Jak podaje „Rzeczpospolita” firma Biomed Lublin miała opracowywać lek na SARS-CoV2 na bazie osocza ozdrowieńców. Tego ostatniego, choć ozdrowiałych przybywa, nie może firma uzyskać.
„Rzeczpospolita” przypomina, że trzy tygodnie temu ogłoszono, że rusza projekt, który ma na celu opracowanie leku na koronawirusa przy wykorzystaniu technologii izolowania przeciwciał z osocza ludzkiego. Utknął jednak nie z własnej winy w miejscu. Choć bowiem jest coraz więcej ozdrowiałych, którzy oddają swoje osocze, to firma nie może go uzyskać. Jak wyjaśniał gazecie Piotr Fic, członek zarządu biotechnologicznej spółki:
Badania kliniczne nie mogą ruszyć, gdyż regionalne centra krwiodawstwa i krwiolecznictwa nie zebrały odpowiedniej ilości osocza ozdrowieńców i nie przekazały go Biomedowi Lublin.
Problem leży nie tylko w braku osocza w ogóle, co w procedurze jego poboru. Większość pobieranego w centrach krwiodawstwa osocza poddawanego jest tzw. inaktywacji. Jak tłumaczy Piotr Fic:
To powoduje, że nie nadaje się ono do produkcji w Biomedzie leku zawierającego skoncentrowaną dawkę immunoglobulin.
Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny numer 1 w Lublinie oraz Instytut Hematologii i Transfuzjologii, biorące udział w projekcie, zwracają uwagę poprzez swych przedstawicieli, że to do ministra zdrowia należy takie określenie procedury poboru osocza, by większa jego część niż ta obecnie nadawało się do użycia przy opracowywaniu leku.
W opinii kleryckiej Prymas zyskał pod każdym względem mir. Od starszego duchowieństwa dzieliło go pokutujące jeszcze z czasów zaboru przekonanie, że w dawnej Kongresówce nie ma co szukać wzorców.
Ks. Zygmunt Zieliński
Prymas z Kongresówki
Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski jest postacią wymykającą się wszelkim schematom, a przecież większość ludzi, nawet najwybitniejszych, z uwzględnieniem ich indywidualności, w jakiejś ogólniejszej klasyfikacji się mieści.
Prymas Wyszyński, nazwany Prymasem Tysiąclecia, swą „jednorazowość” zawdzięcza zapewne kilku okolicznościom. Na pierwszym miejscu – jak dziś lepiej niż kiedyś widzimy – jest jego duchowość, której obce były tanie efekty, a charakteryzowała ją moc płynąca z wiary przetwarzanej w energię bezkompromisowej postawy budowanej na modlitwie i medytacji. Obecnie widać to lepiej aniżeli za życia Kardynała, zwłaszcza kiedy odsłaniają się coraz bardziej dzieje jego uwięzienia, ukazując właśnie tę medytację, która była obroną przed gwałtem zadanym Prymasowi i zarazem programem jego duszpasterzowania.
Ogromna większość stale rosnącej liczby opracowań poświęconych Prymasowi skupia się na prymasostwie, które można by określić jako coś ostatecznie ukształtowanego lub używając może słowa niewłaściwego – dojrzałego.
Prymas był mężem opatrznościowym nie tylko dla Kościoła w Polsce, ale także dla Polski. Chciał nim być i nie krył tego, nauczając z ambony.
Dlatego Polacy z czasach spętanych cenzurą i walką z wolnym słowem, a zwłaszcza obezwładniani walką komunistów z Bogiem i Kościołem, jak nigdy właśnie wówczas otrzymywali trafiającą do serc i umysłów naukę ewangeliczną i wykładnię etosu narodowego zakotwiczonego w dziejach Polski.
To jedna okoliczność, ta najistotniejsza, stanowiąca fundament owej „jednorazowości”. Druga to był właśnie czas, w jakim przyszło pasterzować Prymasowi. Jego poprzednik, kardynał August Hlond, był do pewnego stopnia „pod ochroną” ze strony władz komunistycznych dążących do uwiedzenia narodu mimikrą mającą stwarzać pozory jakiejś kontynuacji II Rzeczypospolitej. Nadto Hlonda otaczała aura uznanego księcia Kościoła, któremu ówczesna „władza ludowa” nie śmiała stawić czoła, obawiając się zrażenia do siebie ogromnej większości Polaków. Śmierć Hlonda przyszła dla komunistów w samą porę – dlatego być może nie była przypadkowa – gdyż Polska stała już na progu ery stalinizmu.
Nominacja prymasowska Stefana Wyszyńskiego, w dniu 16 listopada 1948 r., wówczas najmłodszego biskupa ordynariusza, którego staż w Lublinie wynosił niewiele ponad 2 lata, była pewnym zaskoczeniem nie tylko dla władz komunistycznych. Początki rządów Prymasa w obu archidiecezjach, gnieźnieńskiej i warszawskiej – ingres do Gniezna odbył się 2 lutego 1949 r. – zbiegły się w czasie z tzw. „zlaniem” PPR i PPS w grudniu 1948 r. i z pełnym już ujednoliceniem rządów komunistycznych w Polsce.
Problematyka związana z tym wydarzeniem i z polityką władz wobec Kościoła, a w szczególności wobec nowego Prymasa, jest najchętniej podejmowanym przez badaczy tematem, dlatego pozostawiamy go tu na marginesie. Natomiast autor, mający w pamięci tamte wydarzenia, chciałby rzucić pewne światło na to, co faktycznie towarzyszyło pierwocinom pasterzowania Prymasa, zwłaszcza w archidiecezji gnieźnieńskiej. Okazuje się bowiem, że Prymas Wyszyński nie wniósł tam gotowego autorytetu, ale musiał budować go w cierpliwym trudzie i do momentu swego aresztowania sprawa była przez cały czas in statu fieri, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi starsze duchowieństwo.
Niemal nazajutrz po ingresie w Gnieźnie słyszało się głosy ze strony starszych księży, że nowy Prymas to nie Hlond, który swą powagą wzbudzał szacunek nawet u komunistów, że jest zbyt młody, że pochodzi z „czerwonego” przed wojną Włocławka, gdzie podobno sympatyzował komunistyczną lewicą. Także to, że jest synem organisty, wzbudzało nieufność
Opinie takie po kilku latach przywoływano niechętnie, stąd też nie zadomowiły się one w pamięci wielu kapłanów, a przyznać trzeba, że nie przedostawały się one do opinii publicznej, choć krytyka Prymasa znana była w kręgach tzw. księży patriotów, i to nawet jeszcze w latach sześćdziesiątych. Byłem w tym czasie licealistą i miałem częsty kontakt z miejscowymi księżmi, a w konkretnym przypadku pośredniczyłem w malowaniu herbu prymasowskiego na dużej płaszczyźnie i byłem obecny przy rozmowach księży zainteresowanych tą pracą. To, co wyżej relacjonuję, było wtedy przedmiotem ich rozmów i uczyniło na mnie niezatarte wrażenie, powodując weryfikację tych opinii mimo woli dokonywaną już w czasach kleryckich. (Używam pierwszej osoby, gdyż treść eseju zawiera niemal wyłącznie moje własne spostrzeżenia i przeżycia).
W seminarium gnieźnieńskim, gdzie znalazłem się w październiku 1951 roku, spotkałem się z zupełnie odmiennym spojrzeniem na Prymasa. Jego autorytet był tu niezachwiany, a opinie zasłyszane przed dwoma laty traktowałem niemalże jak bluźnierstwo. Kiedy zwierzyłem się z tego jednemu z moderatorów, potraktował mnie bardzo surowo, radząc zapomnieć o tym, ponieważ wzmianki takie, np. do kolegów, mogą zakończyć moją zaledwie rozpoczętą drogę do kapłaństwa.
Na II roku wyznaczony byłem wraz z jednym z kolegów do kaplicy w domu prymasowskim, gdzie posługiwaliśmy Prymasowi do Mszy św. Na śniadaniu, w którym uczestniczyliśmy, obecni byli także ks. kapelan Władysław Padacz i ks. infułat Stanisław Bross. Ten ostatni był jednym z wikariuszy generalnych obok biskupa Lucjana Bernackiego. Zaskoczyła nas wtedy familiarność w relacjach Prymas – infułat. Bross był o 6 lat starszy od Prymasa. Byli po imieniu, co podobno zdarzało się Prymasowi jedynie w stosunku do kolegów kursowych.
Prymas, którego dotąd wyobrażaliśmy sobie jako surowego, dostojnego hierarchę, okazał się bardzo bezpośrednim, dowcipnym człowiekiem, który z klerykami II roku rozmawiał niemal jak z sobie równymi.
Szliśmy w jego towarzystwie w kierunku katedry, wówczas właśnie odbudowywanej po jej spaleniu w 1945 roku przez sowietów. Wyjaśniał nam nową konstrukcję hełmów wieżowych. Podobne wrażenie odnosili wszyscy koledzy wyznaczani do kaplicy prymasowskiej. W porównaniu z monumentalnością Hlonda, Prymas Wyszyński jawił się jako przystępny, dowcipny ojciec – tak go potem wielu nazywało – który jeśli pytał np. o pewne sprawy związane z seminarium, to rzeczywiście oczekiwał rzetelnej odpowiedzi.
W opinii kleryckiej zatem Prymas, który prezentował się także w sposób bardzo korzystny w swych spotkaniach z bracią seminaryjną, zyskał pod każdym względem mir nie tylko zrozumiały, zważywszy jego godność i urząd, ale także w wymiarze czysto ludzkim. Wydaje mi się, że chociaż nie tak często jak na początku jego rządów, ale jednak czasami obijały mi się o uszy jakieś uszczypliwości pod jego adresem, Prymas zyskiwał sobie nie tylko powszechny głęboki szacunek, a także przywiązanie, o którym w przypadku Hlonda trudno byłoby mówić, gdyż wzbudzał przede wszystkim respekt. Od starszego duchowieństwa dzieliło Prymasa pokutujące jeszcze z czasów zaboru przekonanie, że w dawnej Kongresówce nie ma co szukać wzorców. Decydowały o tym często drobiazgi, jak np. wymóg noszenia sutanny w czasie załatwiania spraw w Kurii. Podobno ksiądz, któremu Prymas zwrócił na to uwagę, odpowiedział dość niegrzecznie, nawiązując właśnie do zwyczajów włocławskich. Prymas bardzo szybko skorygował swe postępowanie w takich jak ta, nieważnych sprawach.
Krążyła potem po diecezji – prawda czy anegdota – wieść, że podobno Prymas miał powiedzieć, iż księży warszawskich lubi, ale gnieźnieńskich szanuje.
To wżywanie się Prymasa w środowisko dotąd mało mu znane czyniło postępy dostrzegalne nawet przez mniej wprawne niż kleryckie oko. W momencie aresztowania zatem można mówić o ugruntowaniu jego autorytetu i o serdecznym poparciu, jakim cieszył się wśród księży i wiernych w obliczu nasilających się ataków władz komunistycznych na niego.
Toteż aresztowanie i wywiezienie Prymasa wywarło na wszystkich, przynajmniej z ówczesnego mego otoczenia, przygnębiające wrażenie. Od czasów aresztowania w 1874 r. arcybiskupa Ledóchowskiego nie zdarzył się taki zamach na Prymasa – głowę Kościoła polskiego. Deklaracja Episkopatu z 27 X 1953 r. zrobiła wrażenie jeszcze gorsze. Osłabiało je to, że wielu nie dawało wiary, iż biskupi mogli zdobyć się na akt dezawuujący Prymasa, choć wiedzieli, podobnie jak każdy ksiądz i wielu wiernych, czym był dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych z 9 II 1953 r. Nie wiedziono wówczas, że ten zadziwiający gest biskupów, mający na celu okazaniem władzom dobrej woli, uczyniony zresztą niechybnie ad maiora mala vitanda, nie zmniejszy ingerencji państwa w obsadzanie stanowisk kościelnych, co skazywało, zwłaszcza neoprezbiterów, na tułanie się po „gościnach” proboszczowskich, mając formalny zakaz sprawowania funkcji kościelnych.
Dla seminarzystów gnieźnieńskich miał nastać czas niepewności i pomieszania pojęć pod wieloma względami. Od 1953 roku w Gnieźnie było pełne seminarium – 6 roczników. Szczególnie rok VI, diakoński, mógł się liczyć z tym, że po święceniach władze państwowe uniemożliwią im podjęcie pracy duszpasterskiej. Mogło to spowodować nawet odroczenie święceń. Wszak Gniezno, skąd wysiedlono także sufragana, biskupa Lucjana Bernackiego, nie posiadało żadnego biskupa, a powierzenie święceń biskupowi z zewnątrz mogło spotkać się z wetem władz. Sytuacja zatem po aresztowaniu Prymasa była groźna na wielu płaszczyznach.
Na początku listopada 1953 r. wiadomo było już, że rządy w archidiecezji będzie sprawował nie wikariusz kapitulny, jak przy wakansie biskupstwa, ale wikariusz generalny, sprawujący rządy z polecenia ordynariusza. Ponieważ biskup Bernacki podlegał także banicji, wikariuszem generalnym był ks. infułat Stanisław Bross. Nie mógł on oficjalnie rządzić z polecenia ordynariusza, ponieważ władze, mimo iż Prymas nie był deponowany ze stanowiska, a tylko pozbawiony prawa wykonywania urzędu, nie uznawałyby dokonywany przezeń aktów.
Ksiądz Bross postąpił w tym przypadku co najmniej nieroztropnie. Po pierwsze, zwołał wszystkich kleryków do auli i przez 2 godziny wyjaśniał, jaka jest jego władza. Była ona faktycznie, jak to określał, postestas ordinaria sede impedita – czyli zwyczajną władzą w czasie, kiedy rządca diecezji nie mógł jej wykonywać.
Słowo „ordinaria” wprowadzało jednak zamęt, gdyż sugerowało, że Bross stał się quasi-ordynariuszem, co zresztą z jego wywodów jasno wynikało, gdyż uzasadniał używanie przez siebie wszystkich insygniów biskupich – nawet je demonstrując. Sala reagowała niejednoznacznie.
VI rok demonstrował hałaśliwy aplauz. Reszta siedziała ogłuszona. Kilka głosów sekundowało diakonom, ale nastrój był grobowy. W dodatku Bross, wyczuwając go, w ostrych słowach zapytał, czy ktoś kwestionuje jego wyjaśnienia? Skierowanie takiego pytania do kleryków świadczyło o pewnym zagubieniu samego infułata, który w tak dziwny sposób chciał mieć potwierdzenie postulowanych przez siebie prerogatyw.
Po tym spotkaniu czekaliśmy na to, co powie rektor, ks. Józef Pacyna, i ojciec duchowny, ks. Stanisław Szymański. Rektor w ogóle unikał spotkania z klerykami, a ojciec duchowny w czasie nabożeństwa wieczornego wygłosił w kaplicy egzortę, której z chórku przysłuchał się Bross, a której treścią był Bóg jako ojciec wszystkich, do którego wyłącznie należy się we wszystkim zwracać. Aluzja była wyraźna, gdyż Bross postanowił zrobić ingres do katedry, co było szczytem nie wiadomo czego, ale z pewnością nie taktu i roztropności. Jako rządca diecezji sede impedita, zatem w czasie, kiedy ordynariusz nie był pozbawiony urzędu, a tylko doznał przeszkody w jego pełnieniu, Bross nie miał prawa odbywania ingresu. Rektor pozostawił, o ile pamiętam, decyzję pójścia na ingres każdemu indywidualnie. Poszedł bodajże tylko VI kurs. Nie zjawił się ani rektor, ani ojciec duchowny. Ten ostatni został usunięty następnego dnia po swej egzorcie, rektor zaś w grudniu tegoż roku. Rektorat objął sam Bross, pozostawiając jako wicerektora biblistę, ks. Felicjana Kłonieckiego. Oliwy do ognia dolały rekolekcje na rozpoczęcie roku akademickiego, prowadzone przez ks. Stanisława Pocztę, ongiś ojca duchownego w seminarium gnieźnieńskim. Był to niewątpliwie wzorowy kapłan, ale w niektórych sprawach dziwak. Dużą wagę przykładał do antropologii, z zastosowaniem do duszpasterstwa, narażając się na nieprzyjemności ze strony wiernych.
Rekolekcje zaczął od hasła, które brzmiało: „Jak było, jak jest i jak będzie”. Zaraz też dał odpowiedź: było źle, jest dobrze, a będzie lepiej. W kontekście uwięzienia Prymasa brzmiało to jak prowokacja, chociaż z pewnością nią nie było. Zdarzyło się wtedy jedyny raz w praktyce seminaryjnej, że w czasie nauk szurano nogami i buczano.
Musiał przyjść sam Bross, by utrzymać porządek. Najdziwniejsze było to, że ks. Poczta wcale nie był przeciwnikiem Prymasa, o co wielu go posądzało, ale po prostu brakowało mu rozwagi.
W seminarium panowała atmosfera swoistego kultu dla Brossa, choć praktykowała go niewielka część kleryków, podczas gdy reszta pozostawała obojętna, choć w rzeczy samej temu przeciwna. Uwięziony Prymas, o którym głośno w seminarium raczej się nie mówiło, stał się dla większości kleryków kimś bliskim w stopniu, o jaki trudno by było marzyć w czasach, kiedy był on na wolności. Oparciem dla zdezorientowanych kleryków była świadomość, że kapituła prymasowska jest niezachwianie wierna Prymasowi, zwłaszcza ks. kanonik, później biskup Jan Czerniak, czy najstarsi kanonicy, jak ks. Stefan Durzyński i ks. Stanisław Tłoczyński. Wszystko to przenikało do seminarium i budziło nadzieję na powrót Prymasa, który teraz już stanowił jedyny i niepodważalny autorytet.
Ksiądz infułat Bross nie był księdzem patriotą, o co niektórzy go posądzali. Archidiecezją rządził w zgodzie z prawem kościelnym. Ale zarazem pewne jego posunięcia budziły podejrzenia, iż nie liczy się on z powrotem Prymasa. Mianował, mianowicie, kilku proboszczów nieusuwalnych, czego od lat nie praktykowano i można było mniemać, że na takie nominacje nie zgodziłby się Prymas. Starał się też skupiać wokół siebie nie tylko pozyskanych kleryków, ale także niektórych księży w parafiach. Co charakterystyczne jednak, wielu unikało bliższych kontaktów z nim, co wyraźnie wskazywało na ich przekonanie, że miarodajny jest dla nich tylko Prymas. W archidiecezji wszakże wywoływało to – nazywane powszechnie „łapichłopstwem” – złe nastroje i niejednokrotnie burzyło zaufanie panujące między kapłanami.
Byłem w 1956 roku już na V roku, zatem blisko święceń, więc starsi księża niejednokrotnie szczerze się w mojej obecności wypowiadali. Raz byłem świadkiem takiej rozmowy między konfratrami, z których jeden doskonale znał Brossa sprzed wojny, kiedy był on szefem Akcji Katolickiej i bardzo zaufanym człowiekiem Hlonda. Usłyszałem wtedy, że Brossa minęło biskupstwo chełmińskie po biskupie Rosentreterze, ale udaremniła je pewna niedyskrecja. Z kierowania Akcją Katolicką musiał Bross ustąpić wskutek jakichś niedokładności w Księgarni Św. Wojciecha. Relacjonujący wówczas te wydarzenia kapłan dodał, że
Bross wskutek tych niepowodzeń doznał załamania psychicznego, ale jeszcze bardziej niż przedtem utwierdził się w przekonaniu, iż to właśnie on kwalifikuje się na następcę Hlonda. Stąd – jak dalej twierdził ów kapłan – pewne zdystansowanie Brossa w stosunku do Prymasa Wyszyńskiego, którego zdolności oceniał niżej niż własne.
Oczywiście rozmówcy, o których mowa, byli całkowicie innego zdania, ale po prostu chciano zrozumieć przyczyny pewnego dystansu Brossa w stosunku do Prymasa właśnie w momencie, kiedy tamten był uwięziony.
Dla młodego diakona, jakim wówczas byłem, opowiadanie to było podobnym szokiem, jak pierwsze spotkanie z Prymasem, może nawet większym. Toteż zdumiałem się jeszcze bardziej, kiedy na odpuście w Dąbrówce Kościelnej we wrześniu 1956 roku celebrujący sumę infułat Bross nazwał Prymasa swoim poprzednikiem. Wśród księży obecnych na sumie widać było poruszenie. Przecież nikt nie przypuszczał, że za nieco więcej niż miesiąc Prymas powróci na swoje stolice. Ale właśnie ta całkowicie jednogłośna dezaprobata z ich strony świadczy o tym, jak odosobnienie Prymasa przyczyniło się do konsolidacji nie tylko lojalności wobec niego, ale stworzyło atmosferę ogromnego przywiązania do niego nie tylko jako osoby, ale także hierarchy, któremu winni posłuch i wierność jego pasterzowaniu. Odwoziłem wtedy dwóch braci księży. Jeden z nich z całą pewnością należał do krytyków Prymasa w początkach jego rządów. Wówczas, komentując kazanie, byli zgodni, że tylko Prymas może w istniejących warunkach ocalić Kościół w Polsce.
Jeszcze jedno zdarzenie zakrawające na kalambur, a ale nim nie będące. Proboszcz katedry w Gnieźnie, ks. kanonik Raiter w kazaniu powiedział, aluzyjnie zapowiadając powrót Prymasa, że „powitamy niebawem dostojnego gościa”. Celebrujący kanonik Stefan Durzyński na zakończenie Mszy św. zwrócił się do wiernych i grzmiącym głosem oznajmił: „nie gościa powitamy, ale gospodarza”.
Ostatnim akordem tych ze wszech miar trudnych doświadczeń, z którymi kilka roczników kapłanów rozpoczynało swą służbę, była pierwsza Msza święta sprawowana w katedrze gnieźnieńskiej przez Prymasa – pełniłem wtedy funkcję diakona – kiedy Bross w czarnej sutannie siedział dokładnie za sedilium, które zajmowałem. Prymas w kazaniu mówił o wilkach, którzy wdzierali do owczarni, bronionej przez najwierniejszych z wiernych. Wielu spoglądało w kierunku stall, gdzie siedział ks. kanonik Jan Czerniak i inni kanonicy, ale większość wypatrywała Brossa. Bross przeżywał wtedy upokorzenie równe swej ongiś wybujałej ambicji. Wielu mu współczuło, m.in. piszący te słowa, ale podświadomie przychodziła refleksja, że inaczej być nie mogło, a wiedzieli to najlepiej ci, którzy byli wtedy w tych tragicznych daniach listopadowych po aresztowaniu Prymasa w auli seminarium gnieźnieńskiego i słuchali kazania w Dąbrówce Kościelnej.
Właściwie można zaryzykować twierdzenie, że z Komańczy wrócił Prymas w zupełnie innej kondycji niż ta, w jakiej opuszczał jako więzień Warszawę 25 września 1953 roku. Teraz dopiero miał pełnię władzy, nie tylko jurysdykcyjnej – tę miał zawsze – ale także tej drugiej najważniejszej – władzy nad duszami i sumieniami. Już nikt jej nie kwestionował, nawet jego zagorzali wrogowie. Bross odszedł w cień. Nie zdobył się na confiteor, może nie widział racji ku temu i nie byłoby to tak zupełnie bezpodstawne. Jeśli wolał exilium aniżeli słowo: przepraszam, to znaczyłoby, iż klęskę poniosła ambicja. Czyli była to klęska nieunikniona, jak nieuniknione było dojrzewanie mocy prymasowskiej w uwięzieniu i odosobnieniu, kiedy wsparcia nie dawały żadne ludzkie rachuby, a jedynie zawierzenie Jasnej Górze i Bożej Opatrzności.
Ks. Zygmunt Zieliński jest emerytowanym profesorem KUL i b. członkiem PAN, historykiem, profesorem nauk teologicznych, autorem ponad 600 publikacji, publicystą poruszającym problemy współczesności.
Artykuł ks. Zygmunta Zielińskiego pt. „Prymas z Kongresówki” znajduje się na s. 7 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 72/2020.
Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Tym razem w kolejnym czerwcowym odcinku programu „Medycyna Hildegardy z Bingen” panią Elżbietę Ruman podpytywałem o nazwy roślin, które prawdziwie odmładzają. Odmładzają ciało, jak i serce, i umysł.
Dzięki nim nasze organizmy pozbywają się chorób, toksyn i zmęczenia światem i czasem. Umiejętne korzystanie z darów Bożych sprawić może, że upływ czasu i negatywne myśli tym spowodowane zamienione będą w świadomość swojego piękna „tu i teraz”. W rolach głównych bertram, koper włoski i orkisz.
Cały program z poniedziałku – 8 czerwca 2020 – do wysłuchania tutaj:
Tutaj cały program z 18 maja 2020, gdzie mowa była o cudzie Jana Pawła II:
Tamtym razem odcinek programu „Medycyna Hildegardy z Bingen” poszybował w eter w 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły – św. Jana Pawła II. W Radiu Wnet pamięć o papieżu Janie Pawle II miała także związek ze św. Hildegardą z Bingen.
Czy Karol Wojtylla znał święta Mniszkę? Czy nasz wielki rodak i święty jadł orkisz? Także opowieść o nieznanym cudzie Jana Pawła II, oraz o hildegardowym sposobie na przewlekłe zmęczenie. W roli głównej piołun!
Św. Hildegarda była jedną z czterech kobiet, która otrzymała tytuł doktora Kościoła. Jako pierwsza założyła klasztor żeński. Niemal tysiąc lat temu, dzięki swoim niezwykłym wizjom, opisała nasz świat. Ponad 800 lat temu, dzięki swoim niezwykłym wizjom, opisała nasz świat.
Św. Hildegarda jednak nie tylko dała opis ziemskiego padołu i jego problemów, ale także sposoby leczenia wielu występujących dziś schorzeń. O sposobach na życie w harmonii, leczenie i dietę, która zapewnia zdrowie ciała i ducha opowiada Elżbieta Ruman. Zawsze w poniedziałki, zawsze w Radiu WNET o godzinie 20:00.
Czytelnikom przedstawiamy, jak obecne władze Poznania traktują poważne inicjatywy społeczne, nawet ponadpartyjne, zaległe od dziesięcioleci i o bezsprzecznych walorach zgodności z polską racją stanu.
Henryk Walendowski
Śp. Henryk Walendowski
W połowie maja zmarł Henryk Walendowski, poznański społecznik i wielki patriota, Prezes Stowarzyszenia Budowy Pomnika Wypędzonych w Poznaniu. Za tymi kilkoma słowami kryją się i jego dramatyczne osobiste losy dziecka – więźnia niemieckiego obozu przesiedleńczego Lager Poznań-Główna i profesjonalna znajomość kamieniarstwa, bo był wybitnym specjalistą w tej dziedzinie, oraz wielkie oddanie sprawom Polski i Poznania. W ostatnich latach Henryk Walendowski angażował się z pasją w sprawy ważne dla pamięci historycznej Poznania i Wielkopolski, takie jak odbudowa Pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, zwanego Pomnikiem Wdzięczności, czy dzieło jego życia – budowa Pomnika Wypędzonych Wielkopolan, inicjatywa, którą podjął już w 2006 r. Niestety nie udało się tych przedsięwzięć doprowadzić do szczęśliwego finału, o czym pisaliśmy nieraz na łamach „Wielkopolskiego Kuriera WNET”. Henryk Walendowski był naszym czytelnikiem, z uśmiechem i życzliwością zachęcającym do tworzenia „Kuriera”, i stale przekazywał pozdrowienia wszystkim jego Autorom. Dziś zamieszczamy artykuł Henryka Walendowskiego napisany w 2018 r. specjalnie dla „Wielkopolskiego Kuriera WNET”, w którym opisuje on skandal związany z wycofaniem się władz miasta z budowy Pomnika Wypędzonych Wielkopolan.
Ten artykuł jest jak jego testament przekazany nam, byśmy kontynuowali jego dzieło, bo minęły lata, a Pomnika Wypędzonych Wielkopolan w Poznaniu nadal nie ma. (…)
Czytelnikom przedstawiamy poniżej, jak obecne władze Poznania traktują poważne inicjatywy społeczne, nawet te ponadpartyjne, zaległe od dziesięcioleci i mające niezaprzeczalne walory zgodności z polską racją stanu. Są to niezwykle ważne dla mieszkańców Wielkopolski (i Polski!) pomniki historyczne Najświętszego Serca Jezusowego, czyli Pomnika Wdzięczności, oraz pomnika Wypędzonych Wielkopolan.
12 lat temu, w roku 2006 powstała trzyosobowa grupa inicjatywna budowy Pomnika Wypędzonych w składzie: Aleksandra Bendkowska, Stanisław Jankowiak i Henryk Walendowski. Wszyscy jako kilkuletnie dzieci byli ofiarami wypędzeń przez Niemców i więźniami obozu przesiedleńczego na Głównej. Nasze rodziny przeżyły wojnę w Małopolsce lub regionie świętokrzyskim, na terenie Generalnego Gubernatorstwa.
Przez wiele lat obserwowaliśmy dziwną niemoc władz samorządowych w kwestii godnego upamiętnienia systemowych czystek etnicznych w Wielkopolsce, która została włączona w granice III Rzeszy Niemieckiej już w roku 1939
Chodzi o znak pamięci dla ok. 600 000 uwięzionych, ograbionych i deportowanych Wielkopolan oraz ofiar rugów, tj. wyrzucania rodzin z dochodowych gospodarstw rolnych w warunkach represyjnego niemieckiego terroru.
Inicjatorzy traktują budowę pomnika Wypędzonych Wielkopolan jako przeciwwagę nieustannej niemieckiej kłamliwej narracji historycznej reprezentowanej przez m.in. Erikę Steinbach i jej następcę Bernda Fabritiusa z niemieckiego Związku Wypędzonych (kłamliwa nazwa Bund der Vertriebenen!).
Wychodząc z założenia, że pomnik jest spóźniony, istotne jest zatem wzniesienie go bez zwłoki, dopóki jeszcze żyją świadkowie wypędzeń. Grupa inicjatywna, przekształcona w stowarzyszenie zarejestrowane w KRS (Społeczny Komitet Budowy Pomnika Wypędzonych) rozpoczęła prace z własnych niewielkich środków, pochodzących z emerytur i rent członków.
Tablica informacyjna w miejscu przyszłego pomnika. Fot ze zbiorów Autora
W styczniu 2014 roku Społeczny Komitet uzyskał lokalizację w zaproponowanym przez nas prestiżowym miejscu (ul. Towarowa róg ul. Powstańców Wielkopolskich). 17.03.2014 r. Prezydent Poznania Ryszard Grobelny objął patronat honorowy nad budową pomnika Wypędzonych Wielkopolan. W kwietniu 2014 r. z 30 projektów i wizualizacji Zarząd Społecznego Komitetu wybrał najbardziej przekonujący swym lapidarnym przesłaniem wstępny projekt artysty rzeźbiarza Jarosława Mączki z Bielska-Białej. W lipcu 2014 r. Zarząd Dróg Miejskich i Zarząd Zieleni Miejskiej wyraziły zgodę na dysponowanie nieruchomościami pod pomnik. Społeczny Komitet oznaczył miejsce sjenitową tablicą informacyjną.
Ideowym przesłaniem pomnika J. Mączki jest memento z rozwinięciem: krzywdy wyrządzone dzieciom przez wypędzenia to barbarzyństwo, zbrodnia przeciwko ludzkości. (…) Gdyby w Poznaniu wzniesiono Pomnik Wypędzonych wcześniej niż Pomnik Wypędzonych w Gdyni (październik 2014 r.), z pewnością jego centralnym symbolem byłaby kilkuosobowa rodzina. Realizacja w Gdyni stworzyła dla Poznania m.in. obawę o plagiat. (…)
22.03.2016 r. na Posiedzeniu Zespołu do Spraw Wznoszenia Pomników pozytywnie zaopiniowano w głosowaniu przedstawioną przez wnioskodawców formę pomnika Wypędzonych Wielkopolan (8 głosów za, 1 głos wstrzymujący się).
Od momentu zatwierdzenia projektu Społeczny Komitet zintensyfikował prace przygotowawcze i skompletował dokumentację niezbędną do wystąpienia o pozwolenie na budowę. Rozwinęliśmy projekt we wszystkich branżach: architektura, konstrukcja, geodezja, drogi, zieleń, oświetlenie, odwodnienie, kiosk informacyjny, wstępne rozmowy z właścicielami kamieniołomów granitu na Dolnym Śląsku. Wydawało się, że wkrótce rozpoczniemy pracę na parceli pod pomnik, zgodnie z przepisami zapraszając na początek archeologów.
W dniu 4.10.2016 r. na posiedzeniu Zespołu stała się rzecz niesłychana: dwie panie ze stowarzyszenia Wspólnota Polaków Wypędzonych i Poszkodowanych przez III Rzeszę skrytykowały już zatwierdzony projekt. Inicjatorów poproszono o opuszczenie sali. Później dowiedzieliśmy się, że Zespół nagle zmienił zdanie i wbrew poprzednim ustaleniom przegłosował we własnym gronie rozpisanie konkursu na pomnik.
Okazało się, że 6 członków Zespołu w tej samej kwestii głosowało za i przeciw: wcześniej przeciw konkursowi, później za konkursem. Byli to: Joanna Bielawska-Pałczyńska, Łukasz Mikuła, Rafał Ratajczak, Jacek Maleszka, Jędrzej Oksza-Płaczkowski i Piotr Marciniak. Należy dodać, że porządek obrad nie przewidywał głosowania, lecz po wysłuchaniu opinii odrębnej miał przejść do następnej sprawy. Tak się nie stało. Powstała całkiem nowa dla Społecznego Komitetu sytuacja – odrzucenie naszej dziesięcioletniej pracy, chaos proceduralny. Zespół złamał zasadę pacta sunt servanda, podstawową zasadę obowiązującą decydentów. Nie było żadnych racjonalnych powodów, by zarządzać jakiekolwiek głosowanie. Oprócz absurdu mamy tu do czynienia po prostu z cynizmem i bezczelnością.
Głosowanie Zespołu do Spraw Wznoszenia Pomników z dnia 4.10.2016 r. unicestwia całą wieloletnią pracę Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Wypędzonych. My, starsi seniorzy, którzy przeżyli wypędzenia lat 1939–1945, zostaliśmy niespodziewanie zaatakowani w strefę naszej wolności i godności, oszukani. Zespół nie uchwalił ani podziękowania za dziesięcioletnią pracę Społecznego Komitetu, ani nie zaproponował zwrotu kosztów poniesionych przez Społeczny Komitet, wiedząc, że wykonaliśmy ze specjalistami wiele bardzo zaawansowanych prac koncepcyjnych, dokumentacyjnych i projektowych. W oczach Zarządu naszego Stowarzyszenia Zespół się skompromitował, stał się niewiarygodny. Działa niedemokratycznie, arogancko, nie oddając praktycznie żadnego obszaru inicjatywom społecznym.
Pisma odwoławcze i protestacyjny list otwarty do władz Miasta Poznania pozostały bez merytorycznych odpowiedzi. Tymczasem umarli kolejni członkowie Społecznego Komitetu (Stanisław Jankowiak z Grupy Inicjatywnej, Jerzy Tomkowiak, Stanisław Łakomy i Stanisław Juszczak), inni poważnie chorowali.
Z żalem stwierdzam, że gdyby Zespół ds. Wznoszenia Pomników nie wtrącił się 22.09.2015 r. do toku procedowania, a 4.10.2016 r. nie podjął głosowania nad sprawą już przegłosowaną – pomnik już byłby gotowy lub przynajmniej w budowie. Cieszylibyśmy się nie tylko razem z jeszcze żyjącymi świadkami wypędzeń, lecz także ze wszystkimi, którzy doceniają obecność znaków pamięci narodowej. Sprawa pilnego upamiętnienia deportacji w Poznaniu jest zadaniem zaległym od lat, naszą sprawą narodową i częścią mądrze rozumianej polskiej polityki historycznej.
Zaistniałą przykrą sytuacją należy obarczyć Prezydenta Jacka Jaśkowiaka, blokującego trzy ważne dla mieszkańców Wielkopolski pomniki: Wdzięczności, czyli Najświętszego Serca Jezusowego, Wypędzonych Wielkopolan i króla Przemysła II.
Cały artykuł Henryka Walendowskiego pt. „Pomnikowy paraliż” znajduje się na s. 1,4 i 5 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 72/2020.
Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Od niedzieli od godz. 19:00 (7 czerwca) na antenie Radia Wnet ruszyła nowa formuła radiowa: Muzyka Wnet Nowe projekty, debiuty, młodzi artyści.
Projekt radiowo-internetowy, obejmuje cotygodniowe audycje oraz koncerty (raz na 2 tygodnie).
Audycje polegają na prezentacji zasobów i stanu niezależnego polskiego rynku muzycznego. Ma on na celu przedstawić stan rynku muzycznego, zaprezentować mechanizmy działania i funkcjonowania wytwórni, organizacji zrzeszających muzyków.
W audycjach, prócz twórców i wykonawców niezależnych, będą uczestniczyć specjaliści z dziedziny muzyki, rynku muzycznego i wszelkich dziedzin związanych z jego funkcjonowaniem.
Audycja będzie realizowany w formie wywiadów, rozmów lub paneli dyskusyjnych z udziałem ekspertów muzycznych, krytyków muzycznych, dziennikarzy radiowych i telewizyjnych zajmujących się tematyką muzyczną, organizatorów koncertów i festiwali, kompozytorów, twórców piosenek, pedagogów z renomowanych szkół muzycznych, przedstawicieli agencji artystycznych, specjalistów ds. marketingu muzycznego, znawców prawa autorskiego i praw pokrewnych oraz przedstawicieli organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi.
W ramach audycji będą odbywały się koncerty z nowego studia Radia Wnet lub innych miejsc na terenie Warszawy. Koncerty zaprezentują nowe projekty muzyczne, debiutantów i wykonujących różne gatunki muzyczne.
Zespoły zostaną wyłonione przez radiową kapitułę. Koncerty będą transmitowane na żywo w ponadregionalnym Radiu Wnet oraz równocześnie globalnie w sieci Internet (transmisja LIVE na kanale rozgłośni w serwisie YouTube).
W audycji jest również przewidziany kontakt telefoniczny ze słuchaczami. Powyższe czynniki wpłyną na rozwój kapitału kulturowego odbiorców za pomocą narzędzi internetowych oraz rozwój kompetencji cyfrowych zarówno odbiorców, jak i kadr kultury.
Oprócz audycji i organizowanych przez Radio koncertów, przewidziana jest również promocja artystów rynku niezależnego na portalu Wnet.fm oraz w mediach społecznościowych. Promocja przede wszystkim będzie realizowanych na antenie radiowej w programach muzycznych oraz w wejściach w ramach wybranych programów o różnej tematyce.
Dalsza kontynuacja promocji odbędzie się w drukowanym Kurierze Wnet miesięczniku wydawanym co miesiąc.
Pierwszy koncert na żywo, na antenie radiowej oraz przy jednoczesnej relacji live na radiowym kanale YouTube, odbędzie się już 21 czerwca. Pierwszym podmiotem, który wystąpi w tym dniu, będzie młoda artystka Zagi.
Zagi to bardzo wyrazista i energetyczna postać na polskiej scenie muzycznej. Dziewczyna z gitarą – wokalistka, instrumentalistka, autorka muzyki i tekstów. Pisze dla siebie, ale również dla innych artystów. Zagi gra na instrumentach strunowych – gitarach, oraz ukulele. Inspiruje się otaczającym ją światem. Pisane przez nią piosenki są formą pamiętnika, w którym opisuje to, co czuje w niebanalny sposób.
Pod tym pseudonimem Zagi – jest obecna na polskiej scenie muzycznej od 2011 roku, ale początki jej twórczości sięgają znacznie dalej – artystka pierwsze swoje kompozycje zaczęła tworzyć już w podstawówce i od tego czasu pisanie piosenek jest nieodłączną częścią życia i formy wyrazu. Rdzeniem każdej piosenki Zagi są szlachetne, polskie teksty, w których na próżno szukać grafomanii, jej emocjonalny wokal i wpadające w ucho melodie, które w połączeniu z energią wytwarzającą się w jej zespole ewoluują do mieszanki, którą można zamknąć w szufladce z napisami: indie-rock, pop, alternatywa.
Od lat ma miejsce degradacja uniwersytetów i elit na nich formowanych, co widać i przy wyborach prezydenckich, gdzie jest wprawdzie wielu kandydatów, a i tak nie ma z kogo wybierać. Takie mamy elity.
Józef Wieczorek
W czasach zarazy trzeba nosić maseczki, a głośne mówienie skutkuje rozsiewaniem wirusa, ale czy milczenie nie jest czasem wywołane obawą o rozpowszechnienie wirusa prawdy?
Zapewne z tej przyczyny trwające wybory rektorskie odbywają się niemal w ciszy medialnej. Lepiej, jak się o nich nie mówi, lepiej, jak na stanowiska rektorskie jest tylko po jednym kandydacie, bo inaczej w walce o fotele coś by mogło zostać ujawnione. A tak, głosząc w dobie pandemii nadrzędność dobra wspólnego, można na lata opanować fotel rektorski i decydować o tym, co może, a co nie może wyjść na światło dzienne. Wielkie osiągnięcia w tej materii ma wzorcowa dla innych uczelnia, najstarsza w Polsce – zwana perłą w koronie nauki polskiej. (…)
Wybory akademickie w toku, wielu rektorów już wybrano, choć wybory rektorskie bywają fikcją, podobnie jak konkursy na stanowiska uczelniane, bo do wyborów (podobnie jak do ustawianych konkursów) staje na ogół tylko jeden kandydat.
Uczelnią musi kierować rektor, więc samojeden kandydat musi być wybrany, bez względu na to, co sobą reprezentuje i co z niego uczelnia, a przede wszystkim nauka w Polsce, mieć będzie.
Tak się dzieje od lat i od lat ma miejsce degradacja uniwersytetów, elit na nich formowanych – co widać i przy wyborach prezydenckich, gdzie jest co prawda wielu kandydatów, ale i tak nie ma z kogo wybierać. Takie mamy elity.
W wyborach na wzorcowej polskiej uczelni było co prawda na początku dwóch kandydatów na rektora, ale jeden z nich, argumentując, że uniwersytet powinien stanowić dla społeczeństwa wzór, jak wychodzić z kryzysu, podjął decyzję, aby w czasach pandemii wycofać swą kandydaturę.
Zatem wzorcem wyborów ma być brak możliwości wyboru akademika najlepiej nadającego się na rektora, z wyjątkiem tego jedynego kandydata, który w wyborach startuje. A jak zostanie wybrany, ma to znaczyć, że jest najlepszy. Czyli tak, jak się dzieje na ogół w wyborach/konkursach, także na nierektorskie stanowiska akademickie. Najlepsi to ci, których wybrano w ustawianych na nich konkursach.
I taki stan rzeczy jest niemal powszechnie, tzn. demokratycznie akceptowany. Co prawda kadencja rektorska trwa teoretycznie tylko cztery lata, ale często przedłuża się na lat osiem, bo możliwy jest wybór rektora na drugą kadencję i zwykle tak się dzieje. Nader często wybierani rektorzy mają już za sobą jedną, a zwykle dwie kadencje prorektorskie, a nierzadko bywali już rektorami na innych uczelniach.
Mamy zatem coś w rodzaju wykształcania się zawodu rektora, podobnie jak wcześniej zawodu profesora i są nawet związki zawodowe profesorów, powstające zapewne po to, aby bronić profesorów sprawiających zawód swoim poziomem, tak intelektualnym, jak i moralnym. Można zatem oczekiwać, że i związki zawodowe rektorów też powstaną.
Cały artykuł Józefa Wieczorka pt. „Pandemiczne wybory akademickie” znajduje się na s. 2 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 72/2020.
Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Każdy ma prawo do przyjmowania swoich założeń i wyciągania z nich wniosków, jednak wygłaszanie na ich podstawie tak zdecydowanych opinii, jak czyni to Andrzej Sośnierz, jest po prostu nieuzasadnione.
Zbigniew Kopczyński
Jako kryterium swoich ocen poseł Sośnierz przyjmuje przebieg krzywej zarażeń. Krzywą dla Polski porównuje z krzywymi dla Australii, Wielkiej Brytanii, Włoch i Szwecji. Przypadek Australii jest o tyle nietrafiony, że kraje dalekowschodnie przeżyły nie tak dawno epidemię SARS, spowodowaną podobnym wirusem, miały więc pewne doświadczenia i były przygotowane na nową, podobną epidemię. Poza tym położenie i możliwości techniczne pozwoliły na kontrolę ruchu granicznego i ścisłą kontrolę poruszania się i kontaktów osób zarażonych.
Jeśli spojrzymy na wykresy porównujące to, co dzieje się w Polsce, z sytuacją w krajach europejskich, to nasza pozycja na pierwszy rzut oka wygląda niewesoło. Nasza krzywa nie spada, podczas gdy w Wielkiej Brytanii i Włoszech dość znacząco obniżył się poziom zarażeń. Gdy jednak bliżej przyjrzymy się tym wykresom, zauważymy, że oprócz krzywej dotyczącej Szwecji, krzywe dla pozostałych krajów przedstawione są w skalach zupełnie innych niż krzywa dla Polski. Włoska skala jest dziesięciokrotnie, a brytyjska czternastokrotnie większa niż polska. (…)
Na podstawie porównań krzywych zakażeń Andrzej Sośnierz wysnuwa wniosek, że sytuacja w Polsce jest gorsza niż w Szwecji, gdzie krzywa wygląda podobnie, a nie poniesiono kosztów zamrożenia gospodarki. Kwestia ekonomicznych skutków obostrzeń to temat do zupełnie innej dyskusji, przy czym wcale nie jest tak, że Szwecja nie odczuje kryzysu.
Jednak, by porównywać koszty ekonomiczne z kosztami ludzkimi, należałoby przyjąć jakiś współczynnik przeliczeniowy, na przykład, ile procent PKB jesteśmy gotowi poświęcić dla tysiąca istnień ludzkich. Cyniczne, ale bez tego takie porównania mają umiarkowany sens.
Wróćmy jednak do krzywych i stwierdzenia, że Polska sytuacja jest gorsza niż szwedzka. Z wykresu wynika, że jest dokładnie odwrotnie. Szwecja zgodziła się na gwałtowny wzrost zachorowań, by szybko osiągnąć odporność stadną, co powinno doprowadzić do wygaszenia epidemii. Celem polskich władz było natomiast maksymalnie możliwe spłaszczenie krzywej, aby nie dopuścić właśnie do gwałtownego wzrostu zakażeń i sytuacji, jaką obserwowaliśmy we Włoszech i Hiszpanii, gdzie brakowało respiratorów i miejsc w szpitalach, a trumny były wożone ciężarówkami. Z przedstawionych wykresów widać, że Polska swój cel osiągnęła, a Szwecja nie. Jednak nic za darmo i ceną tego polskiego sukcesu będzie to, że zmniejszona w swej skali epidemia trwać będzie jednak dłużej niż gdzie indziej. I to też z wykresu wynika. Podsumowując tę część, musimy jednak zdać sobie sprawę, że jesteśmy wciąż w trakcie pandemii i tak naprawdę nikt nie wie, jak i czym zakończy się ona w poszczególnych krajach, więc cała nasza analiza dotyczy jedynie sytuacji na dzisiaj.
Porównując sytuację w Polsce i w Szwecji mówić, że tam jest taka sama albo nawet lepsza niż w Polsce, można tylko i wyłącznie wtedy, gdy, tak jak Andrzej Sośnierz przyjmuje się jako jedyne kryterium kształt krzywej zakażeń, a nie ilość zgonów spowodowanych epidemią. A to diametralnie zmienia wynik analizy.
Szwecja, kraj o dziesięciomilionowej ludności, a więc prawie czterokrotnie mniejszej niż Polska, ma prawie cztery tysiące ofiar śmiertelnych, według danych WHO na dziś. Polska natomiast zbliża się do tysiąca zmarłych. Gdyby zastosować szwedzkie proporcje, w Polsce musielibyśmy mieć w tej chwili piętnaście tysięcy zmarłych.
To właśnie te „brakujące” czternaście tysięcy ofiar jest miarą polskiego sukcesu.
Cały artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego „Żonglerka statystyką Andrzeja Sośnierza” znajduje się na s. 15 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020.
Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Katarzyna Krakowiak jest pierwszą polską artystką zaproszoną przez Fundację Miesa van der Rohe do
zrealizowania działania w Pawilonie.
Architektura zaczyna się od słowa . Architektura komponowana wspólnie. Kompozycja powstająca w warunkach trwającej do niedawna społecznej izolacji stanie się głosem wspólnego życia, pytaniem o stan wspólnoty i jej przyszłość, o jej otwartość, wolność, kreatywność. Wołaniem o nadzieję w świecie, w którym nie da się już wrócić do tego, co było wcześniej, a czas, kiedy „będzie już po wszystkim” nigdy nie nadejdzie. Nie odkładajmy więc życia na później. Bądźmy i działajmy razem teraz.
Fot: Anna Mas
W ramach artystycznego działania Katarzyna Krakowiak pyta:
Jakie słowo chcielibyście zachować?
Za jakie słowo chcielibyście wziąć odpowiedzialność?
Jakie słowo chcielibyście wnieść do naszego wspólnego życia
Uczestnicy zapraszani są do przesłania nagrania audio wybranego przez nich słowa, a także uzasadnienia w formie pisemnej notatki. Zgłoszenia można wysyłać do 22 lipca do godziny 12:00 na adres: letter@miesbcn.com
Zacierające granicę między językiem architektury i architekturą języka działanie ukazuje architekturę jako kontinuum. Jest ona czasownikiem niedokonanym – jej oddziaływanie nigdy nie ustaje. Wraz z uczestnikami projektu Krakowiak komponuje architekturę, która mówi, otwierając przestrzeń refleksji nad architekturą, językiem oraz stanem i przyszłością naszej wspólnoty. Jest to przestrzeń różnorodności i różnicy. Przestrzeń przekładu między językami uczestników projektu oraz między strukturami architektonicznymi i językowymi. Przestrzeń, której horyzont nieustannie rozszerza się w nieznanych kierunkach.
Kuratorzy projektu:
Marcin Szczelina (PL)
Ivan Blasi (ES)
Tym razem opowieść o wodzie. Właściwy i zdrowy sposób nawadniania powinien być naszym numerem jeden, gdy mowa o pracy nad utrzymaniem równowagi w ciele – mówi Ewa Witek, instruktorka fitness i trener.
Średni procent wody w ludzkim ciele może się różnić w zależności od płci, wieku i masy ciała człowieka, jednak od jego urodzenia ponad połowa masy ciała składa się z wody. Według informacji zawartych w artykułach pióra H. H. Mitchella, T. S. Hamiltona, I. R. Steggerda i H. W. Beana a opublikowanych w „Journal of Biological Chemistry”
U przeciętnego, dorosłego człowieka, woda stanowi aż 60% masy ciała. Mózg i serce składają się w 73% z wody, w strukturze płuca jest około 83% wody. Skóra zawiera 64% wody, mięśnie i nerki 79%, a kości 31%.
Woda w ludzkim ciele jest niezwykle ważna i ma ogromny wpływ na wspomaganie wielu procesów biochemicznych we wszystkich układach i jego narządach. Bez wody żyć nie możemy. Tendencja błędnego rozumienia odczucia pragnienia i głodu jest często widoczna. Właściwy i zdrowy sposób nawadniania powinien być naszym numerem jeden pod względem pracy nad utrzymaniem równowagi w ciele.
Na każdy kilogram masy ciała należy wypić 30 ml czystej wody. Aż 60-70% naszego ciała to różne płyny, enzymy i każdy z nas musi je uzupełniać. Jeśli tego nie zrobisz, nie pozwolisz na prawidłowe i sprawne funkcjonowanie jego narządów. – przypomina Ewa Witek.
Tutaj do wysłuchania rozmowa z Ewą Witek o tym, jak zacząć dobry marsz ku zdrowiu:
Ewa Witek z 4EvaFit.ie cyklicznie opowiada na antenie Radia WNET jak żyć zdrowo, jak dbać o swoje ciało dostarczając mu niezbędnych pokarmów i odpowiedniej ilości wody.
Radio WNET chce, aby słuchaczki i słuchacze osiągnęli złoty środek między zdrowiem, sprawnością a wyśmienitym humorem! Ewa Witek, szefowa 4EvaFit.ie pojawia się na dłużej w sobotnim bloku „Muzyczna Polska Tygodniówka” (13:00 – 16:00), oraz w niedzielę w „Podsumowaniu wydarzeń tygodnia Radia WNET”.
Tutaj do wysłuchania rozmowa z Ewą Witek o tym jak zacząć marsz ku zdrowiu i światłu:
Ewa Witek z 4EvaFit.ie, instruktorka fitness, trenerka osobista i grupowa, ekspert Studia 37 Dublin Radia WNET, która mieszka w niezwykłym miejscu w hrabstwie Galway (Irlandia Zachodnia) – Connemarze.
W stolicy Republiki Irlandii – Dublinie uczyła różnych stylów zajęć fitness, będąc także nauczycielem i korepetytorem w szkole fitness.Koryguje złe nawyki ćwiczeniowe i treningowe. Doradzając co jeść i pić, czego unikać w diecie i zywieniu, i jak należycie przestrzegać ram dobrego odżywiania. Podpowiada także od jakiego rodzaju treningu warto zacząć i jak pozostawać w stanie dobrej motywacji.
Droga ku byciu spełnionym jest w zasięgu ręki. Wystarczy tylko żyć w zgodzie z sercem i intuicją, nie rozpraszać się, umieć relaksować i unikać stresu. – mówi w uśmiechem Ewa.
Jak to się stało, że chociaż sześciu ministrantów wyszło z domu na angielski, czterech na trening kosza, dwóch do szkoły muzycznej, a każdy miał jakieś lekcje – wszyscy spędzili fajne popołudnie?
Aleksandra Tabaczyńska
Fajne popołudnie
Okładka książki Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Armia księdza Marka”. Rys. Elżbieta Kowalska
Gdy wracałem ze szkoły do domu, bardzo straszny morderca wychrypiał mi do ucha:
– Słuchaj, mały, masz tu kota. Zaopiekuj się nim albo z kotem koniec!
W rękach trzymałem ślicznego, malutkiego kocurka, który wyglądał prawie jak tygrysek. Pędem poleciałem do domu i od wejścia zacząłem krzyczeć:
– Mamo, mamo, zobacz, co mi dał jeden morderca! – Mama spojrzała groźnie i: – No nie! To jest kot!
– Nazwałem go Deserek i muszę o niego dbać, bo inaczej z kotem koniec. Nauczę go sztuczek, będzie ci przynosił buty, nic a nic nie drapie, tylko cichutko mruczy.
– Uprzedzałam cię wiele razy, że nie życzę sobie żadnych zwierząt w domu. Przyniosłeś już żabę, cały słoik os, ślimaki, nawet dżdżownice i zawsze był z tego dramat. Nie ma mowy!
– Nigdy niczego mi nie wolno! – zawołałem. – Rodzice kolegów pozwalają im na wszystko, tylko ja nic nie mogę! – Świetnie – ucieszyła się mama – jeśli twoim kolegom wszystko wolno, to daj kota któremuś z nich.
Pobiegłem do Piecyka, pokazałem mu kotka, ale Piecyk stwierdził, że taki kot może zdziczeć, a to jest niebezpiecznie zaraźliwe. Do tego łazi po kuchni i zjada smakołyki, więc nie będzie ryzykował. Piecyk to jednak dobry kumpel i poszedł ze mną dalej szukać opiekuna dla Deserka. Po drodze spotkaliśmy Cykusia, tego najmniejszego ministranta. Rozpłakał się, jak usłyszał historię kotka, ale w domu ma apetycznego ptaszka w klatce i nie chce go stresować. I tak dotarliśmy do Kefira, który bardzo chętnie wziął od nas kicię, ale zanim jeszcze odeszliśmy od drzwi, usłyszeliśmy krzyki jego mamy i Kefir pędem razem z Deserkiem wybiegł z domu. Szyszkę i Lornetę spotkaliśmy, idąc do naszego prezesa Neptuna. Chłopaki bardzo się przejęli losem kocurka, więc też dołączyli do nas.
Otworzył nam tata Neptuna. – O, jaki miły kotek – uśmiechnął się. Prezesa nie było, ale powiedzieliśmy, w czym rzecz, to znaczy, że z kotem może być koniec. Deserek nie mógł niestety zostać u Neptuna, bo on już ma bardzo wrażliwego dachowca, który mógłby dokuczać naszemu. Tata Neptuna zna się na zwierzętach, podarował nam różne witaminy i inne kocie środki. Poradził też, żebyśmy poszli do zastępcy prezesa ministrantów.
Ruszyliśmy w drogę, a idąc do Loka, spotkaliśmy jeszcze kilku chłopaków. Nikt nie mógł zaopiekować się Deserkiem, za to wszyscy chcieli pomóc znaleźć mu dom.
Drzwi otworzył Lok, nie zdziwił się na nasz widok, tylko powiedział, że cały dzień czuł niepokój i teraz rozumie, skąd ten strach.
– To jest Deserek i ja ci go daję – powiedziałem, wręczając mu kota. – Pije mleczko, będzie ci przynosił buty, raczej nie zjada smakołyków i łatwo uczy się sztuczek.
Rys. Elżbieta Kowalska
W mieszkaniu Loka oprócz jego rodziny żyje sobie bardzo wesolutki piesek, podobno obronny, choć nieduży. Nie ma się co łudzić, że ten pies polubi Deserka, ale od mamy Loka dostaliśmy na pociechę kocią poduszkę do spania.
Lok jest fajnym prezesem, kilka razy westchnął, ale zaprowadził nas do jednej pani, która bardzo lubi kotki. Pani Anka ucałowała wszystkich, pokroiła całą blachę ciasta z galaretką i każdego poczęstowała. Sama chętnie zaopiekowałaby się Deserkiem, ale ma już rodzinę kotów, i to bardzo zazdrosnych. Pocieszyła nas, że na pewno znajdziemy kogoś odpowiedniego dla kici i podarowała specjalny wiklinowy kosz, do którego pasuje poduszka.
Mieliśmy już witaminy, kosz z poduszką, ale nie mieliśmy opiekuna. Cykuś chlipał, że z kotem koniec. Lok też wydawał się zmartwiony, miał jakieś plany na wieczór i bał się, że nic z tego.
Poszliśmy na skwerek koło kościoła, żeby zastanowić się, co dalej z Deserkiem. Po drodze pytaliśmy w sklepach i napotkanych znajomych, ale nikt nie chciał naszego kotka, za to zebraliśmy jeszcze jedzenie w puszkach, specjalne kocie zabawki i wstążeczkę na szyję.
Na skwerku dwóch naszych ministrantów-fotografów akurat robiło zdjęcia, więc pokazaliśmy im kotka. Peryskop powiedział, że od czasu, kiedy przyniósł do domu zaskrońca, woli nie poruszać tematu zwierząt, a Statyw zawołał:
– O, jaki świetny kocurek, idealny na pasztet! Musiałby tylko trochę skruszeć.
Zatkało nas, a Cykuś rozbeczał się na dobre i chociaż Statyw powiedział: – No co wy, chłopaki, na żartach się nie znacie? – postanowiliśmy, że nie dostanie Deserka.
Bawiliśmy się z kicią na skwerku, a Lok zapytał, jak to jest, że my wszyscy mamy wolne popołudnie. Okazało się, że sześciu wyszło z domu na angielski, czterech na trening kosza, dwóch do szkoły muzycznej, a reszta różnie, ale każdy miał jakieś lekcje.
– To co wy tu robicie?! Wasi rodzice myślą, że jesteście na zajęciach!
Na to Piecyk – ten to zawsze coś zbroi – powiedział, żeby Lok się o nas nie martwił, bo wszyscy powiemy rodzicom, że byliśmy pod jego opieką. Lok pobladł i tak się zdenerwował, że płakał już nie tylko Cykuś. A potem spytał mnie, bardzo srogim głosem, skąd mam tego kota.
Przyznałem się, że kicię dał mi kolega, który ma kotkę Kawiarenkę, która ma małe kociątka (Śmietankę, Kawkę, Precelka i Deserka). Historię z mordercą wymyśliłem, bo mi się podobała i była fajniejsza od prawdy.
– I nie ma się o co tak wnerwiać – zakończyłem – bo w końcu powiedziałem prawie pół prawdy.
Lok kazał nam usiąść, uważnie wysłuchać tego co powie i zapamiętać do śmierci.
– Nie ma pół prawdy, bo pół prawdy to całe, powtarzam, całe kłamstwo. I każdy, kto dziś nie poszedł tam, gdzie kazali mu rodzice, zasłużył na karę. Po powrocie do domu wszyscy uczciwie macie powiedzieć, co robiliście.
Nagle podszedł do nas ksiądz Marek.
– Co to, chłopaki, jakaś zbiórka w plenerze? O czymś zapomniałem?
– Mamy dla księdza ślicznego kotka! – zawołałem. – Nie zjada smakołyków, nie dziczeje, nie dał mi go żaden morderca, będzie przynosił papcie i bardzo łatwo uczy się sztuczek!
Ksiądz Marek to ma szczęście, dostał najfajniejszego parafialnego kota w całej diecezji, i to z wyposażeniem.
A my, w nagrodę za to, że w październiku nikt nie opuścił swojego dyżuru i każdy ministrant był choć raz na różańcu oraz nikt nie dostał pały z matmy (dwóch najgorszych ma dwa plus), za zgodą księdza Marka z piątku na sobotę śpimy na plebanii.
Zauważyliśmy tylko, że Lok był jakby wyczerpany. Zawsze tak jest, że jak ksiądz Marek chce nam zrobić niespodziankę, to starsze chłopaki smęcą. Loka to już zupełnie nie rozumiem, przecież spędził z nami takie fajne popołudnie.
Opowiadanie pochodzi z książki Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Armia księdza Marka”. Można ją nabyć przez internet: www.facebook.com/Armia-Ksiedza-Marka. Kontakt z autorką: ratola@wp.pl.
Opowiadanie Aleksandry Tabaczyńskiej „Fajne popołudnie”z tomiku pt. „Armia księdza Marka” znajduje się na s. 8 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 72/2020.
Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.
Opowiadanie Aleksandry Tabaczyńskiej „Fajne popołudnie”z tomiku pt. „Armia księdza Marka” na s. 8 czerwcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 72/2020