, w której odrobienie tego rodzaju strat w ciągu dwóch lat, jakie mają miejsce od roku 2015 z niewielkim odkładem, jest po prostu niemożliwe.
Musimy sobie zdawać sprawę, że dodatkowo na to nakładają się inne czynniki, wzmacniające silnych, a osłabiające jeszcze bardziej tych słabych. Postępująca globalizacja i wzmacnianie ekonomiczne mediów o szerszym zasięgu powoduje, że osłabiane są i tak słabe już media o charakterze, powiedzmy, niezależnym, prawicowym czy konserwatywnym.
Po szóste, poczynione w ciągu ostatnich 27 lat szkody, których nie da się szybko odrobić, dotyczą także kompetencji medialnych polskiego społeczeństwa. Jesteśmy społeczeństwem słabo poinformowanym, które rzadko korzysta z gazet, mamy bardzo niskie czytelnictwo gazet, bardzo niski udział w korzystaniu z mediów o pogłębionym charakterze.
To jest zjawisko, bardzo groźne, nie ze względu na to, kto rządzi, tylko groźne ze względu na suwerenność polskiej opinii publicznej. Jeśli nie ma odbiorcy, który chce korzystać z takich mediów, który byłby tym naturalnym podłożem, na którym funkcjonują dobre media, dziennikarze, także śledczy, którzy kontrolują władze; dziennikarze, których stać na to, żeby nad pogłębionym reportażem popracować dwa miesiące; właściciel, który się czuje niezależny od reklamodawców na tyle, że nie będzie musiał od nich uzależniać treści, które prezentuje np. na swoim portalu internetowym – to problem jest bardzo poważny.
Jeżeli Polacy nie chcą płacić na media, nie płacą np. abonamentu telewizyjnego, nie kupują gazet, tygodników, miesięczników, nie wyobrażają sobie tego, że za dobrą informację trzeba dobrze zapłacić, a w dużej części u nas nie uświadamiają sobie tego nawet elity, w przeciwieństwie do innych krajów – to mamy do czynienia z problemem, który jest bardzo poważny i nie dotyczy tylko jednych czy drugich takich samych światopoglądowo mediów, ale również dotyczy tego, jak silne, jak odporne na różnego rodzaju zabiegi kolonizujące naszą przestrzeń medialną jest nasze społeczeństwo, nasza wspólnota narodowa.
W związku z tym słabe wychowanie obywatelskie i słabe zainteresowanie kulturą, i tabloidyzacja mediów – to jest nasza pięta Achillesowa; i brak wychowania do wspólnoty, odbudowania tej wspólnoty, to jest problem, nad którym się trzeba bardzo mocno zastanawiać, nie tylko tutaj, ale również w innych środowiskach.
Po siódme – to jest też ważne – że siła wyborców szeroko rozumianej prawicy, mogę to powiedzieć jako posłanka Prawa i Sprawiedliwości, jest dużo niższa niż siła wyborców o poglądach lewicowych czy liberalnych. To ma znaczenie dla mediów, dlatego że zawsze kultura, dostęp do mediów, chęć zapłacenia za dobrą informację jest na dalszym miejscu w każdym budżecie konkretnego obywatela niż czynsz czy bieżące rachunki. To jest prawda oczywista, ale bardzo słabo uświadamiana, że baza ekonomiczna ludzi o poglądach niekoniecznie związanych z głównym nurtem dominującym przez 27 lat jest słaba.
Wreszcie po ósme, i to też się wiąże z tym, co powiedziałam wcześniej – to jest słabość struktur państwa. My nie mamy wypracowanego mechanizmu polegającego na tym, że mielibyśmy silne, odpowiednio finansowane media publiczne, ale również silny, dobrze finansowany i dobrze wyposażony w ekspertów Urząd Antymonopolowy, który mógłby reagować, i równie silne oprzyrządowanie eksperckie tych instytucji, które mają czuwać nad równością dostępu do mediów i nad rzetelnością prezentowanych przez nie informacji. To też jest bardzo poważny problem, na który trzeba zwracać uwagę.
Po dziewiąte – powstaje bardzo negatywny efekt synergii pomiędzy wielkimi reklamodawcami o charakterze międzynarodowym a strukturą mediów w każdym kraju.
To jest obserwowane nie tylko w Polsce, ale w Polsce szczególnie. Duzi wspierają dużych, międzynarodowych, w związku z tym zanik mediów lokalnych, słaba możliwość funkcjonowania ich w ogóle, coraz to dalej idąca koncentracja na tym, co w centrali, co w Warszawie, albo jeszcze lepiej, na arenie międzynarodowej, a nie tym, co w Olkuszu, Rawie Mazowieckiej czy Jeleniej Górze. To jest poważny, bardzo negatywny efekt synergii.
I ostatni punkt tego, co chcę powiedzieć. Wszystko to sprawia, że otoczenie polityczne i warunki zewnętrze nie sprzyjają uregulowaniu kwestii własności. I nie tylko zagraniczni, ale i krajowi potentaci, którzy zyskują na tym fakcie, obejmują wszystkie elementy medialnego łańcucha wartości, praw do treści, poprzez pakietowanie i wprowadzanie wręcz na listę klientów – patrz Polsat, który właśnie kupił kolejny element swojego pakietu klientów poprzez zakup Netii; czyli produkujemy, pakietujemy i sprzedajemy i mamy listę klientów, o których wiemy wszystko: jakie produkty kupują do tej pory, więc łatwo możemy im sprzedać dodatkowe elementy.
Podsumowując: dyskusja i wiedza o tym jest potrzebna, potrzebne są badania i w kolejnych elementach uzupełnianie wiedzy na ten temat. Potrzebne jest też budowanie wsparcia eksperckiego i społecznego, tego, co Feliks Koneczny nazywał siłą społeczną do zbudowania mocniejszej podstawy dla mediów, czyli pogłębiania kompetencji i świadomości roli mediów ze strony naszych obywateli, także tych słabszych ekonomicznie, którzy do tej pory nie doceniali tego, jak ważne jest to, że istnieje bardzo ścisły związek między tym, czy kupił gazetę, czy potem będzie miał dostęp do właściwej informacji. Ja trochę upraszczam, ale to dotyczy również kliknięcia w konkretną stronę internetową czy ustawienia strony internetowej w swoim tablecie.
Wystąpienie Barbary Bubuli na konferencji CMWP SDP „O własności mediów w Polsce” znajduje się na s. 4 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wystąpienie Barbary Bubuli na konferencji CMWP SDP „O własności mediów w Polsce” na s.4 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
Wiedza na ten temat jest potrzebna nie tylko odbiorcom mediów, ale także tym, którzy w mediach, dla mediów i z mediami pracują, i na których pracę i działalność media wywierają wpływ.
Jolanta Hajdasz
O własności mediów w Polsce
Ważny temat, a brakuje opracowań; konieczny jest monitoring własności mediów, by naprawiać błędy popełnione w przeszłości i by przeciwdziałać koncentracji środków masowego komunikowania – to najważniejsze wnioski z konferencji zorganizowanej przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jaka odbyła się 12 lutego 2018 w Domu Dziennikarza SDP w Warszawie. Wzięło w niej udział blisko 100 dziennikarzy reprezentujących największe media w Polsce, medioznawców i osób pracujących w środkach masowego komunikowania.
Na konferencji została zaprezentowana i bardzo dobrze przyjęta przez uczestników konferencji przygotowana w CMWP SDP publikacja pt. „Struktura własności mediów w Polsce. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska”. Przygotowanych dla uczestników konferencji papierowych wydań opracowania (100 egzemplarzy) zabrakło jeszcze przed rozpoczęciem spotkania.
Na sali panował wyjątkowy pluralizm. Obok Doroty Kani z „Gazety Polskiej” można było też zobaczyć Jacka Żakowskiego z „Gazety Wyborczej”, temat wzbudza bowiem emocje (choć zapewne z całkowicie odmiennych powodów) wśród wszystkich stron politycznego sporu. W konferencji wzięli udział przedstawiciele najważniejszych medialnych instytucji w Polsce – Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz Krzysztof Czabański, przewodniczący Rady Mediów Narodowych. W dyskusji panelowej wypowiedzieli się m.in. Barbara Bubula, posłanka PiS, Teresa Bochwic, członek KRRiT, i Wojciech Reszczyński, publicysta, członek SDP. Całość prowadził Krzysztof Skowroński, prezes SDP.
Autorzy publikacji pt. „Struktura własności mediów w Polsce” to dr Monika Szetela – absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie oraz Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, aktualnie kierownik Zakładu Komunikacji Społecznej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, mgr Karolina Piech – absolwentka Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i WSKSiM w Toruniu i mgr Maciej Piech – absolwent UMK i WSKSiM w Toruniu. Opiekę naukowo-redakcyjną nad całością sprawowała dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, absolwentka i dr nauk humanistycznych Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, wykładowca Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu.
Media mają narodowość
Temat własności mediów powrócił do dyskursu publicznego ze zdwojoną siłą za sprawą Marka Dekana, szefa niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego Ringier Axel Springer (RAS). W połowie marca 2017 r. Dekan wystosował list do dziennikarzy pracujących dla RAS w Polsce, w którym, odnosząc się do wydarzeń politycznych na szczeblu europejskim (reelekcji Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej), napisał: „podpowiedzmy im, co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu. Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń”.
List wzbudził żywą reakcję po każdej ze stron politycznego sporu. Kilka dni później, 19 marca 2017 r., w programie „Woronicza 17” emitowanym na antenie TVP Info, poseł Patryk Jaki, odnosząc się do listu Dekana, powiedział: „Dziennikarze są ważnym składnikiem państwowości polskiej. (…) Właściciel niemiecki co tydzień, jak się okazało, wysyła list i mówi Polakom, co mają myśleć, w jaki sposób mają działać. To jest traktowanie Polaków przedmiotowo, jak takie pacynki, które mają myśleć to, co Niemcy sobie zażyczą. Ale to, co ważniejsze, to ta szersza perspektywa (…) jest kilka najważniejszych składników suwerenności każdego państwa. Państwo, które chce być suwerenne, musi mieć swoje, polskie wojsko, musi mieć polskie banki, musi mieć polską infrastrukturę, musi mieć polskie surowce, ale przede wszystkim musi mieć polskie media i dopiero wtedy możemy mówić o pełnowymiarowości państwa. Jeżeli tak nie jest, każde państwo będzie słabsze. Widzieliśmy to na Ukrainie, gdzie część mediów nie należała do państwa i kiedy nowo formujące się armie ukraińskie szły na front, część osób zdezerterowała, bo słyszała inne informacje od właścicieli mediów rosyjskich”.
Jednak to, co najważniejsze w kwestii własności mediów, celnie ujęła występująca także w tym programie Barbara Fedyszak-Radziejowska: „Klucz do tego, co jest zawarte w tym liście, nie polega na tym, że kapitał ma narodowość, tylko że ma poglądy. (…) Jeśli »własność« ma poglądy (…) to znaczy, że »własność« może w ogromnym stopniu formować stan świadomości, postawy polityczne danego społeczeństwa, i wtedy mamy do czynienia z zakłóceniem demokracji, dlatego że jest to w gruncie rzeczy instrument, w którym »własność« decyduje o poglądach obywateli, a nie rywalizacja polityczna, wybory i możliwość konfrontacji różnych poglądów. Z tego punktu widzenia ten problem jest realny i prawdziwy”. To spostrzeżenie Barbary Fedyszak-Radziejowskiej stanowi w dużej mierze uzasadnienie podjęcia tego tematu.
Kto ma media, ten ma władzę
To popularne twierdzenie można potraktować lekceważąco i włożyć do kategorii „mitologia współczesnych mediów”, bo przecież w dobie wszechwładnego internetu nie ma jednego podmiotu „posiadającego media”, a co za tym idzie „władzę”, ale problem jest o wiele poważniejszy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Coraz częściej przy okazji kolejnych kryzysów polityczno-społecznych powraca retoryczne pytanie o rolę, jaką odgrywają w nich konkretne media i osoby mające na nie największy (jeśli nie jedyny) wpływ, a takimi są właśnie właściciele tych mediów.
Każdy czytelnik, widz, słuchacz czy internauta może sobie oczywiście indywidualnie odpowiedzieć, w czyich rękach są media, które czyta, słucha czy ogląda, ale potrzebuje do tego dostępu do sieci, sporej ilości czasu i wiedzy, jak się w tym skomplikowanym świecie wzajemnych biznesowych powiązań poruszać. Znalezienie więc odpowiedzi na pytanie badawcze „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” staje się nierzadko zadaniem, na którego wykonanie mało kto ma ochotę. Tymczasem wiedza na ten temat jest potrzebna nie tylko odbiorcom mediów, ale także tym, którzy w mediach, dla mediów i z mediami pracują, i na których pracę i działalność media wywierają wpływ.
Gdy zastanowimy się nad tym problemem głębiej, zapewne dojedziemy do wniosku, że nie ma dziedziny życia publicznego, w którym media nie odgrywałyby jakiejś roli i o wiele częściej, niż nam się to wydaje, jest to rola fundamentalna, kluczowa w konkretnym wydarzeniu i działaniu.
Nie ma w Polsce jednolitego, przygotowywanego profesjonalnie, z zastosowaniem narzędzi wykorzystywanych w nauce o mediach opracowania, które odpowiadałoby na to proste pytanie o właścicieli mediów działających na terenie Polski. Dlatego podjęliśmy próbę znalezienia na nie odpowiedzi. Problemem badawczym konferencji pt. „Własność mediów w Polsce. cz. I. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska” stało się więc przedstawienie struktury własności mediów w Polsce (według stanu na maj 2017 r.). Rezultaty tej pracy są dostępne dla każdego na stronie www.cmwp.sdp.pl.
Wnioski, jakie płyną z przedstawionych w tym opracowaniu analiz, są jednoznaczne i potwierdzają codzienne obserwacje świadczące o tym, iż bardzo duża część środków masowego komunikowania w Polsce jest własnością podmiotów zagranicznych lub podmiotów, w których ze względu na skomplikowaną strukturę wzajemnych powiązań firm i koncernów trudno wskazać rzeczywistego właściciela. Problem ten staje się bardzo istotny, gdy zestawimy te informacje o właścicielach mediów z ich wpływem i zasięgiem oddziaływania na opinię publiczną, mierzonymi np. liczbą udziałów w rynku reklamy czy ich pozycją wynikającą z wyników oglądalności, słuchalności czy liczby sprzedawanych egzemplarzy gazet. Te wnioski mogą być niepokojące.
Także z innych opracowań, m.in. przygotowywanych przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, wynika bowiem, iż w Polsce mamy realny problem z koncentracją własności mediów. Udział sześciu największych podmiotów na danym rynku mediów (w poszczególnych segmentach prasy, radia czy telewizji) przekracza nawet 60%, a więc jest to bardzo wysoki stopień koncentracji. Poziom ten może już zagrażać realizacji zasady wolnego słowa i pluralizmu mediów, fundamentalnej dla państw demokratycznych.
W ocenie CMWP SDP krokiem w kierunku przeciwdziałania tej sytuacji mogłoby się stać utworzenie ogólnopolskiego Krajowego Rejestru Mediów, w którym byłyby zgromadzone i łatwo dostępne informacje na temat działających na rynku środków masowego komunikowania i ich właścicieli. Nie zastąpi ono uregulowań ustawowych przeciwdziałających koncentracji, ale może je w prosty sposób wspierać. W rejestrze takim powinny się znaleźć nie tylko informacje o właścicielu, lokalizacji i siedzibie firmy, ale także o tym, gdzie dana firma jest zarejestrowana i gdzie płaci swoje podatki. Mógłby w nim znaleźć się także wykaz usług medialnych i podmiotów należących do jednego właściciela, a może nawet dane dotyczące jego przychodów i reklam. Opracowanie pt. „Własność mediów w Polsce. cz. I. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska” mogłoby stać się wstępem do realizacji w przyszłości przez CMWP SDP tej idei.
– Odpowiedź na pytanie badawcze „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” stała się bardzo istotna z punktu widzenia nie tylko szeroko rozumianych ludzi mediów, ale także, a może przede wszystkim, każdego obywatela naszego państwa” – powiedział Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Prezes SDP Krzysztof Skowroński podczas konferencji CMWP SDP | Fot. J. Hajdasz
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest najstarszą i najliczniejszą organizacją dziennikarską w Polsce. Ma za sobą m.in. tradycje udziału w próbach demokratyzacji w roku 1956 i w latach 1980–81, tradycje działalności w opozycji demokratycznej przed i po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Zawsze stara się wspierać dziennikarzy szukających poprzez wykonywanie swojego zawodu prawdy o otaczającym nas świecie. Nasze cele statutowe to m.in. dbałość o etykę zawodową dziennikarzy i ochrona ich praw. Cele te realizujemy m.in. poprzez prowadzenie analiz i ocen funkcjonowania mediów, wykonywania zawodu dziennikarza, upowszechniania informacji i przestrzegania praw i wolności obywatelskich. Temu służy utworzone przez SDP w 1996 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które umacnia wolność prasy i strzeże poszanowania fundamentalnej dla demokracji zasady wolności słowa.
Ten właśnie cel przyświecał nam, gdy podejmowaliśmy się realizacji najnowszego zadania – próby znalezienia odpowiedzi na pytanie „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” Temat ten wyszedł poza dyskurs czysto akademicki i biznesowy w marcu 2017 r., gdy szef niemiecko-szwajcarskiego koncernu medialnego wystosował list do dziennikarzy pracujących dla jego wydawnictwa w Polsce, w którym, odnosząc się do wydarzeń politycznych na szczeblu europejskim (reelekcji Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej), napisał: „Podpowiedzmy im, co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu. Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń”. Zawarte w liście polecenie odebrano jako instrukcję polityczną, jak należy interpretować aktualną rzeczywistość. Co zrozumiałe – wzbudziło ono żywą reakcję po każdej ze stron politycznego sporu, dlatego odpowiedź na pytanie badawcze „Kto jest właścicielem mediów w Polsce?” stała się bardzo istotna z punktu widzenia nie tylko szeroko rozumianych ludzi mediów, ale także, a może przede wszystkim, każdego obywatela naszego państwa. Opracowanie pt. „Własność mediów w Polsce.cz. I. Prasa, radio, telewizja ogólnopolska” jest naszą odpowiedzią na to pytanie. Wierzę, że stanie się ono początkiem prowadzenia przez CMWP SDP stałego monitoringu własności mediów w naszym kraju, byśmy zawsze wiedzieli, kto nas informuje, bawi, poucza i opisuje.
Kto ma media w Polsce?
Najwięcej, bo aż 21% tytułów na polskim rynku prasy, posiada Bauer Sp. z o.o. Spółka Komandytowa (kapitał niemiecki). Kolejnym wydawnictwem co do liczby posiadania periodyków – 9% – jest Burda Media Polska Sp. z o.o. (kapitał niemiecki). Następni są: Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. – 6% (kapitał niemiecko-szwajcarski), Edipresse Polska SA – 5% (kapitał szwajcarski). Tyle samo – 3% – posiada Agora SA – (80% kapitału należy do Polaków, 20% zaś do Amerykanów), Phoenix Press Sp. z o.o. Spółka Komandytowa (kapitał niemiecki) oraz Hearst Marquard Publishing Sp. z o.o. (kapitał szwajcarski). 2% prasy na polskim rynku należy do Egmont Polska (kapitał duński). 48% są to inne wydawnictwa, posiadające 2 i mniej tytułów. Większość polskiego rynku wydawniczego posiadają zagraniczni inwestorzy, w szczególności wydawnictwa z kapitałem niemieckim. Polski kapitał przeważa w dziennikach. Tygodniki dzielą się na pół co do kapitału. Natomiast kapitał zagraniczny przeważa, i to w znacznym stopniu, w większości czasopism kolorowych, a także specjalistycznych. Podobnie jest z prasą dla dzieci i młodzieży.
Wykonana w niniejszej pracy analiza wykazała, że rynek telewizyjny w Polsce jest podzielony w stosunku: 30% – firmy polskie, 70% – nadawcy zagraniczni. Może wydawać się to zaskakujące, ale polscy właściciele nadają mniej niż jedną trzecią wszystkich programów telewizyjnych dostępnych na terenie Polski. Najwięcej programów telewizyjnych w Polsce nadają Amerykanie, którzy odpowiadają za połowę wszystkich nadawanych treści. Przewagę tę wypracowują takie koncerny medialne jak: Scripps Network Interactive, Viacom Inc., Discovery Communications, Time Warner i ITI Neovision SA (współpraca amerykańsko-francuska). To te przedsiębiorstwa stanowią o potędze amerykańskich nadawców na polskim rynku medialnym. Udział pozostałych zagranicznych firm jest znacznie mniejszy.
Także na rynku rozgłośni radiowych sześciu największych nadawców skupia ponad 60% wszystkich nadawanych programów. Pozostałą część stanowi zbiór mniejszych, głównie polskich podmiotów, nadających po kilka lub jednym programie każdy. Taki podział na rynku radiowym w Polsce sprawia, że przemysł ten charakteryzuje się dużą koncentracją zarówno pionową, jak i poziomą. Dobrym przykładem obu tych zjawisk jest Grupa Radiowa Agory, która posiada dużą liczbę różnych rodzajów mediów (radio, telewizja, portal internetowy, czasopisma), a także oferuje pokaźną liczbę kanałów informacyjnych w obrębie jednego medium, m.in. stacje: Złote Przeboje, Radio Pogoda, TOK FM, Rock Radio.
Dominacja na rynku radiowym nie zależy w rzeczywistości od ilości nadawanych stacji, ale od ich popularności. Polscy nadawcy przeważali w liczbie udostępnianych stacji, jednak w słuchalności programów najefektywniejsi byli nadawcy niemieccy, głównie dzięki popularności rozgłośni RMF FM (stacja niemieckiego koncernu Bauer, nr 1 w Polsce).
W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych stacji w Polsce znajduje się tylko jedna stacja, której właściciel nie należy do „wielkiej szóstki”. Jest to Radio Maryja, którego właścicielem jest Prowincja Warszawska Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela (Redemptoryści).
Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „O własności mediów w Polsce” znajduje się na s. 4–5 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „O własności mediów w Polsce” na s. 4–5 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
To oni najczęściej edukowali na wsiach, leczyli, gdy lekarz był daleko, propagowali nowe sposoby pracy na roli, uprawy, technikę. Oni też dbali o tradycję w sposób najbardziej świadomy i konsekwentny.
Szymon Astery
Spoiwo Kresów – tak można by ich nazwać. Ludzie tysiącami zasilający szeregi powstańców, rodziny zsyłane na Sybir. Ludzie wielu stanów, pozycji, a nawet religii i narodowości. Sól ziemi, skromni, pracowici, świadomi, romantyczni. Wnieśli w historię Rzeczypospolitej, w naszą historię, poświęcenie, trud i zwykłą miłość. (…)
Kazimierz Jaroszewski. Fot. ze zbiorów M. Niewaldy
Większość obecnych mieszkańców Polski ma wśród swoich przodków osoby z tej grupy społecznej. A jednak wiedza o nich jest niezwykle skromna. W pamięci pozostają czasem nieliczne opowiadania, tu i tam udaje się przypadkowo natrafić na zapiski czy zdjęcia – i to wszystko. A jednak – gdy czyta się pamiętniki powstańców z roku 1863, bardzo często powtarza się zdanie „nasza partia składa się głównie z synów oficjalistów dworskich”. I tak było naprawdę. Wśród poległych, zesłanych, wygnanych ciężką dolą z kraju było wielu tych, co uczyli się pilnie, znali wartość poświęcenia, doceniali wartości takie, jak Bóg, Honor, Ojczyzna. (…)
W spisach katastralnych występują chłopi wiejscy i ogólnie „dwór”. W spisach szlachty notowano głównie właścicieli ziemskich. Mało jest procesów sądowych, spraw spadkowych, opiekuńczych dotyczących tej warstwy społecznej; ludzie ci rzadko występują w spisach podatkowych. Dlatego jest praktycznie niemożliwe zbudowanie monografii oficjalistów. Jednak jedyna ankieta przeprowadzona w 1895 roku sugeruje, że był to stan liczący niemal pół miliona osób.
Byli to ludzie żywi, weseli, pełni nadziei i trosk. Pracując dla właścicieli, a zarządzając pracownikami niższymi, stanowili łącznik pomiędzy tymi dwiema grupami. To oni najczęściej edukowali na wsiach, to oni leczyli choroby, gdy lekarz był daleko, oni propagowali nowe sposoby pracy na roli, uprawy, technikę. Oni też dbali o tradycję w sposób najbardziej świadomy i konsekwentny. Nie ulegli wpływom obcych mód – jak arystokracja; nie ulegali namowom różnych agentów – jak niestety działo siłę to na wsiach na Rusi, Wołyniu, Podolu czy Litwie.
Z. Ajdukiewicz, Zarządca i pracownicy, Sokal- Poturzyca. Fot. ze zbiorów M. Niewaldy
I dlatego też byli to ludzie najbardziej dziesiątkowani przez kolejnych zaborców. To ich pozbawiano środków do życia, to z nich się wyśmiewano, ich dzieci i wnuki potem mordowano w dołach Katynia, zsyłano do łagrów, uniemożliwiano dobrą pracę. Bardzo często potomkowie, mający silną osobowość, stawali w szeregach różnych służb czy wojska. System zbrodniczego totalitaryzmu to właśnie ich najbardziej chciał zetrzeć na proch i często się to udawało – mając bowiem skromne środki, nie było łatwo uciec. (…)
Książka Święta-nieświęta Marcina Niewaldy nie jest pracą naukową – choć jest wiarygodna, jako że bardzo rzetelnie została oparta na źródłach. (…) Świat jest malowany w książce przez wielką ilość cytatów, opisów takich, jak sposób prania pościeli w ługu, wyjaśnienia, dlaczego dzieci rodziły się zazwyczaj dokładnie co 25 miesięcy, co robili młodzi ludzie, wprowadzając się do nowego domu, dlaczego przy narodzinach dziecka wbijano siekierę w próg, dlaczego bano się wirów powietrza w upalne lato, jak kupcy zamawiali na wiosnę owoce z drzew, które rodzić będą jesienią. (…)
To wręcz nowy typ książki – który został opracowany na potrzeby opisu tej niezwykłej grupy społecznej. Ich światem codziennym był kontakt z otoczeniem – zarówno pejzażem pól, jak i ludźmi tamtych czasów – dlatego najwłaściwszą oprawą stało się dla autora to, co ich otaczało. Choć nie wiemy, jak dokładnie wyglądali – poznajemy, co ci ludzie widzieli przez okno, jakie mieli marzenia, czym żyli i co kochali – a to wszak najważniejsze informacje o człowieku. W ten sposób sepiowy, zacierający się obraz dawnego świata nabiera barw i może stać się znowu częścią naszej tożsamości.
Cały artykuł Szymona Astery’ego pt. „Pierwsza taka książka. Świat oficjalistów dworskich dawnej Rzeczpospolitej” znajduje się na s. 15 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Szymona Astery’ego pt. „Pierwsza taka książka. Świat oficjalistów dworskich dawnej Rzeczpospolitej” na s. 15 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
Widzieliście rynsztok? Ja widziałam 30 lat temu w Istambule. To właśnie znaczy, kiedy ktoś mówi: słownictwo jak z rynsztoka, obyczaje jak z rynsztoka. Zdechłe szczury, paskudztwo i obrzydlistwo.
Teresa Bochwic
Rynsztok. Literatura brukowa
Uwaga! Obrzydliwe
Widzieliście rynsztok? Pewnie nie. Ile razy mówię studentom, czy nawet dużo od nich starszym ludziom o wyrażeniach rynsztokowych, o rynsztoku królującym na niektórych stronach internetowych, a nawet w mediach, a nawet-nawet w Sejmie, widzę puste spojrzenia. ‘Rynsztok’ już nic nie znaczy, nikim nie wstrząśnie obrzydzenie.
A więc nie wiecie, co to jest prawdziwy rynsztok? Płynący nieczystościami wzdłuż jezdni i chodnika? Kiedyś były takie w każdym mieście, w Warszawie też.
Ci, co wyjeżdżali na wschód już po 1989 roku, opowiadali o ulicach Grodna. Chodniki były tam podobno wtedy z drewnianych żerdzi, przybitych do bali ponad powierzchnią gruntu, ciągle jak w XIX wieku. Mokre i śliskie w deszczu i śniegu, kolebiące się, zakleszczające bucik, gdy się żerdź obluzowała. Między brukiem a chodnikiem w niewielkim wgłębieniu płynął sobie rynsztok.
Okropne miejsce. Płynęło tędy wszystko, co ludzie wylali lub rzucili na ziemię i co nie zdążyło uciec przed rwącą w deszcze wodą. Papierki, drewienka, zdechłe myszy, plwociny, zmiętoszone prezerwatywy, skórki od jabłek, różne resztki. A przede wszystkim zawartość wiader z domów bez kanalizacji, a więc siki i rozmokłe kupy z brudnymi kawałkami gazet (a skądże by wtedy w Grodnie, za Związku Radzieckiego, papier toaletowy?), bo gdzieby indziej je wylać.
Rano, po nocy, ludzie wynosili pełne wiadra przed dom i wylewali wszystko do rynsztoka, a to wszystko śmierdzące spływało sobie do kratki, do ścieków, ściekiem do rzeczki, do rzeki, rzeką do morza. W morzu łaskawym roztapiało się, nikło.
W Warszawie czy innych miastach, w Ciechocinku, Jeleniej Górze, Ustce, Zakopanem, w latach 50., powiedzmy, gdy byłam dzieckiem, były jeszcze rynsztoki, ale już malutkie. Co tam nimi mogło płynąć. Drobne śmieci, papierki od cukierków, deszczówka, gorąca woda po praniu wylewana z balii z mydlinami, więc właściwie były nawet czyste. Wieczorami w lepszych dzielnicach przy migocących światłem rynsztokach stały prostytutki, bo przy krawężnikach instalowano latarnie. Mężczyźni, którzy kiedyś pluli dookoła na potęgę, z czasem jakoś przestali pluć; najlepszy dowód, że znikły tzw. higieniczne spluwaczki (metalowa miseczka i na niej druga wklęsła, z dziurką w środku, żeby ściekało, zdejmowana do mycia). Stały niegdyś na półpiętrach klatek schodowych i w każdej restauracji, w narożniku sali, na podłodze. Pan przechodził, charknął sobie, zręcznie zwijał językiem w kulkę i spluwał do spluwaczki albo do rynsztoka.
***
Ale najlepszy widziałam w Istambule.
Istambuł! Konstantynopol! Bizancjum! Europa ku Azji! Azja ku Europie!
W Istambule byłam we własnej osobie nie tak znowu dawno, ze 30 lat temu, w kwietniu chyba 1978 roku, kiedy to dali mi nareszcie paszport, a w ambasadzie afgańskiej nie dawali wiz, bo „odbędzie tam konferencja pokojowa i nie ma już miejsc w hotelach”, a następnego dnia była tam interwencja Związku Radzieckiego. Turcy za to dawali wizy turystom.
Rynsztok w Istambule (wtedy wszyscy jeździli do Istambułu po kożuchy albo bawełniane sukienki, ja też), rynsztok tam był krojony na miarę imperium otomańskiego. Krawężniki, niskie przy przejściach na skrzyżowaniach, były wzdłuż ulicy tak wysokie, że zapobiegały przechodzeniu w dowolnym miejscu. Może i na pół metra. Więc taki rynsztok mocno poniżej chodnika to już nie był kanałek, to był raczej kanion. W tym głębokim, otwartym korycie, niemal rowie, sporo się mogło zmieścić. A ulice w Istambule strome, kręte, z wysoka spadające.
Biegałam więc po mieście, zwiedzałam zabytki, oglądałam bazar, pod Aja Sofią odmierzano mi strzykawką po centymetrze gęste aromaty – prawdziwy chypre i ambrę, za jednego dolara. Kupowałam ciuchy, które nareszcie na mnie pasowały, a nie rujnowały kieszeni jak zachodnie. Szyłam kożuszek na zamówienie, wyschnięty staruszek jechał ostrymi koniuszkami nożyczek po stronie skóry, nie niszcząc baranka; było gotowe już na następny dzień. Kupowałam biżuterię zrobioną z dziurkowanych turkusów z jakiegoś starego naszyjnika, zaklętych w koszyczku z cieniutkiego złotego drucika, i srebrny pierścionek z otwieranym puzderkiem na truciznę. Odwiedzałam fabryczki złotych wyrobów za pancernymi drzwiami i metalowymi ścianami, umieszczone w połowie wysokiego wieżowca, żeby napad był trudniejszy. Jeździłam tanimi taksówkami z szybami podziurawionymi kulami mafii, zobaczyć azjatycką stronę; nad Dardanele! nad Dardanele!
***
Była pogoda, aż za ciepło, choć dopiero kwiecień. Autobusy z wiszącymi jak w Warszawie winogronami pasażerów dymiły czarno z rur spalinowych, wysłużone amerykańskie limuzyny przerobione na taksówki jeździły setką po mieście, trąbiąc jak oszalałe. Przed uniwersytetem natrafiłam nawet na jakąś strzelaninę z policją, było potem o tym w gazetach; a może mi się tylko zdawało, może byłam tam wcześniej, tylko sobie przypomniałam to miejsce, jak o tym napisali.
Jazgot, wrzask, klaksony, namolne rytmy muzyki orientalnej napływające nie wiadomo skąd. Spoceni z gorąca uliczni sprzedawcy rozkładali, jak niedawno u nas, towar na płachtach wzdłuż ulic i zachwalali go głośno. Mnóstwo chudziutkich dzieci, kobiety w nasuniętych na czoło chustach o końcach założonych za tył szyi i związanych na piersiach, w ogromnych luźnych majtadałach, które przy bliższym przyjrzeniu okazywały się po prostu spódnicą przełożoną między nogami i związaną w pasie. Ze śmiesznych, zakurzonych żelaznych piecyków, ustawionych na chodnikach, a dymiących jak rury wydechowe, młodzi, pokurczeni czarniawi chłopcy o palącym spojrzeniu (żadnych szans na małżeństwo z kobietą, osiem razy więcej mężczyzn niż kobiet, choć kto tam tak naprawdę liczył dziewczynki) zdejmowali patelnie z pitą, aromatyczną jarzynową papką na jakby naleśniku. W witrynach eleganckich sklepów orientalne słodycze ociekały czymś, co brałam za tłuszcz i nie odważyłam się tego nigdy kupić. A kiedy kebaby rozpleniły się już w Europie, okazało się, że to łagodny syrop, i że np. baklawa to najlepsze po serniku ciastko na świecie. Ale ja jej nie spróbowałam wtedy, w samym sercu Orientu, gdzie się narodziła.
Tam, w centrum Istambułu, koło uniwersytetu i zabytków, nie było ciekawych rynsztoków. Zwyczajnie, chodniki zajęte przez sprzedawców, jezdnie, deptaki, place, fruwające śmieci, koty na podwórzach. Nic szczególnego.
***
Aż raz znalazłam się wysoko, w górnej części miasta. Bo nie chciałam dłużej mieszkać w ohydnym małym hoteliku w starym centrum; kiedy wieczorem zapaliłam tu światło (wtedy zaczynali pobierać prąd od Bułgarii, był, jak woda, tylko parę godzin dziennie, tyle, że woda leciała w południe), z łóżka, ze stołu, z parapetu, spod szafy wystartowały tyraliery karaluchów i karnymi tysiącami skryły się w szparach podłogi.
Z krzykiem uciekłam z pokoju na dół, do recepcji. Turek uspokajał: nie gryzą, czyszczą resztki, można się do nich przyzwyczaić, człowiek nie jest sam. Odprowadził mnie do pokoju, przespałam noc przy zapalonym świetle.
Wolałam drogo, ale bez karaluchów.
Drogi hotel był naprawdę strasznie drogi, dwie moje warszawskie pensje za dobę. Ale w końcu jedna noc! Na eleganckiej, cichej ulicy, bardzo wysoko. Zajechałam taksówką, jak jaka pani. Bagaż zostawiłam w małym hoteliku. Nazajutrz wyjeżdżałam do Sofii.
Wejście, paszport w recepcji, żadnych pytań, płatne z dołu. Marmury, westybule. Winda, korytarze, podwójne drzwi.
Domyślacie się, szkoda mówić. Znowu znikające w świetle lampy tyraliery, tylko teraz w łazience, wykładanej najpiękniejszymi turkusowymi terakotami Wschodu. Czarnorude, trzęsące się na sześciu cienkich nogach, w trwodze, karne setki, tysiące karaluchów.
Podwójne drzwi, korytarz, już bez windy, schodami na dół, ślizgając się na czerwonym dywanie, westybule, klucz na marmurowy blat, paszport do ręki, do wyjścia!
***
Taksówka odjechała. Nadciągnęły nagle ogromne, czarne chmury i spadł tropikalny deszcz. Stałam w wyjściu z hotelu, deszcz skończył się równie nagle, jak się zaczął, tyle, że zrobiło się duszniej.
Schodziłam stromą uliczką ku śródmieściu, a obok rwał głęboki na pół metra rynsztok. A w rynsztoku w Istambule nie śmieci, nie prezerwatywy, nie gówna, nie resztki. To znaczy, nie tylko. Całe potopione koty, chyba ze sto tysięcy zdechłych szczurów, całe zdechłe psy, kawałki nie wiadomo czego obrzydliwego, stary sedes, fragmenty mebli. Gęsto, pędzone prądem, okręcające się wokół siebie, jak otoczaki w górskim strumieniu. Przyspieszyłam kroku. Nagle zobaczyłam coś białego, kręciło się z prądem, podskakiwało. Ucięta ludzka dłoń.
Hamując wymioty, popędziłam, nie patrząc, w dół, żeby szybciej, dalej, ku staremu hotelikowi, złapać walizkę, w taksówkę, na dworzec, z którego odjeżdżał kiedyś Orient Express z bogaczami, daleko od karaluchów, w hali o rzeźbionych kratach przekimać na walizce i rano wsiąść wreszcie do pociągu, który uwiezie mnie do Bułgarii.
Fot. TIENSAMA (CC A-S 4.0, Wikimedia.com)
Tak wyglądał 30 lat temu rynsztok w Istambule. To właśnie znaczy, kiedy ktoś mówi: słownictwo jak z rynsztoka, obyczaje jak z rynsztoka. Zdechłe szczury, paskudztwo i obrzydlistwo.
A teraz w Warszawie.
Dziś rynsztok tu widzę ogromny. Płynie nim wiele śmieci i obrzydliwości niemało. Pozostałości i to, co się źle rozwinęło. Płynie polski teatr, opanowany przez skandalistów i wulgarystów, polska oświata opanowana przez edukatorów; płynie w ścieki ledwie dychająca kultura, płyną maki i bławatki, i płowe zboża; świątki na skrzyżowaniach dróg i drewniane krzyże; płynie sztuka osobistych wrogów Pana Boga. Spływają polskie mity, które pozwalały nam żyć – wolnej Polski, „Solidarności” i solidarności, uczynności, niezłomności; nienawistnicy wpychają tu bohaterską tradycję AK i powstania warszawskiego, Matkę Boską, Mickiewicza i Herberta, i miłość bliźniego. Płynie wolność, równość, braterstwo, uczciwość, normalność.
Biegniemy, uciekamy, ale nadchodzą nowe pokolenia i też pakują się do rynsztoka, nieświadome; wiedzą, bo widzą, że świat jest wrogi i okropny, że człowiek człowiekowi wilkiem i że znikąd pomocy. Spływają tym kanionem smutku brud i niemożność, ta klęska współczesności.
A ja wolałabym spuścić tym rynsztokiem prawdziwe paskudztwa.
Koniec Europy, postkomunizm, smutki i lęk o polskość prawdziwych elit, i postkolonialne kompleksy lumpenelit (wykształciuchów). Ohydnych pogrobowców SB i WSI, chętnych i przekupnych TW. Ludożerkę, która w korporacjach napuszcza na siebie zrozpaczonych ludzi. Stosy świńskich pism, kpiny z wolności słowa.
I język plugawy, te wszystkie przerywniki, te smakowite kurwy, dupy i znacznie gorzej, padające jak lepki grad w teatrach, domach kultury, kinach, kawiarniach, w radiu, telewizjach, kabaretach, na nabrzeżach, plażach, leśnych duktach, szosach, poboczach, połaciach, na całych jeziorach, w metrze i pociągach, na budowach, w szkołach i w wyższych uczelniach z ust anielskich studentek i ich profesorków, z ust młodych matek i eleganckich jappich, i ośmioletnich dzieci.
I ten łomot na stojąco bez czułości, bez namiętności w polskich filmach, wzór dla dziewcząt i chłopców; mękę młodych kobiet, które marzyły o miłości i karierze w filmie, a teraz to mają w burdelach i w filmach porno. To mordowanie na 100 sposobów, jak złamać kark, jak piłować żywych ludzi, rozrywanie zajączków, misiów i królewien w dobranockach, palenie krasnoludków, wysadzanie w powietrze życzliwych stworków. Tych, co niszczą metodycznie dobro i ufność dzieci. Tych reżyserów, dziennikarzy, prezenterów, tych Powiatowych i Listopadowskich, te gwiazdy i idoli młodzieży, którzy nie znoszą Polski, a kochają psie kupy, świństwo i rechot.
I wszystkie kompleksy, które rodzą się na tej ziemi, całe to poczucie gorszości, mniejważności, i agresję sąsiadów, i współziomków.
I posła palikotowskiego i jemu podobnych.
Tam jest ich miejsce. Niech spłyną rynsztokiem, do kratki, do ścieku, ściekiem do rzeczki, do rzeki, do morza. Niech się rozpłyną.
Niech wreszcie znikną. Niech przyjdzie wielki deszcz, zmyje te kutasy na Krzyżu, te Matki Boskie maczane w moczu, całą tę hipokryzję i fałsz. Niech ten ogromny deszcz spłucze całe to świństwo; i niech wreszcie popłynie czysta woda. Do kratki, do rzeczki, do rzeki, do miłosiernego morza.
Opowiadanie Teresy Bochwic pt. „Rynsztok” znajduje się na s. 14 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Opowiadanie Teresy Bochwic pt. „Rynsztok” na s. 14 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
W programie Tomasza Wybranowskiego gościli moralni zwycięscy preselekcji do konkursu Eurowizji – Happy Prince, a także Artur Gotz, który wydał swoją nową płytę z piosenkami Kabaretu Starszych Panów.
Artur Gotz, aktor i piosenkarz, jest znany z anteny Radia WNET oraz irlandzkiej rozgłośni NEAR FM.
Trzy tygodnie temu wydał swój trzeci album, który został przygotowany z okazji 60. rocznicy powstania legendarnego Kabaretu Starszych Panów.
Przypomnieć należy, że pierwszy program Kabaretu Starszych Panów, którego twórcami byli legendarni Jerzy Wasowski i Jeremi Przybora, został wyemitowany przez telewizję polską 16 października 1958 roku.
Artur Gotz odnosi się z szacunkiem do pierwotnych wykonań, ale dzięki wykorzystaniu instrumentów elektronicznych, zaskakującym aranżacjom i porywającej interpretacji, piosenki w jego wykonaniu połączyły to, co sentymentalne, z tym, co bliskie i aktualne człowiekowi XXI wieku.
Na album składają się wielkie szlagiery: Addio pomidory, Jeżeli kochać, Już kąpiesz się nie dla mnie, Ballada z trupem, Kapturek 62, Dziewica Anastazja, Rodzina, Upiorny twist, W czasie deszczu dzieci się nudzą, Piosenka jest dobra na wszystko. Jest to również wyjątkowa okazja do odkrycia na nowo piosenek mniej znanych: Torreador i kastaniety, Sposoby robienia kariery, Wesoły deszczyk, Adziba.
Ta niezwykła płyta z pewnością dostarczy wrażeń i wzruszeń zarówno tym, którzy mają w pamięci występy Kabaretu Starszych Panów, jak i młodszemu pokoleniu.
Jej premiera albumu odbyła się 14 lutego, w Poznaniu, w Scenie na Piętrze. Teraz Artur Gotz jest w trakcie dużej trasy koncertowej.
Artur Gotz. Fot. Wojciech Jachyra.
Artur Gotz jest wokalistą, aktorem scen Warszawy i Łodzi, laureatem nagrody „Wokalista Roku 2016”, także tytułowym bohaterem powieści „Idol” Marty Fox. Jego poprzednie płyty, „Obiekt seksualny” i „Mężczyzna prawie idealny”, prezentowane były z wielkim powodzeniem w całej Polsce, także w Europie, USA i Australii. Artysta zagrał ponad 350 koncertów.
Happy Prince – najlepsi w naszej opinii podczas preselekcji do Eurowizji
Happy Prince to dwóch przyjaciół – Jakub Prachowski i Tomasz Stawarz. Dwaj gentlemani spotkali się po latach, by ponownie połączyć swoje siły i wykorzystać zdobyte doświadczenia muzyczne i producenckie. W ten sposób powstał projekt Happy Prince. Współpraca ta zaowocowała materiałem na pierwszy wspólny album, który ukaże w ciągu najliższych miesięcy.
Happy Prince, czyli Kuba Prachowski i Tomek Stawarz. Fot.Jacek Ponder.
Wokalistą zespołu jest Kuba Prachowski – kompozytor, aranżer i autor tekstów. Przez kilka lat był wokalistą w zespole Eden Express, z którym zwyciężył w konkursie na najlepszy zespół rockowy w Polsce „39 i pół decybela ponad normę” w 2009 r.
Eden Express zadebiutował na 50-tym Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 2013 r. Grupa miała za sobą również występy na Sopot TOPtrendy Festiwal, Vena Music Festival oraz w programie Kuby Wojewódzkiego. Kuba jest laureatem Międzynarodowego Festiwalu Rzeszów Carpathia w latach 2011, 2012, 2013 oraz zdobywcą Grand Prix tegoż festiwalu w 2015r.
Tomasz Stawarz to muzyk związany z przemyską sceną rockową i jazzową. Od najmłodszych lat szlifował swój warsztat z przemyskimi zespołami. W latach 2001-2002 współpracował z rzeszowskim zespołem Haratacze, z którym koncertował m.in. na Przystanku Woodstock.
Po wyjeździe z Polski związał się na dwa lata z The Pakt – zespołem londyńskim i wraz z nimi nagrał singiel. Następne lata (2009-2017) to bardzo owocna współpraca z brytyjskim zespołem After The Ice, z którym nagrał E-pkę „Commence” oraz Thick Snow Magic. Zespół koncertował w całej Europie, a jednym z ważniejszych występów był udział w prestiżowym South by West Festival w Austin w Texasie. Tomek jest perkusistą ale z powodzeniem grywa również na innych instrumentach, komponuje i aranżuje.
Teraz Kuba Prachowski razem z Tomkiem Stawarzem tworzą projekt Happy Prince. Ich singiel „Don’t Let Go” został wybrany spośród rekordowej liczby zgłoszeń do polskich preselekcji Eurowizji 2018. Podczas finału preselekcji zajęli II miejsce i otrzymali od jurorów maksymalną ilość głosów. W zgodnej opinii fachowców z branży muzycznej byli najlepsi.
Teledysk do piosenki powstał w Hotelu Bellotto, gdzie w klimatycznym tańcu zobaczymy parę tancerzy z Grupy Tanecznej NEXT Tomasza Barańskiego.
Zapraszam do słuchania – link do programu poniżej. Tomasz Wybranowski
W programie Tomasza Wybranowskiego gościli moralni zwycięscy preselekcji do konkursu Eurowizji – Happy Prince, a także Artur Gotz, który wydał swoją nową płytę z piosenkami Kabaretu Starszych Panów.
Dziewczęcą ozdobą programu była rockowa dama, znana m.in. z formacji Luxfer, Anna Chwalebna. Ale po kolei, bo jest o czym opowiadać, opisywać i czego posłuchać.
Artur Gotz, aktor i piosenkarz, jest znany z anteny Radia WNET oraz irlandzkiej rozgłośni NEAR FM.
Trzy tygodnie temu wydał swój trzeci album, który został przygotowany z okazji 60. rocznicy powstania legendarnego Kabaretu Starszych Panów.
Przypomnieć należy, że pierwszy program Kabaretu Starszych Panów, którego twórcami byli legendarni Jerzy Wasowski i Jeremi Przybora, został wyemitowany przez telewizję polską 16 października 1958 roku.
Artur Gotz odnosi się z szacunkiem do pierwotnych wykonań, ale dzięki wykorzystaniu instrumentów elektronicznych, zaskakującym aranżacjom i porywającej interpretacji, piosenki w jego wykonaniu połączyły to, co sentymentalne, z tym, co bliskie i aktualne człowiekowi XXI wieku.
Na album składają się wielkie szlagiery: Addio pomidory, Jeżeli kochać, Już kąpiesz się nie dla mnie, Ballada z trupem, Kapturek 62, Dziewica Anastazja, Rodzina, Upiorny twist, W czasie deszczu dzieci się nudzą, Piosenka jest dobra na wszystko. Jest to również wyjątkowa okazja do odkrycia na nowo piosenek mniej znanych: Torreador i kastaniety, Sposoby robienia kariery, Wesoły deszczyk, Adziba.
Ta niezwykła płyta z pewnością dostarczy wrażeń i wzruszeń zarówno tym, którzy mają w pamięci występy Kabaretu Starszych Panów, jak i młodszemu pokoleniu.
Jej premiera albumu odbyła się 14 lutego, w Poznaniu, w Scenie na Piętrze. Teraz Artur Gotz jest w trakcie dużej trasy koncertowej.
Artur Gotz. Fot. Wojciech Jachyra.
Artur Gotz jest wokalistą, aktorem scen Warszawy i Łodzi, laureatem nagrody „Wokalista Roku 2016”, także tytułowym bohaterem powieści „Idol” Marty Fox. Jego poprzednie płyty, „Obiekt seksualny” i „Mężczyzna prawie idealny”, prezentowane były z wielkim powodzeniem w całej Polsce, także w Europie, USA i Australii. Artysta zagrał ponad 350 koncertów.
Happy Prince – najlepsi w naszej opinii podczas preselekcji do Eurowizji
Happy Prince to dwóch przyjaciół – Jakub Prachowski i Tomasz Stawarz. Dwaj gentlemani spotkali się po latach, by ponownie połączyć swoje siły i wykorzystać zdobyte doświadczenia muzyczne i producenckie. W ten sposób powstał projekt Happy Prince. Współpraca ta zaowocowała materiałem na pierwszy wspólny album, który ukaże w ciągu najliższych miesięcy.
Happy Prince, czyli Kuba Prachowski i Tomek Stawarz. Fot.Jacek Ponder.
Wokalistą zespołu jest Kuba Prachowski – kompozytor, aranżer i autor tekstów. Przez kilka lat był wokalistą w zespole Eden Express, z którym zwyciężył w konkursie na najlepszy zespół rockowy w Polsce „39 i pół decybela ponad normę” w 2009 r.
Eden Express zadebiutował na 50-tym Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 2013 r. Grupa miała za sobą również występy na Sopot TOPtrendy Festiwal, Vena Music Festival oraz w programie Kuby Wojewódzkiego. Kuba jest laureatem Międzynarodowego Festiwalu Rzeszów Carpathia w latach 2011, 2012, 2013 oraz zdobywcą Grand Prix tegoż festiwalu w 2015r.
Tomasz Stawarz to muzyk związany z przemyską sceną rockową i jazzową. Od najmłodszych lat szlifował swój warsztat z przemyskimi zespołami. W latach 2001-2002 współpracował z rzeszowskim zespołem Haratacze, z którym koncertował m.in. na Przystanku Woodstock.
Po wyjeździe z Polski związał się na dwa lata z The Pakt – zespołem londyńskim i wraz z nimi nagrał singiel. Następne lata (2009-2017) to bardzo owocna współpraca z brytyjskim zespołem After The Ice, z którym nagrał E-pkę „Commence” oraz Thick Snow Magic. Zespół koncertował w całej Europie, a jednym z ważniejszych występów był udział w prestiżowym South by West Festival w Austin w Texasie. Tomek jest perkusistą ale z powodzeniem grywa również na innych instrumentach, komponuje i aranżuje.
Teraz Kuba Prachowski razem z Tomkiem Stawarzem tworzą projekt Happy Prince. Ich singiel „Don’t Let Go” został wybrany spośród rekordowej liczby zgłoszeń do polskich preselekcji Eurowizji 2018. Podczas finału preselekcji zajęli II miejsce i otrzymali od jurorów maksymalną ilość głosów. W zgodnej opinii fachowców z branży muzycznej byli najlepsi.
Teledysk do piosenki powstał w Hotelu Bellotto, gdzie w klimatycznym tańcu zobaczymy parę tancerzy z Grupy Tanecznej NEXT Tomasza Barańskiego.
Anna Chwalebna i opowieść o jej misji, nie tylko muzycznej na deser Muzycznej Polskiej Tygodniówki. Zapraszam do słuchania – link do programu poniżej. Tomasz Wybranowski
Jakimi racjami usprawiedliwić działalność polskich władz, które nigdy nie dostarczyły żydowskim chłopcom z nowojorskiego gimnazjum żadnego kompendium dezawuującego kłamstwa Grossa i jemu podobnych?
Piotr Witt
Chodzi o kolosalny interes, Shoah-biznes, nakręcany od wielu lat. Stawki są tak wielkie i sumy do zarobienia astronomiczne, że do interesu podłączyło się wielu biznesmenów innych wyznań, udających Żydów. Są wśród nich i katolicy, a przyznający się do żydostwa w wielu przypadkach również nie są Żydami w świetle prawa mojżeszowego, a tylko prawa niemieckiego – hitlerowskich ustaw norymberskich. (…)
Jak doszło do utrwalenia opinii światowej o Polakach – antysemitach, współautorach zbrodni? Pora przypomnieć.
Opinia światowa nie czyta rozpraw w kwartalnikach naukowych, nie bierze udziału w uczonych sporach o prawdę. Opinię światową kształtują wysokonakładowe książki sensacyjne, a zwłaszcza sensacyjne, wielkobudżetowe filmy z gwiazdorską obsadą. Było ich wiele.
Pierwsze uderzenie bijące rykoszetem w Polskę szło w Kościół katolicki. W 1963 roku słynny reżyser Erwin Piscator wystawił w Berlinie sztukę Wikary. Napisał ją nieznany urzędnik pocztowy Rolf Hochhout. W pięcioaktowym dramacie przedstawił postać Piusa XII, który podczas wojny milczał, podczas gdy Niemcy mordowali Żydów. Zaprotestowali nieliczni historycy znający prawdę. Kanwę sztuki stanowiły wyznania Kurta Gersteina. Funkcjonariusze wywiadu francuskiego, przesłuchujący po wojnie tego oficera SS, uznali go za wariata, a jego wynurzenia za chorobliwe majaki.
W rzeczywistości żaden z czołowych mężów stanu biorących udział w wojnie nie chciał słuchać o zbrodniach niemieckich. Jedynym, który działał, był papież Pius XII. W 1945 roku naczelny rabin Rzymu Zolli, z wdzięczności dla Piusa XII za uratowanie życia jego rodzinie i tysiącom włoskich Żydów, ochrzcił się razem z żoną i zmienił imię na Eugenio na cześć papieża.
W 1958 roku premier Izraela Golda Meir z trybuny ONZ-u dziękowała Piusowi XII za uratowanie życia tysiącom Żydów. Z okazji urodzin papieża w 1955 roku zjechała do Rzymu międzynarodowa orkiestra symfoniczna złożona z dziewięćdziesięciu czterech muzyków żydowskich i pod dyrekcją słynnego Pawła Kleckiego, urodzonego w Łodzi, grała dla Piusa XII „w podzięce za uratowanie wielkiej liczby Żydów”.
Ale światowe media wolały kłamstwo Hochhouta oparte na oświadczeniach wariata od tysiąca świadectw samych uratowanych Żydów. Nikt nie oglądał sztuki teatralnej trwającej osiem godzin. Media zadbały jednak, aby utrwalić w opinii światowej jej wymowę: Pius XII milczał! W 2002 Costa Gavras nakręcił na podstawie sztuki Hocchouta głośny film Amen, mieszający krzyż ze swastyką. (…)
Następnym potężnym przypomnieniem szczepionki antypolskiej miało być świadectwo Martina Greya w 1970 roku. Autor – dorastający chłopiec żydowski – zdołał zbiec przez latrynę z obozu w Treblince, po czym, prześladowany i szczuty przez polskich chłopów i duchowieństwo katolickie, znalazł opiekę i poczucie bezpieczeństwa w lesie – w partyzantce radzieckiej. Poznał tam wspaniałych ludzi – pułkownika Moczara i pułkownika Korczyńskiego (w 1970 roku wydał rozkaz strzelania do robotników w Gdańsku PW). Zyskał ich podziw, gdyż jako chłopiec budzący zaufanie, odnajdywał oddziały NSZ-u i AK, zaciągał się do nich i następnie wydawał tych faszystów Armii Czerwonej.
Książkę Martina Greya, tłumaczoną na wiele języków, na polski również, przeczytały miliony czytelników. Nakręcono według niej film z Michaelem Yorkiem, gwiazdorem tamtej epoki, w głównej roli. Film obiegł świat. Dopiero później dziennikarze śledczy odkryli, że autor nigdy nie był w Treblince i że książkę napisał Max Gallo. Opis Treblinki został splagiatowany przez późniejszego akademika francuskiego z powieści Steinera „Treblinka”, a cała reszta zmyślona. O tym media światowe prawie że nie wspominały.
(…) A co my, Polacy, potrafimy przeciwstawić tym fałszom?! Podczas Międzynarodowych Targów Książki w Chicago w 2016 roku doszło do demonstracji młodzieży żydowskiej przed konsulatem generalnym Polski w Nowym Jorku.
Uczniowie gimnazjum żydowskiego, prowadzeni przez rabina, wznosili transparenty i skandowali „Zabiliście więcej Żydów niż Niemcy!”. Dziennikarze nowojorskich mediów polskojęzycznych przybyli na miejsce starali się wywiedzieć, skąd manifestanci czerpią wiedzę i co wywołało ich oburzenie. Wiedzę czerpali z książki Jana Tomasza Grossa, zaś z historii drugiej wojny nie znali nawet podstawowych dat.
Oburzające. Choć, z drugiej strony można jeżeli nie usprawiedliwić, to przynajmniej wytłumaczyć postępowanie rabina-nauczyciela, który działa w interesie udziałowców Shoah-biznesu. Ale czym, jakimi racjami usprawiedliwić działalność polskich władz odpowiedzialnych za politykę historyczną Rzeczypospolitej, władz, które nigdy nie dostarczyły żydowskim chłopcom z nowojorskiego gimnazjum żadnego kompendium dezawuującego kłamstwa Grossa i jemu podobnych?
„Świat okłamany”, artykuł Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w marcowym „Kurierze WNET” nr 45/2018, s. 3 – „Wolna Europa”, wnet.webbook.pl.
Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na falach na WNET.fm.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Piotra Witta pt. „Świat okłamany” na s. 3 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
Ostatnio dość często piszemy i mówimy, że notowanie, które właśnie jest za nami, przeszło z jakiegoś szczególnego powodu do historii. Podobnie było i tym razem.
Tak naprawdę, to po cichu przypuszczaliśmy, że dość szybko Kraina Łagodności po raz pierwszy zawłaszczy wszystkimi czołowymi lokatami WNET-owej listy, bo – jak uważni czytelnicy moich komentarzy pamiętają – w ostatnim po-notowaniowym felietonie napisałem następujące słowa:
„Podwójna obecność utworów Janusza Radka i Marka Andrzejewskiego to już od dawna PoliszCzartowa rzeczywistość, ale już tryumfalny powrót twórczości Piotra Selima (do tego w podwójnym wcieleniu) oraz 14 pozycja – jak zwykł mawiać Tomasz Wybranowski – papieża polskich bardów – Mirosława Czyżykiewicza, 10 miejsce Lubelskiej Federacji Bardów i 9 lokata Piotra Woźniaka to już zjawisko na Liście Polisz Czart nie tylko niepowtarzalne, lecz każące poważnie zastanowić się nad przyczyną tego fenomenu. Jeśli dodać jeszcze do powyższych spostrzeżeń fakt, że piosenki Marka Andrzejewskiego zdobyły miejsca: trzecie i czwarte, a całość pakietu tego gatunku w TOP 20 to aż… 9 pozycji (!), to bezdyskusyjnie Notowanie 42 możemy śmiało nazwać ofensywą Krainy Łagodności, która nie tylko spowodowała u autorów programu niemałe zaskoczenie, ale dodatkowo skłania ich do bacznej obserwacji dalszego rozwoju tej ekspansji”.
Radko-aktywni rozmontowali system
Tak było w poprzednim zestawieniu, a w ciągu minionych dwóch tygodni intensywnej i wnikliwej analizy oraz „bacznej obserwacji dalszego rozwoju tej ekspansji”, autorzy Waszego ulubionego programu już od pierwszych chwil głosowania zauważyli pewną rzecz. Oto Magda Karasek, Kasia Tyrc oraz rzesza pozostałych Radko-aktywnych (zwłaszcza przedstawicielek płci nadobnej obchodzących przed dwoma dniami swoje „resortowe” Święto), jak przystało na pokojowej natury białogłowy charakteryzujące się wrodzoną delikatnością… ze zdwojoną siłą dzielnie ruszyły do „boju na głosy” w duchu olimpijskiej rywalizacji.
Janusz Radek (fot. Dariusz Sznajder)
Nasze panie – słuchaczki były także znakomicie przygotowane i zorganizowane. W znakomicie zorganizowanej… dyscyplinie parlamentarnej, bo w Liście Poliszczart o głosowanie wszak chodzi, w stopniu niespotykanym, iż gdyby istniała specjalna odmiana licznika Geigera – Mullera do pomiaru Radko-aktywności, to dawka, która w ciągu ostatnich kilkunastu dni zaważyła o totalnej supremacji pana Janusza Radka nad konkurencją na pewno przekroczyłaby wielokrotnie liczbę dopuszczalnych siwertów, a płyn Lugola niewiele by tu zdziałał.
Magda Karasek – Królowa 43 Notowania (fot. Marek Jamroz)
Uff… Gratulując Januszowi Radkowi pierwszego – historycznego zwycięstwa w naszej 6-letniej zabawie nie wolno nam nie zauważyć tego wszystkiego, co działo się – mówiąc językiem kolarskim – w szpicy tzw. grupy pościgowej, której łagodnościowy charakter w najmniejszym stopniu nie przeszkodził wyzwolić niespotykane dotychczas pokłady adrenaliny, której działanie doprowadziło nieomalże do doścignięcia samotnego śmiałka, który to wskutek sprawnie działającego serwisu skutecznych wolontariuszek pewnie i konsekwentnie niezagrożony zmierzał do mety 43 etapu Tour de WNET…
Marek Andrzejewski tym razem nie zadowolił się drugim miejscem w stopniu wystarczającym, w związku z czym postanowił zdobyć je… podwójnie plasując na tej zaszczytnej pozycji obie swoje konkursowe piosenki. Tuż za nim (nie licząc utworu grupy Hey) znaleźli się odpowiednio: Janusz Radek (ponownie) tym razem na czwartym, świetna nowość Lubelskiej Federacji Bardów na piątym, a dalej…
Piotr Selim na ósmym, Agnieszka Truszczyńska na 15 oraz Jan Kondrak na 18.
Mainstream… był
O mainstreamie tym razem mogę tylko powiedzieć, że… był i… został „łagodnie” i z wrodzoną gracją przez przedstawicieli piosenki literackiej rozstawiony po kątach i – niczym zaskoczony bramkarz podczas silnie mierzonych rzutów karnych – nie usiłował się nawet rzucać.
Spięty z Lao Che w towarzystwie ochroniarzy z Polskiego Wzroku 😉 (fot. Monika S. Jakubowska)
Poza wspomnianym już Heyem pozwolę sobie w tym miejscu odnotować Melę Koteluk, Strachy Na Lachy, Organka, Kult, Lao Che (nowość!), T. Love, Scorpions, Korteza, trio Waglewski Fisz Emade oraz fenomenalny Sztywny Pal Azji w rewelacyjnej piosence „Iluminacje”, na potrzeby której sparafrazowałem nieśmiertelny tekst Grabaża – nikt tak pięknie dotychczas nie bał się wyznać Miłości.
Na koniec żegnając się z Szanownymi Czytelnikami do następnego tygodnia dodam jeszcze, że na (przepraszam za niezbyt fortunne określenie) pozycji nr 13 można zaobserwować parę w składzie: Nocny Kochanek i Dziewczyna z kebabem, których wskutek polityki wspierania zdrowego żywienia ujrzymy już 16 marca w Londynie, a żeby kebabowi dodać nieco polskiego sznytu, koncert ten dostarczy licznym zebranym także sporą dawkę Kabanosa w pikantnym sosie a’la Metasoma.
Na wydarzenie to niniejszym w imieniu organizatorów serdecznie wszystkich Londyńczyków (i nie tylko) zapraszam.
Wyniki 43 Notowania Listy Polskich Przebojów WNET PoliszCzart – 9 marca 2018
Prowadzenie: Sławomir Orwat i Tomasz Wybranowski
1 13 +12 7 Janusz Radek – Manekin start
2 4 +2 7 Marek Andrzejewski – Ballada o Czarnym Wtorku
2 3 +1 13 Marek Andrzejewski – Kiedykolwiek
3 5 +2 13 Hey – 2015
4 6 +2 14 Janusz Radek – Nie mów, że dotyk
5 – – N Lubelska Federacja Bardów – Autorski wieczór
6 12 +6 10 Mela Koteluk – Melodia ulotna
7 1 -6 9 Strachy Na Lachy – Co się z nami stało
8 8 – 15 Piotr Selim – Specjalista od wzruszeń
9 11 +2 12 Organek – Mississippi w ogniu
10 2 -8 13 Kult – Opowiadam się za miłością
11 – – N Lao Che – Nie raj
12 7 -5 8 T. Love – Marta Joanna od Aniołów
13 20 +7 2 Nocny Kochanek – Dziewczyna z kebabem
14 24 +10 9 Scorpions – Tainted Love
15 32 +17 15 Agnieszka Truszczyńska – Niekochanie
16 33 +17 7 pARTyzant – Kenopsja
17 – – N Sztywny Pal Azji – Iluminacje
18 22 +4 5 Jan Kondrak – Miłości mej pierwszej
19 19 – 4 Kortez – Pierwsza
20 18 -2 2 Waglewski Fisz Emade – Ojciec
21 – – N Skołowani – Skołowani
22 30 +8 2 Zdrowa Woda – Ciechociński blues
23 21 -2 8 Riverside – The Depth Of Self Delusion
24 – – N Axis Mundi – Uszy i Oczy
25 16 -9 7 Dezerter – Paradoks
26 9 -17 9 Piotr Woźniak – Tango Mortale
27 23 -4 10 Sztywny Pal Azji – Luxtorpeda
28 17 -11 9 Voo Voo – Słowa pożegnania
29 15 -14 7 Piotr Selim – W rytmie bolera
30 14 -16 3 Mirek Czyżykiewicz – Wieniczka
31 27 -4 13 Farben Lehre – Wolność
32 26 -6 8 Paweł Domagała – Opowiem Ci o mnie
33 39 +6 7 Gienek Loska Band – Pieśń emigranta
34 38 +4 7 Agnieszka Truszczyńska – The Morning
35 36 +1 12 Joa Kołaczkowska & Blues Flowers – Blues o Zenonie L.
36 31 +5 4 Closterkeller – Kolorowa Magdalena
37 40 +3 5 Gaba Kulka – Niejasności
38 44 +6 6 Mikromusic – Synu
39 28 -11 10 Kabanos feat. Zacier – Balony
40 25 -15 9 Paweł Szymański – Mija czas
41 – – N Mika Urbaniak – Follow You
42 46 +4 2 Bartek Kulik & Późne Lato – 10 lat później
43 – – N Jacek Krzaklewski – Lokomotywa do nieba
44 10 -34 6 Lubelska Federacja Bardów – Kowalski, jako taki
Jednym z dzisiejszych gości radia Wnet był ks. Marek Kotyński, kapłan Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela Redemptorystów, który mówił o tegorocznej gali wręczenia Oscarów.
„W tym roku Oskary obyły się bez jakichś większych niespodzianek i skandali, można stwierdzić, że tytuły oraz aktorzy, którzy otrzymali wyróżnienie, były wyborami słusznymi”- powiedział ks. Marek Kotyński.
Teolog oraz filmoznawca zwrócił uwagę na to, czy wyróżnione filmy warte są podkreślenia ze względu na szczególne wartości, które mogą ze sobą nieść. Kapłan w kilku słowach podsumował konkretne wyróżnione filmy, jak przykładowo „Trzy bilboardy”, które pomimo aż ośmiu nominacji zdobył jedynie trzy, co zdaniem gościa Radia Wnet mogło być rozczarowaniem dla wielu widzów.
Zdaniem gościa film ten został bardzo dobrze nakręcony, jest niejednowymiarowy i niebanalny. Zawiera elementy komediowe, ale też pokazuje ludzką tragedię na wielu poziomach. Podsumowując tegoroczną galę, ksiądz słusznie zauważa, iż można to określić słowami: „dla każdego coś innego”, co zresztą przełożyło się na dość duże zróżnicowanie w przyznanych Oscarach.
„Takie podejście jest zresztą odpowiednie, gdyż nie ma sensu, aby jeden film otrzymywał wszystkie nagrody w nominacjach, chyba że rzeczywiście jest to dzieło wybitne” – stwierdzi ks. Kotyński.
Trochę niezrozumiałe było też zdaniem naszego rozmówcy przyznanie tylu nagród na dzieła Guilermo del Toro „Kształt wody”, co prawda film jest zrobiony poprawnie, ale większość fabuły sprowadza się do tego, iż cały świat byłby piękny i wszystko byłoby lepsze, gdyby nie człowiek i jego działania, co jest już dość oklepanym schematem.
Na koniec rozmowy, Kotyński, podsumowując to, co powiedział wcześniej, zauważa, że w filmach najważniejsza powinna być treść odpowiednio przykazywane potem w warstwie fabularnej, niestety w ostatnich czasach treść zaczyna być wartością drugorzędną, a ważniejsze są efekty wizualne, czyli tzw.; „świetne opakowanie”.