Najważniejsze polskie albumy muzyczne roku 2019. Część druga, od 40 do 30 miejsca – prezentuje Tomasz Wybranowski

W naszym subiektywnym i radiowym zestawieniu dziś kolejne najlepsze polskie płyty roku 2019. Co ważne (i ciekawe) bez podziału na style i gatunki. El music, obok jazzu, rocka progresywnego czy metalu.

Nagrania z każdego z omawianych i prezentowanych w zestawieniu albumów gościły na antenie Radia WNET. Bo radio WNET to „muzyka warta słuchania”. Kontynuujemy odliczanie.

                                                                               Tomasz Wybranowski

 

Program z omówieniem albumów z miejsc 51. – 41.

 

                                   Audycja z opowieściami o albumach z miejsc 40. – 30.

 

50. Michał Kowalonek: „O miłości w czasach powstania” (Agencja Muzyczna Polskiego Radia) – rock

49. Ryszard Makowski: „Ryszard Makowski (album)” – (Agencja Muzyczna Polskiego Radia) – piosenka / pop.

48. No More Jokes: „A ludzie się patrzą…” (Sonic Records) – rock / grunge / alternative metal

47. Kwiat Jabłoni: „Niemożliwe” (Wydawnictwo Agora) – folk

46. Blauka: „Miniatura” (Duża Wytwórnia) – rock / vintage / indie

45. Król: „Nieumiarkowania” (ART2) – electronic / rock

44. Amarok: „Storm” (On-Art) – ambient / rock progresywny / electronic

43. Konrad Kucz i Ola Bilińska: „Kucz/Bilińska” (MTJ) – avant – pop / dream pop

42. Michał Bajor: „Kolor Cafe” (Sony Music) – pop

41. Ladaco: „Pierwsze primo” (Ladaco Record) – post – rock / electronic

 

40. Pola Chobot & Adam Baran: „Jak wyjść z domu, gdy na świecie mży?” (FONOBO) – blues / rock

„Jak wyjść z domu, gdy na świecie mży?”  to spacer ulicami Saint Louis  niemal pod ramię z duchem Williama Christophera Handy’ego. Podczas słuchania tych nagrań poczułem te emocje, które ostatnio towarzyszyły mi podczas słuchania dzieła „Carry Fire” Roberta Planta.

Obok gitary rezofonicznej klarnet basowy, dobro i głos Poli Chobot, która wyśpiewując niezwykle emocjonalnie piosenkowe nowelki o strachu, odmianach miłości, wreszcie mrokach dusz ludzkich, udowadnia iż jest jedną z najciekawszych współczesnych polskich wokalistek.

 


39. MJUT: „Kurz i krew” (MTJ)

Rzutem na taśmę MJUT wydali krążek „Kurz i krew” pod koniec roku 2019, choć singlowych zapowiedzi albumu było bez liku: „Nie chcę prawdy”, „Nie zapomnij” czy „Piotruś Pan„.

Patryk Kienast, Marcin Świątek, Krzysztof Lewandowski i Jacek Rezner obdarowali nas płytą o rozstaniach. Ten koncepcyjny album rozdziera rany rozstajnych dróg, pochyla się nad ich konsekwencjami a to wszystko w smutno – rześkim klimacie gitarowego brzmienia oplecionego synth popowym klawiszem.

Album zdecydowanie na teraz, na przełom grudnia i stycznia. Gdy coś się kończy, wtedy na horyzoncie musi zabłyszczeć coś (albo Ktoś). Znakomita praca producenta Pawła Cieślaka.


38. 8 lat w Tybecie: „Betonu nie spalą” (Musicom) – rock

 


37. Trzynasta W Samo Południe: „II” (Góra Muzyki) – hard rock / rock

 



36. Bandonegro: „¡Hola Astor!” (SJ Records) – tango / jazz / fussion

 


 

35. Organic Noises: „Organic Noises (album)” (Lynx Music) – muzyka etno / world / rock progresywny

 


34. Marek Napiórkowski: „Hipokamp” (Wydawnictwo Agora) – jazz / blues jazz

 


33. Endorphine:  „Return To The Roots” (własne wydanie) – electronic / el – music

Oto podwójny (ponad dziewięćdziesiąt minut muzyki), zaskakujący, z licznymi odniesieniami do etno folku, korzennych brzmień, najlepszy album muzyki elektronicznej wydany w Polsce w 2019 roku.

„Return to the Roots” Adama Smoka Bórkowskiego, Krzysztofa Kurkowskiego i Piotra Skrzypczyka porywa falami endorfin. Bardzo polecam. 

 


 

32. Mery Spolsky: „Dekalog Spolsky” (Kayax Production) – pop / electropop

Płyta „Dekalog Spolsky” Mery Spolsky (właściwie Marii Ewy Żak), to niezwykłość. Konpcetualne dziełko sztuki, które zachwyca pomysłowością, uśmiecha się tanecznością i nowym oswojeniem (i uszeregowaniem) elekrtonicznym bitów, czasem trącących myszką. Wreszcie napisane przewrotnie i nieco poetycko, z zabawą z polszczyzną na wysokim poziomie („Bigotka”).

I pamiętajcie, że „nie mówi się o drugiej osobie źle”. Ta płyta i sama Mery zawsze wprawia mnie w lepzy nastrój a „Technosmutek” to jedna z najprzyjemniejszych muzycznych bryz na mej twarzy i uszach.  „Dekalog Spolsky” to bardzo oryginalna propozycja muzyczna dla tych, co to nieobrażalscy i nadto mają sporo dystansu.

 


 

31. Misia Furtak: „Co przyjdzie” (Wydawnictwo Agora) – alternatywa / dream pop

Ze swojej ażurowej delikatności czyni broń, która poraża i uzależnia. Z mocy swoich dźwięków i przenośni układa zwiewny kobierzec impresji o świecie, który za nami nie przepada. Któż to? To Misia Furtak, która dla mnie zawstydza muzycznie i atmosferycznie Julię Holter.

Co przyjdzie” to długo oczekiwany pełnowymiarowy debiut Michaliny Misi Furtak. Tym razem bez Très.b czy Wojciecha Mazolewskiego. I bardzo dobrze. Misa Furtak pokazała swoją kompozytorską wielkość. Jedenaście nagrań, od „Nie zaczynaj” (z tym niezwykłym dwuwierszem:

Nie zaczynaj ze mną / twojego czasu niech ci będzie żal

po „Co przyjdzie” to dzieło otwarte i moralizatorskie. Kołowrót bytu człowieczego losu obraca się w nieskończoność trwania kopuły nieba i bryły ziemi. Tyle, że różnią je, człowiecze losy, kolory emocji i temperatura stanu uczuć (i odczuć).

Muzycznie jest bardziej niż oszczędnie, ba, nawet minimalistycznie w anturażu smyczkowych zagrywek i lekko wyżej nastrojonych gitar. W jednym z programów powiedziałem, że

/…/ ten album to najbardziej kojący zestaw nagrań ostatnich lat, w zawieszeniu między kolczystą łagodnością i cieniu emocjonalnych spowiedzi z intymności nabieramy sił. /…/

 


 

30. Kobranocka: „My i Oni” (Soliton) – rock

Trzydziesta pozycja dla Kobranocki. która bez względu na upływ czasu wciąż kontestuje rzeczywiśtość i piętnuje głupotę, ubóstwo mózgowe i moralne rodaków, wreszcie bezrefleksyjność. Andrzej Kobra Kraiński, lider i frontman Kobranocki, w wywiadzie dla Dziennika Toruńskiego powiedzia o najnowszej płycie „My i Oni”:

Bo to w przeważającej części jest manifest buntu – takie czasy. Wydaje mi się, że o prawie każdej naszej płycie można powiedzieć, że dotykała takiej właśnie tematyki. W mniej lub bardziej zakamuflowany sposób. Pierwsza była o walce z komuną, druga o upadku tej komuny, trzecia o rządach, które uległy wpływom Kościoła… Zawsze jednak, mimo że każdy w zespole ma oczywiście swoje poglądy, deklarowaliśmy się jako zespół apolityczny.

Warto było czekać ponad dziewięć lat na tak dobry album Kobranocki. Kobranocka „tu i teraz” ostro przeciw nienawiści, nietolerancji i politycznym nakręceniom A.D. 2019, które szczują na siebie Polaków. Ich muzyka i przenośnie Kobry to uniwersalność przekazu, która przetrwa… tak długo jak nie zmienią się Polacy.

Album otwiera tytułowy „My i Oni”, który opowiada o dwóch stronach konfliktu, gdzie każda z nich widzi tylko swoją rację z chęcią pacyfikacji pozostałych. „Hejter” powinien być naszym drugim, po „Mazurku Dabrowskiego”, hymnem codziennym anonimowych Polaków. Ja wyróżniam „Jeżdżę na rezerwie”, „Za późno robi się” i mocne „Proszę księdza”.

Brzmieniowo jest nieco łagodniej, ale w przekazie album „My i Oni” jest bardziej niż dosadny, a czasem nawet wulgarny i siarczysty. Kobra nigdy nie napisał tak ostrych i pełnych goryczy słów, no może poza kilkoma piosenkami z debiutu „Sztuka jest skarpetką kulawego”.

Zdecydowanie polecam posłuchać tego krążka i to nie tylko fanom ekipy z Torunia. Premiera albumu miała miejsce 12 kwietnia 2019 roku i była to nasza „Polska Płyta Tygodnia”. Kobranocka to Andrzej „Kobra” Kraiński, Jacek „Szybki Kazik” Bryndal (aka Atrakcyjny Kazimierz), Piotr Wysocki i Jacek Moczadło.

Tomasz Wybranowski

Studio 37 na antenie Radia WNET: wtorki i czwartki od 14:00 do 16:00.
Studio 37 na antenie Radia WNET: wtorki i czwartki od 14:00 do 16:00.

Polak pije od czasu do czasu dużo, aby się upić, Francuz zaś pije po trochu, lecz stale, z obawy, aby nie wytrzeźwieć

Od czasu opublikowania przed paru laty statystyk WHO porzekadło „pijany jak Polak” można zaliczyć do obsoletów. Polacy spadli na 9 miejsce w rankingach światowych spożycia alkoholu.

Piotr Witt

Pierwsze zajęli Francuzi, ustępując po pewnym czasie tylko Litwinom. Polak pije od czasu do czasu dużo, aby się upić, Francuz zaś pije po trochu, lecz stale, z obawy, aby nie wytrzeźwieć. Przed obiadem – obowiązkowy apero – aperitif z białego wina, do obiadu, ma się rozumieć, ćwiartka albo lepiej pół czerwonego, zakończone kieliszkiem mocnego alkoholu po deserze na dobre trawienie. Po południu – szczęśliwa pora – już tylko piwo (dla młodzieży) albo whisky dla dorosłych. Dopiero do kolacji można naprawdę się napić. Nazajutrz do śniadania klin – białe na drewnianą mordę – gueule de bois, jak się tutaj obrazowo nazywa kaca.

„Święty Marcin pije wino, wodę pozostawia młynom” – mówi stare porzekadło. Patron Turenii pijał zapewne z umiarem; jakżeby inaczej doczekał się kanonizacji. Ale święci nie rodzą się na kamieniu. Narodowa choroba Francuzów, cirrhose – marskość wątroby – pochodzi ze stałego nadużycia alkoholu.

Rząd stoi w niemożliwej pozycji: jak wieloręczna, hinduska bogini Kali jednymi rękami niszczy to, co zbudował innymi. Popiera winiarstwo, którego dochody stanowią poważną pozycję w budżecie, ale zarazem odmawia od picia, propaguje wstrzemięźliwość, gdyż leczenie alkoholizmu, zwłaszcza marskości wątroby, znacznie budżet państwa uszczupla. (…)

W miarę zaniku tradycji na świecie, francuskie picie ewoluuje jednak i jakby maleje. W tym czasie wzrasta na naszej nudnej gałce liczba ludności i proporcjonalnie – popyt. Nie tylko Amerykanie i Anglicy, ale także Chińczycy, Hindusi, Żydzi i Polacy chcieliby się napić francuskiego wina. Nawet muzułmanie – w tajemnicy przed sąsiadami. Winogrodnicy francuscy nie mogą podołać zamówieniom. Poszukiwany na rynkach światowych okręg Cote du Rhone poradził sobie – jak o tym doniosła prasa przed trzema laty – zakupując 36 000 ton cukru; zapewne nie do słodzenia kawy, dzięki czemu pijacy na całym świecie znowu, jak co roku, mogli w listopadowy czwartek świętować nadejście nowego beaujolais (w tym roku – 21 listopada).

Świat łaknie przede wszystkim bordo. Bordo – bordo nierówne. Od czego zależą różnice smaku, nikt tego nie wie – mówi się o alchemii wina. Oprócz alchemii jest także chemia. Od czasu wynalezienia przed kilku laty substancji chemicznej o smaku bordo pewne etykietki (nie powiem które) cieszą się na świecie rosnącym popytem i osiągają przyzwoite ceny jako kwintesencja smaku.

(…) Mimo tak ogromnego sukcesu uprawcy zrzeszeni w Federacji Wielkich win Bordeaux (FGVB) zmusili do dymisji swego prezydenta Hervé Grandeau, którego wybrali w lecie 75 procentami głosów. Nie przeszkodziło im wówczas skazanie kandydata cztery dni wcześniej na pół roku więzienia z zawieszeniem za fałszowanie etykiet. Między 2010 i 2014 rokiem, według lokalnego dziennika „Sud Ouest”, Grandeau z bratem sfałszowali prawie 600 000 litrów wina.

Czy dymisja prezesa oznacza moralizację zawodu? Nie antycypujmy. W ostatnim tygodniu października Wielka Rada win Bordeaux wybrała jednomyślnie na prezydenta wielkie nazwisko lokalne. Hubert de Bouard, współwłaściciel słynnego Chateau Angelus – jednego z najlepszych win Francji (200–400 euro butelka) – zaleca się podobnym atutem wyborczym jak jego poprzednik – przeciwko niemu też wszczęto dochodzenie. (…)

Tymczasem pod bokiem wyrasta coraz silniejsza konkurencja. Białe wina produkowane w Sandomierskiem i okolicach Zielonej Góry, zdaniem redaktora Jana Bogatki nie ustępują reńskim i mozelskim. A on się na tym zna!

Felieton „Wino od święta i na co dzień” Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w grudniowym „Kurierze WNET” nr 66/2019, s. 3 – „Wolna Europa”, gumroad.com.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdą środę w Poranku WNET na wnet.fm.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 16 stycznia 2020 roku!

Felieton Piotra Witta pt. „Wino od święta i na co dzień” na s. 3 „Wolna Europa” grudniowego „Kuriera WNET” nr 66/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Szczęśliwego Nowego Roku 2020!

Życzymy, aby nadchodzący rok przyniósł Państwu wiele radości.

Szanowni Państwo!

Kończy się rok 2019.  O północy zainaugurujemy lata dwudzieste XXI wieku. Z tej okazji, redakcja Radia WNET życzy wszystkim słuchaczom realizacji wszystkich planów na kolejny rok, tak, by był on dużo lepszy od poprzedniego. Na dzisiejszą zaś noc życzymy szampańskiej zabawy.

Do siego roku!

Do dziś nie ukarano sprawców zabójstwa Jarosława Ziętary. Jest to jedyne morderstwo dziennikarza w Polsce po 1989 roku

W latach 90. każdy, kto cieszył się wsparciem służb, zarabiał i bardzo szybko się bogacił. Ci, którzy odważyli się choćby zauważyć nieprawidłowości, byli narażeni na prawdziwe niebezpieczeństwo.

„Proces ochroniarzy” to potoczne sformułowanie odnoszące się do toczącej się przed Sądem Okręgowym w Poznaniu sprawy, w której oskarżonymi są dwaj byli ochroniarze nieistniejącego obecnie poznańskiego holdingu Elektromis. Mirosława R. ps. Ryba i Dariusza L. ps. Lala obwinia się o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary.

Obaj oskarżeni nie przyznają się do winy. Rozprawy trwają od stycznia br., a kolejne zaplanowano już na cztery pierwsze miesiące 2020 roku. W sumie odbyło się 15 posiedzeń. Dwukrotnie sąd wyłączył jawność, a jedną rozprawę odwołano.

Zeznawało ponad dwudziestu świadków. Wezwanych osób było więcej, jednak z różnych powodów nie zgłosili, a wśród nieobecnych należy wymienić twórcę Elektromisu Mariusza Ś. Wszystkie rozprawy śledzą dziennikarze z poznańskich mediów, obserwatorem jest również Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Adwokat oskarżonych, Wiesław Michalski, zwracał się do sądu o wyłączenie jawności sprawy dowodząc, że świadkowie zeznający w tej sprawie przyznają, że wiedzę o niej czerpią z mediów. Zdaniem mecenasa informacje zawarte w relacjach dziennikarzy opatrzone są dodatkowo komentarzami autorów, a to może mieć wpływ na zeznania świadków. Ponadto dwóch poznańskich dziennikarzy, również na wniosek obrony, miało zasilić listę świadków. Skutkowałoby to tym, że do momentu przesłuchania ich przed sądem nie mogliby oni obserwować rozpraw, a tym samym informować o nich opinii publicznej. W takiej sytuacji znalazł się red. Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 27 lat walczy o wyjaśnienie tej straszliwej zbrodni. Kaźmierczak został wezwany jako świadek dopiero w kwietniu 2019 r. i do tego czasu nie mógł uczestniczyć w rozprawach.

W tym miejscu warto potwierdzić, że w zdecydowanej większości świadkowie, pytani przez sędziego Sławomira Szymańskiego, skąd znają sprawę Ziętary, przyznają, że głównie z mediów. Tylko jeden świadek stanowczo stwierdził, że nic o śmierci dziennikarza nie wie i nigdy o niej nie słyszał. Był to 78-letni Walerian P., który wyjechał z Polski już w 1963 roku, mieszka w Niemczech, a do Polski przyjeżdża głównie w interesach. Był związany z polskimi firmami odzieżowymi, z których większość już nie istnieje, ale on sam do dziś związany jest z branżą tekstylną.

Tu warto dopowiedzieć, że według poznańskich mediów, Walerian P. był bohaterem artykułu autorstwa zamordowanego dziennikarza, który ukazał się na łamach tygodnika „Wprost” na początku lat 90. (…) Wspomniany tekst, jak donoszą poznańskie media, zahaczał o interesy służb specjalnych i świadek miał zabiegać o sprostowanie, które ostatecznie ukazało się w tygodniku, zredagowane pod nieobecność Ziętary i bez jego wiedzy. Jarosław Ziętara odszedł z redakcji.

Zbrodnia

Ponad 27 lat temu, 1 września 1992 roku przed dziewiątą rano, wyszedł ze swojego mieszkania na ulicy Kolejowej, na poznańskim Łazarzu 24-letni dziennikarz Jarosław Ziętara. Wyszedł do pracy, do redakcji w ówczesnej „Gazecie Poznańskiej”. Dystans niecałych 2 km miał pokonać pieszo. Tego dnia jednak nie dotarł do pracy. Do dziś nie odnaleziono ciała mężczyzny. W roku 1999 został sądownie uznany za zmarłego. Jego symboliczny grób znajduje się w Bydgoszczy. Rodzice Jarka, pomimo ogromnego zaangażowania przede wszystkim jego ojca, zmarli, nie doczekawszy się informacji o synu.

Jest to jedyne morderstwo dziennikarza w Polsce po 1989 roku. Śmierć Ziętary miała związek z jego pracą dziennikarską, pomimo młodego wieku i kilkuletniego dopiero stażu w zawodzie. Pytanie o morderców i zleceniodawców tej zbrodni to jednak nie wszystko. Jarosława Ziętarę uprowadzono 1 września, a według świadka w procesie zamordowano go dopiero po trzech dniach. Trzy dni od porwania do śmierci to bardzo dużo czasu. Komu i po co były one potrzebne? A może była szansa na uratowanie dziennikarza? Czy rzeczywiście zabicie młodego człowieka, znęcanie się nad nim było jedynym sposobem, by uratować czyjeś interesy? W listopadzie br. Prokuratura Krajowa, Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie podała, że umorzyła postępowanie w sprawie zabójstwa Ziętary wobec niewykrycia sprawców. Innymi słowy, nie można postawić zarzutu morderstwa, bo człowiek, który zadał śmiertelny cios Jarkowi, nie żyje. Miał to być rosyjskojęzyczny gangster. Śledczy umorzyli również postępowanie wobec nieżyjącego ochroniarza Elektromisu Romana K.

Równolegle od 2016 roku toczy się proces przeciwko Aleksandrowi G., byłemu senatorowi oraz twórcy pierwszych kantorów w Polsce. W Sądzie Okręgowym w Poznaniu zarzuca się Aleksandrowi G. podżeganie do zabójstwa dziennikarza i te rozprawy również zostaną wznowione w styczniu 2020 roku. (…)

Proces ochroniarzy to nie tylko historia tragicznych losów poznańskiego dziennikarza, ale swoista kronika współpracy esbeków, milicjantów, zomowców, ormowców, a także prokuratorów z cinkciarzami, kierowcami przywożącymi towary z zagranicy, mechanikami czy blacharzami samochodowymi itp., których dotknęły zmiany 1989 roku. Część funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, która albo została zweryfikowana negatywnie, albo w ogóle nie poddała się weryfikacji, zaczęła tworzyć firmy ochroniarskie. Inni podjęli współpracę z holdingiem Elektromis, a ich błyskotliwe, często bardzo krótkie kariery zawodowe wybrzmiewają na sali sądowej. Pomimo braku kwalifikacji obejmowali znaczące funkcje w firmie, a po kilku latach bywało, że trafiali do więzienia, ale za sprawy niekoniecznie związane z działalnością holdingu. Powstające w latach 90. firmy ochroniarskie zasilili dodatkowo młodzi sportowcy trenujący wszelkiej maści sztuki walki – od klasycznego boksu przez judo po kickboxing – w klubach dawnej Milicji Obywatelskiej, a po 1989 roku – Policji.

Zeznania świadków procesu ochroniarzy pokazują jak na dłoni, że w latach 90. każdy, kto cieszył się wsparciem służb, zarabiał i bardzo szybko się bogacił. Ci, którzy odważyli się choćby zauważyć nieprawidłowości, byli narażeni na prawdziwe niebezpieczeństwo. Jarosław Ziętara starał się dokumentować i obnażać nielegalne interesy okresu transformacji ustrojowej Polski. Został – według prokuratury – uprowadzony i zamordowany.

[Z] otoczenia oskarżonych w obu procesach płyną sugestie, że Jarosław Ziętara być może żyje, tylko zmienił tożsamość. Jednak ten wątek został wykluczony i nie ma mowy, by dziennikarz żył i przez 27 lat nie dał znaku życia bliskim. Ponadto siedem osób związanych ze sprawą Ziętary poniosło gwałtowną śmierć w zagadkowych okolicznościach.

Ta pamiętna, tajemnicza i tragiczna sprawa wciąż pozostaje otwarta. Temida wydaje się nie tylko ślepa, ale i bezradna. Mimo wszystko pokrzepiająca jest świadomość, że są ludzie, którzy mimo upływu lat mają nadzieję i determinację w dążeniu do sprawiedliwości. Przed nami kolejne procesy. Wciąż istnieje szansa na poznanie prawdy.

Cały artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Proces ochroniarzy – podsumowanie roku 2019” znajduje się na s. 4 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 66/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 16 stycznia 2020 roku!

Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Proces ochroniarzy – podsumowanie roku 2019” na s. 4 grudniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 66/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Twórca pierwszych „edytowanych genetycznie” dzieci skazany. Chiński badacz pójdzie na 3 lata do więzienia

W 2018 r. chiński naukowiec He Jiankui poinformował o zmodyfikowaniu DNA dwóch bliźniaczek. Genom Lulu i Nany został poddany edycji przy pomocy CRISPR/Cas9 na etapie zapłodnienia.

Zmiany dokonane w DNA dziewczynek, w warunkach zapłodnienia in vitro, miały na celu uodpornienie je na wirus HIV przekazanego im przez chorego na AIDS ojca. Metoda opracowana przez zespół badacza opiera się na wymianach nukleotydów w DNA. O swoich dokonaniach naukowiec pochwalił się 25 XI 2018 r. w materiale na portalu YouTube. W badaniach He wspierali Zhang Renli i Qin Jinzhou. O naukowcach tych sąd w Shenzhen, cytowany przez chińską agencję Xinhua wypowiedział się, że

Szukając sławy i bogactwa celowo naruszyli regulacje krajowe dotyczące badań naukowych i leczenia.

He Jiankui otrzymał karę trzech lat więzienia i trzech mln yuanów grzywny (430 tys. dol.). Pozostali otrzymali karę 18 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata i karę grzywny w wysokości 500 tys. yuanów.

Technologia pozwalająca na dokonywanie zmian genetycznych w chwili zapłodnienia jest zakazana w wielu krajach z powodów etycznych. Według sądu naukowcy z uniwersytetu w Shenzen dopuścili się przekroczenia norm etycznych i naukowych.

Jak pisała w rok temu 'Polityka” wokół eksperymentu istnieje wiele wątpliwości. Według analizy tygodnika, tylko jedna z bliźniaczek zyskała odporność na wirusa ( tylko w przypadku jednej z nich do edycji doszło na obu kopiach genu, odziedziczonych od matki i ojca). Co więcej nie wiadomo jakie skutki uboczne może przynieść edycja genu.  Na możliwe nieplanowane mutacje zwraca uwagę badanie o którym na początku grudnia br. pisał „the Guardian”. „Polityka” zauważa, także, iż w przypadku w którym tylko ojciec jest nosicielem, jego nasienie można (w zapłodnienia in vitro) oczyścić z wirusa w ramach specjalnej procedury. Jeśli by jednak eksperyment się udał dziewczynki odporne byłyby także na wirusa po narodzinach, tzn. nie zaraziłyby się od ojca w wyniku np. przypadkowego kontaktu z jego krwią.

A.P.

Generał Franco czy Lenin? Kto wygrał wojnę domową w Hiszpanii… i nie tylko ją?/ Piotr Sutowicz, „Kurier WNET” nr 66/2019

Niestety wojny o pamięć i przyszłość toczy się latami nie na polach bitew, ale w umysłach ludzkich. Lenin i Marks na razie wygrywają, ale nasze jutro zależy od nas samych i naszej pracy.

Franco vs. Marks i Lenin

Piotr Sutowicz

Kilka miesięcy temu media obiegł przekaz o przeniesieniu ciała generała Francisco Franco z dotychczasowego miejsca pochówku w bazylice na terenie tzw. Doliny Poległych, czyli w Mauzoleum Ofiar wojny domowej w Hiszpanii, na cmentarz Mingorubbio.

Sprawa ta ciągnęła się czas jakiś, budząc spory nie tylko w Hiszpanii, ale i poza nią. Dla wielu stała się swoistą wojną kontynuacyjną, będącą przedłużeniem tej toczącej się w tym kraju w latach 1936–39. W związku z powyższym przykrym faktem nie będę przypominał w tym miejscu jej dziejów, bezpośrednich politycznych przyczyn i przebiegu.

Barbarzyński fakt wyrzucenia ciała dyktatora z miejsca, gdzie ono spoczywało, jest bowiem znamienny sam w sobie. Tak się bowiem składa, że ostatecznie pokazuje on nam zwycięzcę tamtych zmagań o przyszłość Półwyspu Iberyjskiego. Przy tej okazji warto przypomnieć fakt, iż ciało Lenina dalej spoczywa w zbudowanym dla niego mauzoleum w Moskwie. I to też o czymś świadczy.

Komunizm

Rewolucja bolszewicka w Rosji zmieniła losy tego kraju, ale i przestawiła zwrotnicę historii politycznej Europy i świata. Wszyscy, zdaje się, żyjemy dziś w jej cieniu. Wydarzenia rosyjskie i komunizm, jaki na skutek kilkuletnich zmagań wojennych ogarnął dawne imperium carów, a wkrótce podjął ekspansję na cały świat, wpłynęły decydująco na losy świata. Taka była natura tej doktryny. Niewiele ją zmienił fakt przybrania w szaty nacjonalizmu rosyjskiego, które niekiedy zakładała. Rosjanie padli ofiarą tego systemu już to na skutek działań wywiadu niemieckiego, polegających na eksporcie rewolucji mającej zniszczyć przeciwnika II Rzeszy w czasie I wojny światowej, już to z powodu własnych błędów, wskazujących na to, że Rosja sama w sobie była słaba, a na jej terenie – przyjąwszy kryteria Feliksa Konecznego – toczyła się walka dwu cywilizacji: bizantyńskiej, reprezentowanej przez carat, i turańskiej, w której kształt łatwo wpisała się partia komunistyczna.

Można w tym miejscu zadać pytanie: czy marksizm jako taki nadawał się do tej obozowej metody ustroju życia zbiorowego? Mimo, że był wynikiem filozofowania grupy intelektualistów, będących renegatami cywilizacji żydowskiej, wpisywał się w ten rodzaj organizacji społeczeństwa świetnie. W końcu komunizm postulował bezklasowość, niezakorzenienie, skazywał na wegetację bez możliwości zdobywania prywatnej własności i dóbr doczesnych.

Oczywiście to, co przynieśli Rosji komuniści, mimo wszystko było gorsze, niż wyobrażaliby sobie dzicy, ale racjonalni w sposobie sprawowania władzy wodzowie ord mongolskich, którzy, wtłoczeni w realia cywilizacji wyższych, potrafili przyjmować ich paradygmaty.

Rosja jednak była za słaba, by utrwalić w całym państwie cywilizację bizantyjską, poza tym była krajem o społeczeństwie zróżnicowanym i rozbitym. Archaiczny ustrój – reformowany, co prawda, przez kolejnych carów, lecz z marnym skutkiem – nie pozwalał na postawienie tamy nowo-starym doktrynom – i stało się. Cesarstwo upadło, runęła też pierwsza republika Rosjan.

Te upadki, oprócz tego, że przyczyniły się do odrodzenia naszej ojczyzny, przyniosły ze sobą ustrój, który za wszelką cenę chciał ogarnąć cały świat. Mimo, iż następca Lenina pozbył się polityków globalistycznych, na czele których stał Trocki, to jednak w swym działaniu tak naprawdę nie odstąpił od doktryny ani na krok. Skoro nie udało się zapanowanie nad kontynentem od razu, to znaczyło, że działania należy rozłożyć na etapy i działać wtedy, kiedy trafi się okazja. Tej ostatniej można było pomóc, infekując komunizmem społeczeństwa jedno po drugim. Jak to wyglądało, mniej więcej wiemy z naszej historii. Hiszpania w tym kontekście była tylko przypadkową ofiarą, która nadawała się do pożarcia.

Hiszpania

Jest to stare państwo o pięknej historii i bogatej kulturze, zajmujące większość Półwyspu Iberyjskiego. Lud i jego władcy zbudowali je, odbijając ziemie kawałek po kawałku z rąk muzułmanów, następnie dokonując odkryć geograficznych i tworząc największe imperium na świecie, nad którym naprawdę słońce nie zachodziło. Wielkie dokonania często jednak mają to do siebie, że za nimi idzie wielka pycha, a jako następny kroczy upadek. Dla Hiszpanów było to pewnie mało zauważalne. Dzieje tego kraju warto śledzić dla wiedzy, co robić, a czego nie.

Hiszpanie zachłysnęli się swoją wielkością, ekspansją, sprawami globalnymi, a zaniedbali wszystko inne. Kraj najpierw zatrzymał się w rozwoju, a potem, można powiedzieć, zaczął się cofać. Archaiczne struktury, kłopoty dynastyczne – wszystko to robiło swoje. Na pewno w rozpadzie państwa, a w każdym razie w skurczeniu się imperium kolonialnego, ogromną rolę odegrał czas wojen napoleońskich. Nie można jednak zapomnieć o rosnących wpływach masońskich, które były odpowiedzią na zmurszałe struktury władzy, nie do końca słusznie identyfikowane chociażby z hiszpańską inkwizycją. Wszystko to składa się na sumę procesów, które staczały Hiszpanię do bardzo podrzędnej roli. Kościół katolicki, który tak jak w Polsce był podstawą tożsamości królestwa i ludu Hiszpanii, odwrotnie jak u nas – utknął w strukturach feudalnych i, zdaje się, nie był w stanie odnaleźć się w czasach, które kształtowały coraz to nowocześniejsze rewolucje. W Popiołach Stefan Żeromski z nieskrywanym uznaniem pisze o przywiązaniu Hiszpanów do katolicyzmu i własnej, zbudowanej na nim tożsamości. Dzieje wieku XIX niestety pokazują deprecjację tej wartości, a próby oporu przeciw owym „postępom postępu” bywały coraz bardziej rozpaczliwe, choć niewątpliwie pokazywały, że stara Hiszpania miała jeszcze w sobie żywotne siły.

Monarchia w tym kraju dogorywała stopniowo już od XIX stulecia, niemniej kiedy wybuchła wojna domowa, od kilku lat Hiszpania „cieszyła się” ustrojem republikańskim. Rzeczywistość, w której toczyły się rzeczone wydarzenia, historycy nazywają drugą republiką. Mimo demokratycznego na pozór podłoża rządów republikańskich, którym sprzeciwiła się część wojskowych i opozycja narodowa, sytuacja w kraju szybko zmierzała w stronę anarchistyczno-komunistycznej rewolucji podobnej do tej, jaka wydarzyła się w Rosji. Zresztą ta ostatnia w postaci dużych jaczejek uobecniła się w kraju nader dosadnie.

Tak naprawdę w sporze, jaki dziś toczy się wokół wojny domowej i postaci generała Francisco Franco, nie chodzi o to, czy był on świętym, czy diabłem, lecz jakie miał wyjście, jeżeli nie chciał, by Hiszpania stała się drugą sowiecką Rosją, tym razem na zachodnich krańcach Europy.

Zrobił to, co człowiek przywiązany do tożsamości i niepodległości swojej ojczyzny zrobić powinien – wyraził sprzeciw wobec całkowitej degrengolady kraju. Na skutek różnych przyczyn stanął na czele ruchu zbrojnego przeciwko rewolucji i doprowadził do jej zatrzymania. Cena, jaką Hiszpania zapłaciła za te lata, była straszna, ale pewnie jemu i jego współczesnym wydawało się, że komunizm z Hiszpanii został przepędzony.

Niestety wydarzenia z października tego roku, kiedy jego ciało zostało wyprowadzone z miejsca pochówku, gdzie ponoć wcale nie chciał spoczywać – podobnie jak Lenin w mauzoleum – pokazały, że swoją walkę przegrał, w przeciwieństwie do rzeczonego przywódcy bolszewików, który, co podkreślę jeszcze raz, leży sobie spokojnie na swoim miejscu. Fakty te stają się też symbolem ostatecznego zamykania się trumny z Hiszpanią jako taką. Tak się bowiem składa, że protesty w Katalonii, do których z czasem pewnie przyłączą się inne regiony dążące do niepodległości, wiążą się w czasie z wyniesieniem trumny dyktatora z miejsca jego pochówku. Dziwne, że obecne władze Hiszpanii tego nie widzą, chyba że o to im chodzi.

Narody

Kwestia rozpadu Hiszpanii jest ciekawa z kilku powodów: z jednej strony dowodzi zwycięstwa sił republikańskich (w rzeczywistości komunistycznych) w wojnie domowej, tyle że odniesionego kilkadziesiąt lat po zakończeniu działań wojennych; z drugiej zaś pokazuje, że proces budowy narodu hiszpańskiego odwrócił swój bieg. Być może za chwilę na półwyspie, oprócz Portugalii, znajdować się będzie Katalonia, Baskonia, może wróci zasiedlona w międzyczasie przez muzułmanów Granada; kto wie, jak potoczą się losy pozostałej masy upadłościowej – raz rozpoczęty proces rozpadu będzie się toczył samoistnie, a raczej zgodnie z wolą tych, którzy nim kierują.

Wydaje się, że najważniejszym bytem, jaki stał na barykadach zagradzających drogę komunizmowi, był właśnie naród – w Europie zjawisko trwałe i stabilne, będące jednym z owoców cywilizacji łacińskiej. Naród to wspólnota sięgająca korzeniami średniowiecza, a może jeszcze dawniejszych czasów – naród tworzyli Rzymianie, a przed nimi Żydzi. Jest strukturą z jednej strony funkcjonalną, z drugiej – naturalną. Owszem, w dziejach bywało, że jedne narody pojawiały się, drugie zanikały.

W łacińskim świecie następowały asymilacje jednego narodu przez drugi. Odbywało się to najczęściej na polu kultury, choć w duchu szczerości trzeba stwierdzić, że równie często przez podbój. W tym drugim wypadku proces bywał trwały albo nie, jak w wypadku narodu polskiego, który potrafił bronić się przed asymilacją w obliczu przemocy – za pomocą kultury właśnie.

Trzeba przy okazji jasno powiedzieć, że nie wolno Europy narodów idealizować. Bywało, że walczyły one ze sobą zawzięcie, czasem na śmierć i życie; czasem w imię realnych interesów, ale i dla mniej czy bardziej mglistych idei czy mrzonek. Żaden ustrój czy porządek społeczny nie gwarantuje wiekuistego pokoju i spokoju, ludzie zawsze będą pełni namiętności i sprzeczności. Napięcia miedzy europejskimi narodami były łagodzone przez wspólnotę cywilizacji – tam, gdzie ona istniała – i religii chrześcijańskiej. Oba te czynniki działały często zamiennie – gdzie jednego brakowało, drugi uruchamiał się jakby naturalnie. Mimo pozorów chaosu, chrześcijańska Europa przezwyciężyła niejedno śmiertelne zagrożenie, a swój sposób pojmowania człowieka potrafiła zaszczepić w znacznej części świata. Nie byłbym sobą, gdybym nie dodał, że duży w tym udział mogą odnotować Polacy na całej przestrzeni istnienia naszego narodu.

Nie jest więc niczym dziwnym, że naród stał się jednym z głównych wrogów doktryny komunistycznej czy w ogóle marksistowskiej; w końcu, według niej, między ludźmi nie miało być różnic. Wszyscy hominidzi mieli być równi, chociaż jak zauważył Orwell w Folwarku zwierzęcym, niektórzy równiejsi. Do dziś można stawiać sobie ważne pytanie: którzy to? Pierwszymi ofiarami anihilacji narodów przez marksizm stały się poszczególne grupy narodowe Rosji. Było to zjawisko krwawe, w wielu wypadkach przypominające rozprawy wschodnich despotii z ludami zamieszkującymi podbite terytoria. Trochę podobnie tworzyła naród francuski pamiętna rewolucja z końca wieku XVIII.

Akcja wywołuje reakcję. Często więc ci, którzy z rewolucjami walczyli, używali zaobserwowanych w nich metod; barbaryzacja rodzi następną. Tak samo było w Hiszpanii, gdzie muzułmańscy żołnierze Franco dokonywali wielu czynów, jakich człowiek cywilizowany powinien się wstydzić.

Walka z rewolucjami też przybierała formy, które barbaryzowały Europę. Jednym słowem, wiek XX można określić jako brutalną wojnę, która cofała dzieje o wiele stuleci. Istota wszakże celów rewolucji była niezmienna – zniszczyć porządek, by na jego gruzach stworzyć nowy.

Antyspołeczeństwo

Człowiek żyje w rodzinie, wspólnocie lokalnej, wreszcie w narodzie. Jako przedstawiciel gatunku może się uważać za część ludzkości. Poza tym dzielimy się religijnie, rasowo, płciowo. Każdy powinien tak układać swój byt, by czuć się bezpiecznie i aby potomni mogli rozwinąć to, co po sobie zostawi. Rewolucja ma za zadanie ten porządek zniszczyć: człowiek ma być wykorzeniony, pozbawiony rodziny, przyjaciół, wspólnoty, narodu, cywilizacji, religii, a może nawet płci – ma być „wyzwolony” od wszystkiego. Krótko mówiąc, musi przestać żyć w społeczeństwie, które ma zastąpić wspólnota pierwotna, czyli coś, co tak naprawdę nigdy nie istniało i prawdopodobnie jest niemożliwe do zaistnienia, z konieczności więc zostaje zastąpione przez obóz koncentracyjny. Tak działo się wszędzie, gdzie rewolucja doszła do władzy. Pożera ona własne dzieci, ale czasem te ostatnie widzą, że coś nie gra, hamują jej pęd i wprowadzają jakiś porządek.

Możemy toczyć historyczne debaty na temat tego, czy ten i ów dyktator stał się konserwatystą, zatrzymując realizację postulatów własnego obozu dotyczących ładu społecznego. Może dojrzewał do przekonania, że rewolucja, z którą się utożsamiał, prowadzi po prostu do zagłady, a nie każdy jest na tyle „świadomym” wyznawcą postępu, by jej chcieć. Historia polityczna w tym względzie bywa często pogmatwana. Zwycięstwo – jak widać – nie zawsze przypada temu, na kogo wskazują pozory. Generał Franco jest tego symbolicznym przykładem.

Barbarzyńskie symbole i rzeczywistość

W dzisiejszych czasach w dyskursie publicznym często odwołuje się do symboli. I tak mamy np. przemoc symboliczną czy symbole przemocy. Ciekawym symbolicznym zjawiskiem jest mowa nienawiści, czyli nie wiadomo właściwie co, ale „coś”, czym można walnąć przeciwnika przez łeb w sytuacji, gdy nie ma się racjonalnych argumentów. Bywa, że symbole wchodzą w świat realny.

W historii często się zdarzało, że wywlekano czyjeś ciało z grobu, by dowieść jego symbolicznej klęski. Nie jest to zwyczaj chwalebny, ale w sferze rzeczywistości odgrywał ważną rolę. Wywierano w ten sposób zemstę na zmarłym, nie mogąc go dosięgnąć, kiedy żył.

Dotykało to także jego zwolenników, którzy odeszli z tego świata lub byli poza zasięgiem obecnych wrogów. Wszyscy rozumieli symbolicznie znaczenie tego realnego komunikatu. Nie będę tu przywoływał faktów. Było tego dość dużo.

Sytuacja, w której rząd Hiszpanii usuwa ciało zmarłego dyktatora, za życia konsekwentnego przywódcy jednej ze stron konfliktu, który targał Hiszpanią i Europą, jest znamienna. Hiszpania obrała tym samym konkretną drogę buntu i rewolucji. Przekaz jest jasny: zrywamy z dziedzictwem przeszłości, z tym, co w niej złe – to byłoby nawet zrozumiałe – ale i z tym, co w niej pozytywne. Odpowiedzią na to jest aplauz elit europejskich – co tu i ówdzie potwierdziły „polskie” reakcje na „ekshumację”. Sam fakt jest bardzo mocnym przekazem; czekamy na to, co wydarzy się dalej. Na pewno nie będzie to nic dobrego. Czy nastąpi więcej tego typu przypadków? Nie łudźmy się; za Hiszpanią pójdą inni.

Wojna o przeszłość jest ważnym aspektem zmagań o teraźniejszość. Również i w Polsce dzieją się rzeczy, które jeszcze do niedawna wydawały się nieprawdopodobne. Oto radni jednego z miast dokonali zmiany nazwy ulicy z „Zygmunta Szendzielarza »Łupaszki«” na „Podlaską”. Co prawda protesty społeczne i interwencja wojewody mogą spowodować odwołanie decyzji, ale nie czarujmy się – to przejaw większego zjawiska. Gdzie indziej podobni reprezentanci wyborców zmienili patrona ulicy z generała Emila Fieldorfa „Nila” na – o zgrozo! – „Jedności Robotniczej”. Tu zmianę miały powstrzymać protesty społeczne, choć nie wykluczam, że i poczucie kompromitacji, a także brak akceptacji nawet ze strony liderów części opozycji. Jednak sam fakt, że komuś przyszło coś takiego do głowy, pokazuje kierunek inżynierii społecznej, która ma zaowocować zmianą myślenia o historii w społeczeństwie.

Rzecz wydawała się do niedawna prosta. Większość z nas znała system komunistyczny z autopsji. Wychowanie domowe wygrywało zderzenie z kłamstwami nauczania historii w komunistycznej szkole.

Po roku 1989 nastał błogi spokój. Społeczeństwo uznało, że nie trzeba się angażować w pamięć historyczną, bo o tę zadbają nowe, „wolne” władze i aktywiści. Niepokój, jaki w tym względzie pojawił się kilka lat temu, zakończył się masowymi akcjami pamięci na rzecz żołnierzy wyklętych. Społeczeństwo chwilowo wygrało więc wojnę, ale kilka następnych lat przyniosło niedobre zmiany. Myślenie, pozbawione pracy edukacyjnej, znowu zostało uśpione. Ostatnio zaś społeczeństwo pogrążyło się w sporze politycznym, a historia staje się jego ofiarą. Z czasem mogą nastąpić akty bezczeszczenia pochówków żołnierzy wyklętych, z takim trudem odkrywanych przez ekipę prof. Szwagrzyka. Nowe autorytety w nowych czasach zaczną głosić tezy o wyzwoleniu Polski przez Armię Czerwoną i pozytywnych stronach ustroju sowieckiego, potem zaś ktoś powie, że był to dobry ustrój i wystarczy mu przyprawić „ludzką twarz”, by okazał się naprawdę wartościowy. Absurd?

Niestety wojny o pamięć i przyszłość toczy się latami nie na polach bitew, ale w umysłach ludzkich. Generał Franco swoją, zdaje się, przegrał. Lenin i Marks na razie wygrywają, ale nasze jutro zależy od nas samych i naszej pracy.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Franco vs. Marks i Lenin” znajduje się na s. 6 grudniowego „Kuriera WNET” nr 66/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 16 stycznia 2020 roku!

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Franco vs. Marks i Lenin” na s. 6 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 66/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Studio Dublin – 27 grudnia 2019 – Suma wydarzeń roku 2019. Radiowe remanenty Studia 37. Zaprasza Tomasz Wybranowski

Każdego roku u schyłku grudnia przychodzi czas podsumowań. Nie inaczej jest i w przypadku Studia 37. Bloomsday, XV. rocznica akcesji z UE i rozmowa z senatorem D. Norrisem to tylko część wspomnień.


Prowadzący: Tomasz Wybranowski

Współrowadzący: Tomasz Szustek (gościnnie)

Wydawca: Tomasz Wybranowski

Realizator: Dariusz Kąkol (Warszawa) i Tomasz Wybranowski (Dublin)


 Jedną z dat, do których wracaliśmy w „Studiu Dublin” w 2019 roku, była 15. rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej. Nie każdy pamięta, że to właśnie w Dublinie w 2004 roku przyjmowano do UE nowe państwa, w tym i Polskę. Ówczesny premier Republiki Irlandii Bertie Ahern był jednym z pierwszych szefów rządów, który optował za otwarciem się na nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej.

To również pod rządami Bertiego Aherna (lata 1997 – 2008), w pierwszej połowie 2004 roku Irlandia przewodniczyła Unii Europejskiej a sam Bertie sprawował funkcję przewodniczącego Rady Unii Europejskiej. Powtórzę, że wówczas też do struktur unijnych przyjęto dziesięć nowych krajów, w tym Polskę, umożliwiając jej obywatelom swobodę pracy i mieszkania w Republice Irlandii, Szwecji i Wielkiej Brytanii.

Dlatego przypomnieliśmy z Tomaszem Szustkiem przemówienie skierowane do krajów wchodzących do UE w 2004 r.

 

Myśląc o dacie 1 maja 2004 roku, w jednej ze swoich korespondencji Bogdan Feręc, szef portalu Polska-IE.com, stwierdził, że

Unia Europejska, wcześniej niż później, powróci do swych korzeni i zmieni swój kształt w najbliższych latach.

Nie podobało mu się bowiem, że dzisiejsza UE jest sterowana odgórnie przez polityków pewnych państw, a system w niej panujący jest niepotrzebnie skomplikowany. Redaktor naczelny największego polskojęzycznego portalu w Irlandii mówił także o wędrówkach Polaków „za chlebem i marzeniami” po 2004 r. i przedstawił wypowiedzi Irlandczyków na temat Polaków.

W podsumowaniu wydarzeń roku 2019, w „Studiu Dublin” powróciliśmy wspomnieniami do majowych świąt, w tym tego najważniejszego dla Polaków mieszkających poza granicami Ojczyzny.

Irlandzka Polonia miała powody do zadowolenia i dumy. Z okazji Dnia Flagi Polskiej Agnieszka Mądry, uczennica VI klasy Polskiej Szkoły w Galway im. Wisławy Szymborskiej, miała zaszczyt uczestniczyć w uroczystościach państwowych na placu Belwederskim w Warszawie.

 

Polska Szkoła w Galway im. Wisławy Szymborskiej w Dniu Flagi i Polonii otrzymała z rąk prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudy biało – czerwoną flagę. W ten sposób uhonorowano 10. rocznicę istnienia szkoły. Na fotografii wykonanej ręką samego Pana Prezydenta, oprócz niego. także pierwsza dama Agata Kornhauser-Duda, obok niej uczennica szkoły Agnieszka Mądry, w głębi Zofia Kozłowska, a w centrum dyrektor szkoły i prezes Polskiej Macierzy Szkolnej w Irlandii Agnieszka Grochola i sekretarz organizacji Jolanta Oliwiak.

Towarzyszyła jej ówczesna prezes Polskiej Macierzy Szkolnej w Irlandii pani Agnieszka Grochola i Jolanta Oliwiak, sekretarz Macierzy.  Delegacja Polskiej Szkoly w Galway otrzymala z rąk prezydenta RP Andrzeja Dudy flagę Polski podczas oficjalnych uroczystości państwowych w Belwederze. Na antenie Radia WNET rozmawiałem z Agnieszką Mądrą i jej mamą, panią Alicją.

 

 

 

 

Przed rokiem o tej porze wspominaliśmy nasze relacje z obchodów Dnia św. Patryka, patrona Irlandii. W tym roku wrcamy myślami do dnia16 czerwca, kiedy Radio WNET przez ponad siedemnaście godzin opowiadało o powieści, która wciąż rozpala zmysły i serca czytelników. Głównym bohaterem naszych dublińskich opowieści był James Joyce i jego „Ulisses”.

Goście podczas uroczystego śniadania w czasie Bloomsday 16 czerwca 2019. Centrum im. Jamesa Joyce’a to najgorętsze miejsce tego dnia pod niebem Dublina. Fot. Studio 37

Ważnym miejscem wszelkiej maści „Joyceologów” jest literackie serce Dublina – James Joyce Centre. Co roku w tym miejscu organizowane jest podczas Bloomsday specjalne śniadanie, będące powieściowym wspomnieniem nietypowych kulinarnych gustów Leopolada Blooma i jego żony Molly.

Bilety na to śniadanie wyprzedają się dość szybko i wielu fanów Ulissesa musi obejść się smakiem. W całym Dublinie nie brakuje na szczęście restauracji, które tego dnia serwują śniadanie inspirowane posiłkami, które spożywali bohaterowie powieści.

Centrum Jamesa Joyce’a mieści się przy 35 North Great George’s Street. Tomasz Szustek i Eryk Kozieł dotarli tam, kiedy właśnie zaczęła się pierwsza tura uroczystego śniadania. Miało ono, jak zwykle 16 czerwca 2019 roku, szczególną oprawę. Była muzyka, śpiewy i występy aktorów, którzy swoją grą przybliżyli scenki z Ulissesa.

Gość specjalnego wydania „Studia Dublin” dyrektor Jessica Pell-Yates nie ukrywa, że powodem do dumy ośrodka kultury, którym zarządza, są grupy czytelnicze: Goście podczas uroczystego śniadania w czasie Bloomsday 16 czerwca 2019. Centrum im. Jamesa Joyce’a to najgorętsze miejsce tego dnia pod niebem Dublina:

To, czym jeszcze możemy się pochwalić, to grupy czytelnicze. /…/ Po godzinie trzynastej czytane są na głos fragmenty Ulissesa, przez ludzi z różnymi akcentami lokalnego irlandzkiego angielskiego, ale też przez osoby z zagranicy. Jest to niezwykłe doświadczenie – usiąść razem i słuchać. (…) Mamy także wystawę mówiącą o życiu Joyce’a, o miejscach, w których pisał, bo przeprowadzał się bardzo często, kiedy mieszkał w Dublinie, ale także kiedy mieszkał za granicą. M.in. w Trieście i Paryżu ciągle zmieniał mieszkania i to również ma swoje odbicie w naszej ekspozycji. – mówiła Jessica Pell – Yates

 

 

W tym roku wydarzenia związane z „Bloomsday” obserwował dla słuchaczek i słuchaczy Radia WNET i „Studia Dublin” Tomasz Szustek (na fotografii), którego wspierał Eryk Kozieł. Gorące korespondencje już od godziny 9:30 (niedziela, 16 czerwca 2019) pojawiały się na antenie Radia WNET. Tego dnia nadaliśmy ze Studia 37 siedemnaście godzin programu (!!!). 

 

 

Senator David Norris, admirator twórczości Jamesa Joyce’a. Fot. Tomasz Szustek / Studio 37

Gościem „Studia 37 – Bloomsday – Joyce – WNET” był David Norris,  irlandzki  działacz polityczny i literaturoznawca. W 1987 roku został wybrany do Senatu Republiki Irlandii. Naukowo związany z Trinity College Uniwersytetu Dublińskiego, gdzie wcześniej także studiował literaturę angielską i redagował uniwersyteckie pismo. Co roku bierze udział w Bloomsday.

David Norris to wieczny obrońca artyzmu i wielkości Jamesa Joyce’a. Zawsze twórcę „Ulissesa” bronił przed słowami krytyki, której nigdy nie brakowało. Wielu czytelników a jeszcze więcej krytyków uważało, że „Ulisses” jest „zbyt długi i straszliwie nudny i nadto w nim jałowych igraszek słownych”.

Jak twierdzi senator Norris, James Joyce wiedział, że

Stworzył powieść, wobec której nikt nie jest w stanie przejść obojętnie.

 

 

 

 

W maju i czerwcu 2019 roku, w programie „Studio Dublin” dużo miejsca poświęciliśmy z Tomaszem Szustkiem i Jakubem Grabiaszem pierwszej wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w Republice Irlandii.  

Mimo, że nie była to oficjalna wizyta, to pojawienie się głowy USA wzbudziło szereg emocji, nie tylko w kwestii zbliżającego się Brexitu i sympatii Donalda Trumpa dla tego projektu. Wizyta amerykańskiego prezydenta pobudziła przeciwników Donalda Trumpa. Odbyło się kilka małych demonstracji, między innymi w okolicy lotniska Shannon, gdzie Air Force 1 wylądował. – relacjonował Tomasz Szustek, nasz reporter.

Studio Dublin ze Studia 37, zawsze w piątki w Radiu WNET. Zdjęcie z manifestacji przeciwko wizycie prezydenta USA Donalda Trumpa w Republice Irlandii. Fot. Tomasz Szustek

Największa demonstracja odbyła się w czwartek, 6 czerwca 2019 roku, w stołecznym Dublinie. Wedle danych szacunkowych Gardy – Irlandzkiej Policji, wzięło w niej udział ok. 4 000 osób. Nad głowami protestujących frunął mały sterowiec przypominający amerykańskiego prezydenta tyle, że w pozie małego rozkapryszonego dziecka odzianego tylko w pieluchę.

Prezydent Donald Trump i premier Republiki Irlandii Leo Varadkar. Fot. Twitter The White House (WhiteHouse).

 

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump już 5 czerwca 2019 wieczorem odwiedził hrabstwo Clare. Lotnisko Shannon oraz okolice miejscowości Doonbeg były najbardziej strzeżonym miejscem świata.

Tego dnia, w godzinach porannych i popołudniowych prezydent Trump wziął udział w obchodach 75. rocznicy lądowania wojsk aliantów w Normandii. W czwartek ok. 17:00 wrócił do Republiki Irlandii, a jego bazą stała się jego prywatna rezydencja gdzie został do piątku (7 czerwca).

Wbrew zapowiedziom przeciwników wizyty Donalda Trumpa, dojazd do wioski Doonbeg nie był utrudniony, zaś firmy i instytucje normalnie funkcjonowały w trakcie wizyty prezydenta USA. Natomiast „Trump International Golf Links and Hotel” był już zamknięty dla zwiedzających i gości od wtorku. – mówił w specjalnej relacji Jakub Grabiasz.

Irlandzkie media sporo miejsca poświęciły wizycie amerykańskiej głowy państwa. Zwrócono uwagę, że „prezydent Trump był bardzo wyważony w swoich wypowiedziach”. Jedynie podczas spotkania Donalda Trumpa z irlandzkim premierem Leo Varadkarem doszło do małego zgrzytu, kiedy to amerykański prezydent użył bardziej niż niezręcznej metafory.

Pytany o ryzyko powstania twardej granicy między Ulsterem a Republiką Irlandii przyrównał to sytuacji, jaka ma miejsce na granicy … amerykańsko – meksykańskiej. 

 

„Tak to matki nam podały, Samy także z drugich miały, Że na dzień świętego Jana
– Zawdży sobótka palana.” – Jan Kochanowski. Fot. Anna Hurkowska

Letnią porą (14 i 21 czerwca 2019 roku) o słowiańskiej nocy Kupały opowiadała Anna Hurkowska. Ta impreza oczarowała kolejny raz Irlandczyków. To widowisko pod niebem Limerick odbyło się już po raz piąty. Początków tego wydarzenia należy szukać w roku 2015:

20 czerwca 2015 roku, z inicjatywy choreografki tańca Ewy Kotuły i polskich słowiańskich piękności, w tym gronie i naszej rozmówczyni Anny Hurkowskiej, słowiańskie obrzędy, wierzenia i tańce ukazane zostały oczom Irlandczyków po raz pierwszy, nad rzeką Shannon. – mówiła Anna Hurkowska

W podsumowaniu „Suma roku 2019 Studia 37 Dublin” Anna Hurkowska opowiadała o przygotowaniach do imprezy. Radio WNET i Studio 37 były patronami medialnymi tego wydarzenia. Anna Hurkowska odkryła niezwykłą rzecz na przecięciu prastarych wierzeń Słowian i Celtów, właśnie w związku z dniem letniego przesilenia słonecznego, co ma swój wyraz w języku:

Interesującym łącznikiem Kupały z celtyckim językiem jest słowo Cúpla – oznaczające Couple czyli para. Mnóstwo dawnych tradycji związanych z tą nocą oscyluje wokół znalezienia tej drugiej połówki, nic więc dziwnego, że czasem nazywa się ją również słowiańskim dniem zakochanych.

 

Tegoroczną imprezę zwieńczyły pokazy ogni grupy Flow4Show, wspólny marsz ku rzece Shannon i symboliczne wrzucenie wianków do wody. Podczas V. edycji Kupala Night – Summer Solstice Night zadebiutował także Teatr Tańca Fantasmagoria w choreografii Ewy Kotuły i Aleksandry Styki.

 

Słowiańskie piękności pod niebem Irlandii. Fot. Anna Hurkowska.

 

W „Studiu Dublin” nie zapominamy o naszych duszpasterzach. Trzykrotnie na antenie Radia WNET gościł nasz eterowy duszpasterz ks. Krzysztof Sikora SVD. W jednym ze swiątecznych Poranków WNET, nadawanych z Republiki Irlandii, opowiadał Tomaszowi Wybranowskiemu o posłudze duszpasterskiej na zachodzie Irlandii, w archidiecezji Tuam.

s. Krzysztof SIKORA – SVD – proboszcz Parafii rzymsko – katolickiej w Roundstone (hrabstwo Galway, Irlandia).

 

Innym razem ks. Krzysztof Sikora SVD w Studiu Dublin  opowiadał Tomaszowi Wybranowskiemu o posłudze duszpasterskiej na zachodzie Irlandii, w archidiecezji Tuam. Ks. Krzysztof przez osiem lat pełnił posługę w „irlandzkiej Częstochowie” – Sanktuarium Maryjnym w Knock.

Skrót SVD przy nazwisku kapłana wskazuje na członka Societatis Verbi Divini, czyli Zgromadzenia Słowa Bożego. Duchowni synowie Arnolda Janssena nazywani są potocznie werbistami, a ich dewizą jest zawołanie: „Niech żyje Trójjedyny Bóg w sercach naszych!”.

Werbiści niosą ludziom Słowo Boże już od 143 lat, starając się dotrzeć zwłaszcza tam, gdzie nie jest ono jeszcze znane. Dwóch spośród nich, beatyfikowanych w 1975 roku przez Pawła VI – bł. Arnolda Janssena, założyciela Zgromadzenia oraz bł. Józefa Freinademetza, pierwszego ojca werbistę w Chinach kanonizował Jan Paweł II.

 

Irlandzka redakcja Radia WNET – Studio 37 Dublin jest także blisko polskich ludzi czynu i biznesu. Jednym z gości programu w mijającym roku był pan Marcin Chlebicki, który prowadzi wraz z dwoma braćmi piekarnię „MMM Family Bakery”, która jest jedną z najpopularniejszych w Irlandii. Firma powstała 13 lat temu.

Marcin Chlebicki, współwłaściciel piekarni MMM Family Bakery w Castlebar, hranstwo Mayo (Irlandia). Fot. arch. MMM Family Bakery

 

MMM Family Bakery nasza polonijna biznesowa chluba zatrudnia obecnie ponad sto osób i wypieka ok. 35 tys. bochenków chleba tygodniowo. Wypieki trafiają do sklepów i hurtowni w całej Republice Irlandii i Ulsterze. Jako ciekawostkę można podać fakt, że z okazji Tłustego Czwartku w 2019 roku, cukiernicy MMM Family Bakery wypiekli ponad 65 tys. pachnących polskich pączków.

Jeden z trzech najsłynniejszych piekarzy w Republice Irlandii mówił w „Studiu Dublin”  o tym, dlaczego należy kultywować szkolnictwo zawodowe kolejnym rocznikom młodych Polaków i Europejczyków.

Jak twierdzi, starsze pokolenie musi przekazywać wiedzę młodym o sztuce wypieku chleba i produkcji innych wyrobów rzemieślniczych. W przeciwnym razie wszystko wykonywać będą bezduszne maszyny, które nie mają w sobie „ani serca, ani nuty wirtuozerii”:

Trzeba to robić, żeby ta sztuka nie zginęła. Teraz młodzież chce pracować przy komputerach lub jako marketingowcy. Myślę, że za dwadzieścia, najdalej trzydzieści lat sztuka rzemieślnicza po prostu umrze. – powiedział Marcin Chlebicki.

Pierwszą zasadą biznesu braci Chlewickich – The Breadski Brothers jest dbałość o znakomitą jakość chleba za sprawa pracowitości i ogrom wkładanego serca w wypieki. Ta jakość przełożyła się na liczbę klientów, która imponuje nawet wyspiarskim potentatom. Jednym z nich nawet był nawał premier Republiki Irlandii, o czym zaświadcza poniższe zdjęcie!

 

Poprzedni premier rządu Republiki Irlandii Enda Kenny i bracia Chlebiccy. Fot. arch. MMM Family Bakery

 


Ś. P. profesor Jan Szyszko. Zdjęcie z 11 sierpnia 2019 roku, kiedy z ekipą Radia WNET Tomasz Wybranowski pojawił się w Tucznie. Fot. Adrian Kowarzyk.

Rok 2019 zabrał znakomitego naukowca, miłośnika przyrody i przyjaciela Radia WNET, profesora Jana Szyszko. Z jego odejściem ciężko mi się oswoić. W 2019 roku kilkukrotnie na antenie Radia WNET, także w „Studiu Dublin” rozmawiałem z panem profesorem.

W lipcu pytałem Go, czy możliwe jest uratowanie Puszczy Białowieskiej i przywrócenie jej do wcześniejszego stanu?

Są siły które chcą powstrzymać program naprawczy i zwalić winę na Polskę – odpowiedział mi wtedy profesor Jan Szyszko.

Profesor Jan Szyszko mówił o pięknie Puszczy Białowieskiej, którą określił mianem pięknego dziedzictwa kulturowo-przyrodniczego polskiego leśnictwa i łowiectwa, pielęgnowanego przez miejscową ludność. Z żalem jednak zauważa, iż dobytek wypracowany przez poprzednie pokolenia zamieszkujące ten teren, został z premedytacją zniczony przez siły, które dzisiaj oskarżają Polskę o wytężone próby ratowania zagrożonego drzewostanu. Środowiska te twierdziły, iż:

Polski rząd wycina dla zysku ostatnią pierwotną puszczę Europy. Jest to swego rodzaju wielka arogancja i bezczelność.

W podsumowaniu roku medialnych działań „Studia 37 Dublin” przypominam tę rozmowę. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie… [*] [*] [*]


 

Rok 2019 powoli dobiega końca. Studia 37 i programów, które emitujemy z Dublina (w sile ponad trzynastu godzin tygodniowo) nie byłoby, gdyby nie niezwykli ludzie, kochający radio. Chcę podziękować Katarzynie Sudak, Dorocie Andrzejewskiej, Kamili Turzyńskiej, Bogdanowi Feręcowi (za świeże spojrzenie na nasze polsko – irlandzkie losy na Wyspie i wsparcie poryalu Polska-IE.com, którego udziela Radiu WNET), Jakubowi Grabiaszowi, sportowemu ekspertowi i współwydawcy technicznemu, gdy mowa o nowych gościach pojawiających się na antenie, Piotrowi Słotwińskiemu, kronikarzowi Polonii z Cork, oraz Tomaszowi Szustkowi, który wzniósł ożywcze siły w nasze działania. To dzięki niemu mamy niezwykłą oprawę graficzną i fotograficzną Studia Dublin.

Gorące podziękowania także dla Alexa Sławińskiego, którego „Londyński WNETowy Zwiad” jest ważną częścią naszych opowieści o Wyspach i Wyspiarzach, także z polskimi paszportami.

Wielki ukłon dla braci realizatorów i techników Radia WNET, na czele z Karolem Smykiem, Pawłem „Dannym” Chodyną i Dariuszem Kąkolem. Bez Was nie byłoby nas w domach słuchaczy w Krakowie i Warszawie. 

Dziękuję Wam kochani za obceność, wiarę w nasze radiowe posłannictwo i przyjaźń.

Tomasz Wybranowski

 

Partner Radia WNET i Studia Dublin

 

                                   Produkcja Studio 37 – Radio WNET Dublin © 2019

 

PJ Murphy i Tomasz Wybranowski, tuż przed Bllomsday wizyta w Sweny’s Chemist, przy Lincoln Place w Dublinie. Tam Leopold Bloom kupował mydełko dla Molly. Fot. Tomasz Szustek Studio 37

Oświadczenie twórców filmu „Zdarzyło się w Polsce”. Żądają w nim m.in. odwołania ministra kultury Piotra Glińskiego

Film „Zdarzyło się w Polsce” napotkał na bariery nie do przebycia w momencie odmówienia zgody na poddanie się pasożytniczym układom pozostawionym w branży filmowej przez poprzedni system.

(…) Paradoksalnie, w nowej rzeczywistości politycznej, po zwycięstwie w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku „dobrej zmiany”, niosącej na swych sztandarach przywrócenie elementarnych zasad sprawiedliwości społecznej, ale i realizację polityki historycznej przywracającej honor bohaterom walki o Wolną Polskę, gdy profesor Szwagrzyk z Instytutu Pamięci Narodowej odkopuje z anonimowych dołów śmierci szczątki zamordowanych żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego, niezwykle ważny film o powojennej walce drugiej konspiracji i jej zbrodniczym wymordowaniu przez komunistów zostaje zablokowany mimo wcześniejszych deklaracji i zobowiązań ze strony premiera, jego kancelarii i resortu kultury.

Czy piętrzące się przed twórczością Jerzego Zalewskiego problemy mają charakter trwały, niezależnie od zachodzących zmian w życiu politycznym kraju?

Czy raczej zachodzące zmiany polityczne mają wciąż charakter powierzchowny i napotykają na mur utrwalonych i nienaruszalnych od 30 lat, po niesławnej pamięci umowie okrągłego stołu, zakonserwowanych układów polityczno-biznesowych i personalnych, które zagwarantowała „gruba kreska” i jej skutki w postaci braku lustracji i dekomunizacji we wszystkich kluczowych instytucjach państwa, ale również na wyższych uczelniach, w obszarze edukacji i szeroko pojętej kultury, gdzie, wprost, spadkobiercy komunistycznego systemu stali się z dnia na dzień zarządcami, właścicielami pokomunistycznego majątku oraz właścicielami III RP. (…)

[Film] „Zdarzyło się w Polsce” napotkał na bariery nie do przebycia w momencie odmówienia zgody na poddanie się pasożytniczym układom pozostawionym w branży filmowej przez poprzedni system, który systematycznie sprzeniewierza przeznaczone na kulturę społeczne pieniądze, przepuszczane tymi samymi skorumpowanymi kanałami.

Jedną z czołowych pozycji w opisanej i, niestety akceptowanej przez obecny aparat władzy, strukturze zajmuje Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, której niezniszczalnym dyrektorem związanym zawodowo i pełniącym w niej od 1970 roku kierownicze funkcje jest niejaki Włodzimierz Niderhaus (…), który legitymuje się pokaźnym dorobkiem i zasługami w branży filmowej oraz, za przyzwoleniem i w pełnej komitywie z resortem kultury, jest finansowym dysponentem środków publicznych, został w roku 1983 zarejestrowany przez III Wydział SB jako tajny współpracownik służby bezpieczeństwa o pseudonimie „Włodzimierz”. (…)

[C]złowiek ten przez kolejne dekady, bez jakiejkolwiek lustracji, kontroli ze strony nowo mianowanych organów państwa, pozostaje współpracownikiem resortu kultury kierowanego przez wicepremiera Piotra Glińskiego, który zdecydował się poświęcić film Jerzego Zalewskiego na rzecz hołdowania postkomunistycznym reliktom w polskiej kinematografii. Mimo pełnej wiedzy o poniesionych nakładach i wysiłku ludzi zaangażowanych w przedsięwzięcie, nie bacząc na straty finansowe, a zwłaszcza moralne, wolał zachować dotychczasowe relacje z agentem komunistycznych służb specjalnych.

(…) Domagamy się dlatego podjęcia przez obecne władze, deklarujące dziś naprawę państwa, stanowczych kroków w celu zapobieżenia podobnym sytuacjom w przyszłości i wyciągnięcia konsekwencji wobec osób odpowiedzialnych za zaistniały stan rzeczy, w tym usunięcia ze stanowiska szefa resortu kultury ministra Piotra Glińskiego, który nie gwarantuje naszym zdaniem oczekiwanych zmian.

„Kłopotliwy reżyser, kłopotliwe filmy” – oświadczenie twórców filmu i opinia prof. Andrzeja Nowaka o filmie Jerzego Zalewskiego „Zdarzyło się w Polsce” znajdują się na s. 2 grudniowego „Kuriera WNET” nr 66/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 16 stycznia 2020 roku!

„Kłopotliwy reżyser, kłopotliwe filmy” – oświadczenie twórców filmu i opinia prof. Andrzeja Nowaka o filmie Jerzego Zalewskiego „Zdarzyło się w Polsce” na s. 2 grudniowego „Kuriera WNET”, nr 66/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Najważniejsze polskie albumy muzyczne roku 2019. Część pierwsza, od 51 do 41 miejsca – prezentuje Tomasz Wybranowski

Kolejny rok (prawie) za nami. W muzyce był to jeden z najlepszych lat od prawie dekady. W moim subiektywnym zestawieniu „51” najlepszych polskich płyt bez podziału na style i gatunki. Zapraszam gorąco

i dodam, że nagrania z każdego z omawianych i prezentowanych w zestawieniu albumów gościły oczywiście na antenie Radia WNET. Bo radio WNET to „muzyka warta słuchania”. Zatem zaczynam odliczanie.

                                                                                   Tomasz Wybranowski

 

 

51. Fisz Emade Tworzywo: „Radar” (Grand Imperial / Dwa Ognie) – hip hop

 

 

50. Michał Kowalonek: „O miłości w czasach powstania” (Agencja Muzyczna Polskiego Radia) – rock

Płyta jest solowym debiutem Michała Kowalonka, znanego ze Snowman czy Myslovitz. Na płycie historyczne polskie obrazki z rockową oprawą („Grudniowa etiuda”, czy „Matki”). To wspaniała lekcja historii Polski, tej najnowszej, skromna muzycznie, ale bardziej niż interesująca w swojej indie – rockowej formie.

 

 

49. Ryszard Makowski: „Ryszard Makowski (album)” – (Agencja Muzyczna Polskiego Radia) – piosenka / pop.

Pierwsza pięćdziesiątka dla pana Ryszarda za słoneczny song „Cudowny dzień” i ogólny, bo bardziej niż pogodny (wreszcie) wyraz artystyczny.

 

 

48. No More Jokes: „A ludzie się patrzą…” (Sonic Records) – rock / grunge / alternative metal

EPka „Wybacz”, wydana dwa lata temu, pozytywnie mnie zaskoczyła. Czekałem na duży krążek No More Jokes i nie rozczarowałem się. Udowodnił to już pierwszy singel „Reset” z albumu „A ludzie się patrzą…”. Znajdziecie w zbiorze jedenastu nagrań i indies rockowe brzmienia, przechodzące w grundge i metalizujące historie muzyczne. Moje faworytki to mroczna, gotycka „Klepsydra” i zaskakująca kompozycyjnie „Symulacja”.

 

 

47. Kwiat Jabłoni: „Niemożliwe” (Wydawnictwo Agora) – folk

W rolach głównych „następcy tronu” Jakuba „Elektryczne Gitary” Sienkiewicza – Kasia i Jacek, oraz ich fonograficzny debiut “Niemożliwe”. Na płycie i przebojowo, i folk – popowo, ale i klimatycznie z frazą bluesa i muzyki świata, jak w nagraniu „Kto powie mi jak”, moim faworycie z płyty.

Album jest przeładowany przebojowymi melodiami, które często stylowo odstają od siebie sprawiając wrażenie przypadkowego doboru, ergo poszukiwania właściwego i swojego stylu. Moja rada? Słuchać tej płyty należy w odstępach dwu, trzydniowych i będzię wszystko w porządku. Nadzieję przynoszą (opróćz mojego faworyta) nagranie “Nie ma czasu” z przepięknym fortepianem Kasi Sienkiewicz i instrumentalny „mocarz” “Wodymidaj intro”.

Czekam na ich drugi album, bo wierzę iż po małych korektach szczyt bardziej niż blisko.

 

 

46. Blauka: „Miniatura” (Duża Wytwórnia) – rock / vintage / indie

Krążek „Miniatura” to kolejny znakomity debiut „made in Poland” mijającego roku. Fundamentami Blauki są Georgina Tarasiuk (serce, metafory, głos i melodie) i Piotr Lewańczyk (rytm, bas i produkcja). Na płycie znajdziemy dziesięc piosenkowych historii o sinusoidzie ludzkich żywotów na szlakach życia, które przybiera najróżniejsze barwy. I te barwy czuć i słychać w muzyce.

Muzycznie jest stylowo i rockowo, z domieszką melodyjnej psychodelii z początku lat 70. To jeden z najbardziej rozświetlonych albumów 2019 roku. Mocne strony albumu to otwierający „Amerykański sen” (mój faworyt, z gorzkim tekstem), a także szlagierowo – popowa „Błękitna” (jeden z naszych WNET-owych częstograjów) i gitarowo – synth pop(ujący) „Fantazmat”.  Całość zrealizowana lekko, naturalnie i prawdziwie, choć brakuje mi nieco Georginy z mocniejszym głosem i mocą, jak to niegdyś bywało.

Na koniec jeszcze jedno: debiut Blauki nie zastarzeje się tak szybko, jak kończący się rok! Tego jestem pewien.

 

 

45. Król: „Nieumiarkowania” (ART2) – electronic / rock

Jestem w mniejszości krytyków muzycznych i recenzentów, ale uważam stanowczo iż „Nieumiarkowania” przebijają skandująco – zaangażowany krążek Króla „Przewijanie na podglądzie”. Błażej Król postanowił na najnowszym krążku pójść w kierunku „piosenkowej instancji tworzenia”.

Przykładem tego był pierwszy singel zwiastujący wydanie płyty, przebojowy, rozświetlony i z niebanalnym tekstem, „Te smaki i zapachy”. To jeden z dziesięciu największych przebojów Radia WNET odchodzącego w cień ro(c)ku 2019.

Od 13 września jest z nami cały album, gdzie znajdziemy dziewięć nagrań. Okazuje się, że wciąż można być zaangażowanym i wyczulonym na relacje ze światem i bliźnimi, a jednocześnie przekazywać ważne treści w przystępnej formie piosenek. A jest i nowa fala, i gitarowość („Druga pomoc” i „W dole miasta”), domieszka bluesowego sznytu („Okazało się”) czy czysty dubstep („Gula”), gdzie robi się zdecydowanie KobiecoWydmowo (ukłony dla pani Iwony).

Bardziej niż dobry album Błażeja Króla, z mottem, które warto zacytować:

„/…/ Jeśli słyszysz, ciśnij mną o ścianę / Dobrze wiem, że się mylę”

 

 

44. Amarok: „Storm” (On-Art) – ambient / rock progresywny / electronic

To jeden z albumów, który swoją baśniowością i odnośnikami do muzyki koncepcyjnej oczarował mnie. Mowa o piątym albumie Amarok za którym stoi Michał Wojtas. Krążek „The Storm” to niezwykła ścieżka dźwiękowa do spektaklu brytyjskiego teatru tańca współczesnego Jamesa Wiltona „Dance Company”.

„The Storm” to muzyczny teatr magii. Jest rockowo i progresywnie, ale oszczędnie i delikatnie, zaś nagraie „Facing the Truth – The Grand Finale” to mała dźwiękowa epopeja, nie tylko ze względu na długość utworu (ponad osiemnaście minut) i swoisty hołd oddany berlińskim mistrzom gatunku.

Ta płyta jest niezwykle klimatyczna i osacza słuchacza obrazem. Flodowska gitara przetykana jest elektroniczną szatą atmosferą przypominająca nieco, choć w nowej formie i Tangerine Dream czy mistrza Klausa Schulze, oraz ten deszczowy fortepian w nagraniu „Natural Affinity”. I jeszcze doskonały „ll the Struggles”, gdzie odnajdujemy szamańską plemienność, którą zwiastują bębny kojarzące się natychmiast z „Peter Gabriel 4”.

Michał Wojtas to mistrz nad mistrze, który inspiruje, zachwyca i zniewala. Płyta zdecydowanie do słuchania we dwoje.

 

 

43. Konrad Kucz i Ola Bilińska: „Kucz/Bilińska” (MTJ) – avant – pop / dream pop

Recepta na znakomity album muzyczny, który nie nudzi, przykuwa i jest nowatorski? To proste. Potrzebujemy Konrada Kucza i jego melodycznej bajkowości, podlanej elektroniką. Dodajemy głos i emocje Oli Bilińskiej (zwłaszcza gdy śpiewa po polsku, jak w cudnych „Węgielkach”) i odrobinę muzycznej wyobraźni i chłodu Karoliny Kozak. Do tego dosypujemy metafory i liryczne obrazki Gaby Kulki i mamy znakomit zbiór „Kucz/Bilińska”.

Wsłuchując się po raz pierwszy w zestaw „Kucz/Bilińska”, oprócz retro – vintage popu, przychodzi do głowy i serca słowo elegancja i wysmakowanie. Do instrumentalnego nagrania „Wiking” mamy atlas wybitnych i słonecznych piosenek. Poźniej przychodzi zmierzch i senne marzenia zlewają się z naszymi pomrukami realności.  Wraz z “Cirrus Minor” gitarowo wstaje Księżyc. I tak jest już do końca płyty.

Dzieło Oli Bilińskiej i Konrada Kucza jest znakomitą odtrutką na wszystko co chemicznie, plastykowo zasysa nas w pędzie szarości dni podobnych do siebie. Piosenka – udowadniają twórcy – nie musi być sztampowa, byle jaka i „z dźwięków i melodii podobna do wszystkiego”. „Kucz/Bilińska” dociera do jasnego jądra prawdziwej piosenki, co daje nadzieję. Znakomite!

 

 

42. Michał Bajor: „Kolor Cafe” (Sony Music) – pop

Na album Michała Bajora „Kolor Cafe. Przeboje włoskie i francuskie” czekałem nie tylko dla tego, że jestem nieco sentymentalny. Michał Bajor to znakomity album, ale przede wszystkim jedne z trzech najdoskonalszych interpretatorów piosenek, który potrafi z ich wnętrz wydobyć absolutnie wszystko łącząc to ze znakomitym głosem, najdoskonalszą dykcją i wielkim, wielkim talentem.

„Kolor Cafe” to kontynuacja albumu sprzed ośmiu lat „Od Piaf do Garou”.  Michał Bajor na tej płycie składa swój głęboki hołd dla podziwianych artystów. Panteon znakomity, bo znajdziecie w nim słuchaczki i słuchacze wielką Edith Piaf, Dalidę, Jacquesa Brela czy Joe Dassina.

Płyta „Kolor Cafe” zachwyca i słuchaczom przydaje lekkości i uśmiechu. Wyboru piosenek dokonał sam mistrz Michał Bajor. Muszę zwrócić uwagę na aranżacje Wojciecha Borkowskiego i trud tłumacza – Rafała Dziwisza, który podarował tym francuskim i włoskim przebojom nową duszę, też porywająco słoneczną. Moim faworytem od pierwszego przesłuchania jest jednak nagranie wykonane przez pana Michała po francuski. To „Hymn Miłości / Hymne a L’Amour” z repertuaru wielkiej Édith Piaf.

 

41. Ladaco: „Pierwsze primo” (Ladaco Record) – post – rock / electronic

Rafał Benedek, który skrył się pod pseudonimem Ladaco, udowadnia, że „mniej znaczy często więcej”. Czerwiec i dzikie lato przyniosły jego debiut płytowy „Pierwsze primo”. Ladaco urzeka nowelkową formą opowiadania o swoich bohaterach i zdarzeniach. Niby te śpiewające nowelki i orazki są proste i banalne, ale właśnie z takich historii składa się życie. A obserwatorem Rafał Benedek aka Ladaco jest znakomitym, czego przykładem takie nagrania jak „Moje miasto”, przebojowe „Jest dobrze” i z największym ciężarem przeności „Tacy tacy”.

Ladaco w młodzieńczym dziele tworzenia nie kombinuje i nie stara się przypodobywać komukolwiek. Jego wielka wyobraźnia, swoboda językowa plus skromne i wyważone środki muzycznego wyrazu dały bardzo dobrą płytę. Jeszcze jedno, nie potrafię niczego wskazać na polskim muzycznym rynku co przypominałoby twórczość Rafała Benedka. Proszę zapamiętać i posłuchać.

Tomasz Wybranowski