Historia tego człowieka, który był święcie przekonany o słuszności swojego patriotycznego radykalizmu, sterowanego w rzeczywistości podszeptami z Moskwy, pokazuje świetnie postawy obecne i dzisiaj.
Marcin Niewalda
Jan Suchorzewski, dawniej wielki patriota, obrońca stanu szlacheckiego, radykalista i tradycjonalista – odpowiednik dzisiejszych krzykliwych nacjonalistów, ostatnie dwa lata grywał namiętnie w karty z ambasadorem Moskwy. Stracił ponoć dużo funduszy. Nie był przez niego urabiany promoskiewsko. Wręcz przeciwnie, jego postawa była coraz bardziej radykalna, wierzył, że tylko zachowanie tradycji jest siłą narodu.
Gdy posłowie udali się do króla z prośbą o podpis pod Konstytucją, zaczął głośno protestować, w końcu, wyrzucony z sali, wrócił, ciągnąc swojego synka. Przytknął mu szablę do szyi, mówiąc, że go zabije, jeśli król podpisze ustawę. W geście rejtanowskiego rozdzierania szat próbował zablokować sejm, krzycząc o wolności, szacunku, łamaniu praw.
Na szczęście syn został mu wyrwany z rąk, a on sam wysłany – jak się wyraził ksiądz Prymas – „do czubków”. Zgolono mu szlachecki czub na znak wstydu.
Nie powstrzymało go to jednak. Suchorzewski wstąpił niedługo potem do konfederacji targowickiej. Skazany na śmierć i infamię, nie miał czego szukać w kraju, a wyrok wykonano na nim symbolicznie.
Historia tego człowieka, który był święcie przekonany o słuszności swojego patriotycznego radykalizmu, sterowanego w rzeczywistości podszeptami ambasadora Moskwy, pokazuje świetnie postawy obecne i dzisiaj. Widzimy szantaż dziećmi utrudniający dokonywanie reform, widzimy hasła nacjonalizmu skierowane przeciwko postawom narodowym, widzimy ultra-tradycjonalizm katolicki, atakujący papieża i Sobór Watykański II.
Suchorzewski był „bardziej święty niż sam papież”, bardziej konserwatywny niż ci, którzy ratowali kraj przed „nowoczesnym” rozgrabieniem. Atakował nie sprzeciwem, lecz manipulacją. Nie miał żadnych zahamowań – nie zawahał się nawet szermować życiem własnego dziecka.
Cały artykuł Marcina Niewaldy pt. „.Nowoczesny Suchorzewski” znajduje się na s. 9 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 59/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marcina Niewaldy pt. „.Nowoczesny Suchorzewski” na s. 9 majowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 59/2019, gumroad.com
W piątkowym Studiu Dublin, jak zwykle wieści z Irlandii. Obok przeglądu prasy, historyczne kalendarium z czasami The Troubles w tle, sportowo o jeździectwie, golfie i rugby, oraz życzenia dla Enyi.
Prowadzenie: Tomasz Wybranowski
Współprowadzenie: Tomasz Szustek (gościnnie)
Wydawca: Tomasz Wybranowski
Realizacja: Tomasz Wybranowski (Dublin)
Realizacja: Paweł Chodyna (Warszawa)
Produkcja: Studio 37 – Radio WNET Dublin
W piątkowych dziennikach wydawanych w Republice Irlandii królował jeden temat: czy dojdzie do zapowiadanej nieoficjalnej wizyty Donalda Trumpa, czy też nie.
Tomasz Szustek omówił artykuł z dziennika „The Irish Times”. Nie jest pewne, czy do wizyty w Republice Irlandii w ogóle dojdzie.
Powód? Prezydent Donald Trump chce, aby premier Republiki Irlandii Leo Varadkar, odwiedził go w jego irlandzkiej posiadłości, z wielkim polem golfowym, na zachodzie Wyspy. Przedstawiciele irlandzkiego rządu nalegają jednak, aby do takiego spotkania doszło „w miejscu neutralnym”. Wizyta nie będzie miała charakteru oficjalnego.
Jak donosi Bogdan Feręc, szef portalu Polska – IE, czerwcowa wizyta Donalda Trumpa już aktywizuje tak irlandzkich zwolenników, jak i przeciwników obecnego prezydenta USA.
Do grona przeciwników wizyty dołączył właśnie związek Unite, który wezwał rząd, nawiasem mówiąc, rząd, który zaprosił prezydenta Trumpa do Irlandii, by przeciwstawił się odwiedzinom prezydenta USA na wyspie.
W irlandzkich mediach, w gorącym czasie przedwyborczym, dziennikarze spekulują na temat wyjątkowego zbiegu okoliczności, którym można nazwać zapowiadane przez irlandzki rząd wsparcie dla sektora rolnego. Jest to o tyle podejrzane, że zbiegło się z finałem kampanii eurowyborów, w której rządząca Fine Gael nie ma najlepszych notowań.
Jak donosi „The Irish Times” gabinet Leo Varadkara przeznaczył w ciągu ostatnich tygodni 100 milionów euro na przemysł rolny ze szczególnym uwzględnieniem sektora wołowiny.
Kuba Grabiasz – Sport Studio Dublin. Fot. arch. Studio 37.
W sportowej części „Studia Dublin” Kuba Grabiasz, jak zwykle z pasją i znawstwem materii, opowiadał o finale rozgrywek rugby w ramach Heineken Champions Cup, z udziałem irlandzkiego Leinster i angielskiego klubu Saracens. Na St. James’ Park w Newcastle lepsi okazali się Anglicy wygrywając z irlandzką drużyną 20:10.
Nasz sportowy ekspert mówił także o decyzji Michaela O’Leary’ego, prezesa linii lotniczych Ryanair, który zdecydował się na likwidację, w ciągu najbliższych czterech lat, swojej stadniny koni wyścigowych. Na deser szczypta ekskluzywnego golfa.
Pomnik ku czci ofiar zamachów bombowych z dnia 17 maja 1974 w Dublinie. Fot. Studio 37
W kalendarium „Studia Dublin” Tomasz Szustek powrócił do czasów Troubles, czyli konfliktu o podłożu narodowościowym i religijnym na irlandzkiej wyspie. Termin „irlandzka wyspa” został użyty celowo, bowiem konflikt ten dotyczył zarówno Irlandii Północnej jak i Republiki Irlandii.
17 maja to jedna z najbardziej tragicznych rocznic a dotyczy serii najkrwawszych i skoordynowanych ze sobą zamachów, które złożyły się na jedną terrorystyczną akcję.
17 maja 1974 roku pro – brytyjska bojówka przeprowadziła trzy zamachy bombowe w centrum Dublina i jeden w mieście Monagham, które leży przy granicy z Irlandią Północną. W wyniku tych zamachów zginęły trzydzieści cztery osoby, a blisko trzysta zostało rannych. Tomasz Szustek przyjrzał się bliżej strategii tych zbrodniczych aktów i reakcjom na nie.
Miejsce zamachu bombowego 17 maja 1974 roku, Talbot Street w Dublinie, w dniu zamachu i dziś. Fot. (lewe) Dublin Public City Libraries; (prawe) Studio 37
17 maja 1974 roku, był również piątek. W Dublinie trwała akcja strajkowa kierowców autobusów. Data strajku była znana od jakiegoś czasu, tak więc dzień ataku na pewno nie został wybrany przypadkowo.
Tomasz Szustek był na wystawie poświęconej postaci wybitnego Polaka – Pawła Edmunda Strzeleckiego. O otwarciu wystawy 8 maja, mówiliśmy w programie „Studiu 37”. Ekspozycję uroczyście otworzył sam prezydent Irlandii Michael D. Higgins, co nadało wydarzeniu znaczenia i splendoru.
Fot. Studio 37 Dublin
Na wystawę składa się około dziesięciu sporych rozmiarów plansz informacyjnych, które zostały ustawione w szacownym gmachu biblioteki Royal Irish Academy, czyli Irlandzkiej Królewskiej Akademii, która mieści się w samym centrum południowego Dublina.
Nad wystawą pracowało dwoje irlandzkich historyków: prof. Peter Gray i prof. Emily Mark-FitzGerald. Idea stworzenia ekspozycji była inicjatywą Ambasady Polski w Republice Irlandii, któa także objęła nad nią patronat. Za ten projekt wystawiamy naszej placówce dyplomatycznej w Irlandii jak najlepsze opinie.
Wystawa mimo, że jest skromna, to została bardzo dobrze zorganizowana. Ma ona swoją stronę internetową www.strzelecki.ie, są dostępne dobrze opracowane broszury i foldery. Zrealizowane zostało także krótkie video z otwarcia, które można obejrzeć na stronie Ambasady RP w Dublinie.
Fot. Studio 37.
Paweł Edmund Strzelecki, pochodzący z Poznania podróżnik, był naukowcem i filantropem. W historii Irlandii zapisał się głównie dzięki pomocy w czasach Wielkiego Głodu. W trudnych dla Zielonej Wyspy czasach przebywał w Wielkiej Brytanii. Tam zaangażował się w działalność charytatywną.
Na zachodzie Irlandii nadzorował program pomocy humanitarnej, dzięki któremu od ponad 200 tys. irlandzkich uczniów zostało uratowanych od śmierci głodowej. W samym miasteczku Clifden pomógł pięciu tysiącom dzieci. Strzelecki zmarł w 1873 w Londynie i został pochowany na cmentarzu Kensal Green.
W 1997 jego prochy sprowadzono do kraju i złożono w Krypcie Zasłużonych Wielkopolan w podziemiach kościoła św. Wojciecha w Poznaniu.
18 czerwca 2018 roku, w centrum Clifden została odsłonięta szklana tablica ku jego czci. W 2015 roku postać filantropa upamiętniono w Dublinie, odsłaniając tablicę przy Sakville Place, tuż przy O’Connell Street. Ceremonii dokonali ówczesny burmistrz Dublina Christy Burke oraz prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. Tablica została ufundowana przez Fundację Kultury Irlandzkiej w Poznaniu oraz dublińskie Towarzystwo Polsko-Irlandzkie.
Pod koniec programu Tomasz Szustek przypomniał nagłą śmierć polskiego paralotniarza. W górach Wicklow doszło do tragicznego w skutkach wypadku, w którym zginął Rafał Skóra. Ekipa ratownicza odnalazła ciało Polaka w niedzielę 12 maja, na polu w okolicach Ballinacor Estate, w hrabstwie Wicklow.
Trwa akcja zbierania pieniędzy dla rodziny zmarłego. [*] Rafał Skóra osierocił dwójkę małych dzieci. Pieniądze są potrzebne do przetransportowania zwłok, przygotowania pogrzebu i pochówku, oraz wsparcia wdowy i sierot. W akcję, wedle naszej wiedzy, nie zaangażowała się polska placówka dyplomatyczna. Z pomocą pośpieszyli inni paralotniarze. Więcej na ten temat w poniedziałkowym Poranku WNET.
Podpuścił to w dużej części sfeminizowane środowisko do działań przeciwko społeczności szkolnej, a także samym sobie. A po wykorzystaniu do celów politycznych, zwyczajnie porzucił swoje nauczycielki
Aleksandra Tabaczyńska
Teraz, w maju, gdy odbierają pensje pomniejszone o blisko połowę, zastanawiają się, jak zapłacą bieżące rachunki. Niestety działały jak w amoku i z rzekomej miłości do szkoły gotowe były wzniecić pożar nawet całego polskiego systemu edukacji. A dziś bez podpisania jakiegokolwiek porozumienia z rządem zostały z niczym. Co dalej?
– Mamo, dziś nauczyciele skłamali – oświadczył swojej mamie po powrocie do domu uczeń poznańskiej szkoły podstawowej pierwszego dnia po zakończeniu strajku. W szkole odbył się apel, na którym przemawiał dyrektor szkoły, stojąc w otoczeniu nauczycieli. Oczywiście tylko tych, którzy uczestniczyli w proteście. – Mówili, że strajkowali dla dobra szkoły, a przecież chcieli tysiąc złotych! – opowiadał bardzo przejęty kilkulatek. Chciałabym móc pociągnąć za język małego bystrzaka i spytać, czy na apelu odbył się także przegląd piosenki strajkowej oraz czy szacowne grono występowało w strojach organizacyjnych, to znaczy, czy nauczyciele nadal byli poprzebierani za zwierzęta hodowlane.
Można by się z tej scenki – w stu procentach prawdziwej, niestety – także serdecznie pośmiać, gdyby tak jaskrawo nie obrazowała skali zniszczeń, jaką wywołała akcja strajkowa. Dodam tylko, że na zakończenie apelu zarządzono oklaski dla strajkujących. I jak opowiadał malec: – Pani kazała, to żeśmy klaskali.
Ale warto zauważyć, iż znaleźli się nauczyciele, którzy z pewnością na tym apelu nie otrzymaliby braw. Chcę przedstawić ich punkt widzenia. (…)
Spotkałam się wielokrotnie z przekonaniem, które pokutowało wśród nauczycieli, rodziców, właściwie dużej części społeczeństwa. Według pogłosek, katecheci mieli nie strajkować dlatego, że im biskupi zakazali. Chciałabym temu stanowczo zaprzeczyć. W mojej szkole nie strajkowało siedmiu nauczycieli, w tym tylko dwóch katechetów. W całym dekanacie lwóweckim, na terenie którego leży Nowy Tomyśl, zdarzało się, że katecheci wzięli udział w protestach.
Może warto wyjaśnić, skąd taka informacja i dlaczego nabrała takiego rozgłosu. Otóż niektórzy nauczyciele religii na początku akcji byli zdezorientowani i zwyczajnie pytali o zdanie księży, a także biskupów. Ci przypominali im, czym jest misja katechetyczna. To wszystko. Zresztą nie ukazał się w naszej diecezji żaden komunikat Kurii Poznańskiej ani Konferencji Episkopatu Polski dotyczący nauczycieli religii w kontekście protestów.
Paradoksalnie, pogłoski o rzekomym zakazie strajku stały się dla nas swoistą tarczą. W mojej szkole szykany dużo częściej spotykały niestrajkujących nauczycieli innych przedmiotów. Oczywiście mnie też nie ominęły przykrości.
Usłyszałam wielokrotnie pod swoim adresem, że jestem łamistrajkiem, nie odpowiadano mi „dzień dobry”, ignorowano mnie itp. Atmosfera w szkole była bardzo, bardzo trudna. Jednak nie słyszałam, by którykolwiek ze niestrajkujących nauczycieli żałował swojej decyzji.
Mimo licznych nieprzyjemności, warto było wesprzeć swoich uczniów na egzaminach, a także kontynuować przygotowania komunijne. Te, oczywiście, wyłącznie na terenie kościoła. (…)
Szczęściarzami okazali się rodzice, których dzieci uczą się w szkołach katolickich. Tam nauka odbywała się zgodnie z planem i żadna akcja strajkowa nie zakłócała funkcjonowania szkoły. I to właśnie te placówki odegrały znaczącą rolę w ostatecznym uniemożliwieniu strajkującym zablokowania egzaminów i matur, a co za tym idzie, w tak zwanym „zawieszeniu strajku”. Bo można nie lubić PiS-u, można mieć pretensje do rządu i „łykać” różne medialne straszenia Polaków przez opozycję. Można nawet podzielać poglądy Sławomira Broniarza i popierać protestujących nauczycieli. Jednak to wszystko przestaje mieć znaczenie, gdy maturzyści – w tym dzieci dobrze ustawionych zawodowo rodziców – mieliby nie zdawać matury i w konsekwencji stracić rok. Mało tego, na prestiżowych kierunkach studiów będą uczyć się absolwenci szkół katolickich, którzy maturę zdadzą i bez problemu oraz przesadnej konkurencji dostaną się na każdy wymarzony kierunek. W tym kontekście warto zapoznać się z opinią nauczycielki Szkoły Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców im. bł. Natalii Tułasiewicz w Poznaniu, której dane znane są redakcji:
(…) Strajk pokazał bardzo wiele smutnych obrazów, ale przede wszystkim odsłonił prawdziwe oblicze nauczycieli. Wszyscy mogli zobaczyć, którzy z nich nigdy nie zostawią swoich uczniów i doskonale rozumieją swoją powinność, a którzy potrafią bezwzględnie zamienić uczniów w zakładników. (…)
Dzisiaj doprawdy już nie wiadomo, czy bardziej jest nam wstyd, czy bardziej nam żal ludzi, którzy zaprezentowali wątpliwe talenta, odsłaniając prawdę o swoich umiejętnościach, które – można zakładać – są na takim samym marnym poziomie, jak treści „żałosnych pieśni”.
Nie będę w tym momencie przywoływać smutnych obrazów opustoszałych parkingów pod szkołami w czasie strajku, świadczących o nieobecności nauczycieli, bo tym z pewnością zajmą się organy prowadzące i kuratoria. Ani też nauczycieli pędzących w czasie strajku na korepetycje do prywatnych domów uczniów czy do innych szkół, w których uczą strajkujący, ponieważ liczę na to, że sami „aktorzy” zrozumieli, że najwyższa pora rozstać się z zawodem. Liczę też na to, że wcześniej nie zapomną przeprosić swoich uczniów czy – jak to ujęto – „buraków i leni” oraz wszystkich, którzy byli narażeni na słuchanie choćby fragmentu ich prymitywnych występów. Chociaż nie zdziwi mnie, gdy odwołanie się do honoru zawiedzie.
Cały artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Krajobraz po bitwie” znajduje się na s. 1 i 2 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 59/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Krajobraz po bitwie” na s. 1 i 2 majowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 59/2019, gumroad.com
„Problemem nie jest brak przepisów, tylko problemem jest brak konsekwencji”.
Ks. prof. Paweł Bartkiewicz komentuje w Poranku WNET głośny dokument braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.
„Zasadniczy przekaz tego filmu, to stanięcie przy stronie ofiar; walka z pedofilią. (…) Jeżeli ten film służy demaskacji zjawiska pedofilii i walki z nią, to cały sercem podpisuje się pod nim i dziękuje panu Sekielskiemu. Ale pojawiają się we mnie liczne wątpliwości nie tylko związane z przekazem, ale także z formą tego przekazu”.
Duchowny zwraca uwagę na zestawianie w filmie informacji o czynach pedofilskich z obrazami świętych miejsc i obrazów, które może nasuwać odbiorcy skojarzenie sprawowanej przez Kościół liturgii z pedofilią. Podkreśla przy tym, że Kościół w swych normach radykalnie sprzeciwia się pedofilii i potępia „używanie człowieka w przestrzeni seksualnej”. Odnosząc się do filmu, wyraża wątpliwości wobec jego zgodności z zasadami dokumentu, np. w scenie poszukiwania przez bohaterów kard. Dziwisza. Tą ostatnią określa jako „porażającą naiwnością” i wyreżyserowaną.
W kontekście cierpień ofiar wykorzystywania seksualnego ksiądz profesor odnosi się do problemu edukacji seksualnej i nadużyć, które mogą się z nią wiązać.
„W podobny sposób jak ubolewamy nad losem 12 latka gwałconego na plebanii (…) przez osobę duchowną, tak samo możemy wyrażać swój radykalny sprzeciw (…) i oburzenie w stosunku do dziecka sześcioletniego, ośmioletniego, które poddawane jest np. przymusowej masturbacji przez seksedukatora w ramach zajęć z edukacji seksualnej w przedszkolu czy szkole. To jest ten sam proceder. To jest ta sama krzywda”
W Mysłowicach zachowano się jak trzeba. Odsłonięcie w I Liceum Ogólnokształcącym w Mysłowicach tablicy poświęconej członkom organizacji Tajne Harcerstwo Krajowe – Szeregi Wolności (1948–1953)
Stefania Mąsiorska (opr.)
Tajne Harcerstwo Krajowe powstało w marcu 1948 r. w Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki w Mysłowicach z inicjatywy Juliusza Gamży, Pawła Ścierskiego, Teodora Krzemienia, Wiktora Kokota i Ryszarda Tuszyńskiego. Na początku 1952 r. w jego skład wchodziły grupy: Mysłowice, Lędziny, Goławiec, Imielin, Bieruń i Katowice. 2 lutego 1952 r. Tajne Harcerstwo Krajowe zmieniło nazwę na Szeregi Wolności. (…)
Złożenie uroczystej przysięgi odbyło się 14 marca 1948 r., po uprzednim zdjęciu ze ściany portretu Bolesława Bieruta, w klasie pustej w niedzielę szkoły, której kierownikiem był ojciec jednego z konspiratorów.
Na tę uroczystość zakupiono pięć wizerunków Matki Boskiej, przygotowano biało-czerwoną flagę i krzyż, na który miano składać przysięgę, a także portrety Andrzeja Małkowskiego – założyciela Związku Harcerstwa Polskiego i Baden Powella – założyciela skautingu. Sposób składania przysięgi był ściśle określony: dwa palce winny być położone na krzyżu. Przysięga brzmiała następująco:
Przyrzekam przed Majestatem Najwyższego, że będę wytrwale i w każdej dogodnej sytuacji walczył z zalewem komunizmu, podsycał płomień poczucia prawdziwej polskości wśród narodu, jako też bez najmniejszej zdrady spraw organizacyjnych, będę się starał czynić wszystko w zgodzie i z nadzieją lepszego jutra i kończyła się słowami: „Tak mi dopomóż Bóg”.
Tajne Harcerstwo Krajowe w swych założeniach zmierzało do zmiany ustroju i rządu w Polsce, zerwania stosunków z ZSRR, a tym samym wprowadzenia nowej władzy i nowego ustroju w Polsce, z całkowitym wykluczeniem komunistów z życia politycznego. W założeniach programowych była także mowa o walce z rusyfikacją.
Umożliwić zrealizowanie zakładanych celów miało m.in. „sianie” w społeczeństwie nienawiści do ustroju, rządu Polski Ludowej, komunizmu i ZSRR, wychowanie młodzieży we wrogim stosunku do Polski Ludowej i ZSRR, nawoływanie społeczeństwa do wystąpienia w obronie religii katolickiej, a robotników do niepodejmowania współzawodnictwa pracy oraz nieuczestniczenia w obchodach pierwszomajowych. W późniejszym czasie hasła Tajnego Harcerstwa Krajowego radykalizowały się, nawołując społeczeństwo do podjęcia walki z ustrojem Polski Ludowej i komunistycznym rządem. (…)
„Aresztowania blisko 60 osób odbyły się w połowie listopada 1953 r. Aresztowani zostali osadzeni w Więzieniu Karno-Śledczym w Katowicach przy ul. Mikołowskiej. Cechą charakterystyczną pawilonu śledczego było to, że w każdej celi przebywał »kapuś«.
W końcu 1953 r., już po śmierci Stalina, nastąpiło pewne złagodzenie metod śledczych. Już nie bili, lecz stosunkowo wiele innych dokuczliwych metod stosowali, takich jak: plucie w twarz, wszelkiego rodzaju obelgi, siedzenie godzinami na taborecie przy otwartym oknie, zwłaszcza w nocy, czy siedzenie na nodze odwróconego taboretu. Byli też tacy śledczy, którzy mieli jakiś szatański pomysł, żeby bluźnić na temat religii. Potrafili to robić całymi godzinami” (Wspomnienie Juliusza Gamży, pseudonim Kmicic, Marian, dowódcy Tajnego Harcerstwa Krajowego). Wszyscy zostali skazani przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Katowicach. (…)
W czwartek 28 lutego 2019 r. w I Liceum Ogólnokształcącym im. T. Kościuszki w Mysłowicach z inicjatywy dr. Andrzeja Sznajdera, Dyrektora Oddziału Katowickiego IPN, odbyło się odsłonięcie tablicy poświęconej członkom organizacji Tajne Harcerstwo Krajowe – Szeregi Wolności, działającej w latach 1948–1953.
Uroczystości zaszczycili swoją obecnością byli członkowie Tajnego Harcerstwa Wiktor Kokot i Konrad Graca oraz rodziny nieżyjących już członków THK. Na odsłonięcie tablicy przybyli również parlamentarzyści ze Śląska, reprezentanci samorządów, organizacji kombatanckich i harcerskich, stowarzyszeń i związków zawodowych, służb mundurowych, przedstawiciele mediów i inni zaproszeni goście, a zwłaszcza młodzież szkolna.
Cała opracowana przez Stefanię Mąsiorską informacja pt. „W Mysłowicach zachowano się jak trzeba” znajduje się na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Opracowana przez Stefanię Mąsiorską informacja pt. „W Mysłowicach zachowano się jak trzeba” na s. 12 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com
W armii polskiej zmienił się jego stosunek do służby wojskowej. Przełożeni potwierdzali jego rosnące zaangażowanie i entuzjazm dla idei niepodległości Polski i powrotu Górnego Śląska do Macierzy.
Zdzisław Janeczek
W tym roku będziemy obchodzić 100 rocznicę I powstania śląskiego. Z tej okazji warto przybliżyć sylwetki bohaterów tamtych wydarzeń, często zapomnianych lub celowo pomijanych przez wiele lat w oficjalnych publikacjach historiografii PRL-u, m.in. w Encyklopedii powstań śląskich. W grupie dotkniętej zapisem cenzorskim znalazł się m.in. kapitan Wojsk Polskich Henryk Kalemba, ofiara zbrodni katyńskiej, dla którego zapewne z tego powodu zabrakło miejsca na tablicy epitafijnej pomnika ustawionego na skwerze im. jego towarzysza broni i krajana Walentego Fojkisa, dowódcy katowickiego 1. Pułku Powstańczego im. Józefa Piłsudskiego.
Obaj urodzeni w Józefowcu, należącym wówczas do gminy Dąb, i związani z pobliskimi Siemianowicami Śląskimi, przeszli ten sam szlak bojowy. Jak dotąd czyny H.A. Kalemby i pamięć o nim zostały uwiecznione w kościele garnizonowym Wojska Polskiego pw. św. Kazimierza Królewicza w Katowicach i przez córkę Józefę Bogdanowiczową, która zamieściła inskrypcję na grobie jego żony Bronisławy Kalembowej na cmentarzu parafialnym w Dębie. To jeden ze wzruszających dowodów, iż zachowała ona przez całe życie głęboki szacunek wobec ojca.
Autor rozprawy ma nadzieję, iż pisząc szkic biograficzny Henryka Aleksandra Kalemby, przyczyni się do naprawienia błędu niedopatrzenia, za jaki należy uznać niewątpliwie pominięcie jego nazwiska na obelisku. Jak na ironię, był on inicjatorem i budowniczym jego pierwowzoru z 1938 r.!
W eseju zostały zawarte informacje dotyczące nie tylko życia żołnierskiego, zainteresowań kapitana Henryka Aleksandra Kalemby, ale także wydarzeń politycznych, w które angażował się on i jego najbliżsi. Historia rodziny Kalembów jest bowiem odbiciem losów narodu, skupionym jak w soczewce na trzech pokoleniach: Józefa seniora – hutnika zmagającego się z wyzwaniami, jakie niosła rewolucja przemysłowa i bismarckowski Kulturkampf, Henryka juniora – uczestniczącego w odbudowie państwa polskiego – i jego córki Józefy – ofiary terroru niemieckiego i świadka narodzin PRL-u, a z nim „katyńskiego kłamstwa”. Józefa wraz z matką Bronisławą, wyczekującą powrotu męża z wojny, przez długie lata musiały okazywać hart ducha, być mocne i „twarde jak kamień”, by przetrzymać doznane krzywdy, cierpienia i upokorzenia.
Kapitan Henryk Aleksander Kalemba był człowiekiem swojej epoki, a jego życie odzwierciedlało cechy charakterystyczne czasów, w których przyszło mu żyć. Niech esej poświęcony bohaterowi nie tylko śląskich powstań przywróci godność wszystkim ofiarom bezprawia.
Jego historia pokazuje, iż Niepodległość Rzeczpospolitej miała nie tylko wielkich ojców; miała także cichych bohaterów „tworzących podglebie, na którym wyrosła wolność”.
Henryk Aleksander Kalemba, ps. Biały, kawaler Krzyża Virtuti Militari, Krzyża Niepodległości, Krzyża Walecznych, Gwiazdy Śląskiej, Krzyża na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi, weteran pierwszej wojny światowej, wojny polsko-bolszewickiej, trzech powstań śląskich i kampanii wrześniowej, urodził się 15 VII 1899 r. w Józefowcu (kolonii wiejskiej gminy Dąb), osadzie przemysłowej w pow. Katowickim. Był dzieckiem zatrudnionego w wełnowieckiej cynkowni „Hohenlohe” („Silesia”) hutnika Józefa Kalemby (7 VIII 1874–9 XI 1960) i Franciszki Drong (3 XII 1873–9 X 1952), połączonych węzłem małżeńskim w 1897 roku. W pamięci rodzinnej zachowały się żartobliwe słowa wypowiedziane do położnicy po jego narodzinach: „synka wom przyniósł w dziobie”.
Nasz bohater miał liczne rodzeństwo: braci Józefa i Alojzego oraz trzy siostry: Wiktorię, Marię i Cecylię. Toteż Franciszka Kalembowa nieraz musiała stanowczością przykrywać rozsądną dobroć i matczyną czułość. Nie zadręczając się codziennymi przeciwnościami losu, stworzyła mężowi i dzieciom ciepły, rodzinny dom.
Ciężko pracująca pani domu miała dla swych dzieci zawsze czas i bezmiar czułości. Towarzyszyła dzieciństwu Henryka. Uczyła polskiego pacierza, prawiła śląskie godki o śląskiej ziemi i o Polsce, co żyć będzie. Jej niewątpliwie zawdzięczał wspomnienie o legendarnej krainie dzieciństwa i młodości oraz Bożą iskrę w sercu.
Od matki też uczył się wiary prostej, silnej, a według opinii niedowiarków – naiwnej. Rodzina była wyznania rzymskokatolickiego. Kościół i religia w czasach najcięższych prób były dla dziadków i rodziców H. Kalemby ostatnią przystanią, która nie zawiodła i pozwoliła przetrwać pruską politykę Kulturkampfu, obronić wiarę ojców i macierzysty język.
O uczuciu tym poeta napisał: „Jest to wiara, która z rzewną szczerością podaje umarłemu gromnicę, rozwija chorągiew z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, przed której obrazem pada w kościele na wznak i gorącymi łzami zimną zlewa posadzkę. Jest to wiara, która mai krzyże przydrożne […]. Wiara, która kredą święconą w Trzech Króli kreśli na drzwiach […] znaki […] aby dobytek nie zmarniał. […] Wiara tak silna, że na jej zawołanie spokojny, pracy […] oddany, pójdzie, zawiesiwszy szkaplerz na piersiach, w najkrwawszą zawieruchę”. Ten hart ducha krewni Kalemby zawdzięczali częstym pielgrzymkom do sanktuarium w Piekarach Śląskich, gdzie były Gradusy – Święte Schody, po których po dziś dzień tradycyjnie przechodzi się na kolanach i boso.
W domu rodzinnym H. Kalemba dowiedział się, że człowiek ma dwie matki – tę, która go urodziła, i Ziemię Ojczystą, na której żyje. W domu mówiło się po polsku. W tym języku mały Hajnuś porozumiewał się w czasie zabaw z rodzeństwem i kolegami na podwórzach Józefowca, Wełnowca i Kolonii Agnieszki lub na brzegach pobliskiej Rawy przecinającej rozległą płaszczyznę otwartych pól. Tutaj, jako dziecko miasta, zyskał nową, pełną czarów przestrzeń dla wyobraźni, poznawał naturę i zwracał rówieśnikom uwagę na jej specyfikę. Ciszę zakłócał plusk kąpieli i okrzyki tryumfu dzieci jako poławiaczy ryb, raków i żab.
Mowa polska żyła także w murach kościoła pw. św. Jana i Pawła Męczenników w Dębie, który od 18 VIII 1894 r. dekretem biskupa wrocławskiego Georga Koppa miał status parafii. Przynależały do niej m.in. osady: Józefowiec, Bederowiec i Kolonia Agnieszki, gdzie rytm życia regulowały syreny kopalń i hut, a najbardziej znanymi osobistościami byli: naczelnik gminy, poczmistrz, aptekarz, proboszcz, piekarz, rzeźnik, drogerzysta, fryzjer i pruski żandarm. Józefowiec, Bederowiec i Kolonia Agnieszki to niewielkie ludzkie siedliszcza, uśpione kurzem unoszącym się z brukowanych kocimi łbami ulic. Kurz ten górnicy i hutnicy, gdy zaschło im w gardłach, regularnie „płukali” po szychcie piwem w miejscowej restauracji lub szynku.
Nieprzypadkowo Henryk odznaczał się wszystkimi cechami, które wyróżniały jego przodków i ziomków, takimi jak przywiązanie do wiary i mowy ojców, ostrożność i racjonalność w podejmowaniu decyzji, oszczędność czy trzeźwość myślenia. Nie ulegał mowom demagogów, by na ich życzenie chwytać za broń. Jeśli jednak już podejmował walkę, nie poddawał się, a gdy czegoś bronił, gotów był za swe ideały oddać życie. Z domu wyniósł nawyk ciężkiej pracy. Polskość łączył z żywą wiarą katolicką ugruntowaną przez matkę i surowego, ale kochającego ojca, wychowanków miejscowego społecznika, bogucickiego proboszcza ks. Leopolda Markiefki (1813–1882).
Cały artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Kpt. Henryk Kalemba. Ofiara bezprawia i niechciany bohater” znajduje się na s. 6–7 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Kpt. Henryk Kalemba. Ofiara bezprawia i niechciany bohater” na s. 6–7 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com
Po rozpadzie Yardbirds Jimmy Page zaproponował Chrisowi pozycję basisty w nowym zespole, który otrzymał później nazwę… Led Zeppelin! Chris Dreja jednak odmówił, aby oddać się pasji fotografii.
Sławek Orwat
Mark „Bestia” Olbrich
Eric Clapton, Jeff Beck, Jimmy Page… czym przyciągaliście najwybitniejszych gitarzystów solowych? Którego z nich darzysz największą sympatią jako człowieka i jako artystę?
Graliśmy bardzo dobrą muzykę, więc wszyscy chcieli z nami grać. Eric był z tej samej szkoły artystycznej, do której chodziłem ja i Topham. Szybko zrobiliśmy własny materiał. Byliśmy odkrywczy i nowatorscy, a zarazem superszybcy i energiczni. Keith był wtedy najlepszym wokalistą w Londynie. Byliśmy tak popularni, że nawet inni grali nasze kawałki, przez co musieliśmy potem kilka rzeczy formalnie prostować. Zawsze miałem dobrą współpracę z gitarzystami. Ja i Eric mieliśmy nawet wspólny pokój do spania. Jimmy natomiast z początku był tak nieśmiały, że chował się za aparaturę. Beck był najbardziej utalentowany. Keith i Jimmy mieli mini morrisa, w którego pakowaliśmy cały nasz sprzęt plus cztery osoby! Nie było wtedy autostrad i to wszystko podczas jazdy skakało.
Eric był purystą bluesa. Grał wprawdzie nasze piosenki, ale jak już stały się słynne… odszedł. Yardbirds chciał eksperymentować we wszystkich kierunkach. Eric poszedł do Mayalla, ale jako ciekawostkę powiem, że i ja miałem kiedyś z Mayallem długą trasę we Francji. (…)
Po rozpadzie The Yardbirds Jimmy Page zaproponował ci pozycję basisty w nowym zespole, który otrzymał później nazwę… Led Zeppelin. Ty jednak odmówiłeś.
Przez sześć lat istnienia The Yardbirds graliśmy w Anglii i USA non-stop (dosłownie!) – codziennie. Stąd narodziła się w nas chęć zmian. Widziałem wiele rzeczy przez te lata. Wtedy była wojna w Wietnamie. Było okropnie. Durni ludzie pluli na powracających żołnierzy, kiedy tam byliśmy. Pewnego dnia wraz z Jimmym poszliśmy zobaczyć w Birmingham zespół, w którym grali Bonham i Plant. Plant nie bardzo wówczas nam się spodobał. Wtedy poznaliśmy też Johna Paula Jonesa i… ja z nim nie chciałem konkurować. Kiedy Jimmy zakładał z nimi nowy zespół, to najpierw nazwali się New Yardbirds, bo mieliśmy z Jimmym wspólne kompozycje, ale wówczas powiedziałem, że to ja mam moralne prawo do tej nazwy, przez co zmienili ją na Led Zeppelin. Zrobili Led a nie Lead dlatego, aby także Amerykanie wymawiali ją poprawnie. Zresztą to ja przyczyniłem się do powstania pierwszej okładki Led Zeppelin. Pojawiła się nawet kiedyś w „The Times” taka karykatura – stary człowiek siedzi z dziećmi i… najpierw jest Yardbirds, z którego jest Cream i Led Zeppelin, a z innego pnia wychodzą Deep Purple i Black Sabbath.
Podczas wręczania Polish International Musicmakers Hall of Fame widziałem w twoich oczach szczere wzruszenie. Czym dla ciebie jest ta nagroda?
Zaczęło się od Rock and Roll Hall of Fame w LA. Wprowadzili nas tam dopiero za trzecim razem. Nasz stół był obok stołu Stax, w którym grał min. świetny gitarzysta Steve Cropper i musieliśmy ubrać się w smokingi (śmiech). W końcu usłyszałem o Polskim International Hall of Fame. Super! Miło być tak wyróżnionym – niesłychane i nieoczekiwane. Osiem lat temu grałem jako Reunion Yardbirds w Polsce. (…)
Powiedziałeś, że Yardbirds jak na realia tamtej epoki grał muzykę popularną. Wtedy jakość takiej muzyki była bardzo wysoka. Jak myślisz, dlaczego teraz popularne granie jest tak marne? Dlaczego wysokiej jakości pop nie przebija się dziś do tej rangi popularności, jak wasza twórczość w latach 60. lub muzyka takich grup jak Smokie czy ABBA w latach 70.?
Mieliśmy wiele hitów, w tym mnóstwo top-ten, ale wtedy była inna motywacja – czerpaliśmy szczerą radość z grania. Dziś muzyka jest wypychana na piedestał za pomocą pieniądza, a nie jakości. Ludzie lubią pop, ale wraz z upływem czasu nie potrafią już połapać się, jakie powinny być jego standardy.
Cały wywiad Sławka Orwata i Marka „Bestii” Olbricha z Chrisem Dreją pt. „Czerpaliśmy szczerą radość z grania” znajduje się na s. 18 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Sławka Orwata i Marka „Bestii” Olbricha z Chrisem Dreją pt. „Czerpaliśmy szczerą radość z grania” na s. 18 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com
Oaxaqueńczyk Demián Flores to jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych artystów meksykańskich spod znaku grafiki i rysunku. Z okazji jego wizyty w Warszawie zapraszamy na rozmowę z artystą!
Istnieją takie zjawiska w historii świata, które odcisnęły się wieloletnią traumą na historii jego mieszkańców. Dla Europejczyków były to m.in. wydarzenia II wojny światowej. Tymczasem dla wielu Latynosów takim wydarzeniem był okres konkwisty i kolonizacji tej części świata przez przybyszów z Europy. Okres, który w wielu przypadkach spłynął „krwią i ogniem”. Jak wielka była skala tego zjawiska świadczy fakt, że stało się ono motywem twórczości wielu późniejszych artystów latynoamerykańskich.
Jednym z nich jest nasz gość – Demián Flores, jeden z najbardziej uzdolnionych i najbardziej docenionych współczesnych artystów meksykańskich. Pochodzący z południowomeksykańskiego miasta Juchitán de Zaragoza grafik i rysownik jest zarazem laureatem wielu nagród i stypendiów artystycznych niemalże na całym świecie. Jego prace wystawiane były na wielu międzynarodowych wystawach nie tylko Meksyku, ale i obydwu Ameryk, Europy, czy Azji.
Cykl grafik zatytułowany „Krwią i Ogniem” to jedno z bardziej intrygujących dzieł w dorobku artysty. Będący nawiązaniem do XVI-wiecznych ilustracji Theodora de Bry cykl obrazów to nie tylko nawiązanie do okresu konkwisty. W XVI-wieczne sceny wplecione bowiem zostały również obrazy bardziej nam współczesne. Odbiorca cyklu „Krwią i Ogniem” znajdzie zatem odwołania do wielu epok historycznych. I do walk o niepodległość Meksyku i do II wojny światowej i do wojny w Wietnamie. Również znajdziemy odwołania do współczesnej wojny z mafią narkotykową.
Razem z naszym gościem porozmawiamy o tematach, które inspirują go przy tworzeniu jego prac. Wspomnimy także o jego bogatym dorobku artystycznym. W rozmowie ze Zbyszkiem Dąbrowskim nasz gość opowie również o swojej pracy organizacyjnej. Przede wszystkim o swoich dwóch inicjatywach społecznych, którymi są Centrum Sztuk Wizualnych „La Curtiduría” oraz Laboratorium Sztuki. Obydwa znajdujące się w mieście Oaxaca. A skoro już mowa o Oaxace, postaramy się również przedstawić nieco ziemie ojczyste naszego gościa. A więc miasto Juchitán de Zaragoza, rejon Przesmyku Tehuantepéc oraz stan Oaxaca. Opowiemy nie tylko o samym regionie, ale także o jego mieszkańcach. O ich historii i kulturze sięgającej prekolumbijskich kultur Zapoteków i Mixteków.
Nasza audycja to również zaproszenie na wystawę „Krwią i Ogniem”. Można ją zwiedzać do września w Ogrodzie Rzeźb Juana Soriano w Owczarni koło Warszawy. Wystawa ta zorganizowana została z inicjatywy Ambasady Meksyku w Warszawie.
Na rozmowę o sztuce pochodzącego z Istmo de Tehuantepéc Demiána Floresa zapraszamy w najbliższy poniedziałek, 13-go maja, jak zwykle o 20H00! Będziemy rozmawiać po polsku i hiszpańsku!
¡República Latina – lubimy ciekawą sztukę!
Resumen en castellano: este lunes les invitamos para hablar sobre el ciclo de gráficas llamado “A Sangre y Fuego”. Su autor – Demián Flores es uno de los artistas contemporáneos mexicanos más interesantes y fertiles. Es también el laureado de varios premios y becas para artistas organizadas por las instutocuines de cultura latinoamericanas, norteamericanas y europeas.
Juntos con nuestro invitado vamos a hablar sobre la inspiración de sus varias obras de arte. Vamos también a mencionar de su iniciativas sociales, o sea el Centro de Artes Visuales “La Curtiduría” y el Laboratorio de Arte. Ambas instituciones ubicadas en la Ciudad de Oaxaca. Con nuestro invitado mencionamos también de su pequeña patria, o sea la ciudad natal de Juchitán de Zaragoza, del Istmo de Tehuantepéc y del Estado de Oaxaca. Vamos a charlar de la gente y su rica cultura, basada en las culturas y creencias precolombinas: Zapoteca y Mixteca.
Nuestra emisión será también la invitación para visitar la exposición “A Sangre y Fuego” que uno puede visitar en el Jardín Escultórico Juan Soriano en Owczarnia, cerca de Varsovia, hasta septiembre 2019.
Para la entrevista con Demián Flores les invitamos para el lunes 13 de mayo, como siempre a las 20H00 UTC+2! Vamos a hablar polaco y castellano!
Im dłużej się na jakiś temat rozmawia, tym pewniejsza jest PRAWDA. Budzi to niekiedy sympatię nawet pośród zacofanych prawicowców, gdyż naiwnie kojarzą to z biblijnym „Na początku było słowo”.
Herbert Kopiec
Obfitość słów
To nie przypadek – dalej postaram się uzasadnić, skąd się to bierze – iż ilekroć otworzę telewizor, to częściej niż niegdyś widzę gadające głowy. Zazwyczaj są to te same głowy i robi się nudnawo, bo z góry wiem, czego się mogę po nich spodziewać. Bez większego ryzyka popełnienia błędu łacno przewidzieć, jak i o czym będą rozmawiać, jak się będą spierać, przekrzykiwać, a bywa, że niekiedy i obrażać.
Nowością wydaje się to, że coraz częściej pojawiają się na ekranie brawurowo młócący słowami różnej maści, zazwyczaj lewackiej, intelektualiści i artyści. Wynajęci do mącenia w głowach, kreowani są – co istotne – na nosicieli prawd i cnót moralnych. Choć bywa to przecież irytujące, to zapewniam, iż stopień mojego poirytowania jest zbyt niski, aby skutkował już „mową nienawiści”, mimo że rzuca się w oczy, iż zapraszani do studia goście są agentami transformacji, wprzęgniętymi w przeprowadzanie rewolucji obyczajowej, będącej istotnym składnikiem tzw. zmiany społecznej. Owa niewinnie brzmiąca ‘zmiana społeczna’ zmierza do przysłowiowego postawienia świata na głowie, nad czym biadolę w każdym felietonie i nie zamierzam zaprzestać.
Polska pod tym (obyczajowym) względem na tle „postępowego” Zachodu wciąż wlecze się w ogonie, co w oczach „postępowców” chwały nam nie przynosi. I oby tak już na wieki zostało. A sprzyja temu świadomość, że nawet najwspanialsze osiągnięcia artystyczne nie gwarantują słuszności wyborów moralnych czy intelektualnych, a także nie stanowią skutecznej zapory przed manipulacją. Ta konstatacja dotyczy nie tylko naszego polskiego zaścianka, lecz także światowych areopagów. I jest trafna nie tylko wobec sfer artystyczno-literackich, lecz także wobec przedstawicieli nauk empirycznych – w końcu „paraliż postępowy także ścisłe trafił głowy”. Pamiętamy, jak wybielający komunistów metodą sofizmatów typu „czerń bielsza od bieli” nasz „zawodowy Ślązak”, niedawno zmarły Kazimierz Kutz (Panie, świeć nad Jego duszą) mówił o sobie: „Jestem chrześcijaninem pogańskim”. Informował (2007 r.), że ma swojego anioła stróża (…), tyle że „ze skłonnościami do libertynizmu”. Przy okazji wyznał: „Nie wierzę w diabła, ale każdy ma go w sobie”. Skołowany czytelnik miał jednak szansę poczuć się lepiej, gdyż w tym samym wywiadzie ówczesny senator Kutz bąknął: „Ja jestem facetem, który nosi w sobie diabła nieodpowiedzialności wobec samego siebie”. I nie musiał się z tej nonszalanckiej paplaniny tłumaczyć ani próbować ją jakoś wyjaśnić.
Nie musiał dlatego, że świat fundamentalnych wartości został sprytnie rozmazany. Nic nikogo nie obowiązuje w życiu publicznym, nie trzeba odpowiadać za to, co się powie czy zrobi. Wszystko bowiem stało się możliwe i względne zarazem. Nie ma już kłamstwa, bowiem nie ma kłamcy, jest tylko człowiek mijający się z prawdą. Nie ma złodziejstwa, bowiem nie ma złodzieja, tylko człowiek przywłaszczający sobie cudze mienie. Paradoksalnie wygląda na to, że patronuje tej nieustającej, niestety nonszalanckiej w tradycyjnym sensie gadaninie koncepcja popularnego i najbardziej znanego na świecie lewicowego filozofa niemieckiego J. Habermasa (ur. 1929). Źródłem Dobra i Prawdy nie jest dla tego mędrca metafizyczne niebo idei, lecz MÓWIENIE. Najogólniej rzecz ujmując, PRAWDA rzekomo rodzi się w słynnym dyskursie: im dłużej się na jakiś temat rozmawia, tym pewniejsza jest PRAWDA.
Budzi to niekiedy sympatię nawet pośród zacofanych prawicowców, gdyż naiwnie kojarzą to z biblijnym „Na początku było słowo”, zapominając, że ów początek nie był bynajmniej końcem, że szły za nim i sens, i siła, i czyn. Spójności w obrębie wyszczególnionych fenomenów świat przecież zawdzięcza swoje największe cywilizacyjne dobra i wartości.
To bodaj Platon jako pierwszy zauważył, że przeciwieństwem rozmowy, dialogu nie jest milczenie, ale bełkot, zalew słów, między którymi nie będziemy już potrafili rozróżnić tego co ważne, od tego co nieistotne. Kiedy piszę o zalewie słów i bełkocie, mam przed oczyma niektórych moich rodaków, którzy w czasach PRL-u ze względu na swoją osobliwą aktywność publiczną nazywani bywali mówcami absolutnymi.
Kto to był/jest ‘mówca absolutny’?
Potocznie mówiło się o takim: O, ten to ma gadane!. Natomiast zgodnie z definicją zaproponowaną (lata 70. ub. w.) przez prof. Henryka Jankowskiego – marksistowskiego fachowca od moralności socjalistycznej (potrafił być czasem dowcipny): jest to osobnik, który na widok stołu prezydialnego zaścielonego czerwonym suknem (za takim siedzieli zazwyczaj ważni PRL-owscy towarzysze) musiał przemówić. Podobnie jak byk na widok czerwonej płachty musi zaatakować. Nie było ważne, o czym taki mówca ględził: oczywiście nie wchodziło w rachubę, by krytycznie wobec tego, co mówili siedzący za stołem prezydialnym. Ważne, żeby mówił. Najlepiej potoczyście i długo. Zabranie głosu świadczyło bowiem o jego społecznym zaangażowaniu, a to często otwierało przed nim świetlaną przyszłość, czyli – na miarę innych atutów i kompetencji – karierę. Bez większego ryzyka popełnienia błędu da się powiedzieć, że niewiele się pod tym względem (choć upadł instytucjonalny komunizm) zmieniło.
Moc/skuteczność bezsensownych słów…
W rozprawie o sztuce prowadzenia sporów Artur Schopenhauer słusznie zauważył, że skutecznie oszołomić można nawet silniejszego od siebie przeciwnika, zalewając go potokiem bełkotu/bezsensownych słów. Schopenhauer nawiązywał tu do myśli z Fausta: „Przecz każdy sądzi, gdy usłyszy słowa, że muszą zawierać jakiś sens”. Tymczasem… figa. Wcale nie muszą! Fachowcy od dezinformacji dobrze wiedzą (pisałem o tym więcej w tekście Durna synteza), że programowo i nieprzypadkowo sensu ma nie być. Bo przecież słowa mają mącić; w tym tkwi ich destrukcyjna moc. Trudno się poniekąd dziwić, że w czasach cywilizacyjnej zapaści systematyczne, bezwstydne oswajanie ludzi/uczniów/studentów z koegzystencją sądów wzajemnie sprzecznych trwa; ba, bywa, że ma się coraz lepiej, zwłaszcza że, niestety, kurcząca się liczebnie kategoria tradycyjnych konserwatystów nie odkryła jeszcze efektywnych środków zaradczych. Jak się przed tym cwanym fortelem bronić? Wszak nazywając dziś wroga rasistą, seksistą, ksenofobem czy faszystą, nie potrzebujesz już odpowiadać na jego argumenty. To on musi się bronić – słusznie zauważają zachodni przeciwnicy nurtów lewicowych i skrajnie liberalnych: „W procesie sądowym oskarżony jest uznawany za niewinnego dopóty, dopóki nie udowodni mu się winy, lecz jeśli zarzutem jest rasizm, homofobia czy seksizm, dzisiaj istnieje od razu domniemanie winy. To oskarżony musi udowodnić swą niewinność ponad wszelką wątpliwość” (Patrick J. Buchanan, Śmierć Zachodu, 2005).
Sporo obserwacji w ostatnim czasie wskazuje, że i u nas w Polsce zanosi się na to, iż biada temu, na którego padnie oskarżenie o posługiwanie się „mową nienawiści”, „sianie nienawiści”. Niezależnie od faktów może mieć, jak to się mówi, przechlapane. Obym się mylił.
Słowa są niebezpieczną bronią
Vladimir Volkoff (Dezinformacja. Oręż wojny, 1991) przytacza spostrzeżenie autora książki Dywersja, z którego m.in. wynika, że motywacje mobilizujące serca i umysły ludzi nie mają nic wspólnego z obiektywną rzeczywistością: to mity sprawiają, że ludzie zrywają się do czynu. Mity mogą zafascynować umysły, uczucia i wyobraźnię grup ludzkich, dlatego że zaspokajają ich potrzeby lub dowartościowują. Takie uczucia i zachowania mogą zostać zaszczepione z zewnątrz lub całkowicie sfabrykowane. W zarysowanym kontekście znalezienie nośnych słów jest ważniejsze od analizy obiektywnych danych.
’Rasa niemiecka’ – przypomnijmy – była mitem, który kosztował życie milionów ludzi. Podobnie jak mitem był/jest ‘lud’, ‘sprawiedliwość ludowa’.
Współcześnie takimi nośnymi słowami są: ‘mowa nienawiści’, ‘dyskryminacja’, ‘rasizm’, ‘seksizm’, ‘ksenofobia’, ‘faszysta’, ‘wolność i tolerancja’, a także – jak słusznie zauważa filozof prof. Bogusław Wolniewicz (1927–2017) – wywrotowe hasła edukacyjne w rodzaju ‘szkoły przyjaznej’, opartej na „partnerstwie, a nie dominacji”, szkoły, w której dąży się do zacierania granicy między nauką i zabawą; a także do tego, by w szkole „nie katować” młodzieży matematyką, ale raczej uświadamiać ją seksualnie. W szkole wymarzonej przez lewaków – przypomina Wolniewicz – w imię humanizmu i ochrony ludzkiej godności zmierza się do zrównywania wszystkich oraz do jak najbardziej ich dobrotliwego traktowania – z chuliganem, bandytą i terrorystą włącznie. Wyjątek – pisze prof. Wolniewicz, któremu z lewakami nie po drodze – stanowić mają jedynie „rasiści” i „ksenofoby”. Ci powszechnym zrównaniem i dobrotliwością objęci nie są. Lewactwo – zauważa filozof – ma jeszcze jedną namiętność. Jest nią dążenie do „demokratyzowania” wszystkiego, co się tylko da. Lewak – pisze prof. Wolniewicz – rozumuje tak: demokracja to dobra rzecz, więc im więcej demokracji, tym lepiej. Nie zauważa logicznej wadliwości takiego wnioskowania. Tymczasem widać je natychmiast, gdy w miejsce ‘demokracji’ podstawimy w nim np. ‘motoryzację’ albo ‘przyprawę do zup’. Jak inne dobra – słusznie konkluduje Wolniewicz – demokracja ma swój graniczny stopień nasycenia, powyżej którego z dobra przeradza się w zło zwane anarchią. Słowem, lewakowi chodzi o szkołę, która byłaby dla młodzieży miejscem radosnej samorealizacji (Dydaktyka Szkoły Wyższej. Wybrane problemy, 2010).
Czy można mu to mieć za złe? Mało. Czyż wymienione programowe hasła lewoskrętnej pedagogiki, obiecującej przekształcenie nauki w zabawę, nie budzą sympatii? Kto temu zaprzeczy, no kto? Myślę, że niewielu. Dominują bowiem jawnie lub skrycie nurty lewicowe. I taka jest tendencja światowa. Prawoskrętność – pisze wzmiankowany wyżej prof. B. Wolniewicz – jest tępiona wszelkimi sposobami prawnymi i pozaprawnymi. Dobrze wiedział, co mówi, wszak, gdy przypomniał, że szkoła raczej ma uczyć, a nie bawić, że uczenie wymaga wysiłku, którego nie da się przeistoczyć w zabawę żadną pedagogiką – to nieźle mu się za to oberwało. Dość powiedzieć, że „sprawiedliwość” wymierzył prof. Wolniewiczowi sam lewoskrętny (a czasem nie) prof. Bogusław Śliwerski – przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. A więc nie w kij dmuchał! Dla zainteresowanych szczegółami podaję miejsce i czas tej „egzekucji”: blog B. Śliwerskiego, 23 listopada 2017, tytuł wpisu: Poskręcana pedagogika. Prof. Śliwerski (gdyby się ktoś pytał, bo nie jest to przecież obojętne dla niniejszych rozważań) to jest wielka marka. Ma na swoim koncie nie lada sukcesy pedagogiczne.
„Chyba dobrze kształciłem – zwierza się prof. Śliwerski – skoro po dzień dzisiejszy jeden z moich byłych studentów (Sławomir Broniarz) jest prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego”
(film, YouTube, spotkanie autorskie. APS w Warszawie, 2016).
Kultura przyjemności czy kultura wyrzeczenia?
Czyż nie jest miło wysłuchiwać, że celem wychowania jest tzw. samorealizacja, czyli pomaganie wychowankowi/uczniowi/studentowi w stawaniu się tym, czym pragnie on być? W owych pragnieniach na czoło wybija się pragnienie wolności i szczęścia (a jakżeby inaczej!). Mało. Ma to być samorealizacja nie taka sobie. Ma być – koniecznie „radosna”. Przy tym wolność i szczęście pojmowane są tu jako oswobodzenie się od nakazów i nieustająca konsumpcja i zabawa. Pokażcie mi takiego, komu nie marzy się być wolnym i szczęśliwym? Czy można się dziwić, że na gruncie takich marzeń świat zaludniły tzw. społeczeństwa ponowoczesne, które przyjmują cechy społeczeństw utopijnych? Takie utopijne współczesne społeczeństwa zaczynają wierzyć w możliwości osiągnięcia ziemskiej nieśmiertelności i doskonałości. Kulturę wyrzeczenia oraz ideały ma zastąpić kultura natychmiastowego spełnienia, przyjemności i zabawy. Przyjrzyjmy się tak pojmowanej kulturze i jej kreowaniu bliżej.
Nieustająca balanga
Gdyby jakiś etnolog spróbował zrekonstruować życie ludzi końca XX wieku na podstawie takich czasopism młodzieżowych jak „Bravo”, „Popcorn” czy „Dziewczyna”, musiałby stwierdzić, że było ono nieustającą balangą.
Nie było w Polsce czasopism, które przygotowywałyby do dorosłego życia. Było i jest wyłącznie kolorowo i wystrzałowo. Nie ma odniesień do tradycji, historii, literatury i sztuki. No, byłbym niesprawiedliwy: gdy idzie o sztukę, to można się nauczyć sztuki poprawiania urody.
Zredukowany świat przedstawiony w tych czasopismach opisywany jest zredukowanym językiem. Zapożyczone z angielskiego wyrażenia ‘super’, ‘czadowy’, ‘odlotowy’, ‘impreza’ są w stałym użyciu. Lista tematów nieobecnych na kartach tych czasopism jest długa („Więź” 1997/2). Także z analizy programów dziecięcych Telewizji Polskiej z tamtych lat wynika, że zaledwie jedna trzecia programów zawierała jakieś treści, które można by nazwać edukacyjnymi. O walorach poznawczych tych programów świadczy to, że z około połowy nie dało się wyodrębnić tego, o czym były. Myślę, że szczególnie niebezpieczne jest to, iż zarówno w prasie, jak i telewizji dziecięcej nieomal całkowicie nie mówi się o pracy nad sobą, o problematyce dobra wspólnego. O ojczyźnie nie było mowy w żadnym programie telewizyjnym (Pakiet Informacyjny Biura Studiów i Analiz Kancelarii Senatu, grudzień 1995). Niestety nie można powiedzieć, w początkach XXI wieku cokolwiek zmieniło się na lepsze pod tym względem.
Na koniec warto zauważyć
Oceniający drogę filozoficzną Habermasa twierdzą, że odniósł on sukces jako filozof społeczny dzięki niezrozumiałości swoich wielce skomplikowanych tekstów. Któż ośmieliłby się krytykować, kiedy nie bardzo jest za co uchwycić?
Powiadają, że Habermas nie oświecił duchowo młodych ludzi, raczej ich unieszczęśliwił. Ponieważ nie rozumieją jego eklektycznych i zawiłych wywodów, zaczynają wątpić w swoje intelektualne możliwości. Unikając zarzutu gołosłowności, krytycy filozofa podają przykłady (których z braku miejsca nie przytaczam), na co skazany jest czytelnik Habermasa. Coś jest na rzeczy. Zwróciło moją uwagę podobieństwo jego wywodów do tekstów naszych rodzimych koryfeuszy, którym wypominano posługiwanie się tzw. nowomową.
Przytoczę przykładowo wypowiedź znanego socjologa, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Piotra Sztompki (ur. 1944), utrzymaną w tej konwencji. Oto opis Polski po upadku komunizmu: „Spolaryzowane kulturowe zderzenie między nową, prodemokratyczną i prorynkową kulturą – kosmopolityczną, zsekularyzowaną – oraz antydemokratyczną i antyrynkową kulturą, łączącą w dziwnym sojuszu te konserwatywne, nacjonalistyczne, prowincjonalne, izolacjonistyczne i ksenofobiczne tematy tradycyjnej kultury krajowej z antyzachodnimi, antykapitalistycznymi, egalitarystycznymi i populistycznymi orientacjami kultury bloku sowieckiego” (C. Michalski, Credo heroiczne, „Życie”, 17–18.01.2004).
Myślę, że do tego typu wywodów jak ulał pasuje to, co pisał już Artur Schopenhauer: „Aby ukryć niedostatek rzeczywistych myśli, budują sobie niektórzy imponujący aparat długich, złożonych słów, zawikłanych banałów, niekończących się okresów, nowych i niesłyszanych wcześniej wyrażeń, z czego powstaje możliwie trudny i uczenie brzmiący żargon. Jednakowoż niczego nam to wszystko nie mówi: człowiek nie chwyta żadnej myśli, nie czuje, żeby przybyło mu choćby odrobinę wiedzy; może jedynie westchnąć: »klekot młyna słyszę doskonale, tylko mąki nie widzę«; albo też dostrzega się nazbyt wyraźnie, jakie ubogie, pospolite, płaskie i prostackie poglądy kryją się za tym bombastycznym stylem” (T. Gabiś, „Arcana” 6/2009). Myślę, że pretensje Schopenhauera można by uzupełnić o brak szacunku dla łacińskiej maksymy: „Trud jest w zwięzłości”. Widać, że uznani naukowi koryfeusze nie przejmują się też inną intuicją/prawdą, w myśl której „mówca, który nie torturował swych zdań, torturuje swoich słuchaczy”. I na koniec nieco ironicznie (choć raz jakiś pożytek z postmodernizmu…) proponuję moim Czytelnikom, abyśmy się na miesiąc rozstali, podśpiewując sobie na znaną melodię: Jeszcze jeden dyskurs dzisiaj, choć poranek świta…
P.S. Gdy czytam sugestywną metaforę Schopenhauera: „Klekot młyna słyszę doskonale, tylko mąki nie widzę”, to mam przed oczyma moją mamę-Ślązaczkę, która skonstruowała analogiczną metaforę, będącą reakcją/komentarzem na audycję radiową. Robiła ręcznie ze śmietany w maśniczce masło (lata 50. ub.w.), a czynność ta w powiecie rybnickim na Śląsku określana była słowem ‘działanie’. Z radia leciała transmisja ze zjazdu jakichś ówczesnych krajowych działaczy politycznych. Sprawozdawca radiowy podnieconym głosem we wszystkich przypadkach wywijał słowami: „działacze”, „aktywnie działają”… W pewnej chwili mama wyszeptała pod nosem swego rodzaju komentarz następującej treści: „Yno bez przerwy w tej Warszawie działają i działają, a masła jak ni ma, tak ni ma”…
Artykuł Herberta Kopca pt. „Obfitość słów” znajduje się na s. 5 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Herberta Kopca pt. „Obfitość słów” na s. 5 kwietniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com
Dobitnie szczegółowy opis tego, jak Rosjanie złamali obietnice rozejmu i ostrzelali wycofujące się wojsko ukraińskie. W czasie chaotycznego odwrotu zginęło 366 żołnierzy, drugie tyle zostało rannych.
Eugeniusz Bilonożko
Roman Zinenko jest byłym żołnierzem piechoty morskiej i batalionu ochotniczego Dnipro-1 oraz uczestnikiem walk o Iłowajsk w sierpniu 2014 roku. Swoje doświadczenia z wojny opisał w książce pt. Iłowajskij dziennik, która została opublikowana w wydawnictwie Folio w języku ukraińskim i rosyjskim. Tekst jest szczerym i dobitnie szczegółowym opisem tego, jak Rosjanie złamali obietnice rozejmu i ostrzelali wycofujące się wojsko ukraińskie. (…) Ukraińcy próbowali odbić strategicznie położony Iłowajsk z rąk Rosjan i separatystów. Pod koniec sierpnia 2014 r. ukraińskie wojsko i ochotnicy zostali okrążeni i w czasie chaotycznego odwrotu zginęło 366 żołnierzy. Niemal drugie tyle zostało rannych. Podobna liczba żołnierzy trafiła do niewoli. To tylko oficjalne dane. Prawdopodobnie straty były większe.
– Wszystko, co opisałem „Dzienniku iłowajskim”, to prawda, opisana tak, jak byłem w stanie ją odtworzyć. Cały tekst mojej książki został załączony jako materiał do sprawy śledczej.
Autor przedstawia w swojej książce wspomnienia oficerów i żołnierzy. Odtwarza wydarzenia na podstawie nagrań wideo i fotografii z sierpnia 2014 roku. Większość zebranych materiałów nie była wcześniej publikowana. Książka zawiera raport Tymczasowej Komisji Śledczej ukraińskiego parlamentu i relacje z najważniejszych śledztw dziennikarskich. Pierwsza część prezentuje wydarzenia, które miały miejsce od 7 do 24 sierpnia 2014 r., a druga – wydarzenia z okresu między 25 a 31 sierpnia 2014 r. (…)
– Rosjanie strzelali do samochodów oznaczonych białą flagą albo czerwonym krzyżem. W książce są świadectwa osób, które widziały, jak rosyjscy wojskowi rozstrzeliwali bezbronnych jeńców – powiedział Zinenko. (…)
– Obelgi rzucane ze strony Rosjan na mnie i na moją książką to codzienność, ale wiem, że dzięki mnie rodziny Rosjan, którzy zginęli w Donbasie, będą wiedzieć więcej i nie będą udawać, że Rosjan tam nie było. W Rosji brakuje prawdziwej informacji o wojnie w Donbasie i moja książka jest szansą na to, że Rosjanie dowiedzą się o swoich zbrodniach.
Cały artykuł Eugeniusza Bilonożki pt. „Kronika donbaskiego piekła” znajduje się na s. 4 kwietniowego „Kuriera WNET” nr 58/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Eugeniusza Bilonożki pt. „Kronika donbaskiego piekła” na s. 4 kwietniowego „Kuriera WNET”, nr 58/2019, gumroad.com