„Marek, twoje zdjęcia są wspaniałe, radzę ci, przestań pierdzieć w ustnik tej trąbki. Weź się za fotografowanie i rób to, w czym jesteś najlepszy”. Marek Karewicz wziął sobie do serca słowa Tyrmanda.
Tomasz Wybranowski
Był człowiekiem-legendą. Towarzyszył polskiemu rockowi od jego poczęcia. Ani jedno z ważnych wydarzeń muzycznych w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych nie uszło jego uwagi. Specjalną sympatią i estymą otaczał jazz i muzykę rockową. Te dwie kategorie stylów muzycznych stały się przedmiotem wyjątkowej miłości obiektywów jego aparatów fotograficznych. Marek Karewicz był najwybitniejszym polskim artystą fotografikiem w tej kategorii. (…)
Marek Karewicz zawsze był tam, gdzie jęczały gitary, bas wypruwał wnętrzności, a perkusja wyznaczała rytm serca. Był częścią polskiego rock’n’rolla, jego kronikarzem i sumieniem. Pod obstrzałem jego obiektywu znalazły się dziecięce lata polskiego rocka, prekursorzy „mocnego uderzenia”, gwiazdy i gwiazdki lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. (…)
The Rolling Stones, Warszawa 1967 r. | Fot. M. Karewicz; archiwum A. Malewskiego
Po powojennym okresie pobytu w Tomaszowie Mazowieckim, Marek Karewicz przeniósł się do Warszawy, gdzie ukończył Liceum Fotograficzne przy ulicy Spokojnej. Później zdobył indeks Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, na wydziale operatorskim. To właśnie w Łodzi dopadł go bakcyl jazzu i rock’n’rolla, który zza „żelaznej kurtyny” przenikał do Szarek, odrapanej i komunistycznej Polski lat 50. ubiegłego wieku. Jazz pochłonął go i zafascynował. Ukąszenie muzyką było tak silne, że odłożył na bok wyuczony zawód i po powrocie do Warszawy uczył się gry na
kontrabasie i trąbce.
– Po skrzypcach kontrabas był jego kolejnym strunowym instrumentem, w którym Marek pokładał spore nadzieje. Największym problemem z kontrabasem było przemieszczanie się ulicami Warszawy. Posiadał wówczas modny wśród młodzieży skuter, włoską lambrettę – wspominał w moim programie w Radiu WNET Antoni Malewski.
Marek Karewicz zamienił kontrabas na trąbkę. Uśmiechnięty i szczęśliwy, trzymając ten instrument w dłoni, wziął udział „nowoorleańskim marszu” w Sopocie, w lipcu 1956 roku, kiedy Polska i Polacy wierzyli, że odwilż jest możliwa. Pełen nadziei i pasji muzycznego spełnienia, został trębaczem grupy Six Boys Stompers. W jej składzie zagrał podczas otwarcia klubu Hybrydy. Tam jego grę obserwował legendarny już wtedy dziennikarz, publicysta i pisarz oraz wytrawny znawca jazzu, Leopold Tyrmand. Autor wybitnego Dziennika 1954 i powieści Zły podszedł po koncercie do Marka Karewicza i bez ogródek powiedział:
– Marek, widziałem twoje zdjęcia. Są wspaniałe, radzę ci, przestań pierdzieć w ustnik tej trąbki. Weź się za fotografowanie i rób to, w czym jesteś najlepszy.
Słynne zdjęcie Milesa Davisa | Fot. M. Karewicz
Marek Karewicz wziął sobie głęboko do serca słowa Leopolda Tyrmanda. Jak głosi pewna anegdota, sprzedał trąbkę za 50 ówczesnych złotych jednemu z fanów warszawskiej Legii i skupił się na fotografii. (…) Wykonał w swoim życiu ponad dwa miliony negatywów i był autorem projektów ponad 1500 obwolut albumów muzycznych.
O jego kunszcie, klasie i mistrzostwie niech świadczy fakt, że został zatrudniony jako główny fotografik na trasach koncertowych dwóch największych z największych artystów. Przez dwa lata objechał niemal cały świat z legendarnym Rayem Charlesem, autorem słynnego szlagieru Hit The Road Jack. Potem przez ponad rok był w trasie z największym jazzowym trębaczem wszech czasów – Milesem Davisem.
Nie każdy wie, że Marek Karewicz jest twórcą największego zdjęcia świata Davisa, o wymiarach 10 x 3 metry. Wykonał je na zamówienie amerykańskiego artysty. Zawisło ono na największym wieżowcu Nowego Jorku.
A fotogramy Czesława Niemena? A zdjęcia Czerwonych Gitar i No To Co, że powrócę na polskie podwórko? A słynna okładka płyty Breakout Blues z 1971 roku, gdzie Tadeusz Nalepa idzie, trzymając za rękę swojego małego syna Piotra?
W 2003 roku, w uznaniu wybitnych zasług dla kultury Marek Karewicz został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Kapituła Nagrody Polskiej Akademii Fonograficznej „Fryderyk” w 2012 roku uhonorowała go „Złotym Fryderykiem”.
Cały artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Marek Karewicz (1938–2018) – dobry duch polskiego bigbitu, jazzu i rocka” znajduje się na s. 16 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Marek Karewicz (1938–2018) – dobry duch polskiego bigbitu, jazzu i rocka” na stronie 16 sierpniowego „Kuriera WNET”, nr 50/2018, wnet.webbook.pl
– Na ten film czekałem od dziecka – mówi pułkownik Piotr „Kuman” Iwaszko, dowódca 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim. Baza ta dziedziczy tradycje kościuszkowskie, w tym Dywizjonu 303.
W stulecie polskiego lotnictwa wojskowego i stulecie brytyjskich sił powietrznych doczekaliśmy się dwóch filmów o najsłynniejszym polskim dywizjonie. Jeden z nich to brytyjsko-polska produkcja w reżyserii Davida Blaira. Być może do powstania tego filmu przyczynił się plebiscyt Muzeum RAF i „The Telegraph” na bohatera wystawy na stulecie RAF w 2018 roku. Wygrał w nim Franciszek Kornicki,żyjący jeszcze wówczas ostatni dowódca Dywizjonu. Zdobył szesnaście razy więcej głosów niż wszyscy pozostali rywale łącznie. W plebiscycie głosowało wielu Polaków, a jak wiadomo na brytyjskich wyspach mieszka ich nie mało.
W tym też czasie zaczynało już być głośno o polskiej, choć tak naprawdę międzynarodowej produkcji filmu o
Denis Delić/Fot. Daniel Dubicki
Dywizjonie 303, rozpoczętej przez Jacka Samojłowicza. Zaczynało się „jak po gruzach” – problemy z dystrybutorem, dwukrotna zmiana reżysera, niski budżet. A oczekiwania podobnie jak i obawy widzów były duże.
Premiera filmu przesuwana była kilkakrotnie, by zagościć na dużym ekranie z końcem sierpnia 2018 roku. Czy udało się temu wszystkiemu sprostać, ekranizując tę legendarną historię polskich lotników, walczących w Bitwie o Anglię? Pytałam twórców czy są zadowoleni ze swojego dzieła.
– Nie wstydzimy się – jasno stwierdza reżyser filmu Denis Delić – Jesteśmy zadowoleni, że zrobiliśmy ten film.
Zadowoleni zdają się być również pierwsi widzowie filmu i to nie byle jacy, bo na premierze pojawili się dowódcy oraz
Płk pil. Piotr Iwaszko/Fot. Luiza Komorowska
piloci polskich baz lotniczych. Film nie zawiódł pułkownika Piotra Iwaszki, chociaż ubolewał, że całkowicie pominięto tzw. szare korzenie lotnictwa, mechaników, którzy swoją pracą niewątpliwie przyczynili się do zwycięstwa. – O nich zapomina się także dzisiaj. (…) Przed projekcją byłem pełen obaw, czy przy takim budżecie da się stworzyć coś, co będzie miało jakąś wartość. Mi i moim kolegom zależy na tym, by to było dobrze zrobione, ponieważ utożsamiamy się z tą historią. (…) Walki powietrzne w większości są dobre – ocenia pułkownik.
Mjr Mariusz Szymla, instruktor w 41. Bazie Lotnictwa Szkolnego i pilot zespołu akrobacyjnego „Biało – Czerwone Iskry” oraz jego uczniowie również wolą oglądać film okiem widza, gdyż z perspektywy pilota zapewne można dostrzec pewne szczegóły techniczne, takie jak zbyt mocne machanie drążkiem czy szarpanie samolotem. Może też filmowym pilotom brakowało ikry – Mogliby czasem zakląć. Byli zbyt grzeczni – stwierdził major. Jednak moi rozmówcy nie przywiązują do tych szczegółów wielkiej wagi. Ich zdaniem nie to akurat w tym obrazie jest najważniejsze.
Artur Borowiec/Fot. Luiza Komorowska
Efekty specjalne i mały budżet – tego wszyscy się baliśmy. Miałam wrażenie, że po projekcji wielu westchnęło z ulgą, bowiem ku miłemu zaskoczeniu okazało się, że mały budżet wcale nie musi oznaczać tandety. Odpowiedzialny za tę sferę filmu Artur Borowiec nie ukrywa satysfakcji , że jego praca spotkała się z uznaniem, także wśród pilotów. Zdradził, że nad efektami specjalnymi pracowało „trochę więcej niż dwudziestu ludzi”, ale dało się osiągnąć dobry poziom. Cieszy się, że mógł być jednym z twórców tego obrazu filmowego , a przez cały czas produkcji towarzyszyła mu pasja.
„Dywizjon 303. Prawdziwa historia” w reżyserii Denisa Delića na polskie ekrany wchodzi 31 sierpnia 2018 roku. W głównych rolach Piotr Adamczyk i Maciej Zakościelny oraz brytyjska aktorka Cara Theobold.
Proszę o poddanie dzieła pt. „100 pytań na 100 lat historii Polski (1918–2018). POLITYKA” ocenie zespołu historyków, pewnie mniej „wybitnych” od udzielających odpowiedzi „Polityce” – za to rzetelnych.
Danuta Moroz-Namysłowska
Szkodnik zwany pomocnikiem
Mam przekonanie i pewność, że trwa w Polsce brutalna bitwa o polską historię, w której prawda i przyzwoitość są nadal – jeśli nie w podziemiu, to w suterenie. W Empikach i na regałach prasowych w galeriach i sklepach są w większości eksponowane lewicowe tygodniki, miesięczniki i codzienne gazety niepolskich wydawców. Co w nich można znaleźć w ostatnich dniach?
Zawiesiłam oczy na chwytających na wędkę intelektualną „Pomocnikach Historycznych” „Polityki”. Jak to ładnie brzmi: POMOCNIK… Czujesz się zaopiekowany/a, wsparty/a – na dodatek wiedzą historyczną w pigułce niemal, bo akurat wydawca zrobił czytelnikom „prezent” w roku 100-lecia Niepodległej… Jaki gest patriotyczny, jaka zapobiegliwość i troska o młodego czytelnika – prawdopodobnie w intencji uzupełnienia „wiedzy” nie tylko młodzieży, ale i nauczycieli-historyków… Tak interpretuję target, do którego adresowany jest „pomocnik”. Zwolennicy/czki pana Broniarza w szkołach (a ci się okopali jak pani prezes SN i przyspawali do stołków i krzeseł) na pewno nie zechcą tracić czasu i nerwów na zmianę interpretacji historii od dawna przecież ustalonej i zalecą młodzieży licealnej skorzystanie z tego „kompendium”.
Dlatego, jeśli nikt w MEN nie zasygnalizuje pani minister Annie Zalewskiej konieczności osobistego zapoznania się z dziełem pt. „100 pytań na 100 lat historii Polski (1918–2018). POLITYKA”, niniejszym proszę o poddanie go ocenie zespołu historyków, pewnie mniej „wybitnych” od udzielających odpowiedzi „Polityce” – za to rzetelnych. I aby nie przemilczano bałamutności, intencjonalności i antypolskiego, przemyślnego jego ukierunkowania.
Krótko – to bezwzględna kontynuacja ćwiczonej przez dziesięciolecia na Polakach „pedagogiki wstydu” i „pedagogiki winy” za cudze wyczyny – jak ujął to premier Mateusz Morawiecki. To w wielu wypadkach po prostu potwarz, rzucona Polakom w twarze w roku święta 100-lecia Niepodległej, wywalczonej rzekami krwi i nieznanych dotychczas tzw. „wolnemu” światu ofiar polskiego Narodu.
Już tzw. wstępniak, zatytułowany Wbrew bajkopisarzom, redaktorów Jerzego Baczyńskiego (naczelny), Leszka Będkowskiego („Pomocników Historycznych”) i Jolanty Zarembiny (wydania) powala merytorycznością i elegancją oraz szacunkiem do ewentualnych adwersarzy. To zbiorowe „wybitne dzieło” z odwagą, swadą i bezkompromisowością (jak zwykle) zamierza bowiem stawić czoła bajkom i mitom polskiej historii. Jako instrument, narzędzie i oręż bojowy służy odpowiedni dobór pytań podzielony na cztery działy polskiego biegu ostatniego stulecia: II RP, II wojna światowa, PRL, transformacja i III RP.
Na 106 stronach ogarnęli i wytłumaczyli wszystko – zuchy! Przywykli przecież liczyć na niedociekliwego albo spolegliwego czytelnika – ale teraz pojawili się „bajkopisarze”, „mitologizujący” jakichś „bohaterów” – zatem czujni „uczeni” nadal są na posterunku. Polakom trzeba ponownie dać do myślenia: „Czy Piłsudski to bohater czy dyktator? Czy Bitwa Warszawska r z e c z y w i ś c i e była jedną z największych w dziejach? Czy Polska oszukała Ukrainę? Czy Bereza Kartuska była polskim obozem koncentracyjnym? Czy Polska, zajmując Zaolzie, była pierwszym sojusznikiem Hitlera? Czy kolaboracja z okupantem to zjawisko w Polsce nieznane?
Czy Polacy współuczestniczyli w Holocauście? Czy Polacy pomagali powstańcom w getcie? Czy decyzja o wybuchu powstania warszawskiego była słuszna? Czy bitwa o Monte Cassino była potrzebna? Czy Polskie Państwo Podziemne to r z e c z y w i ś c i e fenomen w Europie? Kto jest winny zbrodni w Jedwabnem?”… etc., etc.… Prawda, że piękny dobór pytań (gotowych „zagadnień” na egzamin z historii?) i konieczna przecież, naukowa obiektywizacja bez cienia sugestii?
A najpiękniej jest w dziale IV – np.: „Czy zmiany 1989 roku to zasługa społeczeństwa polskiego, czy Michaiła Gorbaczowa? Czy swoją postawą w 1989–90 Wojciech Jaruzelski o d k u p i ł swoje winy? Czy dziś trzeba rozliczać za komunistyczną przeszłość: obcinać emerytury, odbierać stopnie wojskowe? Czy należy dekomunizować – burzyć pomniki, zmieniać nazwy ulic, w y s a d z i ć Pałac Kultury? Czy Polsce należą się reparacje wojenne? Czy RP powinna r e a g o w a ć na wypowiedzi o „Polish death camps”? Czy Polska leży dzisiaj bliżej Wschodu czy Zachodu? Kto powinien decydować o kształcie muzeów i wystaw historycznych?” – etc, etc. Na te „kluczowe” pytania oczywiście odpowiadają „wybitni” historycy – sądzę, że z autopsji wiedzący, co to Wschód, a co Zachód w polskich losach. Zdają sobie oni sprawę, że to są „sprawy niewątpliwie bolesne, dotykające niejednej rany” – ale wierzą, „że bez ich o c z y s z c z e n i a (wszystkie rozstrzelenia w tekście – moje, DMN) one nigdy się nie zabliźnią”.
Ci wybitni „czyściciele”, odznaczający się należytą „empatią i troską”, to m.in.: Włodzimierz Borodziej, Tomasz Nałęcz, Wiesław Władyka, Jan Grabowski, Paweł Machcewicz, Paweł Śpiewak …A z ich wnikliwych „badań” (bo w oparciu o nie powinno się opowiadać historię!) wyłaniają się konkluzje w rodzaju: „Piłsudski nie był kimś wyjątkowym, bo przecież dyktatorzy w XX w. to grono zróżnicowane pod względem charakterologicznym (…) interesowała go bardziej historia wojen napoleońskich niż portu w Gdyni” (A. Chojnowski, s. 17); z kolei „Bereza była polskim obozem koncentracyjnym” (T. Nałęcz, s. 20), „II RP była macochą dla mniejszości narodowych, zaś polonizacja (Białorusinów) lub emigracja (Żydów) może stanowić ostateczne rozwiązanie spraw narodowych Polski Odrodzonej” (W. Mędrzecki, s. 23).
W odpowiedzi na pytanie czy II RP była krajem antysemickim, „wybitny” wg „Polityki” historyk Sz. Rudnicki odpowiada słowami ówczesnego PPS-owca, Zygmunta Żuławskiego: „Przecież to straszne żyć w warunkach, w których ustawodawstwo gwarantuje jednakowe prawa (…) i c z u ć, ze jest się „tolerowanym”, jak z łaski, że jest się traktowanym jak zapowietrzony, odosobniony od społeczeństwa, jak trędowaty – dlatego tylko, że urodziłem się Żydem” (s. 24). Chwileczkę – czy nie brzmi to znajomo i współcześnie? W tej okropnej II RP było chyba jak w Polsce „zawłaszczonej przez PiS”, w której czują się „strasznie” tzw. elity: Agnieszka Holland, Stuhrowie, Janda, Poniedziałek, Środa, „nadzwyczajna kasta” sędziów – właściwie pojąć nie sposób, dlaczego? Czy nadal nie potrafią zrezygnować ze swojego nieuzasadnienie pogardliwego prostactwa serwowanego pod maską „kultury”?
Niepojęte, dlaczego tak bardzo nienawidzą II RP. Czy dla nich mogłyby bez problemu trwać zabory, bez „nudnej” polskiej martyrologii, „bohaterszczyzny” powstań i bez entuzjazmu, jak nazwano „radość z odzyskanego śmietnika” – Niepodległej 1918?
„Pomocnik” „Polityki” nikomu chyba nie pomaga w odpowiedzi na to pytanie, bowiem dowiadujemy się, że „najwięcej dla Polski osiągnął prezydent Aleksander Kwaśniewski, piastujący swój urząd przez dwie kadencje. Śp. prezydent prof. Lech Kaczyński został zrównany z… Bronisławem Komorowskim, zaś prezydent Andrzej Duda „kilkakrotnie już naruszył konstytucję” (T. Nałęcz, s. 95).
W pewnym sensie interesujące są spostrzeżenia socjologiczne w rodzaju, że „polski charakter wyrasta z włościańskiego pnia pokrytego szlacheckim mchem” (A Leder, s. 102) oraz geograficzno-psychologiczne, że „dzisiejszy pasażer ze Wschodu na Zachód lub z Zachodu na Wschód jeszcze nie pomyliłby Warszawy z Moskwą. Jednak Polska i kilka innych państw Europy rozpoczęły podróż, którą Erich Fromm przed blisko 80 laty określił jako ucieczkę od wolności” (A.D. Rotfeld, s. 106 – końcowa!)
To… ostatnie zdanie 100 lewicowych upartych b a j e k z mchu i paproci.
Artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Szkodnik zwany pomocnikiem” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Danuty Moroz-Namysłowskiej pt. „Szkodnik zwany pomocnikiem” na s. 4 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl
Czekali z kartką, żeby podpisał lojalkę. A on – powiada – był tak wykończony, był tak wymęczony, że mówił do siebie tylko jedno „Baraniak, ty się nie możesz ześwinić”. I nie podpisał.
Jolanta Hajdasz
„Nie powinnaś wchodzić kolejny raz do tej samej wody”, czyli nie powinnaś już zajmować się tym tematem. To zdanie wisi nade mną jak przestroga, bo trudno znaleźć wśród filmowców kogoś, kto pochwaliłby pomysł realizacji trzeciego filmu dokumentalnego na ten sam temat przez ten sam zespół twórców w stosunkowo krótkim czasie. Ale jak zostawić Bohatera i jego historię, gdy kolejne miesiące przynoszą nowe informacje i nowych świadków tego, co zaczęliśmy przed laty dokumentować?
Odwagi trochę brakowało, ale gdy z bardzo pewnego źródła otrzymałam dokument, na podstawie którego w 2017 r. wznowiono umorzone przed laty śledztwo w sprawie prześladowania tego, kogo już nie tylko my nazywamy „Żołnierzem Niezłomnym Kościoła”, a prokurator powołał się w nim jedynie na wypowiedzi świadków zarejestrowane przez nas na potrzeby drugiego filmu, wątpliwości prysły. Trzeba robić trzeci film, skoro są nowe materiały, a nawet „nowe okoliczności w sprawie”. Żeby poznać prawdę, trzeba pokazywać bohaterów. Za nami zdjęcia w Rzymie, w Krakowie i Poznaniu. Za nami maleńkie Rościnno i równie mała, choć powszechnie znana w Polsce Komańcza. Z kamerą byliśmy też w Krynicy i w Lesznie. Operator Rafał Jerzak, który w najgorszych nawet warunkach potrafi zrobić przepiękne zdjęcia, Bartosz Żytkowiak, który o rejestracji dźwięku wie chyba wszystko i Marek Domagała, który potrafi nagrywać, montować, dobrać, a nawet skomponować muzykę. Ta sama ekipa od 7 lat. Mamy unikalne materiały filmowe, unikalne fotografie i przede wszystkim nierejestrowane nigdy wcześniej wypowiedzi osób, które Go pamiętają, które nadal tak jak my poszukują o Nim informacji i które chcą się nimi podzielić z innymi. Na pytanie, dlaczego opowiadają to wszystko dopiero teraz, odpowiadają prosto – nikt wcześniej nie chciał tego słuchać.
Scena z filmu „Powrót”. Fot. J. Hajdasz
Arcybiskup Antoni Baraniak to sekretarz prymasa kardynała Augusta Hlonda i dyrektor sekretariatu prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pełnił także funkcję metropolity poznańskiego w latach 1957–77.
Lista Jego zasług i osiągnięć jest naprawdę bardzo długa, ale największym dowodem Jego męstwa i niezłomności jest postawa podczas aresztowania oraz bezlitosnych przesłuchań w więzieniu śledczym na Mokotowie w Warszawie w latach 1953–1955.
Historycy Kościoła są zgodni, że torturami, biciem i głodzeniem śledczy z UB chcieli wymusić na ówczesnym biskupie Antonim Baraniaku zeznania pozwalające na zorganizowanie pokazowego procesu przeciwko internowanemu w tym właśnie czasie kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Aresztowano ich razem, tego samego dnia, a raczej tej samej nocy, z 25 na 26 września 1953 r. w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej w Warszawie.
W przeciwieństwie do prymasa Stefana Wyszyńskiego, który został „tylko” internowany, jego sekretarz trafił do największej katowni dla więźniów politycznych – więzienia przy ul. Rakowieckiej. Przez analogię do losów tysięcy prześladowanych tam żołnierzy podziemia niepodległościowego w Polsce film o Nim z 2016 roku zatytułowałam „Żołnierz Niezłomny Kościoła”. I tak abp Baraniak stał się żołnierzem, choć nigdy nie nosił munduru. (…)
Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak wielka byłaby wymowa propagandowa takiego procesu w tamtym czasie. Stąd aresztowanie bpa Baraniaka, stąd Rakowiecka i dążenie wszelkimi stosowanymi tam metodami do tego, by zmusić bpa Baraniaka do współpracy z komunistyczną bezpieką przeciwko Prymasowi. Biskup Antoni Baraniak nie załamał się i wytrzymał aż 27 miesięcy najgorszych stalinowskich tortur stosowanych wobec niego w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej. Jestem dziś pewna, że je tam wobec niego stosowano, ponieważ od 7 lat dokumentuję tragiczne i raczej nieznane powszechnej opinii publicznej Jego więzienne losy.
Informacje o nich można dziś uzyskać przede wszystkim od świadków prywatnych wypowiedzi abpa Baraniaka, który sporadycznie mówił o tym kilku osobom w różnych okolicznościach swojego życia. One znalazły się w moich filmach dokumentalnych na ten temat. Pierwszy nosi tytuł „Zapomniane męczeństwo” (premiera w 2012 r.), drugi to „Żołnierz Niezłomny Kościoła” (premiera w 2016 r.). Wraz z profesjonalną ekipą filmową dokonałam tych nagrań w latach 2011–2017.
Obecnie dysponuję świadectwami 37 (trzydziestu siedmiu) osób znających osobiście abpa Antoniego Baraniaka. Wśród nich są przedstawiciele jego rodziny, bliscy współpracownicy oraz osoby, z którymi miał kontakt rzadszy, ale które uważają, iż wywarł na ich życie ogromny wpływ np. ministranci czy wyświęceni przez niego księża.
Z wypowiedzi tych osób możemy próbować odtworzyć to, co abp Baraniak w czasie 27 miesięcy uwięzienia (26.09.1953–29.12.1955 r.) i kolejnych 10 miesięcy internowania (30.12.1955–1.11.1956 r.) przeżył. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, iż to, co bp Antoni Baraniak przeszedł w więzieniu na Rakowieckiej, opisane jest oczywiście w dokumentach Urzędu Bezpieczeństwa, które dziś są w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował je w 2009 r. ówczesny biskup pomocniczy Poznania, Marek Jędraszewski w książce liczącej 580 stron, pt. Teczki na Baraniaka. Ale w dokumentach jest tylko oficjalny zapis tego, co działo się w okresie uwięzienia arcybiskupa. Nie znajdziemy tam opisu tortur, szykan, dręczenia fizycznego i psychicznego człowieka, jakich stosowanie w tamtych czasach w więzieniu przy ul. Rakowieckiej było normą. (…)
Ciemnica w relacji ks. Mariana Banaszaka było to pomieszczenie bez okna, światła i jakichkolwiek urządzeń sanitarnych czy sprzętów typu krzesło czy łóżko. Zamykano tam człowieka na kilka dni nago, bez podania mu jedzenia czy picia. Ks. Banaszak stwierdził w tej audycji radiowej z 1995 r., że abp Baraniak spędził w takiej celi co najmniej 8 dni. Według historyka, ksiądz arcybiskup wspominał, że kiedy go już nie mogli niczym nakłonić do takich zeznań oskarżających prymasa, zastosowano tzw. ciemnicę. Bez żadnej odzieży zamknięto go na kilka dni, chyba osiem, czy nawet więcej, w takiej piwnicy bez okna, bardzo wilgotnej i właśnie kapiąca woda z sufitu, ze ścian i on tam bez jedzenia, bez niczego tam przebywał. I nie załamał się. Dlaczego się nie załamał? On to wyjaśniał w taki bardzo prosty sposób. Mianowicie jakiś czas go trzymano z innymi więźniami. I wtedy któryś z tych więźniów mu powiedział, że ma uważać, bo w życiu każdego więźnia następuje taki moment, kiedy się załamuje psychicznie, po prostu nie znosi tego faktu uwięzienia, dlatego ma się liczyć z tym, że przyjdzie taki moment, kiedy i on gotów się będzie załamać.
Wtedy ksiądz, jeszcze biskup, Baraniak postanowił i odprawił rekolekcje, właśnie z innymi więźniami, a właściwie on je odprawiał, ale na oczach tych więźniów modlił się, klęczał, no i wtedy to uczynił sobie postanowienie takie, że cokolwiek mu się zdarzy, on nigdy nie będzie świadczył przeciwko księdzu prymasowi, no i że gotów jest oddać swoje życie za sprawę Kościoła.
I właśnie na tym rzymskim spotkaniu to podkreślił, że to była dla niego taka największa pomoc i siła. I taki pozostał: niezłomny. (Wypowiedź z audycji Poznańskiego Radia Katolickiego, dziś Radia Emaus w Poznaniu, z 12.08.1995 r., opublikowana także w filmie „Zapomniane męczeństwo” w 2012 r.).
Potwierdzał te relacje także nieżyjący już ks. Henryk Grześkowiak, proboszcz parafii w Radomicku w Wielkopolsce. Rozmawiałam z nim kilka dni przed jego śmiercią w 2010 r. Wtedy jeszcze nie miałam możliwości nagrania jego relacji, ale poznał ją także i przytacza ją w filmie pt. „Żołnierz Niezłomny Kościoła” abp Marek Jędraszewski, który także rozmawiał o tym z ks. Grześkowiakiem. Opowiadał on, że śledczy z UB, chcąc wymusić na abpie Baraniaku zeznania przeciwko prymasowi Wyszyńskiemu, wrzucali go nago do ciemnej celi, w której były fekalia, a one także kapały mu na głowę.
Cela abpa Baraniaka w Muzeum Żołnierzy Wyklętych | Fot. J. Hajdasz
Gdy usłyszałam to od niego po raz pierwszy w 2010 r., nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić, jak wygląda taka cela, ale w lipcu 2016 r. zobaczyłam ją na własne oczy w więzieniu przy Rakowieckiej. Ona naprawdę istniała, choć do tej pory była starannie ukryta, tak by nikt się o niej nie dowiedział. Gdy pierwszy raz byłam z kamerą w tym więzieniu w sierpniu 2011 r., wielokrotnie przechodziłam korytarzem w piwnicy obok tych drzwi, za którymi ukryty był ten właśnie karcer „suchy” – ciemnica i karcer „mokry”, ale wtedy nikt z towarzyszących nam pracowników tego Aresztu Śledczego nawet nie wspomniał, że taki karcer w ogóle istniał, drzwi skrywające miejsce, w którym popełniano te tak okrutne zbrodnie wyglądały jak wszystkie inne w tym więzieniu, zwyczajne, metalowe.
To w korytarzyku obok tego karceru strzelano ludziom w tył głowy, a to co zostało na ziemi po roztrzaskanej strzałem głowie, krew i ludzkie szczątki – spłukiwano wodą. Spływała ona właśnie do tego karceru „mokrego”, w którym nie było żadnej kanalizacji ani odpływu. Tam nie było także nawet zwykłego, więziennego wiadra na odchody. Wszystko, co tam spłynęło, zostawało w tej celi. Dlatego więźniowie siedzieli tam cały czas jakby w szambie. Malutkie okienko pod sufitem latem było zawsze zamknięte, więc ludzie dusili się tam z gorąca. Wtedy na głowy kapały im skraplające się wyziewy z tego szamba. (…)
Kolejne świadectwo przekazuje z kolei Barbara Zawieja, córka brata abpa Baraniaka, Ludwika. Według niej biskupa Antoniego Baraniaka poddawano torturze tego rodzaju, że trzymano go nieruchomo pod kapiącą na głowę wodą. Przez pierwsze godziny człowiek nie odczuwa tego specjalnie dotkliwie, jednak po kilku godzinach (dobach?) każde uderzenie takiej kropli wody w to samo miejsce czaszki jest przeżywane jak uderzenie obuchem. W jej opinii śladem po tej torturze było widoczne do końca życia wgłębienie na głowie Arcybiskupa. (…)
Wielokrotnie na pokazach moich filmów w parafiach i w czasie przeglądów tzw. kina niezależnego zadawano mi pytanie, dlaczego historia bohaterskiego biskupa, którego postawa w latach 50. ochroniła Prymasa przed pokazowym procesem, a tym samym uratowała polski Kościół, jest tak mało znana, dlaczego tak mało wiemy i tak mało mówimy o tej niezwykłej postaci?
Na jednym ze spotkań w Warszawie odpowiedział na to pytanie ksiądz, który go znał: Jest tak, bo biskup Baraniak jest dla nas wyrzutem sumienia. Przecież tak niewiele dla niego zrobiono w czasie uwięzienia i internowania. Kościół był jak sparaliżowany pod wpływem wstrząsającego faktu aresztowania Prymasa.
Według mnie innym powodem, dla którego o sprawie tak mało się mówiło, jest zapewne także kontekst polityczny. Ponad 30 funkcjonariuszy UB, którzy wymieniani są w dokumentach zarchiwizowanych w IPN jako ci, którzy zajmowali się abpem Baraniakiem w śledztwie, nigdy nie poniosło za to żadnej odpowiedzialności, pracowali zapewne w wymiarze sprawiedliwości przez wiele lat, a może ich krewni i ich dzieci pracują tam nadal.
Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” znajduje się na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Powrót” na s. 1 i 3 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl
Muzyki zawsze najlepiej słucha się na żywo. Dlatego zapraszamy Państwa już dzisiaj na dziedziniec MKiDN Krakowskie Przedmieście 15/17 na godzinę 20:00. Wstęp wolny!
Według niemieckiej prasy Magdalena Gersdorf nie przeszła jeszcze na emeryturę, a Sąd Najwyższy ma prawo zawiesić działanie ustawy – mówił Jan Bogatko w Poranku WNET.
W każdy czwartek łączymy się z Janem Bogatką, aby opowiedział, o czym pisze niemiecka prasa. Tak zwany sezon ogórkowy panuje również w Niemczech. Jednak nawet w wakacje nie zapomina się tam o „chłopcu do bicia”, jakim jest Polska. Temat polskiej reformy sądownictwa nie schodzi z łamów gazet i w ten sposób Niemcy czytają o „likwidacji trójpodziału władz”, „zamachu na niezależność sądów” oraz „przymusowym wysyłaniu sędziów na emerytury”.
– To brzmi oczywiście okrutnie, a chodzi o ustawę, która zgodnie z konstytucją reguluje wiek emerytalny sędziów – tłumaczył Jan Bogatko.
[related id=60326]Jednak, jak zapewnia nasz korespondent: – Jak rozmawia się z ludźmi z kręgów prawniczych w Niemczech, są niesłychanie zdziwieni, co dzieje się w Polsce. Jak się im spokojnie wyjaśnia, o co chodzi, to również są zdziwieni, że wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż przedstawiają media.
W niemieckich mediach panuje również oburzenie z powodu odrzucenia przez Austriaków wniosku azylowego Afgańczyka, który powoływał się na to, że jest homoseksualistą:
– Urzędnicy powiedzieli, że ten człowiek nie spełnia tych warunków. Nie wiem, jakimi kryteriami oni się kierują, ale nie chcę wchodzić w zbyt pikantne szczegóły, jak można by sprawdzić, czy ktoś jest lub nie jest homoseksualistą – skomentował Jan Bogatko.
W Poranku WNET gościem był dyrektor Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gorzowie Wielkopolskim im. Zbigniewa Herberta, który opowiedział o tym wielkim Polaku.
Generalnie można odnieść wrażenie, że cały projekt oceaniczny służy głównie promocji ministra, gdyż surowce z dna Atlantyku są jak yeti. Wszyscy o nich słyszeli, ale nikt nie widział.
Danuta Franczak
Nowelizacja ustawy o instytutach badawczych z 2016 r. pozwala ministrowi nadzorującemu powoływać nie tylko dyrektora, ale i zastępców w podlegającym danemu ministerstwu instytucie. Nie inaczej było w Państwowym Instytucie Geologicznym (PIG). (…) Zgodnie ze wspomnianą ustawą Główny Geolog Kraju w imieniu Ministra Środowiska pod koniec 2016 r. powołał nowego zastępcę dyrektora ds. administracyjno-ekonomicznych PIG. Funkcję tą objął zupełnie nieznany w środowisku geologicznym Grzegorz Głowacki.
Jednocześnie niezależnie od zmian personalnych, w PIG pod koniec 2016 r. tempa nabrały także działania zmierzające do zakupu działki na Atlantyku pod przyszłą eksploatację surowców. Zorganizowano medialną kampanię mająca na celu przekonanie społeczeństwa, że jest to eldorado. Do dziś w wystąpieniach Głównego Geologa Kraju Mariusza Jędryska nakręcana jest atmosfera, że surowce zalegające na dnie Atlantyku będą zbawieniem i motorem dla rozwoju naszej gospodarki.
Nikt w tamtym czasie nie wspominał, że lokalizację działki na Atlantyku wskazali nam Rosjanie i jeszcze PIG zapłacił za to 30 000 dolarów!
Szczegóły tej transakcji dopiero opisała w swoim artykule pani redaktor Karolina Baca-Pogorzelska w „Dzienniku Gazeta Prawna”. Pojawiają się naturalne pytania, jaki interes mieli Rosjanie, aby przekazać Polsce takie informacje? Jeżeli to rzeczywiście jest eldorado, dlaczego sami nie podejmują tam eksploatacji? Po co oddawać komuś coś, z czego samemu można mieć ogromne zyski? Czyżby bratnia pomoc? (…)
Niezależnie od kontekstu politycznego i prawdopodobieństwa, że Rosjanie mogli nas skierować na manowce, dziwi fakt, że tak doświadczony naukowiec, jakim niewątpliwie jest prof. dr hab. Mariusz Jędrysek, przed wydatkowaniem ogromnych pieniędzy nie wykonał żadnych wstępnych badań i nie sporządził studium wykonalności. Jednocześnie taka niejasna sytuacja pozwala na tworzenie dowolnej narracji o tym, co tam na dnie się znajduje, co daje amunicję przeciwnikom obecnego rządu. Minister opowiada o zawartości 4% miedzi w rudzie i innych skarbach, ale nie wiadomo, na jakiej podstawie to wnioskuje.
Niestety jego wypowiedzi nie są weryfikowane przez inne autorytety, więc może on snuć dowolne opowieści. Z niewiadomych powodów eksploatacja na oceanie jest lejtmotywem każdego wystąpienia pana ministra i można odnieść wrażenie, że jest to temat ważniejszy od uporządkowania zarządzania surowcami w Polsce. Zamiast zajmować się poprawą sytuacji tu i teraz, skupiamy się na tym, co w bliżej nieokreślonym czasie będziemy czerpać z Atlantyku. Podobną retorykę przypominam sobie z czasów, kiedy Donald Tusk opowiadał, że za pieniądze z gazu łupkowego spłacimy wszystkie długi ZUS-u, a Bronisław Komorowski mówił o wydobyciu gazu łupkowego w kopalni odkrywkowej. (…)
Generalnie można odnieść wrażenie, że cały projekt oceaniczny służy głównie promocji ministra, gdyż surowce z dna Atlantyku są jak yeti. Wszyscy o nich słyszeli, ale nikt nie widział. Dziwne, że żaden z dziennikarzy nie konfrontuje rewelacji ministra Jędryska z innymi niezależnymi fachowcami.
(…) Być może strategia polega na tym, aby przez kilka lat prowadzić działania za ogromne pieniądze wyciągnięte z kieszeni podatnika, a i tak na koniec zrzuci się wszystko na ekologów, którzy nie dopuszczają do pozyskania przez Polskę jakże istotnych surowców. Ekologia i związane z tym protesty będą stanowić dobry pretekst do porzucenia eksploatacji i uzasadnienia miliardowych wydatków na przygotowania. W efekcie będzie to taki Miś na miarę naszych aktualnych możliwości?
Moim zdaniem, oczywiście nie należy dezawuować koncepcji wydobycia surowców z dna oceanu i powinno to się znaleźć w długofalowym planie polityki surowcowej, ale wcześniej powinniśmy zadbać o stworzenie racjonalnych podstaw uzasadniających inwestowanie funduszy państwowych. Dziś wydaje się, że to drugie zostało kompletnie zignorowane, a pierwsze stanowi spiritus movens całego działania. Chyba powinniśmy wypłynąć z odmętów i wrócić na ziemię.
Cała sprawa związana z „naszym oceanem” jest bardzo dziwna i otacza ją zamknięty krąg milczenia. Z kimkolwiek rozmawiam, prywatnie mówi, że ta cała zabawa na oceanie to humbug, ale nikt nie chce wystąpić oficjalnie, bo albo liczy na zlecenia z Ministerstwa lub PIG, albo znajduje się w zależności służbowej od GGK. (…)
Po moich artykułach w „Kurierze WNET” na Twitterze pojawił się wściekły atak pani Ewy Stankiewicz na szkalowanie pana ministra Jędryska. Oczywiście nikt ani słowem nie zająknął się, gdzie w artykułach były jakiekolwiek przekłamania bądź oszczerstwa. Niezorientowanych informuję, że pani Stankiewicz jest prezesem Stowarzyszenia Solidarni 2010. To bardzo szlachetny ruch walczący o wyjaśnienie największej tragedii w dziejach Rzeczypospolitej. Tym bardziej zdziwiły mnie rzucane przez nią pomówienia. Jeszcze bardziej zadziwiające okazało się, czego dowiedziałam się z internetu, że członkiem zarządu Solidarni 2010 jest pani Natalia Tarczyńska. (…)
Szok. Pani Natalia Tarczyńska jest dyrektorem ds. ekonomicznych PIG, a jej koleżanka z zarządu fundacji zarzuca mi ataki na ministra Jędryska. A ja po prostu piszę prawdę.
Coś tu jest nie tak. Szczególnie, że PIG, w którym pani Tarczyńska zarządza finansami i który jest nadzorowany przez ministra Jędryska, w 2017 r. wygenerował największą w historii stratę 5,5 mln złotych, a obecnie tonie w kredytach, a strata podobno wynosi już ponad 10 mln złotych. Nie oceniam kompetencji pani Tarczyńskiej, ale z jej CV na stronach PIG wynika, że raczej jest specjalistką od informatyki, choć dawno temu ukończyła także ekonomię we… Wrocławiu. Przypadek goni przypadek.
Cały artykuł Danuty Franczak pt. „Atlantyk wieńczy dzieło, czyli »Miś« na miarę naszych możliwości” znajduje się na s. 12 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Danuty Franczak pt. „Atlantyk wieńczy dzieło, czyli »Miś« na miarę naszych możliwości” na stronie 12 „Kuriera WNET”, nr sierpniowy 50/2018, s. 3, wnet.webbook.pl
Minister Jędrysek poświadczył nieprawdę w odpowiedzi na interpelację poselską i w uzasadnieniu do projektu ustawy. Jestem zmuszony skierować sprawę do wyjaśnienia przez odpowiednie organa ścigania.
Andrzej Gąsiewicz
Minister Jędrysek miał pełną i bieżącą wiedzę na temat prac prowadzonych w zakresie SI Geoinfonet i akceptował wszystkie prace.
W odpowiedzi na interpelację nr 13645 Minister Jędrysek poświadczył nieprawdę, jakoby to PIG-PIB był odpowiedzialny za prawidłowe zaplanowanie i zapewnienie środków na realizację swojego ustawowego zadania. (…)
Minister Środowiska nie wpisał zadania dotyczącego realizacji SI Geoinfonet do planu prac Państwowej Służby Geologicznej na rok 2016, a także nie zapewnił środków finansowych na ten cel. Jeszcze raz należy podkreślić, że Pan Minister Jędrysek mija się z prawdą, i to Główny Geolog Kraju jest zobowiązany zapewnić środki na zadania Państwowej Służby Geologicznej, a PIG-PIB jest tylko wnioskodawcą i wykonawcą zadań.
(…) Tak więc postawiony w odpowiedzi na interpelację oraz powtórzony przez Ministerstwo Środowiska w uzasadnieniu projektu ustawy o zmianie ustawy Prawo Geologiczne i górnicze oraz niektórych innych ustaw z projektami aktów wykonawczych zarzut, jakoby PIG-PIB nie zapewnił środków na utworzenie SI Geoinfonet, jest zarzutem nieprawdziwym i bezpodstawnym, podczas gdy w rzeczywistości środki te nie zostały zabezpieczone przez zobowiązanego ustawą Ministra.
Obarczanie PIG-PIB winą za nieudolność urzędników Ministerstwa Środowiska jest nie tylko niezgodne ze stanem faktycznym, ale stanowi przejaw braku kompetencji tychże urzędników i próbę obarczenia innych odpowiedzialnością za własne błędy i zaniechania. (…)
Decyzja odstąpienia od wykonania przedmiotowego zadania była autonomiczną decyzją Pana Ministra Mariusza Oriona Jędryska, niekonsultowaną z dyrekcją PIG-PIB. Wielokrotnie na spotkaniach dyrekcji i GGK podnosiliśmy kwestię ustawowego obowiązku stworzenia SI Geoinfonet, lecz wszystkie działania dotyczące prób jego realizacji były torpedowane przez nadzorującego PIG-PIB Głównego Geologa Kraju lub podległych mu urzędników.
Podkreślenia wymaga fakt, iż poświadczenie nieprawdy legło także u podstaw uzasadnienia projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo geologiczne i górnicze oraz niektórych innych ustaw z projektami aktów wykonawczych (gdzie zaproponowano wykreślenie systemu Geoinfonet, pismo: RM-10-174-16 z 5 kwietnia 2017 roku), przekazanego na Radę Ministrów do Sejmu RP. We wspomnianym dokumencie na stronie 215 wykreślenie tego systemu z ustawy uzasadniono następująco: „Aktualnie nie został przygotowany system, który mógłby prawidłowo funkcjonować. Stało się tak głównie z powodu zaniedbań poprzednich władz PIG-PIB”. Jak wykazano powyżej, stan faktyczny świadczy, że za niepowodzenie wdrożenia systemu Geoinfonet jest odpowiedzialny GGK.
Należy także podkreślić, iż na skutek zaniechań Sekretarza Stanu w Ministerstwie Środowiska, Głównego Geologa Kraju, prof. dr hab. Mariusza Oriona Jędryska PIG-PIB poniósł stratę w związku z realizacją SI Geoinfonet na kwotę szacowaną na 325 tys. zł. Kwota ta obejmuje koszty pracy zaangażowanych pracowników Instytutu oraz kontrahentów zewnętrznych świadczących usługi na rzecz PIG-PIB, w tym koszty związane z opracowaniem studium wykonalności. Działania te, realizowane w porozumieniu z Ministrem Środowiska, nigdy nie zostały rozliczone i sfinansowane przez NFOŚiGW, ich efekty zaś zostały zmarnowane w związku z zaniechaniem realizacji projektu.
Wobec powyższego zwracam uwagę na okoliczność, iż działania Ministra Jędryska wyczerpują znamiona niegospodarności popełnionej nie bezpośrednio na budżecie Ministerstwa, ale na budżecie nadzorowanego Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego.
W związku z zapoznaniem się z tekstem odpowiedzi sekretarza stanu Mariusza-Oriona Jędryska na interpelację nr 13645 oraz tekstem uzasadnienia do projektu ustawy o zmianie ustawy Prawo geologiczne i górnicze oraz niektórych innych ustaw z projektami aktów wykonawczych i zawartymi tam sformułowaniami poświadczenia nieprawdy, jestem zmuszony skierować sprawę do wyjaśnienia przez odpowiednie organa ścigania.
Cały artykuł prof. Andrzeja Gąsiewicza pt. „Główny Geolog Kraju poświadczył nieprawdę?” znajduje się na s. 15 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 50/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł prof. Andrzeja Gąsiewicza pt. „Główny Geolog Kraju poświadczył nieprawdę?” na stronie 15 „Kuriera WNET”, nr sierpniowy 50/2018, s. 3, wnet.webbook.pl
Agnieszka Konieczna, kierownik biblioteki w Międzychodzie, nie wierzy w statystyki czytelnictwa w Polsce, ponieważ w jej bibliotece brakuje książek.
Biblioteka musi mieć dobry księgozbiór, inaczej nie będzie dobra. Co roku biblioteka w Międzychodzie na rożne sposoby zabiega o nowe książki – mówi Agnieszka Konieczna, kierownik biblioteki w Międzychodzie.
A dobra biblioteka może stać się rajem nawet dla pisarzy. Tak się stało w przypadku Magdaleny Ludwiczak, pisarki z Międzychodu, która nie „rzuciła wszystkiego dla pisania”, ale z zamiłowania pracuje w bibliotece i udziela się społecznie.
Magdalena Ludwiczak pisarka z Międzychodu. Debiutowała powieścią „Cztery rubiny”; do tej pory pojawiło się jej pięć publikacji, a na jesieni ukaże się kolejna pt. „Dokądkolwiek, byle daleko”. Dziś była gościem Poranka WNET.