Żyjemy w cywilizacji kłamstwa. Dezinformacja i fejki to codzienna strawa telewizyjnych programów publicystycznych

Politycy otrzymują wytyczne i jak pociągane za sznurki kukiełki powtarzają zawarte w nich tezy. Na ekranach telewizorów przekrzykują się ludzie, na własną prośbę zredukowani do roli bocianiego dzioba.

Rafał Brzeski

Ponieważ o kłamliwe elementy wojny informacyjnej spotykamy codziennie, warto przypomnieć, że dezinformacja może mieć wymiar strategiczny bądź taktyczny. Dezinformacja taktyczna trwa stosunkowo krótko i ma na celu wprowadzenie w błąd w jednej lub kilku zazębiających się kwestiach. Prowadzona jest raczej w skali miesięcy aniżeli lat. Dezinformacja strategiczna prowadzona jest przez kilka, a nawet przez dziesiątki lat. Przykładem może być sączone konsekwentnie od dziesięcioleci kłamstwo o „polskich obozach koncentracyjnych”. (…)

Podstawowa zasada brzmi: przeciwnika można skutecznie wprowadzić w błąd jedynie wówczas, kiedy podsuwana dezinformacja jest oparta na wiedzy, jaką on już posiada. Stąd tak istotne dla powodzenia dezinformacji jest rozpoznanie przeciwnika i jego sposobu myślenia. (…)

Nie wolno kłamać, nie znając prawdy, bowiem skuteczność dezinformacji zależy nie od tego, co przeciwnik pomyśli, ale od tego, co zrobi. Chodzi o to żeby zrobił coś konkretnego, zgodnego z planami dezinformującego.

Skuteczną dezinformację umożliwiają:

  • ignorancja z wyboru, czyli niechęć do ustalenia prawdy,
  • łatwowierność płynąca z odruchowej niechęci do samokrytyki,
  • tendencja do oceniania innych wedle własnej miary,
  • skłonność do niedawania wiary złym wiadomościom, do powątpiewania w „czarne scenariusze” oraz do upatrywania „teorii spiskowych”.

Lenin radził Dzierżyńskiemu: „mów im to, czego chcą słuchać”. (…)

Najskuteczniejszy jest jednak strach przed konsekwencjami ujawnienia szerszemu ogółowi informacji prawdziwej. Strach przed odpowiedzialnością prawną, administracyjną, profesjonalną (ostracyzm) lub towarzyską (obciach).

Strach prowadzi do spontanicznej zmowy milczenia i ugruntowania dezinformacji jako prawdy w świadomości zbiorowej całych środowisk i społeczeństw.

Widać to w informacyjnej chmurze otaczającej francuski ruch protestacyjny żółtych kamizelek, w której obok dramatycznych obrazów prawdziwych pojawiły się obrazy autentyczne, ale „przesunięte w czasie” oraz „przesunięte w przestrzeni”. Można też mówić o obrazach prawdziwych, ale „przesuniętych w okolicznościach”.

Dziennikarze Agence France Presse zadali sobie trud przeanalizowania obrazów, które pojawiły się w sieci po listopadowych demonstracjach Żółtych Kamizelek.

W sobotę 24 listopada pojawiło się zdjęcie żandarma trzymającego kartkę z napisem „nie odpuszczajcie”. Zdjęcie było autentyczne, tyle że „przesunięte w czasie”, bowiem zostało wykonane przed paryską katedrą Notre Dame 21 października 2016 roku.

Zestaw 7 dramatycznych zdjęć pobitych i poranionych demonstrantów opublikowany na Facebooku 20 listopada rano opatrzono stwierdzeniem, że media głównego nurtu zamiotły te fotki pod dywan. Do południa 30 listopada zestaw ten został podany dalej 140 000 razy i komentowany był ponad 800 razy. Po weryfikacji przez AFP okazało się, że dwa zdjęcia pobitych to obrazy autentyczne, ale „przesunięte w przestrzeni”, bowiem pochodzą z manifestacji w Hiszpanii.

Cały artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Dezinformacja i fejki” znajduje się na s. 20 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Rafała Brzeskiego pt. „Dezinformacja i fejki” na s. 20 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Z Galicji do Polski. Muzycznie / De Galicia a Polonia. Musicalmente

Polacy i Galisyjczycy niezbyt często mają okazję współpracować ze sobą. Warto wspomnieć zatem o nowej galisyjsko-polskiej inicjatywie muzycznej, o której opowiedzą nasi dzisiejsi goście.

Część pierwsza:

Część druga:

Z Galicji do Polski. Muzycznie / De Galicia a Polonia. Con la música

Czy można grać muzykę w hiszpańskiej Galicji? Z pewnością tak. Wielu muzyków pochodzi z tego uroczego zakątka na północnym zachodzie Hiszpanii. Niewielu jednak zdecydowało się przenieść z Galicji do Polski, by to tutaj mieszkać i tworzyć muzykę.

Jednym z owych „szaleńców” będzie nasz dzisiejszy gość: David Rock, muzyk i kompozytor pochodzący z hiszpańskiej Galicji. Dlaczego jednak postanowił przenieść się z Galicji do Polski? O tym dowiemy się już w najbliższej audycji. Posłuchamy tego, co nasz gość ma do powiedzenia i do zaśpiewania. A do opowiedzenia z pewnością ma sporo: i o swojej małej ojczyźnie – Galicji i o muzyce hiszpańskiej i o hiszpańskim rynku muzycznym. Przede wszystkim zaś opowie o swoim doświadczeniu muzycznym. I to nie tylko jako muzyka i kompozytora, ale i jako członka kilku ciekawych projektów muzycznych. Nasz gość bowiem jest osobą nakierowaną nie tylko na jeden gatunek muzyczny, ale przede wszystkim na eksperymentowanie.

A o tym, jak współpracuje się z Davidem Rockiem opowie nasz drugi gość – Dominika Ziółkowska, która jest współtwórczynią nowego projektu muzycznego. Z obojgiem naszych gości porozmawiamy sobie, jak wygląda współpraca polsko-hiszpańska przy śpiewaniu i tworzeniu muzyki. Zobaczymy też, czy przenosiny z Galicji do Polski udały się, czy może niekoniecznie. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasi goście opowiedzą też, czy dla tego typu mieszanego etnicznie projektu jest miejsce na rynku. Dowiemy się również, czy muzyka i prawa człowieka mają coś wspólnego ze sobą.

Na rozmowy o tym, jak wygląda przeflancowanie muzyczne z Galicji do Polski opowiemy w najbliższy poniedziałek, 11-go lutego, jak zwykle o 20H00! Będziemy rozmawiać po polsku i hiszpańsku!

¡República Latina – kulturowo eklektyczni!

Resumen en castellano: Este lunes en República Latina vamos a hablar sobre un proyecto nuevo de música. El proyecto con raices en Polonia y Galicia. El proyecto formado por David Rock y Dominica Ziółkowska. Con ellos vamos a hablar tal sobre ellos mismos, como de su música y de sus chances en el mercado polaco y espñol de música. Les invitamos para escucharnos el lunes 11 de febrero, como siempre a las 20H00 UTC+1!

Muzyczna Polska Tygodniówka – Wspomnienie „Dnia z Republiką”. Goście: Weronika Ciechowska i Zbigniew Krzywański.

22 grudnia 2018 roku wspominaliśmy grupę Republika i Grzegorza Ciechowskiego, charyzmatycznego lidera grupy. Republika była i jest jednym z fenomenów na polskim rynku muzycznym. To zjawisko kulturowe.

W drugim bloku programowym „Dnia z Republiką” w Radiu WNET, moimi gośćmi byli Weronika Ciechowska, córka Grzegorza Ciechowskiego i Zbigniew Krzywański, współkompozytor i gitarzysta kultowej Republiki.

 

Studio Dublin – 8 lutego 2018 – W gronie gości: Agnieszka Grochola, Bogdan Feręc – Polska-IE oraz Aleksander Sławiński

W piątkowe przedpołudnie w Radiu WNET,jak zwykle wieści ze Szmaragdowej Wyspy i sąsiedniej Brytanii. Wywiady, analizy, przeglądy prasy, reportaże i korespondencje z różnych zakątków Irlandii i Anglii


Prowadzenie: Tomasz Wybranowski i Tomasz Szustek (gościnnie)

Wydawca: Tomasz Wybranowski

Realizacja: Katarzyna Sudak (Dublin)

Realizacja: Paweł Chodyna (Warszawa)


Pomarańczowe i Żółte alerty pogodowe pogodowe ogłoszono w Irlandii. Sztorm Erik uderzył już wczoraj późnym wieczorem silnymi wiatrami, sztormami i deszczami w zachodniej i północno – zachodniej części Irlandii.

Ostrzeżenie o alercie pomarańczowym ogłoszono dla hrabstw Donegal, Galway i Mayo o godzinie 5:00. Status Żółty ogłoszono dla reszty Irlandii, ważne od 5 rano dziś do 6 rano w sobotę.

Południowo-zachodnie i zachodnie wiatry osiągną średnią prędkość od 65 do 80 km, z podmuchami  porywistymi od 110 do 130 km/h. Największe wiatry będą wiać w odsłoniętych obszarach przybrzeżnych nad Atlantykiem, gdzie te wartości mogą być czasami przekraczane.


Piątkowe Studio Dublin rozpoczęliśmy z Bogdanem Feręcem, szefem portalu Polska-IE, od opowieści o sztormie Erik, który uderzył w wybrzeża Irlandii.

Bogdan Feręc odniósł się także do czwartkowych rozmów premier Zjednoczonego Królestwa z szefami Komisji i Rady Europejskiej.

 

Theresa May, premier rządu Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Fot. United-Kingdom-Open-Government-Licence

Dzień wcześniej – w środę – premier Teresa May gościła w Belfaście. Tam rozmawiała z przywódcami politycznymi Irlandii Północnej, w tym liderem partii DUP, Arlene Foster. W specjalnym przemówienie dla mieszkańców Ulsteru powiedziała:

Wiem, że perspektywa zmiany mechanizmu ochronnego i ponownego otwarcia rozmów o umowie wypowiedzenia wywołuje prawdziwe niepokoje tutaj w Irlandii Północnej i Republice Irlandii, ponieważ to właśnie tutaj odczuwalne są konsekwencje tego, co uzgodniono. Rozumiem także, że większość głosujących w Irlandii Północnej zagłosowała za pozostaniem w UE i że wielu z nich poczuje, że po raz kolejny decyzje podjęte w Westminster mają znaczące, a w wielu przypadkach niepożądane skutki w Irlandii Północnej i Republice Irlandii.

W przemówieniu w Belfaście brytyjska premier powiedziała, że ​​jej zaangażowanie w działania, aby uniknąć twardej granicy między Republiką Irlandii a Irlandią Północną było i jest „niezachwiane”. W przeciwieństwie do prasy brytyjskiej, media irlandzkie komplementowały wypowiedź Donalda Tuska o „miejscu w piekłe dla sympatyków twardego Brexitu”.

 

 

Rusza VII edycja kursu przygotowującego polskich uczniów do egzaminu maturalnego z języka polskiego. Polska młodzież może zdawać język polski w irlandzkich szkołach średnich, jako język obcy w ramach Leaving Certificate.

 

Agnieszka Grochola, Polska Macierz Szkolna w Irlandii.

Spore zainteresowanie polonijnych szkół organizacją kursu sprawia, że pula pieniędzy na ten cel zabezpieczona w kasie Ambasady RP w Republice Irlandii jest niewystarczająca. Efektem tego jest zmniejszenie dotacji o prawie połowę.

W Studiu Dublin mówiła o tym wiceprezes Stowarzyszenia Polska Macierz Szkolna w Irlandii, pani Agnieszka Grochola. Nasza rozmówczyni mówiła także o dyżurach konsularnych w Galway. Polscy konsulowie nareszcie wyszli w kierunku rodaków z tej części Wyspy.

Dyżury odbywają się w Polskiej Szkole w Galway im. Wisławy Szymborskiej, Holy Trinity National School, Walter Macken rd., Mervue, Galway.

 

 

W programie „Studio Dublin” wspomnienie zmarłego dziś premiera Jana Olszewskiego. Były polityk związany z antykomunistyczną opozycją, w czasie nocy stanu wojennego bronił działaczy „Solidarności” , w tym m.in. Lecha Wałęsę i Zbigniewa Romaszewskiego.

 

Jan Olszewski przemawia podczas Centralnych Obchodów Święta Kolejarza w 2007 r. (Warszawa, Sala Kongresowa). Fot. Paweł Zienowicz,

 

W głośnym procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszki był oskarżyciel posiłkowym. Po roku 1989,był posłem na Sejm trzech kadencji i premierem w latach 1991 – 1992. Ponad dekadę później, w latach 2006–2010, mecenas Jan Olszewski został doradcą prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego do spraw politycznych.

W roku 2009 został odznaczony Orderem Orła Białego, zaś w 2014 roku został Honorowym Obywatelem Warszawy. Zmarłego polityka, w rozmowie z Krzysztofem Skowrońskim, wspomina red. Wojciech Piotr Kwiatek. 

 

 

W przeglądzie prasy Studia Dublin omówienie najciekawszych artykułów z „The Irish Times”, „Irish Independent” i „Irish Examiner”. Dzisiaj także sięgnęliśmy do prasy regionalnej. 

 

Obawy przed Brexitem bowiem krążą nad hrabstwami Republiki Irlandii, które leżą najbliżej Ulsteru. W największym dzienniku hrabstwa Dundalk „The Argus News” Olivia Ryan opisała obawy przedsiębiorców hrabstwa Louth wobec kwestii „twardej granicy” w Irlandii.

Przedsiębiorcy obawiają się, że jakakolwiek „twarda granica” wpłynie na lokalną gospodarkę
Firmy z Louth i całego regionu przygranicznego muszą zmierzyć się z trudną perspektywą niewiadomych zmian związanych z Brexitem.

Prasę irlandzką przeglądali i czytali dla Państwa Tomasz Szustek i Tomasz Wybranowski.

 

 

W przeglądzie prasy słów kilka o nowym projekcie związanym, z wciąż kontrowersyjnym tematem wychowanków z sierocińca Tuam (hrabstwo Galway). Kilka lat temu odkryto w tej miejscowości masowy grób dzieci, które zmarły w latatch 1925 – 1961. Dzieciom odmówiono nalezytego pochówku. 

Siostry zakonne prowadzące „dom matki i dziecka”, jak był on oficjalnie nazywany, wrzucały do zbiornika po szambie ciała dzieci, które z wielu powodów zmarły we wspomnianym sierocińcu.

Rektor uniwersytetu z Galway ogłosił rozpoczęcie wielkiej akcji zbierania historii osób, których biografia w jakikolwiek sposób łączy się z tym miejscem. Jedną z pierwszym takich opowieści przedstawia dziennik „Irish Times”, z dnia 8 lutego 2019.

Michael O’Flacherty urodził się w ośrodku w Tuam w 1948 roku. Zaraz po narodzinach został oddzielony od swojej matki. Historia jego życia to zarówno walka o odzyskanie utraconej tożsamości, jak i wyścig z czasem w poszukiwaniu biologicznej matki. 

 

 

W finale programu na antenie gościł „Londyński Wnetowy Zwiad”. Tradycyjnie połączyliśmy się z Londynem, gdzie jest korespondent Radia WNET, Aleksander Sławiński. 

 

 

 

Partnerem programu Studio Dublin i Radia WNET jest portal Polska-IE     https://www.polska-ie.com/

Produkcja „Studia Dublin” dla Radia WNET – Studio 37 Dublin

 

Rok, który odszedł, zaznaczył się atakiem na Kościół katolicki bez precedensu od rewolucji październikowej

Przestępcy zdarzają się wszędzie. Ze wszystkich grup zawodowych pedofilia najrzadziej występuje wśród duchowieństwa katolickiego. Dlaczego tylko ono jest atakowane, a innych wyznań media nie tykają?

Piotr Witt

Oskarżenia wysuwane wobec Kościoła, a zwłaszcza Piusa XII, o antysemityzm i współpracę z Hitlerem, okazały się kłamstwem. Zeznania naocznych świadków przedstawione w książkach i filmach Rolfa Hochouta, Jerzego Kosińskiego, Martina Greya, Michele Devonseki, Costy Gavrasa, Johna Cornwella – były bezczelnymi oszustwami.

Wrogowie Kościoła wynaleźli więc pedofilię. W każdej wielkiej ludzkiej zbiorowości zdarzają się przestępcy. Wg francuskich statystyk oficjalnych 75% inkryminowanych przypadków ma miejsce w środowiskach rodzinnych. Ze wszystkich grup zawodowych najrzadziej tego typu przestępstwo występuje wśród duchowieństwa katolickiego. Ciekawe, dlaczego tylko ono jest atakowane, a innych wyznań media nie tykają?

Skandal agresji seksualnych dokonanych na wielu dzieciach przez rabina – dyrektora największej jesziwy w Satmar de Kiryas Joel w stanie Nowy Jork – przeszedł niezauważony. Żyd Boorey Deutsch, mieszkaniec tej miejscowości, oświadczył, że w jego wspólnocie ma miejsce tyle agresji seksualnych na dzieciach, że mógłby na ten temat pisać książki.

Kto słyszał o rabbim Eliezerze Berlandzie, dyrektorze jednej z największych szkół żydowskich w Jerozolimie, aresztowanym za podobne przestępstwa, albo przynajmniej o Danielu Fahrim, jednym z najbardziej wpływowych rabinów paryskich, oskarżonym o agresję wobec pięciu dziewczynek 10–12 letnich? Albo o dziesiątkach imamów oskarżonych o podobne przestępstwa?

Przeciwnie, kłamstwo o 1000 dzieciach molestowanych przez 300 księży katolickich w stanie Pennsylwania obiegło świat. W rzeczywistości księży było dwóch, obaj wyjęci spod jurysdykcji Watykanu jako członkowie schizmatyckiej wspólnoty Econ. Cała reszta to były pomówienia sprzed 60–70 lat, sklecone przez gubernatora Szapiro w sensacyjną rewelację. Na jej wzór gubernator Illinois opublikował podobną statystykę. Człowiek boi się otworzyć radio lub telewizję, żeby mu nie chlusnęły w twarz podobne rewelacje.

Cień nadziei” Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w styczniowym „Kurierze WNET” nr 55/2019, s. 3 – „Wolna Europa”, gumroad.com.

 


Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na wnet.fm.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Piotra Witta pt. „Cień nadziei” na s. 3 „Wolna Europa” styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Gmyz: Niemieckie media są ślepe na lewe oko. Najwyraźniej nie zauważyły ataku na Magdalenę Ogórek przed siedzibą TVP

Hitem niemieckich mediów jest reportaż o polskiej wołowinie. Podobny news z października, ale dotyczący niemieckiej rzeźni nie został rozdmuchany w mediach aż tak, jak ten pochodzący z Polski…

– Nie licząc jednego dziennikarza, niemieckie media nie zauważyły ataku Obywateli RP na Magdalenę Ogórek – mówi w Poranku WNET Cezary Gmyz, publicysta. – Niemieckie media są „ślepe na lewe oko”. I choć nigdy nie przepuszczą okazji, by skrytykować sytuację w Polsce, jednak tym razem dziwnym trafem nabrały wody w usta.

Gmyz broni policjantów, którym zarzuca się zbytnią pobłażliwość wobec agresji „totalnej opozycji”. Przypomina, że to właśnie oni najczęściej padają ofiarami przemocy Obywateli RP.

– Hitem mediów zza Odry jest reportaż o polskiej wołowinie. Podobny news z października, ale dotyczący niemieckiej rzeźni nie został rozdmuchany w mediach aż tak, jak ten pochodzący z Polski – opowiada Cezary Gmyz. – Nie wiem, czy nie jest to odgórne zlecenie kół niechętnym polskiemu przemysłowi.

Zapraszamy do wysłuchania audycji!

mf

„Nazi-ojcowie” kontra AK. Niemcy przegrali proces w polskim sądzie / Reduta Dobrego Imienia, „Kurier WNET” nr 55/2019

Po prawie 5,5 roku sąd orzekł o winie ZDF i UFA Fiction – producentów niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Strona niemiecka będzie nadal walczyła o zadowalające ją rozstrzygnięcie.

Reduta Dobrego Imienia

Nazi-ojcowie kontra AK

28 grudnia 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Krakowie zapadł wyrok w procesie przeciwko producentom serialu Nasze matki, nasi ojcowie. Proces cywilny rozpoczął się 18 lipca 2016 roku. Wytoczył go Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej oraz kpt. Zbigniew Radłowski, żołnierz AK oraz uczestnik m.in. powstania warszawskiego, więzień niemieckiego obozu Auschwitz, jeniec Stalagu X B Sandbostel, po wojnie skazany przez Sowietów za szpiegostwo.

Sąd orzekł o winie ZDF i UFA Fiction – producentów serialu. W myśl wyroku sądu ZDF i Ufa Fiction ma umieścić przeprosiny w TVP1 w czasie antenowym adekwatnym do czasu wyświetlania serialu oraz na niemieckich kanałach telewizyjnych, w których serial był emitowany. Ponadto stosowne przeprosiny mają się ukazać na stronach internetowych www.zdf.de i http://www.ufa-fiction.de w widocznym miejscu przez okres 3 miesięcy, w terminie 7 dni od daty uprawomocnienia się wyroku. Dodatkowo, zgodnie z żądaniami strony powodowej, pozwani zostają zobowiązani do uiszczenia kwoty 20 000 zł tytułem zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych na rzecz kpt Z. Radłowskiego.

Fabuła serialu Nasze matki, nasi ojcowie oparta jest na przedstawieniu losów pięciorga dwudziestokilkuletnich mieszkańców Berlina w czasie II wojny światowej, a dokładnie w przeddzień ataku na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 roku. Jednym z bohaterów grupy przyjaciół jest Niemiec żydowskiego pochodzenia, Viktor. Jako Żyd zostaje wysłany transportem na teren Polski, do niemieckiego obozu zagłady Auschwitz. Ucieka jednak z transportu i przyłącza się do jednego z oddziałów Armii Krajowej. Bierze udział w licznych akcjach zbrojnych, jego towarzysze broni cenią go za odwagę. Kiedy jednak wychodzi na jaw, że jest Żydem, musi opuścić oddział, ponieważ dominuje w nim – poczynając od dowództwa po szeregowych żołnierzy – jednoznacznie antysemickie nastawienie.

Cały serial w negatywny sposób pokazuje Armię Krajową i jej żołnierzy, i to we wszystkich scenach, w których pojawia się „oddział AK” (od spotkania Victora z odziałem przez wszystkie akcje, wraz z będącą punktem kulminacyjnym akcją na pociąg pełen osób w pasiakach, targi o żywność z chłopami, aż do wydalenia Victora z oddziału).

Oddział sprawia wrażenie bandy rabunkowej utworzonej z kryminalistów, poubieranych w półcywilne, półwojskowe niby-mundury. Wszyscy jego członkowie zieją nienawiścią do Żydów. Biorąc pod uwagę ich zachowanie, są po prostu grupą bandytów, zamaskowanych częściowo mundurami i noszonymi przez wszystkich „partyzantów” w filmie biało-czerwonymi opaskami z dużymi literami AK – jest to jakby podpis dla widza, co to za rodzaj bandytów. (W rzeczywistości takie opaski nosili tylko żołnierze powstania warszawskiego). „Partyzanci” w filmie nie przepuszczają żadnej okazji, żeby powiedzieć o Żydach coś złego, jakby ich życie pod okupacją niemiecką obracało się wyłącznie wokół tego zagadnienia. Wszystkie postaci Polaków w serialu są odrażające.

Producentów serialu pozwał ponad 90-letni kapitan AK Zbigniew Radłowski, który mając 16 lat, w 1940 r. został z całą rodziną aresztowany przez gestapo (z powodu wpadki konspiracyjnej drukarni pisma „Walka”) i wywieziony w 1941 r. do obozu Auschwitz-Birkenau (numer obozowy 8258). W obozie zginęli mężowie sióstr matki. Kpt. Radłowski został zwolniony z więzienia w rezultacie starań rodziny E. Wedla. Po powrocie z obozu do Warszawy podjął działalność konspiracyjną w ZWZ, a następnie walkę w batalionie „Chrobry”. W 1942 r. – na własną prośbę – przeszedł do 1. Szkolnej Kompanii Szturmowej CKM, IV Rejonu V Obwodu AK Warszawa-Śródmieście. Siostra matki działała w organizacji Żegota, a on sam uczestniczył w wielu akcjach ratowania i ukrywania osób o narodowości żydowskiej. Po ukończeniu 11 listopada 1943 r. Szkoły Podoficerów Piechoty został awansowany do stopnia st. strzelca. Walczył podczas powstania warszawskiego na Mokotowie. Po kapitulacji powstania jako jeniec wojenny trafił do stalagu XB Sandbostel (zarejestrowany pod numerem 221371). Po wyzwoleniu obozu został żołnierzem WP we Włoszech, a później w II Korpusie Polskim wchodzącym w skład Armii Brytyjskiej. W grudniu 1945 r. przedostał się do Polski i zamieszkał w Krakowie. W 1951 r. został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, oskarżony o szpiegostwo i skazany na 12 lat więzienia. Podczas tzw. „gomułkowskiej odwilży” zmieniono mu kwalifikację ze szpiegostwa na „udział w organizacji”, po amnestii w 1956 r. zaś – uwolniono.

Proces rozpoczęty 18.07.2016 był zwieńczeniem wieloletnich wysiłków całego środowiska obrońców dobrego imienia Polski. Warto przypomnieć towarzyszące mu kluczowe fakty i zeznania.

Pod koniec czerwca 2013 r. warszawska prokuratura rejonowa odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie publicznego znieważenia narodu polskiego w związku z emisją filmu w TVP, wskazując, że takie przestępstwo można popełnić jedynie umyślnie, zaś z informacji TVP wynikało, że jej zamiarem było umożliwienie widzom wyrobienia sobie opinii o filmie, który był oceniany jako kontrowersyjny.

Po złożeniu przez Redutę Dobrego Imienia zażalenia podjęto postępowanie, jednak później je umorzono. 21 listopada 2016 r. zeznania w sprawie złożył prof. Bogdan Musiał, konsultant m.in. dokumentu, na podstawie którego miał powstać serial. W dokumencie ani w serialu nie wzięto jednak pod uwagę uwag prof. Musiała, a jak zeznał, konsultantem dokumentu ostatecznie był specjalista z zupełnie innej dziedziny. Prof. Musiał stwierdził: „AK przedstawiona jest w scenariuszu serialu Nasze matki, nasi ojcowie jako banda rzezimieszków. Twórcy filmu upierali się przy rzekomym antysemityzmie Polaków”.

Istotne wydarzenia miały miejsca podczas rozprawy z 17 stycznia 2018 r., kiedy to obrońcy ZDF bezskutecznie wnioskowali o wyłączenie z przesłuchania dr hab. Konrada Klejsy z Uniwersytetu Łódzkiego, polskiego biegłego z zakresu kinematografii, który przygotował dla sądu ekspertyzę filmu. Obrońcy niemieccy twierdzili, że polski ekspert nie będzie obiektywny w ocenie niemieckiego filmu historycznego. Sędzia oddalił ten wniosek podkreślając, że jest polskim sędzią, sprawa toczy się przed polskim sądem, a propozycja strony pozwanej jest próbą podważenia prawa polskich sądów do zajmowania się tego typu sprawami. Tym samym sędzia nie dopuścił do kwestionowania kryterium narodowości polskiej w opiniowaniu sprawy i ostatecznie dopuścił biegłego do udziału w rozprawie.

W ocenie filmoznawcy, który przez ponad cztery godziny zeznawał przed krakowskim sądem, film jednoznacznie ukazuje Polaków jako antysemitów, przypisując im współodpowiedzialność za Holokaust, a poszczególne sceny serialu sugerują, że Polacy aktywnie uczestniczyli w zabijaniu Żydów.

Biegły wskazał na celowe zabiegi montażowe, np. bezpośrednio po sobie następujące sceny – oczekiwanie na wyrok gestapo i chwilę później oczekiwanie na wyrok AK. Wskazał także, że scena zamykania więźniów ubranych w pasiaki w wagonie jest relatywizowaniem i przypisaniem Polakom współodpowiedzialności za zbrodnie niemieckie podczas II wojny światowej. Ma także sugerować powszechne zachowania antysemickie w szeregach AK. Zdaniem biegłego świadczy o tym także scena wykluczenia z oddziału osoby o narodowości żydowskiej ze względu na jej pochodzenie. Obrońcy ZDF byli przeciwnego zdania podkreślając, że wykluczenie ze względu na narodowość, w sytuacji, kiedy taka osoba nie została pozbawiona życia i mogła opuścić oddział, nie jest zachowaniem antysemickim.

Przypomnijmy również o zeznaniach, jakie złożył emerytowany prof. Julius Schoeps, wówczas pracownik Centrum Studiów Europejsko-Żydowskich w Poczdamie. Zeznania zostały nagle przerwane, a obrońcy wnioskowali o odrzucenie protokołu z przesłuchania. Świadek zeznał, że wydał opinię dotyczącą scenariusza. W filmie następowały zmiany, których on nie konsultował. Tak więc np. nie został poinformowany, że w scenach przedstawiających żołnierzy Armii Krajowej na ramionach polskich żołnierzy zostaną umieszczone biało-czerwone opaski. Zdaniem świadka sprawa opasek nie jest kluczowa dla filmu, jednak dopytywany przez sędziego przyznał, że nie sprawdzał tego zagadnienia w literaturze przedmiotu, tak więc nie wie, czy taki zabieg był uzasadniony. Uznał, że w filmie Nasze matki, nasi ojcowie nie ma oskarżeń o współudział Polaków w Holokauście, ale są pokazane pewne antysemickie zachowania. Podkreślił, że studiował literaturę przedmiotu, a na Polaków w czasie II wojny światowej patrzy z perspektywy żydowskiej. W swoich zeznaniach powoływał się na prace Einsteina Rubena, które posłużyły jako podstawa scenariusza. Einstein Ruben znany jest ze swoich antypolskich poglądów i przypisywania Polakom skrajnego antysemityzmu.

Schoeps przyznał, że w filmie mogło dojść do błędów historycznych, ale nie mogą one mieć większego znaczenia, ponieważ jest to film fabularny, a nie dokumentalny.

Na wniosek strony niemieckiej zeznania zostały nagle przerwane. Obrońca niemiecki, Piotr Niezgódka, zgłosił zastrzeżenia do tłumaczenia. Sędzia w związku z tym ogłosił przerwę i poprosił o nagrywanie wideo zeznań historyka. Jest to częsta praktyka stosowana w polskich sądach. Po przerwie, gdy sprzęt został przygotowany, świadek nagle odmówił składania dalszych zeznań, nie pożegnał się z sędzią polskim i wraz z niemieckim sędzią wyszedł z sali, w której prowadzona była wideokonferencja. Obrońcy niemieccy tłumaczyli, że w prawie niemieckim nie ma zgody na nagrywanie zeznań świadków. W związku z błędnym tłumaczeniem wnioskowali o odrzucenie protokołu z przesłuchania.

W rozprawie, która odbyła się 17 kwietnia 2018 r. w formie wideokonferencji, nieoczekiwanie zeznawał prezes UFA Fiction Benjamin Benedict (o zmianie osób przesłuchiwanych strona niemiecka nie poinformowała polskiego sędziego). Według tego świadka, centralnym elementem filmu jest pokazanie winy Niemców za II wojnę światową. Film został skierowany do niemieckiego widza, miał być inspiracją do dyskusji w rodzinach niemieckich o II wojnie światowej, ponieważ naoczni świadkowie odchodzą. Jego zdaniem zbrodnie niemieckie zostały ukazane jak nigdy wcześniej. W opinii zeznającego producenta ten film nie różni się od innych filmów fabularnych.

Częstą praktyką jest, że materiały archiwalne są tłem, w szczegółach film jest fikcją, a postacie są ukazane w sposób niejednoznaczny. Tak było w tym przypadku. Dodał, że w filmie reżyserzy skorzystali z wolności artystycznej, która wywołała krytykę i debatę.

Świadek wie, że główna krytyka filmu dotyczyła polskiego antysemityzmu. Podkreślił, że ma ogromy szacunek dla żołnierzy Armii Krajowej, a centralnym punktem wątku polskiego jest scena uwolnienia Żydów z pociągu przez partyzantów AK. Zaznaczył, że w tym filmie reżyserzy i producenci nie chcieli sportretować jakiejkolwiek grupy. Opaski z napisem „AK” pojawiły się po konsultacji kostiumologa i reżysera. Jednak na pytanie o celowość umieszczenia biało-czerwonych opasek na ramionach żołnierzy AK nie potrafił odpowiedzieć – oświadczył, że nie rozumie pytania i prosi o doprecyzowanie. Dodał, że nie chcieli przedstawiać też grupy żołnierzy AK jako antysemitów. Owszem, dwóch żołnierzy AK prezentuje postawy antysemickie, te postacie pojawiły się na podstawie badań naukowych pracowników Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN w Warszawie. Prowadzono konsultacje m.in. z prof. Engelking, dr Skibińską, prof. Libionką, prof. Grabowskim.

W pracach nad filmem korzystano także z pamiętników żołnierzy niemieckich. Oskarżyciel dopytywał o scenę, kiedy jeden z partyzantów zamyka wagon z więźniami żydowskimi. Prezes UFA Fiction odpowiadał wymijająco, że scena oparta jest na zasadach wolności artystycznej. Dodał także, że nie można przypisywać fikcyjnej jednostce konkretnych czynów. Z kolei na pytanie, czy zna taki przypadek w historii, by żołnierze AK zamknęli wagon z Żydami, odpowiedział, że nie zna. Na koniec prokurator zadał pytanie, czy z perspektywy czasu prezes UFA Fiction Benjamin Benedict uważa, że umieszczenie opasek z napisem AK na ramionach żołnierzy było błędem i czy coś by zmienił w filmie, świadek zeznał, że film ukazuje AK w sposób różnorodny i nie wprowadzałby żadnych zmian.

Prezes UFA Fiction nie widział możliwości ugody. Na wniosek strony niemieckiej sędzia wprowadził zakaz rejestracji dźwięku i obrazu. Sąd zaproponował jeszcze jedno posiedzenie w formie wideokonferencji, podczas którego mieli być przesłuchiwani reżyser i kostiumolog. Termin przesłuchania nie został jednak ustalony.

Z kolei 20 kwietnia 2018 r. zeznawał przedstawiciel ŚZŻAK, Tadeusz Filipkowski, który przyniósł ze sobą na rozprawę swoją oryginalną biało-czerwoną opaskę z czasów powstania warszawskiego z literami WP (Wojsko Polskie) i orłem w koronie. Świadek opowiadał o oburzeniu, jakie wywołał serial w samym Związku Żołnierzy AK, ale również o licznych telefonach i pytaniach, np. „Czy naprawdę AK-owcy mordowali Żydów?”, o listach z wnioskami o wytłumaczenie, jak zachowywała się AK podczas II wojny światowej. Filipkowski podkreślił, że sprawa przeciwko ZDF i UFA Fiction to walka sądowa o honor polskiego żołnierza Armii Krajowej. Dzisiejsza wiedza o AK, a także o zachowaniach żołnierzy AK nie pozwala na przypisanie im postaw antysemickich oraz współwiny za zbrodnie Holokaustu. Jest to nieprawdziwe i nieuczciwe wobec każdego byłego żołnierza AK. Tymczasem takie postawy polskich żołnierzy są sugerowane w serialu Nasze matki, nasi ojcowie.

Jego zdaniem ten film zaprzepaścił także trwające wiele lat prace zbliżenia dwóch narodów. Film wybiela przedstawicieli społeczeństwa niemieckiego i oskarża społeczeństwo polskie, a zwłaszcza jego siłę zbrojną – Armię Krajową.

Tymczasem to była formacja wojskowa, do przesady przestrzegająca konwencji genewskiej – zeznał świadek. Jako szczególnie bulwersujące przykłady niezgodne z prawdą historyczną podał noszone w filmie przez partyzantów opaski z napisem AK oraz atak partyzantów na pociąg i zamknięcie wagonu z Żydami. AK nie zajmowała się zabijaniem Żydów, a pomocą na miarę swoich możliwości i sił, walcząc z antysemityzmem.

Ewidentnego kłamstwa i braku wiedzy historycznej w filmie, zdaniem świadka, łatwo było uniknąć. W czasie wojny – jak zauważył – obywatele żydowscy funkcjonowali w AK, przyjmowano Żydów, chroniono ich, w AK było ich wielu. Zdaniem T. Filipkowskiego sam film nie tylko narusza dobre imię poszczególnych żołnierzy AK, ale również Związku zrzeszającego byłych żołnierzy.

28 grudnia 2018 r. odbyła się ostatnia rozprawa. Mec. Monika Brzozowska-Pasieka i Jerzy Pasieka podkreślali, że roszczenia kpt. Radłowskiego i Światowego Związku Żołnierzy AK są jak najbardziej zasadne i nie jest to kwestia wolności twórczej, ale postawienia tamy kłamstwu. Z kolei prokurator domagał się przeprosin i usunięcia z biało-czerwonych opasek napisu AK.

Według pełnomocnika strony niemieckiej, strona powodowa przez 5 lat trwania procesu nie wskazała wartości i dóbr, jakie zostały naruszone.

Co więcej, według niego film ma olbrzymie znaczenie dla debaty toczącej się w Niemczech, ale także dla tej toczonej w Polsce, inspirowanej m.in. przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Strona niemiecka argumentowała, że powodem rozprawy jest po prostu przedstawienie AK pierwszy raz w innym świetle niż dotychczas, i to w dodatku przez Niemców. Tymczasem serial przedstawia heroizm żołnierzy AK wraz z wyjątkami zachowań niegodnych. Wniósł także o oddalenie całości powództwa i 6-krotną stawkę pokrycia kosztów sądowych. Strona niemiecka, niezadowolona z przytoczonego na początku artykułu rozstrzygnięcia, będzie nadal walczyła w SN lub w Europejskim Trybunale Praw Człowieka.

Zdaniem Macieja Świrskiego, prezesa Reduty Dobrego Imienia, proces i jego przebieg jasno wskazują, że Polacy sprzeciwiają się niemieckiej polityce historycznej, której wyrazem jest rzeczony film. – Jest to forma imperializmu kulturowego, który ma na celu zmianę świadomości świata na temat niemieckich zbrodni popełnionych w trakcie II wojny światowej. Cieszymy się, że prawda zatryumfowała, jesteśmy wdzięczni sądowi za obiektywne podejście do sprawy. Szkoda tylko, że to tak długo trwało, ale wynikało to głownie z obstrukcji strony niemieckiej – podkreślił.

Artykuł Reduty Dobrego Imienia pt. „Nazi-ojcowie kontra AK” znajduje się na s. 1 i 8 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Reduty Dobrego Imienia pt. „Nazi-ojcowie kontra AK” na s. 1 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Ręce mam mokre rosą, A oczy mokre deszczem… Igor Jaszczuk w Muzycznej Polskiej Tygodniówce WNET Tomasza Wybranowskiego

Igor Jaszczuk to człowiek instytucja i lubelska legenda, tak poetycka jak i muzyczna. W zaciszu sal i sceny Akademickiego Centrum Kultury w Lublinie zapalał młodych ku pasji tworzenia i miłości poezji

Igor Jaszczuk jest laureatem niezliczonej ilości nagród i wyróżnień, w tym m.in. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie (w latach 1991 i 1992) i Zamkowych Spotkań z Poezją w Olsztynie (1992), oraz Grand Prix TALENT’91 w Kielcach.

W 1998 roku, w Myśliborzu, podczas Spotkań Młodych Autorów i Kompozytorów „SMAK” otrzymał nagrodę Ministra Kultury za teksty piosenek dla Bazi Szot.

 

 

Dwukrotnie meldował się w finale Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie, z legendarnym lubelskim zespołem BBK (w 1992 roku, na Małej Scenie, a w 1994 na Dużej). Solowo i z zespołami zagrał ponad pięćset koncertów w Polsce i za granicą.

 

Wydał albumy: „Underground” z zespołem Igor & BBK Acoustic Sound (1994) , zaś jako solista „Bard Rock Cafe” (1999), oraz trzy krążki „Na Żywo w Hadesie”, „Miłość Mi Wszystko Wyjaśniła” i „Kazimierzowi Grześkowiakowi” z Lubelską Federacją Bardów.

 

 

Na początku XXI wieku zamieszkał w Warszawie, obecnie mieszka w Berlinie. Zrezygnował z aktywności scenicznej. Przez wiele lat dyrektor artystyczny w jednej z wiodących wytwórni fonograficznych. Teraz zajmuje się pisaniem piosenek dla siebie i innych wykonawców.

Jego piosenki śpiewali min.: Justyna Steczkowska, Staszek Soyka, Marek Torzewski, Violetta Villas, Michał Wiśniewski, Ivan Komarenko, Jagoda Naja, Dawid Koczy.

opr. /wyt/

Piotr Witt w wywiadzie dla „Kuriera WNET”: Przywiązanie do radia okazało się we mnie silniejsze od wszelkich postanowień

Opowiadam głównie o Paryżu, mówię także o Polsce w oczach Francuzów, komentuję też echa, które dochodzą mnie z Polski. Zdarzało mi się to często w sprawach szczególnej wagi albo szczególnie zabawnych.

Krzysztof Skowroński
Piotr Witt

Skąd zna Pan Paryż?

Mieszkam w Paryżu od prawie czterdziestu lat i chodzę po nim pieszo. Te piesze podróże po Paryżu dają mi znajomość miasta, nie tylko jego architektury, ale także ludzi. Chodząc, spotyka się ludzi, rozmawia się z nimi i często człowiek dowiaduje się rzeczy bardzo ważnych. (…)

Kiedy pałac trafił w polskie ręce?

Ambasadą polską stał się na skutek szczęśliwego dla nas wielkiego kryzysu ’29 roku. Ten kryzys uderzył Francję później niż inne kraje, później niż Amerykę, gdzie, jak wiadomo, miliarderzy i bankierzy wyskakiwali przez okna z drapaczy chmur; niemniej uderzył bardzo dotkliwie i w 1934 roku trzeba było już strzelać do robotników na placu Concorde, tak wielkie było niezadowolenie społeczne. Kasy państwa były puste, tak jak kasy wielu innych państw, nie można było nic zrobić, można było natomiast obiecać. Bo jak wiadomo od bardzo dawnych czasów, rząd zawsze może obiecać. To zresztą Wincenty Kadłubek, tłumacząc Kronikę Thietmara i dochodząc do zdania: „cesarz Otto obiecał królowi Bolesławowi” dodaje od siebie w nawiasie: „bo co szkodzi obiecać”. No więc, co szkodzi obiecać? Wtedy, w ’34 roku, obiecano masom pracującym Francji świetlaną przyszłość, lepszą dzięki nauce i technice. Ktoś wymyślił wystawę wszechświatową nauki i techniki. Ta wystawa została otwarta w ’37 roku, a do jej zorganizowania rząd francuski, ergo komitet wystawowy, potrzebował terenów u stóp wzgórza Chaillot, zajmowanych przez naszą ówczesną ambasadę, żeby ten pałac w stylu Napoleona III, obszerny i bardzo ładny, zburzyć i na jego miejscu wybudować betonowe muzeum sztuki nowoczesnej, które istnieje do dzisiaj. Bo nowoczesność miała dać nadzieję masom pracującym, głodnym i pozbawionym środków do życia.

I w rezultacie rząd francuski zaproponował rządowi polskiemu zamianę na jakiś inny pałac. Ambasadorem Polski był wówczas Alfred Chłapowski, a jego żona, urodzona Mielżyńska, nie chciała niczego oddać ani za darmo, ani tanio.

Rząd francuski przedstawiał kilka propozycji, które pani Chłapowska odrzucała i wreszcie zrozpaczeni Francuzi powiedzieli: to czego wy właściwie chcecie? Na co pan Alfred Chłapowski powiedział: „Akurat wystawiono na sprzedaż pałac przy ulicy Saint-Dominique pod numerem 57, dawny pałac Monako; to by nam odpowiadało”. Francuzi kupili go od spadkobierców wielkiego antykwariusza Jaquesa Seligmanna i w ten sposób weszliśmy w posiadanie jednego z najwspanialszych paryskich pałaców. Jak twierdzą jedni historycy, najlepiej zachowanego pałacu XVIII-wiecznego, inni – najbardziej okazałego. Obecny prezydent Polski Andrzej Duda, kiedy przyjechał po raz pierwszy do Paryża i spotkał się w ambasadzie z Polonią, powiedział, że pałac jest tak wspaniały, że pokazuje, jak poważne jest państwo polskie.

Gdyby było bardzo poważne, to nie doszłoby do sprzedaży Hotelu Lambert…

Niestety, jak wiem wiarygodnych źródeł prywatnych, David Rothschild, który był wówczas właścicielem tego pałacu po śmierci swojego ojca Guy’a Rothschilda, proponował kupno polskim władzom, ale reakcji nie było. Suma była pokaźna, bo chodziło o 70 mln euro, ale biorąc pod uwagę, że pałac Lambert jest obecnie najwspanialszą prywatną siedzibą Paryża, jak twierdzą Francuzi, i że od tego czasu ceny rezydencji paryskich wzrosły niepomiernie, państwo polskie nie tylko miałoby wspaniały historyczny gmach w środku Paryża – do tego symbol historii XIX wieku, kiedy Paryż był właściwie jedyną niepodległą stolicą Polski – ale i materialnie zyskałoby bardzo wiele. Niestety wyobraźni wtedy nie starczyło.

Natomiast ówczesny rząd, a dokładnie minister Sikorski razem ze swoim ówczesnym ambasadorem Orłowskim, usiłowali sprzedać inną własność Polski, to znaczy dwa pałace mieszczące Instytut Polski w Paryżu przy ulicy Jean Goujon.

To są tyły avenue Montaigne, najdroższej w Europie, gdzie mieszczą się wszystkie luksusowe sklepy: Chanel, Dior, Nina Ricci itd. Podjęli w tym celu bardzo wiele wysiłków, na szczęście im się nie udało. My, to znaczy Polonia paryska, urządziliśmy kilka demonstracji i sądzę, że ewentualni kupcy przestraszyli się, że kupując te pałace, mogą wdepnąć w jakąś aferę polityczną, która obróci się prędzej czy później przeciwko nim. Tak że to zostało przy nas. (…)

Kroniki paryskie w Radiu WNET to oczywiście nie jest pierwsza Pana przygoda radiowa.

Nie jest. W Paryżu, kiedy jako tako stanęliśmy na nogi, nawiązałem współpracę z Radiem Wolna Europa. Początkowo mówiłem raz na tydzień, a bardzo prędko zacząłem mówić codziennie, łącznie z sobotami. To były komentarze polityczne dla audycji Fakty, wydarzenia, opinie. Później zwróciłem uwagę mego dyrektora Lechosława Gawlikowskiego na brak przeglądu prasy francuskiej. I dyrektor powiedział: „Doskonały pomysł. Od jutra będzie pan to robił”. No i 7.36–7.38 byłem na antenie z przeglądem prasy. To była bardzo ciężka praca. Wiedziałem, że komentarz do audycji Fakty, wydarzenia, opinie jest słuchany przez co najmniej dwadzieścia milionów Polaków. Nigdy żaden dziennikarz radiowy nie miał i nie będzie miał takiego audytorium. Ale to zobowiązuje – do ścisłości i do jakości. Nagrywałem te audycje o osiemnastej przez telefon, żeby były na antenie w audycji Fakty, wydarzenia, opinie o 22.00. Sam nie mogłem być na żywo przed mikrofonem, bo musiałem już spać, żeby wstać o wpół do szóstej rano, pobiec do kiosku po gazety i zrobić przegląd prasy na 7.36–7.38. A w tzw. międzyczasie telefonowali koledzy z Monachium i mówili: „Robiłeś przegląd prasy, to na pewno już masz gotowy komentarz do Faktów, wydarzeń, opinii. Zrobiłbyś jeszcze te dwie i pół minuty do Panoramy dnia”. I robiłem.

I tak aż do zamknięcia Polskiej Anteny Radia Wolna Europa. Pozwoliło mi to towarzyszyć rodzącej się w tamtym okresie polskiej demokracji. Bardzo to było interesujące. A potem powiedziałem sobie: Radio Wolna Europa nie istnieje – koniec z radiem. I wtedy spotkałem redaktora Krzysztofa Skowrońskiego i Radio WNET, a przywiązanie do radia okazało się silniejsze od wszelkich postanowień.

Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Piotrem Wittem, pt. „Fakty, źródła, komentarze i miłość do radia”, znajduje się na s. 9 styczniowego „Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Piotrem Wittem, pt. „Fakty, źródła, komentarze i miłość do radia” na s. 9 styczniowego „Kuriera WNET”, nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy państwa i organizacje będą nadawać robotom prawa, jeśli one przy wsparciu wrażliwych ludzi będą tego oczekiwać?

Może powstać problem, gdy liczba androidów wzrośnie do poziomu, który wystarczy, aby te wszczęły bunt przeciwko swoim twórcom i postanowią unicestwić homo sapiens albo zrobić z nas niewolników.

Beata Trochanowska

Jakiś czas temu światło dzienne ujrzał półandroid Sofia, który otrzymał obywatelstwo jednego z państw, potrafi prowadzić w miarę inteligentne rozmowy, wykorzystując do tego wiedzę zaczerpniętą z sieci i ma własną osobowość/tożsamość. (…)

Obserwując zwierzęta, można dojść do wniosku, że im większa inteligencja, tym istota jest bardziej świadoma. Jeśli przyjmiemy, że Sztuczna Inteligencja taką świadomość posiada, to będzie ona zdolna do podejmowania wymyślonych przez siebie decyzji. Ciężko stwierdzić, czy będą one racjonalne. Do momentu, kiedy nie zostaną zawirusowane, z pewnością będą. Jednak nawet racjonalność może być niebezpieczna, gdy u jej podstaw stoją egoistyczne pobudki.

Problemem nie jest samo stworzenie urządzeń człowiekopodobnych, które mogą wyręczać nas w codziennych czynnościach, ale związane z tym kwestie natury etycznej.

Jak wspomniano wcześniej kreatywność jest proporcjonalna do świadomości i być może inteligencji; jeden czynnik rośnie wraz ze wzrostem drugiego. Poprzez świadomość rozumiemy zdawanie sobie sprawy z własnego jestestwa i tego, kim jesteśmy, co robimy i gdzie się znajdujemy. Dzięki świadomości można decydować o działaniach, powodować, że są one zamierzone. Te zagadnienia możemy odnieść do robotów, szczególnie do tych, których czynności wymagają kreatywności, tj. podejmowania decyzji wobec tego, co w danej chwili robią, czy abstrakcyjnego myślenia.

Ludzie mają tendencje do uczłowieczania rzeczy martwych, które udają człowieka. Dobrym przykładem jest nie tylko wspomniana wcześniej Sofia, ale np. zainstalowana w IPhonach Siri – narzędzie, dzięki którym można poprosić telefon o wyszukanie jakiejś informacji w internecie lub włączenie wybranego utworu muzycznego. Taka aplikacja ma własne imię i jest rodzaju żeńskiego oraz rozumie podstawowe zwroty grzecznościowe. Przypomina to trochę komputer z kreskówki Dextera, który wykonywał polecenia wydawane przez głównego bohatera. (…)

Może zdarzyć się tak, jak to było w „Pozytronowym człowieku” Asimova, gdzie robot postanowił zostać człowiekiem. To stwarza poważnym problem: czy robot może być człowiekiem, jeśli tego będzie chciał lub/i czy należy go traktować jako coś więcej niż maszynę?

Z pewnością część społeczeństwa, szczególnie ta wrażliwa i obdarzona empatią, chciałaby, aby takie roboty były traktowane na równi z innymi istotami żywymi. W „Pozytronowym człowieku” zostało postawione pytanie: Jaka jest różnica między robotem, który poczuł się człowiekiem, a żywą osobą, zwłaszcza w czasach, gdy ludziom wymieniano chore części ciała na nowe, zmechanizowane?

Cały artykuł Beaty Trochanowskiej pt. „Etyczne problemy ze sztuczną inteligencją” znajduje się na s. 12 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Beaty Trochanowskiej pt. „Etyczne problemy ze sztuczną inteligencją” na s. 12 styczniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 55/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego