Studio Dublin – 10.05.2019 – Goście: Agnieszka Grochola, Agnieszka Mądry, Bogdan Feręc –portal Polska-IE, Jakub Grabiasz

W piątkowym Studiu Dublin, jak zwykle wieści z Irlandii. Obok rozmów i przeglądów prasy, także korespodencja z Galway, muzyczne kalendarium „urodzinowe” oraz zapowiedź sportowych emocji z Dublina.


Prowadzenie: Tomasz Wybranowski

Współprowadzenie: Tomasz Szustek (gościnnie)

Wydawca: Tomasz Wybranowski

Realizacja: Tomasz Wybranowski (Dublin)

Realizacja: Paweł Chodyna (Warszawa)

Produkcja: Studio 37 – Radio WNET Dublin


 

Bukiet świeżej, piątkowej irlandzkiej prasy. Fot. Studio 37 Dublin

W piątkowy poranek w Studiu Dublin, nasze słuchaczki i słuchaczy tradycyjnie przywitaliśmy z Bogdanem Feręcem, szefem portalu Polska-IE.com. Dzisiejszy program rozpoczęliśmy od tematów wyborczych.

24 maja Irlandczycy z Republiki i rezydenci wybiorą eurodeputowanych oraz swoich przedstawicieli do władz lokalnych nazywanych city counsil albo country counsil. 

Republika Irlandii podzielona jest na 34 okręgi administracyjne, na które skłąda się 29 hrabstw i pięciu dużych miast: Dublin, Cork, Galway, Limerick i Waterford.

W odróżnieniu od Polski, gdzie prawo do głosowania daje nam sam fakt zameldowania w danym miejscu, w  Republice Irlandii wyborca sam musi się zarejestrować w specjalnym spisie wyborczym. 

Republika Irlandii w tym roku wybierze swoich trzynastu reprezentantów do Parlamentu Europejskiego.

 

Najnowsze sondaże przedwyborcze przewidują w eurowyborach zwycięstwo rządzącej Fine Gael, ale wysoko w rankingach wyborczych  także kandydaci opozycyjnej Fianna Fáil. W wyborach lokalnych natomiast, jak przewiduje Bogdan Feręc, będzie inaczej:

„rządzący złapią zadyszkę, co wykorzystają kandydaci niezależni, oraz ci wystawieni przez Fianna Fáil i Sinn Féin.”

 


 

Irlandzki system wyborczy 

Wybory w Irlandii odbywają się w oparciu o proporcjonalny system wyborczy za pomocą pojedynczego głosu przechodniego. Nazwiska kandydatów są umieszczone na karcie do głosowania w porządku alfabetycznym i z ramienia jednej partii politycznej może startować więcej niż jeden kandydat.

Fot. arch. Studio 37 Dublin

Osoba głosująca wybiera poszczególnych kandydatów zaznaczając swoje preferencje '1′, lub '2′ lub '3′, itd. przy nazwisku kadydata. Wyborca może oddać głos na jednego kandydata lub na więcej niż jednego ale zawsze zaczynając  numerem '1′ przy kandydacie pierwszego wyboru, a następnie kontunuując zaznaczanie numeryczne. Zaznaczanie '1′ lub '2′ lub '3′, itd. dwukrotnie, przy więcej niż jednym kandydacie spowoduje nieważność głosu.

Po zakończeniu pierwszego liczenia głosów zostaje określona 'quota’, która wykorzystuje formułę sumy oddanych ważnych głosów i liczbę mandatów do rozdzielenia. Quota określa liczbę głosów, które musi otrzymać kandydat aby zostać wybranym. Kandydaci, których głosy w pierwszym liczeniu przekroczyły „quota” zostają uznani za wybranych, zaś nadmiar głosów które uzyskali rozdziela się pomiędzy pozostałych kandydatów (tych, którzy nie osiągnęli quota).

Zasady głosowania 

Przed wyborami, osoby upoważnione do głosowania powinny się upewnić, że są zarejestrowane i widnieją w Rejestrze Wyborców. Zasady głosowania są następujące: głosując, należy zaznaczyć „1” w kwadracie obok imienia i nazwiska kandydata pierwszego wyboru, na którego chcecie oddać swój głos. Następnie, jeśli wyborca chce też oddać głos na kolejnego kandydata należy zaznaczyć „2” przy jego fotografii i nazwisku.

I tym oto sposobem można dalej oddać głos na innych kandydatów zaznaczając przy ich nazwiskach kolejno 4, 5, 6 itd. Następnie należy złożyć kartę do głosowania i wrzucić do zapieczętowanej urny wyborczej.


 

W przeglądzie prasy irlandzkiej Tomasz Szustek omówił bardziej niż ciekawy tekst, który ukazał się w dzienniku „Irish Times”.

Patsy McGarry w artykule „Państwo musi skończyć z upamiętnianiem Powstania z 1916” zszokował obywateli Republiki Irlandii.

Patsy McGarry napisał o Powstaniu Wielkanocnym między innymi takie słowa:

„Powstanie z 1916 r. było czynem przestępczym popełnionym przez nielicznych, którzy podnieśli broń przeciwko imperium brytyjskiemu, z którego Irlandia wycofywała się stosując środki parlamentarne. Ten właśnie sposób uwolnienia się od imperium był popierany przez zdecydowaną większość Irlandczyków.”

Komentatorowi „The Irish Times” nie podobał się marsz sympatyków Nowej – IRA, którzy w ten sposób uczcili 103. rocznicę wybuchu Powstania Wielkanocnego. Patsy McGarry przypomniał, że miało to miejsce zaledwie kilka dni po zabójstwie północnoirlandzkiej dziennikarki Lyra McKee, do którego przyznała się Nowa – IRA.

Czytelnicy dziennika nie zostawili na autorze artykułu „State must end practice of commemorating 1916 Rising” (tytuł oryginalny) przysłowiowej suchej nitki. Oto fragment komentarza jednego z nich:

„Większość krajów ma swój Dzień Niepodległości i upamiętnia walki i wojny o nią. Większość tych wojen była chaotyczna i nie każdy aspekt ich działań może być w pełni uzasadniony. Takie jest jednak życie, zaś większość szanujących się krajów po prostu /…/ szanuje mężczyzn i kobiety, którzy walczyli o wolność. Aby w pełni ocenić, jak absurdalne jest to, o czym piszesz , to wyobraźmy sobie jak to USA odwołuje święto 4 lipca, ponieważ niektórzy skrajnie prawicowcy także mogą to święto obchodzić i być uczestnikami oficjalnych obchodów?”

 

 


Tomasz Wybranowski, w drugiej części irlandzkiego przeglądu prasy, omówił kilka artykułów z dwóch czasopism polskojęzycznych ukazujących się w Republice Irlandii: dwutygodnika „Nasz Głos” i miesięcznika „MIR – magazynu informacyjno – rozrywkowego”.


 

Agnieszka Mądry i Agnieszka Grochola (w centrum, z flagą Polski), w otoczeniu zaproszonych gości. Uśmiechnięty minister Kancelarii Prezydenta RP Adama Kwiatkowskiego (drugi od prawej), w otoczeniu dyrektor Polskiej Szkoły w Galway i Jolanty Oliwiak. Fot. arch. Polska Szkoła w Galway.

W Studiu Dublin powróciliśmy wspomnieniami do majowych świąt. Irlandzka Polonia miała powody do zadowolenia i dumy. Z okazji Dnia Flagi Polskiej Agnieszka Mądry, uczennica VI klasy Polskiej Szkoły w Galway im. Wisławy Szymborskiej, miała zaszczyt uczestniczyć w uroczystościach państwowych na placu Belwederskim w Warszawie.

Towarzyszyła jej prezes Polskiej Macierzy Szkolnej w Irlandii pani Agnieszka Grochola i Jolanta Oliwiak, sekretarz Macierzy.  Delegacja Polskiej Szkoly w Galway otrzymala z rąk prezydenta RP Andrzeja Dudy flagę Polski podczas oficjalnych uroczystości państwowych w Belwederze.

Tomasz Wybranowski na antenie Radia WNET rozmawiał z bohaterkami uroczystości, Agnieszką Mądry i Agnieszką Grocholą.

 


 

W sportowej części „Studia Dublin” Kuba Grabiasz opowiadał o pasjonujących rostrzygnięciach w półfinałowych meczach piłkarskiej Ligii Mistrzów i supremacji angielskiej piłki nożnej w tym sezonie, oraz łzach argentyńskiego szkoleniowca Mauricio R. Pochettino Trossero. W finale FC Liverpool zmierzy się z jedenastką Tottenhamu Hotspur. 

 

Jakub Grabiasz. Fot. arch. Studio 37 Dublin.

Nasz sportowy ekspert zaprosił także na finał rozgrywek rugby w ramach Heineken Champions Cup, z udziałem irlandzkiego Leinster i angielskiego klubu Saracens. Ten pasjonujący finał Heineken Champions Cup już jutro (sobota, 11 maja 2019) na St. James’ Park w Newcastle.

 


W Studiu Dublin mówiliśmy także o urodzinach Bono Vox, a właściwie Paula Hewsona, który przyszedł na świat 10 maja 1960 roku w Dublinie. Dzieciństwo i młodość spędził w Glasnevin (dzielnica Dublina Północnego). Od maleńkości, późniejszy frontman grupy U2,  otoczony był kultem muzyki.

Jego Ojciec – Rob, mimo, że pracował jako urzędnik pocztowy serce i duszę zaprzedał operze. Po pracy, wieczorami śpiewał w zaciszu domowym arie operowe.

 

Bono 1983, fot. Tom Kern, Pixabay CC0 via Wikimedia Comons

To Rob zaraził syna miłością do muzyki. Kiedy zmarł – Bono z U2 koncertował w Ameryce Południowej. Wyrazem bólu, miłości i tęsknoty do ojca jest przejmująca piosenka z krążka „How To Dismantle An Atomic Bomb”„Sometimes You Can’t Make It On Your Own”.

Bono jak równy z równymi rozmawia o problemach głodu, wykorzystywania dzieci i kryzysie krajów Trzeciego Świata. Bakcyla społecznikostwa połknął za sprawą sir Boba Geldofa. Irlandzki rockman zaprosił U2 do udziału w koncercie Live Aid. Od tego momentu czwórka z Dublina stała się gwiazdą.

Bono w 2011roku. Fot World Economic Forum CC BY SA 2.0, via Wikimedia Commons

W roku 1987, kiedy U2 za sprawą płyty „Joshua Tree” odniosła sukces artystyczny, jak i koncertowy, Bono ze swoją piękną żoną Ali wyjechał do Etiopii, aby lepiej poznać tamtejsze realia.

Przez kilka tygodni pracowali w jednym z etiopskich szpitali, z dala od wygód i cywilizacji.

Walka Bono o równość wszystkich ludzi w kwestii dostępu do edukacji, lecznictwa publicznego i poszanowania praw jednostki zawstydzała wielu. Jeden ze znanych amerykańskich pastorów powiedział kiedyś: „Jestem pastorem, głoszę słowo Boże a ten Irlandczyk jest jak przykład, chwalebny przykład z Biblii. I nie robi tego dla jakichś korzyści.”

W naszym kalendarium Tomasz Szustek nieco „odbrązowił” sylwetkę wokalisty i autora tekstów legendarnej U2. W kalendarium wiele faktów, których nawet najwięksi fani U2 i samego Bono po prostu nie znają.

 

 


 

partner Studia Dublin i Radia WNET

 

                                  Produkcja Studio 37 – Radio WNET Dublin © 2019

 

Adam Mickiewicz postanowił walczyć o sprawę polską piórem, jak mówił: aby „darmo rąk w trumnie nie złożyć”

Możliwe, że burzliwy romans Adama Mickiewicza z Konstancją Łubieńską uchronił go od śmierci. Gdyby zginął, Polacy nie doczekaliby się „Reduty Ordona”, III części „Dziadów” czy „Pana Tadeusza”.

Tadeusz Loster

Do Kongresówki zaczęła przyjeżdżać emigracja polska, aby zasilić szeregi powstańców. Jednym z nich miał być Adam Mickiewicz. W kwietniu wyruszył on z Rzymu do Paryża. Przypuszczalnie na początku sierpnia 1831 r. pod przybranym nazwiskiem Adam Mühel przybył do Wielkopolski i zamieszkał u państwa Górzeńskich w Śmiełowie jako nauczyciel ich dzieci. Tutaj poznał Konstancję Łubieńską, która gościła u swojej siostry Antoniny Gorzeńskiej. Konstancja była wysoką, słynną z urody i talentu kobietą, dowcipną, starannie wykształconą i wychowaną. Mieszkała w Budziszynie koło Rogoźna, była żoną kapitana wojsk napoleońskich Józefa Łubieńskiego, z którym miała 5 dzieci. Wzajemna fascynacja Konstancji i Adama przerodziła się w romans. Podczas pobytu w Wielkopolsce Mickiewicz dwa razy próbował przekroczyć granicę, aby dostać się do Kongresówki i wziąć udział w powstaniu.

Znane są informacje o jednej próbie, pod koniec sierpnia, w okolicach Śmiełowa, kiedy to obecność kozackiego patrolu na drugim brzegu Prosny ostudziła zamiary wieszcza. (…)

Miał wyrzuty sumienia, że nie wziął udziału w powstaniu i postanowił wyjechać do Drezna, gdzie skupiła się większość wygnańców z Kongresówki. Konstancja Łubieńska przewiozła Mickiewicza własnym powozem za granicę jako swojego lokaja. W Dreźnie Mickiewicz, słuchając wspomnień powstańców, coraz bardziej żałował, że nie wziął udziału w walkach.

Po powrocie hr. Łubieńskiej do Budziszewa poeta uznał, że romans jego został zakończony. Konstancja jednak była gotowa porzucić dla niego męża i dzieci oraz udać się na emigrację. Gdy Mickiewicz zamieszkał w Paryżu, założyła na jego nazwisko konto, na które wpłacała znaczne sumy. Z czasem wzajemna fascynacja przerodziła się w przyjaźń umacnianą trwającą 20 lat korespondencją. Konstancja przyjechała do Paryża na pogrzeb Mickiewicza.

Mickiewicz, przebywając w Dreźnie wśród żołnierzy polskiej rewolucji, twierdził, że do końca życia nie daruje sobie tego, że do nich nie dołączył. Postanowił walczyć o sprawę polską piórem, jak mówił: aby „darmo rąk w trumnie nie złożyć”.

W rozmowach z weteranami przekonywał, aby nie wracali do kraju. W liście do swego brata Franciszka pisał: „Wiem, jak to przykro przywyknąć do włóczęgi – lepiej wszakże po Niemczech niż po Sybirze wojażować… Ja nigdy pod rząd rosyjski nie wrócę, nigdy, nigdy nie miałem tego zamiaru”. Czuł, że jest coś winny tym, którzy walczyli w powstaniu, a na emigracji stali się zagubieni. Jeszcze w Dreźnie pod wrażeniem klęski powstania listopadowego napisał Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego. Wyszły po raz pierwszy drukiem w Paryżu w grudniu 1832 r. Wcześniej, 1 sierpnia 1832 r. Mickiewicz przyjechał do Paryża. W tym czasie we Francji przebywało już około 6000 żołnierzy listopadowej rebelii. Pod naciskiem Rosji rząd pruski rugował powstańców ze swoich granic, dla wygnańców było tylko jedno miejsce: Francja – ziemia ojczyzny dwóch rewolucji.

Bezimienna broszura w formie małej książeczki do nabożeństwa w nakładzie 10 000, rozsyłana bezpłatnie, trafiła do żołnierzy polskich osadzonych w obozach w Besancon, Borges, Poitiers, Lyonie, Awinionie, Montpellier, Tuluzie. Cały nakład rozszedł się błyskawicznie, Księgi… trafiły do wszystkich skupisk polskich we Francji, Niemczech i w Anglii. Już w 1833 r. ukazało się drugie wydanie Ksiąg…, zwane popularnie „Ewangelią Mickiewicza”. W tymże roku ukazało się ich tłumaczenie w języku francuskim, niemieckim, angielskim, a w 1835 – włoskim. (…)

W Księgach pielgrzymstwa polskiego Mickiewicz tłumaczy, że ci Polacy, co opuścili ojczystą ziemię, są pielgrzymami, a każdy Polak w pielgrzymstwie nie nazywa się tułaczem, bo tułacz jest człowiek błądzący bez celu. Ani wygnańcem, bo wygnańcem jest człowiek wygnany wyrokiem urzędu, a Polaka nie wygnał urząd jego.

Dalsza część ksiąg przypomina stylem przypowieści moralne wzorowane na Biblii. Nawołuje do zachowania jedności narodowej oraz budowaniu ideału polskości. Mickiewicz ukazuje w niej naród polski jako apostołów wolności świata. Poemat kończy się Modlitwą Pielgrzyma oraz słynną Litanią Pielgrzymską. (…)

Przesłanie Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego było nadal aktualne dla nowej emigracji, która znalazła się na Zachodzie. W połowie 1866 r. w Paryżu, nakładem Księgarni Luxemburgskiej, w serii Biblioteki Ludowej Polskiej wyszła mała broszurka Ksiąg… z przedmową Władysława Mickiewicza, syna Adama. (…)

1 września 1939 r. Niemcy napadły na Polskę. 17 września tegoż roku Rosja bolszewicka bez wypowiedzenia wojny zbrojnie zagarnęła część Polski. Pod koniec września Polska skapitulowała. Rozpoczęła się największa w dziejach Polski „emigracja”. Zapełniły się obozy jenieckie polskim wojskiem – pielgrzymami oczekującymi powrotu do domu. Ci pielgrzymi, którzy byli wolni, przez Rumunię i Węgry podążali do Francji aby tam tworzyć wojsko polskie i walczyć z Niemcami. Po kapitulacji Francji pielgrzymowali do Anglii, aby kontynuować walkę ze wspólnym wrogiem. (…)

Po zakończeniu działań wojennych jednostki wojska polskiego zostały rozmieszczone na terenie Półwyspu Apenińskiego. Zaczęli dołączać do nich Polacy uciekinierzy z zajętego przez Sowietów kraju, z obozów jenieckich oraz wywiezieni na przymusowe roboty do Niemiec, tworząc osiedla we Włoszech. Dla tego dużego emigracyjnego skupiska Polaków założony przez Jerzego Giedroycia Instytut Literacki we Włoszech jako pierwszą swoją publikację wydał w 1946 r. Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego. Dość obszerny wstęp do tego wydania napisał Gustaw Herling-Grudziński:

„AKTUALNOŚĆ Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego jest chwilami przerażająca. Ta mała broszurka – jak ją w liście do Gorczyńskiego nazwał Mickiewicz – która w pierwotnej wersji nosiła nazwę Katechizm pielgrzymstwa polskiego, odczytywana w 114 lat po jej powstaniu na nowej emigracji, niepokoi w pierwszej chwili żywością bolesną, trudną i ciągle nieprzezwyciężoną. Czyżby znowu więznąć nam miały w gardłach słowa najwyższego potępienia pod adresem »rządów i medyków francuskich i angielskich«, »kupców i handlarzy obojga narodów, łaknących złota i papieru i pieniądz posyłających na zgnębienie wolności«?

Czyżby znowu, po wieku przeszło niewoli i wolności, trzeba było w Litanii Pielgrzymskiej, w zwrocie »Przez męczeństwo żołnierzy zaknutowanych w Kronsztadzie przez Moskali« słowo »Kronsztad« zamienić tylko na »Katyń«, a »zaknutowanych« na »zamordowanych strzałem w tył czaszki«?

(…) »O WOJNĘ POWSZECHNĄ ZA WOLNOŚĆ LUDÓW« prosimy Ciebie i my, Panie. Prosimy Cię o nią jednak nie tylko przez krew i męczeństwo zamordowanych w Oświęcimiu, Majdanku i Katyniu, ale przez trud, ofiarność i godność wszystkich, którzy poczuli się dzięki tej wojnie prawdziwymi Europejczykami”.

Cały artykuł Tadeusza Lostera pt. „Są takie księgi – jest taka literatura” znajduje się na s. 10 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tadeusza Lostera pt. „Są takie księgi – jest taka literatura” na s. 10 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy poznamy prawdę o śmierci Jarka Ziętary? Zeznania świadka, byłego gangstera „Baryły”, mogą być przełomowe dla sprawy

Świadkowie, do których zalicza się „Baryła”, to byli przestępcy, niegdyś ludzie najzwyczajniej źli. Nieprzypadkowo na całym świecie często to właśnie oni pozwalają wyjaśniać najpoważniejsze zbrodnie.

Krzysztof M. Kaźmierczak

Wiele osób pyta mnie, że czy przełomem jest fakt, że „Baryła” już nie wycofuje się ze swoich zeznań obciążających oskarżonych w sprawie Ziętary? Czy to wiarygodny świadek, bo przecież jest przestępcą? Zanim wypowiem się w tych kwestiach, cofnę się w czasie do mojego jedynego spotkania z Maciejem B.

Było to w styczniu 2015 roku, gdy sprawa nie trafiła jeszcze do sądu, miesiąc po tym, gdy dziennikarze „Gazety Wyborczej” wywołali kryzys w sprawie, ujawniając, że to „Baryła” jest ważnym świadkiem i podając, co zeznaje. Byłem zaskoczony, kiedy jakiś czas potem otrzymałem telefon z pytaniem, czy zgodzę się spotkać z gangsterem w zakładzie karnym. Rozmawialiśmy w cztery oczy. Chociaż za drzwiami był strażnik, to nie zdążyłby on wezwać pomocy, gdyby wzbudzający wcześniej postrach w Poznaniu „Baryła” chciał wykorzystać swoje doświadczenie w stosowaniu przemocy i siłę (cały czas trenuje, ma imponującą muskulaturę). I chociaż jadąc na spotkanie z tym niebezpiecznym człowiekiem miałem pewne obawy, to prysły one po jego słowach „przepraszam za Jarka”. To, w jaki sposób zostały wypowiedziane, uświadomiło mi, że mam naprzeciw siebie człowieka, który chociaż odsiaduje wyrok dożywocia za zabójstwo policjanta, to faktycznie żałuje, że brał udział w działaniach, które zakończyły się okrutnym zamordowaniem mojego redakcyjnego kolegi. Taką sama wrażliwość przejawiał, gdy mówił o swoim przyjacielu „Lewym”, który wprawdzie brał udział w przestępstwach, ale sam został potem zamordowany w ramach likwidowania osób, które mogły zdradzić mocodawców zabójstwa dziennikarza.

Jak chyba każdy reporter mam „wbudowany” swoisty wykrywacz kłamstw, będący sumą empatii i doświadczenia zawodowego opartego na bardzo licznych rozmowach z ludźmi, szczególnie z takimi, którzy często nie mówią prawdy. To wewnętrzne poczucie mówiło mi, że Maciej B. to człowiek, który chociaż wszedł na złą drogę, to ma swój charakter oraz godność i że mówi prawdę o odpowiedzialnych za zabicie Jarka Ziętary. (…)

Tak samo jak dwoje biegłych sądowych, którzy oceniali zeznania Macieja B., nie mam wątpliwości, że jest to wiarygodny świadek. Uważam, że faktycznie relacjonuje to, co widział i co usłyszał. Przemawia za tym nie tylko treść zeznań, ale także to, jak mówi, chociaż w pierwszej chwili może się to wydawać dziwne. „Baryła” ma jakby słowne ADHD; gdy mówi, aż kipi szczegółami i dygresjami na tematy poboczne, lecz po zwróceniu mu uwagi, wraca do zasadniczego wątku, nie gubiąc jego logiki. To brzmi przekonująco. Wiem, że nawet dziennikarze sceptycznie podchodzący do zeznań „Baryły”, kiedy podczas procesu zobaczyli wideo z nagraniem ze śledztwa z jednego z przesłuchań Macieja B., zmienili zdanie co do oceny tego, co mówi. Jeszcze większe wrażenie robi wysłuchanie go na żywo.

Nie jest dla mnie niczym dziwnym ani niestosownym, że najważniejsi w sprawie Ziętary świadkowie, do których zalicza się „Baryła”, to byli przestępcy, niegdyś ludzie najzwyczajniej źli. Nieprzypadkowo na całym świecie często to właśnie tacy świadkowie pozwalają wyjaśnić najpoważniejsze zbrodnie. Dobrzy ludzie ze sprawy Ziętary albo już nie żyją, albo są przekupieni lub tak przestraszeni, że nie są zdolni powiedzieć prawdy. Nadzieja jest zatem w tych niegdyś złych, a potem skruszonych, którzy mają wiedzę o zbrodniach, a zarazem różnorodną motywację do powrotu na jasną stronę.

Komentarz był opublikowany na portalu sdp.pl.

Artykuł Krzysztofa M. Kaźmierczaka pt. „Czy poznamy prawdę o śmierci Jarka?” znajduje się na s. 2 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Cały artykuł Krzysztofa M. Kaźmierczaka pt. „Czy poznamy prawdę o śmierci Jarka?” na s. 2 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Jarosław Ziętara został zamordowany. Do dziś nie udało się ustalić, co tak naprawdę wydarzyło się w 1992 roku w Poznaniu

Po uprowadzeniu zabrali go na Wołczyńską. Był tam podobno bity trzy dni. Nie wiem, kto go bił, ale Lewandowski mi powiedział, że był bity. Potem Jarek był rozpuszczony w kwasie. Robili to ci Rosjanie.

Aleksandra Tabaczyńska

Bliżej prawdy o śmierci za prawdę

Jest to jedyne morderstwo dziennikarza w Polsce po 1989 roku, ale do dziś nie udało się ustalić, co tak naprawdę wydarzyło się w Poznaniu w 1992 r. Wtedy red. Jarosław Ziętara został zamordowany. Śmierć miała związek z jego pracą dziennikarską, choć był jeszcze bardzo młody i w zawodzie dziennikarza pracował krótko. Pytanie o morderców i zleceniodawców tej zbrodni to jednak nie wszystko. Jarosław Ziętara zaginął 1 września, a według świadka w procesie toczącym się aktualnie przed Sądem Okręgowym w Poznaniu, zamordowano go dopiero po trzech dniach. Trzy dni od porwania do śmierci to bardzo dużo czasu. Komu i po co były one potrzebne?

Pytanie o morderców Jarosława Ziętary pozostaje niezmiennie przez 27 lat bez odpowiedzi. Rodzice Jarka, pomimo ogromnego zaangażowania przede wszystkim jego ojca, zmarli, nie doczekawszy się informacji o synu.

Nie ma ciała, nie ma pochówku i wygląda na to, że nie ma sprawy. Trudno też nie wspomnieć w tym miejscu o postawie poznańskich dziennikarzy, a przede wszystkim red. Krzysztofa M. Kaźmierczaka. To dzięki wytrwałej pracy jego i innych osób sprawa Ziętary w społecznej pamięci wciąż jest żywa i budzi emocje. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że reporterzy zastąpili w pewnym momencie służby państwowe. Od dwóch miesięcy jako przedstawiciel Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich obserwuję proces Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala, oskarżonych o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. Rozprawy odbywają się w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, a oskarżeni nie przyznają się do winy. W procesie uczestniczy też Maciej B. ps. Baryła, były gangster, który został uznany przez biegłych sądowych za wiarygodnego świadka. Sama, słuchając jego zeznań i poznając głębiej historię okrutnej zbrodni, zgadzam się, że zeznania tego świadka są przekonujące. Siedząc na sali sądowej, w głowie mam coraz częściej tylko jedno pytanie: Czy Jarka można było uratować?

Zaginął w Poznaniu

Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 roku. W 1992 roku obronił dyplom na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jeszcze jako student pracował w radiu akademickim, współpracował z „Gazetą Wyborczą”, „Kurierem Codziennym”, tygodnikiem „Wprost” i z „Gazetą Poznańską”. Ziętara ostatni raz widziany był 1 września 1992 roku. Przed dziewiątą wyszedł do pracy, ale nigdy nie dotarł do redakcji „Gazety Poznańskiej”. W 1999 roku zaginiony poznański dziennikarz został sądownie uznany za zmarłego. Pomimo upływu 27 lat, nie zdołano wyjaśnić okoliczności porwania i śmierci Jarka Ziętary, a ciała do tej pory nie odnaleziono.

Warto też dodać, że w poznańskim sądzie trwa równolegle drugi proces, w którym oskarżonym jest były senator Aleksander G. Jemu z kolei prokuratura zarzuca, że w 1992 roku podżegał do zabicia Jarosława Ziętary.

Proces

8 lutego i 8 marca zeznawał Jerzy U., były oficer Urzędu Ochrony Państwa, który, według doniesień medialnych, 1 września 1992 roku miał być naocznym świadkiem porwania Jarosława Ziętary przez ochroniarzy Elektromisu. Niestety sędzia Katarzyna Obst poinformowała, że został złożony wniosek o wyłączenie jawności rozprawy i dziennikarze, w tym również obserwator CMWP SDP, zostali wyproszeni z sali sądowej. Jerzy U., według informacji poznańskich dziennikarzy, wcześniej miał być funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa. Po przemianach 1989 roku podjął pracę w UOP. 1 września znalazł się na ulicy Kolejowej w Poznaniu – gdzie mieszkał reporter – ponieważ dodatkowo podjął się inwigilowania Jarosława Ziętary. Zlecenie miał otrzymać od szefostwa Elektromisu. Zeznania Jerzego U. z pewnością są bardzo ważne gdyż widział on moment porwania dziennikarza oraz ludzi – w tym dwóch oskarżonych – którzy się tego dopuścili.

Oskarżonym byłby i trzeci porywacz, także ochroniarz Elektromisu – Roman K. pseudonim Kapela. Ten jednak zginął w 1993 roku w dość dziwnych okolicznościach. Pozostaje jeszcze też jedno pytanie, jak funkcjonariusz UOP mógł „po godzinach, prywatnie” śledzić dziennikarza Jarosława Ziętarę? Widział, co się stało i tyle lat milczał? A może nie milczał? Może podzielił się informacjami z innymi osobami? Niestety dziennikarze, zmuszeni do opuszczenia sali sądowej w związku z wyłączeniem jawności rozprawy, nie usłyszeli odpowiedzi zarówno na pytania zadane powyżej, jak i na wiele innych dotyczących tragicznych losów Jarosława Ziętary.

Maciej B. pseudonim Baryła

W piątek, 22 lutego zeznawał były gangster Maciej B. ps. Baryła, odsiadujący obecnie wyrok dożywocia. Pełnomocnik Macieja B. złożył wniosek o wyłączenie jawności rozprawy ze względu na bezpieczeństwo rodziny świadka. Sąd wniosku nie uwzględnił. Na pytanie sędziego: Co pan wie o zaginięciu Jarosława Ziętary?, świadek odpowiedział: – Doszło do porwania i zabójstwa. Wiem, gdyż z Lewandowskim jeździliśmy i byliśmy w mieszkaniu Ziętary wiosną 92 roku, na zlecenie senatora Aleksandra G.

W kolejnych słowach Maciej B. podtrzymał, że oskarżeni Mirosław R. i Dariusz L. brali udział w porwaniu Jarosława Ziętary 1 września 1992 roku oraz że działali oni na zlecenie Aleksandra G., który żądał „uciszenia dziennikarza”. Maciej B. opowiedział sądowi, w jakich okolicznościach był naocznym świadkiem podżegania do zabójstwa dziennikarza.

Wyjaśnił również, że podczas rozprawy w 2016 roku „konfabulował”, ponieważ nie otrzymał od prokuratora Kosmatego pomocy, jakiej oczekiwał. Chodziło o obiecany mu akt łaski. Uściślił, że podczas śledztwa mówił prawdę, a dopiero w sądzie konfabulował, co tłumaczył z kolei działaniem pod wpływem emocji. Maciej B. oświadczył ponadto, że kolegował się z pracownikami poznańskiego Elektromisu. Podejmował także z nimi współpracę, mimo że sam nie był zatrudniony w holdingu. Tak też było w sprawie Jarosława Ziętary. Powiedział: – Wiosną 92 roku z Lewandowskim jeździliśmy na ulicę Kolejową i obserwowaliśmy, aby chwycić Jarosława Ziętarę i wytłumaczyć mu, by nie kręcił się koło firmy (Elektromis) i nie robił zdjęć.

Według świadka red. Ziętara fotografował bramę wjazdową Elektromisu, dzięki czemu dowiedział się, kto wjeżdża, jakie tiry itp. Ochroniarze złapali też dziennikarza na terenie obiektu, gdzie również robił zdjęcia. Został tam przez któregoś z nich uderzony. – Obserwowaliśmy Jarka jakieś dwa tygodnie. Tam był problem, bo w tej kamienicy schody skrzypiały bardzo mocno, a Jarek był czujny, bo był już wcześniej pobity. Nie wiedzieliśmy, czy miał telefon; mógł zadzwonić na policję – zeznał były gangster Baryła. Ale to jeszcze nie wszystko.

Porwanie

Maciej B. opisał też, jak wtargnął do mieszkania Ziętary. Jarek został chwycony na kanapie i przyduszony. – Zaczęliśmy mu mówić, żeby się odczepił i przestał bruździć. Jego aparat był zniszczony, rozwalony. Przeszukaliśmy mieszkanie, znaleźliśmy filmy. Filmy były w lodówce, a za lodówką były małe pudełeczka, a w nich mikrofilmy. Ziętara mówił, że będzie problem, jak to weźmiemy. Mówił coś o UOP-ie, że to aparat i filmy z UOP-u. Nastraszyliśmy go, zabraliśmy te filmy i pojechaliśmy do firmy. Wyciągnęliśmy te filmy, na zdjęciu były jakieś obiekty gospodarcze. Nie przywiązywałem do tego wagi.

Miałem wtedy 20 lat. Ja zrobiłem swoje, Lewandowski mi zapłacił. Gdy Ziętara wspomniał o UOP-ie, ja nie wiedziałem, o co chodzi, a Lewandowski śmiał się i mówił: Niech to sobie przyjadą odebrać.

Świadek zeznał także, że red. Jarosław Ziętara miał bardzo dużą wiedzę o działalności holdingu Elektromis. Szantażował Elektromis i G., że jeśli mu nie zapłacą, to ujawni wszystko, czym się zajmowali. – Media są wielką bronią – kontynuował Maciej B. – wystarczy, że zaczną pisać o przemycie spirytusu i już odpowiednie służby będą się musiały tym zająć.

Według słów świadka, mówił on już o tym wcześniej prokuratorowi, ale ten nie wpisał tego do protokołu. – Na przełomie maja i czerwca 1992 roku do siedziby Elektromisu przyjechał Aleksander G. Byłem tam z Lewandowskim i innymi. (…) Senator G. przyjechał z dwoma Rosjanami, ładnie ubranymi, audi V8 na rosyjskich numerach. Rozmawiali z boku, o Jarku. G. doczepił się jakichś wywietrzników, czy nie ma podsłuchów. Wtedy właśnie była ta rozmowa, że trzeba uciszyć Jarka.

Według Macieja B. Jarosław Ziętara był nazywany przez G. i ochroniarzy Elektromisu: „pismakiem”, „żydkiem”, a także ze względu na szczupłą budowę ciała – „szczurkiem”. Świadek zeznał, powołując się na to, co mu opowiadał Lewandowski, że według jego wiedzy do porwania doszło rano.

– Widziałem radiowóz, który stał w hangarze. W porwaniu brał udział Dariusz L., Lewandowski, Kapelski i Mirosław R. Jechali w czwórkę, byli w mundurach. Pojechali do Ziętary, gdy wychodził rano do pracy. Tam było wszystko ustalone, znali rozkład dnia Jarka (…) po tym, jak już Jarka nie było, pojechali do „Gazety Poznańskiej”, chodziło chyba o pozabieranie rzeczy z jego biurka.

Po uprowadzeniu zabrali go na Wołczyńską. Był tam podobno bity trzy dni. Nie wiem, kto go bił, ale Lewandowski mi powiedział, że był bity. (…) Potem Jarek był rozpuszczony w kwasie. Robili to ci Rosjanie. Niszczenie zwłok miało miejsce w Chybach.

W Chybach, jak powoływał się świadek na relację Lewandowskiego, mieszkał Marek Z. i to na terenie jego posesji miało dojść do zniszczenia ciała ofiary. Maciej B. również przyznał, że oprócz radiowozu, który widział latem 1992 roku w hangarze Elektromisu, widział także legitymacje policyjne pod ringiem oraz mundury: – Widziałem je obok szafek pancernych z bronią. Mundurów były dwa albo trzy komplety.

Podczas rozprawy pytania zadawał również brat Jarosława, Jacek Ziętara, oskarżyciel posiłkowy. Przytoczę ten dialog, jest bardzo wymowny:

Jacek Ziętara: Gdzie dokonano samego zabójstwa?

Maciej B.: Był bity przez kilka dni, bodajże trzy dni, zabity został w hangarze na Wołczyńskiej.

Czy po uprowadzeniu brata ktoś wchodził do jego mieszkania?

Był ktoś, podejrzewam, że to był Marek Z.

Czy coś zabrano?

Na pewno. Nie wnikałem w to. Nie interesowało mnie to.

Czy osoby związane ze sprawą przeszukiwały mieszkanie red. Kaźmierczaka?

Tak. Słyszałem to od Romana Kapelskiego. Mnie tam nie było.

Kto zabił brata?

Przy zabójstwie byli Kapelski, Lewandowski, Mirek R., dwóch Rosjan. (…) Powiedział mi o tym Lewandowski.

Maciej B. oświadczył również, że do zeznań nakłonił go przypadek. Oglądał w telewizji, jak red. Kaźmierczak mówił, że „prawdopodobnie boję się o rodzinę i dlatego się wycofam. Nie jestem tchórzem. Nie chcę, żeby społeczeństwo nazywało mnie tak, jak nazywa”.

Jednocześnie był niezadowolony z doniesień medialnych na swój temat. W drugiej części rozprawy, wznowionej po przerwie, skonfrontowano aktualne zeznania świadka z tymi z poprzednich lat. Sędzia odczytywał słowa Macieja B. i na bieżąco dopytywał o rozbieżności, a następnie odtworzono protokół elektroniczny, który przerwano po prawie 25 minutach. Wyznaczono termin następnej rozprawy na 8 marca, ale jak dotąd kontynuacja przesłuchania Macieja B jeszcze nie nastąpiła.

Kolejni świadkowie

20 marca odbyła się kolejna rozprawa. Tego dnia zeznawali dwaj emerytowani policjanci: Piotr G. i Zdzisław S. Zarówno Piotr G., jak i Zdzisław S. kontaktowali się z kluczowym świadkiem Maciejem B. Pierwszy zeznawał Piotr G., emerytowany oficer Centralnego Biura Śledczego Policji. W 2011 roku na terenie Zakładu Karnego w Rawiczu to właśnie jemu przestępca Maciej B. opowiedział o losach Jarosława Ziętary. Oficer pojechał do Rawicza na prośbę Zdzisława S., również emerytowanego funkcjonariusza policji. Zdzisław S. znał Macieja B. jeszcze z czasów, gdy ten był nastolatkiem. Zdzisław S. pracował wówczas w Komendzie Rejonowej Poznań-Grunwald, na terenie której Maciej B. mieszkał. Prawdopodobnie – jak twierdzi Zdzisław S. – Baryła zapamiętał jego numer telefonu i gdy już odsiadywał dożywocie, zadzwonił twierdząc, że ma informacje dotyczące zaginionego dziennikarza i chce zeznawać oraz zadeklarował współpracę z organami ścigania. S. w tamtym okresie był już na emeryturze, więc skontaktował się z Piotrem G., którego znał z pracy i do którego miał zaufanie. Chodziło o to, żeby ewentualne informacje od Baryły nie wydostały się na zewnątrz. G. otrzymał zgodę od przełożonych i razem w 2011 roku pojechali do ZK Rawicz. Zdzisław S. nie uczestniczył w rozmowie. Po zapoznaniu obu mężczyzn, którzy, jak się okazało, znali się, wyszedł i czekał na G. przy portierni więzienia.

Policjant na emeryturze

Piotr G. stwierdził, że nigdy nie miał dostępu do akt sprawy Jarosława Ziętary. Swoje spotkania z Baryłą zapisywał w notesie – nie nagrywał – a następnie weryfikował tylko najbardziej podstawowe dane, takie jak nazwiska wymienianych osób, i przekazywał pisemnie informacje do prokuratury w Krakowie. Miał kłopoty ze sprawdzeniem okoliczności wydarzeń ze względu na upływ czasu. Kontaktował się z emerytowanymi policjantami, którzy z kolei przekazywali mu nazwiska innych emerytów mogących pomóc w weryfikacji słów Baryły. G. stwierdził także, że nie czuł się zobligowany do pełnej weryfikacji tego, co usłyszał od Macieja B., gdyż przekazywał te informacje do miejsc, gdzie toczyły się sprawy.

Obaj świadkowie potwierdzili, że w ich ocenie Maciej B. jest w swoich zeznaniach autentyczny. Także dwoje biegłych sądowych, którzy oceniali zeznania Macieja B., nie miało wątpliwości, że jest to wiarygodny świadek.

Warto dodać, że Baryła podczas spotkań z G. informował także o innych przestępstwach, na przykład o zabójstwie w lokalu El Chico. Te informacje oficer również przekazał do właściwego organu ścigania.

Maciej B. ma bardzo żywiołowy sposób mówienia. Zdaniem Piotra G., często odbiega od głównego wątku i przechodząc na inny temat, skacze z jednego na kolejny. G. zasugerował Baryle, by ten usystematyzował swoje wiadomości w formie pisemnej i, jak twierdzi policjant, taka wypowiedź pisemna z czasem powstała.

Zdzisław S. podczas rozprawy wyraził swoją dezaprobatę w stosunku do postawy prokuratora Kosmatego. Prokurator miał się wyrazić, że Baryła mu nie jest do niczego potrzebny. Zdanie to padło – według S. – po blisko 5 latach prowadzenia śledztwa. W związku z tym nie dziwił się Maciejowi B., że ten nie daje rady. Chodziło o stan emocjonalny gangstera. Zdzisław S. odwiedza w więzieniu Macieja B. do dziś. Nie rozmawiają o zeznaniach, informacje o sprawie S. posiada z mediów.

Na rozprawie padło też pytanie o poznańskiego dziennikarza Krzysztofa Kaźmierczaka. Oficer potwierdził, że Kaźmierczak przychodził wielokrotnie na komisariat w sprawie Jarosława Ziętary. Często też przynosił różne informacje. Był też obecny w redakcji „Gazety Poznańskiej”, gdy Zdzisław S. przyszedł zobaczyć biurko zaginionego dziennikarza, które zostało opróżnione i było zupełnie puste.

***

Na razie trudno przewidzieć, kiedy zakończy się przesłuchiwanie świadków i oskarżonych w tym procesie, a tym bardziej, kiedy Sąd Okręgowy w Poznaniu wyda wyrok w tej sprawie. Na odpowiedź, kto i w jakich okolicznościach zabił Jarka Ziętarę, czekamy już bardzo długo. Czy kiedykolwiek dane nam będzie zapalić znicz na jego grobie?

Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Bliżej prawdy o śmierci za prawdę” znajduje się na s. 1 i 2 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Bliżej prawdy o śmierci za prawdę” na s. 1 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Przez najbliższy rok przygotujmy się do Nawiedzenia Matki Bożej w kopii Obrazu Jasnogórskiego archidiecezji poznańskiej

Około 400 małżeństw cywilnych zawarło ślub kościelny. Około 500 rodzin skłóconych pogodziło się. W diecezji gorzowskiej ślub kościelny zawarły 1282 małżeństwa, we wrocławskiej — 3238.

Jolanta Hajdasz

To będzie kolejne wielkie, historyczne wydarzenie w Poznaniu. Po 1050 rocznicy chrztu Polski obchodzonej w 2016 r. i po ubiegłorocznych obchodach 1050-lecia powstania pierwszego na ziemiach polskich biskupstwa w Poznaniu, zbliża się drugie w historii Nawiedzenie kopii Cudownego Obrazu z Jasnej Góry w archidiecezji poznańskiej. Pierwsze odbyło się w latach 1976–1977. (…) Jak będzie przebiegało to nawiedzenie teraz, w czasach konfrontacji z ideologią gender, coraz bardziej powszechnym ateizmem i upadkiem zasad moralnych, w czasach ostrego konfliktu politycznego, którego złośliwość i złowrogość w Poznaniu znamy aż za dobrze? (…)

To był pomysł Prymasa Stefana Wyszyńskiego – nawiedzenie każdej parafii w Polsce przez kopię Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Zrodził się na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 r., w dniu odnowienia Ślubów Królewskich Jana Kazimierza. (…) W lutym 1957 r. jasnogórscy paulini rozpoczęli przygotowywanie kopii. Pracę tę powierzono dziekanowi Wydziału Sztuk Plastycznych Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, prof. Leonardowi Torwirtowi. Powiedział on paulinom, że jest z pochodzenia Szwedem, bo jego nazwisko jest „szwedzkie” i że musi jakoś wynagrodzić „Matce Bożej na Jasnej Górze za napaść Szwedów w 1655 r.”. Jak opisuje to wspomniany już przeze mnie publicysta z „Niedzieli”, prof. Torwirt dniami i nocami malował od razu dwie kopie Cudownego Obrazu. Także nocami, ponieważ paulini przynosili mu Cudowny Obraz z kaplicy, aby malowane kopie były nie tylko jak najwierniejsze, ale by zostały niejako napełnione mocami Wizerunku Jasnogórskiego. 2 maja 1957 r. dzieło było ukończone. Jedna z kopii została przez kard. Stefana Wyszyńskiego ofiarowana ojcu świętemu Piusowi XII, a druga – po poświęceniu przez papieża – udała się na szlak Nawiedzenia. (…)

Jak zapisano w kronice Jasnej Góry opublikowanej także na oficjalnej stronie internetowej jasnogórskiego sanktuarium: „Nawiedzenie obfituje w łaski. Często się słyszy słowa: Żadne misje, żadne rekolekcje nie zdziałały tyle w parafii, co Nawiedzenie. Wierni przeżywają je jako bezpośrednie spotkanie z Matką Bożą, Królową Polski, a takie spotkanie wymaga, by oczyścić się z grzechów i poprawić życie”.

Przytoczę kilka wymownych cytatów z tej kroniki: „Matka Boska specjalnie do mnie przyjechała i dlatego muszę iść do spowiedzi. Jak teraz nie pójdę, to drugi raz na pewno do mnie nie przyjdzie!”. „Przyszedłem do konfesjonału, bo wzywa mnie Matka Boża…, a jak patrzeć na Nią z takim grzechami… Namówiła mnie żona, bym tylko przyszedł, a jestem już przy kratkach konfesjonału. Gdyby nie Obraz Matki Bożej, leżałbym jeszcze w zgniliźnie moralnej, a teraz czuję się człowiekiem”. Księża mówili, iż „nawet niewierzący przychodzili do kościoła i przeżywali chwile zadumy. Zresztą odnosiło się wrażenie, jakby takich w ogóle nie było w tym dniu w parafii”. Księża proboszczowie informowali również o nadzwyczajnych zdarzeniach, które miały miejsce podczas Nawiedzenia. Zanotowano ich pokaźną liczbę. Bardzo często można spotkać się z relacjami: 80—95% parafian było u spowiedzi, rozdano wiele tysięcy Komunii świętej. W wielu kościołach zabrakło komunikantów, które trzeba było natychmiast sprowadzać z parafii sąsiednich.

Dla przykładu kilka danych statystycznych: „W diecezji warmińskiej w pracy przygotowawczej brało udział 200 kapłanów. Na ilość wiernych 900 tys. (włącznie z małymi dziećmi), udzielono blisko milion Komunii świętych. Około 400 małżeństw żyjących na kontrakcie cywilnym zawarło ślub kościelny. Około 500 rodzin skłóconych pogodziło się. W diecezji gorzowskiej ślub kościelny zawarły 1282 małżeństwa, we wrocławskiej — 3238. Udzielono Komunii świętej: w diecezji warmińskiej – l milion, we wrocławskiej – ponad 3 miliony, w katowickiej – 680 tysięcy”.

Drodzy Bracia!

(…) Nawiedzenie naszej archidiecezji, naszych parafii będzie wielkim darem od Boga. Będzie też jednocześnie wyjątkową szansą duszpasterską. Czy przyniesie ono oczekiwane owoce, zależy – poza łaską Bożą – najpierw od naszego osobistego, wewnętrznego przekonania. Od naszej – biskupów i prezbiterów – gorliwości, czyli od całkowitego oddania się sprawie Królestwa Bożego. Wyraża się ona w wiernym, wielkodusznym i entuzjastycznym podejmowaniu naszych zadań duszpasterskich. Gorliwość ma swoje źródło w łasce Bożej, a podyktowana jest nadprzyrodzoną miłością do Boga i do bliźniego. Gdzie brakuje miłości Boga i bliźniego, tam nie ma też gorliwości. (…)

Zachęcam Was gorąco, Drodzy Bracia, do tego, abyście – w oczekiwaniu na nawiedzenie – podjęli lub ponowili osobiste oddanie się Matce Bożej. Niech ono będzie poprzedzone indywidualnymi rekolekcjami, głębszą spowiedzią świętą, postem i czynami miłosierdzia. Zwróćcie przy tej okazji uwagę na dwie łaski związane z oddaniem, które są zarazem cnotami: na wiarę i czystość.

Maryja jest Matką wiary. Żyjemy w świecie, w którym wielu ludzi utraciło wiarę albo w niej osłabli, w świecie, w którym wiele spraw jest urządzonych tak, jakby Boga nie było. Czy chcemy, czy nie chcemy, ta atmosfera światowa udziela się w jakiejś mierze także nam, kapłanom, dlatego winniśmy modlić się nieustannie o łaskę wiary, a cnotę wiary wytrwale pielęgnować. Najlepiej to czynić z pomocą Maryi, Matki wierzących, i za Jej wstawiennictwem. Niech pierwszym owocem przygotowania do nawiedzenia będzie wzrost naszej wiary – najpierw tej osobistej, a następnie wiary naszych wiernych.

Oddajmy się osobiście Maryi, Matce Bożej. Oddajmy wszystko, co tworzy nasze kapłańskie życie, a zwłaszcza złożony ślub celibatu i pragnienie doskonałego zachowania czystości. Jest to szczególnie ważne wobec współczesnego naporu pokus i panującego „swobodnego” stylu życia, ale także wobec uogólniających i niesprawiedliwych oskarżeń kapłanów o grzechy nieczyste.

W tej dziedzinie winniśmy być szczególnie mocni i wiarygodni. Sami tego nie osiągniemy, ale jest to możliwe z pomocą Maryi, Matki Najczystszej, która wspiera naszą kapłańską czystość(…).

+ Arcybiskup Stanisław Gądecki Metropolita Poznański

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Z Maryją w nowe czasy” i fragmenty listu abpa Stanisława Gądeckiego do kapłanów przed nawiedzeniem kopii Obrazu NMP Jasnogórskiej znajdują się na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Z Maryją w nowe czasy” i fragmenty listu abpa Stanisława Gądeckiego do kapłanów przed nawiedzeniem kopii Obrazu NMP Jasnogórskiej na s. 7 kwietniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Gra o Tron od kuchni – opowieści polskiego kaskadera prosto z planu

Sławomir Cichy, statysta i kaskader opowiada o dostaniu się na plan Gry o Tron, pracy na planie, o tym, który z aktorów jest najbardziej nieznośny oraz jak wyglądało kręcenie wielkich bitew.

Sławomir Cichy opowiedział o początkach swojej kariery statysty i kaskadera:

Jako mały chłopak trenowałem kilka różnych sportów walki. […] Pierwszą rolę dostałem w filmie Konsul u boku Panów Fronczewskiego i Kotysa.

Jak powiedział rozmówca Tomasza Wybranowskiego w Poranku WNET, przygodę z Grą o Tron rozpoczął poprzez… wypełnienie kwestionariusza on-line. Jak wspomina, nie zdążył jeszcze dokończyć aplikacji, kiedy już zadzwonił do niego telefon z propozycją pracy. Najwyraźniej pasował on idealnie do prac nad serialem.

Kaskader stara się wyjaśnić, na czym polega fenomen Gry o Tron i co sprawia, że serial od lat rozpala wyobraźnie widzów czekających na kolejne odcinki:

Dla mnie, osoby, która miała możliwość patrzenia na całą produkcję od kuchni, to sam ogrom tego przedsięwzięcia. […] Pierwszy sezon nie był tak popularny, nie wiem, czy ktokolwiek pamięta, że serial miał się skończyć właśnie na pierwszym sezonie. Myślę, że ludziom spodobał się cały rozmach i ogrom wykreowanego świata. […] Myslę że cały scenariusz, drobne sceny, bitwy, dialogi i polityczne akcenty, to wszystko złozyło się do tego, że stał się tak popularnym serialem telewizyjnym.

Cichy zapytany, którego z aktorów pierwszoplanowych, z którym miał okazje zamienić słowo, wymieniłby jako sympatycznego bądź najmniej przyjemnego w obyciu powiedział:

Rozmawiałem z wieloma aktorami, nawet po bitwie bękartów było przyjęcie, podczas którego dołączyli do nas grający aktorzy i nie chcę być stronniczy, ale wbrew pozorom najmniej przyjemnym był Kit Harington, czyli John Snow. W większości aktorzy byli bardzo otwarci, sympatyczni, wspierali nas i pomagali. Rozmawiałem z Jimmym Bezrękim, także słynnym karłem grającym Tyriona Lannistera, z którym wymieniliśmy trochę żartów, wszystko głównie w trakcie przerwy na posiłek.

Gość Poranka WNET wypowiedział się także na temat umiejscowienia produkcji na terenie Irlandii:

Przede wszystkim dostępność krajobrazów, niesamowitych miejsc. Jak śledzimy historię Irlandii, to mnóstwo filmów było tu kręconych np. Hellboy czy Mission Impossible. Ponadto świetne zaplecze pod względem statystów i kostiumów. […] właśnie za kostiumy i scenografie serial wielokrotnie otrzymywał nagrody Grammy.

Zapytany o ostatnią, kluczową dla fabuły serialu bitwę, Cichy opowiedział, że brał w niej udział, a sceny wchodzące w jej skład, nagrywane były przez ponad półtora miesiąca.

Akurat w tym sezonie grałem tego złego, fresh dead white walkera [białego wędrowca – tłum. red.], który został wskrzeszony z martwych w walce przeciwko Północnemu Królestwu i byłem tym białym zombie. […] Pod względem bitewnym wswzystko było dopracowane do ostatniego szczegółu […] było 500 statystów, 80 koni, oryginalne rekwizyty historyczne. […] do wszystkich bitew zaangażowany był jeden z reżyserów który dostał za to nagrodę Grammy. Robiliśmy mnóstwo scen roboczych kręconych z różnej perspektywy, dlatego tyle to wszystko trwało. […] Przed wszystkimi bitwami mieliśmy dwutygodniowe treningi z wojskowymi, którzy mówili w jaki sposób walczyć mieczem, czy strzelać z łuków.

Na koniec gość Poranka WNET dodał, że ze względu na naciski fanów serialu, niewykluczone jest, że HBO stworzy jeszcze jakąś kolejną historię rozgrywającą się w świecie Westeros.

Posłuchaj całej wypowiedzi już teraz!

A. Kowarzyk

Oryginalna i kontrowersyjna ocena ważnego epizodu historii Polski. Wszyscy uczestnicy wydarzeń byli patriotami

Targowiczanie zostali oszukani przez Katarzynę, zwolennicy opcji pruskiej dali się uwieść Lucchesiniemu. Wygrała ówczesna lewica, bo ich wersja historii przyssała się na stałe do świadomości Polaków.

Krzysztof Kornowicz

Rzadko zdarza się, by książka współczesnego pisarza miała więcej niż 500 stron. Powieść Stanisława Załuskiego Pozostał Bóg i honor ma ich ponad 1200 i – co najważniejsze – od pierwszej do ostatniej czyta się ją niemal jednym tchem. (…)

Wydawca rekomendujący najnowszą powieść Załuskiego pisze o niej tak:

„Autor stawia jedno z fundamentalnych pytań – kto tak naprawdę odpowiada za rozbiory Polski i jej upadek w drugiej połowie XVIII wieku?

Czy grabarzami I Rzeczypospolitej były trzy ościenne mocarstwa: Rosja, Prusy i Austria, a personalnie Katarzyna II, Fryderyk II, Fryderyk Wilhelm II? Czy ostatni elekcyjny polski władca, Stanisław August Poniatowski? A może jednak rację mają ci, którzy uważają, że głównymi winowajcami byli szlachta i magnaci, którzy zawiązali spisek w Targowicy?”. (…)

Pozostał Bóg i honor nie jest jednak książką mającą dostarczać czytelnikowi jedynie rozrywki. Wydaje się, że autor ma poważniejsze ambicje. Świadczyć o tym może zabieg polegający na obciążeniu fabuły tezą polityczną. I to tezą dosyć ryzykowną. Pisarz wyraźnie bowiem kwestionuje przyjętą powszechnie wersję historii Polski, w której szlachta, a zwłaszcza arystokracja stojąca na czele konfederacji targowickiej, została uznana za sprawcę rozbiorów Rzeczpospolitej. Sugeruje wręcz, że taka interpretacja jest manipulacją lewicy, wybielającej samą siebie – jego zdaniem to działania jakobinów, czyli ówczesnych postępowców, którzy zdominowali Sejm Czteroletni, doprowadziły Polskę do katastrofy. Propaganda lewicy potrafi być zakaźna, a nieustanne pranie mózgów skłania nawet ludzi myślących do przyjęcia kłamstwa za prawdę. Dziś przeciętnemu obywatelowi III RP konfederacja targowicka jawi się jako ewidentna zdrada kraju, a skojarzenie słów: targowica – szubienica stało się wręcz hasłem wykrzykiwanym przez radykalnych manifestantów pod adresem swoich oponentów.

Cytując niekwestionowane autorytety, autor „Pozostał Bóg i honor” stara się udowodnić, że targowiczanie nie byli zdrajcami, a sytuacja osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej była o wiele bardziej złożona, niż mogłoby się to wydawać współczesnym odbiorcom podręczników historii.

Załuski opisuje, jak w Sejmie Czteroletnim (którego konsekwentnie nie nazywa Wielkim) walczą nienawidzące się i szkalujące się nawzajem stronnictwa. Śledząc dzieje tego Sejmu widzimy, jak bardzo historia lubi się powtarzać. Wtedy oczywiście nie istniało stronnictwo proamerykańskie, bo USA dopiero wstępowały na arenę dziejów. Rolę amerykańskiego prezydenta odgrywała caryca Katarzyna Wielka. Autor wyraźnie sugeruje, podpierając się wypowiedziami bohaterów powieści – tych, których nazwalibyśmy dziś prawicowymi – że Katarzyna nie dążyła do rozbiorów Polski, przeciwnie, pragnęła Rzeczpospolitą zachować, choć w zależności od swego Imperium. Chciała Polskę widzieć jako barierę oddzielającą ją od państw niemieckich, których nienawidziła i których się bała.

Drugą siłą Sejmu było stronnictwo propruskie. Na jego czele stał Ignacy Potocki, a w jego cieniu czaił się czołowy polski jakobin, Hugo Kołłątaj, nazywany polskim Robespierre’em – i to ku niemu właśnie przychylił się ostatecznie król Poniatowski. Obserwując diaboliczną wręcz rolę wysłannika pruskiego władcy, markiza Girolamo Lucchesiniego, i naiwność zapatrzonych w niego Potockiego i Kołłątaja, jakoś dziwnie zwracamy wzrok w kierunku współczesnych polskich liberałów i ich nie do końca jasnych relacji z Niemcami.

Artykuł Krzysztofa Kornowicza pt. „Targowica – szubienica?” znajduje się na s. 20 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Krzysztofa Kornowicza pt. „Targowica – szubienica?” na s. 20 kwietniowego „Kuriera WNET”, nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Marek Jurek, Ludmiła Pawlowski, Katarzyna Szewc, Marcin Natorski – Poranek WNET – 2 maja 2019 r. Święto Flagi i Polonii

Poranka WNET można słuchać od 7:07 do 9:00 (wtorek i piątek) / 10:00 (poniedziałek, środa, czwartek) na: www.wnet.fm, 87.8 FM w Warszawie i 95.2 FM w Krakowie. Zaprasza Tomasz Wybranowski.

 

Goście Poranka WNET:

Marek Jurek – lider Prawicy Rzeczypospolitej;

Katarzyna Szewc – właścicielka firmy Cake 4 You Glasgow, Zamojszczyzna pod niebem Szkocji;

Marcin Natorski – właściciel firmy NDevelopment; Polak mieszkający w Republice Irlandii;

Ludmiła Pawlowski – działaczka polonijna i nauczycielka języka polskiego na południu Brazylii;

Melânia Koczyla – prezes Polsko – Brazylijskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Karola Wojtyły;

Aracy Zimichut da Silva – Brazylijka polskiego pochodzenia z União da Vitória, w stanie Paraná;

Paweł Sreberski – Polak mieszkający w Republice Irlandii, członek „Domowego Kościoła” Ruchu Światło-Życie, w Tuam.


Prowadzący: Tomasz Wybranowski

Współprowadzący: Łukasz Jankowski

Wydawca: Tomasz Wybranowski, Jakub Grabiasz

Współpraca redakcyjna: Tomasz Szustek

Przegląd prasy arabskiej: Maciej Jastrzębski

Realizacja: Tomasz Wybranowski (Dublin)

Realizator: Paweł Chodyna (Warszawa)

Produkcja: Studio 37 – Radio WNET Dublin


 

Część pierwsza:

Fot. Pixabay

Przemówienie premiera Mateusza Morawieckiego z okazji 15. rocznicy wejścia Polski do Unii Europejskiej.

Tomasz Wybranowski opowiada o historii Święta Flagi, które obchodzimy 2 maja.

To święto zostało wprowadzone, aby połączyć pierwszomajowe Święto Pracy z uroczystościami związanymi ze świętem Konstytucji 3 Maja.

Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej wprowadzono Ustawą z 20 lutego 2004 r., którego autorem był poseł Edward Płonka z Platformy Obywatelskiej. Tego samego dnia obchodzony jest Dzień Polonii i Polaków za Granicą.

Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy.

 

Część druga:

Katarzyna Szewc, właścicielka i szefowa Cake 4 You Glasgow.

Katarzyna Szewc czternaście lat temu wyruszyła na Wyspy z Zamojszczyzny i zapuściła korzenie, już prawdopodobnie na stałe w Szkocji. Zajmuje się tam cukiernictwem.

Katarzyna Szewc jest właścicielką firmy Cake 4 You Glasgow, która powoli staje się przodującą marką tej branży w stolicy Szkocji. Ciekawa jest sama geneza powstania firmy i moment, kiedy zdecydowała osładzać podniebienia Szkotów i Polaków?

Po pierwszych urodzinach swojej córeczki zamówiła dla niej specjalny tort. Wpatrując się w wypiek stwierdziła, że nie może być to aż tak wielką sztuką, aby upiec i ozdobić taki tort lepiej (w smaku), i bardziej finezyjnie w formie. Tak więc szczypta odwagi i łyżka fantazji sprawiły, iż założyła własny biznes.

Od słów doszło do czynów. Pomysł pani Kasi okazał się strzałem w przysłowiową „10″, zwłaszcza że Szkocja ułatwia start młodym przedsiębiorcom. Sami Szkoci pokochali wypieki pani Katarzyny.

Plany naszego gościa są odważne i ambitne! Firma dynamicznie rozwija się, o czym świadczy powiększająca się baza klientów.

Jak podkreśla Katarzyna Szewc, uśmiechy gości cukierni są dla niej najważniejsze. Zadowolenie klientów utwierdza ją w przekonaniu, że obrała właściwą drogę.


Marcin Natorski, znany z anteny Radia WNET właściciel firmy projektowo – wykonawczej NDevelopment, podczas tegorocznej długiej majówki w sprawach biznesowych wyjechał z Irlandii do Szwecji. Okazuje się, że skandynawskie klimaty mogą przynieść nie tylko chwile relaksu i obcowania z pięknymi krajobrazami.

Marcin Natorski, właściciel firmy NDevelopment. Fot. arch. prywatne.

Podczas długiej majówkowej kanikuły pan Marcin Natorski miał okazję zobaczyć pierwszomajowy pochód w wydaniu „made in Sweden”.

Szwedzka lewica swój kraj nazywa miejscem idealnym do życia, chociaż rosnąca popularność partii prawicowo – konserwatywnych i anty – emigranckich temu przeczą.

Podobnie przeczy temu „zapał” i „powszechność” Szwedów by maszerować w pochodzie pierwszomajowym. Zwycięstwo socjalizmu i wysokich podatków nad prawidłami ekonomii w Szwecji sprawia, że tylko garstka socjalistycznych zapaleńców w to wierzy.

Świadkiem takiego „niezbyt licznego i radosnego” pochodu był właśnie pan Marcin Natorski. Jak twierdzi więcej w tym było groteski i czarnego humoru, niż prawdziwej opowieści o Szwecji i Szwedach:

Manifestowali w sercu kraju, czyli Sztokholmie, głosząc przy tym komunistyczne, jak gdyby nigdy nic, odrealnione hasła komunistyczne hasła. Wydaje mi się, że zapomnieli o tym, że pewna formuła myślenia i działań po prostu się wyczerpała. – powiedział Marcin Natorski.

Gość Poranka WNET mówił także o wielkich gospodarczych możliwościach Republiki Irlandii dla polskiego biznesu i przedsiębiorczości. Problem jedynie w tym, jak twierdzi, że rząd i właściwe ministerstwa w Polsce tego nie czują. By nie wspomnieć o braku ambasadora RP w Dublinie podczas Brexitowych batalii:

Jesteśmy między innymi kulturowo i mentalnie do mieszkańców Szmaragdowej Wyspy zbliżeni, ale ten potencjał niestety nie zostaje wykorzystany należycie przez nasz kraj i polski rząd, mimo tak wielu szumnych zapowiedzi! A faktu, że w stolicy Irlandii Dublinie nie urzęduje od prawie już roku nowy polski ambasador, to… Przepraszam, ale nie znajduję słów, aby opisać ten stan rzeczy. – dokończył Marcin Natorski.

 

 

Część trzecia:

Marek Jurek / Fot. Konrad Tomaszewski, Radio Wnet

Przegląd prasy arabskiej o godzinie 8:00 autorstwa Macieja Jastrzębskiego.

Marek Jurek odnosi się do jednego ze szczególnych konsekwencji wejścia 15 lat temu Polski do Unii Europejskiej – wielkiej migracji Polaków na Zachód za chlebem: „Trzeba na to zwrócić uwagę. To jest też jeden z powodów kryzysu demograficznego w naszym kraju”.

Następnie przechodzi do tematu obchodów wstąpienia naszego kraju do największej europejskiej organizacji międzynarodowej oraz Święta Pracy, które przypadły na środę. Wówczas świętowali nie tylko zwolennicy Polski w UE, ale także Komunistyczna Partia Polski i Konfederacji KORWiN Braun Liroy Narodowcy na Marszu Suwerenności. Gość Radia WNET nie wziął udział na żadnej manifestacji. Niemniej jednak w porannym programie je ocenia. Krytykuje KPP za formę jej pikietowania, a także retorykę Konfederacji.

Ponadto Marek Jurek mówi o coraz częstszym temacie likwidacji złotówki i wprowadzeniu waluty euro.

 

Część czwarta:

Ludmiła Pawlowski, członek Rady Oświaty Polonijnej przy Ministerstwie Edukacji Narodowej w Warszawie. Fot. arch. Ludmiły Pawlowski.

Radio WNET zawsze pamięta o Polakach w Brazylii. Jak twierdzą, nie mówi się o Nich niestety zbyt często. Często czują się zapomniani do tego stopnia, że nawet rodacy w Polsce nie wiedzą, że w Brazylii mieszka prawie trzy miliony osób, które mają polskie korzenie.

Gościem Tomasza Wybranowskiego i przewodnikiem na mapie brazylijskiej Polonii była pani Ludmiła Pawlowski.

Ludmiła Pawlowski jest Polką, logopedą z wykształcenia, która przez zrządzenie losu znalazła się w kraju samby i Pelego. Miłość to uczyniła do pewnego Brazylijczyka o polskich korzeniach, którego spotkała podczas studiów w Poznaniu.

Preprowadziła się do Brazylii i stwierdziła: To moje miejsce! Jest aktywną działaczką polonijną i nauczycielką języka polskiego na południu Brazylii. Jest członkiem Rady Oświaty Polonijnej przy Ministerstwie Edukacji Narodowej w Warszawie, gdzie reprezentuje edukację polonijną na terenie Brazylii.

 

 

Melânia Koczyla, prezes Polsko-Brazylijskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Karola Wojtyły. Fot. arch. Melânia Koczyla.

Ludmile Pawlowskiej towarzyszyła Melânia Koczyla, w czwartym pokoleniu potomkini Polaków, którzy przybyli ze wschodnich ziem polskich do Brazylii z okolic Lublina.

Melânia jest technikiem pielęgniarstwa oraz mgr biologii. Aktualnie pracuje w brazylijskim odpowiedniku Sanepidu w Porto União, w stanie Santa Catarina, gdzie zajmuje się epidemiologią.

Jest także prezesem Polsko-Brazylijskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Karola Wojtyły. Urodzona w Cruz Machado, córka rolników Koczyla ze strony ojca i Grabek ze strony matki.

Melânia Koczyla opowiada o obchodach Wielkanocy w Brazylii i dzieli się swoją miłością do Polski, w której jeszcze nie była.

W Poranku WNET Ludmiła Pawlowski i Melânia Koczyla przedstawiły także stosunek polskich instytucji rządowych, fundacji i stowarzyszeń dzielących finanse publiczne na działania polonijne do pomysłów brazylijskich Polaków.

 

Polsko-Brazylijskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Karola Wojtyły z União da Vitória/Brazylia w pełnej krasie. Fot. arch. Stowarzyszenia

Wspomniane już Polsko-Brazylijskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Karola Wojtyły nie dostało z kasy Senatu RP i Wspólnoty Polskiej ANI GROSZA! Nawet na edukację i naukę języka polskiego najmłodszych, w siódmym już pokoleniu, Brazylijczyków z polską krwią. 

Aracy Zimichut da Silva, wiceprezes stowarzyszenia. Fot. arch. Aracy Zimichut da Silva.

Przyznają słuchacze i czytelnicy, że takie wyznanie 2 maja, kiedy czynniki rządowe świętują Dzień Polonii i Polaków za Granicą brzmi jak bardziej niż kiepski żart! Z kronikarskiego obowiązku Radio WNET przypomina, że w bieżącym roku przypada 150. rocznica formalnego istnienia Polonii w Brazylii.

Gościem Tomasza Wybranowskiego w świątecznym dla Polonii Poranku WNET była także pani Aracy Zimichut da Silva, gospodyni domowa, mieszkanka União da Vitória, w stanie Paraná (Brazylia), wiceprezeska Polsko-Brazylijskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Karola Wojtyły.

Aracy Zimichut da Silva jest także wolontariuszką, która pracuje z chorymi oraz w lokalnej parafii katolickiej. Jej mąż, Jaime jest kierowcą tira.

Ta niezwykła Brazylijka polskiego pochodzenia ustrzegła dar polskiej mowy, pomimo tego, że od czterdziestu nie mówiła w naszym języku!

 

Paweł Sreberski. Fot. arch. rodzinne Pawła Sreberskiego.

Paweł Sreberski przedstawiając się, mówi o sobie z dumą: „od 16 lat jestem mężem i ojcem czwórki dzieci: Dobrochny, Szczepanka, Nikodema i Celinki”.

W świątecznym, bo poświęconym głównie Polonii i jej sprawom Poranku WNET, opowiada o swoich pozytywnych wrażeniach i refleksjach po przyjeździe do Republiki Irlandii.

Jak twierdzi „to takie miejsce, gdzie można odnaleźć i spokój i szacunek”.

Paweł Sreberski to członek Ruchu „Domowy Kościół” w Tuam (hrabstwo Galway): „Domowy Kościół” to wspólnota małżeństw sakramentalnych. Dzieli się na kręgi, które liczą od czterech, do siedmiu małżeństw. Spotkania odbywają się w domach członków raz w miesiącu. Na spotkaniach obecny jest kapłan, który pełni rolę moderatora. 

Takie spotkania prowadzi małżeństwo, które zostało wybrane na okres jednego roku do sprawowania tej funkcji.

W kolejnych latach prowadzącymi zostają kolejni członkowie wspólnoty. Jak twierdzi nasz gość, to droga ku poznaniu i siebie, ale i drogi do Chrystusa:

Przed każdym spotkaniem mamy do rozważenia konkretny cytat z Pisma Świętego. Później następuje osobista refleksja, modlimy się Różańcem Świętym. Kończymy spotkanie po około 3 godzinach. Naszym moderatorem jest Ojciec Marek Cul OP dominikanin.

 

 


 

Studio Wilno w Radiu WNET!

 


Posłuchaj całego Poranka WNET!


 

Doktryna hegemonii kulturowej Gramsciego – geneza, teoria i praktyka / Zbigniew Berent, „Kurier WNET” nr 58/2019

Dorobek Gramsciego łatwiej obserwować nie przez bezpośrednie odniesienie do jego nauki, ale przez cywilizacyjne skutki spustoszenia społecznego, politycznego, obyczajowego i religijnego.

Zbigniew Berent

Doktryna hegemonii kulturowej Gramsciego

Rodzime siły lewactwa i destrukcji, licząc na wywołanie zamętu i histerii w społeczeństwie, postanowiły sięgnąć do doktryny hegemonii kulturowej Antonia Gramsciego, miazmatów wychowawczych „szkoły frankfurckiej” i politycznej poprawności jako ideowej pandemii obecnej na Zachodzie od lat co najmniej pięćdziesięciu. Skierowały najcięższe działa na dziedzinę obyczajowości. Nie oddajmy im tego pola i nie pozwólmy, aby przejęły na własność umysły naszych dzieci, o które toczy się walka na śmierć i życie! W Polsce od niedawna, a na świecie od prawie 100 lat.

Twórcą dominującej dziś w naszej cywilizacji lewackiej doktryny hegemonii kulturowej był Antonio Gramsci. Urodził się 23 I 1891 r. w Ales na Sardynii, zmarł 27 IV 1937 r. w Rzymie. Był włoskim działaczem komunistycznym, filozofem i publicystą, teoretykiem i popularyzatorem marksizmu. W 1924 r. został wybrany do parlamentu włoskiego. W 1926 r. aresztowany przez faszystów, w 1928 r. został skazany na 20 lat więzienia i spędził resztę życia w odosobnieniu. W więzieniu powstały jego podstawowe prace (32 tzw. Zeszyty więzienne), wydane dopiero w latach 1947–60 w 10 tomach pt. Opere di Antonio Gramsci. Zawierają zarys filozofii marksistowskiej.

Przyszłość ruchu marksistowskiego Gramsci widział w masowej wierze, której podstawą byłaby nowa, rewolucyjna moralność. Jej zwycięstwo było według niego istotą rewolucji, oznaczało „moralną i intelektualną reformę” oraz „stworzenie nowej, zintegrowanej kultury”.

Podstawy doktryny hegemonii kulturowej trafnie zobrazował Krzysztof Wyszkowski w krótkim eseju zamieszczonym w internecie. Otóż na początku XX wieku klasa robotnicza nie spełniła nadziei, jakie pokładali w niej przywódcy światowego ruchu komunistycznego. Wbrew sowieckiej propagandzie rosyjscy robotnicy nie wsparli masowo rewolucji bolszewickiej. Bolszewicy musieli utrzymywać władzę, stosując terror. Polscy robotnicy nie przyłączyli się do Armii Czerwonej, bronili swej kapitalistycznej ojczyzny przed sowieckimi komunistami. Podobnie robotnicy francuscy, angielscy czy niemieccy byli mało zainteresowani rewolucją socjalistyczną.

Gramsci zadał więc trafne pytanie: Dlaczego masy pracujące nie poparły partii, która miała im przynieść wyzwolenie z ucisku? I odpowiedział sobie: ponieważ miały fałszywą świadomość – burżuazyjną. Przyczyny tej świadomości stały się źródłem jego dociekań. Zdaniem Gramsciego robotnicy nie mogli rozpoznać swojego prawdziwego interesu klasowego, ponieważ ich dusze były przesiąknięte ideami chrześcijaństwa. Na Zachodzie, odwrotnie jak w Rosji, państwo nie było wszechmocne, gdyż istniała „mocna struktura społeczeństwa obywatelskiego”. Dlatego w społeczeństwach zachodnich należało – zdaniem tego ideologa – wybrać inną strategię: nastawić się na „długi marsz przez instytucje”, czyli przejmowanie i przekształcanie szkół, uczelni, czasopism, gazet, teatrów, kin, sztuki. Konieczne było opanowanie ośrodków opiniotwórczych (owych „nowożytnych areopagów”, używając określenia Jana Pawła II), aby zmienić dominującą kulturę, a przede wszystkim wyrugować z niej wpływy chrześcijaństwa. Uformowany przez nową kulturę człowiek przyszłości, wyzwolony od fetyszy religii, miał dobrowolnie, bez przymusu państwa przyjąć komunistyczne postulaty jako swoje. Pierwszoplanowym zadaniem lewicy nie jest zatem zdobycie władzy i zmiana ustroju. Przy panującej na Zachodzie mentalności i strukturze społecznej nie ma ona szans dłużej się utrzymać. Głównym celem była i jest zmiana świadomości zbiorowej w ten sposób, aby władza sama dostała się w ręce lewicy.

Projekt Gramsciego był oczywiście długofalowy, rozpisany na dziesiątki lat. Stanowił także odwrócenie strategii Lenina, który – używając żargonu marksistowskiego – twierdził, że najpierw trzeba zdobyć „bazę” (czyli środki produkcji), a potem dokonywać zmian w „nadbudowie” (czyli w kulturze).

Pierwsza wojna światowa wzmogła proces uprzemysłowienia Włoch – masowo zatrudniano nowych pracowników. Turyński gigant FIAT zatrudniał w 1914 r. 4300 robotników, a w 1918 – już ponad 40 tysięcy. Na wsi miały miejsce demonstracje przeciwko poborowi do wojska, rekwirowaniu żywności i brakom w zaopatrzeniu. Żołnierze w listach z frontu często zachęcali do protestów. Ludzkie koszty wojny były ogromne. Włochy zmobilizowały 5 milionów 250 tys. żołnierzy. Co najmniej 615 tys. zginęło. Po wojnie Włochy ogarnęła fala strajków i okupacji fabryk, nazwana „biennio rosso” (czerwonym dwuleciem). Strajki ogarniały nie tylko centra przemysłowe – na wsi strajkowało ponad milion chłopów. Gramsci w 1911 roku przybył do Turynu i wstąpił do Włoskiej Partii Socjalistycznej (PSI). PSI – jedyna zachodnioeuropejska partia socjaldemokratyczna, która przeciwstawiła się pierwszej wojnie światowej – wzrosła wówczas liczebnie niemal dziesięciokrotnie (od 23 tys. członków w 1918 r. to 200 tys. w 1920), a największy związek zawodowy CGL – z 250 tys. do dwóch milionów członków. W kwietniu 1919 r. Gramsci i jego towarzysze partyjni założyli gazetę „L’Ordine Nuovo” (Nowy Porządek), która nadawała polityczny kierunek walce robotników. Gazeta zajmowała się głównie tworzeniem we Włoszech rad robotniczych.

Najważniejszy okres aktywności Gramsciego przypada na początek lat 20., kiedy to liczono jeszcze na zwycięski pochód rewolucji. W 1920 roku Gramsci współorganizował i opracował teoretycznie tzw. turyńskie rady fabryczne, które miały stać się zaczynem bolszewickiej rewolucji: „Dzisiaj komitety te ograniczają się do władzy kapitalisty w fabryce i pełnią funkcje arbitrażowe i dyscyplinarne. Rozszerzone i wzbogacone, staną się jutro organami władzy proletariackiej i zastąpią kapitalistę we wszystkich jego użytecznych funkcjach kierowania i zarządzania przedsiębiorstwem”. Walka o hegemonię miała dwojaki cel: wyzwolenie pracowników od idei łączących ich z istniejącym systemem oraz jednoczenie innych klas niższych (np. chłopów, niższej klasy średniej) z pracownikami. Gramsci podzielał leninowski cel polityczny – budowę „robotniczego raju”. Miał jednak własny, oryginalny pomysł na jego realizację.

Dobrze zaznajomiony ze specyfiką włoskiej obyczajowości i kultury uważał, że chrześcijaństwo jest siłą wiążąca społeczeństwo: chłopów, robotników, arystokrację, duchowieństwo w jednorodną całość. Na tej podstawie polemizował z leninowską tezą, że masy mogą powstać i obalić rządzącą nadbudowę. Nie pozwoli im na to ich chrześcijańska wiara.

Klasa rządząca dąży do ustanowienia moralnego i ideologicznego przywództwa, hegemonii nad społeczeństwem poprzez zakorzenienie w nim własnych wartości. Wypływa stąd, zdaniem Gramsciego, wniosek, że ruch rewolucyjny nie może się ograniczać wyłącznie do obalenia państwa, musi odnieść zwycięstwo także w dziedzinie wartości, łamiąc intelektualną i kulturalną dominację klasy rządzącej. Ruch rewolucyjny musi stworzyć kontrhegemonię. Dokonanie podziału wspólnych wartości na stare, kapitalistyczne, i nowe, z nowymi celami, miało pomóc ruchowi socjalistycznemu w stworzeniu nowych, trwałych instytucji. W odróżnieniu od „wojny manewrowej” (która udała się w Rosji ze względu na słabość caratu), w sytuacji, gdy klasa rządząca ma mocną pozycję, należy wszcząć „wojnę pozycyjną” o społeczeństwo.

Marksizm dla Gramsciego był teorią klasy pracowniczej, której walka może doprowadzić do zjednoczenia i wyzwolenia ludzkości. Jego poglądy są przeciwieństwem przekonań tych marksistów, którzy uważają, że trzeba odgórnie „uświadamiać” pracowników. Według niego w klasie pracowniczej już istnieją elementy nowej koncepcji świata, które powinny być wyłuskane z wielu sprzecznych pojęć. Elementy świadomego kierownictwa istnieją w każdej spontanicznej walce. Muszą się one połączyć. Dla Gramsciego dowodem słuszności teorii była praktyka. Twierdził, że „wyzwolenie się od częściowych i błędnych ideologii” jest „tożsame z walką o kulturowe zjednoczenie ludzkiej rasy”. Walka o ideologiczną hegemonię jest także walką o tworzenie rewolucyjnej partii. Co ciekawe, nazwał tę partię „nowoczesnym księciem” (aluzja do Księcia XVI-wiecznego filozofa politycznego Machiavellego).

Z tych założeń Gramsci wywiódł wskazania dla każdego ruchu kulturalnego, który chciałby zastąpić ogólnie przyjęte poglądy [światopogląd chrześcijański] i dawne koncepcje świata:

1. Niezmordowanie powtarzać własne argumenty. „Powtarzanie jest bowiem środkiem dydaktycznym, działającym najskuteczniej na umysłowość ludu.

Nasza doktryna nie jest doktryną zbuntowanych niewolników, jest to doktryna władców, którzy w codziennym trudzie przygotowują broń, by zapanować nad światem”.

2. O zakresie wpływów nie decyduje wyłącznie władza polityczna, ale także, a nawet bardziej, instytucje społeczne, kulturalne, religijne. Zwycięstwo w tych obszarach zapewnia również władzę polityczną. Potrzebny jest „długi marsz przez instytucje”. Ale samo przejęcie instytucji nie zapewni hegemonii. Potrzebne jest zniszczenie fundamentów obyczajowych, religijnych, moralnych, na których opiera się stare społeczeństwo: szacunku dla władzy, poszanowania religii, przywiązania do instytucji rodziny.

3. Współczesna rodzina burżuazyjna opiera się na kapitale, na dorobku prywatnym. Całkowicie rozwinięta istnieje tylko dla burżuazji; jej uzupełnieniem jest przymusowy brak rodziny u proletariuszy oraz prostytucja publiczna. Rodzina burżuazyjna zaniknie naturalnie wraz z zanikiem tego swego uzupełnienia. Komuniści nie mają potrzeby wprowadzać wspólności żon, istniała ona niemal zawsze. Nie tylko brat i siostra byli niegdyś mężem i żoną – u wielu ludów dziś jeszcze dozwolone są stosunki płciowe pomiędzy rodzicami i dziećmi.

„Nowy typ człowieka, jakiego wymaga racjonalizacja produkcji i pracy, nie może się rozwinąć, dopóki życie płciowe nie zostanie odpowiednio uregulowane, dopóki i to także nie będzie zracjonalizowane”.

4. Zasada bezpośredniego i pośredniego przymusu w dziedzinie organizacji produkcji i pracy wymaga modyfikacji.

Środki zastosowane w Rosji Sowieckiej – zmilitaryzowanie pracowników – były niewłaściwe. O wiele lepsze rezultaty osiągano w amerykańskich przedsiębiorstwach Forda, „który stanowi największy po dziś dzień zbiorowy wysiłek zmierzający do wytworzenia – w niesłychanym tempie i z nigdy dotychczas niespotykaną świadomością celu – nowego typu pracownika i człowieka”.

Gramsci był zafascynowany metodami kontroli pracowników w zakładach FORDA w USA. Podejmowano tam próby wglądania, za pomocą kadry inspektorów, w życie prywatne podwładnych i kontrolowanie, na co wydają zarobki i jak żyją. Badano np. moralność robotników, spożycie alkoholu, ich życie rodzinne i seksualne i wpływ tych czynników na wydajność robotników. Włoski ideolog z uznaniem stwierdzał, że „walka z alkoholizmem, tym najgroźniejszym czynnikiem destrukcji sił robotniczych, staje się funkcją państwa”. To samo dotyczyło życia płciowego, bo „nadużywanie i nieregularność funkcji płciowych jest najgroźniejszym po alkoholizmie wrogiem energii nerwowej”. W systemie amerykańskim Gramsci upatrywał pozytywnych pionierskich tendencji. Miał nadzieję na przekształcenie tych metod w ideologię państwową w nowym państwie komunistycznym.

5. Wychowanie i kształcenie nowych pokoleń musi stać się z prywatnej funkcją publiczną. „Równolegle ze szkołą jednolitą będzie się przypuszczalnie rozwijać sieć przedszkoli i innych pokrewnych instytucji, w których jeszcze przed osiągnięciem wieku szkolnego dzieci będą wdrażane do pewnej dyscypliny (…) Szkoła jednolita (…) winna kultywować życie zbiorowe w dzień i w nocy”.

W procesie budowy społeczeństwa nowego typu instytucja rodziny z jej funkcją wychowawczą miała ulec destrukcji. Nowy ład miał być oparty na przymusie, a ten wykluczał podmiotowość człowieka i rodziny. Wraz z przejściem środków produkcji na własność społeczną pojedyncza rodzina przestaje być gospodarczą jednostką społeczeństwa. Prywatne gospodarstwo domowe przekształca się w część organizacji społecznej. Opieka nad dziećmi i ich wychowanie stanie się także sprawą społeczną: państwo będzie się opiekować wszystkimi dziećmi jednakowo…

6. Małżeństwo monogamiczne jest wyrazem ujarzmienia jednej płci przez drugą, proklamowaniem wrogości płci. Pierwszy ucisk klasowy w historii to ucisk żeńskiej płci przez męską w małżeństwie monogamicznym.

Tezy Gramsciego przyjęli za własne w sposób najbardziej widoczny liberalni działacze na rzecz konwergencji kultur w USA. Doktryna „marszu przez instytucje” pojawiła się na amerykańskim rynku politycznym na przełomie lat 50. i 60. XX w. za sprawą amerykańskiego Instytutu Studiów Politycznych. Oto wypowiedź dra Scotta Powella, dyrektora Instytutu Myśli Katolickiej w Kolorado, obserwatora poczynań Instytutu Studiów Politycznych, z 1988 roku:

„Inspiracja i kierunek działalności IPS pochodzi od Antonia Gramsciego, włoskiego komunisty-teoretyka, który postawił Marksa na głowie, argumentując, że kulturalna nadbudowa determinuje polityczną i ekonomiczną bazę. Podobnie jak Gramsci, członkowie IPS przyjęli imperatyw »długiego marszu przez instytucje« – media, uniwersytety, instytucje publiczne, religijne i kulturalne, w wyniku czego wartości kulturalne zostaną zmienione, a moralność osłabiona, przygotowując warunki do przejścia władzy politycznej i ekonomicznej w ręce radykalnej lewicy. Publikacje IPS-u, filmy i inne prace odnoszą się do wartości humanistycznych, ale umieszczają te wartości w krzywym zwierciadle rzeczywistości. Fakt, że IPS jest zazwyczaj określany jako organizacja liberalna wskazuje, że Instytut z powodzeniem maskuje swój radykalny charakter przed tradycyjnymi liberałami lub że znaczenie słowa ‘liberalizm’ zostało radykalnie zmienione”.

Doktryna Gramsciego ma do tej pory ogromny wpływ na lewicowe kręgi amerykańskie.

W przeciwieństwie do innych wielkich doktrynerów komunistycznego świata: Marksa, Lenina, Mao, Trockiego, Che Guevary, uznanie dla jego nazwiska nie wiąże się z otwartym, powszechnym kultem. Jego twarz nie pojawia się na transparentach i plakatach. Nauki Gramsciego są tylko dla wybranych.

Ideowy dorobek Gramsciego łatwiej obserwować nie przez bezpośrednie odniesienie do jego nauki, ale poprzez cywilizacyjne skutki spustoszenia społecznego, politycznego, obyczajowego i religijnego, jakie na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat dokonało się w Stanach Zjednoczonych.

W 2016 roku, gdy wybory prezydenckie wygrał Donald Trump, przeciążeniu uległa kanadyjska strona z informacjami na temat imigracji do tego kraju. Także polscy lewacy grozili, że jeśli naród się pomyli w ostatnich wyborach i nie wybierze ich protegowanych, będą masowo emigrować. Adam Michnik obiecywał wyjazd do Izraela, a córka ówczesnej pani premier Ewy Kopacz zamierzała podobno uciec do Kanady. Niestety nie dotrzymali słowa i zostali, podobnie jak ich amerykańscy odpowiednicy. Fala zapowiedzi emigracji z powodu obrażenia się na wyniki demokratycznych wyborów nawiedziła też, po referendum w sprawie Brexitu, Wielką Brytanię. Ostrzegano wtedy, że Anglicy będą masowo uciekać do Francji. Nic takiego nie nastąpiło; nadal przenoszą się głównie do Hiszpanii, i to nie z powodów politycznych, tylko cieplejszej pogody.

Współczesny podział, którego osią jest polaryzacja na liberalną lewicę i nurt konserwatywny, wynika z wizji świata, jaką próbuje nam narzucić lewica. W tej wizji nie ma miejsca na państwa narodowe (zgodnie z tezami Spinellego i jego dwóch towarzyszy z Manifestu z 1941 roku), wspólnoty, dobro i piękno. Jedyną właściwą wizją przyszłości jest świat liberalny z człowiekiem w roli Boga w centrum – jak u Marksa. Barbara Stanisławczyk, autorka książki: Kto się boi prawdy? Walka z cywilizacją chrześcijańską w Polsce zauważa, że świat współczesny – wedle wzorca liberalnej lewicy – ma być tak zwanym rojowiskiem, pełnym pojedynczych, zagubionych ludzi. To, co w totalitaryzmach – takich jak hitleryzm czy bolszewizm – było zwartym szeregiem ludzi kierowanych przez wodzów, w dzisiejszym świecie liberalnej demokracji przeradza się w „rój”, „rojowisko”, które też jest formą zniewolenia.

Człowiek, któremu liberalna lewica podarowała absolutną wolność, jest dzisiaj tak naprawdę niewolnikiem jedynego dobra, jakie mu dano, mianowicie nadmiaru ofert. Może sobie kupić wszystko, może wszystko zdobyć, jak mu powiedziano, tylko że z tym „wszystkim” nie umie sobie poradzić.

Gramsci pisał do końca swego życia, a wierni wyznawcy i ideowi spadkobiercy zadbali, żeby jego hasło „marszu poprzez instytucje” i „kontrhegemonii” zostały wcielone w życie. Owocem twórczości Gramsciego jest nie tylko eurokomunizm. Jego poglądy realizował Mao w Chinach. Dokonaniami włoskiego myśliciela interesowali się radzieccy stratedzy przygotowujący pierestrojkę w Związku Sowieckim. Żarliwymi wyznawcami doktryny Gramsciego były i są wszelkie grupy i lewackie lobby na całym świecie, rzadko wskazując wprost na swoje pochodzenie. Metody ich działania są ciągle ulepszane dzięki możliwościom, jakie daje współczesna technologia, a sposobem realizacji doktryny: wojny informacyjne, promocja mowy nienawiści i agresji, medialna indoktrynacja w obszarze stylu życia, pandemia politycznej poprawności, ataki trolli internetowych, wojny hybrydowe, itd.

(Cytaty niepodpisane pochodzą z pism A. Gramsciego – przyp. red.)

Zbigniew Berent, ur. w Brodnicy w 1959 r., absolwent prawa na UMK, do niedawna przedsiębiorca, trener biznesu, dyrektor Instytutu Doskonalenia Kadr „SENEKA”, publicysta, autor książek. Publikacja opracowana na podstawie książki autora: Kulturkampf XXI wieku. Walka cywilizacji o człowieka.

Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Doktryna hegemonii kulturowej Gramsciego” znajduje się na s. 10 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Zbigniewa Berenta pt. „Doktryna hegemonii kulturowej Gramsciego” na s. 10 kwietniowego „Kuriera WNET”, nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

‘Komunia’ oznacza wspólnotę, czyli jedność chrześcijan jako nowego ludu wybranego. ‘Eucharystia’ zaś to dziękczynienie

Eucharystia jest Ofiarą Chrystusa i Kościoła, dziękczynieniem za zwycięstwo Jezusa nad śmiercią, znakiem jedności wiernych z Bogiem i spożywaniem Ciała i Krwi Pańskiej pod postaciami chleba i wina.

Barbara Maria Czernecka

Została ustanowiona przez Chrystusa podczas Ostatniej Wieczerzy z Apostołami w wigilię żydowskiego święta Paschy. W tradycji dzień ten nazywa się Wielkim Czwartkiem. Wtedy to Pan Jezus wziął chleb, pobłogosławił, połamał i dawał swoim uczniom, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: to jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane”. Potem wziął kielich z winem, odmówił dziękczynienie i podając Apostołom, powiedział: „Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: to jest bowiem kielich Krwi mojej, nowego i wiecznego przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę”. Szczegółowe opisy Ostatniej Wieczerzy znajdują się w każdej z czterech Ewangelii.

Zbawiciel swoim Apostołom, a po nich kapłanom pozostawił władzę sprawowania Jego Ofiary, która dokonuje się podczas każdej Mszy Świętej. Chleb i wino nie zmieniają wówczas kształtu ani barwy, smaku czy zapachu; jednak w każdej swojej cząstce cudownie zostają przeistoczone w Ciało i Krew Pana Jezusa. (…)

Pierwsi chrześcijanie spotykali się w oznaczonym miejscu i czasie, aby sprawować modły i „łamać się chlebem”. W II wieku Komunia była poprzedzona czytaniem fragmentów Ewangelii i ksiąg prorockich. Kiedy ustały prześladowania chrześcijan, Eucharystia była odprawiana w specjalnie pobudowanych bazylikach i kościołach. Z czasem zaczęła formować się liturgia, którą wreszcie scalono pod koniec X wieku w jednolity mszał. (…)

Człowiek może w pełni uczestniczyć w Sakramencie Ołtarza dopiero osiągnąwszy zdolność rozróżniania Chleba Eucharystycznego od zwykłego. Musi także nabyć umiejętność wybierania dobra i unikania zła. Dziecko dopuszczane do Eucharystii powinno świadomie używać rozumu. Dolna granica wieku wynosi około siedmiu lat. Najczęściej do Pierwszej Komunii Świętej przystępują dziesięciolatkowie, czyli uczniowie klasy trzeciej szkoły podstawowej. Są do tego obowiązkowo przygotowywani poprzez katechezę przynajmniej przez rok. Jest to dla młodego człowieka czas najodpowiedniejszy dla wtajemniczenia chrześcijańskiego, tak aby mogli przeżywać to wydarzenie w prawdziwej pokorze niewinnych serc i pełnym ufności rozumieniu.

Cały artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Komunia Święta” znajduje się na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Barbary Marii Czerneckiej pt. „Komunia Święta” na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego