Studio Dublin – 17 lipca 2020 – Agnieszka Słotwińska, Agnieszka Białek, Bogdan Feręc – Polska-IE, oraz Tomasz Szustek

W piątkowe przedpołudnie na falach Radia WNET jak zawsze informacje z Republiki Irlandii i Ulsteru. Londyn, Belfast, Dublin, cała Republika Irlandii w czasie wielkiego odmrażania i brexitowych wyzwań.

W gronie gości:

  • Agnieszka Słotwińska – właścicielka „My Little Craft World” w Cork,
  • Agnieszka Białek – pedagog i przedsiębiorca z Belfastu, korespondentka Radia WNET,
  • Bogdan Feręc – redaktor naczelny portalu Polska-IE.com,
  • Tomasz Szustek – współautor książki „Atlantic Tabor. The Pilgrims of Croagh Patrick”, reporter i dziennikarz związany ze Studiem 37 Dublin. 

Prowadzenie i scenariusz: Tomasz Wybranowski

Wydawca: Tomasz Wybranowski

Realizator: Paweł Chodyna (Warszawa) i Tomasz Wybranowski (Dublin)

Bogdan Feręc, redaktor naczelny portalu Polska-IE.com, wersja zdecydowanie letnia. Fot. arch. własne.

 

Zawsze na wstępie Studia Dublin pojawia się On i jego korespondencje, okraszone ciekawostkami z zachodniej części Irlandii. W roli głównej Bogdan Feręc, szef najważniejszego i opiniotwórczego portalu dla Polaków na Szmaragdowej Wyspie – Polska-IE.com.

Rozmowę z Bogdanem Feręcem zacząłem od podsumowania i analizy wizyty w Irlandii Północnej premiera Micheála Martina. Prezes irlandzkiej Rady Ministrów podczas spotkania z Arlene Foster, pierwszym ministrem Irlandii Północnej, podkreślił, że chciałby realizować z jej gabinetem projekty infrastrukturalne, które pozwolą na kontynuację dobrosąsiedzkich relacji i zacieśnią stosunki pomiędzy oboma krajami.

Najważniejsza informacja dla Irlandzczyków i rezydentów z obu stron granicy jest taka, że nie należy się spodziewać, by jego gabinet, wprowadził kontrole graniczne z Irlandią Północną.

 


Micheál Martin jest też zwolennikiem połączenia wyspy w jedną całość, co dał wyraz, wypowiadając następujące słowa:

Chciałbym jednak zobaczyć, jak wygląda wspólna wyspa. Dorastałem w tradycji, która chciała zjednoczyć Irlandię. Porozumienie z Wielkiego Piątku było fantastycznym przełomem. Tak, zawiera przepis dotyczący referendum i nadzoru granicznego, ale także zasady zgody oraz jedności.

Wszystko w słowach i deklaracjach wygląda bardziej niż pięknie. A do tego brexitowego tanga trzeba … trojga. Nic nie wydarzy się bez dobrej woli premiera brytyjskiego rządu Borisa Johnsona.

 

Dublin rain from the bus. Foto (c) Studio 37.

Dane z tego tygodnia mówią, że irlandzki Skarb Państwa wydał już na pomoc osobom bezrobotnym ponad 2 miliardy euro, o czym czytamy na oficjalnych stronach Revenue.

Ogółem na wsparcie dla osób korzystających z systemów dopłat do wynagrodzeń i płatności pandemiczne wydano już 2 062 000 euro, a w ostatnim tygodniu z dopłat TWSS (Temporary Wage Subsidy Scheme) skorzystało 415 000 osób.

Od marca 2020 roku przez system Temporary Wage Subsidy Scheme przewinęło się już 618 000 osób, które otrzymały z tego tytułu przynajmniej jedną płatność. W programie irlandzkiego rządu dotyczącym dopłat do wynagrodzeń zarejestrowanych jest obecnie 67 400 pracodawców, z czego ponad 62 800 otrzymało już dotację.

 

Na koniec informacja o tym, że po trzynastu latach przerwy (to już 13 lat!!!), od 23 sierpnia polski przewoźnik – Polskie Linie Lotnicze LOT – rozpocznie regularne rejsy na trasie Warszawa – Dublin.

Połączenia z Lotniska im. Fryderyka Chopina w Warszawie do Dublina będą obsługiwane cztery razy w tygodniu maszynami Boeing 737-800 NG, których właścicielem jest LOT. Bilety na nowe połączenie LOT-u są już od 16 lipca br. dostępne w sprzedaży

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Bogdanem Feręcem:

 

 

 

W piątkowym głównym wydaniu Studia Dublin do wysłuchania serwis informacyjny „Irlandia – Wyspy – Europa – Świat”.

Irlandzki minister zdrowia Stephen Donnelly poinformował, że w najbliższy poniedziałek 20 lipca opublikuje „zieloną listę” państw, z których po przyjeździe do Irlandii, nie będzie obowiązywała czternastodniowa kwarantanna.

Ministerstwo zdrowia zasugerowało też, że raczej nie będzie rekomendować spędzania w tym roku wakacji na Szmaragdowej Wyspie, gdyż spoczywa na nim obowiązek ochrony mieszkańców wyspy.

Dublińska siedziba Taoiseach’a (irlandzkie określenie na premiera). Fot. Tomasz Szustek / Studio 37 Dublin

Rząd i parlament dyskutują o kwestii utrzymania zakazu podnoszenia czynszów i zakazu eksmisji. Zgodnie z przyjętym wcześniej harmonogramem ten okres ochronny ma się skończyć w najbliższy poniedziałek (20 lipca 2020). Rząd zgodził się jednak na krótkotrwałe przedłużenie tych zakazów, choć nie wiadomo, jak długo będą obowiązywać. Konkrety poznamy dopiero w połowie przyszłego tygodnia.

Siedziba irlandzkiego prezesa rady ministrów. Fot. Studio 37.

Osłony na twarzach, lub obowiązkowe maseczki wymagane będą już wkrótce w sklepach i innych pomieszczeniach publicznych (m.in. urzędy pocztowe i państwowe).

Maski na twarzach obowiązywać będą w równym stopniu kupujących i personelu. Jednak ci ostatni mogą uchronić się przed całodziennym noszeniem maseczki, jeżeli pomiędzy nimi a klientami zamontowane zostaną ekrany ochronne.

Zapowiedź nowego zarządzenia, nie ma jeszcze formy prawnej, więc nie jest dopracowane w szczegółach, a może wejść do czwartej fazy odmrażania gospodarki, czyli obowiązywać od przyszłego poniedziałku (20 lipca 2020 roku).

„Wielka Brytania straciła niezależność w sprawie Huawei!” – takie oświadczenie 16 lipca wydało chińskie MSZ, w którym krytykuje decyzje gabinetu Borisa Johnsona. Londyn wykluczył koncern Huawei z budowy sieci 5G. Departament handlu ChRL zapowiedział w odwecie, tutaj cytat:

Podjęcie koniecznych środków by chronić prawa chińskich firm.

Rzecznik ministerstwa handlu przekazał na specjalnej konferencji prasowej, że

Decyzja brytyjskiego rządu oznacza dyskryminację i podważa zaufanie chińskich inwestorów do Wielkiej Brytanii.

Rząd Wielkiej Brytanii ogłosił 14 lipca , że chiński koncern jednak nie będzie brał udziału w budowie brytyjskiej sieci 5G. Cała technologia i infrastruktura należąca do Huawei musi zostać usunięta z tej sieci do 2027 roku.

Ponadto od przyszłego roku brytyjscy operatorzy telekomunikacyjni będą mieli zakaz zakupu nowego sprzętu 5G od tej chińskiej firmy.

Tutaj do wysłuchania „Wyspiarski serwis Studia 37”:

 

 

W Studiu Dublin gorące informacje wieści i przegląd prasy z Belfastu i Londynu.  Nasza korespondentka Agnieszka Białek obok najnowszych danych i statystyk związanych z koronawirusem w Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, opowiada również o kolejnych etapach odmrażania gospodarki. Coraz więcej miejsca w debacie publicznej poświęca się tematowi drugiej fali zakażeń Covid-19, które ma przynieść jesienna pora. 

Wielka Brytania przygotowuje się na drugą falę koronawirusa. Premier Boris Johnson w przyszłym tygodniu przedstawi plan walki z Covid-19. Prognozy ekspertów z brytyjskiej Akademii Nauk Medycznych mówią nawet o 120 tys ofiar w okresie od wcześnia 2020 do czerwca 2021.

W telewizji Sky News minister zdrowia Matt Hancock zapowiedział największy w historii Wielkiej Brytanii program szczepień przeciw grypie. Tymczasem rząd walczy że skutkami pandemii wprowadzając bonusy dla firm, które utrzymają pracowników po zakończeniu wypłacania im pensji z budżetu.

Agnieszka Białek, serce i oczy Radia WNET w Irlandii Pólnocnej. Foto. arch. własne.

 

W cieniu informacji koronawirusowych Agnieszka Białek mówiła również o wprowadzonym systemie punktowym dla nowych imigrantów, który będzie obowiązywał, kiedy Brexit i rozbrat z Unią Europejską stanie się już faktem.

Na koniec „dramatyczne” oświadczenie wydane przez brytyjskie Narodowe Centrum Bezpieczeństwa Cyfrowego.

Chodzi  o cyberataki na ośrodki pracujące nad powstaniem skutecznej szczepionki przeciw Covid-19. Szef dyplomacji brytyjskiej Dominic Raab oskarża wprost o te działania Rosję i zapowiada działania kontrujące.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Agnieszką Białek:

 

Kiedy docieramy około 5:30 rano do podnóża góry, mijamy pierwsze osoby które właśnie zakończyły dzisiejsze pielgrzymowanie. Należą do wąskiego kręgu pielgrzymów, dla których w dobrym tonie jest witać wschód słońca na szczycie Croagh Patrick. Wyruszyli zaraz po północy, w całkowitej ciemności, przy padającym deszczu pokonali ponad 700 metrów wysokości kamienistą, stromą ścieżką. Fot. Tomasz Szustek.

Za niespełna tydzień pielgrzmi z całej Irlandii, mimo czasu po zarazie ruszą w kierunku niezwykłej góry. Od ponad piętnastu wieków, w ostatnią niedzielę lipca, czyli tak zwany Reek Sunday, tłumy Irlandczyków biorą udział w pielgrzymce na górę Croagh Patrick, w hrabstwie Mayo – zachodnia części Irlandii.

Tomasz Szustek. Fot. Studio 37.

Jak mawia gość Studia Dublin, Tomasz Szustek, dziennikarz, reporter i fotografik, oraz współautor książki „Atlantic Tabor. The Pilgrims of Croagh Patrick”:

Wśród pielgrzymów wędrujących śladami św. Patryka na Croagh Patrick spotkać można przedstawicieli całego irlandzkiego społeczeństwa i rezydentów Szmaragdowej Wyspy.

O Croagh Patrick i wielkim pielgrzymowaniu będziemy rozmawiać za tydzień w Studiu Dublin. Tym razem rozmawialiśmy o jego pasji fotografii i jego początkach z mediami na Szmaragdowej Wyspie.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Tomaszem Szustkiem, współtwórcą Studia 37:

 

Piotr Słotwiński z małżonką Agnieszką Słotwińską, moją rozmówczynią. Fot. arch. własne.

Ostatnim gościem piątkowego, głównego wydania Studia Dublin była pani Agnieszka Słotwińska, założycielka i prowadząca zajęcia w „My Little Craft World”. Tym razem, już po raz drugi, w ramach akcji Studia 37 Dublin „Pocztówka wakacyjna z Irlandii” zaprosiła nas do odwiedzenia trzech niezwykłych miejsc. 

Jak głosi tabliczka przy Mass Rock w Kilshinihan: „Pamięci naszych przodków, którzy uczestniczyli w odprawianych tutaj łacińskich Mszach Świętych, w czasach gdy było to zabronione /1536-1829/. Niech spoczywają w pokoju. Amen.”. Fot (c) Piotr Słotwiński.

Najpierw przejmująca opowieść o Mass Rock w Kilshinihan.  Ów Mass Rock to wspólna nazwa dla skał albo układanek z kamieni, które znajdują się w wielu odosobnionych miejscach, z dala od oczu ciekawskich na całej Hibernii. Przez wiele lat były używane jako ołtarze w odprawianych potajemnie rzymskokatolickich Mszach Świętych, w czasach gdy najeźdźcy prześladowali katolików.

Druga pocztówka związana jest z miastem Cork i adresem 124 St Patrick’s Street, w cieniu pomnika Ojca Matthew. Tam znajduje się kamienne poidło dla psów z napisem „Madrai”. Ma już swoje lata i interesującą historię. Wykonał je sam Seamus Murphy, jeden z najbardziej znanych irlandzkich rzeźbiarzy. To on wykonał popiersie irlandzkiej patriotki i bohaterki Konstancji hrabiny Markiewicz, które znaje się w St Stephen’s Green Park w Dublinie. 

Przyznajemy szczerze! Wiele razy przechodziliśmy tamtędy i w ogóle nie zauważyliśmy tego poidła. Dopiero gdy wybraliśmy się na kolejny „geocachingowy” spacer po Cork, tym razem śladami dawnych publicznych ujęć wody w tym mieście, niejako przy okazji „odkryliśmy” dla siebie ten użytkowy, ale i artystyczny przedmiot. – mówią państwo Słotwińscy.

W finale wakacyjnych spacerów po zaułkach Cork i okolic, pani Agnieszka Słotwińska opowiedziała o Bottlehill. To malowniczo położone wzgórze  pomiędzy Cork a Mallow.

Jego nazwa związana jest z legendą… Dawno temu w jednej z małych irlandzkich wsi mieszkał wraz z żoną biedny człowiek, który nazywał się Michael Purcell. – zaczyna opowieść Agnieszka Słotwińska.

Kolejne wakacyjne pocztówki ze Szmaragdowej Wyspy w paśmie „Irlandzkie Impresje” (od poniedziałku do czwartku, między 15:00 a 16:00).

Zapraszam do lektury blogu Piotra Słotwińskiego, gdzie dowiedzą się państwo wielu niezwykłych informacji i pasjonujących historii spod nieba Irlandii (kliknij tutaj).

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Agnieszką Słotwińską:

Opracowanie: Tomasz Wybranowski. 

Współpraca: Bogdan Feręc – portal Polska-IE.com. 


 

Partner Radia WNET

Partner Studia 37 Dublin

 

                 Produkcja – Studio 37 Dublin Radio WNET – lipiec 2020 roku

 

Studio Dublin na antenie Radia WNET od października 2010 roku (najpierw jako „Irlandzka Polska Tygodniówka”). Zawsze w piątki, zawsze po Poranku WNET zaczynamy ok. 9:10. Zapraszają: Tomasz Wybranowski i Bogdan Feręc, oraz Katarzyna Sudak, Agnieszka Białek, Ewa Witek, Alex Sławiński oraz Jakub Grabiasz.

 

Kamińska: 30% obywateli polskich ma swoje korzenie na Kresach Wschodnich

Joanna Kamińska przedstawicielka Rady Fundacji dla Polonii opowiada o pomocy dla Polonii na Kresach, ciągle żywej polskiej tożsamości w tym regionie i repatriacji Polaków ze Wschodu poprzez edukację.


Przedstawicielka Rady Fundacji dla Polonii, prowadząca Kolegium Św. Stanisława Kostki, Joanna Kamińska rozpoczyna rozmowę od podzielenia się opowieścią o początkach swojej działalności dla Polaków na Kresach i pracy w Kolegium. Jak wspomina rozmówczyni, wszystko zaczęło się od lektury pewnej książki:

To jest książka Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy” (…) Po przeczytaniu tej książki zostałam darczyńcą, potem wolontariuszką w Kolegium Św. Stanisława Kostki w Warszawie. W szkole, która kształci polska młodzież ze wschodu (…) Czułam się zobowiązana, żeby spłacić dług wobec potomków Nadberezyńców, którzy zostali tam po Traktacie Ryskim w 1921 roku.

Joanna Kamińska ocenia na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń, że na Kresach „polskości jest więcej niż w polskich metropoliach (…) Tam w tej polskości można się unurzać i utopić”. Przedstawicielka Rady Fundacji dla Polonii ocenia, że obietnica Prawa i Sprawiedliwości o „repatriacji” Polaków ze Wschodu okazała się wielkim rozczarowaniem.

Ta kwestia całkowicie leży (…) Miałam karkołomny plan, żeby dotrzeć do sztabu wyborczego pana Prezydenta i przekazać informację, żeby chociaż podarować naszej szkole budynek, a pieniądze z czynszu przekazać na kształcenie większej liczby młodzieży (…) Jeśli słucha nas jakiś polityk z PiS to niech pomyśli o tym, że 30% obywateli polskich ma swoje korzenia na Kresach.

Gość Joanny Nowak wskazuje, że dla Polaków powracających ze wschodu, Polska to ziemia obiecana, a repatriacja poprzez edukację to najtańsza i najbardziej efektywna forma dla ich trwałego powrotu i odnalezienia się w społeczeństwie.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

M.K.

GIS ostrzega: W Polsce wykryto etazen – nowy, bardzo niebezpieczny narkotyk

Oferowany jako tzw. dopalacz etazen ma być nawet 60 razy mocniejszy niż morfina. Jego zażycie może spowodować groźne dla życia zaburzenia oddechowe prowadzące nawet do śmierci.

Jak informuje Główny Inspektor Sanitarny, w Łodzi odkryto należący do grupy oploidów etazen w czystej postaci oferowany jako „dopalacz”. Stanowi on zamiennik heroiny lub fentanylu i może mieć postać suszu do palenia, liquidu do e-papierosa, czy sprayu donosowego. GIS ostrzega, że użytkownicy dopalaczy często nie są świadomi tego co spożywają. Przypomina, że skutkami zażywania oploidów są m.in. : zaburzenia świadomości, zwolnienie czynności serca i zaburzenia oddechowe.

A.P.

„Koronaedukacja”. Rok szkolny 2019/2020 był bodajże najtrudniejszy w XXI wieku dla uczniów, nauczycieli i rodziców

Choć nie pamięta się o tym na co dzień, w procesie wychowawczym biorą udział oba podmioty – grono pedagogiczne i rodzina. Żadne ogniwo łańcucha edukacyjnego nie było przygotowane na nauczanie zdalne.

Małgorzata Szewczyk

Ekstremalne sytuacje, a taką była nauka online, obnażają pełną prawdę o człowieku. Nie ma co ukrywać, że początki były dość nerwowe, a samo dostosowanie się do wirtualnych realiów wymagało czasu i wysiłku oraz pokładów cierpliwości. Dziś można zapytać, czy egzamin wypadł pozytywnie?

Ponieważ miałam okazję z bliska obserwować codzienne zmagania nauczycielki, podzielę się kilkoma spostrzeżeniami, stanowiącymi zapis koronaedukacji. Wydawałoby się, że sposób komunikowania się za pomocą e-maili i czatu młode pokolenie opanowało perfekcyjnie, jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Być może jest tak, że e-mail czy czat bardziej ośmiela człowieka, ale nie zwalnia z zachowania podstawowych form grzecznościowych, nadal obowiązujących.

Rzadko kto posługiwał się formą „Szanowna Pani” czy kończył wiadomość sformułowaniem „Z poważaniem”, nie wspominając już o błędach ortograficznych, gramatycznych czy formułowaniu zdań bez zachowania jakichkolwiek reguł języka polskiego, i nie byli to uczniowie z pierwszych klas szkoły podstawowej.

Niestety w ten sam sposób swoje myśli na ekran komputera czy tabletu przelewali niektórzy rodzice tych uczniów… Polskie społeczeństwo, tak starsze, jak i młodsze, ma też, niestety, problemy z czytaniem… Mimo każdorazowych próśb o przesyłanie zadań na czas i z określonym opisem, nauczyciele otrzymywali e-maile wysyłane np. o godzinie 23.33 lub 3.40 bez treści, za to załącznik nazwany był np. fiza2020, mat123, angol456… Jak w tym gąszczu kryptonimów miał się odnaleźć nauczyciel, który otrzymywał dziennie 30–40 takich wiadomości?

Osobnym problemem były kłopoty ze złączem internetowym, brakiem prądu (w centrum Poznania, sic!), niedziałającym mikrofonem czy kamerą, także w nowych urządzeniach wypożyczonych przez szkołę. Oczywiście to wszystko są martwe rzeczy i zawsze coś może się popsuć, ale przez 2–3 miesiące tak trudno było to naprawić? Spóźnianie się na lekcje, o których uczniowie byli poinformowani, kartkówki online pisane przez panie i panów korepetytorów, przerywanie lekcji, bo „kurier przyszedł”, „proszę pani, już jestem, bo kolega pytał, czy zagram z nim na kompie”, „niech mi pani przesle ta kartkowke” (pisownia oryginalna), „udział” w lekcjach uczennicy z perspektywy kierownicy roweru lub ucznia… z wędką w ręce nad stawem – to tylko niektóre atrakcje lekcji online.

Cały felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Koronaedukacja” znajduje się na s. 3 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.

 


  • Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Koronaedukacja” na s. 3 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 73/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Niemieckie media: Dudę uratowali seniorzy, chłopi i berobotni. Cywiński: Nie można zostawiać mediów w Polsce zagranicy

Co o wyborach w Polsce pisze niemiecka prasa? Piotr Cywiński o podwójnych standardach niemieckich komentatorów i dominacji obcego kapitału na polskim rynku medialnym.

Piotr Cywiński zdradza jak wynik wyborów prezydenckich komentują media niemieckie. W „Der Spiegel” trwa „wstrzymanie oddechu” do czasu ogłoszenia oficjalnych wyników wyborów. Z kolei „Bild” akcentuje różnicę poglądów między kandydatami na prezydenta wskazując na konserwatyzm Andrzeja Dudy i liberalizm Rafała Trzaskowskiego. „Der Tagesspiegel” pisze, że w Polsce wschód, wieś i osoby starsze przegłosowały  zachód, miasta i osoby młodsze wyrażając przy tym obawy o stan polskiej praworządności po zakończeniu II kadencji prezydenta Dudy. Nasz gość zarzuca niemieckim dziennikarzom podwójne standardy.

W przypadku Niemiec gdybyśmy wzięli pod uwagę wyniki sondaży jakimi cieszą się chadecy z CDU/CSU, czy socjaldemokraci z SPD, to nie mieliby oni żadnego mandatu do rządzenia Niemcami, ale w Niemczech takie powiedzenie „Gewählt ist Gewählt ” to znaczy, że wybrany jest wybrany i Niemcy szanują wybór, jaki został dokonany, bo na tym polega zasada demokracji.

Dodaje, że w polskie dominują niemieckie koncerny medialne. Stwierdza, że TVN [ który jest własnością amerykańskiego koncernu Discovery- przyp. red.] kontynuuje swój przekaz podkreślając koncyliacyjność Rafała Trzaskowskiego. Publicysta portalu wPolityce zauważa, że PiS stracił w zachodnich województwach. Winą za to obarcza tamtejsze struktury partii. Wskazuje przy tym na potrzebę repolonizacji mediów:

Nie ma takiego cywilizowanego kraju, który kształtowanie opinii publicznej we własnym kraju pozostawiłby zagranicy.

Podkreśla, że w takiej sytuacji jednym przyczółkiem polskości w mediach jest telewizja publiczna. Przyznaje przy tym, że można mieć do zastrzeżenia do niektórych programów czy materiałów TVP.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.

Bez muzyki mój świat byłby szary! z Karoliną Jastrzębską – frontmanką Stacji Folk rozmawia Sławek Orwat

Rodzice nie chcieli posyłać mnie do szkoły muzycznej, bo bali się, że muzyka z pasji przerodzi się w przymus. Dlatego pewnego dnia sama podeszłam do taty i poprosiłam o pierwszą gitarę.

W twoim domu odbywały się próby grającego country i folk irlandzki zespołu T.Band, w którym na skrzypcach grał twój tato Paweł Jastrzębski. Czy można powiedzieć, że już od dziecka byłaś skazana na fokową nutę?

Trochę tak (śmiech). Ale zawsze podobała mi się muzyka i atmosfera, która panowała na tych próbach. Często też dołączałam i jako mały dzieciak grałam na marakasach czy innych przeszkadzajkach – do dzisiaj folk i akustyczne instrumenty kojarzą mi się ze szczęśliwym dzieciństwem.

Czy twoje pierwsze lekcje gry na gitarze u Mirosława Łączyńskiego oraz zajęcia wokalne u Agaty Wrońskiej wniknęły z potrzeby serca, czy były częścią wielkiego rodzinnego planu (śmiech)?

Z całą pewnością z potrzeby serca. Rodzice nie chcieli posyłać mnie do szkoły muzycznej, bo bali się,  że muzyka z pasji przerodzi się w przymus. Dlatego pewnego dnia, kiedy byłam jeszcze w podstawówce, sama podeszłam do taty i poprosiłam o pierwszą gitarę – potem zaczęliśmy szukać odpowiednich nauczycieli. Okazało się, że nie jest to takie proste – dopiero po czterech niezbyt udanych spotkaniach z potencjalnymi nauczycielkami śpiewu trafiłam na Agatę Wrońską, która okazała się być strzałem w dziesiątkę. Między nauczycielem a uczniem musi być pozytywny vibe żeby lekcje dawały efekty.

W roku 2012 założyłaś swój pierwszy zespół Cuckoo Child, z którym koncertowałaś przez 3 lata wykonując bluesa i funk. Czy była to nieudana próba ucieczki, przed wynikającym z rodzinnych tradycji folkowym przeznaczeniem, czy też rzeczywista fascynacja tymi gatunkami?

Raczej to drugie – od bluesa zaczynałam moją przygodę z muzyką. Pierwsze warsztaty, w których uczestniczyłam to warsztaty bluesowe w Puławach oraz warsztaty prowadzone przez polską mistrzynię bluesa Magdę Piskorczyk. Tam zresztą poznałam świetnych ludzi, z którymi do dzisiaj trzymam kontakt, a nawet gram w zespołach. Muzycy z naszego Cuckoo Child do bluesa dodali jeszcze funk. Zagraliśmy około 40tu koncertów jednak po 3 latach wyjazd perkusisty do Anglii na studia spowodował, że zespół zakończył działalność.

W roku 2015 powstał istniejący do dziś zespół Caroline & the Lucky Ones, w którym śpiewasz, komponujesz oraz grasz na gitarze i mandolinie. Jak z perspektywy 5 lat oceniasz wybór swojej  muzycznej drogi?

To country na początku zgłosiło się do mnie (śmiech). Były basista z zespołu mojego taty zadzwonił, że chciałby założyć grupę, która stylistycznie nawiązywałaby do T.Bandu i zapytał czy nie zechciałabym śpiewać. Zgodziłam się i rozpoczęły się próby i koncerty, które zostały bardzo pozytywnie odebrane przez środowisko countrowe. Wspomniany wyżej założyciel zespołu odszedł, a my, z nowym basistą, w składzie: ja – mandolina/ gitara, śpiew, Paweł Piekarski – śpiew, Piotr Trela – gitara prowadząca, Tomek Zawadzki – bas i Jarek Cieślak – perkusja, kontynuujemy z powodzeniem działalność zespołu Caroline & the Lucky Ones. Nie umiem powiedzieć, co by było, gdybym nie wybrała wtedy tej drogi, ale na pewno nie żałuje tego wyboru. Właśnie z tym zespołem grałam na pierwszych większych festiwalach, nagrałam płytę z, w większości, moimi kompozycjami i zdecydowałam się na sięgnięcie po mandolinę.

Z Caroline & the Lucky Ones zdobyłaś wiele prestiżowych nagród i nagrałaś dwie płyty – pierwsza to covery znanych piosenek w stylu country i blues oraz zawierająca kompozycje autorskie  Machatka.

To prawda. Z płyty Machatka pochodzi singiel o tym samym tytule, który jest naszą najbardziej lubianą przez publiczność piosenką! Zapraszamy do obejrzenia teledysku na naszym kanale Youtube. Płyta Machatkato też współpraca wielu osób – zagrali na niej wspaniali goście: Marek „Eneti” Leszczyński na skrzypcach, Piotr Bułas na banjo i Rafał Domański na wiolonczeli. Natomiast w warstwie tekstowej do moich kompozycji pomagali nam: Milena Puszczak, Jacek Kozik, Andrzej Dębowski i Mateusz Różalski. Całość nagrywał i miksował nasz perkusista Jarek Cieślak, a master wykonał, znany z zespołu Kraków Street Band, Tomek Kruk. Myślę, że dużym atutem płyty jest też jej wygląd – za grafikę, która przedstawia mnie siedzącą na ogromnej mandolinie (śmiech) oraz książeczkę z tekstami w towarzystwie zdjęć zespołu odpowiada mój chłopak Michał Bułas.

W roku 2017 dołączyłaś do bluegrassowego składu Kathy Simon Band, w którym pełnisz rolę drugiej wokalistki i mandolinistki. Możesz coś więcej powiedzieć o tym projekcie?

Kathy Simon Band to zespół wykonujący muzykę akustyczną, którego liderką była Kasia Sienkiewicz. Jednak wraz z rosnącą popularnością Kwiatu Jabłoni, w którym gra Kasia, zespół coraz rzadziej koncertował, aż w końcu zawiesił działalność. Zdążyliśmy nagrać epkę z pięcioma utworami i zagrać na kilku zagranicznych festiwalach m.in. La Roche Bluegrass Festival we Francji czy Bluegrass Festival Voorthuizen w Holandii. Tęsknota za tym projektem była jednym z powodów dla których założyłam zespół Stacja Folk – również wykorzystujący instrumenty akustyczne.

Od roku śpiewasz także w Toto Tribute Band, który jest na etapie pierwszych nagrań i kreowania repertuaru. Trzeba mieć chyba sporo odwagi, aby porwać się na nagrania muzyków, którzy akompaniowali gwiazdom pierwszej wielkości i w powszechnej opinii są zaliczani do najlepszych instrumentalistów na świecie?

Masz rację! Na szczęście kwestię instrumentalną pozostawiam znakomitym muzykom grającym w tym składzie. Z prędkością światła i wspaniałym brzmieniem na gitarze gra Paweł Kapliński, któremu wtóruje na klawiszach brat – Krzysiek Kapliński. Mocnym atutem zespołu jest nasz basista – Bogdan Wawrzynowicz przez lata grający w zespole Maanam. Na perkusji gra pełny pasji do muzyki Łukasz Stolarek. Do tego wszystkiego ja staram się podołać warstwie wokalnej, która, muszę przyznać, jest dla mnie największym wyzwaniem ze wszystkich moich projektów. Wykonujemy piosenki Toto w oryginalnych tonacjach, a w obrębie jednego utworu pojawiają się zarówno bardzo dla mnie niskie jak i bardzo wysokie dźwięki.
Od czasu do czasu koncertujesz też solo lub w duetach (najczęściej z gitarzystą Piotrkiem Trelą jako Lucky 2) oraz występujesz gościnnie z różnymi zespołami np. znaną bluesową grupą J.J. Band. Jak znajdujesz czas na taką mnogość projektów i zespołów, z którymi współpracujesz i jak godzisz to z życiem prywatnym?

Wszystkie te projekty sprawiają mi ogromną przyjemność dlatego zawsze znajduję na nie czas. Stosunkowo niedawno zdecydowałam się na życie wyłącznie z muzyki, a mnogość zespołów pozwala mi na pojawianie się na różnego rodzaju imprezach i wydarzeniach. Można powiedzieć, że mam już skład na każdą okazję (śmiech). Niektórzy ludzie są wyznawcami teorii – skup się na jednej rzeczy, a dojdziesz do celu. Ja mam trochę inne podejście – rób dużo rzeczy, wtedy jest większa szansa, że któraś z nich wypali (śmiech). Natomiast jeśli chodzi o życie prywatne – muzycy, z którymi gram są też wspaniałymi ludźmi, więc próby to też dla mnie spotkania towarzyskie.  Za to mój chłopak jest fanem muzyki, ale przede wszystkim lutnikiem – razem z ojcem jako Bulas Banjos ręcznie robią banja i mandoliny. Dlatego ze spokojem przyjmuje informacje o kolejnej próbie w naszym domu i lubi wyjeżdżać z nami na festiwale czy przychodzić ze znajomymi na nasze koncerty. My nawet poznaliśmy się podczas festiwalu we Francji, gdzie Michał sprzedawał swoje instrumenty, a ja grałam z zespołem! Śmiejemy się, że rozkręcamy biznes mandolinowy w  Polsce – moi uczniowie, których uczę gry na mandolinie zaczynają kupować mandoliny od Michała, a klienci Michała przychodzą do mnie na lekcje. Układ idealny (śmiech)!

Jesteś także zdobywczynią licznych trofeów. Zdobyłaś min. I nagrodę w konkursie na piosenkę country roku za utwór „Haste makes waste”, a rok wcześniej w plebiscycie Dyliżansów zdobyłaś tytuł „Wokalistka Roku”. Czy czujesz się już artystką spełnioną?

W pewnym sensie tak. Choć może nie jest to kwestia nagród a udanych koncertów – gdy wspominam na ilu fajnych wydarzeniach zagrałam, z iloma super muzykami wystąpiłam – uśmiecham się do siebie. Ale jak wiadomo, jak każdy muzyk, chciałabym żeby więcej osób usłyszało o moich projektach. Żeby na koncerty przychodziły tłumy, a płyty sprzedawały się jak świeże bułeczki (śmiech)!

Brałaś udział w wielu warsztatach związanych z różnymi stylami muzycznymi. Niektóre z nich prowadzone były przez tak wybitnych artystów jak Michał Urbaniak (2018) Grażyna Łobaszewska (2013) czy Magda Piskorczyk (2011-2012). Czego nauczyłaś się pod okiem takich gigantów sceny i w jakich sytuacjach nabyta tam wiedza i doświadczenie najbardziej ci się przydaje?

Myślę, że z tych wszystkich warsztatów najwięcej wyciągnęłam z warsztatów z Magdą Piskorczyk, ponieważ było to moje pierwsze zderzenie z graniem z innymi ludźmi. Magda pokazała nam jak wygląda praca zespołowa i aranżowanie piosenek. Z tych warsztatów ukazała się również nagrana przez uczestników płyta – pierwsza w życiu, w której nagraniach mogłam brać udział. Każde nagrania to dla mnie cenne doświadczenia i nabieranie wprawy, dzięki czemu kolejne razy idą sprawniej i lepiej. Wszystkie warsztaty, w których brałam udział pokazały mi też różne podejścia do muzyki – tworzenia, aranżowania, sposobów wykonywania. Przy okazji każdego takiego wydarzenia odbywał się również koncert finałowy – a każdy koncert to kolejne doświadczenia i oswajanie się ze sceną i występami publicznymi.

Zainspirowana stylem americana, którego jesteś fanką od wczesnego dzieciństwa, postanowiłaś stworzyć zespół, który będzie nawiązywał do tego gatunku, jednocześnie wykonując większość utworów w języku polskim. I tak oto powołałaś do życia Stację Folk – autorski projekt akustyczny. Jakie marzenia chcesz realizować poprzez udział w tej formacji i czym muzyka wykonywana przez ten zespół będzie różnić się od wszystkiego, co można było dotychczas znaleźć w twojej przebogatej twórczości spod szyldu szeroko pojmowanej muzyki folk?

Jeśli chodzi o marzenia to zawsze chciałam mieć w zespole takie instrumenty jak skrzypce i kontrabas – uważam, że w ich brzmieniu i wyglądzie jest coś majestatycznego i wspaniałego. Taki akustyczny skład z wymienionymi wyżej instrumentami i mandoliną nie zdarza się często w Polsce. Chcemy rzucić inne światło na muzykę folk – nasz zespół nie będzie nawiązywał do folkloru polskiego, ale będzie wykonywał mieszankę gatunków takich jak blues, bluegrass czy pop w folkowych akustycznych aranżacjach. Różnica zasadnicza w porównaniu do innych moich projektów to też brak perkusji! W Stacji Folk pozostawiamy dużo miejsca na wokal oraz solówki skrzypiec i gitary akustycznej. Bawimy się brzmieniem naszych instrumentów i tworzymy odmienny klimat, który nie pojawił się jeszcze w moich innych zespołach. Kolejnym moim celem związanym z tym projektem jest popularyzacja mandoliny w Polsce! To świetny, zwykle niedoceniany instrument, często mylony z ukulele czy banjo. Niewiele dźwięków na mandolinie potrafi dodać bardzo dużo do ogólnego wyrazu utworu. Chętnych do nauki gry na tym instrumencie zapraszam do mnie na indywidualne lekcje!

W piosenkach Stacji Folk można usłyszeć wpływy bluesa, bluegrassu a nawet popu. Czym najbardziej będzie się różnić muzyka tego zespołu od stylistyki Caroline & the Lucky Ones i innych projektów, w jakich byłaś lub jesteś zaangażowana, a w jakich elementach będzie można doszukiwać się brzmieniowych podobieństw?

Myślę, że kompozycyjnie będzie można znaleźć podobieństwa, ponieważ każdy kto tworzy piosenki ma jakiś swój styl, poza który ciężko jest wyjść. Jako, że ja jestem autorką linii melodycznej wokalu czy głównych riffów w piosence w obydwu zespołach pewnie słuchacze będą wyczuwali, że piosenki wychodzą spod tego samego pióra czy kostki (śmiech). Inne podobieństwa to oczywiście brzmienie mojego wokalu czy pojawianie się mandoliny – jednak różnica jest znacząca w brzmieniu całego zespołu. W Caroline & the Lucky Ones wykorzystujemy elektryczne brzmienia, mamy w składzie też perkusję, a w nagraniach nie boimy się wykorzystywać naszych instrumentów do tworzenia innych brzmień np. grając na gitarze elektrycznej, za pomocą dzisiejszej techniki, możemy stworzyć całą ścieżkę czegoś co jest identyczne z brzmieniem klawiszy. Inną kwestią jest, że w Lucky Ones pojawia się też męski wokal – Paweł Piekarski często przejmuje rolę głównego wokalisty, wtedy ja śpiewam drugi głos. Paweł wnosi do zespołu też swoje kompozycje. Natomiast Stacja Folk to ukłon w stronę akustycznego brzmienia – myślę, że przyciągnie inny rodzaj słuchaczy.

Znakiem rozpoznawczym Stacji Folk jest twój charakterystyczny, czysty i barwny wokal oraz mandolina, pełne ekspresji skrzypce Michaliny Putek, melodyjna gitara Rafała Wierciocha oraz trzymający wszystko w ryzach kontrabas Michała Zunia. Mogłabyś w kilku zdaniach przybliżyć sylwetki tych muzyków?

Z największą przyjemnością (śmiech). Zacznę może od gitarzysty – Rafała Wierciocha, bo to jego poznałam w pierwszej kolejności. Poznaliśmy się podczas warsztatów bluesowych w Puławach, skąd pochodzi Rafał. Był taki czas, że rok bez pojechania na warsztaty do Puław był dla mnie rokiem straconym, więc pojawiałam się tam w każde wakacje. I za każdym razem zachwycałam się solówkami Rafała podczas wieczornych jam session. Czuję, że mamy podobną wrażliwość muzyczną i już te kilka lat temu myślałam o tym, że super byłoby ze sobą współpracować. Rafał ma świetny feeling i zagranie solówki w dowolnym stylu z marszu to dla niego bułka z masłem. Natomiast skrzypaczkę Michalinę Putek zobaczyłam kiedyś podczas jam session w warszawskiej Harendzie. Jej ekspresja sprawia, że nie tylko świetnie się jej słucha, ale też super się na nią patrzy! Wszystkim słuchaczom tamtego jam session spadły kapcie gdy Michalina zaczęła grać. Tego dnia gadałyśmy dosłownie chwilę, znalazłyśmy się na FB i pół roku później gdy szukałam skrzypka/skrzypaczki do Stacji Folk to właśnie ona była pierwszą osobą, o której pomyślałam. Ukończyła dwa stopnie szkoły muzycznej oraz, co ciekawe, obroniła magisterkę z malarstwa! To tylko podkreśla jej artystyczną duszę. Miałam obawy, że współpraca się nie uda ze względu na dzieląca nas odległość – Michalina mieszka na co dzień w Częstochowie. Na szczęście ta niedogodność nie przeszkodziła nam we wspólnym graniu! Ostatnim brakującym elementem mojej układanki był kontrabas. O pomoc zgłosiłam się na Facebookowej grupie Szukam Muzyka – tam nasz wspólny znajomy zaproponował Michała Zunia. Michał to absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i fan muzyki folkowej i akustycznej, ale także jazzowej! Świetny, pozytywny człowiek, dla którego muzyka jest nie tylko pracą, ale wielką pasją. Ma głowę pełną dobrych pomysłów!

W brzmieniu Stacji Folk nie brakuje rytmicznych zwrotek, przyjemnych dla ucha refrenów, chwytliwych riffów i zawrotnych improwizacji. Jak wyglądają prace nad aranżacją poszczególnych utworów i kto jest instancją zatwierdzającą efekt finalny?

Aranżacja piosenek odbywa się na próbach i można powiedzieć, że uczestniczą w niej wszyscy członkowie zespołu, natomiast myślę, że najwięcej pomysłów aranżacyjnych wnosi kontrabasista Michał. Wszyscy muzycy wypowiadają się na temat danego pomysłu. Można powiedzieć, że głosem ostatecznym jestem ja, ale rzadko zdarza się żebym nie zgadzała się z pomysłem kogoś z zespołu. Moja funkcja jeśli chodzi o piosenki sprowadza się przede wszystkim do zbudowania jej trzonu – podstawy, od której wychodzi reszta, czyli tekst, linia melodyczna wokalu i akordy czy główny riff piosenki. Cieszę się, że w kwestii aranżacji pomaga reszta i staram się być liderem, który bardzo liczy się ze zdaniem zespołu w sprawach ostatecznego brzmienia piosenki. Trzeba też zaznaczyć, że podczas prac nad nagraniami naszej pierwszej epki, z której pochodzą single „Naturalnie”  i „Dziwna” za aranż odpowiadał także Jacek Wąsowski, u którego robiliśmy nagrania. Jacek to multiinstrumentalista, grający między innymi w zespole Elektryczne Gitary. Jego pomoc przy aranżacji tych piosenek jest nieoceniona – zawsze dobrze jest mieć doświadczoną osobę z zewnątrz, która pomoże przeanalizować pomysły i doda coś od siebie, co poprawi ogólny odbiór piosenek.

Równolegle do działalności muzycznej obroniłaś licencjat oraz magisterkę z dietetyki na SGGW w Warszawie. Czy zdobyta tam wiedza to przyczyna twego  od lat niezmieniającego się nienagannego wizerunku i idealnej sylwetki?

(śmiech) Na pewno w jakimś stopniu tak – staram się stosować do zasad zdrowego odżywiania, które poznałam podczas studiów, ale też nie trzymam się ich kurczowo i mój wygląd w dużym stopniu zawdzięczam genom. Na zdjęciach z dawnych lat moi rodzice wyglądają bardzo szczupło!

Jakie są twoje najbliższe muzyczne plany i najgłębiej skrywane związane z nimi marzenia?
Na początek – pierwsze koncerty Stacji Folk, na które serdecznie zapraszam. Wszystkie informacje o datach będą pojawiać się na naszej stronie na Facebooku. A marzenia? Na pewno zagranie na różnych znanych polskich festiwalach lub supportowanie takich gwiazd jak np. Dawid Podsiadło, a w przyszłości może wzięcie Dawida Podsiadło na support (śmiech)! Ale najważniejsze zawsze dla mnie jest to, żeby były koncerty, próby, kontakt z muzykami. Jedną z największych przyjemności sprawiają mi wyjazdy z zespołem na festiwale – zawsze czekam z utęsknieniem na te podróże i występy. Byle tylko zawsze muzyka była w moim życiu – bez niej mój świat byłby szary!

 

Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! Remake rewolucji październikowej trwa/ Jan Bogatko, „Kurier WNET” 73/2020

Zmienia się kolor sztandaru, zmienia się hymn, zmienia się klasa, na jakiej rewolucja się zasadza, ale cel jest ten sam: przejąć władzę i zniszczyć cywilizację, a potem się sprywatyzować.

Jan Bogatko

Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Czasami od reguły czyni się wyjątki. Niejako dla sprawy. Otóż w Gelsenkirchen (Zagłębie Ruhry, 260 tysięcy mieszkańców, 20% muzułmanie, tendencja rosnąca) wzniesiono pomnik prawdziwego demokraty, Włodzimierza Lenina. Ba, ojca demokracji! Wszak Józef Stalin (jego pomnika nadal w Niemczech nie ma) najlepiej zdefiniował demokrację w duchu swego Mistrza: demokracja to komunizm, reszta to faszyzm. Dlatego Mongolia była (obok ZSRS) państwem demokratycznym, a Polska faszystowskim. Ktoś spyta: a Niemcy?! Otóż Niemcy nie były państwem faszystowskim, bo jedyni faszyści w III Rzeszy to był (niecały) personel ambasady Królestwa Włoch w Berlinie. Dla Rzeszy Hitlera i Rosji Stalina to właśnie 1 Maja był największym świętem, co chętnie podkreślali obaj Wodzowie.

Otóż w Gelsenkirchen, przed gmachem Komitetu Centralnego komunistycznej partii MLPD (Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec), wniesiono pomnik Włodzimierza Lenina, wysoki na 2,15 metra (sam Wielki Lenin był znacznie krótszy, mierzył zaledwie metr sześćdziesiąt pięć).

Może ktoś zapyta: a czy wolno gloryfikować komunistyczną dyktaturę w Niemczech? Teoretycznie nie. Był nawet proces, lecz miejscowi funkcjonariusze sądowi wydali orzeczenie sprzyjające celom wyznawców Marksa i Lenina. To kolejny dowód na to, że Zachód jest czerwony, sądy jak i urzędy, szkoły jak i prasa, prasa jak radio i telewizja. Nie tak dawno temu w Meklemburgii i na Pomorzu Zaodrzańskim (w języku przypominającym polski określa się to nowotworkiem „Meklemburgia – Pomorze Przednie”; gdzie to Zadnie Pomorze, pytam), rewolucyjna komunistka (to w Niemczech komplement, nie obelga), niejaka Barbara Borchardt, została sędzią landowego Trybunału Konstytucyjnego. Za Genossin Borchardt głosowali też posłowie (w Niemczech jest demokracja, więc sędziów krajowych TK wybierają posłowie do Landtagu, a nie jakieś tam organizacje samorządowe sędziów) CDU, a zatem z nazwy chrześcijańscy demokraci. Wywołało to nieśmiałe protesty, równie skuteczne, co i zapewne szczere, ze strony centrali partyjnej CDU, a ściślej tzw. Unii Wartości, czyli konserwatywnego listka figowego tej dziś lewackiej partii (skrobanki, LGBT itd. in vitro i tak dalej).

W akompaniamencie rewolucyjnych pieśni, rozbrzmiewających w centrum Gelsenkirchen, czerwona płachta powoli odsłania lico Wodza Rewolucji, Ojca Imperium Gułagów. Niejednemu kręci się łza w oku! Nadburmistrz Gelsenkirchen, polityk lewicowej SPD, Frank Baranowski, protestuje. „To ciężkie do zniesienia” – mówi potomek polskich osadników w Zagłębiu Ruhry.

Oczywiście wśród protestujących przeciwko wzniesieniu pomnika architekta obozów koncentracyjnych (obelisk z odzysku, import z byłej Czechosłowacji) nie zabrakło faszystów, podkreśla niemiecka prasa. Było w obu demonstracjach aż 50 osób.

Historia skandalu jest krótka: miasto Gelsenkirchen początkowo zabroniło ustawienia pomnika ludobójcy. Lecz Wyższy Sąd Administracyjny w Nadrenii Północnej – Westfalii uchylił ten zakaz (nie tylko w Meklemburgii – na Pomorzu Zaodrzańskim są jeszcze niezawiśli sędziowie). Nadaremno władze dzielnicy Gelsenkirchen-Zachód zwracały uwagę na wydawałoby się oczywisty fakt, że „Lenin jest synonimem gwałtu, ucisku, terroru i cierpień człowieka”. Bajania faszystów! Wodza Die MLPD, Gabi Fechtner, widzi w Leninie „sprawdzonego w historii świata prekursora walki o wolność i demokrację dla mas”.

Pomnik Lenina to kolejny dowód na budowę realnego socjalizmu w Niemczech po zjednoczeniu. Poza pielgrzymami z Chińskiej Republiki Ludowej mało kto pamięta o tym, że w cesarskim rzymskim Trewirze dwa lata temu wzniesiono pomnik Karola Marksa, ojca lewicowych totalitaryzmów (z nazizmem włącznie). Statua przy placu Simeonstifftplatz jest dziełem towarzysza Wu Weishana i „wielkim darem dla wielkiego syna miasta”, jak przekonuje strona miasta Trewir. Wielki, socjalistyczny pomnik dla wielkiego, socjalistycznego kraju!

Nie jest to zresztą jedyny pomnik duchowego sprawcy fizycznej pożogi na świecie. W Chemnitz, do niedawna Karl-Marx-Stadt, straszy przechodniów po dziś dzień ponadnaturalnej wielkości pomnik capo di tutti capi, ikony czerwono-tęczowej międzynarodówki. Jego sprawcą był z kolei rosyjski rzeźbiarz żydowskiego pochodzenia, Lew Kerbel, powszechnie fetowany mistrz sztuki w służbie Stalina, przyjaciel Ericha Honeckera, wielkiego niemieckiego demokraty, zmarłego na emigracji w Chile.

Mieszkańcy Kamienicy Saskiej (tak nazywał się po polsku Chemnitz w czasach czystości języka polskiego) nazywają pomnik po prostu „łeb”. Ten „łeb” to największy na świecie monument głowy, obok głowy Lenina w Ułan-Ude, stolicy Buriacji, na Syberii.

Na odsłonięcie pomnika w roku 1971 przyjechał też do Karl-Marx-Stadt prawnuk Marksa, Robert-Jean Longuet, zmarły w Paryżu adwokat, „bojownik przeciwko kolonializmowi”.

Uroczystość odsłonięcia daru ChRL w Trewirze przypominała jak żywo podobne uroczystości w tzw. „krajach demokracji ludowej”. A więc premiera Nadrenii Palatynatu, Malu Dreyer, polityczka socjalistycznej SPD, stwierdziła przy tej okazji, że „dar z Chin postrzegam jako filar i most partnerstwa”. Nie wszyscy podzielają jej opinię. Na łamach niegdyś konserwatywnego, dziś równie lewicowego jak cała prasa niemiecka dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, znalazłem uwagę, że to nie tyle prezent dla miasta, co dla samych Chińczyków od siebie. Pomnik przeznaczony jest przede wszystkim dla turystów z ChRL, odwiedzających miasto narodzin swego świętego. Do Trewiru przyjeżdża około 50 tysięcy gości z Chin Ludowych, udając się do kamieniczki Marksów, gdzie Karol przyszedł na świat. Ale pecunia non olet! Niemcy o tym dobrze wiedzą. Christian Saehrendt z FAZ zauważa: „rzeźba Wu Weishana w Niemczech to obce ciało, przecież oba kraje nie mają pokrewnych reżimów, jak swego czasu NRD czy Związek Sowiecki”. Czyżby?

Marks made in China to pomnik imponujący. Liczy 5 i pół metra wysokości wraz z cokołem. Stoi obok rzymskiej Porta Nigra, symbolu miasta. Tu mieściła się rezydencja Konstantyna Wielkiego Czy teraz miejsce tej bramy do miasta Augusta Treverorum zajmie jako symbol grodu Karol Marks? Konstantyn i Karol Marks… Pierwszy – przyjął chrześcijaństwo. Ten drugi – postawił sobie za cel jego unicestwienie. Pierwszy przyniósł mieszkańcom ówczesnego cywilizowanego świata wolność przez odkupienie. Drugi milionom niewolę w nieludzkich, totalitarnych systemach, których był patronem. Jeszcze trwają uroczystości.

Podobnie jak w Gelsenkirchen, kamienne truchło duchowego ojca nie tylko komunizmu, ale wszystkich lewicowych dewiacji, z nazizmem włącznie, spowito w czerwone płótno. Do Trewiru na imprezę odsłonięcia pomnika Marksa przybyło ponad 200 gości z niemieckiego świata polityki.

Ale nie tylko: na liście oficjeli widnieje także przewodniczący Komisji UE, Jean-Claude Juncker oraz wiceminister urzędu propagandy Chińskiej Republiki Lodowej, towarzysz Guo Weimin. Jean-Claude Juncker nawet nie poczuł siarczystego policzka, jakim uraczył go gość z Chin w randze wiceministra, zrównany protokolarnie z Junckerem. Och, tak, tak – były, rzecz jasna, protesty, znowu jacyś faszyści chcieli zepsuć demokratom widowisko. Dla jednych pomnik to skandal, dla innych wyraz dziejowej sprawiedliwości. Marks to wielki syn miasta, powtarzają niczym zaklęcie. PEN Club Niemcy był przeciwko; powołując się nieśmiało na brak wolności słowa w ChRL. Ale to też tylko listek figowy.

I nowa, świecka tradycja: w Bazylice Trewirskiej ówczesny przewodniczący Komisji Unii Europejskiej, Jean-Claude Juncker, wygłaszając kazanie, przestrzega przed tym, by obarczać Karola Marksa odpowiedzialnością za zbrodnie komunizmu. Cytat: „Za to, że niektórzy z jego późniejszych uczniów wartości, jakie on sformułował, i słowa, jakich użył do ich opisu, użyli jako broni przeciwko innym, nie można obarczać odpowiedzialnością Karola Marksa”. W religijnym uniesieniu premiera Nadrenii-Palatynatu, Malu Dreyer (SPD), powtarza innymi słowami wypowiedź Junckera wobec tysiąca zaproszonych gości: „nie wolno obarczać go winą za zbrodnie na milionach ludzi, popełnione w XX wieku w jego imieniu”.

Związek Ofiar Komunizmu (były jakie ofiary?), Izba Pamięci Berlin-Hohenschönhausen oraz Towarzystwo na rzecz Zagrożonych Narodów wyrazili protest przeciwko uczczeniu Marksa. Także AfD przeprowadziła marsz milczenia ku czci ofiar komunizmu. Ale co tam faszyści!

Sojusz Marksistowski z udziałem komunistycznej partii Die Linke (ta boi się określenia „komunistyczna” jak diabeł wody święconej) i DKP (Niemiecka Partia Komunistyczna; taka naprawdę istnieje i wspiera m.in. Antifę) zorganizował demonstrację przeciwko kapitalizmowi i wyzyskowi.

Stuttgart, w czerwcu. Setki lewackich „przeciwników rasizmu” (lewicowa „Sueddeutsche Zeitung” określa ich mianem „imprezowiczów”) demolowały sklepy w centrum miasta. Nadburmistrz (prezydent) Stuttgartu, Fritz Kuhn (Zieloni), mówił o tragicznej niedzieli w tym mieście. SZ już wie: „przemoc to pijani faceci”. Naprawdę? Zatrzymani bandyci mają od 16 do 33 lat; to międzynarodówka o niemieckich, chorwackich, irackich, portugalskich i łotewskich paszportach. Podobno są sfrustrowani pandemią. Wielu policjantów rannych. Rewolucja bis?

Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Felieton Jana Bogatki pt. „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” znajduje się na s. 3 lipcowego „Kuriera WNET” numer 73/2020.

Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co czwartek w Poranku WNET na wnet.fm.

 


  • Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Bogatki pt. „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 73/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dlaczego w Polsce tak dużo ludzi utyskuje na amerykańską obecność?/ Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” nr 73/2020

My – pokolenie Solidarności – stopniowo kończymy swą propaństwową działalność. Osiągnęliśmy bardzo wiele, ale znacznie mniej, niż zakładaliśmy. Widocznie tu i teraz więcej osiągnąć się nie dało.

Jan Martini

Czy uda się tym razem?

Po I wojnie światowej mieliśmy tylko 20 lat i się nie udało.

Wskrzeszenie Polski na gruzach dziewiętnastowiecznej „pięknej epoki” było wydarzeniem graniczącym z cudem. Obok uporczywej walki pięciu pokoleń Polaków i równoczesnym rozpadzie wszystkich państw zaborczych, cud ten był możliwy także dzięki „wmieszaniu się” Stanów Zjednoczonych w sprawy Europy.

Amerykanie zdali sobie sprawę, że są mocarstwem globalnym i poczuli się w obowiązku pomóc Europejczykom w takim urządzeniu kontynentu, by nie był on zarzewiem stałych konfliktów. W tym celu postanowiono nie dopuścić do odbudowy potęgi Niemiec i Rosji przez powołanie szeregu mniejszych państw według zasady „samostanowienia narodów”. Największym i najważniejszym z tych państw była oczywiście Polska, ale jej powstanie wywoływało też największe sprzeciwy. W maju 1918 roku odbyła się potężna demonstracja w Nowym Jorku przeciw odbudowie Polski, w której brało udział 100 tys. Żydów.

Ówczesna koncepcja Trójmorza nie okazała się stabilna, bo Amerykanie porzucili sprawy Europy, gdy tylko u nich pojawiły się kłopoty – kryzys gospodarczy i zagrożenie komunizmem. Odtąd tendencje izolacjonistyczne w społeczeństwie amerykańskim pojawiają się od czasu do czasu, co może być powodem obaw sojuszników USA.

W książce Fall of Germany 1945 jest ciekawa wiadomość. Otóż gen. Eisenhower po osiągnięciu Renu zamierzał zatrzymać się do maja („by wody opadły”) przed forsowaniem rzeki. Na dramatyczne ponaglania Anglików, zatroskanych o przyszłość polityczną Europy, generał odrzekł w prostych, żołnierskich słowach: „Mam w dupie przyszłość Europy – chcę jedynie bezpiecznie doprowadzić do domu swoich chłopców”. Gdy generał Patton, będąc 90 km od Berlina, chciał swoimi czołgami wjechać do miasta, nie napotykając większego oporu, został zdymisjonowany.

Tak skuteczna była sowiecka agentura w USA. Trudno nam dzisiaj uwierzyć, że Amerykanie do lat czterdziestych ubiegłego wieku praktycznie nie mieli kontrwywiadu, w instytucjach federalnych zostało zainstalowanych 400 sowieckich agentów, a dwoje z nich (Alger Hiss i Harry Hopkins) było najważniejszymi z doradców prezydenta Roosevelta.

Jeden nawet mieszkał w Białym Domu (!), a drugi został sekretarzem generalnym ONZ – nowo powstałej organizacji mającej strzec pokoju światowego…

Obecna amerykańska administracja wydaje się być bardzo zmotywowana, by wbrew staraniom rosyjsko-niemiecko-francuskim nie dać się „wyprowadzić” z Europy. Jest to dla nas szansa, gdyż interes amerykański pokrywa się z naszym – możliwe, że otworzyło się w polskiej historii „okienko możliwości”. Właśnie w tym kontekście należy rozpatrywać projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego – inwestycji niezbędnej do budowy Trójmorza. Wprawdzie są w Polsce politolodzy, którzy „naukowo” dowodzą, że Trójmorze to mrzonka, ale trzeba do takich opinii podchodzić z rezerwą, bo trudno jest rozróżnić „realistę” od agenta wpływu… Istnieje szansa na sprowadzenie amerykańskiego kapitału, który jest ewakuowany z Chin, a obecność tego kapitału w Polsce byłaby naszą najlepszą polisą ubezpieczeniową i gwarancją na wypadek, gdyby jakiś lokator Białego Domu „przestał się interesować Europą” (jak Obama).

Wiemy, że już od stu lat mamy w Ameryce wielu wpływowych nieprzyjaciół. Wiemy też, że ci ludzie mają w Polsce swoich pomagierów, lub na odwrót – to mieszkający w Polsce wrogowie posługują się „zagranicą” do swoich celów. Niedawno przewodniczący komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, Eliot Engel, domagał się, by Donald Trump odwołał zaproszenie dla prezydenta RP Andrzeja Dudy, bo: „prezydent Duda i jego partia podkopali polski wymiar sprawiedliwości, zainstalowali lojalistów partyjnych na wpływowych stanowiskach w wojsku i sabotowali niezależne media. Ponadto prezydent Duda promuje przerażające, homofobiczne stereotypy i polityki, które są sprzeczne z prawami człowieka”.

Dlaczego jednak w Polsce tak dużo ludzi utyskuje na amerykańską obecność? Chyba lepsze są „okupacyjne” wojska amerykańskie niż jakiekolwiek inne.

Ci zaś, którym nie podoba się rola Ameryki jako żandarma światowego, powinni sobie uzmysłowić, że bez Ameryki pojawi się inny żandarm, z pewnością nie lepszy…

Niewątpliwa „dobra chemia” między prezydentami USA i Polski wynika z podobieństw sytuacji, w której znajdują się ci przywódcy. Obaj starają się o reelekcję i są równie intensywnie zwalczani przez elity medialne, kulturalne, intelektualne i finansowe. W Polsce mało znany jest fakt, że po zwycięstwie Trumpa odbywały się przez szereg tygodni ogromne demonstracje przeciw nowemu prezydentowi (znacznie przewyższające zadymy „kodziarzy”). W ten sposób najbardziej „światła” i „demokratyczna” część społeczeństwa amerykańskiego zareagowała na „niewłaściwy” ich zdaniem werdykt wyborczy.

Wielu z nas ma pretensje do prezydenta Trumpa, że deklarując się jako przyjaciel Polski, podpisał ustawę 447. Ale czy mógł nie podpisać ustawy JUST o „Sprawiedliwości dla ofiar Holokaustu, które nie otrzymały rekompensat”? 90% amerykańskich Żydów, którzy są najbogatszą i najbardziej wpływową grupą etniczną, głosowało przeciw Trumpowi. Ponieważ w Ameryce (podobnie jak w Polsce) niemożliwe jest rządzenie wbrew interesom mniejszości żydowskiej, umizgi Trumpa do tej grupy etnicznej są zrozumiałe. Stąd np. przeniesienie ambasady do Jerozolimy, uznanie wzgórz Golan za część Izraela, czy nawet wydanie córki za Kushnera. Wszystko nadaremno – wrogość mediów, elit i prawników się nie zmniejsza (tak samo jak u nas).

Mamy sytuację taką, że legalnie działają w kraju ośrodki dywersji ideologicznej, docierające do milionów ludzi i kształtujące ich postrzeganie świata. „Rząd dusz” nad ogromnymi rzeszami Polaków sprawują ludzie, których nikt demokratycznie nie wybrał.

TVN podczas próby puczu w grudniu 2016 r. otwarcie wspierała puczystów i nadawała kłamliwe informacje. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ukarała stację karą 1,6 mln zł. Kara została uchylona na skutek interwencji ambasady USA, broniącej „niezależności mediów”. Czasem wygląda na to, że ambasador Mosbacher reprezentuje nie tyle administrację Trumpa, co koncern medialny Discovery, będący w rękach żydowskiego kapitału, który chce mieć narzędzia do wpływu na wewnętrzną sytuację w Polsce. Właścicielem stacji jest David Zaslav, człowiek o „polskich korzeniach”, najlepiej zarabiający szef firmy (CEO) w Ameryce i aktywista „przemysłu Holokaustu” (szef Fundacji Pamięci o Shoah).

Trudno nam pojąć, dlaczego rząd polski, będący strategiczny sojusznikiem USA, jest tak intensywnie zwalczany przez „amerykański” koncern TVN? Odpowiedź może być jedna – widocznie interesy lobby żydowskiego w Ameryce nie pokrywają się z interesami państwa amerykańskiego, a wpływ administracji kraju na to lobby jest ograniczony. Może interesy pewnych grup górują nad interesami aktualnej administracji USA? Geneza stacji TVN sięga lat osiemdziesiątych, gdy Jerzy Urban przedstawił gen. Kiszczakowi plan, by stworzyć służbę propagandową pod egidą MSW i zaproponował najlepszych fachowców, zresztą już współpracujących z komunistycznymi służbami – dziennikarza Mariusza Waltera (TW „Mewa”) i polonijnego biznesmena Jana Wejcherta (TW „Konarski”).

Pomysł Jerzego Urbana doczekał się realizacji dopiero w „wolnej Polsce”, przy wydatnej pomocy czynników zewnętrznych. Mariusz Walter: „Gdyby nie pan Ronald Lauder i jego determinacja, mam poważne wątpliwości, czy TVN zaistniałaby tak szybko i silnie” (Lauder jest prezydentem Światowego Kongresu Żydów). Tak więc współpraca etnicznie sprofilowanych komunistów z podobnymi kapitalistami potrafi tworzyć wielkie dzieła – w 2017 roku wartość TVN wynosiła niemal 15 miliardów dolarów (za tyle kupił stację David Zaslav).

Tylko w tej grupie etnicznej ludzie o krańcowo odmiennych poglądach politycznych potrafią ze sobą harmonijnie współpracować, a nawet tworzyć udane małżeństwa. Takim jest małżeństwo prawicowego konserwatysty Roberta Kagana z lewicowo-liberalną Victorią Nuland. To ona, będąc szefową Biura ds. Europy i Euroazji w amerykańskim Departamencie Stanu, spotkała się podczas wizyty w Warszawie z przywódcą Nowoczesnej Ryszardem Petru. Po tej wizycie polityk oznajmił, że „będzie następnym premierem tego kraju”. Jednak ludzie, którzy zainwestowali w tego przywódcę, stracili pieniądze – aby zarobić, powinni raczej inwestować w TVN.

Ameryki nie można pokonać militarnie, jednak – jak wykazała wojna wietnamska (która została przegrana w Waszyngtonie) – można ją sparaliżować od wewnątrz. Wiedzą o tym jej wrogowie.

Obecne rasowe zamieszki oglądane w telewizji czy na YT robią wrażenie, że to kraj chylący się do upadku. Ale trzeba sobie uświadomić, że problem dotyczy tylko miast i stanów rządzonych przez lewicowych burmistrzów czy gubernatorów.

To nie jest cała Ameryka! Kraj ma niewątpliwe problemy wewnętrzne, ale też ma ogromną siłę naprawczą, zdolność do regeneracji i wielkie rezerwy. Ci, którzy mówią o USA jako „mocarstwie schodzącym”, są w błędzie lub działają w złej woli. Jednak jeśli którykolwiek z prezydentów – Duda czy Trump – nie zdobędzie reelekcji, nasze szanse na podmiotowość gwałtownie się zmniejszą.

Przedstawiony zestaw doradców Rafała Trzaskowskiego nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. Płk Pytel to były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego – jednostki powołanej przez A. Macierewicza i przejętej po wygranych przez PO wyborach. Pułkownik, jako poważny człowiek, nie uznał za stosowne poinformować premiera Tuska (kompletnego figuranta – medialnej wydmuszki) o zawarciu umowy o „współpracy” z posowiecką służbą FSB, za co go teraz niepokoją prokuratorzy. Dzięki tej umowie nasze wojskowe służby używały rosyjskich serwerów, gen. Patruszew wizytował Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, a w pomieszczeniach SKW pisano interpelacje poselskie dla posła Brejzy.

Geostrateg A. Dugin, doradca prezydenta Putina i twórca koncepcji „Euroazji” („wspólnego europejskiego domu od Lizbony po Władywostok”), w rozmowie z polskim dziennikarzem powiedział otwartym tekstem: „Polska nie jest nam potrzebna, Polacy mogą tylko przyłączyć się do narodów słowiańskich”. Przyłączeni już byliśmy przez 200 lat.

My – pokolenie Solidarności – stopniowo kończymy swą propaństwową działalność. Niektórzy z nas odeszli już z ziemskiej służby. Osiągnęliśmy bardzo wiele, ale znacznie mniej, niż zakładaliśmy. Widocznie tu i teraz więcej osiągnąć się nie dało. Myśleliśmy, że ci, których jedyną legitymacją władzy były działania pułkownika Arona Pałkina, który kierował sfałszowaniem wyborów 1947 roku, będą mieli więcej taktu, że usuną się w cień, by spokojnie konsumować efekty swoich przywilejów. Ale ich następcy chcą wciąż wpływać na losy kraju i nie zamierzają się dzielić korzyściami. A może ktoś ciągle wymaga od nich służby?

Następcy (jeśli tacy się znajdą) muszą nie tylko nie stracić tego, co jest, utrzymać gwarantujący nasze bezpieczeństwo sojusz z USA, ale także starać się o uzyskanie pełnej kontroli nad państwem, by nieformalne grupy czy mniejszości nie miały tak wielkiego wpływu na ważne obszary naszej państwowości.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Czy uda się tym razem?” znajduje się na s. 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 73/2020.

 


  • Od 2 lipca „Kurier WNET” wraca do wydania papierowego w cenie 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Czy uda się tym razem?” na s. 8 lipcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 73/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego