„Historia antykultury” Krzysztofa Karonia. Filozofia XXI wieku rodzi się w Polsce. Daleko od Marksa i uniwersytetów

Wkład autora w światową (tak, światową!) wiedzę o kulturze polega na tym, że całkowicie zanegował on marksistowską wykładnię dziejów i zaproponował godne XXI w. podejście, używając języka naturalnego!

Andrzej Jarczewski

Krzysztof Karoń znany jest czytelnikom „Kuriera WNET” z wykładów internetowych. Niektórzy zapewne kupili też jego długo zapowiadaną książkę, ale jeszcze nie dobrnęli do końca, bo rzecz jest obszerna (540 dużych stron) i wymaga poświęcenia wielu wieczorów na lekturę. Jedno jest pewne: nie należy sobie tych wieczorów żałować. Czeka nas bowiem poznawcza uczta, którą będziemy pamiętać długo.

More geometrico

Nad wejściem do platońskiej Akademii zawieszono ostrzeżenie: „Niechaj nie wchodzi tu nikt, kto nie zna geometrii”. Później to hasło podchwycił Kartezjusz, Spinoza i inni. A chodzi o to, że cały system filozoficzny – jak w geometrii – powinien wyrastać z kilku podstawowych pewników lub co najmniej silnych założeń. Karoń niczego takiego nie pisze o swojej pracy, ale ta metoda widoczna jest od pierwszego internetowego wykładu do ostatniej strony omawianej książki.

Otóż system można budować od sformułowania aksjomatów (i tak zrobił Euklides w geometrii), ale można też w najbardziej nawet złożonym systemie odszukać jakieś myśli przewodnie i na nowo cały system zinterpretować tak, jakby te myśli były w nim zawarte od początku.

Tą drogą poszedł autor omawianej książki, który dokonał przeglądu całej ziemskiej historii człowieka, pokazując, w jakich bólach rodziła się kultura, jak wielkie rzeczy osiągnęła i jak łatwo jest dziś niszczona przez – zapowiedziane w „Manuskryptach paryskich” Marksa – zjawisko zwane antykulturą.

Na tym polega – moim zdaniem – wkład Karonia w światową (tak, światową!) wiedzę o kulturze, że całkowicie zanegował on dominującą dziś marksistowską wykładnię dziejów i zaproponował godne XXI wieku podejście, używając zupełnie nowego – w filozofii po Platonie – języka: języka… naturalnego! Na ponad pięciuset stronach nie znajdziesz (poza cytatami) ani jednego terminu wprowadzonego przez marksistów. Wszystko opowiedziane jest bez – innych niż znane Arystotelesowi – rzeczowników abstrakcyjnych, a wśród czasowników dominują nazwy konkretnych czynności.

Czytelnik nie ma wątpliwości, co w danym zdaniu autor ma na myśli, choć czasami trzeba przebić się przez ironię i – jak to u filozofów bywa – przyjmować słowa tylko w tym znaczeniu, jakie zostało ustalone przez autora. Kto nie oglądał wcześniej wykładów Karonia, może prostotę języka zinterpretować jako nadmierne uproszczenie. Tymczasem trzeba to czytać… more geometrico. I wtedy wszystko staje się jasne. Zdania są względnie krótkie i zrozumiałe. Polszczyzna – znakomita. Drobny feler polega na tym, że Karoń pisze tak, jak mówi, zmuszając tym osłuchanego z jego wykładami czytelnika do spowolnienia lektury. Nie da się tego czytać „biegiem”.

Zarzuty niepoważne

Karoń dokonał dzieła wielkiego, ważnego i oryginalnego. Nie piszę tego z pozycji studenta, odurzonego kondensatem „jedynie słusznych poglądów na wszystko”. Przeciwnie, od lat pracuję nad podobnymi zagadnieniami, a moje książki o podstawowych pojęciach filozofii były już na tych łamach kilkakrotnie odnotowane (w tym „Prawda po epoce post-truth” i „Czasownikowa teoria dobra”). Czuję się więc upoważniony własnym dorobkiem do powiedzenia czegoś na temat, który jest mi bliski.

Otóż Karoniowa „Historia antykultury” – właśnie ze względu na swą oryginalność – musiała mocno zawstydzić niejednego kopistę idei francuskich, niemieckich czy amerykańskich. Od lat bowiem polska filozofia akademicka zajęta jest upowszechnianiem dorobku tych zachodnich filozofów, którzy w PRL-u faktycznie nie mogli być publikowani. Mieliśmy w tej materii spore zaległości, ale zostały one dość szybko odrobione również dzięki łatwemu dostępowi do publikacji obcojęzycznych. Niestety nasi uniwersyteccy filozofowie – kto nie wierzy, niech przejrzy aktualne czasopisma filozoficzne i programy różnych konferencji – otóż nasi zapóźnieni znawcy zachodniej filozofii XIX i XX wieku nie zauważyli, że mamy już wiek XXI. I wciąż grzebią w filozoficznej drewutni albo i na wysypisku frankfurckich śmieci. Są odtwórczy i przetwórczy. Nie są twórczy.

Zarzut najpoważniejszy wśród niepoważnych (na forach internetowych) sprowadza się do stwierdzenia, że Karoń nie rozumie podstawowych pojęć, więc to, co mówi i pisze, jest bez sensu.

Tymczasem na tym właśnie polega nowość i oryginalność interpretacji Karonia, że on całkowicie odrzuca, wręcz depcze te wszystkie napuszone pojęcia, które są swoimi własnymi symulakrami (tu pozwoliłem sobie na użycie terminu z gatunku wykluczonego w książce Karonia). O innych zarzutach niepoważnych nie piszę, bo nie zasługują one na uwagę.

Cały artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Historia antykultury. Najważniejsza książka roku 2018” znajduje się na s. 17 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Historia antykultury. Najważniejsza książka roku 2018” na s. 17 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dr Ruszar: Dobra literatura nie jest ani prawicowa, ani lewicowa. Ona ma być po prostu dobra i być pod ochroną państwa

Wyrwane z kontekstu fragmenty wywiadu, jakiego udzieliłem „Gazecie Wyborczej” zostały wykorzystane w napastliwym artykule, skierowanym głównie przeciw ministrowi Glińskiemu – mówi na antenie dr Ruszar

– Mimo autoryzacji, której udzieliłem „Gazecie Wyborczej”, wywiad ze mną nie ukazał się w druku, ponieważ miałem zostać przedstawiony jako oszołom i bezwolne narzędzie w rękach ministrach Glińskiego, który będzie wydawać tylko prawicowych autorów jak Rymkiewicz czy Wildstein – mówi w Poranku WNET dr Józef Ruszar. – Rozmowa nie była specjalnie uprzejma, a pytania można określić „szczuciem”. Cierpliwie tłumaczyłem dziennikarzowi, że nie dzielę literatury na prawicową i lewicową, ale na dobrą i złą. I powinna być ona pod ochroną państwa jak wojsko, policja, rodzina i innymi przejawy życia koniecznymi do istnienia państwa.

Choć kilka dni później dostał informację, że wywiad się nie ukaże, gdyż był „za ostry”, wyrwane z kontekstu jego fragmenty zostały wykorzystane w napastliwym artykule, skierowanym głównie przeciw ministrowi Glińskiemu. Postawę „GW” gość Poranka WNET uważa za manipulację. – Tym bardziej skandaliczną w kontekście jej rzekomej walki z mową nienawiści – mówi.

Zapraszamy do wysłuchania audycji!

mf

Latynoskie rytmy Nowego Jorku

Nowy Jork uważany jest za stolicę świata. Jest on domem dla wielu osób: w tym osób pochodzenia latynoskiego. Nowojorscy Latynosi odwdzięczyli się swemu miastu tym, co u nich najpiękniejsze: muzyką

Wiele osób uważa Nowy Jork za stolicę współczesnego świata… Punkt na ziemi, gdzie każdy znajdzie miejsce dla siebie: niezależnie od swojego pochodzenia. Do Nowego Jorku przybywają ludzie z całego świata, żeby tam zamieszkać i żyć. Nie powinien więc dziwić fakt, że znalazły się tam również osoby pochodzące z Ameryki Łacińskiej. A w raz z nimi pojawiła się również muzyka, czyli latynoskie rytmy Nowego Jorku.

Dominikańczycy, Portorykańczycy, Meksykanie, Kubańczycy i inni. Każda z tych narodowości wniosła coś ze swojej kultury do muzycznego nowojorskiego tygla. I dlatego też latynoskie rytmy Nowego Jorku są takie gorące. Zresztą wielu artystów, których znamy z wykonywania różnych latynoskich styli muzycznych urodziło się właśnie w Nowym Jorku. Willie Colón, Frankie Ruiz, Marc Anthony, Jennifer López, Prince Royce, Romeo Santos, czy Elvis Crespo: artyści, bez których takie style muzyczne, jak salsa, bachata, czy merengue nie byłyby tym, czym są dzisiaj. Każdy z nich może pochwalić się właśnie nowojorskim pochodzeniem, mimo że ich korzenie sięgają hiszpańskojęzycznych Karaibów.

Ale latynoskie rytmy Nowego Jorku nie byłyby tym, czym są, gdyby nie jeden ze styli muzycznych, który podbił świat. Dodajmy: styl, który narodził się w Nowym Jorku. Portorykańscy i kubańscy muzycy, przede wszystkim pochodzenia afrokaraibskiego, wzorując się na tradycjach muzycznych swoich krajów stworzyli jeden ze styli muzycznych, będących synonimem muzyki latynoamerykańskiej.

Salsa, bo to o niej mowa, należy do najściślejszego kanonu styli muzycznych i tanecznych Ameryki Łacińskiej. Wykonywana przez artystów portorykańskich, kubańskich, dominikańskich, wenezuelskich, panameńskich i innych salsa rzadko kiedy kojarzona jest z Nowym Jorkiem. Co więcej artyści, których od zawsze wiąże się z salsą, tacy, jak Willie Colón, Frankie Ruiz, czy Marc Anthony też uważani są po prostu za latynoskich artystów, zaś o miejscu ich narodzin niewiele osób wie.

Te i inne muzyczne smaczki, z których słyną latynoskie rytmy Nowego Jorku zapoda nam dzisiejszy gość – Marek Świrkowicz. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasz gość opowie skąd wzięła się muzyka latynoska w Nowym Jorku. Także, jakie gatunki muzyczne w niej dominują. Oczywiście nie omieszkamy przedstawić najwybitniejszych przedstawicieli muzyki latynoskiej, nowojorskimi korzeniami. Odpowiemy też sobie na pytanie, dlaczego latynoskie rytmy Nowego Jorku są tak gorące!

Zapraszamy w najbliższy poniedziałek, jak zwykle o 20H00!

¡República Latina – gorąca jak zawsze!

Polak, powstaniec styczniowy – ostatnim potomkiem rodziny św. Franciszka?/ Marcin Niewalda, „Śląski Kurier WNET” 55/2018

Herbarz rodów toskańskich i umbryjskich wydany w XVII wieku pokazuje linię idącą aż do XI wieku, na której początku widnieje tajemniczy Ropaldo Fiori – ojciec Giovanniego zwanego Moriconi.

Marcin Niewalda

Polski powstaniec styczniowy ostatnim potomkiem rodziny św. Franciszka?

Na cmentarzu Rossa w Wilnie niedaleko kaplicy znajduje się słabo już czytelny nagrobek. Pochowany tam człowiek był pod koniec życia skromnym przyrodnikiem, zafascynowanym minerałami. Z pokorą i zimną krwią znosił zmianę swego losu, zajmując się udzielaniem lekcji. Historia jego rodziny to dowód na to, z jakich niezwykłych środowisk pochodzili powstańcy styczniowi.

hr. Lucjan Morykoni | Fot. domena publiczna

Zanim hrabia Lucjan Morykoni, członek Komitetu Wykonawczego w Wilnie stał się nauczycielem w Warszawie, posiadał znaczny majątek. Stracił go w konsekwencji swojego udziału w pracach na rzecz ojczyzny, które uważał za obowiązek. Tzw. Komitet Wykonawczy, w którym działał, kierowany przez Jakuba Gieysztora, koordynował akcję odzyskania niepodległości na Litwie, starał się wspierać powstańców, zdobywać fundusze, broń, pisał odezwy. Lucjan, po upadku powstania spędziwszy rok w więzieniu w Kownie, jednak nigdy nie smucił się z powodu utraty dóbr.

Pochodził z rodziny związanej z najznamienitszymi rodami tamtych terenów – Tyzenhauzów, Radziwiłłów, Billewiczów, Platerów. W komitecie został przedstawiony przez zięcia swojego kuzyna, również pochodzącego ze znamienitej kresowej rodziny – Ignacego Dominika Łopacińskiego. Pomimo że ów był np. autorem odezwy do duchowieństwa, uniknął represji z uwagi na wielką zacność i serdeczność, z jaką się zwracał do wszystkich. Lucjan, poczciwy i dobry człowiek, pełnił obowiązki jego zastępcy, jako skarbnik organizacji. Sumiennie zapisywał co trzeba, nie umiał jednak postawić się, gdy sytuacja tego wymagała. Jego hojność spowodowała niestety szybkie uszczuplenie kasy powstańczej.

Pomimo tego, że praca w podziemiu była ryzykowna, w organizacji udzielała się też jego świeżo poślubiona żona Elżbieta Monday, która chodziła często do ss. Wizytek. Tam mieściła się kasa i archiwum powstańcze, gdzie składano papiery, wpłacano zbierane lub przywożone zza granicy pieniądze lub wypłacano potrzebne sumy. Praca na rzecz uwolnienia ojczyzny była dla nich czymś całkowicie oczywistym, choć niebezpiecznym. Ludwika była już trzecią żoną Lucjana. Urodzony w 1818 roku, w czasie powstania miał 45 lat, pochował dwie poprzednie małżonki: Marię Łopacińską, a dwa lata wcześniej Ludwikę Apolonię Izabelę Ledóchowską.

Wieszatiel Muriawjow oraz jego poprzednicy i naśladowcy nie mieli najmniejszego względu na patriotyczne uczucia Polaków. Najgorzej jak można obeszli się z dobrami Morykonich – wyrywając kolejne cegiełki z ich majątku. W czasach powstania były to dwa piękne pałace z obszernymi, dobrze uprawianymi terenami. Wcześniej jeszcze – liczne wsie. O zamożności rodziny może świadczyć to, że po potopie szwedzkim w 1659 roku, gdy kasa państwa była w dramatycznej sytuacji, pożyczyli Rzeczypospolitej znaczne sumy na zapłatę wojsku litewskiemu. W nagrodę za tę decyzję rodzina Morykonich otrzymała indygenat i majątki na Litwie, przenosząc się tam i stając się polską szlachtą. Uczestnictwo w ruchach na rzecz ojczyzny, działalność społeczna powodowały straty, konfiskaty i szykany, a pomimo tego siedziba Morykonich słynęła z radości i licznych spotkań towarzyskich.

W miarę posuwania się w głąb czasu, historia rodziny robi się coraz ciekawsza. Nazwisko słusznie pozwala się domyślać włoskich korzeni. Ale skąd Morykoni wzięli się w Polsce? Musiało się to stać niedługo przed tym, jak Bartłomiej Moriconi został przyjęty do prawa miejskiego w Krakowie (1616), zanim stał się posiadaczem połowy dzisiejszej kamienicy przy placu Wszystkich Świętych w Krakowie pod nr 9, gdzie dziś mieści się patriotyczna księgarnia „Zbroja” (1632); zanim Barbara z bogatej rodziny Dzianottów, żona Marka Antoniego Moriconiego ofiarowała znaczne sumy na ołtarz Bożego Ciała w kościele Mariackim (1661), zanim kuzyn Bernarda – Frediano wspomógł wojsko litewskie i zanim jego krewni: Jan i Scypion, prapradziadek Lucjana, otrzymali od króla indygenat (1673), a od Radziwiłłów dobra, m.in. Świadoście i Soły.

Co zastanawiające, doszło wtedy do połączenia herbu Morykonich i Puccinich. Oryginalny herb zawierał tylko fale morskie na srebrnym tle i półcharta w klejnocie. Nowy herb został podzielony na pół i na lewej, matczynej stronie (strony w heraldyce określa się odwrotnie – tak jakby widziała je osoba trzymająca tarczę) pojawił się czarny orzeł, a nad nim drugi klejnot – pół postaci Murzyna. Odtąd takim właśnie herbem posługiwała się rodzina w Rzeczypospolitej, a także przyjęte rodziny o nazwiskach: Morze, Mon i Morzkowski.

Kościół w Świadościach | Fot. Wanda Kardasz

Być może pierwszym, który zawitał do Polski, był prapradziadek Scypiona – Giovanni. Jako że były to czasy królowej Bony, mógł przybyć właśnie z jej dworem lub po prostu skorzystać z okazji poszerzenia stosunków polsko-włoskich, ale zapewne było to raczej na początku XVII wieku, gdy wielu Włochów zadomawiało się w Krakowie. Rodzina osiadła w Polsce stała się bardzo bogata – stać ją było na dom w stolicy w świetnej lokalizacji, ale i to było niczym w odniesieniu do ogromnych bogactw, jakie rodzina Moriconich posiadała we Włoszech.

Naprawdę ciekawie zrobiło się wtedy, gdy okazało się, że ostatni włoski potomek tej rodziny zmarł. Potomek Giovanniego Benedykt, a potem jego bratanek Lucjan ubiegali się w procesach o te skarby. 19-letni Lucjan pojechał nawet do Włoch na koniu – co trwało w tych czasach miesiąc, jednak nic nie wskórał, a potężne dobra włoskie rozeszły się po potomkach żeńskich linii. Lucjan wrócił do Rzeczypospolitej znajdującej się wówczas pod zaborami, udzielał się w licznych akcjach patriotycznych, a szykany za jego postawę spowodowały zubożenie rodziny.

Nie jest to jednak końcem historii. W potyczkach majątkowych i w obliczu tego, że zabrakło męskich potomków rodu, dzieje rodziny zostały zapomniane. Nie było komu nieść rodzinnych legend. Herbarz rodów toskańskich i umbryjskich wydany w XVII wieku pokazuje linię idącą aż do XI wieku, na której początku widnieje tajemniczy Ropaldo Fiori – ojciec Giovanniego zwanego Moriconi. Możemy się zastanawiać, na ile te opisy są prawdziwe. Nie mamy pewności, czy w tamtych czasach badanie genealogii było dokładne, a przykłady licznych legend – choćby prezentowane u Kaspra Niesieckiego – wskazują, że konfabulacji było wiele. Odnajdujemy jednak tam drzewo, w którym pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-pra-dziad Lucjana o imieniu Bonelo, syn Moricca, ma brata Bernarda. Synem owego jest Piotr dei Bernardi. (W owych czasach nie było nazwisk – używało się patronimików, i to czasem złożonych). Z kolei Piotr ów miał dwóch synów: Angela i Giovanniego. Drugi z nich urodził się w roku 1181 lub 1182 i przybrał imię Franciszek – stając się jednym z największych świętych Kościoła katolickiego. Wielu hagiografów zapisuje Franciszka jako pochodzącego z rodziny Bernardone – podczas gdy jest to tylko złożone patronimikum: Giovanni di Pietro di Bernardone. Podobnie jego ojciec był zapisywany jako Pietro di Bernardone di Moriccone. Imię Moricco pojawiało się w tej w rodzinie – aż stało się nazwiskiem. Genealogia ta wyjaśnia też pochodzenie fal w herbie, ujawniając zawód protoplasty jako kupca związanego z podróżami morskimi.

Dzisiaj trudno jest ocenić wiarygodność tej genealogii, potrzebne by były dalsze badania. Dla Włochów posiadanie świętego w rodzinie nie było niczym nadzwyczajnym – wielu papieży, świętych, błogosławionych pojawia się prawie w każdej z tamtejszych familii, a fakt wymarcia rodu mógł tę informację dodatkowo zatrzeć, powodując, że przestała być ona wiarygodna, a stała się mało pewną legendą. Możemy jednak mieć słuszne przypuszczenie, że do dzisiaj w Polsce żyją potomkowie po kądzieli tej rodziny. Jednym z przykładów jest prawie zapomniany nagrobek w Wilnie na Rossie.

Portret Benedykta Morykoniego nieznanego autora, ze zbiorów Muzeum Narodowego | Fot. domena publiczna

Morykoni mieli znaczne wpływy w powiecie wiłkomirskim, pełniąc istotne role podczaszych, sędziów, pisarzy, podkomorzych, a dwóch z nich otrzymało Order Orła Białego (Marcjan – pradziadek Lucjana, oraz Michał Tadeusz). Zapisali się też pięknie na kartach patriotycznych, np. Benedykt – dziadek Lucjana, szambelan Jego Królewskiej Mości, był w 1794 r. członkiem władz powstańczych, a Józef Tadeusz (syn Michała Tadeusza), generał wojsk litewskich, był adiutantem Tadeusza Kościuszki. O tym pierwszym współczesny mu Michał Lisiecki tak zapisał w pamiętniku: „Nie mogę tu nie wspomnieć o nowym dowodzie patrjotyzmu hrabiego Benedykta Morykoniego. Ukryty w lasach dowiedział się, że działa kazałem odlewać w Rakiszkach, dobrach należących do Tyzenhauzów. Przybywa więc nagle do Soł i robi mi najostrzejsze wyrzuty, że tem mojem niewłaściwem rozporządzeniem najokropniej skrzywdziłem Soły, którym odjąłem zaszczyt, aby w nich działa były odlewane. Obecny jeden znakomity obywatel, bliski krewny hrabiego, uczynił uwagę, że Rakiszki wybrałem dla odlewania dział z przezorności, aby w razie nieszczęśliwym nie ściągnąć na Soły całej odpowiedzialności. Na tę uwagę bardziej jeszcze rozgniewany hrabia rzekł te dla mnie pamiętne słowa. »Jeżeli ma Ojczyzna upaść, niech wprzódy Soły i Świadoście w popiół się zamienią!« I odtąd nigdy nie pozwolił zbliżyć się do siebie swojemu krewnemu i nigdy do niego słowa nie przemówił. Ze mną zaledwo pożegnał się i na powrót w lasy odjechał”.

Benedykt Morykoni jednak nie obraził się na Polskę. Sam do owych odlewanych dział dostarczył 24 konie z całym rynsztunkiem, a gdy przez nieostrożność żołnierzy spaliła się stodoła i zginęły wszystkie, zebrał u włościan kolejne 30 i wyposażył już następnego ranka.

Rodzina zubożała, wielu synów poszło do zakonu. Majątki zniknęły – Świadoście, zlicytowane w 1874 roku, osiągnęły wielką sumę 117 000 rubli. Stało się to niemal dokładnie 200 lat po otrzymaniu dóbr przez rodzinę Morykonich. Co się z takim majątkami działo, niech świadczy przykład zapisany w „Czasie” z 31 grudnia 1873 r.: „Opowiadano nam anegdotę wielce charakterystyczną o zachowaniu się tych nowonabywców. Jeden z urzędników rosyjskich został w łatwy sposób właścicielem majątku w okolicach Mińska. Majątek był pięknie zagospodarowany, mieszkanie bardzo porządne, w którem nowy pan rozpierał się najwygodniej. Po upływie dwóch lat zajeżdża doń znajomy dawny i od razu uderzony jest dziwną ciszą w dziedzińcu. Dom obdrapany, sterczą nagie ściany, jak szkielety, wszędzie zamknięto i nie ma żywego ducha. Wreszcie udaje mu się gdzieś na uboczu wynaleźć karbowego czy jakiegoś innego podrzędnego urzędnika dworu. Gdzie pan? zapytuje go. Pan w Mińsku od dawna już mieszka. Cóż tu tak pusto? A już wszystko zruszczone, tylko jeszcze ja zostałem, póki nie zruszczymy jeszcze tej reszty drobią, co go tu posiadamy”.

Na trzecim historycznym i mało znanym cmentarzu bernardyńskim w Wilnie znajdujemy piękny, obrośnięty zielonym mchem rzeźbiony nagrobek Anny Morykoni – żony Konstantego Jeleńskiego, a na nim dwa herby sławnych rodzin.

Dzisiaj rzadko kto przechodzi tą ścieżką, nie mając pojęcia o prawdopodobnych związkach ze świętym Franciszkiem i o pięknym patriotyzmie całej rodziny, która przyjęła Rzeczpospolitą za swoją Ojczyznę.

Czy Lucjan był ostatnim żyjącym męskim potomkiem Morykonich? Los potomków jego kuzynów jest nieznany. On sam zmarł w 1893 roku, a w ciągu życia urodziło mu się siedmioro dzieci. Troje było płci męskiej, jednak nie mamy wiedzy o ich losie. Dwie córki miały potomstwo w rodzinach Mineyków i Platerów, a ich potomkowie żyją do dzisiaj na Litwie i w Polsce. Ich niezwykłe losy, pełne oddania i poświęcenia dobrym sprawom, godne są podziwu.

Warto w formie pointy przytoczyć jeszcze jedną historię, gdyż pokazuje ona wielkie poświęcenie tej rodziny sprawom społecznym i ludziom w najtrudniejszych warunkach. Dwa lata po śmierci Lucjana jego córka, pisząca się Ludwika Moriconi, będąca już wówczas w tajnym zakonie (po kasacie), w małej izdebce w Warszawie założyła przytułek dla 5 dziewcząt, które uciekły z domu publicznego. Działania przyniosły efekt, aktywność rozrosła się i została przeniesiona do Piaseczna, gdzie razem z siostrami, pod okiem księży, Ludwika prowadziła dom dla upadłych kobiet. Siostry, którym przewodziła, zwą się dzisiaj Pasterzankami.

Przewinęło się przez ów dom 520 niewiast, które pracą i modlitwą stawały na nogi i mogły rozpocząć nowe, dobre życie. Jedynie 57 z nich nie udało się zresocjalizować.

W prasie z 1906 r. czytamy o hr. Ludwice Moriconi, że należała „do tych istot rzadkich, które z pracy społecznej robią sobie posłannictwo, wszystko poświęcają umiłowanemu dziełu, oddając się mu z jakimś mistycznym, niemal apostolskim zapałem”. Czy był to dowód na krople krwi św. Franciszka?

Osoby mogące poszerzyć wiedzę o tej rodzinie prosimy o kontakt z redakcją portalu „Genealogia Polaków” (najlepiej przez Facebook). Pełne drzewo genealogiczne można znaleźć na portalu www.genealogia.okiem.pl.

Serdeczne podziękowanie dla dr Kamili Follprecht za informacje o mieszczanach krakowskich.

Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Polski powstaniec styczniowy ostatnim potomkiem rodziny św. Franciszka?” znajduje się na s. 2 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Marcina Niewaldy pt. „Polski powstaniec styczniowy ostatnim potomkiem rodziny św. Franciszka?” na s. 2 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Okiem Jastrzębskiego: Irańska dyplomacja uważa najbliższą, planowaną na luty Konferencję Bliskowschodnią za „cyrk”

Lutowa konferencja bliskowschodnia w Warszawie skierowała uwagę świata arabskiego na Polskę w sposób bezprecedensowy. Jak uważają, celem prezydenta Trumpa jest nie tylko Iran, ale też osłabienie EU

Agencja prasowa Al-Arabiya z siedzibą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich podała, że Irański minister spraw zagranicznych Javad Zarif nazwał konferencję bliskowschodnią “cyrkiem”.

Nie wszyscy irańscy politycy są jednak tak krytyczni. Były ambasador Iranu do biura europejskiego ONZ Ali Khorram przestrzegł, że konferencja w Warszawie to nie żarty i że jej celem jest poinformowanie świata o wrogich posunięciach Stanów Zjednoczonych.

Ze swojej strony, minister Rady Spraw Zagranicznych Kamal Kharrazi skrytykował Unię Europejską za odwlekanie wdrożenia rozwiązań specjalnego przeznaczenia (special purpose vehicle), mających pozwolić Unii obejść sankcje USA nałożone na Iran.

Kharrazi powiązał te opóźnienia z organizowaną przez Warszawę konferencją, twierdząc, że celem prezydenta Trumpa jest nie tylko wywieranie presji na Iran, ale również osłabienie i podział Europy.

Kharrazi powiedział również, że “uległość Europy wobec Ameryki wywrze na niej dodatkową presję w przyszłości, zakwestionuje umowę nuklearną i zagrozi bezpieczeństwu Europy.”

Natomiast rzecznik MSZ Iranu Bagram Qasimi nazwał odwołanie festiwalu filmów polskich w Iranie “nerwową, bezrefleksyjną i wyzutą z woli pojednania reakcją wobec Polski”.

Protesty w Sudanie trwają

Tymczasem w Sudanie, od grudnia 2018 roku trwają demonstracje antyrządowe. Al-Arabiya poinformowała, że pogrzeb sudańskiego demonstranta przekształcił się w falę nowych protestów po tym jak policja sudańska oddała strzały do jego uczestników.

Podczas pogrzebu 60-letniego Muawiyi Al-Uthmana, demonstranta zmarłego od ran odniesionych w trakcie antyrządowych demonstracji, tłum obrzucił policję kamieniami i wywrócił pojazd policyjny. Do otworzenia ognia doszło właśnie w tamtym momencie.

W pogrzebie brało udział około 5000 osób.

Turcja odgrzewa sprawę Chaszodżdżiego

Katarska agencja prasowa Al-Jazeera informuje o zapowiedzi tureckiego ministra spraw zagranicznych Mauloud Dżawiszoglu, że Turcja podejmie własne działania w celu zorganizowania międzynarodowego śledztwa w sprawie zabójstwa dziennikarza Washington Post Dżamala Chaszodżdżiego.

Chaszodżdżi został zamordowany 2 października 2018 roku w konsulacie Królestwa Arabii Saudyjskiej w Istambule. Według Dżawiszoglu to presja Turcji zmusiła Arabię Saudyjską do przyznania się do popełnionej zbrodni.

Baszar Al-Asad anuluje wizy dyplomatów UE

Według Al-Jazeery trzech starszych dyplomatów UE poinformowało, że prezydent Baszar Al-Asad anulował specjalne wizy dyplomatom i oficjelom unijnym regularnie podróżującym między Bejrutem a Damaszkiem, co utrudniło im rozprowadzenie pomocy pośród ofiar wojny.

Wizy zostały anulowane na początku stycznia bez podania powodu. Anonimowi europejscy dyplomaci wyrazili swoją opinię, że była to próba zmuszenia rządów europejskich do ponownego otwarcia swoich ambasad.

Anulowanie wiz nastąpiło po tym jak UE dodała 11 businessmanów i 5 spółek do listy 72 syryjskich firm i 270 osób, których aktywa zostały zamrożone a wstęp na terytorium Unii zakazany.

Unijne sankcje obejmują również zakaz kupna syryjskiej ropy i technologii oraz zablokowanie aktywności Centralnego Banku Syrii.

Jeden z dyplomatów powiedział, że jest to niebezpieczny problem dla pomocy humanitarnej udzielanej przez Unię Europejską.

Al-Jazeera pisze, że od wybuchu konfliktu w Syrii w roku 2011, Unia Europejska wykorzystuje stolicę Libanu jak swoją bazę dyplomatyczną.

Polska po arabsku

Prowadzony w języku arabskim i poświęcony wydarzeniom polsko-arabskim portal Bulanda b-il-Arabii (Poland in Arabic) napisał, że Kuwejckie pułkownik imieniem Khalid odwiedził kuwejckich kadetów uczących się w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni.

Do wizyty doszło dzięki zaproszeniu polskiego dowódcy, najprawdopodobniej autor newsa miał na myśli inspektora marynarki wojennej wiceadmirała Jarosława Ziemiańskiego.

Prócz Kuwejtczyków, do Akademii uczęszczają Katarczycy, Algierczycy i obywatele Arabii Saudyjskiej.

Bulanda bi-l-Arabii poinformował również, że egipski Uniwersytet w Mansurze podpisał umowę o współpracy z Politechniką Białostocką.

Maciej Maria Jastrzębski

Architektura Meksyku: od piramid po wieżowce / Arquitectura de México: de las pirámides hasta los rascacielos

Meksyk jest rajem dla wielbicieli oryginalnej architektury. W najbliższej audycji postawimy pierwszy krok w meksykańską architekturę: i tę z bliższej i dalszej przeszłości i tę współczesną.

Meksyk jest jednym z nielicznych krajów świata, gdzie wielbiciele oryginalnej architektury znajdą pełnię szczęścia. Architektura Meksyku oferuje bowiem coś dla niemalże każdego. I dla wielbicieli kultur prekolumbijskich, i dla wielbicieli kolonialnych miasteczek i dla wielbicieli nowoczesnej zabudowy.

Dlaczego i skąd takie nagromadzenie perełek architektury, z których wiele wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, w Meksyku, tego nie wiemy. Może miał na to wpływ klimat, może wspaniała kuchnia, a może nieposkromiona fantazja Twórców, dzięki którym architektura Meksyku zachwyca.

Zachwyca dorobek kultur prekolumbijskich: Teotihuacán, Tolteków, Azteków, Majów, Zapoteków, Mixteków i innych. Z pewnością zachwycają wspaniałe piramidy, świątynie i pałace, które świadczyć mogą o potędze starożytnych państw. Zachwycać muszą też detale: murale naścienne, rzeźby i płaskorzeźby oraz zdobienia budynków. I choć po wielu z nich pozostały zaledwie wspomnienia, to jednak i dziś dzień robią one wrażenie. Zachwyca również architektura kolonialna. Przepiękne miasta i miasteczka przede wszystkim środkowego Meksyku: od stanu Jalisco na północy po stan Oaxaca na południu kraju. Architektura Meksyku kolonialnego, powiązana przede wszystkim z miejscowymi odmianami renesansu oraz barku to wspólne „dziecko” wpływów hiszpańskich i miejscowych tradycji. Takie style architektoniczne, jak Plateresco, a przede wszystkim kapiący złota i przesadnymi ozdobami Churrigueryzm, po dzień dzisiejszy rzucają na kolana. I wreszcie przejście do współczesnej architektury: kiedy to praktyczne elementy zaczęły górować nad estetyką.

Współcześnie architektura Meksyku zaczyna jednak przypominać znany nam z Polski chaos. Choć wiele miast i miasteczek zachowało swój historyczny wizerunek, wielkie miasta to jeden wielki architektoniczny i urbanistyczny kociokwik. Mieszają się tu i szklane wieżowce i dziewiętnastowieczne kamieniczki i budowle kolonialne i współczesne budynki, często bez wyrazu. A jednak i w ciągu ostatniego pięćdziesięciolecia powstało szereg budowli, które zachwycają i swoim majestatem i swoją praktycznością.

Nie sposób jest przedstawić ogromu zjawiska, jakim jest architektura Meksyku, podczas jednej audycji. W najbliższej audycji zrobimy zatem wstęp do meksykańskiej architektury i tego, jak kształtowała się ona przez stulecia. Przedstawimy jej historię: od prekolumbijskich obiektów po współczesne, odporne na wstrząsy sejsmiczne, konstrukcje. O tym, jakie tajemnice kryje w sobie architektura Meksyku opowie nam nasz dzisiejszy gość Michelle Rivera, meksykańska architekt. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasz gość opowie nie tylko, jak zmieniała się architektura Meksyku przez stulecia, ale też, jak współgrała ona z urbanistyką meksykańskich miast. Poruszymy również temat architektury wnętrz.

Na architektoniczno – meksykańskie opowieści zapraszamy w najbliższy poniedziałek, 21-go stycznia, jak zwykle o 20H00!

¡República Latina! – architektura audycji!

Resumen en castellano: México es uno de los pocos países del mundo, donde los admiradores de arquitecura oríginal van a sentirse como en paraíso. Los monumentos de las culturas precolombinas: pirámides, templos, palacios, los monumentos de la arquitectura colonial y los edificios contemporáneos: en México hay todo. No sabemos porque México es uno de los países más ricos de la arquitectura. Sin embargo vale la pena ver personalmente la herencia de los Aztecas, Mayas, Zapotecos, Europeos y los Mexicanos. Tal las zonas arqueológicas, como los pueblos mágicos coloniales y los edificios construidos en los últimos 50 años, pueden encantar. Muchos de ellos fueron arrastrados en la lista del Patrimonio Mundial de Cultura por UNESCO.

De la arquitectura de México se puede hablar mucho: no sólo de los edificios, sino también de las zonas urbanisticas, diseño etc. Hoy vamos a hacer sólo la introducción al tema. Nuestro guía será Michelle Rivera, una arquitecta jóven de México. Junto con ella vamos a pasar por los siglos de la arquitectura de México.

Les invitamos para escucharnos el lunes, 21 de enero, como siempre a las 20H00 UTC+1!

Doskonale przygotowane powstanie / Wywiad A. Opalińskiego z prof. G. Kucharczykiem, „Wielkopolski Kurier WNET” 55/2019

Sądząc po zapleczu ideowym ludzi obecnie rządzących Poznaniem, to z narodowo-demokratycznego, chrześcijańsko-społecznego charakteru Wielkopolan, którzy pokonali Niemców w powstaniu, nic nie zostało.

Antoni Opaliński
Grzegorz Kucharczyk

Powstanie wielkopolskie – powstanie nowoczesnego narodu

O przygotowaniach do zwycięskiego zrywu wielkopolskiego, którego setną rocznicę Wielkopolska uroczyście obchodziła w ostatnich dniach grudnia 2018 roku, oraz o reformie akademickiej, tzw. ustawie Gowina, z profesorem Grzegorzem Kucharczykiem rozmawia Antoni Opaliński.

Za nami setna rocznica wybuchu powstania wielkopolskiego. Jakie jest znaczenie tego wydarzenia w naszych dziejach?

Powstanie wielkopolskie było kluczowe zarówno jeśli chodzi o przynależność tzw. ziem zachodnich do Rzeczypospolitej, jak i o proces odbudowy państwa polskiego jako całości. Po pierwsze udane powstanie w Wielkopolsce było decydującym argumentem dla polskiej delegacji podczas konferencji pokojowej w Wersalu, żeby domagać się przyłączenia, powrotu tej ziemi do Polski. Wystarczy popatrzeć na mapę, żeby wiedzieć, że bez Wielkopolski nie byłoby – nawet w sensie geopolitycznym – możliwości przyłączenia do Polski Pomorza ani Górnego Śląska. Była to więc ziemia centralna i jedna z najważniejszych. Po drugie Wielkopolanie, armia wielkopolska, włączona latem 1919 roku w struktury Wojska Polskiego, bardzo poważnie zasiliła armię polską walczącą zarówno w Galicji, jak i na froncie wschodnim przeciw bolszewikom. Jednostki wielkopolskie bardzo się w tych walkach odznaczyły, należały do najbardziej efektywnych jednostek Wojska Polskiego.

Powstanie wielkopolskie utrwaliło się w naszej historii jako zwycięskie, w przeciwieństwie do pięknych, ale tragicznych zrywów XIX wieku – dobrze zaplanowane i zakończone sukcesem.

Niektórzy historycy wskazują, że to nie było pierwsze udane powstanie, bo pierwszym było powstanie przeciwko Prusakom, też w Wielkopolsce, kiedy witano wkraczającą armię napoleońską. To właśnie Wielkopolanie tworzyli rodzącą się wówczas armię Księstwa Warszawskiego. Wśród historyków jest spór, czy to można nazwać powstaniem. Jedno jest pewne: to właśnie ziemie zachodnie zasilały Księstwo Warszawskie, czyli to „małe państwo wielkich nadziei”, które dla wielu Polaków stanowiło właśnie wielką nadzieję na odzyskanie całości Rzeczypospolitej. Natomiast Powstanie wielkopolskie z lat 1918–1919, chociaż udane, nie doczekało się np. takiej wielkiej poezji, która towarzyszyła wielkim, ale nieudanym powstaniom – jak kościuszkowskie, a zwłaszcza listopadowe i styczniowe. Powstanie wielkopolskie rzeczywiście nie przebiło się do literatury. W związku z tym do dzisiaj są kłopoty z umiejscowieniem go w kulturze pamięci narodu. Wydaje mi się, że takie rocznice jak setna, są znakomitą okazją, żeby wielu ludziom, zwłaszcza młodym, przypomnieć albo wręcz poinformować ich, czym było powstanie wielkopolskie.

Fot. J. Hajdasz

Mówi się, że było ono doskonale przygotowane. Jednak w legendzie utrwalił się obraz przyjazdu do Poznania Ignacego Paderewskiego i spontanicznego wybuchu, prawie że zainspirowanego przez przyjazd mistrza.

Powstanie wielkopolskie pod względem – tak to nazwijmy – metodologii zrywu powstańczego było modelowym przykładem, jak trzeba to robić. Sam ten legendarny przyjazd Paderewskiego do Poznania 26 grudnia 1918 roku był doskonale zainscenizowany przez stronę polską, przygotowany, nic się nie działo przypadkiem. Jeżeli można mówić o spontaniczności, to możemy użyć oksymoronu: spontaniczność doskonale zorganizowana i przygotowana. Przecież Poznań był udekorowany na przyjazd Paderewskiego we flagi polskie i alianckie.

Przypomnę, że Poznań był w tym momencie formalnie jeszcze częścią Rzeszy Niemieckiej, a tutaj – już wiszą flagi państw, które są w stanie wojny z Niemcami. Tak samo jeśli chodzi o manifestację: to nie było jakieś zbiegowisko; wszystko zostało zorganizowane. Ale przede wszystkim przygotowania trwały od strony politycznej. Od ponad pół roku tworzyły się w Wielkopolsce tajne komitety obywatelskie, które po upadku monarchii w Niemczech i abdykacji Wilhelma II wyszły na powierzchnię. Tworzyły się również Rady Ludowe wraz z Naczelną Radą Ludową w Poznaniu. Polacy bardzo umiejętnie przechwytywali od środka – to był przecież w Niemczech czas rewolucji – tworzące się Rady Robotnicze i Żołnierskie. Polacy przejęli taką radę w Poznaniu, która de facto sprawowała władzę. I wydział wykonawczy rady zaczął wymieniać pruskich urzędników i umieszczał na tych miejscach Polaków. Ten proces przejmowania władzy w Wielkopolsce toczył się, zanim wybuchło powstanie. Tu nie było miejsca na powtórkę z Nocy Listopadowej, gdzie Polacy biegaliby po Poznaniu, szukając, kto przejmie dowództwo. To polityczne przywództwo już było gotowe.

Czy możemy wymienić najważniejszych przywódców powstania wielkopolskiego?

Oczywiście generał Józef Dowbor-Muśnicki, twórca i organizator armii powstańczej. On przybył do Wielkopolski, kiedy powstanie trwało. Pierwszym dowódcą był kapitan, potem major Stanisław Taczak. Trzeba pamiętać o pierwszej polskiej ofierze powstania, czyli Franciszku Ratajczaku. Od strony politycznej pierwszoplanową postacią jest członek komisariatu Naczelnej Rady Ludowej Wojciech Korfanty. Postać zazwyczaj kojarzona ze Śląskiem i z powstaniami śląskimi – i słusznie. Ale on był związany z całą dzielnicą pruską i wtedy, w tych kluczowych momentach 1918 i 1919 roku, był odpowiedzialny za polityczne zaplecze powstania.

Pan mówi o pracy w miesiącach poprzedzających powstanie. Można chyba jednak powiedzieć, że Polacy w Wielkopolsce przygotowywali się do tego momentu dziejowego przez dziesiątki lat.

Oczywiście, powstanie wielkopolskie było pierwszym polskim powstaniem w XX wieku. W związku z tym było to pierwsze powstanie nowoczesne. Nie tylko systematycznie i metodycznie przygotowane. Głównym bohaterem tego powstania był nowoczesny naród, ta część narodu polskiego, która żyła nad Wartą. Nowoczesny w znaczeniu: obejmujący wszystkie warstwy społeczne przeniknięte polską tożsamością narodową, która budowała się w czasie tzw. najdłuższej wojny nowoczesnej Europy. Czyli podczas organizowania oporu polskiego wobec nacisku germanizacyjnego, nie tylko w sensie językowym, ale też obrony polskiej ziemi i kultury. W tę obronę były zaangażowane polskie instytucje za pomocą różnych sieci oddolnych tworzonych przez Polaków, przez polską oddolną modernizację, czyli ruch organicznikowski – czytelnie ludowe, spółdzielnie, banki rolnicze, związki spółek zarobkowo-pożyczkowych. Tutaj kluczową rolę pełnił Kościół katolicki, który dostarczał kapitału moralnego i kulturowego, a z drugiej strony było polskie ziemiaństwo, szlachta, która dostarczała kapitału materialnego, bez którego te wszystkie inicjatywy by nie powstały. Synergia tych dwóch kapitałów – moralnego wsparcia ze strony Kościoła i materialnego, który finansował te projekty organicznikowskie, pozwoliła na stworzenie nad Wartą nowoczesnego polskiego narodu. Nieprzypadkowo Roman Dmowski w Myślach Nowoczesnego Polaka z 1903 roku wskazywał na Poznańczyków jako przykład nowoczesności dobrze pojętej.

Skoro wspomnieliśmy o Dmowskim, można chyba powiedzieć, że Wielkopolska to była modelowa endecka dzielnica kraju?

Tak. Tutaj rząd dusz sprawowała Narodowa Demokracja i także szeroko pojęty ruch chrześcijańsko-społeczny, np. chrześcijańskie, czyli katolickie związki zawodowe. To się oczywiście zgadza; sam Roman Dmowski w okresie II RP bardzo chętnie przebywał w Wielkopolsce, nawet zakupił majątek w Chludowie pod Poznaniem. A Wielkopolska też witała go z otwartymi ramionami. Warto wspomnieć, że Dmowski jest doktorem honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, uniwersytetu, który powstał jako Wszechnica Piastowska w 1919 roku. Warto pamiętać, że został zachowany parytet, ponieważ doktorem honoris causa UAM jest także Józef Piłsudski.

Czy dziś w Wielkopolsce cokolwiek pozostało z tego narodowo-demokratycznego, czy też chrześcijańsko-społecznego charakteru?

Jeżeli patrzeć na wyniki wyborów, czy też zaplecze ideowe ludzi, którzy rządzą w Poznaniu – to nic nie zostało.

Jak przebiegały obchody setnej rocznicy wybuchu powstania?

Od strony zewnętrznej wypadły dość okazale. Miasto zostało oflagowane, byli obecni najważniejsi przedstawiciele państwa polskiego na czele z panem prezydentem. Jednak najważniejsze jest to, że obchody były poprzedzone akcją edukacyjną w całej Wielkopolsce. Na poziomie szkół, powiatów, gmin działo się to kilka miesięcy przed 27 grudnia. Można więc powiedzieć, że akcje upamiętniające powstańców wielkopolskich były prowadzone na różnych płaszczyznach. Od prowadzonej już od wielu lat akcji kibiców Lecha Poznań, którzy co roku zbierają pieniądze na odbudowę mogił powstańczych, po różne przedsięwzięcia edukacyjne w szkołach, w różnych ośrodkach kultury.

Zwycięstwo powstania wielkopolskiego to także efekt sprzyjającej sytuacji geopolitycznej.

To jest prawda, ale był to też efekt wielkiego wysiłku dyplomatycznego Komitetu Narodowego Polskiego na czele z Romanem Dmowskim. Przypomnijmy, że od 18 stycznia 1919 roku trwała w Paryżu konferencja pokojowa, na której Polska była obecna, i to obecna formalnie, w szeregu państw zwycięskich. Dzięki temu, że na froncie zachodnim w momencie podpisywania rozejmu w Compiègne 11 listopada 1918 roku była polska formacja zbrojna w postaci Błękitnej Armii generała Hallera. Wysiłek strony polskiej, przede wszystkim Romana Dmowskiego, aby powstrzymać kontrofensywę niemiecką, która zaczęła się w styczniu 1919 roku, był skuteczny w tym sensie, że przedłużenie rozejmu z Compiègne, które nastąpiło 16 lutego 1919 roku w Trewirze objęło również wymuszony na Niemcach zakaz przesuwania się na wschód w kierunku Wielkopolski. Krótko mówiąc, wymuszono na Niemcach pozostawienie w ręku powstańców prawie całej Wielkopolski. To pozwoliło skonsolidować te zdobycze i zorganizować armię powstańczą, która wiosną 1918 roku osiągnęła stan 80–90 tysięcy doskonale wyszkolonych żołnierzy.

Czy władze Poznania zaangażowały się aktywnie w obchody stulecia?

Pan prezydent Jaśkowiak tym razem był w Poznaniu podczas rocznicy. Można powiedzieć, że władze Poznania przynajmniej nie przeszkadzały w tych przedsięwzięciach i objęły najważniejsze akcje swoim patronatem. Natomiast ton nadawały tym obchodom – i to bardzo dobrze o nich świadczy – przede wszystkim inicjatywy społeczne. Nie mówię tylko o grupach rekonstrukcyjnych, one są najbardziej widoczne, ale o działaniach wydawniczych czy edukacyjnych. Władze Poznania zrobiły swoje. Przynajmniej nie było żadnej próby uczynienia np. z powstańców wielkopolskich przeciwników dialogu polsko-niemieckiego, bo przy różnych aberracjach ideologicznych można by się było czegoś takiego spodziewać. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

Panie Profesorze, trwa polemika na temat reformy akademickiej. Pan premier Gowin broni się przed zarzutami wyrażonymi między innymi w liście naukowców, zainicjowanym przez profesora Andrzeja Nowaka. Minister uważa, że reforma nie zagraża wolności badań, a krytykowana przez Panów lista wydawnictw to próba poprawienia jakości publikacji naukowych i wyeliminowania tych najsłabszych.

A kto ma eliminować te najsłabsze elementy? Rozumiem, że ministerialni urzędnicy, którzy będą robić takie listy? Nauka ma eliminować słabe publikacje – bo nie przeczę, że takie są – swoimi własnymi siłami. Od tego są przewody habilitacyjne, doktorskie i profesorskie, a także powoływanie recenzentów, którzy – żeby eliminować niepożądane zjawiska – obecnie są rzeczywiście przyzywani z zewnątrz, a nie spośród kolegów.

Kolejna sprawa – szkoda, że pan minister nie wskazał kraju, w którym panuje system, który on chce zaprowadzić. Ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Niemczech, ani we Francji – w wiodących państwach, jeśli chodzi o postęp naukowy, także o nauki humanistyczne – nie ma żadnych odgórnych ministerialnych list.

Trzecie pytanie: jakie są kryteria i kto ustalał taką listę? Nie znamy nazwisk osób, które biorą udział w ustalaniu takiej listy, a przede wszystkim nie znamy kryteriów, według których taką listę się ustala.

Czy możemy wskazać źródła tego projektu, jego ideowe korzenie?

Też bym się bardzo chętnie dowiedział, kto za tym stoi. To jest zadziwiająca sprawa – cały ten model zmierza do aberracyjnego centralizmu, hiperregulacji czynionej pod patronatem pana ministra Gowina, który – przypomnijmy – jako minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska ciągle mówił o deregulacji, o otwieraniu zawodów, o usuwaniu biurokratycznych kajdan, które tłamszą nasze życie publiczne. A tutaj mamy ruch w drugą stronę. Dlatego pytanie o korzenie jest bardzo zasadne.

Jeżeli popatrzeć na kraje, w których obowiązuje system, do którego dąży pan premier Gowin – o ile ja się dobrze orientuję, to taki system mamy w Chinach i w Turcji. Nie wiem, czy jeszcze gdzie indziej, ale na pewno nie w krajach, które wymieniałem wcześniej i do których wzorca rzekomo dążymy w tej reformie. Tymczasem okazuje się, że trend jest zupełnie inny. Trend, który zmierza do tego, aby naukę jeszcze bardziej w Polsce reglamentować i to reglamentować przez urzędników. Z logiki przedsięwzięcia, o którym rozmawiamy, przebija wielka nieufność do środowiska naukowego, do tego, że będzie samo w stanie zapobiec uznawaniu marnych prac za prace naukowe.

Powtarzam – jeżeli ktoś drukuje, nawet za swoje pieniądze, marną pracę naukową i ona jest przedstawiana jakiejś radzie wydziału czy radzie naukowej jako praca doktorska czy habilitacyjna, to najczęściej już na wstępnym etapie powoływania komisji taka praca jest odrzucana. Jeżeli jakimś cudem przejdzie, to potem są zewnętrzni recenzenci, jest centralna komisja do spraw tytułów naukowych, teraz ma się nazywać radą ds. doskonałości naukowej – która też nad tym czuwa. I raptem okazuje się, że ma być dodatkowa rada, całkowicie anonimowa, w postaci gremium, które będzie ustalało listę wydawnictw.

Pan minister obawia się, że jak nie będzie tej listy, to będą powstawać marne prace naukowe. A żeby nie były marne, potrzebny jest spis, lista. Czyli doskonałość naukowa ma być badana na etapie ministerialnym. To ja sugeruję – może warto by było, żeby ministerstwo nauki każdego stycznia publikowało po prostu liczbę osób, które w rozpoczynającym się roku są przewidziane do tego, żeby dostały doktorat, habilitację czy profesurę i już się przez cały rok nie denerwowały. Skoro ministerstwo wie lepiej, to idźmy dalej i reglamentujmy wszystko – taki jest logiczny kierunek tej polityki. Bardzo niedobry.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z prof. Grzegorzem Kucharczykiem pt. „Powstanie wielkopolskie – powstanie nowoczesnego narodu” znajduje się na s. 1 i 3 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z prof. Grzegorzem Kucharczykiem pt. „Powstanie wielkopolskie – powstanie nowoczesnego narodu” na s. 1 styczniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Kłamstwo, obłuda, manipulacja od zarania dziejów towarzyszyły człowiekowi. Nigdy jednak nie były narzędziami systemowymi

Mamy rozbełtany system wartości, z którego wyrasta nasze myślenie i funkcjonowanie nasz ogląd i ocena świata, nasze postawy, potrzeby, oczekiwania, preferencje życiowe; nade wszystko nasza duchowość.

Roman Zawadzki

‘Zapaść semantyczna’, termin ukuty przez Herberta, oznacza mowę, która przestała cokolwiek znaczyć. Przez dowolne, arbitralne i instrumentalne przekłamywanie sensu słów i manipulowanie ich znaczeniami przekaz w nich zawarty przestaje być jednoznaczny i może zawierać cokolwiek. (…) Posługując się często pseudonaukowym, mądrze brzmiącym bełkotem, uwiarygodnia się oczywiste bzdury, nieraz alogiczność owego opisu, narracji i wnioskowania.

W tej technologii „duraczenia” ogromne znaczenie ma fantastycznie pojemne określenie „inaczej”. Słówko to stosuje się dzisiaj właściwie do wszystkiego – dobra i zła, piękna, prawdy, przyjemności, rozumu, uczuć, siły i słabości.

Likwidując zasadę „tak-tak”, „nie-nie”, wprowadza się unieważniający ją łącznik, „ale” oraz właśnie owo niezwykłe „inaczej” w randze wielkiego kwantyfikatora. Pokrętna dialektyka, wspierana prostackim manicheizmem współczesnych teorii naukowych, potrafi uzasadniać zasadność zła i bezsensowność dobra; rozumność głupoty i głupotę rozumu; bezwolność działań i siłę tej bezwolności.

Wszystko teraz jest lub może być „inaczej” – nadto z pełnym błogosławieństwem bożka nauki. W efekcie każdy idiotyzm, każdą podłość czy wręcz zwyrodnienie, opatrywane etykietką „naukowości”, uchodzi za wykwit rozumu i normalność. Każdy idiota może teraz uchodzić za „umysłowość wybitną inaczej”, a każdy łobuz za osobnika wręcz szlachetnego, trapionego bólem istnienia i uzewnętrzniającego swe rozterki i dylematy w sposób niekonwencjonalny, czyli „normalny inaczej”.

Z drugiej strony można z normalnego człowieka zrobić „psychicznego inaczej”, cierpiącego na jakąś – kwalifikowaną przez oszustów medycznych i akademickich, lub cwaniaków od psychobiznesu – przypadłość w stadium zgoła „bezobjawowym”. W ten sposób każdego da się jakoś stygmatyzować, ośmieszać, dyskwalifikować, później wykluczać, a gdy trzeba – izolować lub eliminować. A wszystko dzięki cudownemu przysłówkowi „inaczej”.

Manipulacyjność nowomowy polega na wprowadzaniu do języka określonych szablonów zrelatywizowanego opisu świata, czyli na nakładaniu ludziom uprzednio zaprojektowanych filtrów na postrzeganie i rozumienie rzeczywistości oraz na kody jej rozpoznawania, analizowania, nawet doświadczania. Powoli, bez pośpiechu, żeby tylko nikogo nie spłoszyć, niczym w „gotowaniu żaby”, wmontowuje się je w narrację wewnętrzną człowieka tak, by stopniowo deformowały to, co wytworzył w sobie (lub wytwarza) w trakcie osobowej formacji kulturowej, w co wierzy, co ma za trwałe i święte.

Manipulacje na języku mają straszliwą siłę rażenia. Powodują powolną, acz skuteczną dekompozycję jednego z kodów „czytania świata” i komunikacji – nie tylko międzyludzkiej, lecz także jednostki z jego własną historią i kulturą. Tym samym dokonuje się relatywizacji pojęć oraz ich znaczeń; przypomina to trochę wpuszczanie wirusów do oprogramowania systemu. Człowiek zaczyna się gubić, gdyż traci stałe punkty oparcia swego myślenia i swej tożsamości. Zrównywanie znaków wartościujących wszystkiego i we wszystkim czyni go bezbronnym i bezradnym w poruszaniu się w otaczającym go świecie. (…)

Od czasu, gdy inżynieria społeczna nabrała złowieszczego impetu i stała się narzędziem uzurpacyjnego sprawowania przez nielicznych władztwa nad światem i ludźmi, ewolucję kulturową zastąpiło majsterkowanie przy czym się tylko da na skalę masową, czyli gwałcenie natury i praw nią rządzących.

Z buntu przeciw Stwórcy zrodziła się deformacja chrześcijaństwa, potem chora filozofia Oświecenia, z niej zaś wyrosły równie chore ideologie postępu, barbarzyńskie rewolucje i wojny, wreszcie współczesne zniewolenie jednostki w skali globalnej. A wszystko za sprawą szaleństwa samozwańczych demiurgów, którym zamarzyło się konkurować z Panem Bogiem (a ponoć Go nie uznają).

Biblijny Adam chciał tylko dorównać Bogu w poznaniu, natomiast współcześni buntownicy umyślili sobie, by go zastąpić in actu, i to in toto. Cóż, niegdyś upadły anioł stał się Księciem Zła, ale dzisiejsi umysłowi i duchowi popaprańcy są tylko jego lokajczykami, nad wyraz gorliwie służącymi swemu panu. Niestety, bardzo skutecznie.

Po zniszczeniu języka i semantyki zabrali się za symbolikę, czyli za dziedzictwo kulturowe i duchowe człowieka. Nie wystarcza im chaos pojęciowy, bełkot nowomowy, wbijanie ludziom do głowy, że czarne jest białe, dobre jest złe, głupie jest mądre, a piękne jest szpetne – i na odwrót. Chcą tę „anomię semantyczną” domknąć także w sferze symboliki, deformując jej elementy i albo je zdeprecjonować, albo wymienić na jakieś ersatze. Idzie o to, by – jak w reklamie – w miejsce towarów promować zgrabne i efektowne etykietki ich opakowań. Nachalnie eksponuje się symbolikę „przekłamaną”, odwołując się do tradycyjnych znaczeń, lecz podstawiając pod stare znaki nowe treści, niekiedy niemające wiele wspólnego z pierwowzorem. To taka „nowomowa symboli”, czyli fałsz, relatywizujący kulturowe znaczniki tożsamości. Nie tylko mówimy bełkotem, lecz mamy rozbełtany system wartości, z którego wyrasta nasze myślenie i funkcjonowanie, nasz ogląd i ocena świata, nasze postawy, potrzeby, oczekiwania, preferencje życiowe, a nade wszystko nasza duchowość. (…)

Tworzy się też – zwłaszcza w sztukach wizualnych – spersonifikowane symbole całkiem nowe, osadzone w dzisiejszych realiach. Wystarczy spojrzeć na tysiączne gadżety, łakocie, nawet ubrania (np. dziurawe spodnie jako krzyk mody i wzorzec elegancji!). Wbrew pozorom, nie jest to drobiazg. Wystarczy przyjrzeć się temu, co oferują różne media w niezliczonych materiałach i programach dla najmłodszych i jakie wzorce osobowe i zachowań są w nich promowane. A czym skorupka za młodu nasiąknie… – nie tylko w formach, ale w oczekiwaniach i nawykach ich zaspokajania.

Jest wreszcie polityka. Tu już panuje wolnoamerykanka, polegająca na totalnym zakłamywaniu i zaklinaniu rzeczywistości. W nomenklaturze orwellowskiej wojna czy rewolucja to wyzwolenie i zapowiedź przyszłego szczęścia narodów. Demokracja wywodzi się przecież ze szlachetnego i mądrego greckiego antyku i należy ją czcić bez szemrania.

W imię obrony i propagacji jej ideałów wyczynia się więc najdziksze brewerie z ofiarami i trupami liczonymi w setkach milionów istnień ludzkich. Masy tresuje się do przyzwalania na ten stan rzeczy, ubierając szaleństwa w odpowiednie słowa (semantyka) i wielowymiarowe oznakowania (symbolika). Ważne przy tym jest, by nie przeholować z pomysłami, chociażby z indukowaniem np. patriotyzmu, bo w globalistycznym planie świata przewidziano dla niego miejsce wyłącznie ozdobne.

Starannie dobrana, hojnie opłacana i usłużna obsługa medialna, dzięki zapaści semantycznej i symbolicznej załatwia powszechną zgodę (nieraz entuzjazm) tumanionych ludów na każde polityczne zmówienie i draństwo. A kto się nie podda temu naporowi grupowemu, ten kandydat do odstrzału, a w najlepszym przypadku do obróbki psychologicznej, w której zostanie postawiony do „właściwego” pionu. Bo, jak wiadomo, może też być „pion inaczej”.

Cały artykuł Romana Zawadzkiego pt. „Świat znaczeń pustych i fałszywych” znajduje się na s. 12 grudniowego „Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Romana Zawadzkiego pt. „Świat znaczeń pustych i fałszywych” na s. 12 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Opowieść o przedsiębiorcy, któremu włos nie mógł spaść z głowy / Jan Czekajewski, „Śląski Kurier WNET” nr 54/2018

Ludzie w kłopotach z władzami popełniają zasadniczy błąd, dając urzędnikom łapówki. W takich sytuacjach dawanie łapówki jest już wysoce spóźnione. Łapówki daje się wtedy, kiedy nie ma się kłopotów.

Jan Czekajewski

Nie masz cwaniaka… Wujek Krauze entrepreneur

Tak się jakoś składa, że pewni ludzie, których się w życiu okazyjnie spotyka, zostawiają trwały ślad w pamięci. Tak się to ma w wypadku Zygmunta Krauzego (proszę nie mylić z polskim miliarderem z lat 2000. o tym samym nazwisku). Wujka Krauzego spotkałem pierwszy raz w roku 1961. Koligacja rodzinna odnosiła się nie do mnie, ale do mej dziewczyny Zofii, dla której Zygmunt Krauze był oczywistym i rodzinnie potwierdzonym wujem, czyli bratem jej matki.

W czasie mych wyjazdów i powrotów ze Szwecji do Polski i odwrotnie, które miały miejsce w latach 1961–62 i 1963–65, odwiedzając Warszawę zatrzymywałem się w jego willi przy ul. Olimpijskiej 39 na Mokotowie. Wtedy to Zygmunt Krauze opowiadał mi o swym niezwykle ciekawym życiu człowieka, który dzięki wrodzonej inteligencji pokonał wiele trudności, wychował pięcioro przygarniętych dzieci i w niezwykle trudnych warunkach dorobił się pokaźnego, jak na ówczesne, komunistyczne czasy, majątku.

Wujek Krauze miał dobrą ocenę swych braków i zalet. Powiadał: „Ja nie mam wykształcenia i sam nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie. Mam natomiast talent, który polega na zdolności znajdowania ludzi, którzy mają wykształcenie i wiedzę, i ja potrafię tymi ludźmi kierować”.

Wuj Krauze dawał mnie, żółtodziobowi, cenne życiowe rady typu: „Pamiętaj, że milicja wie tylko tyle, ile im sam powiesz”. Zakładał, że każdy wcześniej czy później będzie aresztowany i poddany przesłuchaniom. Wiedział, co mówi, bo wedle jego własnych słów siedział w więzieniach siedem razy, ale zastrzegał się, że nigdy nie został sądownie skazany. Także podkreślał, że nigdy nie siedział z powodów politycznych, tylko z powodu sprzeczności poglądów z kolejnymi rządami na funkcjonowanie systemu ekonomicznego. Czyli za nielegalny handel lub produkcję w strefie nie tyle szarej, co czarnej.

Zygmunt Krauze urodził się w pierwszych latach XX wieku w Mileszkach pod Łodzią. W czasie epidemii grypy, tak zwanej „hiszpanki”, w roku 1916 umarli obydwoje jego rodzice. Matka była Polką, a ojciec Niemcem urodzonym we Frankfurcie. W Łodzi na Widzewie jego rodzice prowadzili sklep „ogólny,” handlujący produktami żywnościowymi sprowadzanymi ze wsi. Po śmierci rodziców Zygmunt w wieku lat 14 stał się nagle głową rodziny, do której zaliczał się brat Antoni i siostry Emilia i Maria. Zygmunt przejął kierownictwo nad sklepem i jeździł po okolicznych wsiach, skupując produkty żywnościowe.

Dwa lata później w czasie jednej z tych podroży w małym miasteczku Uniejów koło Łodzi spotkał swoją przyszłą żonę, Kazimierę, która tam prowadziła własny sklep. Kazimiera była od Zygmunta o 16 lat starsza, co nie przeszkadzało, że Zygmunt zaproponował jej małżeństwo.

Szczęśliwa para przeniosła się do Łodzi, gdzie Kazimiera doglądała interesu w czasie, kiedy Zygmunt jeździł po Polsce w „delegacjach handlowych”. Wkrótce Zygmunt zmienił branżę handlową ze spożywczej na bławatną i założył firmę handlującą krawatami pod szyldem „Krawat Polski”. Nabrała ona ogólnopolskiego rozmachu i miała wielu regionalnych przedstawicieli.

Kiedy Niemcy weszli do Łodzi w 1939 roku, szybko znaleźli w aktach, że ojciec Zygmunta Krauzego był Niemcem. Właściwe organa odzysku ludzi pochodzenia niemieckiego udały się do Zygmunta z ofertą zapisania go na tak zwana volkslistę. Zaskoczonemu Zygmuntowi Niemcy wyjaśnili, że na takiej liście znajdują się osoby pochodzenia niemieckiego – volksdeutsche – urodzeni poza granicami Wielkiej Niemieckiej Rzeszy. Przysługują im lepsze kartki żywnościowe, ale też spoczywa na nich obowiązek walki z wrogami Reichu w ramach Wehrmachtu, Kriegsmarine czy Luftwaffe. Volksdeutsche są jednak równi Niemcom urodzonym w granicach Wielkiej Rzeszy – reichsdeutschom – którzy są Niemcami pierwszej klasy.

„Co prawda lepsze kartki żywnościowe mi odpowiadały, ale do umierania za Hitlera nie było mi spieszno” – opowiadał wujek Krauze. – „Dlatego im powiedziałem, że czuję się Niemcem pierwszej klasy, a nie jakąś popłuczyną, jak volksdeutsche”. Niestety matka Zygmunta była Polką i Zygmuntowi zaszczytny tytuł reichsdeutscha nie przysługiwał. Przestano go jednak nękać do czasu, kiedy się potknął o feralny, kradziony drut, który go zaprowadził do obozu koncentracyjnego w Mauthausen.

Czy wuj działał w partyzantce? Nic podobnego. „Ja nigdy do polityki się nie mieszałem. Do Mauthausen wysłano mnie za ten właśnie drut. Otóż w czasie okupacji w Częstochowie prowadziłem fabryczkę produkującą gwoździe, na które było duże zapotrzebowanie na polskiej wsi. Niestety nie mogłem kupić drutu, z którego gwoździe się robi. Drut był ściśle rozdzielany na potrzeby niemieckiej armii. Na szczęście albo nieszczęście poznałem jednego Niemca, oficera, który mi umożliwił dostęp do wojskowego drutu. On kradł ten drut, a ja z niego robiłem gwoździe. Niestety Niemiec nie był ostrożny i go nakryli. Jego wysłano na front wschodni, gdzie go Ruscy zaciukali, a mnie Niemcy wysłali do Mauthausen, gdzie o mało co bym umarł z głodu. Kiedy obóz wyzwalali Amerykanie, leżałem razem ze swym młodszym kuzynem na stosie siedemdziesięciu trupów przeznaczonych do spalenia”. Uratował go fakt że go ostrzeżono, że musi jeść bardzo mało i bardzo wolno, aby odzyskać siły Jego kuzyn nie przestrzegał tej reguły, nażarł się do syta i umarł w obozie już po jego wyzwoleniu.

Krauze miał mizerne wykształcenie, które chyba ograniczało się do czterech klas szkoły powszechnej, co wynika z jedynego listu, jaki do mnie przed śmiercią napisał na adres w USA. List ten ma 6 stron i brakuje mu interpunkcji.

Wuja Krauzego wylano podobno ze szkoły z powodu handlu papierosami, ale mnie mówił, że chodziło o wódkę. Musiał z czegoś swoją rodzinę utrzymać po śmierci rodziców. Pisać go nauczono, ale o interpunkcji zapomniał. Przypuszczam, że ja byłem jedynym człowiekiem z akademickim wykształceniem, na dodatek „naukowcem” z Uniwersytetu w Uppsali, któremu chciał zaimponować swym rozmachem i koneksjami. W swym garażu przy ulicy Olimpijskiej 39 miał dwa samochody: jeden mercedes 220 w kolorze perłowym, który odkupił od biskupa Klepacza z Łodzi, i drugi, chevroleta impallę z imponującymi, oskrzydlonymi błotnikami. Biskup Klepacz otrzymał mercedesa jako dar od swych byłych parafian z Chicago, ale jego splendor zbyt rzucał się w oczy, aby mógł go używać w okresie siermiężnego socjalizmu towarzysza Gomułki. Chevroleta impallę wuj sprowadził sobie bezpośrednio z Ameryki za pośrednictwem znajomych marynarzy z Polskich Linii Oceanicznych.

Otóż wuj zaproponował nam (mnie i Zofii) bankiet w wytwornym jak na owe czasy hotelu Orbisu o nazwie Grand w Warszawie przy ul. Kruczej. Do hotelu udaliśmy się jego impallą i zaraz przy podjeździe wuj Krauze wręczył kłaniającemu się w pas portierowi banknot 500 zł jako napiwek. Następne 500 zł przypadło dyrektorowi restauracji. Zdziwiony taką rozrzutnością, zapytałem wuja, jaki jest cel w takim szastaniu pieniędzmi w czasie, kiedy moja pensja asystenta na Politechnice wynosiła 2000 zł. Wuj spojrzał na mnie pobłażliwie i wyjaśnił: „To nie jest napiwek, to jest inwestycja w przyszłość i najbliższą teraźniejszość. Ludzie w kłopotach z władzami popełniają zasadniczy błąd, dając urzędnikom łapówki. W takich sytuacjach dawanie łapówki jest już wysoce spóźnione. Łapówki daje się wtedy, kiedy nie ma się kłopotów z władzami. Jeśli chodzi o tę restaurację, to wiadomo, że na sali są założone mikrofony do podsłuchu rozmów gości. Kierownik restauracji posadzi nas tam, gdzie podsłuchów nie ma albo gdzie mikrofon jest uszkodzony. Będziemy mogli sobie spokojnie na komunę narzekać”.

Innego razu późnym wieczorem, smagany jesiennym deszczem udałem się do willi wujka przy ulicy Olimpijskiej, aby przenocować. Następnego dnia miałem umówione spotkanie w Komitecie Nauki i Techniki z wicepremierem Adamem Szyrem, jednym z szajki komunistów z grupy Wandy Wasilewskiej w ZSSR (Związku Patriotów Polskich), do którego naiwnie napisałem list krytykujący system gospodarczy PRL-u. Jak sobie przypominam, wujek Krauze ostrzegał mnie przed wizytą u Szyra, radząc, żebym ubrał się w ciepłe kalesony, gdyż z tej wizyty mogą mnie skierować wprost do więzienia. Do więzienia nie trafiłem, ale rozmowa mnie przekonała, że powinienem z PRL-u jak najszybciej wiać, gdyż miecz Damoklesa, czyli UB, wisi nad moją głową.

Kiedy wstąpiłem do wuja Krauzego przed wizytą u wicepremiera, przy stole w kuchni siedział milicjant. Przeraziłem się okropnie, przypuszczając, że czeka na mnie z nakazem aresztowania.

Byłem świadomy, że mój telefon jest na podsłuchu i w UB wiedziano, gdzie zamierzam się zatrzymać w Warszawie. UB było niezwykle podejrzliwe w stosunku do mnie, gdyż nie mogli pojąć, w jaki sposób otrzymałem ciekawą pracę na Uniwersytecie w Uppsali, a najbardziej ich dziwiło, że taką pracę porzuciłem, aby wrócić do PRL-u. Chyba myśleli, że albo jestem nasłanym szpiegiem, albo umysłowo chory. Dyskretnie odwołałem wuja do przedpokoju z zapytaniem, co u niego robi milicjant.

Wuj mnie uspokoił, że to dzielnicowy, z którym on regularnie pija wódkę i wytłumaczył, że to jest jego dawny zwyczaj – od czasów przedwojennych przez całą okupację, a teraz, dla zachowania tradycji narodowej, kontynuuje ten zwyczaj w komunie. „Bez milicjanta, a kiedyś policjanta nie mam apetytu na wódkę. Aby wypić, muszę mieć za kompana policjanta. Fakt, że teraz czasy się zmieniły i policjantów przechrzczono na milicjantów, nie może zmienić moich wieloletnich przyzwyczajeń towarzyskich. Poza tym te właśnie stosunki towarzyskie uchroniły mnie wielekroć od więzienia, gdyż zawsze wiedziałem, kiedy należy się spodziewać kontroli celnej, skarbowej czy kryminalnej. Jak wiadomo, bycie biznesmenem w tamtych trudnych czasach wymagało balansowania na skraju prawnej poprawności, szczególnie jeśli chodziło o reglamentowane towary, niedostępne dla tak zwanych prywaciarzy albo inicjatywny prywatnej”.

Kiedyś pod wrażeniem „bogactwa” wuja zapytałem go bezpośrednio o początki jego majątku, kiedy na poły umierający i zagłodzony wrócił do Łodzi z obozu Mauthausen. Odpowiedział lakonicznie: „Dorobiłem się na czerwonych krawatach”. Otóż kiedy w roku 1948 Polska Partia Robotnicza i PPS (Polska Partia Socjalistyczna) się „zlewały” w nową partię PZPR, okoliczność ta wymagała dostawy kilku milionów czerwonych krawatów.

Przodujący przemysł państwowy nie mógł podołać społecznemu zapotrzebowaniu i dlatego Zygmunt Krauze złożył ofertę, że takie krawaty wyprodukuje, pod warunkiem, że dostanie przydział na bawełniany materiał konieczny dla ich wykonania. Komuniści – będąc, jak wiadomo, ludźmi praktycznymi – zadbali o to, aby wuj otrzymał odpowiednio dużą dostawę surowca na wymienione krawaty. Zamówienie zostało wykonane przed „zlaniem” się dwu partii i rzesze członków PZPR i jej pokrewnych organizacji młodzieżowych mogły defilować z czerwoną pętlą pod brodą. A skąd pieniądze? Czy wujowi sowicie zapłacono za jego znój, trud i poświęcenie dla sprawy socjalizmu? „Bynajmniej, odpowiedział wuj.

Ty, młody człowieku, nie zdajesz sobie spawy, ile materiału potrzeba, aby uszyć z niego czerwony krawat. Kolor jest czynnikiem decydującym. Uszycie czerwonego krawata wymaga od pięciu do dziesięciu razy więcej materiału niż uszycie krawata o kolorze np. niebieskim. Z tych resztek materiału uszyliśmy setki, jeśli nie tysiące poszewek na poduszki i pierzyny, które rozeszły się jak woda po wsiach całej Polski”.

Wuj Krauze przed przeniesieniem się do Warszawy w roku 1958 i zamieszkaniu w wili przy ulicy Olimpijskiej 39, mieszkał w Łodzi przy ul. Głównej 9/13. Tam też w latach 50. prowadził działalność handlowo-przemysłową w branży bławatnej. Była to działalność na dużą skalę, ale bez setek szwaczek pochylonych nad maszynami Singera w fabryce Zygmunta Krauzego. W jego mieszkaniu, które było centrum dowodzenia jego przemysłu tekstylnego, pracowały jedynie dwie szwaczki. Firma wuja była chyba legalnie zarejestrowana, ale zakres jej działalności wykraczał poza licencję drobnego rzemieślnika, jaką mu przydzielono. W istocie była to duża firma, zatrudniająca dziesiątki szwaczek w systemie chałupniczym. Mieszkanie przy Głównej 9 było centralą, do której przywożono gotowe produkty i rozdzielano materiał. Ponieważ towar bławatny był ściśle reglamentowany, jego dostawy wymagały „współpracy” z szeregiem pracowników miejscowych dużych fabryk przemysłu tekstylnego, z których Łódź zawsze słynęła. Większość tych materiałów była podejrzanego pochodzenia, czyli po prostu kradziona. Wścibscy milicjanci i rewidenci skarbowi, którzy nie zostali odpowiednio wynagrodzeni, czyhali na okazję przyłapania większej partii materiału lub produktów opuszczających to mieszkanie. Aby się zabezpieczyć, wuj podobno zatrudnił jako jedną ze szwaczek żonę pułkownika polskiej Armii Ludowej, który, wedle wuja, był w rzeczywistości Rosjaninem oddelegowanym do nadzoru ideologicznego nad Polską. Kiedy wujowi donoszono, że na dole kamienicy kręcą się podejrzani osobnicy wyglądający na milicjantów, żona pułkownika dzwoniła do swego męża, który przyjeżdżał wojskowym samochodem (chyba nie czołgiem), do którego ładowano trefny towar. Milicjanci byli bezsilni, gdy mieszkanie było opróżniane z materiałów podejrzanego pochodzenia.

Wuj działał także w branży ogrodniczej, w PRL-u poprawnie zwanej „badylarską”. Jego kwiaciarnia w Łodzi na Stokach słynęła w całym bloku socjalistycznym jako dostawca najładniejszych czerwonych goździków.

„Zbudowałem te szklarnie za pieniądze zarobione w branży bławatnej, kiedy szyłem, jak już wspomniałem, czerwone krawaty. A jak ci chyba wiadomo, czerwony goździk jest symbolem komunisty. Bez bukietu czerwonych goździków nie można powitać lądujących w Moskwie sekretarzy bratnich partii komunistycznych Europy Zachodniej, Chin czy Kuby. Bez czerwonych goździków nie można pochować umierających zasłużonych dla klasy robotniczej notabli. Goździki są tak nieodzowne, jak gwóźdź do trumny Pierwszego Sekretarza Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Niestety socjalistyczne przedsiębiorstwa rolne, czy to PGR-y, czy radzieckie kołchozy, nie były w stanie takich goździków wyhodować. Więdły one w oczach i kolor jakiś nie taki, a zapach jeszcze gorszy. Nasze goździki z dzielnicy Stoki w Łodzi biły na głowę goździki socjalistyczne pod każdym względem: kolorystycznym, zapachowym i długowieczności.

W związku z powyższym każdego tygodnia wysyłaliśmy samolotem bukiety naszych goździków do Moskwy, gdzie spełniały ważną rolę w utrwalaniu pokoju i przyjaźni między socjalistycznymi narodami. Towarzysze radzieccy zapewniali mnie, że włos mi z głowy nie spadnie z powodów podatkowych, gdyż jedność obozu socjalistycznego na tym właśnie włosie się trzyma”.

Wiele lat później, żyjąc już w Stanach Zjednoczonych, dostałem od wuja wspomniany już długi list, napisany odręcznie na sześciu stronach papieru, bez ani jednej kropki i ani jednego przecinka. Wuj pisał go z Austrii, do której właśnie przybył mercedesem biskupa Klepacza, gdzie wynajął na lat 15 od austriackiego Kościoła zdemolowany zamek w miejscowości Kemmelbach, 100 km od Wiednia, z kaplicą na 230 miejsc siedzących. Zapraszał, aby go odwiedzić, gdyż właśnie zasadził w doniczkach 2500 storczyków i będzie je sprzedawał w następnym roku. Niestety, z odwiedzin nic nie wyszło, gdyż wujowi zmarło się w roku 1974 czy 1975.

Jest to fragment książki autora „Do sukcesu pod wiatr”.

Opowiadanie Jana Czekajewskiego pt. „Nie masz cwaniaka… Wujek Krauze entrepreneur” znajduje się na s. 11 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Opowiadanie Jana Czekajewskiego pt. „Nie masz cwaniaka… Wujek Krauze entrepreneur” na s. 11 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Durna synteza” – nieodłączny element postmodernistycznej humanistyki. Niewyemancypowany pedagog wykpiwa i ostrzega

Kiedyś mówiono: „robić można wszystko, ale nie wszystko wypada”. Czy w czasach dominacji postmodernistycznego barbarzyństwa są jeszcze szanse na przywrócenie sensu temu powiedzeniu?

Herbert Kopiec

Rzekomo antyfundamentalistyczny, ale prawdziwie antykatolicki postmodernizm, choć nie powstał w Rosji, ma wiele wspólnego z logiką rosyjskich elit. To wśród jej członków funkcjonuje bowiem tak zwany durnyj sintez (durna synteza). Wynika z niej, że można na przykład jednocześnie wychwalać cara i Lenina. Dobre, co? Czyli, że można nie odróżniać (skądinąd deklarowanego) dobra od zła, prawdy od kłamstwa, itd. Można więc być radykalnie za, a nawet przeciw Kościołowi katolickiemu, a łajdak może być traktowany identycznie jak jego ofiara. Bywa wszak, że wysokie odznaczenie państwowe otrzymują i były TW SB, i obiekt jego inwigilacji.

Można też banalizować schizofreniczną postawę prezydenta Wrocławia, który jednego dnia otwiera Rondo Żołnierzy Wyklętych, a drugiego wprowadza jako gościa specjalnego prof. Z. Baumana – propagandystę wojsk, które tych żołnierzy mordowały. Wszystko to jest dopuszczalne, gdyż termin ‘postmodernizm’ – jak wyjaśnia sympatyzujący z postmodernizmem, a czasem nie – prof. B. Śliwerski – „nie tyle tłumaczy bądź wyjaśnia, ile raczej podkreśla niejasność współczesnej kondycji społeczno-kulturowej: więcej rodzi się tu pytań niż odpowiedzi” (Współczesne teorie i nurty wychowania, Impuls, 1998).

Dość powiedzieć, „że ci, którym przypisuje się miano klasyków postmodernistów, sami odżegnują się od bycia jego reprezentantami” (np. J. Derrida).

(…) Jako człowieka zacofanego poruszyło mnie wydarzenie, do jakiego doszło niedawno podczas uroczystej inauguracji nowego roku akademickiego 2018/2019 na Uniwersytecie Śląskim. Można ją zobaczyć w internecie. Moje zainteresowanie tym, co dzieje się na uniwersytecie, jest naturalne. Pracowałem w nim 44 lata. Ale do rzeczy. Otóż prześwietny senat uczelni, która wkroczyła w 51. rocznicę swoich narodzin, zajął się między innymi wychwalaniem dwóch swoich znanych profesorów, w tym jednego zdeklarowanego postmodernisty, prof. Tadeusza Sławka, który przyjął godność honorowego profesora Uniwersytetu Śląskiego. Natomiast prof. Krzysztof Zanussi odebrał nagrodę honorującą jego wybitne osiągnięcia naukowe i artystyczne. Obaj zwyczajowo nagrodzeni zostali brawami. I nie byłoby w tym nic szczególnego, wszak jest dobrym obyczajem nagradzać (w każdej dziedzinie życia) ludzi wybitnych, gdyby nie to, że owa feta przypominała absurdalny fenomen durnej syntezy.

Deficyt prawdy

Prof. Zanussi (Wydział Radia i Telewizji UŚ) – został poproszony przez władze uczelni o wygłoszenie wykładu inauguracyjnego. Wybór tematu wykładu (Prawda w czasach post-prawdy, wiara w czasach niewiary) należał do Zanussiego – co ma kluczowe znaczenie dla tego, co chcę czytelnikowi dziś opowiedzieć. „Z tą prawdą – słusznie rozpoczął swój wykład prof. Zanussi – mamy narastającą niewygodę. Jakby prawdy coraz bardziej brakuje we wszystkich przejawach życia. Brakuje jej w rodzinie, brakuje jej w życiu publicznym, w życiu naukowym. Nawet brakuje jej czasem w Kościele, który stoi na straży prawdy objawionej. Ale czasem ludzkie niewygodne prawdy też zamiata pod dywan. Taka to już ludzka słabość Kościoła”.

I w tym miejscu swojego wykładu prof. Zanussi poszedł – jak się to mówi – na całość. Nie pozostawił żadnej wątpliwości, co myśli o postmodernizmie. Stwierdził mianowicie: „Ale rzeczywiście ogłoszenie że prawda już nie obowiązuje, było aktem głębokiej nieodpowiedzialności pokolenia, które zafundowało nam postmodernizm. I mam na to – podkreślił Zanussi – spojrzenie krytyczne”.

No cóż, zrobiło się i straszno, i śmieszno. Ale okazuje się, że tylko dla takich zacofańców, jak piszący te słowa. Dlaczego? Ano w niewielkiej odległości od prof. Zanussiego – który postmodernizm jednoznacznie był potępił – siedział sobie prof. T. Sławek – prominentny przedstawiciel tego pokolenia, które zatruło uniwersytety postmodernistyczną trucizną. To z jego inicjatywy światowy guru postmodernizmu J. Derrida otrzymał (1997) doktorat honorowy UŚ. Ale jednocześnie przecież parę minut wcześniej promotor owego postmodernistycznego barbarzyństwa (też mu – a jakżeby inaczej! – doskwiera pozbawiona odpowiedzialności postmodernistyczna gadanina) został świeżo upieczonym profesorem honorowym Uniwersytetu Śląskiego. Znając swoją wartość, odbierał z rąk aktualnego rektora UŚ to wyróżnienie – jeśli można tak powiedzieć – z należnym zrozumieniem dla słuszności decyzji, jaką podjął Senat w jego sprawie. Bez ryzyka popełnienia większego błędu da się powiedzieć, że gdyby prof. Sławek urodził się w byłym Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, to na polu obfitości otrzymanych zaszczytów, tytułów i medali śmiało mógłby konkurować z samym Leonidem Breżniewem. O, byłbym zapomniał odnotować, że obywatela Tadeusza Sławka dopadł ostatnio kolejny splendor. Wolą ludu śląskiego został wybrany do Sejmiku Śląskiego.

Misja i powołanie profesorskie w ujęciu prof. Sławka

„Dziękuję za to wyróżnienie – powiedział rzeczowo T. Sławek. – Ono w sposób naturalny przychodzi do człowieka na końcu drogi zawodowej i pewnie jakoś życiowej. Jeśli chodzi o to wyróżnienie, które z rąk Rektora i woli Państwa Senatorów mnie spotkało, to traktuję je jako przypomnienie o czymś, czego żadna emerytura nie zakończy, tzn. przypomnienie pewnej misji profesorskiej, która polega generalnie na dwóch sprawach. Po pierwsze na wykazywaniu się daleko idącym szacunkiem dla wszystkich przejawów życia w najdrobniejszym szczególe. Po drugie, na pamiętaniu o tym, że należy życie, a także towarzyszące mu słowa, instytucje, akty prawne, pojęcia, traktować z należytą powagą i szacunkiem, którego nam w ostatnim czasie trochę zabrakło. Wyróżnienie traktuję jako przypomnienie o tym powołaniu profesorskim”. OKLASKI.

Jak na postmodernistę przystało, o profesorskim powołaniu prof. Sławek potrafi też powiedzieć to i owo w innej tonacji. Odnieść się do godności tytułu profesora bez większej atencji, by nie powiedzieć, że dość obcesowo. Posłuchajmy: „Ważną jest sprawą być profesorem, lecz ważniejsze jest to, aby żyć w przekonaniu, że jest nieskończenie wiele ważniejszych rzeczy i myśli, aspektów życia, za które bez wahania oddałbym ów tytuł”. (T. Sławek, Antygona w świecie korporacji, Rozważania o Uniwersytecie i czasach obecnych, Wyd. UŚ, Katowice 2002, s. 121). Parę lat później T. Sławek – jak to się mówi – puścił farbę. Zwierzył się mianowicie, co mogło by być dla niego ważniejsze od profesury: „Beatlesi przewrócili mi w głowie do tego stopnia, że za umiejętność wydobywania dźwięków z fortepianu lub gitary oddałbym tytuł profesora” („Stylowy Magazyn Studencki”, 2009).

Gdy w tym dziękczynnym słowie honorowy profesor UŚ nawiązywał – jakże przecież słusznie – do potrzeby szacunku „dla wszystkich przejawów życia w najdrobniejszym szczególe”, gdy mówił o niezbędnej powadze wobec instytucji, a zwłaszcza o szacunku dla POJĘĆ (sic!) oraz pamiętaniu o tym wszystkim – to doznałem – jak mawiają uczeni w Piśmie – dysonansu poznawczego. Nawet przez moment zrobiło mi się żal profesora postmodernisty i radnego Sejmiku Śląskiego w jednej osobie. Pomyślałem sobie bowiem, czy i jak ów deklarowany szacunek dla POJĘĆ zdoła pogodzić z założeniami umiłowanego przez siebie barbarzyńskiego postmodernizmu? Czy aby da radę? Uspokoiłem się trochę, gdy trafiłem na wywiad z prof. Sławkiem pod zachęcającym tytułem: Mądrość życia dobrego („Dziennik Zachodni”, 15 IV 2005). Ze swoimi przemyśleniami o mądrym życiu prof. Sławek dzieli się z czytelnikami śląskiej gazety jakby nigdy w swoim życiu o postmodernizmie marnego słowa nie słyszał. Jednoznacznie, niczym rasowy fundamentalista, podkreślił znaczenie w nabywaniu mądrości nauk Pisma Świętego i zacytował tym razem nie J. Derridę, lecz Ojca Świętego Jana Pawła II. Szczególnie wziął sobie do serca mądrość papieskiego przesłania: „Nie lękajcie się!”, a także wezwanie do młodych Polaków na Jasnej Górze w 1983 roku: „Wymagajcie zawsze od siebie, nawet wtedy, gdy inni od was nie wymagają”. O żadnej postmodernistycznej łatwiźnie i zadowoleniu słowem nie pisnął…

Gdyby porównywać przywoływane wypowiedzi T. Sławka, a zwłaszcza dokonać analizy porównawczej wielu tekstów i wygłoszonych tez i opinii, to da się powiedzieć, iż spełniają kryteria DURNEJ SYNTEZY.

Mało. Jednocześnie dobrze wpisują się w znaną dyrektywę skutecznej dezinformacji, która – przypomnijmy – brzmi następująco: „Staraj się wprowadzić zamęt. Mów zawsze tak, żeby nikt nie potrafił oddzielić, co jest prawdą a co kłamstwem. Kiedy ludzie mają zamęt w głowach, łatwo nimi pokierować tam, gdzie my chcemy”. (V. Volkoff, 1991). W logice tak pojętej dezinformacji „chodzi o nagromadzenie argumentów za daną tezą, które nie tylko do siebie nie pasują, ale w istocie sobie przeczą” (W obronie przegranych spraw, wyd. Krytyki Politycznej, 2008). W efekcie tych słownych wygibasów nie wiadomo, co autorzy twierdzą, a czemu zaprzeczają. I o to przecież w myśl strategii dezinformacji właśnie chodzi.

Cały artykuł Herberta Kopca pt. „Durna synteza” znajduje się na s. 5 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Dzięki prenumeracie na www.kurierwnet.pl otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu w cenie 4,5 zł.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Durna synteza” cz. 1 na s. 5 grudniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 54/2018

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego