Jedyny taki koncert i wywiad Leepcka na żywo w Radiu Wnet. Charyzmatyczny artysta wystąpi w ramach projektu Muzyka Wnet

Doświadczenie pomaga mi się poruszać w branży. Choć z każdym krokiem jestem coraz bardziej zdziwiony i wiem coraz mniej. Generalnie słowa Einsteina o wszechświecie i ludzkiej głupocie są raczej trafne

– Twoja młodość przypadła na sam środek lat 90-tych. Kto wywarł wówczas największy wpływ na twoją artystyczną tożsamość?

– Młodość przeżywam obecnie (śmiech). Wtedy byłem smarkatym nastolatkiem. Wyniosłem z domu Elvisa i Johhny Casha. W liceum był hip hop i Nirvana, choć – o dziwo – moja klasa była inna. Poznałem tam ludzi słuchających Beatlesów, Stonesów, Led Zeppelin, Hendrixa. Miałem taką hippisowską paczkę. Z niej później powstał zespół Bohema…

– …który swój debiut fonograficzny zawdzięcza kontraktowi z Polskim Radiem. Czy łatwo było znaleźć młodemu wykonawcy tak wpływowego wydawcę, czy też był to efekt konsekwentnych starań lub szczęśliwego zbiegu okoliczności?

– Jak zwykle w życiu bywa, była to wypadkowa różnych zdarzeń, determinacji i szczęścia. Historia dotarcia do PR jest długa i wyboista. Byliśmy uparci, trochę bezczelni, w swoim obiboctwie bardzo pracowici. Kiedyś opowiem na antenie jak do tego doszło, bo zakrętów i rozczarowań na naszej drodze było mnóstwo, ale energii i wiary w siebie jeszcze więcej (śmiech).

– Pierwszy singiel Bohemy „Ginger” z roku 2003 pokazał tę formację jako sprawny warsztatowo band wykonujący niezwykle melodyjnego rocka. Tęsknisz czasami za takim graniem?

– To były fajne czasy… (śmiech), choć teraz ja i moi koledzy, z którymi gram, są bardziej dojrzali niż my wtedy. To generalnie jest podobnie… trasy, kobiety (śmiech). Gramy równie melodyjne piosenki wywodzące się z folku, bluesa i rocka. Obecnie przyjemne jest to, że teraz jesteśmy bardziej świadomi tego, co robimy. Również muzycznie.

– W 2004 roku twoja kompozycja „Hell Woman” pochodząca z debiutanckiego albumu Bohemy znalazła się w Top Ten MTV Polska. Czy był to przełomowy moment w twojej karierze muzycznej?

– Raczej nie. „Hell Woman” i „Ginger” były na pierwszym miejscu tego zestawienia przez kilka tygodni. Na pewno nam to pomogło, ale przełomem bym tego nie nazwał. Chyba nigdy nie było żadnego przełomu, a raczej kolejne kroki i budowanie swojej marki. Jeżeli już, to przełomem mogło być nagranie płyty dla PR a następnie dla EMI.

– Jeden z utworów z waszej drugiej płyty Santi Subito zatytułowany „Tell me who you are” nagrałeś wspólnie z Muńkiem Staszczykiem. Rok później otrzymałeś nagrodę Superjedynki w kategorii „Płyta Rock”. Czy po takich sukcesach poczułeś się muzykiem mainstreamowym?

– Zawsze się tak czułem odkąd zobaczyłem Elvisa na Hawajach. Muzycy z undergroundu uważali nas za mainstreamowy band. Gorzej, że mainstreamowe stacje radiowe tak nie uważały (śmiech), choć byliśmy bardzo obecni w TV. A z Zygmuntem to było fajne doświadczenie i nawiązanie znajomości, która trwa do tej pory. Muniek bardzo mnie wspiera obecnie, można powiedzieć, że jest fanem (śmiech).

– Pomimo docenienia waszego poziomu w branży, Bohema przestała wkrótce istnieć. Dlaczego? 

– Wypaliliśmy się muzycznie i koleżeńsko. Część z nas chciała iść w innym kierunku. Założyliśmy swoje biznesy, przestaliśmy wierzyć w prawdziwy sukces. Zaczęliśmy go szukać gdzie indziej. Ja np. w czeskim piwie (śmiech).

– W 2017 roku po raz pierwszy pod pseudonimem Leepeck, nagrałeś solowy album Borderline. Jak dziś z perspektywy czasu oceniasz swój solowy debiut wydawniczy?

– To dla mnie bardzo ważna płyta. Z wielu względów. Po pierwsze jest to mój powrót na rynek muzyczny. Po drugie jest to osobista płyta wynikająca z doświadczeń zbieranych przez lata. Często bardzo trudnych. Po trzecie uważam, że jest to bardzo dobry album. Dzięki niemu zaskarbiłem sobie sympatię ludzi, zarówno fanów jak i kolegów z branży. Otworzył mi drzwi do koncertów w Kanadzie, współpracy z Anitą Lipnicką, wiele też się dzięki pracy nad tą płytą nauczyłem.

– O tym krążku wyraziłeś się kiedyś w sposób następujący: „Piosenki z albumu Borderline to nostalgiczna podróż w przeszłość oparta na melancholijnym wokalu z akustycznymi wpływami folkowymi. Jest to połączenie różnych nastrojów i kolorów. Temat muzyki przywołuje tęsknotę za przeszłością i utraconymi relacjami.” Skąd u tak młodego człowieka aż tyle elementów charakterystycznych dla dojrzałych artystów podsumowujących swoje życie?

– Nie sądzę, aby nostalgia była domeną starców. Justin Vernon nagrał płytę For Emma, Forever Ago, która jest wyrazem jego tęsknoty, a również jest młodym człowiekiem. Poza tym mam wrażenie, że nostalgia jest w modzie (śmiech)… tęsknota za dzieciństwem, beztroską, utraconą miłością. To jest jednak trochę co innego niż podsumowywanie życia. Ot taka nasza romantyczna przypadłość…

– Twój kojarzący mi się momentami z Chrisem De Burghem, a chwilami z Kortezem kojący wokal wycisza u słuchacza wszelkie negatywne emocje dnia codziennego, a w najbardziej radiowym „Sometimes” udowadniasz, że jesteś także w pełni gotowy na zdobywanie list przebojów. Jaki jest twój najnowszy album i w którą stronę bardziej podążasz: muzykoterapeutyczną, konsekwentnego zdobywania popularności, lodołamacza serc niewieścich, czy… jeszcze gdzie indziej? 

– Ciekawe… że „Sometimes” uważasz za najbardziej radiowy. Myślałem, że raczej „No One Knows”. Mój nowy album to moje kolejne doświadczenie. Polskie teksty, miejscami mocne ale zestawione z płynącą i melodyjną muzyką. Jest to moja terapia, a jak ktoś też chce się leczyć moją muzyką, to tym lepiej… O popularność należy zapytać Kubę, mojego menedżera, to jego działka… (śmiech). Ja zajmuję się piosenkami i łamaniem serc… (śmiech).

– Kompozytor, autor tekstów, wokalista. W której z tych ról czujesz się najlepiej?

– W żadnej do końca dobrze. Ale już w 3 naraz wyśmienicie (śmiech).

– Twój najważniejszy koncert w życiu to: występ na XLIV Festiwalu w Opolu, podczas XII Przystanku Woodstock support Green Day’a w katowickim „Spodku” w 2005 roku, czy też jeszcze inne wydarzenie?

– Koncert przed Green Day był super. Chłopaki zaprosili nas na piwo, dobrze się grało, a publiczność szalała wbrew naszym oczekiwaniom, bo spodziewaliśmy się gwizdów lub obojętności. Pierwszy koncert jako Leepeck w Spatif z materiałem z Borderline był dla mnie ważny. Taki Come Back (śmiech). Miałem ogromną tremę. Wyszło bardzo dobrze. Magiczne były też koncerty w Toronto i pierwszy koncert na Spring Break.

– Czy bycie Warszawiakiem rzeczywiście ułatwia rozwój kariery artystycznej, czy jest to tylko mit?

– Nie doświadczyłem sytuacji nie bycia Warszawiakiem, więc nie mam porównania. Ale nagraliśmy z Bohemą numer pt: „Warszawka” gdzie mówię co myślę (śmiech) o warszawkowym podejściu do życia. Teraz już o tym nie myślę, mam na to… (śmiech)

– Czego nauczyło cię 20 lat w branży muzycznej i czy w pełni już wiesz, co należy robić, aby osiągnąć w niej zawodowy sukces, czy też jest ona czymś w rodzaju organizacyjnej samowolki i ciągle bardziej wiesz to, czego robić tam nie należy?

– Doświadczenie pomaga mi się poruszać w branży. Choć z każdym krokiem jestem coraz bardziej zdziwiony i wiem coraz mniej. Generalnie słowa Einsteina o wszechświecie i ludzkiej głupocie są raczej trafne (śmiech). Największy mistrz robienia sushi, który zajmuje się tym od 80 lat (ma 93), powiedział, że tak naprawdę nie zdążył jeszcze zgłębić tajników tej japońskiej tradycji… (śmiech). Coś podobnego powiedział też Sokrates… (śmiech) Ja raczej skupiam się na kosmosie… a o branży coś tam wiem, ale szkoda sobie niepotrzebnie zajmować tym głowę (śmiech). Postaram się przekazać to Bernardowi, mojemu synkowi, który urodził się tydzień temu, żeby nie zajmował sobie tym głowy. Ja doszedłem do tego niedawno, zbyt późno… (śmiech)

– Radio WNET dziękuje za rozmowę i życzy radosnego spełniania się na niełatwej, acz jakże przyjemnej roli ojca.

– Dziękuję.

Sławek Orwat

Artysta rozmawiał z Radiem WNET także we wtorek 30 czerwca, w audycji Wolność Wnet, której możesz posłuchać poniżej:


Temat Wolnej Europy paraliżował historyków. Nie zdobyli się na napisanie odmitologizowanej historii rozgłośni

Wokół Nowaka ukształtował się mit twórcy RWE, kryształowego patrioty, legendarnego kuriera i sztandarowego antykomunisty. To ostatnie jest szczególnie dziwne, gdyż Nowak nie znał komunizmu z autopsji.

Andrzej Świdlicki

70 lat temu, 4 sierpnia 1950 r. zapoczątkowała nadawanie do Polski amerykańska rozgłośnia Głos Wolnej Polski Radia Wolna Europa. Audycje przygotowywano i montowano w Nowym Jorku, taśmy przewożono samolotami do Niemiec i stamtąd nadawano. (…)

Pierwszy dyrektor, przed wojną kierownik referatu prasowego w MSZ, Lesław Bodeński, w obliczu stalinowskich prześladowań, niewygasłych nadziei na III wojnę światową Zachodu z ZSSR oraz wciąż czynnych ognisk zbrojnego, antykomunistycznego oporu, stawiał na rozumny nacjonalizm – obronę narodowej tożsamości w sensie tradycji i religii.

GWP nadał cykl prelekcji Józefa Czapskiego o mordzie polskich oficerów w Katyniu, w czasie, gdy Czapski zabiegał w USA o pieniądze na „Kulturę”, upominał się o przemilczany w kraju wkład Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, „jasno i niedwuznacznie” wypowiadał się o granicy na Odrze i Nysie, która do czasu układu Warszawa-Bonn z 1970 r. była dla RWE tematem bardzo trudnym z uwagi na nadawanie z Niemiec i nieuznawanie jej przez rząd USA. Były też programy literackie i nawet satyryczne.

Głos Wolnej Polski stał na gruncie wspólnoty interesów Polski i Stanów Zjednoczonych. Wśród celów radiowej operacji Bodeński wymieniał: niedopuszczenie do tego, by Polacy okazali się nieodporni na komunistyczną ideologię i propagandę, utrzymanie ich prozachodniego nastawienia, wsparcie dla wybijania się na narodową niezawisłość. Zakładano przy tym, że Polacy, odzyskawszy wolność, będą sojusznikami USA, a tym samym wzmocnią bezpieczeństwo Zachodu. Takiej treści brief otrzymał Jan Nowak, trzeci z rzędu dyrektor GWP, czemu dał wyraz w memorandum ze stycznia 1952 r., napisanym na kilka miesięcy przed objęciem stanowiska w Monachium: „Szeroko rzecz ujmując, główny cel nadawania Radia Wolna Europa do krajów za Żelazną Kurtyną jest dwuwymiarowy: stworzyć tyle psychologicznych przeszkód przed sowietyzacją, ile się da, i zadbać o to, by ludność była potencjalnym sojusznikiem Zachodu”. Podejście to zakładało kształtowanie politycznych oczekiwań Polaków, rozmiękczanie systemu, wsparcie dla „reformatorskiego” nurtu w PZPR, rewizjonistów i dysydentów, misję informacyjną, nagłaśnianie oddolnych inicjatyw społecznych, demaskowanie cenzury, promocję amerykańskich rozwiązań itp., ale wykluczało szeroko pojmowane nawoływanie i podżeganie.

Rozgłośnia była w tym skuteczna w sporej części dzięki temu, że do czasu pojawienia się niecenzurowanej prasy podziemnej nie miała konkurencji – dzięki turystom i uciekinierom z Polski oraz zagranicznym dziennikarzom otrzymywała zakulisowe informacje.

Inne polskojęzyczne rozgłośnie – Głos Ameryki i BBC – nie mogły jej dorównać skoncentrowaniem na tematyce krajowej, nie posiadały wyodrębnionego działu badań i analiz, nie nadawały w porównywalnym wymiarze czasowym, miały mniejszą swobodę kształtowania programu. Mit rozgłośni wykreowało zagłuszanie w latach 1950–1956 oraz 1971–1988, roztaczając wokół niej smak owocu zakazanego. Powstało wrażenie, że audycje były zagłuszane dlatego, że komunistyczna władza miała coś do ukrycia. RWE sprzyjało to, że toporna propaganda wykształciła w ludziach sceptycyzm i umiejętność czytania między wierszami. (…)

W 1951 r. drugim dyrektorem GWP w Nowym Jorku był związany ze Stronnictwem Narodowym dziennikarz i wydawca Stanisław Strzetelski. Nowak – trzeci z rzędu dyrektor, zawdzięczający nominację Edwardowi Raczyńskiemu, po przyjściu do Monachium w 1952 r. nie był tak samodzielny, jak usiłował to przedstawić po latach. Był „młodszym partnerem” Strzetelskiego, a w Monachium miał nad sobą dział doradców politycznych kierowany przez przebojowego Williama Griffitha z CIA. (…)

Zależność od Nowego Jorku stopniowo stawała się dla Monachium coraz bardziej uciążliwa: mechaniczny podział kompetencji (Nowy Jork obsługuje wydarzenia międzynarodowe, Monachium krajowe) nie sprawdzał się. W życiu emigracji polskiej w USA wiele mieli do powiedzenia korzystający z politycznej kurateli Amerykanów ludowcy S. Mikołajczyka, w Londynie niepopularni, a z Londynu wywodził się trzon pierwszego zespołu rozgłośni w Monachium. Strzetelski przeciwny był nadawaniu z Monachium – miasta, będącego kolebką nazizmu; Nowak uważał, że trzeba się z tym pogodzić, bo żadne inne miejsce nie wchodziło w grę.

Podskórne napięcia dały o sobie znać po ucieczce wicedyrektora departamentu X MBP Józefa Światły. Jedna z hipotez tego wydarzenia mówi o nim jako o podwójnym agencie brytyjskim, następnie amerykańskim, inna o tym, że został celowo wysłany dla podkopania morale aparatu partyjnego demoludów wychowanego na kulcie Stalina, by przeciągnąć go na stronę „odwilży” firmowanej przez Chruszczowa.

Nie wiadomo, jak taśma z jego nagraniem trafiła na biurko Nowaka. On sam po to, by nie uchodzić za wykonawcę poleceń CIA, pisze o przypadku. Zastanawia to, że na rozmówcę Światły Nowak wybrał Zbigniewa Błażyńskiego z Monachium, a nie kogoś z biura nowojorskiego. Czy dlatego, że w Nowym Jorku nie było dziennikarza zdolnego Światłę przepytać? Czy nie mógłby zrobić tego sam Strzetelski – dziennikarz z wieloletnim stażem? Czy też powodem było to, że w Nowym Jorku uznano Światłę za schwarzcharakter, a w obsmarowywaniu przez niego dawnych towarzyszy nie dopatrzono się wartości informacyjnej? Jeśli tak, to Strzetelski nie byłby jedynym Światło-sceptykiem. Także Jerzy Giedroyć nie nadał wywiadu z nim przeprowadzonego przez Zygmunta Nagórskiego jr.

Strzetelski został dyrektorem Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce, a wokół Nowaka zaczął kształtować się mit twórcy RWE, kryształowego patrioty, legendarnego kuriera oraz sztandarowego antykomunisty. To ostatnie jest szczególnie dziwne, gdyż Nowak nie znał komunizmu z autopsji, a RWE, choć uchodziła za antykomunistyczną, nią nie była. W Polsce dopiero w latach 80. opozycyjni intelektualiści dziwili się jego wrogości do jednego z największych polskich prozaików XX w. – Józefa Mackiewicza. Leopold Tyrmand widział w Nowaku spowiednika stalinowców przefarbowanych na liberałów. Inni zauważyli u niego obsesyjny stosunek do Mieczysława Moczara nawet wówczas, gdy lider „frakcji partyzantów” dawno był na bocznym torze.

Po 1989 r. Nowak dał się poznać jako wyraziciel interesów lobby żydowskiego i rzecznik hegemonii amerykańskiej. Dawni współpracownicy, jak np. Stefan Wysocki, pisali o nim jako człowieku małostkowym i pamiętliwym, wplątanym w przegrany proces mający wybielić okupacyjną przeszłość.

Jeszcze bardziej niebywałe jest to, że po 1989 r. temat Wolnej Europy oddziaływał na historyków paraliżująco i nie zdobyli się na napisanie odmitologizowanej historii rozgłośni. Jest to tym dziwniejsze, że w okrągłym stole słusznie widzi się intrygę gen. Kiszczaka, ale nie dostrzega się, że Wolna Europa popierała ją obydwiema rękami, bo polityka Waszyngtonu stawiała na Gorbaczowa, Jaruzelskiego i tzw. ogólnospołeczny dialog.

Autor wydał dwutomową pracę: „Pięknoduchy, radiowcy, szpiedzy: Radio Wolna Europa dla zaawansowanych”.

Cały artykuł Andrzeja Świdlickiego pt. „Głos wolnej Polski. Formatywny okres Radia Wolna Europa” znajduje się na s. 6 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020.

 


  • Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Andrzeja Świdlickiego pt. „Głos wolnej Polski. Formatywny okres Radia Wolna Europa” na s. 6 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Niezwykła katastrofa górnicza w Świętochłowicach w 1884 roku / Renata Skoczek, „Śląski Kurier WNET” 72/2020

Ks. Michalskiemu udało się nakłonić dyrekcję kopalni do przedłużenia akcji ratunkowej o dwadzieścia cztery godziny. Kiedy kończył się czas poszukiwań, ratownicy natrafili na ślady zasypanych górników.

Renata Skoczek

Katastrofa górnicza na szybie „Zimnol”

W czerwcu 1884 roku Świętochłowice trafiły na pierwsze strony gazet. Wydarzeniem, które spowodowało, że mała osada przemysłowa na Górnym Śląsku, licząca niespełna siedem tysięcy mieszkańców, stała się tematem licznych doniesień prasowych, była niezwykła katastrofa górnicza na szybie „Zimnol” w kopalni „Deutschland”. Górnośląska prasa informowała czytelników, że „Świętochłowice stały się sławne przez nieszczęście w kopalni i gazety całego świata o nich piszą”.

Szyb wydobywczy „Zimnol”, nazwany tak od dawnego właściciela gruntu Szymona Zimnola, wchodził w skład kopalni węgla kamiennego „Deutschland” i znajdował się na terenie dzisiejszego centrum miasta w okolicach Plant i ulicy Bytomskiej. Wyrobisko o głębokości około 70 metrów było na tyle płytkie, że górnicy schodzili pod ziemię i wychodzili na powierzchnię po drabinach. Czerwiec 1884 roku na Górnym Śląsku był zimny i deszczowy. Pomiędzy 18 a 20 dniem tego miesiąca padało niemal bez przerwy. Na skutek opadów deszczu poziom wody w rzece Rawie oraz znajdującym się nieopodal stawie, do którego spływała woda wypompowywana z kopalni, znacznie się podniósł.

W piątek 20 czerwca o godzinie 15.30, kiedy górnicy kończyli dniówkę i zaczęli przygotowywać się do wyjścia na powierzchnię, ziemia znajdująca się pod ogromnym rozlewiskiem wodnym osunęła się. Woda zmieszana z piaskiem i ziemią – tak zwana kurzawka – przedarła się w głąb ziemi, powodując zawalenie się chodników kopalnianych i ich zamulenie grubą warstwą szlamu.

W pierwszych godzinach po zawale nie była znana dokładna liczba zasypanych górników. Wkrótce ustalono, że pod ziemią zostało 43 mężczyzn. Czternastu z nich pochodziło ze Świętochłowic, pozostali mieszkali w osadach z terenu dzisiejszej Rudy Śląskiej. Wieść o katastrofie szybko obiegła okolicę i na miejscu tragedii zebrał się tłum, a w nim rodziny i bliscy zasypanych górników. Następnego dnia do Świętochłowic zjechał właściciel kopalni hrabia Guido Henckel von Donnersmarck oraz przedstawiciele władz państwowych i urzędów górniczych, którzy rozpoczęli prace nad planem akcji ratunkowej. Prawdopodobieństwo uratowania zasypanych górników było niewielkie. Rozmiary zniszczeń na kopalni pozwalały przypuszczać, że jeśli nie zginęli podczas zawału, to grozi im śmierć głodowa lub z braku powietrza, zanim kolumna ratunkowa zdoła usunąć wodę i oczyści korytarze. Ostatecznie pod wpływem proboszcza z parafii św. Augustyna w Lipinach, ks. Józefa Michalskiego, oraz tłumu błagającego o ratunek, zdecydowano o podjęciu próby dotarcia do zasypanych ludzi, żywych lub umarłych.

Na miejsce katastrofy przyjechały jednostki straży pożarnej z pobliskiej Królewskiej Huty i Bytomia, z Mikulczyc sprowadzona została specjalna pompa wodna, która dniem i nocą pompowała z szybu wodę. Rządowe kopalnie i huty z najbliższej okolicy dostarczyły sikawek, węży, maszyn do wpuszczania powietrza i innego sprzętu. Po trzech dniach wytężonej i nieprzerwanej pracy szyb „Zimnol” został osuszony. Drogę do zasypanych górników odgradzały jednak ogromne masy ziemi i mułu.

Po pięciu dniach żmudnej i ciężkiej akcji ratowniczej dyrekcja kopalni – z uwagi na wysokie koszty – wydała decyzję o wstrzymaniu dalszych prac, pomimo błagań ze strony rodzin. Urzędnicy byli przekonani, że nie ma szans na odnalezienie żywych górników.

Ks. Michalski osobiście podjął się negocjacji z władzami górniczymi i udało mu się nakłonić dyrekcję kopalni do przedłużenia akcji ratunkowej o dwadzieścia cztery godziny.

Kościół wotywny pw. Świętych Piotra i Pawła w Świętochłowicach | Fot. ze zbiorów Grzegorza Wysockiego

Kiedy zbliżała się ostateczna godzina zakończenia poszukiwań, pięciu ratowników natrafiło na ślady zasypanych górników. Po przeszukaniu chodnika i głośnych nawoływaniach usłyszeli głosy żyjących kolegów. 26 czerwca około godziny 13 odnaleziono ośmiu wyczerpanych, ale żyjących górników, którzy spędzili pod ziemią sześć dni i siedem godzin. Dzięki informacjom uzyskanym od jednego z uratowanych ratownicy dowiedzieli się, że pozostali mężczyźni uniknęli śmierci i czekają na pomoc. Akcja ratownicza ruszyła ze zdwojoną siłą i w piątek około godziny 7 rano odnaleziono pozostałych 35 robotników. Uratowanych ludzi wydobyto na powierzchnię w obecności kilkutysięcznego tłumu. Wyczerpanym górnikom tuż po dotarciu do nich podano czerwone wino, a na powierzchni otrzymali gorący posiłek – zupę z mięsem i jajkami. Radca górniczy z Wrocławia wygłosił mowę, a tłum odmawiał modlitwy dziękczynne i śpiewał pieśni po polsku i niemiecku. Górnicy zostali odwiezieni do domu sypialnego, gdzie zbadał ich lekarz. Następnego dnia przewieziono ich do szpitala w Królewskiej Hucie, gdzie zostali poddani szczegółowym badaniom. Uratowani nie mieli obrażeń zewnętrznych, lecz byli bardzo osłabieni, a jeden z nich chorował na tyfus.

W niedzielę 30 czerwca w kościele św. Barbary w Królewskiej Hucie zostało odprawione nabożeństwo dziękczynne za szczęśliwe uratowanie górników. Takie samo odbyło się tydzień później w kościele parafialnym w Lipinach. Uczestnicy akcji ratunkowej, oprócz podziękowań od cesarza Wilhelma I, otrzymali odznaczenia, a właściciel kopalni przeznaczył dla ratowników niebagatelną kwotę 1000 marek jako nagrodę. Rekonwalescenci przebywający w szpitalu stali się sławni na całym świecie, a gazety informowały szczegółowo o stanie ich zdrowia. 10 i 11 lipca wszyscy mężczyźni opuścili szpital i przemaszerowali w odświętnych mundurach górniczych do miejscowego zakładu fotograficznego, gdzie fotograf Julius Tschentscher wykonał każdemu z nich zdjęcie portretowe. Dwa tygodnie później miejscowa gazeta informowała, że atelier opuściło okazałe tableau z wizerunkami 43 górników oraz ich ratowników, które miało upamiętniać zakończoną sukcesem akcję ratunkową. 19 lipca górnicy zostali razem sfotografowani na zdjęciu wykonanym przez innego fotografa, który pracował na zlecenie cesarzowej Augusty.

Żona cesarza Wilhelma I opłaciła zdjęcia dla każdego z ocalałych górników, aby otrzymali je jako pamiątkę tragicznych wydarzeń i cudownego ocalenia. W sierpniu wszyscy górnicy powrócili do pracy w kopalni, a miejscowa gazeta rozpoczęła drukowanie w odcinkach obszernej relacji po tytułem „Dzieje górników zasnutych w kopalni przez nich samych spisane”.

Tuż po katastrofie na nowo odżyły starania mieszkańców Świętochłowic o wybudowanie własnej świątyni, bo do tej pory uczęszczali do oddalonego o 3 km kościoła pw. św. Barbary w Królewskiej Hucie. Pomysł narodził się kilka lat wcześniej, ale dopiero cudowne ocalenie 43 górników pozwoliło zintensyfikować działania. 29 czerwca 1884 roku w święto Piotra i Pawła na posiedzeniu zarządu kościelnego parafii królewskohuckiej zapadła decyzja, że zostanie postawiony kościół wotywny pod wezwaniem tychże świętych. Po kilku latach i wielu trudnościach związanych ze zgromadzeniem niezbędnych funduszy, udało się rozpocząć budowę świątyni, a 29 września 1891 roku odbyło się poświęcenie kościoła, którego dokonał ks. Józef Michalski z parafii w Lipinach. Dziesięć lat po katastrofie na szybie „Zimnol” w 1894 roku kardynał Kopp utworzył dla gminy Świętochłowice samodzielną parafię pod wezwaniem Apostołów Piotra i Pawła z wszystkimi prawami i przywilejami.

Artykuł Renaty Skoczek pt. „Katastrofa górnicza na szybie »Zimnol«” znajduje się na s. 2 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 72/2020.

 


  • Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Renaty Skoczek pt. „Katastrofa górnicza na szybie »Zimnol«” na s. 2 czerwcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 72/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Opinię o tym, że „polskość to nienormalność”, miał wyrazić pan Donald Tusk głęboko w latach osiemdziesiątych

Esej z 1987 roku przedrukowała „Gazeta Wyborcza”, i to nie z zamiarem kompromitowania autora tych słów, lecz starając się je przekuć na oręż walki z ludźmi myślącymi kategoriami patriotycznymi.

Piotr Sutowicz

Autor, zdaje się, miał intencję wpisać się w nurt łamaczy zastanych „idei” i twórców czegoś nowego. Wcale w tym nie był oryginalny, choć na pewno chciał. Po co o tym pisać w kontekście rocznicy zakończenia II wojny światowej? Choćby dlatego, że jej skutkiem także miało być zniszczenie wielu idei. Dla nas ważny jest fakt, że chodziło również o ideę narodu polskiego, która bynajmniej nie była nienormalnością.

Naród polski mniej lub bardziej mocno opierał się na zasadach, które co prawda zmieniały się na przestrzeni wieków, ale zawsze bywały reinterpretowane przez pryzmat cywilizacji łacińskiej oraz przynależności do określonego kręgu religijnego.

Być może brutalnie brzmi dziś sformułowanie, iż Polak to katolik. Nigdy zresztą nie było ono prawdziwe i nawet w czasie, kiedy na poziomie doktryny politycznej definiował ów związek religii z narodem Roman Dmowski w swej broszurze Kościół, Naród i Państwo, to też nie miał na myśli konfesyjności i obowiązkowości wierzenia na sposób Kościoła katolickiego. Sam autor zdaje się z tą kwestią zmagał się przez większość swojego życia, co nie jest żadną tajemnicą.

Naród określony jest więc przez idee, które wypracowuje w swych dziejach, te zaś oparte są na pierwotnych fundamentach. Gdzieś tu znowu pojawi się nam owa nienormalność. A właściwie fałsz takiego spojrzenia. Można się zmagać z takimi czy owymi pojęciami i zasadami, można też je łamać i czasami działalność taka może okazać się twórcza, wszystkie zastane doktryny bowiem powinny być reinterpretowane, a w pewnych sytuacjach porzucane. Wspólnotę narodową zresztą też można opuścić. Owszem, pociąga to za sobą bardzo mocne oceny, bywa nazywane zdradą, i to najgorszego rodzaju, bo popełnioną zarówno wobec żyjących członków wspólnoty, jak i tych, którzy budowali ją w przeszłości, a nawet tych, którzy przyjdą później i będą ubożsi o dziedzictwo tego kogoś jednego.

Opuszczając wspólnotę, można sobie po prostu pójść tam, gdzie jest lepiej, ale można wspólnocie szkodzić. Zdrady bowiem często połączone są z nienawiścią i chęcią zniszczenia, która często wynika z woli wykazania się przed… no właśnie, nowymi pobratymcami, a może samym sobą; pewnie bywa z tym różnie.

Określenie wspólnoty polskiej przydomkiem „nienormalności” i trwanie w tym przekonaniu jest obarczone ryzykiem takiego właśnie postępowania i początkiem szerszych działań, nazwijmy je: dywersyjno-niszczących.

Moje stanowisko w tym względzie jest jednoznaczne, ale zgadzam się, że naród nie musi być monolitem, mrowiskiem jednakowo myślących, działającym jak maszyna. Przynajmniej nie dotyczy to naszego kręgu cywilizacyjnego. Tu mimo wszystko paradygmatem jest wolność jednostki, która ustępuje jedynie przed dobrem wspólnym. (…)

Przedwojenna Polska powstała po długotrwałej niewoli, dlatego kwestia wolności znalazła się na pierwszym planie. Polacy bili się za nią od roku 1914 do początku lat dwudziestych. Budująca się ojczyzna nie była idealna, a jej rządy – często dalekie od doskonałości czy nawet sprawiedliwości. Nie dowartościowano w niej mniejszości, z którymi nie wiadomo było, co zrobić. Występowało słabe uprzemysłowienie, przeludnienie wsi, niedomagania kapitałowe, poza tym dziwne i nie zawsze skuteczne formy rządów, które lubowały się w podkreślaniu budowania potęgi, która istniała bardziej w sferze propagandy niż rzeczywistości. Niemniej Polska dwudziestolecia międzywojennego miała swoje niezaprzeczalne zasługi i pewnie z czasem rozwiązywałaby problemy. Nic nie wskazywało na to, iżby miała się stać państwem upadłym. Jej klęskę spowodowali dwaj totalitarni socjalistyczno-komunistyczni sąsiedzi, którzy widzieli ją jako kraj nienormalny, tzn. taki, którego być w tym miejscu Europy nie powinno. Wcale zresztą nie byli tacy oryginalni w swoim podejściu – ich poprzednicy w XVIII wieku myśleli podobnie.

Nie chcę wyrokować, że wojna była wynikiem światowego sporu wokół kwestii polskiej, ale coś na rzeczy jest. Polska powinna istnieć, a właściwie na naszym obszarze musi istnieć silny organizm polityczny, który może być siłą napędową środkowoeuropejskiego ładu politycznego. Taki wniosek podpowiada nam zarówno geografia, jak i demografia. Nie bez znaczenia są też argumenty ze sfery, nazwijmy je, cywilizacyjnej. Takie projekty w historii już były, mniej czy bardziej udanie realizowane. Od czasów piastowskich po postjagiellońskie polska myśl polityczna miała aspiracje jednoczenia środkowej części kontynentu. To też jest jeden z elementów dziedzictwa Wielkiej Polski, który tak chętnie wrzuca się do worka owej „nienormalności”.

Na pewno mamy tu do czynienia z „nieprzekraczalnością” pojęć. Polska nie może zrezygnować ze swojej swoistości ani z wizji zaplecza politycznego zapewniającego bezpieczną możliwość realizowania „idei polskiej” jako pewnego uniwersalizmu.

Nasi dwaj najwięksi sąsiedzi, bez względu na przyjętą opcję ustrojową czy ideologiczną, mają swoje cele na naszym obszarze narodowym. Najogólniej mówiąc, dążą do unicestwienia Polski jako bytu politycznego.

Co by musiało się stać, by tę tragiczną sytuację zmienić? (…)

Przy okazji ledwo co przypomnianej rocznicy zakończenia II wojny światowej mało kto zadawał publicznie pytanie: czy myśmy ją rzeczywiście wygrali, czy wręcz przeciwnie. (…)Polacy uratowali swój byt biologiczny, jak wskazuje inspirująca mnie wypowiedź pana Tuska. Wbrew słusznemu narzekaniu na swój stan intelektualny, uratowali znaczną część swego dziedzictwa dziejowego. Przynajmniej do lat osiemdziesiątych byli tego świadomi. Z powodu braku suwerenności politycznej i kulturalnej nie mogli pracować nad udoskonaleniem swej doktryny. Ale mają szansę, tym bardziej, że II wojna światowa i czas, jaki po niej nastąpił, dostarczyły w tym względzie wiele cennego materiału do przemyśleń.

Cały artykuł Piotra Sutowicza pt. „Polskość nie jest nienormalna” znajduje się na s. 13 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020.

 


  • Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Piotra Sutowicza pt. „Polskość nie jest nienormalna” na s. 13 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Legendarny Sztywny Pal Azji z nowym singlem. Jarosław Kisiński o szaleńcach i wodzirejach prowadzących ludzi na manowce

W Studiu Dublin miała miejsce premiera najnowszego singla legendarnej grupy Sztywny Pal Azji „Wodzirej”. Ta piosenka jest zapowiedzią najnowszego albumu Sztywnego Pala Azji.

Nowa płyta legendarnego Szpala ukaże się między wiosną a latem przyszłego roku. Długograj „Korowód” będzie następczynią znakomitej „Szarej” (2017), z singlową „Luxtorpedą” i przebojem Radia WNET „Iluminacje”.

Muzykę do „Wodzireja” skomponował i słowa napisał Jarosław Kisiński, który był gościem Tomasza Wybranowskiego w programie „Muzyczna Polska Tygodniówka”.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Jarosławem Kisińskim, liderem Sztywnego Pala Azji:

Czy stanowisko szefa Europejskiego Centrum Solidarności mogło być nagrodą za konsekwentną, antypolonijną działalność?

Los uśmiechnął się do Basila Kerskiego jedynie dzięki znajomości z Donaldem Tuskiem, którego historię „antykomunistycznej” działalności i powiązań ze STASI opisał m.in. Wojciech Sumliński.

Krzysztof M. Załuski

Słowianie, w tym Polacy, solą w niemieckim oku byli od zarania dziejów. Rugowanie polskości z inkorporowanych stopniowo przez Niemców ziem Pomorza, Śląska, Wielkopolski i Prus z różną intensywnością prowadzone było od średniowiecza, szczególnie dotkliwie w okresie rozbiorów i w ramach kulturkampfu. Germanizacji nie zatrzymała ani klęska Niemiec w pierwszej, ani w drugiej wojnie światowej. Po upadku Hitlera zmieniła się jedynie jej forma – przestano oficjalnie mówić o „asymilacji” Polaków, zastępując ją terminem „integracja”. Proces ten trwa do dziś – pomimo podpisania w roku 1991 polsko-niemieckiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie. (…)

Przykładów dyskryminacji Polaków w Republice Federalnej nadal można się doszukać, tyle że przybrały one mniej drastyczny charakter. Co niepokoi, proceder ten ma miejsce od lat za aprobatą byłego przewodniczącego Rady Europy, a wcześniej premiera RP, Donalda Tuska.

17 czerwca 1991 roku rządy Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Federalnej Niemiec podpisały Traktat o dobrym sąsiedztwie. Ze strony polskiej dokument sygnował – wywodzący się podobnie jak Donald Tusk ze środowiska „gdańskich liberałów” – premier Jan Krzysztof Bielecki. Niemcy reprezentował kanclerz Helmut Kohl. Umowa zakładała m.in. uregulowanie – na zasadzie wzajemności – kwestii istnienia niemieckiej mniejszości narodowej w Polsce oraz polskiej w Niemczech. Wkrótce okazało się jednak, że pojmowanie symetrii praw i obowiązków obu grup narodowych jest diametralnie różne – Niemcy w RP uzyskali bowiem status „mniejszości narodowej”, a Polacy w RFN jedynie „osób posiadających niemieckie obywatelstwo, które są pochodzenia polskiego albo przyznają się do języka, kultury lub tradycji polskiej”.

Takie postawienie sprawy uniemożliwiło niemieckiej Polonii odzyskanie statusu mniejszości narodowej, którego została pozbawiona wkrótce po napaści III Rzeszy na Polskę. Niemcy aresztowali wówczas i wymordowali wielu polonijnych działaczy, w tym członków Związku Polaków w Niemczech – największej organizacji polskiej na terenie Rzeszy. Zarekwirowany przez niemieckie państwo majątek ZPwN szacowany jest obecnie na sumę pół miliarda euro. Reaktywowany w 1946 r. ZPwN, między innymi właśnie za sprawą litery Traktatu…, do dziś ma problem z odzyskaniem swojej własności (o uchylenie nazistowskiego rozporządzenia dyskryminującego Polaków w Niemczech, odbierającego im status mniejszości narodowej i konfiskującego mienie organizacji polskich, od roku 2009 walczył zmarły 2 maja br. mec. Stefan Hambura).

Trudno uwierzyć, że Jan Krzysztof Bielecki nie wiedział, co podpisuje, a tym bardziej, że nie zdawał sobie sprawy, iż Traktat… zawiera szereg pułapek prawnych. Jedną z nich był zapis uzależniający uzyskanie należnych przywilejów – m.in. prawo do krzewienia tradycji i nauki w języku ojczystym, dotacje państwa na działalność kulturalną i uczestnictwo w życiu społeczno-politycznym – od powołania po każdej ze stron jednolitej organizacji dachowej, która reprezentowałaby interesy mniejszości wobec władz. (…)

Basil Kerski to postać pod każdym względem tajemnicza. Z matki Polak, z ojca Irakijczyk. Z wyboru Niemiec…

Basil Kamil Khiry, bo takie nazwisko widniało w jego polskiej metryce, urodził się w 1969 roku w Gdańsku. Mając dziesięć lat, przeniósł się wraz z rodziną do Berlina Zachodniego. Przedtem przez trzy lata mieszkał w Polsce, a jeszcze wcześniej cztery w Iraku. W roku 1986 dobrowolnie zrzekł się polskiego obywatelstwa. W Berlinie ukończył politologię i slawistykę. Po studiach pracował w wielu amerykańskich i niemieckich instytucjach – m.in. w Bundestagu. Jeszcze jako student ożenił się z Dorotą Danielewicz, tłumaczką literatury polskiej, mieszkającą na stałe w Berlinie. Dzięki niej poznał m.in. pisarza Pawła Huellego, a za jego pośrednictwem środowisko gdańskich liberałów, w tym Donalda Tuska i Wojciecha Dudę (syna wysokiego oficera kontrwywiadu wojskowego w czasach PRL) – założycieli „Przeglądu Politycznego”, wydawanego przez wspomnianą już Fundację Liberałów.

W sferze publicznej Basil Kerski pojawił się dosyć późno, bo dopiero w roku 1998. To właśnie wtedy dostał do ręki ster Magazynu Polsko-Niemieckiego „Dialog”, którego oficjalnym wydawcą jest od 1987 roku Federalny Związek Towarzystw Niemiecko-Polskich. Poprzednikami Kerskiego na stanowisku redaktora naczelnego byli Günter Filter i Adam Krzemiński – publicysta postkomunistycznej „Polityki”. Po przejęciu „Dialogu” przez Kerskiego pismo to zaczęło być kreowane na „polsko-niemiecką agorę w środku Europy”. Sam Kerski zaś na najwybitniejszego znawcę „polsko-niemieckiego pojednania”… Szkopuł w tym, że rozumianego zupełnie inaczej, niż pojmuje to większość Polaków. W pochodzącym z 1999 roku zbiorze esejów Otwarta brama – Niemcy między zjednoczeniem a końcem stulecia Kerski zaprezentował się również jako gorący orędownik zintensyfikowania zagranicznych inwestycji w Polsce oraz zdeklarowany przeciwnik lustracji. (…)

Przeciwnicy[Kerskiego] twierdzą, że los uśmiechnął się do Kerskiego jedynie dzięki znajomości z Donaldem Tuskiem, którego historię „antykomunistycznej” działalności i powiązań ze STASI, na podstawie wspomnień Krzysztofa Wyszkowskiego, opisał m.in. Wojciech Sumliński. Również fotel dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski miał zawdzięczać wyłącznie koneksjom z „gdańskimi liberałami”.

Mianowanie obywatela Niemiec na to stanowisko przez nieżyjącego już prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wywołało istną burzę we wszystkich środowiskach, włącznie z gdańską Platformą Obywatelską. Na znak protestu nawet Lech Wałęsa postanowił wycofać się z rady programowej ECS.

Obrażeni poczuli się także ówcześni posłowie Jerzy Borowczak (PO) i Bogdan Lis (SD). Unieważnienia konkursu żądało oczywiście Prawo i Sprawiedliwość. Jak czas pokazał – bezskutecznie.

Cały artykuł Krzysztofa M. Załuskiego pt. „Berliński łącznik” znajduje się na s. 9 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020.

 


  • Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Krzysztofa M. Załuskiego pt. „Berliński łącznik” na s. 9 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Filmy kina moralnego niepokoju a złamane sumienie ich reżysera / Paweł Zastrzeżyński, „Kurier WNET” nr 72/2020

Dziś ciągle autorytetami są ludzie ustanowieni przez tych, co chcieli, abyśmy płynęli we wspólnym nurcie relatywizmu moralnego. Oni nadal jawią się nam jako struktura czystego kryształu czy diamentu…

Paweł Zastrzeżyński

Rozbity kryształ

Od kilku lat w Instytucie Pamięci Narodowej prowadzona jest kwerenda w związku z przygotowaniem książki Światło latarni, która stara się ukazać polskich reżyserów jako osoby, które wyświetlając swoje filmy z projektorów, niczym latarnie morskie nawigowały całe społeczeństwo w kierunku, który wyznaczała Polska Ludowa. W zamian ci ludzie otrzymywali taką swobodę, jakiej nikt nigdy z twórców filmowych na świecie nie doświadczył.

Teczka TW Aktora była jednym z pierwszych udostępnionych dokumentów, które zostały poddane kwerendzie. Ten materiał zachował się w oryginale. W karcie obiegowej widnieją dziesiątki nazwisk osób, które zapoznały się z treścią tam zawartą. To te dokumenty posłużyły do przygotowania artykułu w „Gazecie Polskiej”, który można uzupełnić o fakt, że TW Aktor nie był werbowany w lokalu kontaktowym (LK) „Bachus”, ale był właścicielem tego lokalu. To wynika z analizy treści oraz faktu, że teczka jest założona na agenta TW i właściciela lokalu kontaktowego. Na marginesie warto wspomnieć, że Bachus (Dionizos) w mitologii greckiej to bóg płodności. W ostatniej scenie Iluminacji, jednego z najważniejszych filmów reżysera, bohater jawi się właśnie jako posąg grecki. W ten sposób ukazuje się Krzysztof Zanussi.

Obrona pedofilii

W 2009 r. wokół Krzysztofa Zanussiego pojawiło się wiele kontrowersji. Jednak reżyser, jak zawsze, zachował stoicki spokój, pomimo że jego słowa w obronie Romana Polańskiego oskarżonego o pedofilię, wzburzyły nawet Monikę Olejnik.

Roman Polański wówczas czekał w szwajcarskim areszcie na decyzję w sprawie ekstradycji do USA. Reżyser był oskarżany o seks z 13-latką i ucieczkę przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. W studiu TVN w programie Kropka nad i Krzysztof Zanussi powiedział, że Polański stał się ofiarą własnej popularności, a dziewczynka, z którą współżył, była jego zdaniem prostytutką. Reżyser „moralnego niepokoju” jednoznacznie stwierdził: „Nikt nie zauważa, że dlatego, że on jest sławny, to ta sprawa ma taki wymiar. Gdyby on nie był sławny, to fakt, że ponad trzydzieści parę lat temu w Los Angeles, które jest miastem szczególnie swobodnych obyczajów, skorzystał z usług jakiejś nieletniej prostytutki, bo chyba tak to naprawdę było”… „No nie, nie! – zareagowała Monika Olejnik. – To była dziewczynka 13-letnia, która nie była prostytutką… To nie było za pieniądze, więc to nie była prostytucja”.

Krzysztof Zanussi niskim i ciepłym głosem kontynuował: „W tym świecie masę rzeczy robi się nie za pieniądze, tylko dla sławy, dla kariery. Ja znam człowieka, który wyszedł z getta, który jest tragiczny i który ma takie czarne rozdziały w swoim życiu. Myślę, że gdyby nie był znany, sprawa nie miałaby dziś żadnego przedłużenia. Nie wierzę w niewinność ofiary. Ona nie robi wrażenia, że znalazła się tam przypadkiem. W tym kręgu ludzi, którzy wszystko zrobią dla kariery i pieniędzy, wygląda na to, że sama świadomość matki, która była w to zamieszana, to była jakaś próba szantażowania Polańskiego. Wyciągnięcia z niego tego wszystkiego, co mógł dać. A czego nie dał, i to był jego praktyczny błąd. Mógł się wykupić i tego nie zrobił. Może był za bardzo pyszny, za bardzo polski”.

Reżyser podkreślał, że nie chce usprawiedliwiać Polańskiego, a epizod sprzed 32 lat traktuje jako błąd swojego kolegi.

TW Aktor

Kilka miesięcy przed tym wywiadem „Gazeta Polska” opublikowała informację na temat teczki odnalezionej w Instytucie Pamięci Narodowej, z której wynika, że Krzysztof Zanussi był zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa jako TW Aktor. W tekście zostało umieszczone sprostowanie reżysera dotyczące treści odnalezionych dokumentów. W związku z publikacją na antenie Radia Maryja swój pogląd na ten temat wyraził Antoni Macierewicz.

„Muszę powiedzieć, że publikacja »Gazety Polskiej« bardzo mnie zbulwersowała. Zanussi dla mojego pokolenia, ludzi urodzonych pod koniec lat 40. ze swoimi filmami, takimi bardzo moralistycznymi, odwołującymi się do ‘struktury kryształu’, do spraw zupełnie fundamentalnych, do rozstrzygnięć moralnych, zasadniczych, był osobą istotną. Jego twórczość zwłaszcza wtedy – lat 60, 70 – była ważna. Gdy czytam jego wypowiedź przytoczoną w »Gazecie Polskiej«: »Podczas studiów w szkole filmowej cały nasz rok studiów był zapraszany na rozmowy z oficerami bezpieki i wszyscy byliśmy namawiani do współpracy. Obiecywaliśmy, że jeśli coś strasznego się zdarzy, to damy im znać. Każdy miał po dwa spotkania. Na tym się kończyło. Nie było też żadnych specjalnych nacisków. Kilkoro z nas podjęło współpracę. Jedna z osób przystąpiła do etatowej pracy w wojskowym wywiadzie«, to powiem uczciwie, że ten spokojny ton jest dla mnie szokujący.

Gdy z kolei ten materiał tutaj przywołany się czyta, to widać, że jednak problem tej współpracy był dużo głębszy. Jak można było na coś się godzić i to aprobować, równocześnie robiąc filmy, zwracające uwagę na to, iż w sprawach moralnych sytuacja jest zerojedynkowa, że prawda i kłamstwo nie mogą być z sobą mieszane”.

Prowadzący rozmowę telefoniczną zauważył: „Aktor to pseudonim, pod jakim Służba Bezpieczeństwa zarejestrowała Krzysztofa Zanussiego jako tajnego współpracownika. Reżyser oczywiście zaprzecza temu, ale to jest też ciekawy element biografii reżysera, gdyż była to osoba, jedna z nielicznych z w Polsce, która z jednej strony mogła z dużą swobodą i swadą robić i realizować filmy poza granicami kraju w czasach ciężkiej komuny, a z drugiej strony była obsypywana przez Moskwę bardzo dobrymi i pierwszymi nagrodami na różnych festiwalach filmowych w byłym Związku Radzieckim”.

Były Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego w odpowiedzi stwierdził: „Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że nie tylko relacjonował on sytuację w poszczególnych pismach i środowiskach kulturalnych i literackich emigracji niepodległościowej w Londynie, ale także relacjonował sytuację poszczególnych osób, ułatwiając działanie przeciwko nim Służbie Bezpieczeństwa. No przecież to jest człowiek wybitnie inteligentny i trudno sobie wyobrażać, żeby nie miał rozeznania, nie miał świadomości, jakie to może mieć konsekwencje dla tych właśnie ludzi. To pozwalało ich osaczać i niestety obawiam się, że oddziaływało skutecznie później na nich. Tak właśnie działała Służba Bezpieczeństwa, że używała jednych ludzi przeciwko innym. Każdy fragment rozmowy mógł się wydawać niewinny, a złożone razem, były często wyrokiem na daną osobę. I albo pozbawiały paszportu czy pracy, albo ułatwiały innym agentom łamanie i werbowanie następnej osoby i to jest w tym całym systemie najdramatyczniejsze.

Możemy sobie wyobrazić, że Pan Krzysztof uzna, że on jest osobą, która została zmuszona i złamana, no ale następnie umożliwiała złamanie następnych kolejnych osób i w ten sposób stworzył się łańcuch ludzi złamanych i służących złej sprawie”.

Krzysztof Zanussi po publikacji „Gazety Polskiej” w 2009 r. jednoznacznie oświadczył: „Nie miałem żadnego pseudonimu [—]. Jeśli był nadany, to ja nic o tym nie wiem. W 1962 r. spotkałem się z oficerami dwa razy w Łodzi. Nie było perspektywy dalszych spotkań. Później, jeśli ubecy pojawiali się, to przychodzili jawnie do biura. Były to rozmowy otwarte, ale pozbawione podtekstu agenturalnego. Gdy pan Kiszczak wzywał mnie do siebie w stanie wojennym, to wcześniej zjawiał się ubek i umawiał mnie na spotkanie. To zupełnie inny tryb rozmowy”.

Tajni współtwórcy

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 1999 r. dziennikarz zadaje pytanie: „Do dziś duże kontrowersje budzi sprawa kompromisów między władzą a środowiskiem filmowym w komunizmie. Pana często kojarzono z taką kompromisową postawą. Jak się Pan do tego odnosi?” „Od bardzo dawna rozumiem, że nie ma życia, które byłoby zupełnie bezkompromisowe. Teologicznie biorąc, każdy moment życia w sferze materialnej jest kompromisem ducha, nie ma od tego ucieczki. Dla mnie większym złem jest zakłamanie aniżeli przyznanie się w pokorze do tego, że człowiek jest niedoskonały. W mojej książce [—] umieściłem wspomnienia z czasów naszych gier z władzą, po to, by te gry zdemistyfikować. Żebym nie wypadł w nich jako bohater, tylko jako człowiek, który czasem roztropnie przechytrzył władzę. Oni zresztą często chcieli dać się przechytrzyć”.

Połączenie informacji zawartych w materiałach IPN oraz analiza materiałów filmowych reżysera odkrywa zupełnie nową przestrzeń badań. Co istotne, każdy dokument ma swoje echo. I nawet jeżeli jakaś teczka została zniszczona lub ukryta, to jej cząstki są gdzie indziej.

Każdy dokument zaś otwiera nowe informacje. I tak po analizie już 90 000 stron dokumentów oraz kilkuset nazwisk reżyserów i aktorów możemy dokładniej rozszyfrować teczkę TW Aktora i dowieść, że tłumaczenia Krzysztofa Zanussiego nie są jednoznaczne.

Krzysztof Zanussi w oświadczeniu opublikowanym w „Gazecie Polskiej” oraz w wywiadzie w „Gazecie Wyborczej” bagatelizuje informacje, które znajdują się w materiałach IPN. Dla niego stwierdzenie oficera, który dokonuje werbunku: „pozyskanie zostanie przeprowadzone na zasadzie dobrowolności. Przemawiają za tym lojalność kandydata, dobre wyrobienie polityczne, jak również to iż rozmawiał z nami chętnie i w miarę swych możliwości stara się pomóc”, jest nic nieznaczące. Jest to część gry, w której docelowo stawia siebie jako zwycięzcę.

Co istotne, w czasie gdy zainteresowała się nim Służba Bezpieczeństwa, miał 23 lata i był studentem łódzkiej Filmówki. A przecież chłopcy w jego wieku w tym samym czasie za próbę oporu przeciwko systemowi komunistycznemu byli mordowani i katowani.

Wyraźnie pokazuje to przykład oddziałów „Ognia”, które były dobijane w limanowskiej katowni UB. A aparat przemocy władzy komunistycznej był gorszy niż faszystowski.

We wniosku na opracowanie kandydata TW Aktor, do czego nie dotarła „Gazeta Polska”, zostały rozszyfrowane pseudonimy zawarte pomiędzy akapitami tego wniosku: „TW Konrad posiada większe dotarcie na wydział aktorski niż na pozostałe wydziały (argumenty za pozyskaniem TW Aktora; PZ.) [—] do opracowania wykorzystani zostali TW Ricci, TW Wojtek, TW Konrad”.

TW Konrad: „Znany historyk i teoretyk literatury prof. Jan Trzynadlowski współpracował z bezpieką” – ujawniła Misja specjalna w telewizyjnej Jedynce. „Trzynadlowski od 1951 r. był związany z Uniwersytetem Wrocławskim; od 1966 jako profesor. W latach 1956–1960 był dyrektorem i redaktorem naczelnym wydawnictwa Ossolineum. W Instytucie Pamięci Narodowej znajdują się trzy tomy jego meldunków. Dzięki nim m.in. zwolniono z pracy w urzędach centralnych kilka osób i udaremniono ucieczkę na Zachód dwóch naukowców”.

TW Wojtek: „Andrzej Braun – polski pisarz, poeta, reportażysta. Od 1957 do 1963 roku pełnił funkcję kierownika literackiego Zespołu Filmowego Droga, zaś w latach 1963–1966 kierownika Redakcji Filmowej Telewizji Polskiej”. Wyprodukował nieukończony film Lenin w Polsce.

TW Ricci: Julian Żejmo, ros. Юлий Жеймо. Syn radzieckiej aktorki Janiny Żejmo i reżysera Iosifa Chejfica. Autor zdjęć do filmu Siła miłości, współpraca reżyserska Krzysztof Zanussi.

W teczce TW Aktora wśród dokumentów możemy przeczytać, jak kolega koledze podkrada listy i przekazuje bezpiece. Jest to wyciąg z informacji TW Andrzeja z 4 lutego 1963 r. Co ciekawe, pseudonim ten występuje również w materiałach związanych z Andrzejem Wajdą. Pod tym pseudonimem kryje się Ryszard Kuziemski, który studiował z Krzysztofem Zanussim na wydziale operatorskim.

Współpracował też z nim przy filmie Krzysztof Penderecki. To pokazuje, że osoby, które w teczce TW Aktora zostały ukryte pod pseudonimami, były dla Krzysztofa Zanussiego autorytetami, kolegami, współtwórcami. On został przez nich osaczony. Jednak ten młody student w swojej naiwności był przekonany, jak każdy inny zwerbowany przez totalitarny system komunistyczny, że to on prowadzi grę, że to on wykorzystuje struktury totalitarne władzy do własnych korzyści. Do samorealizowania się. Do tworzenia swojego świata i kształtowania go. Do poczucia bycia bogiem, podczas gdy w rzeczywistości był tylko składnikiem totalitarnej władzy. Narzędziem, które służyło do wykuwania i utrwalania władzy ludowej.

Bardzo wyraźnie to oddanie się władzy widać w filmach Struktura kryształu, Iluminacja czy Barwy ochronne. Każdy z tych filmów niesie za sobą przekaz jednoznaczny i spójny z ideologią komunistyczną.

Dla społeczeństwa polskiego te filmy pełniły taką samą funkcję, jak oficer prowadzący, który w filmach Zanussiego bardzo rzetelnie podchodzi do werbunku. Wykorzystuje wiedzę i umiejętności w celu złamania człowieka i jego zgody na współpracę.

Największą przeszkodą dla reżysera, co jasno jest ukazane w Barwach ochronnych, staje się sumienie. I ono musi być złamane, aby ideologia komunistyczna została przyjęta. To jest odwrócenie ewangelicznego obrazu kuszenia Chrystusa na pustyni, gdzie diabeł obiecuje wszelkie dobra na tej ziemi, a w zamian chce tylko, aby Chrystus oddał mu pokłon. W filmach Krzysztofa Zanussiego bohater zmuszony jest do zaparcia się swoich ideałów. Jest to zarazem główna zasada kina moralnego niepokoju, która stoi w całkowitej opozycji do świata ewangelicznych wartości.

Jednak dopiero dziś jesteśmy świadkami, jak ci „tajni współtwórcy” zostają zdradzeni przez ideologię, która ich zdaniem miała być wieczna. Na naszych oczach rozgrywa się dramat całego pokolenia, które było przekonane, że jest nieśmiertelne w swoich dziełach.

Tutaj jawi się jeszcze większy dramat, który jest konsekwencją sięgnięcia po tę niewinność i czystość, którą najpełniej obrazuje dziecko. Dramat, który wynika z przyjętych zasad i formowania swojego życia według systemu, który był wynaturzony.

Takie czyny zostawiają ślad i mają tragiczne konsekwencje, ale aby to zobaczyć w całym spektrum, trzeba poznać wszystkie te przykłady i dokumenty, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Wymienić wszystkie nazwiska, które składają się na książkę Światło latarni. Jednak czy ona powstanie – nie wiadomo, bo dziś, ciągle w tej „głębokiej nocy”, widać tylko pobłyski współczesnych latarni, które zostały ustawione przez tych, co chcieli, abyśmy płynęli w tym samym nurcie relatywizmu moralnego. Oni nadal jawią się nam jako struktura czystego kryształu czy diamentu…

Artykuł Pawła Zastrzeżyńskiego pt. „Rozbity kryształ” znajduje się na s. 8 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020.

 


  • Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Pawła Zastrzeżyńskiego pt. „Rozbity kryształ” na s. 8 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wspomnienia najemnika z wojny na Bałkanach: Tu kule są prawdziwe, a zgwałcona kobieta będzie nosić traumę do końca życia

Strzelałem do ludzi, nawet brałem za to pieniądze, ale ot tak rozwalać cywilów strzałem w głowę, to nie to samo. Chyba na chwilę zapomniałem, że byłem na wojnie domowej, a to rzeźnia, a nie wojna.

Johny B.

Wleźliśmy do wiochy, palce na spustach. Niektóre chałupy paliły się od ognia moździerzy, na ulicy leżało kilku zabitych cywilów, za chwilę trup jednego vojnika w muslimanskim mundurze, za chwilę jeszcze dwóch, i spokój. Z naszych dostało dwóch, ale lekko. Doszliśmy mniej więcej do połowy wioski, to już był srpski sektor, a tam klasyczna jatka. Właśnie się produkował jakiś srpski zastavnik. Nie kojarzyłem go, chociaż znaliśmy większość tych ludzi, bo jak to z sąsiadami – często razem robiliśmy jakieś drobne interesy albo po prostu chlaliśmy razem czy piekliśmy mięso na ruszcie albo odojaka na rożnie.

Chyba z piętnaście osób klęczało na ziemi z rękami za głową, mężczyźni i kobiety. Kilka ciał już leżało na ziemi z rozwalonymi głowami w kałużach krwi. Nie pamiętam dokładnie, ilu ich wszystkich było. A ten podchodzi po kolei do każdego z nich i klamka, głowa, pach!, klamka, głowa, pach! Zmienił sobie spokojnie magazynek w tt-ce. I dalej do roboty. Coś się we mnie aż skręciło. Chyba nie tylko we mnie. Ja też strzelałem do ludzi, nawet brałem za to pieniądze, ale ot tak rozwalać cywilów strzałem w głowę, to nie to samo. Chyba na chwilę zapomniałem, że byłem na wojnie domowej, a to rzeźnia, a nie wojna. Na dodatek nie była to moja wojna.

Igor chyba zauważył, że nasi coś tacy spięci się zrobili, i od razu głośno powiedział:

– Tylko nic nie róbcie! Rozumiecie?! Nic. Zupełnie nic! To rozkaz! Przejdziemy, ja pogadam chwilę z ich dowódcą. I pójdziemy swoją drogą do naszego sektora.

A tamten podszedł i przyłożył tt-kę do głowy dziewczyny. Ładna była, chociaż było widać, że musiała się z nimi nieźle szarpać. Doskonale wiedziałem, co musiało się dziać wcześniej. Faceci na wojnie nieczęsto pytają, czy można… Prawdę mówiąc, my też zwykle zbyt delikatni nie byliśmy. I jeszcze uśmiechnął się bydlak.

Nie strzelał, tylko czekał i się śmiał. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Zwykle umiałem utrzymać nerwy na wodzy. Jednak wówczas po prostu szlag mnie trafił, zagotowało się we mnie i już czułem, że nie ma wyboru. Moi od razu zauważyli, co się dzieje. Ktoś nawet złapał mnie za rękaw kurtki, ale ja zdążyłem doskoczyć do tego Serba. Raczej mnie nawet nie zauważył. Potem kolba, gęba, leży gość i trzyma się za głowę. Podniosłem momentalnie zastavę do ramienia i wycelowałem w niego. Z takiej odległości luneta przeszkadzała, a nie pomagała, ale i tak bym trafił. On też już we mnie celował ze swojej tt-ki. Ze skroni ciekła mu krew. Musiało to z boku nieco zabawnie wyglądać snajper celuje z trzech-czterech metrów do gościa celującego do niego z pistoletu.

Momentalnie wszyscy celowali do siebie nawzajem z tego, co kto miał przy boku. Z naszej uroczej dwójki nikt pierwszy nie miał ochoty strzelić, chociaż widziałem po jego twarzy, jaki był wściekły, ale i zaskoczony. Ja za to byłem nieźle przestraszony, bo wiedziałem, że go zdążę sprzątnąć, ale dostanę jako następny i to pewnie w plecy albo w głowę. Może dlatego obaj byliśmy tacy nieskorzy do strzelania. Może też dlatego jeszcze nie wybuchła chaotyczna strzelanina.

Stoj! Nie strzelać! Nie strzelać, mówię! – usłyszałem z prawej strony, nieco z tyłu. – Nie strzelać! Nie strzelać!

Poznałem inny głos z lewej, należał do Igora. Ten z prawej z tyłu to był Marko, dowódca ich kompanii. Znałem go dobrze, bo miał mocny łeb i często kończyliśmy nasze wspólne wojenne „imprezy” we dwójkę. No i swego czasu sprzedał mi moją ulubioną rumuńską 65-kę, czyli rumuńskiego kałacha z dodatkową rączką przed magazynkiem. Strzelanie z niego to była czysta przyjemność. Teraz wisiał przewieszony bezczynnie przez moje plecy. Bo jak dureń szedłem przez wiochę ze snajperką, zamiast z kałachem w rękach. Marko podszedł powoli i stanął między serbskim zastavnikiem a mną tak, że celowałem mu prosto w pierś. O dziwo, miał kałacha przewieszonego przez ramię, nie celował do mnie. Zbaraniałem.

– Marko, zdejmę cię! – To był głos Igora. – Spokojnie, nic chłopakowi nie zrobię. To on do mnie celuje.

Przewiesił broń za plecy lufą do dołu. Nic z tego nie rozumiałem. Powoli zbliżył się, uśmiechając się do mnie.

– Nic nie rób, Poljak. – Powoli podniósł rękę, sięgnął do prawej strony mojej zastavy, przekręcił bezpiecznik i powiedział: – Żeby z tego strzelać, Poljak, trzeba to właśnie tak odbezpieczyć.

Jasna cholera, tak właśnie jest, jak człowieka poniesie. Broni nawet nie odbezpieczyłem. Ten leżący serbski „bohater” mógł strzelać do mnie jak do kaczki, a ja bym nie zdążył już nic zrobić.

Pstryk! Usłyszałem trzask mojego bezpiecznika. Ależ on był głośny w mojej głowie.

– Teraz możesz mnie już zastrzelić, więc może opuść już broń, młody. Na chwilę jakby wszystko się zatrzymało. – I ty też zginiesz… – dodał po sekundzie.

Z tego akurat zdawałem sobie doskonale sprawę. I nagle usłyszałem głośny rechot Igora. Za nim wszyscy zaczęli się śmiać. Opuściłem powoli broń. Za chwilę uczynili to wszyscy z obydwu stron, ale większość trzymała profilaktycznie palce na spustach. Wszyscy się śmiali oprócz tego zastavnika z tt-ką i mnie. Marko odwrócił głowę i powiedział:

– Igor, dziewczyna jest wasza. W końcu też pewnie chcecie sobie por…ać. Chociaż widać, że młodemu w oko wpadła, więc może go najpierw spytajcie, bo już wie, jak broń odbezpieczać. Żeby was nie zdjął – zaśmiał się, nieco złośliwie. – Przejdziecie spokojnie i pójdziecie w swoją stronę. A jak za parę dni wszyscy się uspokoimy, zapraszam na rakiję i barana.

Po chwili Igor, rozluźniony już trochę odpowiedział: – Zgoda, Marko. Poljak, bierz ją i idziemy. Ruszać się! Szybciej, szybciej!

To ja podszedłem do niej. Złapałem ją w miarę delikatnie za rękę i pociągnąłem lekko w górę: – Wstań, proszę. Wstań. Chodźmy stąd!

– Ja Vesna.

– Dobrze – zmusiłem się do uśmiechu. – Chodźmy już stąd. Szybciej!

– Vesna, Vesna, jestem Vesna. – Była w szoku.

– Chodź, k…a, tu nadal nie jest za dobrze… Jeszcze nas mogą ubić! – Wreszcie się ruszyła. Pomogłem jej wstać i poszliśmy w swoją stronę. Kilku z naszych na wszelki wypadek szło tyłem, ale z opuszczoną bronią.

Szliśmy powoli dalej przez wieś. Nie wiem, co stało się z resztą tamtych cywilów. Pewnie dostali kulę w łeb. Tutaj żadna ze stron nie okazywała litości, a okrucieństwo było jak bułka z masłem na śniadanie.

Szliśmy dalej całym oddziałem w całkowitej ciszy. Odeszliśmy już niezły kawałek. Nagle poczułem gwałtowne szarpnięcie z tyłu za kurtkę i kopnięcie pod kolano. Wylądowałem na plecach na ziemi. Ułamek sekundy i siedział na mnie Igor. Przywalił mi w twarz, że aż mi w oczach pociemniało. Potem chyba jeszcze raz i raz, jeszcze chyba z raz. Zasłaniałem się tylko jedną ręką, bo drugą przygniótł kolanem do ziemi. Wtedy straciłem jedyny (jak na razie) ząb w życiu. Na szczęście górną piątkę, która rosła poza obrębem reszty zębów.

– Ty zasrany kretynie! Co ja, k…a mówiłem?! – Chyba tak krzyczał, dokładnie nie pamiętam. Kołowało mi się w głowie. Szarpał mnie za kurtkę. I walił mnie ciągle po gębie, zasłaniałem się wolną ręką, ale był bardzo silny. Zrobił na chwilę przerwę.

– Przez to, że ci jakiejś bosanskiej dupy zrobiło się żal, mogło zginąć sporo naszych! Co ty, niebieski hełm zasrany jesteś? Czy przyjechałeś tu zarabiać na zabijaniu, idioto? A może z Czerwonego Krzyża jesteś? Co?

Przyłożył mi chyba jeszcze z raz lub dwa. – To był rozkaz, cymbale! Rozumiesz?! Chyba ja cię powinienem ubić za takie gówno! Rozumiesz to, idioto?! – Nawet, gdybym chciał, to i tak bym niewiele powiedział, bo miałem pełno krwi w ustach. Kiwnąłem głową, że rozumiem. Puścił mnie i zszedł ze mnie. – Obcinam ci stawkę za dwa tygodnie. Strzelasz za darmo.

Pozbierałem się z ziemi, wytarłem rękawem twarz, wyplułem ząb i poszliśmy dalej. Szkoda, mogłem go wziąć na pamiątkę.

Cały artykuł Johny’ego B. pt. „Vesna” znajduje się na s. 19 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020.

 


  • Już od 2 lipca „Kurier WNET” na papierze w cenie 9 zł!
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć jedynie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.

O wszelkich zmianach będziemy Państwa informować na naszym portalu i na antenie Radia Wnet.

Artykuł Johny’ego B. pt. „Vesna” na s. 19 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 72/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Nigdy nie pozwól nikomu powiedzieć, że czegoś nie możesz”. Rozmowa z amerykańskim raperem z Wrocławia Mba Shakoorem

Powszechnie uważa się, że hip-hop pojawił się w Ameryce, jednak rap jako forma przekazu narodził się w Afryce, ponieważ ludzie zamieszkujący ten kontynent swoje uczucia wyrażają przez muzykę.

Kiedy odkryłeś, że muzyka jest twoją największą pasją?

Mba Shakoor: Gdzieś pomiędzy 10 i 12 rokiem życia.

Jaki styl wykonujesz?

Mba Shakoor: Rap.

 Gdzie się urodziłeś?

Mba Shakoor: W nowojorskiej dzielnicy Brooklyn, czyli na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, ale większość życia spędziłem w Los Angeles, czyli na wybrzeżu zachodnim.

Kiedy zmieniłeś miejsce zamieszkania?

Mba Shakoor: Około 1989,  może 1990 roku.

 Kto jest twoją największą muzyczną inspiracją?

 

Mba Shakoor: Głównie oldskul, czyli 2Pac, NWA, Snoop Dog i oczywiście Michael Jackson. Ponadto bardzo lubię muzykę lat 80-tych i 90-tych. Czuję, że w muzyce z tamtego okresu wszystko było bardziej szczere i prawdziwe niż obecnie, ponieważ każdy miał wówczas do opowiedzenia jakąś swoją historię. Lubię też rocka, ale przede wszystkim uwielbiam hip hop.

 Gdzie narodził się ten gatunek?

Mba Shakoor: Powszechnie uważa się, że hip-hop pojawił się w Ameryce, jednak tak naprawdę rap jako forma przekazu narodził się w Afryce, ponieważ ludzie zamieszkujący ten kontynent wszystkie swoje uczucia zawsze wyrażali poprzez słowo mówione, które z czasem stało się ich poezją i historią przekazywaną z pokolenia na pokolenie. W dzisiejszych czasach ich amerykańscy bracia również przekazują swoją historię poprzez słowo mówione, tyle że wplatają to słowo w muzykę, tworząc w ten sposób zupełnie nową formę sztuki, poprzez którą chcą przekazywać swoje doświadczenia młodszym pokoleniom, dzięki czemu mają do opowiedzenia niezliczone ilości spraw, które w ich życiu się wydarzyły, a przede wszystkim poprzez swoją melodeklamację opowiadają światu o swojej codziennej walce o byt. Ten rodzaj muzyki w szczególny sposób pomaga im lepiej radzić sobie z codzienna prozą życia.

 Twoje pokolenie nie sięga pamięcią ani do czasów niewolnictwa, ani do dramatycznego okresu walki o prawa dla Afroamerykanów. Skąd czerpiecie to silne poczucie kulturowej wspólnotowości?

Mba Shakoor: Myślę, że tym niewidzialnym spoiwem jest przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza życiowa, dzięki której młodzi Afroamerykanie mają dziś tak wiele do powiedzenia i dzięki czemu jest w nich aż tyle świadomości i determinacji, aby tę swoją historię opowiedzieć jak największej liczbie ludzi, a hip hop dzięki swej formie jest najlepszym środkiem wyrazu, aby tę misję realizować.

Czy według ciebie rap spełnia dziś podobną rolę do tej, jaką kiedyś odgrywał blues i czy pojawił się on dlatego, że formuła bluesa wyczerpała się?

Mba Shakoor: Blues jest dziś zbyt delikatny w wyrażaniu opinii. Rap jest bardziej intensywny i wyrazisty. Nie mówisz w nim „czy mogę?” jak dzieje się to w bluesie, tylko bez ogródek stawiasz wymagania.

 Jeden z czołowych polskich bardów Jan Kondrak powiedział: „Hip hop jest ciekawą formą rytmiczno – literacką. Tam poezji jest bardzo mało, ale literatury bardzo dużo. […] Tam są całe dramaty opowiadane, językiem prozy […] Hip hop to piosenka literacka o zredukowanej linii melodycznej i podkręconym tempie.”

Mba Shakoor: Całkowicie zgadzam się z panem Janem, że w rapie jest dużo elementów epickiej powieści, ale uważam też, że można się w nim również doszukać licznych metafor i dlatego w mojej opinii hip-hop to także rodzaj poezji, która w tym gatunku współistnieje w jedności z muzyką.

 Środowisko amerykańskich raperów dość często kojarzone jest ze światem przestępczym. Dlaczego?

Mba Shakoor: W Los Angeles najważniejszy dla raperów jest tzw. „street credit”, czyli wszystko kręci się wokół pieniędzy, kobiet, sławy, narkotyków, a przede wszystkim władzy i żeby to wszystko osiągnąć, ludzie bardzo często zostają kryminalistami. O tym wszystkim raperzy otwarcie mówią w swoich utworach i zamiast się tego wstydzić, to się tym chełpią, dzięki czemu młodzież w Stanach takim modelem życia jest bardzo zafascynowana. Wszyscy chcą być „cool”, czuć „power” i mieć dużo „hajsu”, a w młodych umysłach kreuje to negatywną drogę życia. Ja natomiast staram się, żeby moja muzyka była bardziej pozytywna. Nie piję i nie używam narkotyków. W Stanach, jeżeli chcesz być sławny, musisz reprezentować bardzo określony model postępowania, czyli nieustannie podkreślać z jakiego środowiska się wywodzisz i co robiłeś w przeszłości. To wszystko sprawia, że raperzy są do bólu realistyczni, czyli… im więcej dramatu było w twoim życiu, tym bardziej stajesz się sławny.

 W 2008 roku pojawił się twój pierwszy album zatytułowany Shock Treatment nagrany wspólnie z twoim bratem, który miał ksywę „DJ” i z którym wiąże się twój osobisty dramat.

Mba Shakoor: „DJ” pięć lat przed śmiercią miał wypadek. Uderzył go rowerzysta i od tego czasu pojawiły się w jego nogach zakrzepy, które z czasem zaczęły przemieszczać się w kierunku serca i mózgu. Pewnego dnia „DJ” w stanie ciężkim trafił do szpitala i zmarł.

 Jaki wpływ miał twój brat na twoją drogę artystyczną?

Mba Shakoor: To on mnie zachęcił, żebym połączył swoją poezję z pianinem, na którym gram.

Jak poradziłeś sobie po tej ogromnej stracie?

Mba Shakoor: To było dla mnie bardzo trudne, ponieważ „DJ” był moją podporą, kochał moją muzykę i zawsze mnie inspirował. Był jedyną osobą, która wierzyła we mnie i w moją muzykę. Do dziś nie potrafię uwierzyć, że już go nie ma. Kiedy jestem w studiu i piszę muzykę, to chociaż doskonale wiem, że fizycznie go nie ma, nieodparcie czuję jego obecność i trudne do opisania duchowe wsparcie.

 Jak oceniasz album Shock Treatment z perspektywy 11 lat?

Mba Shakoor: Myślę, że było to doświadczenie, dzięki któremu dużo się wtedy nauczyłem. Był to jeden z moich pierwszych projektów, przez co ta płyta jest bardzo surowa i nieoszlifowana, ale to byliśmy my! Ten album to bardziej underground, niż to, co gra się obecnie, ale ja nieustannie kocham ten krążek.

 Użyliście wówczas swoich własnych bitów?

Mba Shakoor: Mieliśmy producenta, ale wszystko było nasze. Album został nagrany bardzo szybko, bo tak bardzo chcieliśmy się wówczas pokazać. Nie było tam zbyt wiele obróbek technicznych. To była bardzo szczera płyta, która pokazywała nasze prawdziwe wnętrze. Kiedy rozpoczęliśmy ją nagrywać, akurat przenosiliśmy się z bratem do Los Angeles i mieliśmy nieodparte wrażenie, że to wszystko, co wtedy się działo, było jakimś nieprawdopodobnym snem na jawie. Żyliśmy z dala od rodziców, którzy nadal mieszkali w Nowym Jorku i ciężko walczyliśmy o przetrwanie, odkładając niemal każdego centa, żeby w końcu wejść do studia, nagrać materiał i wydać upragnioną płytę.

 Kiedy i w jakich okolicznościach poznałeś swoją obecną żonę i zarazem partnerkę artystyczną Anię Cymerman?

Mba Shakoor: To było jakieś dziesięć lat temu. Mieliśmy na Facebooku wspólnego znajomego, od którego dowiedziałem się, że Ania znakomicie potrafi tańczyć hip-hop. Do Stanów przyjechała jedynie na kilka miesięcy, ale po tym jak stała się moją główną wokalistką… została 10 lat! (śmiech) Ania bardzo mnie inspiruje, bo podobnie jak ja, ogromnie kocha muzykę. Swoją przygodę ze sceną zaczynała od tańca hip hop. Śpiewanie przyszło dużo później. W Los Angeles znalazła poprzez znajomych świetną vocal coach, która współpracowała z wieloma artystami pop i bardzo jej pomogła.

 Gdzie tak dobrze nauczyła się języka angielskiego?

Mba Shakoor: W Polsce studiowała anglistykę, a potem była 10-letnia praktyka w Stanach.

 Kiedy zadecydowaliście, że będziecie wspólnie występować?

Mba Shakoor: Praktycznie od razu. Najpierw zobaczyłem Anię jak tańczy, a następnie po raz pierwszy poszliśmy razem do studia i już wtedy wiedziałem, że będzie świetną wokalistką.

Ostatnimi laty coraz większą popularnością cieszy się schemat – „pan rapuje, pani śpiewa”. W Polsce niemałą popularność osiągnął poruszający się w podobnym szablonie duet Sachiel. Z czego wynika ten trend?  

Mba Shakoor: Połączenie hip hopu i śpiewu to energia w czystej postaci. Tubalny rap i dodający melodyjności delikatny , dziewczęcy wokal, to dwa pozorne przeciwieństwa, które współistniejąc, tworzą harmonijną całość.

Swój drugi album z roku 2012 zatytułowałeś Memory Glich, co w języku polskim można przetłumaczyć jako Usterka pamięci. Co chciałeś tym krążkiem przekazać swoim słuchaczom?

Mba Shakoor: Pod słowami Memory Glich kryje się wszystko to, co nie zostało zapisane w naszej pamięci, trochę podobnie jak dzieje się to w wyniku amnezji. Po śmierci brata bylem rozproszony, przestałem tworzyć, nie troszczyłem się o muzykę, ale pomimo wszystko bardzo chciałem ją ukończyć, żeby pozostawić po sobie zapis tamtych emocji.

 Trzecią płytę zrealizowałeś już wspólnie z Anią i opatrzyłeś ją tytułem Visual Paradox. Jakie jest przesłanie tego albumu?

Mba Shakoor: Płyta mówi o tym, że pomimo, że byłem obecny cały czas, ludzie nie chcieli dostrzec mojego prawdziwego ja i nikt nie traktował mnie poważnie.

Czy dobrze rozumiem, że tym wydawnictwem pragniesz powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych wciąż czujesz się artystą niedocenionym?

Mba Shakoor: Bardzo niedocenionym.

USA to kolebka hip-hopu, a co za tym idzie liczba raperów, która walczy o ten rynek jest przeogromna i dlatego uważam, że twoja decyzja o tym, aby zamieszkać wraz z Anią w jej rodzinnym Wrocławiu może być dla ciebie strzałem w dziesiątkę. Jak sądzisz, czy Polska może być twoja niepowtarzalną szansą na upragniony sukces?

Mba Shakoor: Moja oryginalność polega na tym, że tu i teraz mogę opowiedzieć to wszystko, co przeżyłem tam w Stanach i czego byłem częścią. Dziś wielu raperów w USA udaje i opowiada… o alkoholu, zabijaniu, i narkotykach, bo jest to temat, który w tym gatunku dominuje. Ja o tym nie piszę, bo alkoholu nie piję, a narkotyków nie używam. Rapuję o tym, co znam, czyli o moim życiu, o moich sukcesach i o moich porażkach.

 Na swoim koncie masz trzy albumy: pierwszy nagrany wspólnie z bratem, drugi solowy i ostatni z Anią. Jak na ich podstawie oceniasz swój progres jako artysty?

Mba Shakoor: Myślę, że teraz piszę o wiele lepsze teksty, ponieważ o wiele bogatszy jest także mój bagaż życiowych doświadczeń, czyli tego wszystkiego, co wydarzyło się w ostatnim czasie w moim życiu i w mojej muzyce, w tym także szczególnie bolesne starty wielu bliskich oraz inne porażki. Co w takich chwilach jest dla mnie najważniejsze? Trzeba zakasać rękawy, iść do przodu, nigdy się nie poddawać i zawsze wałczyć. Jestem bardzo uparty i będę walczył do końca. Chcę spełnić swoje marzenia, przekazać swoją historię ludziom, którym w życiu także nie było łatwo, zainspirować i podnieść ich na duchu poprzez moją muzykę, która powstawała w niesłychanie trudnych chwilach. Jeśli bowiem poddasz się, a potem umrzesz, to nikt nigdy nie usłyszy twojego przesłania! Ja i mój brat mieszkaliśmy kiedyś w aucie, byliśmy głodni i bezdomni, ale zawsze trzymaliśmy się razem z silną wiarą, że musi nam się udać, że przetrwamy i że w końcu zobaczymy upragniony sukces. W moim mniemaniu najważniejsze jest pozytywne myślenie. W dzisiejszych czasach każdy potrzebuje osoby, która będzie go wspierać w dążeniu do celu, bo jeżeli brakuje ci w życiu pozytywnej energii i dobrych ludzi, to ciężko będzie ci cokolwiek osiągnąć. Ja straciłem prawie całą rodzinę – brata, mamę, tatę, dwie siostry i… musisz być niesamowicie twardy, żeby taką lawinę dramatów przetrwać. To była dla mnie prawdziwa lekcja życia. Gdybym tego wszystkiego nie przeżył, nie mógłbym tego zawrzeć w swojej muzyce. Musisz podążać za swoimi marzeniami ale jednoczesne pozostać realistą i twardo stąpać po ziemi. Zanim się zestarzeję, chce coś zostawić swojej rodzinie, żeby nie musiała przechodzić przez te same trudy życia, co ja. Chcę zawsze być blisko ze swoją rodziną i ją chronić, a ponieważ Bóg dał mi talent, nie chcę go zmarnować, tylko pokazać ludziom jak należy żyć po to, aby mogli się identyfikować z moją muzyką.

 Jak twoi znajomi i przyjaciele z USA przyjęli twoją decyzje o przeprowadzce do Polski?

Mba Shakoor: Kocham Amerykę, a moi znajomi doskonale rozumieją, że musiałem zrobić tak dlatego, żeby się rozwijać. A poza tym zamieniłem centrum mojego życia na wspaniały naród i kraj! Polska ma przecież tyle wieków historii i tak wiele ważnych miejsc, o które toczyła walki z najeźdźcami,  Polacy podobnie jak Afroamerykanie przeszli niezliczoną ilość krzywd i dramatów, co pozwala mi was lepiej rozumieć i personifikować.

 Spotkałeś się w Polsce z jakąkolwiek nieprzychylnością?

Mba Shakoor: Na całym świecie są dobrzy i źli ludzie.

Jeśli twoi amerykańscy przyjaciele, zapytają cie kiedyś: „jacy są ci Polacy?”, jak nas określisz?

Mba Shakoor: Bardzo rodzinni, mili, dużo dajecie innym ludziom i macie otwarte serca i umysły na nowe doświadczenia. W Polsce czuję się jak w domu.

 Czy chciałbyś, aby twoje przyszłe dzieci czuły się w tym samym stopniu Polakami jak i Amerykanami?

Mba Shakoor: Myślę, że najlepsze będzie dla nich podwójne obywatelstwo na wypadek, jeśli któreś z moich dzieci w wieku dorosłym będzie chciało wyjechać do Stanów.

  W roku 2015 uczestniczyłeś w polskiej edycji Must Be The Music. Jak zostałeś wówczas oceniony przez jurorów?

Mba Shakoor: 4 x tak. Było to bardzo ekscytujące show. Chciałem dać ludziom coś interesującego, coś co poprawi im humor. Nie chcę się tu porównywać, ale moją inspiracją zawsze był Michael Jackson. Cokolwiek nie zrobił na scenie, wszyscy byli nim zahipnotyzowani i nie potrafili oderwać od niego oczu.

Czy poznałeś jakichś polskich raperów? Jaka jest twoja opinia o polskim hip-hopie?

Mba Shakoor: Tak, miałem okazję poznać kilku. Nie rozumieniem słów i żeby coś powiedzieć o przekazie, musiałabym posiadać tłumaczenie, ale rym i bit mają świetny. Poza tym jest w tym waszym hip-hopie zawarta jakaś prawda, bo – tak jak już to wcześniej wspomniałem – Polacy dużo w przeszłości cierpieli i przechodzili różne dramatyczne momenty, w czym są bardzo podobni do mnie i moich braci i przez co ich przekaz jest niezwykle wiarygodny.

 Jak raper pochodzący z ojczyzny gatunku postrzega polskich i europejskich przedstawicieli hip-hopu, którzy na co dzień i na scenie próbują zachowywać się podobnie do was, ubierać się jak wy i wykonywać ruchy, które dla was Afroamerykanów są wrodzone i naturalne? Czy są takie chwile, że jest to dla ciebie sztuczne lub nawet zabawne?

Mba Shakoor: Ponieważ jestem stamtąd, doskonale mogę odróżnić rapera z prawdziwym przekazem od pozera. Prawdziwy raper nie musi udawać i zasłaniać się tym całym anturażem i tymi wszystkim gadżetami, tylko mówi o swoim prawdziwym życiu i opiera to na swoim doświadczeniu. Jeżeli wierzysz w swój przekaz, zawsze będziesz wyglądał naturalnie. Śmieszni są tylko ci ludzie, którzy udają.

Mam pewien pomysł. Co sądzisz o tym, aby nagrać kiedyś płytę, na której wszystkie utwory byłyby twoimi duetami z czołowymi raperami polskiej sceny?

Mba Shakoor: To bardzo ciekawa propozycja i jeśli tylko będą mną kiedykolwiek zainteresowani, podejmę się takiego wyzwania z ogromną przyjemnością.

 Jakie jest twoje największe marzenie?

Mba Shakoor: Nie chcę być ani bogaty, ani sławny. Z natury jestem nieśmiały. Chciałbym zarobić wystarczającą ilość pieniędzy, żeby żyć wygodnie, żeby się nie martwić o życie i przyszłość swoich dzieci. Marzę, aby zawsze być ze swoją rodziną. Moi rodzice nie mieli pieniędzy, żeby mnie wysłać do koledżu i sam musiałem płacić za naukę. Mój tata całe życie musiał walczyć z trzema etatami i szóstką dzieci. Do dziś nie mam pojęcia, jak on sobie z tym radził i wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla niego. Pomimo tego codziennego zabiegania, znajdował jednak dla mnie czas i często mi powtarzał, że z jakiegoś powodu Bóg dał mi talent i że nie wolno mi tego daru zmarnować. Nigdy nie możesz pozwolić ludziom – mówił – żeby cię zniechęcili. Musisz tak długo walić w drzwi, aż ci je sami otworzą, ale równocześnie zawsze musisz mieć w sobie wiele pokory, bo żeby osiągnąć sukces artystyczny, trzeba być zawsze skoncentrowanym i pozytywnie myślącym, czyli głęboko wierzyć w to, co dyktuje ci serce oraz nieustannie rozwijać posiadane umiejętności. I najważniejsze… nigdy nie pozwól nikomu powiedzieć, że czegoś nie możesz.

 

Mariusz Pilis: Niemcy do dzisiaj nie wypłacili Polsce odszkodowań, ale to nie znaczy, że nie mamy do nich prawa

Mariusz Pilis o dokumencie „Sprawiedliwość”, tym, czemu jest on ważny dla polskiej pamięci i o reparacjach wojennych dla Polski od Niemiec.

Mariusz Pilis został laureatem I Głównej Nagrody Wolności Słowa przyznawaną za publikacje w obronie demokracji i praworządności, demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka ufundowaną przez Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Film, za który otrzymał nagrodę dotyczy strat Polski w czasie drugiej wolny światowej . Dokument „Sprawiedliwość” wskazuje na potrzebę uzyskania reparacji wojennych od Niemiec. Jego reżyser wskazuje, to że Niemcy do dzisiaj nie wypłacili odszkodowań Polsce, nie oznacza, iż nam one nie przysługują. Nasi  Przyznaje, iż reparacji może nie udać się odzyskać jego pokoleniu, lecz film taki jak jego ma być testamentem dla przyszłych pokoleń, by upomniały się o polskie krzywdy.

To film skierowany do ludzi młodszych urodzonych po roku 89/90.

Odnosi się do raportu, jaki sporządza zespół kierowany przez posła Arkadiusza Mularczyka. Mariusz Pilis mówi także o wyborach prezydenckich. Stwierdza, że jako niepoprawny optymista liczy na zwycięstwo Andrzeja Dudy już w pierwszej turze.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.