W jednej ze sztuk Mrożek napisał w didaskaliach: „Idiotyzm sytuacji wzrasta”. Jak długo u nas wzrastać będzie idiotyzm?

Ideowe dzieci Palikota przejęły pałeczkę w walce z zachodnią cywilizacją i zapowiadają, że nie cofną się przed łamaniem prawa. Ale próby egzekwowania prawa w stosunku do nich przyjmują jako przemoc.

Jan Martini

Oglądając sceny zbiorowego amoku ludności Północnej Korei z okazji np. pogrzebu „umiłowanego przywódcy”, sądzimy, że w naszym kręgu kulturowym coś takiego nie byłoby możliwe. Z kolei oni uważają pewne europejskie dylematy za dziwaczne i nierozsądne. Azjatkom obce są problemy naszych feministek, które czują się upokorzone z powodu niemożności oddawania moczu na stojąco. Dlatego pewna skandynawska feministka wynalazła urządzenie w kształcie rogu, umożliwiające kobietom sikanie na stojąco i nazwała je „urinella”.

Ale są też inicjatywy feministyczne mające więcej sensu. Feministki amerykańskie długo toczyły batalię „pisuarową”. Była to walka o równe prawa w dostępie do ubikacji w gmachach publicznych – żądano zmian w prawie budowlanym. W braku większych problemów może to być zasadne, bo wszyscy znamy zjawisko nierównej „przepustowości” ubikacji damskich i męskich np. w przerwach koncertów. (…)

Widzimy wzrastającą ilość „tęczowych” na ulicach miast, ale nie wiemy nawet, jak duża faktycznie jest populacja osób LGBT. Półtora czy kilka procent ogółu Polaków? Jaki procent uczestników „marszów równości” (na Zachodzie używa się nazwy „dumy gejowskiej”) to osoby LGBT, a ilu z nich to sympatycy ruchu czy po prostu przeciwnicy polityczni rządzących?

Pytań jest wiele – potrzebne byłyby rzetelne badania. Wiadomo jednak, że w dobie toczącej się rewolucji neomarksistowskiej, gdzie jednym z głównych haseł jest „obrona represjonowanych osób LGBT”, takich badań nie da się przeprowadzić, bo nie jest możliwe znalezienie naukowców skłonnych do zaryzykowania swej kariery w wypadku wyników „politniepoprawnych”. A może rosnąca obecność „tęczowych” i ich radykalizacja wynika ze „stypendiów” Sorosa?

Obok starych, sprawdzonych już w bojach organizacji – jak KOD, Obywatele RP, Fundacja Batorego, Komitet Helsiński, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Fundacja Otwarty Dialog – o demokrację i prawa człowieka walczy cały szereg nowszych. Ich ilość jest ogromna, idzie w setki, a wszystkie mają jedną cechę wspólną – żywiołowo zwalczają „państwo PiS”. Ogólnopolski Strajk Kobiet, Międzynarodowy Strajk Kobiet, Strajk Wkurzonych, Ruch Ośmiu Gwiazd, Stop Bzdurom, Samzamęt, Stowarzyszenie Ery Kobiet, Kampania Przeciw Homofobii, Instytut Ochrony Praw Człowieka i wiele innych cechuje jedność ideowa – ich działacze zbierali podpisy pod poparciem kandydatury Rafała Trzaskowskiego w ostatnich wyborach. Np. w Koszalinie siedziby większości z nich mieszczą się pod tym samym adresem – Piłsudskiego 6, gdzie jest biuro KOD i Partii Zielonych.

Istnieje projekt ustawy o transparentności finansowania organizacji ekologicznych. Być może z czasem da się ujednolicić ustawowo także inne „organizacje pożytku publicznego”, np. te zajmujące się „wspomaganiem demokracji”, „walką z wykluczeniem” czy „dyskryminacją osób LGBT”. Źródła ich finansowania powinny być czytelniejsze. Śledząc obieg pieniędzy, najłatwiej jest zorientować się, kto z zewnątrz pracuje nad „umeblowaniem” naszego państwa. (…)

Nie ulega wątpliwości, że na odcinku walki o prawa kobiet, gejów czy dyskryminowanych zwierząt można zrobić błyskotliwą karierę polityczną, ale politykiem, który pierwszy „zagospodarował potencjał” osób LGBT, był już zapomniany Janusz Palikot – to w Ruchu Palikota narodziły się kariery Roberta Biedronia i Anny Grodzkiej.

Powstanie Ruchu Palikota było przykładem mistrzostwa logistyki politycznej. Chodziło o zagospodarowanie elektoratu antyklerykalnego, który nie mieścił się w PO – partii formalnie postsolidarnościowej. Dwóch studentów ogłosiło na fejsbuku datę 3 lutego 2011 jako „Dzień bez Smoleńska” („ludzie mają dość żałoby”), a media głównego nurtu zapewniły darmową reklamę. Na ulicach pojawiły się setki działaczy w pomarańczowych koszulkach, spisujących zwolenników apelu. Podpisy policzono i zadecydowano, że możliwe jest zbudowanie partii, która dostanie się do Sejmu w najbliższych wyborach. (…)

Palikot atakował prezydenta Kaczyńskiego w sposób, przy którym nawet ataki „Gazety Wyborczej” wydawały się taktowne i kulturalne. A w ten sposób po katastrofie smoleńskiej wyjaśnił w radiu Zet jej przyczyny: „Lech Kaczyński jest głównym odpowiedzialnym za katastrofę w Smoleńsku. To była pijacka wyprawa – pili do późna w nocy, dlatego spóźnili się pół godziny. Gdyby się nie spóźnili, wszyscy by żyli – wylądowaliby przed jakiem-40, bo pół godziny wcześniej nie było mgły. Jedna z tych osób przeżyła, bo była tak upita, że nie wstała rano. Następnego dnia lecieli i leczyli kaca”. (…)

Afiszujący się swoim ateizmem Janusz Palikot uroczyście ogłosił apostazję z Kościoła katolickiego, ale bez rozgłosu przeszedł na judaizm i został przyjęty do masońskiej loży żydowskiej B’nai B’rit.

Rodziło to przypuszczenia, że polityk ten został do loży dokooptowany, bo wtedy stał na czele komisji Przyjazne państwo, mającej za cel ułatwienie życia przedsiębiorcom. W tym okresie Polska podlegała niesłychanemu rabunkowi międzynarodowych aferzystów wyłudzających VAT. Przestępcy przyjęli entuzjastycznie propozycję pewnego profesora UW zmiany kwalifikacji prawnych przestępstw VAT-owskich z karnych, na karno-skarbowe (wiązało się to ze znacznym zmniejszeniem kar i przedawnieniem po 5 latach), co prokurator Parchimowicz natychmiast wdrożył. Zanim rząd PiS wprowadził elektroniczny rejestr transakcji komplikujący życie przestępcom VAT-owskim, proponowano najprostsze remedium – wymóg, aby firmę rejestrować w urzędzie osobiście, a nie przez internet. Utrudniłoby to powszechną praktykę zakładania firm na bezdomnych i lumpów. Propozycję storpedował Palikot jako utrudnienie działalności gospodarczej. On też przeforsował zmianę comiesięcznych rozliczeń z fiskusem na kwartalne, a założenie fikcyjnej firmy, przeprowadzenie jednej „transakcji”, rozliczenie VAT i „wyparowanie” firmy trwało ok 2 miesięcy.

Niestety niektórzy połowie z Ruchu Palikota wciąż funkcjonują w polityce, ale większość zniknęła z przestrzeni publicznej, np. potężna (1,87 cm) Anna Grodzka. Osoba ta przez 50 lat znana była jako Krzysztof Bęgowski (żona Grażyna, syn Bartek). Korwin-Mikke powiedział o niej, że to „chłop, który przebrał się za babę, by dostać się do Sejmu”. „Gazeta Wyborcza” napisała, że Polska jest pierwszym krajem świata, w którym parlamentarzystą została osoba transpłciowa („za swoich męskich czasów kochający mąż, działacz Zrzeszenia Studentów Polskich, SdRP i SLD, i jak mówią jego dawni kumple – flirciarz, a nawet pies na baby”). Natomiast tygodnik „W Sieci” podał w wątpliwość konwersję Bęgowskiego, twierdząc, że Grodzka tylko udaje kobietę, bo na co dzień mieszka i tworzy parę ze swoją przyjaciółką „Lalką” Podobińską.

Niezależnie od prawdziwych problemów ludzi mających kłopoty z własną płciowością, istnieje ogromna przestrzeń do nadużyć. Czy da się stwierdzić, że ktoś przed 60 rokiem życia rzeczywiście zmienił płeć, czy tylko stara się wyłudzić wcześniejszą emeryturę? Czarno rysują się także perspektywy sportu kobiecego.

(…)Osoba zwana „Łanią”, uchodząca za „dziewczynę Margot”, powiedziała, że mówienie o Margot jako Michale Sz. jest obraźliwe. Ale obraźliwe jest też nazywanie Margot kobietą, a ludzie, którzy tego nie wyczuwają, nie rozumieją istoty transgenderyzmu. Język polski nie posiada aparatu pojęciowego na wyrażenie subtelności ideologii LGBT. Myślę, że najbezpieczniej będzie używać zaimka „ono” w stosunku do Michała Sz. vel Margot. Ono jako męczennik (męczenniczka?) ma piękną karierę przed sobą i z pewnością znajdzie się w sejmie następnej kadencji.

Oprócz walki z chrześcijańską cywilizacją jest też walka ze zdrowym rozsądkiem. Zdrowy rozsądek w tym zmaganiu wydaje się być na straconej pozycji.

Cały artykuł Jana Martiniego pt. „Palikot była kobietą” znajduje się na s. 3 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Palikot była kobietą” na s. 3 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Tabliczka z krzyżem została zakopana metr pod palatium Mieszka I, bo nie zgodził się na nią projektant ekspozycji…

To smutne, ale ten swego rodzaju pogrzeb tabliczki z krzyżem nabiera znaczenia całkiem symbolicznego – bo czyż nie jest to metafora rozstawania się Poznania ze swą katolicką tradycją?

Henryk Krzyżanowski

Z internetowej witryny Poznańskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami dowiedzieliśmy się ostatnio, że na Ostrowie Tumskim trwają prace nad ekspozycją, która upamiętni palatium Mieszka I i kaplicę Dobrawy. Sensacyjne swego czasu odkrycie jego pozostałości przy kościele NMP zawdzięczamy poznańskiej archeolog prof. Hannie Koĉce-Krenz, od ponad 20 lat prowadzącej tu wykopaliska. Dziwi więc, że nie poproszono o opinię Pani Profesor co do formy owej przygotowywanej ekspozycji.

Projektant całości nie wyraził przy tym zgody na umieszczenie w jej obrębie skromnej tabliczki z krzyżem, ufundowanej przez Towarzystwo na 1050-lecie Chrztu Polski. Tabliczka miała wskazywać dokładne miejsce ołtarza w kaplicy Dobrawy.

To nie zapowiada niczego dobrego, zwłaszcza wobec niedawnego wyczynu artysty z patentem akademii, któremu pozwolono na trwałe zeszpecić pobliską uliczkę Księdza Ignacego Posadzego. Przerzucono przez nią dziwaczną rzeźbę, mającą rzekomo unaocznić potężny wał obronny otaczający siedzibę pierwszych Piastów. Dla nieuzbrojonego oka profana instalacja ta wygląda jak cieplik lub ramię betoniarki i stanowi niemiły wizualny zgrzyt w pełnym staroświeckiego uroku otoczeniu Katedry. Ciekawe, że dysharmonii nie dostrzegł tutaj miejski konserwator, który niedawno nakazał proboszczowi z Wildy usunięcie z wieży kościoła sympatycznego baneru wspierającego parafian w czasie pandemii. Powód? Bo kontrastował rzekomo z XIX-wieczną zabudową otoczenia kościoła. No proszę, tymczasowy z natury baner zakłócał, a umieszczone na stałe modernistyczne dziwadło na Ostrowie Tumskim nie zakłóca. Hm…

Co w takim razie stanie się z już istniejącą tabliczką z krzyżem, wykonaną na zamówienie Towarzystwa?

Tak jak zamierzano, została ona umieszczona dokładnie nad miejscem ołtarza. Tyle, że metr POD ziemią, tak że będzie niewidoczna dla odwiedzających to miejsce.

To smutne, ale ten swego rodzaju pogrzeb tabliczki z krzyżem nabiera znaczenia całkiem symbolicznego – bo czyż nie jest to metafora rozstawania się Poznania ze swą katolicką tradycją?

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Pogrzeb tabliczki i betoniarka na Ostrowie Tumskim” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Pogrzeb tabliczki i betoniarka na Ostrowie Tumskim” na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Studio Dublin – 11 września 2020 – Agnieszka Białek, Mateusz Romowicz, Jan Lis, Bogdan Feręc – Polska-IE, Jakub Grabiasz

W piątkowy poranek przenosimy się do Republiki Irlandii. W Studiu Dublin informacje, komentarze, analizy i korespondencje. Odwiedzimy Belfast, Galway oraz Gdynię. Zapraszamy na Szmaradgową Wyspę!

W gronie gości:

  • Agnieszka Białek – pedagog, trener, przedsiębiorca z Belfastu,
  • Mateusz Romowicz – członek zarządu Legal Marine, radca prawny,
  • Bogdan Feręc – redaktor naczelny portalu Polska-IE.com,
  • Jan Lis – Polak mieszkający z rodziną w Republice Irlandii,
  • Jakub Grabiasz – redakcja sportowa Studia 37 Dublin.

 

Prowadzący: Tomasz Wybranowski

Wydawca: Tomasz Wybranowski

Realizator: Dariusz Kąkol (Warszawa) i Tomasz Wybranowski (Dublin)

Oprawa graficzna i foto: Tomasz Szustek

 

Zawsze, gdy wybija godzina 8:10 pod niebem Irlandii w głównym wydaniu Studia Dublin musi pojawić się Bogdann Feręc, szef najpoczytniejszego portalu dla Polaków na Szmaragdowej Wyspie – Polska-IE.com.

A rozpoczęliśmy naszą rozmowę od ostrzeżenia dla mieszkańców stołecznej dublińskiej aglomeracji:

Dublin stoi w obliczu zaostrzenia ograniczeń koronawirusowych, jakie już za chwilę mogą zostać wprowadzone. Nie można nawet wykluczyć wprowadzenia blokady na poziomie całego hrabstwa Dublin.

Dlaczego tak może się stać? Rzecz w ilości zakażeń w Dublinie, których jest na tyle dużo, że Krajowy Zespół ds. Zdrowia Publicznego wezwał rząd do wprowadzenia wyższego poziomu zagrożenia. Obecnie może oznaczać to ograniczenie spotkań rodzinnych, spotkań w pomieszczeniach zamkniętych. Mało tego wzywany jest rząd, do zastanowienia się nad zasadnością opóźnienia uruchomienia dublińskich pubów.

To środki, które mają powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa w całej aglomeracji, która liczy sobie 1,4 mln mieszkańców, a jeżeli ten środek nie przyniesie efektu, Dublińczycy mogą doczekać się kolejnych obostrzeń. – mówi Bogdan Feręc, szef portalu Polska-IE.com.

Bogdan Feręc, redaktor naczelny portalu Polska-IE.com, wersja zdecydowanie letnia. Fot. arch. własne.

 

Niedawne słowa krytyki oraz wezwania do stosowania nieco łagodniejszych środków zapobiegających rozwojowi koronawirusa na wyspie, wpłynęły chyba „pozytywnie” na irlandzki rząd, który nie jest już tak stanowczy, jeżeli chodzi o wprowadzanie kolejnych obostrzeń.

O ile Krajowy Zespół ds. Zdrowia Publicznego, zaleca podniesienie poziomu ograniczeń dla Dublina i Limerick, tak gabinet Micheála Martina, analizuje sytuację i zapowiada, że nie ma planów podniesienia poziomu ograniczeń, przynajmniej w najbliższym czasie.

Gabinet premiera Martina waha się również w kwestii, czy pozostawić na obecnym poziomie ograniczenia w podróżowaniu, czy może nieco je zluzować i wprowadzić takie, jakie obowiązują w większości państw unijnych.

Premier Martin wykluczył obecnie, wprowadzenie istotnych zmian w obowiązujących przepisach, które dotyczą zachowań w kwestii koronawirusa, ale zaznaczył, że sytuacja jest stale monitorowana.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Bogdanem Feręcem:

 

Agnieszka Białek, głos Radia WNET z Belfastu. Fot. arch. własne.

 

W Studiu Dublin gorące informacje wieści i przegląd prasy z Belfastu i Londynu. Nasza korespondentka Agnieszka Białek przytacza najnowsze dane i statystyki związane z koronawirusem w Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej.

Premier rządu JKM – Boris Johnson ogłosił na konferencji prasowej, że grupy większe niż sześć osób uznawane będą za nielegalne. Szef brytyjskiego rządu chce wprowadzić nowe i specjalne dokumenty na podstawie badań na koronawirusa.

Osoby uznane za zdrowe otrzymywałyby potwierdzenie badań, które zwalniałoby z takiego reżimu sanitarnego jaki obowiązuje inne osoby.

Agnieszka Białek przedstawiła także informacje dotyczące negocjacji wokół Brexitu. Brytyjski rząd przedstawił w środę w Izbie Gmin projekt ustawy o rynku wewnętrznym Zjednoczonego Królestwa, która

ma zapewnić jego integralność po zakończeniu okresu przejściowego po Brexicie.

Projekt budzi jednak duże kontrowersje, szczególnie w Dublinie i całej Republice Irlandii, ponieważ wspomniana ustawa w praktyce unieważni postanowienia protokołu dotyczącego Irlandii Północnej, który jest częścią zawartego już (i podpisanego!) w październiku 2019 roku porozumienia o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

 

Boris Johnson / Fot. Andrew Parsons / CC 2.0

W treści znajduje się bowiem zapis mówiący, że przepisy tej ustawy

Mają być skuteczne niezależnie od ich niespójności lub niezgodności z prawem międzynarodowym lub innym prawem krajowym.

Boris Johnson według mediów brytyjskich miał chcieć bezprawnie złamać postanowienia umowy z Unią Europejska dotyczącą kontroli na granicy Irlandii Płn. Innym tematem poruszanym w UK jest kwestia prac nad szczepionką na SARS-CoV-2.

Tutaj do wysłuchania korespondencja Agnieszki Białek z Belfastu:

 

Do udziału w programie Studio Dublin zaprosiłem pana Jana Lisa, który jest rodzicem córeczki, która już od sześciu miesięcy nie uczęszcza do polskiej szkoły.

Teraz będzie miała w sobotę lekcje online w Szkole „Sen”, ponieważ dyrektor irlandzkiej szkoły wypowiedział polskiej placówce umowę podnajmu. Dzwoniłem do różnych szkół i wiele polskich placówek oświatowych w Irlandii ma podobny problem. Czekają na umowę albo irlandzcy dyrektorzy nie chcą o tym rozmawiać. – mówi Jan Lis.

Jak twierdzi zaniepokojony Jan Lis, polscy urzędnicy z ambasady w Dublinie wiedzą o problemie,  ale skutki ich działań są słabe.

Problem ten istniał już przedtem,  ale w związku z koronawirusem stał się przeszkodą nie do przejścia.

Jan Lis i rzesza polskich rodziców z Republiki Irlandii liczy na to, że polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych pochyli się nad Polakami w Republice Irlandii i będzie interweniować. Ma też nadzieję, że o sprawie swoich zwierzchników informuje polski konsulat z Dublina.

Dublin, gmach Custom House (z języka irlandzkiego: Teach an Chustaim) nocą.

W sobotę, w stołecznym Dublinie tuż obok zabytkowego budynku The Custom House o godzinie 14:00 rozpocznie się protest polskich rodziców, którzy nie chcą dyskryminacji swoich dzieci i pragną by pociechy kontynuowały naukę języka polskiego i historii.

Protest polskich rodziców a rezydentów w Republice Irlandii wpisuje się w kolejny protest, zorganizowany został przez aktywistów z Health Freedom Ireland przy wsparciu Yellow Vest Ireland (irlandzkie żółte kamizelki).

Health Freedom Ireland, wbrew przyklejanym jej łatkom „skrajnie prawicowym”, cierpliwie tłumaczu, że jest „organizacją apolityczną” i skupia wszystkie osoby protestujące wobec ograniczeń Covid-19. W poprzednim wydarzeniu, według opinii naszej korespondentki Agnieszki Białek, wzięło udział około 3 – 3,5  tysiąca osób, w tym także Polaków.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Janem Lisem:

 

W piątkowym głównym wydaniu Studia Dublin nie może zabraknąć serwisu informacyjnego  „Irlandia – Wyspy – Europa – Świat”

Udostępniono wstępny, niepełny jeszcze plan, który zawiera pięć poziomów ograniczeń.

Owe dokuczliwości dla obywateli Republiki Irlandii i rezydentów będą wprowadzane po opublikowaniu planu walki z koronawirusem, który oficjalnie zacznie obowiązywać w Republice Irlandii, w chwili jego opublikowania przez rząd.

Piąty, najwyższy poziom, jaki będzie obowiązywał, nie oznacza nic innego, jak praktycznie pełną blokadę, a może być wprowadzony, jeżeli ilość zachorowań na Covid-19, będzie bardzo wysoka. Ten stopień może zostać wprowadzany zarówno na poziomie lokalnym, więc miast oraz miasteczek, ale może obejmować również powiaty lub całe hrabstwa.

Możliwe jest również wprowadzenie pełnej blokady kraju, bo i taki scenariusz brany jest pod uwagę.

Micheal Martin, szef opozycyjnej partii Fianna Fail. Fot. materiały prasowe Fianna Fail

 

Na wczorajszym spotkaniu partii parlamentarnej Fianna Fáil, padło wiele gorzkich słów, które przemieniły się w lawinę krytyki.

Wszystkie one skierowane były pod adresem jednej osoby – lidera ugrupowania i jednocześnie premiera rządu Micheála Martina.

Najbardziej aktywny na spotkaniu był poseł Marc MacSharry, który wytknął premierowi Martinowi (na zdjęciu obok) wiele zaniedbań, a i stwierdził, że traktuje swoich najbliższych współpracowników, czyli „jak nauczyciel uczniów”.

MacSharry wezwał także lidera Fianna Fáil, by spowodował zakończenie codziennych konferencji na temat wyników zachorowalności na koronawirusa, a jednocześnie zwrócił uwagę, że od chwili objęcia przez Martina fotela premiera

Partia Fianna Fáil straciła przywódcę!

Met Éireann zapowiada, że wrócą do nas jeszcze ciepłe dni, ale nie będzie ich zbyt dużo, co jest normalne o tej porze roku.

Piątek będzie mokry i wietrzny na zachodzie kraju, natomiast pozostała część wyspy może liczyć na nieco lepsze warunki atmosferyczne, bo opady będą, ale tylko przelotne. Temperatura do 18 stopni Celsjusza. Podobnie będzie w sobotę, chociaż deszczu będzie znacznie mniej, ale wyłącznie do popołudnia, bo wtedy, możliwe są ulewy. Na termometrach może pojawić się 19 stopni.

Niedziela i poniedziałek to taki trochę irlandzki upał, bo w niektórych częściach wyspy temperatura wzrośnie do 22 stopni Celsjusza, ale będziemy mieli do czynienia z mżawkami i przelotnymi opadami słabego deszczu. W północnej części wyspy opady mogą być okresowo intensywne, a wieczorem i rano, prawdopodobne są zamglenia.

Reszta przyszłego tygodnia w Republice Irlandii z temperaturami do 20 stopni na plusie, z okresowymi opadami deszczu. Pogorszenie pogody przewiduje się na kolejny weekend i wtedy, może zrobić się nawet zimno, więc spadki temperatur do 14 stopni Celsjusza w dzień.

Tutaj wysłuchasz serwisu Studia 37 „Irlandia – Wyspy – Świat”:

 

W sportowym zaułku Studia Dublin Jakub Grabiasz podsumował pierwsze dwie kolejki piłkarskiej Ligi Narodów. Reprezentacja Irlandii zremisowała z Bułgarią i przegrała z Finlandią:

Cały irlandzki zespół, naszych Boys in Green przypomina wielki plac budowy.

 

Sportowy korespondent Radia WNET zapowiada spotkania baraże o awans do Mistrzostw Europy. Po ewentualnym wyeliminowaniu Słowacji może dojść do irlandzkich derbów:

Republika Irlandii wtedy może spotkać się z Irlandią Północną, o ile ta upora się z Bośnią i Hercegowiną. – spieszy z informacją Jakub Grabiasz.

Przypomnijmy, że zwycięzca tego barażu 14 czerwca 2021 r. będzie rywalem reprezentacji Polski na stadionie Aviva w Dublinie.

Jakub Grabiasz relacjonował również wielki wyścig kolarski Tour de France. Irlandczyk Sam Bennet prowadzi w klasyfikacji sprinterów, ma na koncie również jedno zwycięstwo etapowe. Liderem całego wyścigu jest Słoweniec Primoz Roglic, jednak Hiszpan Egan Bernal wciąż ma dużą szansę na końcowy sukces.

Omówione zostały także najważniejsze wydarzenia podczas wielkoszlemowego turnieju tenisowym US Open, z udziału w którym zrezygonowała plejada najwyżej rozstawionych tenisistów świata.

Najwięcej komentarzy wywołała dyskwalifikacja Serba Novaka Djokovicia. W piątek odbędą się półfinały turnieju mężczyzn, ale już dziś Jakub Grabiasz zapowiedział finał kobiet, w którym spotkają się Naomi Osaka i Wiktoria Azarenka.

Ostatnim zagadnieniem jest jesienne dokończenie Pucharu Sześciu Narodów w rugby.

Tutaj do wysłuchania korespondencja Jakuba Grabiasza:

 

W ostatniej rozmowie głównego wydania Studia Dublin (11 września 2020) Mateusz Romowicz, radca prawny i zarazem prezes firmy „Legal Marine Mateusz Romowicz”  analizuje sprawę zapowiedzi zniesienia tzw. ulgi abolicyjnej osób pracujących poza granicami Polski. Część z nich będzie zmuszona do rozliczenia się z polskim fiskusem.

Od kliku lat mieliśmy sygnały, że mogą być jakieś ruchy przy uldze abolicyjnej. Nigdy jednak nie mieliśmy prób przeprowadzenia tego w sposób tak enigmatyczny i ogólny. Skutki podatkowe dla pracowników i ich rodzin będą bardzo daleko idące.

Jak mówi radca prawny Mateusz Romowicz:

Polacy, którzy przywożą pieniądze z innych państw, powinni mieć jak najbardziej ułatwiane życie.

Mateusz Romowicz z „Legal Marine Mateusz Romowicz” wyraża nadzieję, że być może mamy obecnie jedynie do czynienia z sondowaniem reakcji polskich obywateli na zmiany w kwestii abolicji podatkowej.

Mateusz Romowicz jest radcą prawnym specjalizującym się w podatkach marynarskich, dochodzeniu odszkodowań marynarskich, morskim prawie pracy i prawie międzynarodowym.

Doświadczenie prawne w tym zakresie zdobywał obsługując polskich marynarzy będących w sporach z zagranicznymi armatorami, reprezentując marynarzy w kontaktach z organami podatkowymi i rentowymi w Polsce i zagranicą. Mój gość specjalizuje się również między innymi w prawie handlowym, prawie gospodarczym, europejskim prawie spółek, prawie podatkowym (ze szczególnym uwzględnieniem umów o unikaniu podwójnego opodatkowania), prawie morskim.

Obsługa ta obejmowała przedsiębiorców z branży morskiej, stoczniowej i budowlanej oraz spółki prawa handlowego działające w transporcie lub handlu międzynarodowym.

Gość Tomasza Wybranowskiego postuluje wprowadzenie dla Polaków pracujących poza krajem  podatku liniowego w wysokości 10%.

Myślę, że większość moich klientów byłaby skłonna zaakceptować takie rozwiązanie.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Mateuszem Romowiczem:

 

Dublin i rzeka Liffey przy ujściu do Morza Irlandzkiego i w tle dubliński port. Fot, Studio 37 Dublin.

Opracowanie: Tomasz Wybranowski, Aleksander Popielarz (także oprawa dźwiękowa)

Współpraca: Katarzyna Sudak & Bogdan Feręc – Polska-IE.com

Oprawa fotograficzna: Tomasz Szustek


 

Partner Radia WNET

 

Partner Studia 37 Dublin

 

Produkcja – (C) Studio 37 Dublin Radio WNET – wrzesień 2020

 

Ważne wspomnienia, które pomagają zachować pamięć o naszych polskich drogach – indywidualnych, rodzinnych i narodu

O wartości tego, co ludzie robią, decyduje nie to, czy tworzą w metropolii, czy w małym miasteczku lub na wsi. Ważne, czy czynią to z potrzeby serca. Pleszew można ukochać tak samo jak Warszawę.

ks. Edward Walewander

Księża nieczęsto publikują wspomnienia. Jest wiele przyczyn tego faktu. Kapłan częściej niż ktokolwiek inny bywa związany tajemnicą. Granica, poza którą grozi jej naruszenie, jest często bardzo płynna. Wspomnienia bez wyraźnych sądów o bliźnich zatracają swój życiowy konkret i dlatego w wielu przypadkach przestają być wiarygodne. To także zniechęca kapłanów do chwytania za pióro.

Już biskup Ludwik Łętowski, dla którego pisarstwo nie było czymś obcym, uważał, że „wejście na pole literackie to zawód śliski na księdza”. Do tego dochodzi też niechęć do eksponowania siebie, a to w pewnym sensie należy do istoty pamiętnika.

(…) Ksiądz Zieliński jest świadkiem epoki tragicznej w przeżycia ludzi i jeszcze bardziej w nieprzewidziane, bardzo burzliwe ich następstwa. Uczestniczył w tragicznych dziejach, których początek dla drugoklasisty szkoły powszechnej zaczął się dnia 1 września 1939 r. Trwały one przez cały okres niemieckiej okupacji. Nie ustały bynajmniej po zakończeniu II wojny światowej. Jego wspomnienia rzucają też bardzo ciekawe światło na trudną sytuację dziecka podczas okupacji, a także w szkole polskiej pierwszych lat powojennych. (…)

W Seminarium Duchownym powtarzano znane powiedzenie łacińskie: Labia secerdotis custodiant sapientiam (Niech usta kapłańskie strzegą mądrości). Atmosfera panująca w seminarium gnieźnieńskim za czasów studiów alumna Zygmunta Zielińskiego została przedstawiona w jego wspomnieniach z nieukrywaną sympatią, ale realistycznie. (…) Dla alumnów gnieźnieńskiego seminarium, a także dla pasterzy archidiecezji, lektura Powrotów minionego czasu będzie z pewnością pasjonująca.

Każdy ma swoje poletko, które uprawia nie dla sławy, czyjejś pochwały, ale dlatego, że się za coś wywdzięcza. Ks. Zieliński ma poczucie serdecznej więzi z Gnieznem i archidiecezją gnieźnieńską przetkaną historią.

Nie potrafił przejść obok niej obojętnie. Zbierał jej okruchy i – jak to bywa z człowiekiem poszukującym – stał się bogaczem. Uzbierał tyle dobra! Taki nasuwa się wniosek, kiedy weźmie się do ręki wydane przez niego wspomnienia.

Ktoś może powiedzieć: co tu napisać o małym mieście Nakle nad Notecią, gdzie autor spędził lata młodości, o parafii w Gołańczy, czy o pracy duszpasterskiej w Pleszewie, gdzie posługiwał młody ks. Zygmunt, zanim został skierowany na studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim? Co takiego tam się dzieje, dla czego warto sięgnąć po pióro? Odpowiedź jest prosta. Ks. Zieliński dał ją jasno i dobitnie. Wszędzie żyją i tworzą ludzie. O wartości tego, co robią, decyduje nie to, czy tworzą w metropolii, czy w małym miasteczku lub na wsi. Ważne, czy czynią to z potrzeby serca. Pleszew można ukochać tak samo jak Warszawę. Obydwa miasta są warte miłości. Ten, kto je naprawdę pokocha, napisze o nich prawdę. Ks. Zygmunt Zieliński zrobił to znakomicie.

Opowiada nie tyle o sobie, choć rzecz jasna własnych przeżyć nie mógł pominąć. Znał doskonale miejscowe środowisko. Właśnie pokochał je. Pracował tam jako duszpasterz. Był „tutejszy”. Czuł się kapłanem zatroskanym o los ludzi tam żyjących. (…)

Niech przeczytają ją najpierw ci, którzy są jej bohaterami, jeśli nawet niewymienionymi z imienia i z nazwiska. Niech dowiedzą się, jak dawny duszpasterz, a z czasem profesor uniwersytetu, ich widział, czy wszystko dobrze podpatrzył. To są zawsze najlepsi i niezawodni recenzenci.

Wydaje się, że materiały do swoich wspomnień ks. Zieliński gromadził przez całe życie. Butne wypowiedzi Niemców z okresu okupacji, Sowietów z okresu tzw. wyzwolenia Polski, zapamiętane i odnotowane po niemiecku oraz rosyjsku, a także choćby jego obrona w zetknięciu z wyrzyskim UB, świadczą nie tylko o niezwykłej pamięci autora. Podobnie też wiele innych faktów, ukazanych we wspomnieniach, musiały być z pewnością post factum dobrze odnotowane w jego prywatnym archiwum. Są one doskonałym źródłem dla wszystkich, którzy chcą poznać świadomość społeczną człowieka badanej przez nich epoki. Omawiany tu pamiętnik to cenne vademecum do takich właśnie poszukiwań.

Ksiądz Zieliński odbył wiele podróży naukowych. Po zakończeniu w 1974 r. pobytu w Lowanium stwierdził:

„Świat, do którego wielu Polaków łasiło się niemalże na kolanach, nie rozumiał nas i nie chciał zrozumieć, a największe głupstwo napisane w języku kongresowym bardziej ceniono niż arcydzieło wydane po polsku. Była to dla mnie ważna lekcja, z jednej strony zdałem sobie sprawę z tego, że przyjmowanie z bezkrytycznym zachwytem wszystkiego, co zachodnie, jest pętaniem naszych własnych inicjatyw, którym sami nie dowierzamy.

Z drugiej – zrozumiałem, że profesor ze słowiańskiego kraju, który nie zna choćby trzech języków zachodnich, nie ma prawa głosu, choćby był geniuszem” (s. 404).

Zygmunt Zieliński, Powroty minionego czasu. Zagnieżdżone w pamięci, [wstęp i oprac.] R. Łatka, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2020, s. 872, indeks osób.

Cały artykuł ks. Edwarda Walewandera pt. „Ważna lektura. Pamiętnik profesora” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł ks. Edwarda Walewandera pt. „Ważna lektura. Pamiętnik profesora” na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wciąż zbyt mało wiadomo na temat patriotycznego zaangażowania kobiet na rzecz przyłączenia Górnego Śląska do Polski

W 1920 r. na Górnym Śląsku działało ponad 50 Towarzystw Polek, które skupiały od kilkudziesięciu do kilkuset członkiń. Działalność statutowa była prowadzona według wartości „Bóg, Rodzina i Ojczyzna”.

Renata Skoczek

Ulotka z okresu plebiscytu | Fot. ze zbiorów Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach

Aktywność Górnoślązaczek rozpoczęła się w 1900 roku utworzeniem Towarzystwa Kobiet w Bytomiu. W następnych latach na wzór bytomskiej organizacji działalność zainicjowały towarzystwa kobiece między innymi z Katowic, Królewskiej Huty (obecnie Chorzów), Zabrza i Szopienic. Tuż przed wybuchem I wojny światowej poszczególne towarzystwa połączyły się w Związek Towarzystw Kobiet pod przewodnictwem Janiny Omańkowskiej, redaktorki poczytnej gazety „Katolik”.

Działania wojenne zahamowały działalność wszystkich polskich organizacji i dopiero po ich zakończeniu praca społeczna zaczęła się powoli odradzać. Na zjeździe w Bytomiu w listopadzie 1918 roku delegatki przyjęły nową nazwę dla organizacji – Związek Towarzystw Polek.

W następnym roku Zarząd przygotował nowy statut, w którym w stosunku do wcześniejszych przepisów został obniżony wiek członkiń z 17 na 16 lat. Najważniejszą zmianą był jednak zapis, że celem towarzystwa jest pouczanie się także w sprawach politycznych, co w praktyce oznaczało włączenie się w kampanię plebiscytową do walki o głosy za Polską.

Na początku 1920 roku na Górnym Śląsku aktywnie działało ponad 50 Towarzystw Polek, które skupiały w zależności od miejscowości od kilkudziesięciu do kilkuset członkiń. Działalność statutowa była prowadzona według wartości „Bóg, Rodzina i Ojczyzna”. 30 stycznia 1920 roku odbył się zjazd wszystkich Towarzystw Polek na Górnym Śląsku. Do Bytomia zjechały delegatki z ponad 50 miejscowości. (…) Obrady zakończyła przewodnicząca wskazaniem na prace i obowiązki, jakie czekają organizacje w najbliższym czasie, następującymi słowami: „jest tylko jeden program dla nas wszystkich: praca nad plebiscytem”.

W gorącym okresie plebiscytowym wszystkie organizacje kobiece aktywnie realizowały wytyczne bytomskiego Zarządu w sprawie pracy propagandowej. Na regularnie organizowanych zebraniach, na które zapraszano także rodziny członkiń, przewodnicząca lub inna osoba z zarządu wygłaszała patriotyczne przemówienie o miłości do ojczyzny albo przedstawiała sylwetki polskich bohaterek narodowych. Na zebraniach często gościli zamiejscowi prelegenci, którzy wygłaszali referaty o pracy kobiety polskiej w walce plebiscytowej. Niejednokrotnie zdarzało się, że prelegentem bywał miejscowy ksiądz proboszcz, który wygłaszał mowę o obowiązkach polskich matek.

Najbardziej aktywne organizacje przygotowywały patriotyczne wieczornice. W Bytomiu Towarzystwo Polek ku uczczeniu pamięci polskiego króla wystawiło jednoaktówkę S. Wyspiańskiego Królowa Jadwiga, połączoną z odczytem o „zasługach jednej z największych niewiast polskich”.

W Raciborzu miejscowe Polki przygotowały odegrane przez dzieci przedstawienie zatytułowane Zaczarowane jabłuszko. Wzbudziło ogromne zainteresowanie, bo jak donosiła prasa, „na jeden wieczór oderwie serca i umysły od nie zawsze wesołej rzeczywistości… i stanie się dowodem, iż praca nasza zbożna nie idzie śladem brukowej propagandy naszych przeciwników”.

(…) Towarzystwa Polek podejmowały wiele innych działań o charakterze narodowym. W Nowych Hajdukach (obecnie dzielnica Chorzowa) wraz z innymi polskimi organizacjami zarząd Towarzystwa uchwalił rezolucję skierowaną do miejscowych władz, aby niemiecką nazwę gminy zamienić na polską, a ponadto zażądał zmiany nazw ulic na polskie i usunięcia nauczyciela, który zajmował się w szkole aktywną agitacją na rzecz Niemiec. Towarzystwo Polek z kolonii Doroty przy parafii św. Anny (obecnie dzielnica Zabrza) zaprotestowało wraz z innymi polskimi organizacjami przeciwko atakom Niemców na ks. Stefana Szwajnocha, który prężnie pracował na rzecz Polski.

Cały artykuł Renaty Skoczek pt. „»Bóg, Rodzina i Ojczyzna«. Towarzystwa Polek na Górnym Śląsku w 1920 roku” znajduje się na s. 10 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Renaty Skoczek pt. „»Bóg, Rodzina i Ojczyzna«. Towarzystwa Polek na Górnym Śląsku w 1920 roku” na s. 10 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 75/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Kto w 2024 r. zdobędzie Oscara za najlepszy film? Produkcja z mniejszościami. Akademia przedstawiła nowe zasady oceny

Kobiety, mniejszości rasowe, etniczne i seksualne oraz osoby niepełnosprawne- obecność aktorów i wątków fabularne związanych z tymi grupami stanie się do 2024 r. kryterium kategorii „najlepszy film”.

Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej przedstawiła cztery nowe kryteria, z których, począwszy od 2024 r. przynajmniej dwa będą musiały być spełnione przez produkcję, by została ona nominowana do kategorii najlepszy film.

Standard A dotyczy obsady i głównego wątku fabularnego. Zgodnie z nim wśród aktorów pierwszoplanowych lub istotnych drugoplanowych musi być przedstawiciel mniejszości rasowej, lub etnicznej, przez które rozumie się takie grupy jak Azjaci, Murzyni, rdzenni Amerykanie, Latynosi, Arabowie etc. W ogólnej obsadzie powinno być zaś co najmniej 30% aktorów w drugoplanowych i epizodycznych rolach reprezentujących co najmniej dwie z następujących grup: wspomniane mniejszości etniczno-rasowe, kobiety, tzw. osoby LGBTQ+, niepełnosprawni fizycznie, bądź intelektualnie i niedosłyszący. Z co najmniej jedną z tychże grup musi być zaś związany główny wątek fabularny.

Drugi ze standardów dotyczy ekipy filmowej. Analogicznie do aktorów, co najmniej 30% całej ekipy filmowej powinno reprezentować wyżej wymienione kręgi. Dla mniejszości rasowych przeznaczony jest przynajmniej jeden, a dla pozostałych co najmniej dwa z następujących działów: casting, zdjęcia, muzyka, kostiumy, reżyseria, montaż, fryzury, charakteryzacja, produkcja, scenografia, dźwięk, efekty specjalne, scenariusz.

Standard C wymaga od studiów płatnych staży i praktyk dla wyliczonych środowisk. Duże studia i dystrybutorzy powinni mieć staże i praktyki specjalnie im dedykowane, a mniejsze winny mieć przynajmniej dwie osoby z nich. Zgodnie z ostatnim ze standardów na kierowniczych stanowiskach związanych z promocją filmu i PR powinni być ludzie z rzeczonych grup.

Standardy mają być stopniowo być wprowadzane od 2022 r., by począwszy od 96. Ceremonii Oscarowej w 2024 r. stać się obowiązującymi.

A.P.

„Muzyka to największe ludzkie osiągnięcie”. Z Marcinem Szczurskim rozmawia Sławek Orwat

Przede wszystkim interesowała mnie droga twórcza i to, że odbiorcy mojej muzyki czuli coś przez to, że śpiewam.

Kiedy muzyka stała się sednem twego życia?

W 2004 roku mając 12 lat byłem zagubionym i wyizolowanym dzieckiem, bo pochodziłem z dysfunkcyjnej rodziny. Często wyjeżdżałem do babci na wakacje i oglądałem dużo niemieckich programów. Pewnego dnia trafiłem na niemieckie MTV i Vive i codziennie po szkole godzinami słuchałem piosenek i oglądałem teledyski. Wtedy zakochałem się w muzyce. Zacząłem obsesyjnie czytać wszystko o muzyce, co wpadło mi w ręce, kupować płyty za ostatnie pieniądze, słuchać radia. Moja nauczycielka muzyki uważała, że mam talent wokalny od pierwszej klasy podstawówki. Gdy pochłonął mnie świat muzyczny, mama wysłała mnie do szkoły muzycznej. W szkole na jednej z przerw zacząłem śpiewać piosenkę „Siłacz” Marcina Rozynka. Wtedy przez kolejne lata szkoły moi rówieśnicy bardzo często chcieli, żebym im coś zaśpiewał. Na lekcjach, w akademiku, na przerwach. Wygrywałem też konkursy wokalne. Najbardziej podobała się moja interpretacja piosenki „Hello”. Śpiewać ze wszystkich moich umiejętności umiałem najlepiej, choć później bardziej poświęciłem się nauce, czytaniu książek.

Swój pierwszy utwór napisałeś w wieku 12 lat. Pamiętasz co to było?

Pamiętam bardzo dobrze – jak dziś. Pierwszą piosenką autorską było „Przeczucie” o głosie intuicji i nadziei na lepszy czas. Pamiętam, jak mi ta melodia weszła do głowy, gdy byłem u babci, potem przerabiałem ją na wiele wersji. Na początku modulowałem ją na swoim keyboardzie. Uważam, że to najbardziej chwytliwa piosenka, jaką do tej pory skomponowałem. Mimo upływu lat moi znajomi często powtarzają, że refren tego utworu to jedna z najbardziej zapamiętywalnych melodii, jakie w życiu słyszeli. Okres mojej nastoletniości to najbardziej płodny okres w mojej twórczości. Często chciałbym wrócić do tych czasów.

Zaśpiewana przez ciebie 5 lat temu w jednym z pubów Nowej Zelandii autorska piosenka „My Melody” została – co można zobaczyć w serwisie YouTube – ciepło przyjęta przez lokalną społeczność, co pokazuje, że masz ogromny potencjał twórczy i łatwo zdobywasz sympatię widowni. Ten piękny utwór traktuje o pogoni za marzeniami i o tym jak bycie innym może być trudne, a czasem nawet samotne, a także o tym, że nigdy nie wolno przestać walczyć o swoje marzenia i zawsze należy wierzyć w siebie wbrew opiniom całego świata malkontentów. Dlaczego nie poszedłeś stylistycznie w tę stronę. Mnie osobiście takie twoje oblicze muzyczne przekonuje znacznie bardziej od tego, w czym obecnie się znajdujesz.

„My Melody” to anglojęzyczna wersja piosenki „Nad rzeką” inspirowaną moim przyjacielem i twórczością Boba Dylana. W takim klimacie à la lata 90 tworzyłem przez większość mojego życia. Niestety, gdy zainwestowałem duże pieniądze wygrane w programie Jaka to melodia – wszystkie jakie wtedy miałem jako 20 latek – w pierwsze lepsze nagrania moich utworów (jak np. Przeczucie), okazało się, że zostałem oszukany i że za 10-krotnie mniejszą kwotę mogłem mieć podobną jakość nagrań. Później nagrywałem różne wersje tych utworów, ale i tak były odrzucane przez decydentów ze świata muzycznego głównie dlatego, że taka muzyka już była i nie wróci, albo że po co mam śpiewać muzykę starych dziadków jak Perfect? Na żywo – gdy koncertowałem z tymi utworami – ludzie byli nimi zainteresowani, jednak z ich nagraniami nie mogłem zrobić nic, bo… to już było w muzyce! W 2019 przekonałem do współpracy nad piosenką producentów z Universalu. Zdecydowaliśmy, że zrobimy coś od nowa, coś co może mi pomóc. I tak znowu zacząłem inwestować, tylko że tym razem w muzykę bardziej współczesną. Dziś producenci z Universalu mają hit za hitem. Ja jednak dostawałem kolejne odrzuty, choć wreszcie zaczęło się coś dziać bardziej niż z moimi pierwszymi utworami, bo wtedy nie działo się nic. No oczywiście poza koncertami…

Ile posiadasz jeszcze w swoim dorobku nigdzie niepublikowanych utworów autorskich?

Myślę, że w sumie skomponowałem ponad 100 utworów, z czego większość jest właśnie w klimacie wspomnianego „Przeczucia”, czy „Nad rzeką”/ „My Melody”..

Jako dziecko brałeś udział w przeróżnych konkursach wokalnych. Jakie sukcesy z tego okresu pamiętasz i jak wspominasz pierwsze próby porównania swych możliwości z utalentowanymi rówieśnikami?

Widziałem, że ludzie reagują na mój głos i na moje wykonania bardzo entuzjastycznie i chcą więcej. Jak na chłopaka z biednego domu, o niskim poczuciu wartości było to coś dającego nadzieję. Nie interesowały mnie wtedy aż tak bardzo pierwsze miejsca w konkursach, choć poniekąd uzależniłem się wtedy od rywalizacji. Przede wszystkim interesowała mnie droga twórcza i to, że odbiorcy mojej muzyki czuli coś przez to, że śpiewam. Do tej pory pamiętam, jak wiele dziewczyn płakało, gdy śpiewałem np. Sen o Victorii Dżemu. Mam też w głowie wspomnienia z akademika z Krakowa, gdy odwiedzałem mojego kolegę, który kazał mi śpiewać. Otwierał drzwi i zlatywała się wtedy duża społeczność akademika.

Masz 27 lat, z czego na scenie spędziłeś 15, a więc ponad połowę życia. Czego ten czas cię nauczył i czy we wszystkim podejmujesz decyzje jednoosobowo, czy też posiadasz takie grono przyjaciół / doradców, których opinia jest dla ciebie ważna?

Od niedawna mam już 28 lat, a więc nie trafię do klubu 27 (śmiech) Tak, muzyką zajmuję się ponad połowę życia i będę zajmował się nią do końca życia, nawet jeśli nie osiągnę żadnego większego sukcesu… Gdy mam ważne decyzje do pojęcia, szczególnie co do muzyki, pytam często znajomych, przyjaciół o zdanie. Zawsze badam, co kilka osób ma do powiedzenia. Jestem po studiach związanych z badaniami statystycznymi, więc wiem, że trzeba spytać odpowiednią liczbę ludzi o opinie… Staram się pytać zawsze większej liczby znajomych, by wiedzieć, jak faktycznie wygląda sytuacja, bo zawsze mogę się mylić i dlatego chcę weryfikować, czy to co robię z muzyką, ma sens. Czasem poddaję się też konsultacji wizerunkowej doświadczonych ludzi z branży.

Pomimo, że – jak każdy szanujący się artysta – wolisz sam tworzyć piosenki, niż śpiewać covery, muszę przyznać, że z przyjemnością słucha się w twoim wykonaniu takich evergreenów jak: „Ta ostatnia niedziela”, „Hello”,  „Rolling in the deep”, „Diana”, „Anna Maria”,  „Losing my religion”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, „Nie płacz kiedy odjadę” czy „Sen o Victorii”.  To właśnie dzięki nim wyrobiłem sobie opinię, że – owszem – posiadasz głos, który stworzony jest do szeroko pojętego nurtu pop, ale koniecznie z… odcieniem sentymentalnej nostalgii, w czym w mojej subiektywnej opinii jesteś znacznie bardziej prawdziwy, niż w dynamicznych i roztańczonych piosenkach mogących stanowić fragment soundtracka pierwszej lepszej komedii romantycznej. Jakby na potwierdzenie tej opinii przytoczę twoje własne słowa: „Przez długi czas pisałem bardziej sentymentalne, akustyczne i emocjonalne piosenki rodem z lat 90”. Co cię skłoniło, aby zmienić styl, który ewidentnie jest twoim środowiskiem naturalnym?

Dziękuję bardzo! Też uważam, że mam głos bardziej pasujący do muzyki nostalgicznej i sam się lepiej w takiej muzyce czuję, ale jak pokazują wyświetlenia, jak i opisane przeze mnie wcześniej doświadczenia, nie mogłem z taką stylistyką czy twórczością wiele zrobić przynajmniej w kontekście promocyjnym. W programach talent show też przez wszystkie lata byłem odrzucany, gdy śpiewałem tego typu utwory. Agnieszka Chylińska mówiła, że mam świetny głos, ale powinienem iść w muzykę pop. Często kłócę się ze znajomymi, którzy są zdania, że powinienem wrócić do czasów, gdy byłem bardziej „artystą” i tworzyłem muzykę, jak „Przeczucie”. ale żeby móc do tego etapu dojść, muszę mieć z czego żyć i za co nagrywać kolejne utwory. Takie produkcje to strasznie droga sprawa. Od dawna mam w głowie plan, że jeśli udałoby mi się osiągnąć sukces z utworami bardziej współczesnymi, to wtedy, mając większą wolność twórczą, wydam kolejną płytę z nostalgicznymi utworami takimi, jakie mi grają w sercu najbardziej.

Zwiedziłeś kawał świata. Możesz pochwalić się gdzie byłeś, co tam porabiałeś i jak to wpłynęło na twoją tożsamość artystyczną?

Od dziecka byłem sfokusowany na edukacji, muzyce, a później na karierze. Jako 24-latek zacząłem zarabiać większe pieniądze. Znajomi pukali się w głowę, gdy zacząłem wydawać większość oszczędności na podróże. Uważam, że ryzyko trzeba podejmować i uczyć się być przedsiębiorczym, nie stać w miejscu. Jako 26 latek byłem w 79 krajach, stąpałem po każdym kontynencie oprócz Antarktydy, widziałem każdy „cud świata”, byłem w każdym kraju Europy…. Jednak były to tylko podróżnicze cele, na które ciężko pracowałem zarabiając. Rodzina, znajomi dziwili się, skąd mam na to finanse, bo wiedzieli, że pochodzę z niemajętnej rodziny… choć sami mieli często ogromne majątki. Po prostu ciężko na to pracowałem sam, ryzykowałem, chciałem realizować moje cele i starałem się tanio podróżować. To, co często ogranicza ludzi do np. podróżowania samemu przez świat to strach, brak wyobraźni, czy niepewność w realizacji marzeń. Podczas podróży miałem wiele przygód, które ciężko zliczyć. Moje 3 ulubione kraje to Nowa Zelandia, Islandia i Boliwia. W większości tych miejsc szukałem siebie, chciałem nauczyć się życia, poznać piękno świata, czy zrealizować moje podróżnicze marzenia. Od 2 lat podróżuję zdecydowanie za mało, strasznie mi tego brakuje, ale takie podróżowanie nauczyło mnie więcej, niż zrobiłby to np. doktorat na Harvardzie. Najpiękniejsze miejsce na świecie do moim zdaniem pustynia solna w Uyuni w Boliwii. Bedąc tam, miałem wrażenie, że jestem w niebie. Podczas podróżowania byłem naprawdę szczęśliwy, dużo wtedy komponowałem. Wtedy też zebrałem najwięcej inspiracji do tworzenia piosenek. W każdym z państw, w których byłem, robiłem dużo zdjęć, a także nagrywałem video, jak śpiewam „Mam takie, przeczucie, że kiedyś tu wrócę”, czyli kawałek refrenu do „Przeczucia”. Nigdy nie zapomnę jak np. w małej wiosce afrykańskiej, gdy małpa chodziła mi po głowie usłyszałem piosenkę Taco Hemingwaya, czy na wycieczce w Chorwacji poznałem producenta Rihanny, któremu wysłałem anglojęzyczną wersję „Przeczucia” pt. „Wonderful Feeling”. Był pod wrażeniem, niestety jego wytwórnia odrzuciła tę piosenkę, a bardzo napaliłem się na kooperacje z kimś, kto był nominowany do Oskara.

Współpracowałeś z różnymi zespołami rockowymi i bluesowymi. Co to były za formacje i jak wpłynęły na twój rozwój muzyczny? Kiedy i dlaczego postanowiłeś postawić na karierę solową?

Pierwszy zespół, z jakim koncertowałem to Gwardia. Graliśmy covery i własne utwory – klimat bluesowy. Zakończyliśmy współpracę, ponieważ chłopaki stwierdzili, że nie pasuję do ich wizerunku, ale faktycznie byłem wtedy bardzo nieśmiałym i wyizolowanym chłopakiem i wiele z tego „wycofania” zostało we mnie do dziś, co wpływa negatywnie na moje życie, w tym na karierę muzyczną. Chłopaki koncertują do dziś. Dałem wtedy pierwsze większe koncerty m.in. na zlocie harleyowców w Koszalinie, gdzie graliśmy na ciężarówce a za nami jechał korowód motocyklistów. To było coś! Potem po pierwszym roku studiów na SGH w Warszawie podjąłem współpracę z zespołem InCorso. Chłopaki grali mocnego rocka. Wspólnie koncertowaliśmy, komponowaliśmy. Jednak mieliśmy inną wizję – ja chciałem bardziej działać muzycznie, ale też dostałem propozycję pracy w Google we Wrocławiu, więc się rozstaliśmy. Poza tym mi ciągle w duszy grała lżejsza popowa muzyka. W międzyczasie współpracowałem z gitarzystą Michałem Szczerbcem, Zespołem Pieśni i Tańca SGH, Chórem Uniwersyteckim w Moguncji, śpiewałem okazjonalnie na weselach, czy programie Jaka to melodia.

Zawodowo zajmujesz się marketingiem, sztuczną inteligencją i analityką danych, czyli jakby nie patrzeć dziedzinami zapewniającymi finansową stabilizację. Czy o karierze muzycznej myślisz jako o zajęciu dodatkowym traktowanym pasjonacko lub przynoszącym nieduże zyski, czy też byłbyś w stanie wyrzec się tych intratnych profesji dla muzycznej kariery typu Podsiadło? Co nieco można wyczytać w zdaniu, które kiedyś sam napisałeś: „Przez cały czas byłem w „Poszukiwaniu siebie” (tak chce nazwać EPkę, nad którą pracuję). Jednak to muzyka jest dla mnie najważniejsza.”

Zdecydowanie muzyka jest dla mnie najważniejsza. Chciałbym móc żyć z muzyki, najlepiej na nie gorszym poziomie niż z tego, czym zajmuję się zawodowo. To moja życiowa pasja, a ja jestem chłopakiem, który stara się realizować marzenia. Niestety póki co konsumują to głównie moje środki. Nie ukrywam, chcę robić muzykę komercyjną, dla ludzi, którzy w pracy, czy po pracy chcą tupnąć nogą, wzruszyć się, potańczyć, czy rozweselić. Uważam, że muzyka to największe ludzkie osiągnięcie, stąd warto pracować nad nią, choć jest to ciężki kawałek chleba. Myślę, że kariera typu Podsiadło mi nie grozi, ponieważ nie mam aż takiego talentu wokalnego ani kompozytorskiego, czy nie umiem aż tak zjednać sobie ludzi… a to chyba najważniejsze, aby mieć oddanych słuchaczy, dla nich się tworzy. Ja o takich słuchaczach marzę, choć już trochę ich jest (śmiech).

Twój debiutancki utwór „Popiół i kurz” powstał przy współpracy z Patrykiem Kumórem i Dominickiem Buczkowskim-Wojtaszkiem – producentami Universal Music, nominowanych w roku 2019 i 2020 do Fryderyków, autorów znanych hitów (m.in.„Superheroes”, „Anyone I wanna be”, „Ramię w ramię”). Z jednej strony to dla ciebie ogromna nobilitacja, z drugiej… nie obawiasz się, że twoje brzmienie może być kalką topowych wokalistów komercyjnych sięgających po muzykę mniej ambitną?

Współpraca z dobrymi producentami to dla mnie nobilitacja, bo to rozwija, zmusza do stawania się lepszym. Choć produkcje są dobre, bez dobrego marketingu nie jestem w stanie sam trafić do większej, ponadlokalnej publiczności. Kojarzenie mnie z muzyką komercyjną nie musi być mniej ambitne, weźmy właśnie pod uwagę Podsiadło, czy Queen. Choć ich muzyka jest komercyjna, nie jest nieambitna. Ja jako artysta chciałbym być różnorodny i robić projekty w różnych estetykach, o ile się to uda. Myślę, że muzyka jest jedna, tylko są różne formy jej wyrażania, które dzielą ją na gatunki.

Jak oceniasz promocję twojego pierwszego singla przez wytwórnię, która go wydała?

„Popiół i kurz” wydała wytwórnia MyMusic.  Póki co nie włożyli w moim mniemaniu nic w promocję. Sam musiałem się nią zająć. „Popiół i kurz” z mojej inicjatywy trafił do puli piosenek walczących o Fryderyki w 4 kategoriach, był też 3 razy na szczycie listy Polskich Przebojów.Potencjał piosenki nie został zrealizowany, bo od wielu ludzi, którzy słuchali utworu słyszałem, że jest to lepszy utwór niż te w radiu typu RMF. Mimo wszystko, żaden radiowiec nie chciał go puścić. Znowu musiałem walczyć z wiatrakami, dlatego postanowiłem dalej spróbować ze „Zmrokiem” i sam podjąłem się promocji. Póki co, efekty promocji „Zmroku” przynoszą efekty – utwór zaczął się pojawiać w regionalnych radiach, na listach przebojów, czy też piszą o nim strony muzyczne, choć na pewno nie jest to szczyt moich marzeń (jeszcze).

Twój wokal znają topowe osobowości polskiego show biznesu. Czego się od nich nauczyłeś?

Margaret, Musiał, czy Prokop oceniali mnie podczas konkursu talentów we Wrocławiu, gdzie znalazłem się w finale. Ela Zapendowska uczyła mnie śpiewu. Chylińska powiedziała, że mam świetny popowy wokal podczas mojego występu w Mam talent. Patryk Kumór robił ze mną „Popiół i kurz”. Bartosz Dziedzic zaprosił mnie na spotkanie po tym, jak wysłałem mu „Popiół i kurz”. Powiedział, że bardzo podoba mu się mój wokal i wskazał, jak mogę lepiej komponować. Robert Janowski słuchał paru moich utworów, jak śpiewałem je podczas udziału w Jaka to melodia. Od każdej z tych osób staram się uczyć. Ela Zapendowska sugerowała, jak mogę pracować nad wokalem. Patryk Kumór, jak pisać lepsze teksty. Bartosz Dziedzic, na czym polega muzyka. Niestety nasze relacje nie były na tyle bliskie, ani moje osiągnięcia na tyle duże, żebym mógł pracować z nimi cały czas.

Tematem twojej najnowszej piosenki jest toksyczna relacja dwojga młodych ludzi i jej zbliżający się koniec. Bohater tkwi w rozterce, czy zakończyć ten związek, czy też nie. Tkwi w izolacji, jest wypalony, traci kontrolę nad swoim życiem, nad którym zapadł tytułowy „Zmrok”. Czy nie uważasz, że modzi ludzie obecnie zbyt wcześnie angażują się uczuciowo i próbują tworzyć bardzo dojrzałe relacje nie będąc jeszcze osobami w pełni dojrzałymi – czytaj nieświadomymi następstw decyzji podejmowanych bez posiadanych kwalifikacji wiekowych, czyli bez minimalnego doświadczenia niezbędnego do pełnego zrozumienia podziału ról, wzajemnej tolerancji i dzielenia się wspólną czasoprzestrzenią?

Na twoje pytanie idealnie odpowiada tekst „Zmroku”. Zagubienie to trochę stan, z którym boryka się wielu ludzi, przede wszystkim młodych. Sam też często się z takimi emocjami mierzę. Myślę, że czasy, w których żyjemy wymagają szybkiej nauki, asymilacji z ogromną ilością informacji. Z jednej strony nadmiar możliwości jest też przekleństwem, szczególnie dla ludzi o wielu talentach, czy o nie do końca zdefiniowanej tożsamości. Pracoholizm, jak inne uzależnienia szczególnie głośno uderzają dziś. Problemy emocjonalne to nieodłączny element rzeczywistości wpisany w relacje, pogoń za karierą, szczęściem… Młodzi ludzie przyzwyczajeni do życia szybko, podobnie traktują relacje. Nie chcę mówić tu za wszystkich, ale mocno interesuję się psychologią, jak i psychoterapią.Sam jestem w trakcie terapii i polecam ją każdemu, kto chce poznać siebie, jak i wydorośleć. Od paru miesięcy kształcę się w Instytucie Gestalt, by nabyć wiedzę terapeutyczną. To, co na pewno odróżnia moje pokolenia od moich rodziców, to to, że jest ono nastawione na hedonizm, możliwości i na większe podejmowanie ryzyka. Z kolei młodsi ludzie ode mnie stają się bardziej aspołeczni i cyfrowi, przez co bardziej lękowi. To też przenosi się na relacje, ich szybki przebieg i często rozstania. Sam widzę po sobie, że należy najpierw poznać lepiej siebie, by wybrać sobie odpowiedniego życiowego partnera.

Nie sądzisz, że głównym powodem rozstań jest dziś najczęściej nieustanne kreowanie partnera, zamiast przyjęcia go takim, jakim jest? Moim zdaniem to wszechobecna dziś roszczeniowość, albo inaczej to nazywając – egocentryzm, niczym nowotwór wyniszcza szczęście i wpędza współczesnego człowieka w samotność. Świat jest dziś pełen chwilowych związków trwających do momentu wyczerpania się limitu straconych złudzeń. Podzielasz moje spostrzeżenia, czy jest to problem bardziej złożony?

Nie mówię, że się z tym nie zgadzam. Jestem zdania, że szybkie wchodzenie w związki ma też swoje dobre strony – można szybko poznać partnera, jak i swoje oczekiwania i odpowiednio tym związkiem kierować w przypadku różnic, albo się rozstać, albo starać się akceptować i walczyć o to. Ekspertem od związków nie jestem, ale patrząc na to wszystko z pozycji artysty obserwatora myślę, że egocentryzm dziś to kolejny znak czasów. Kultura zachodnia, która jest dla tej polskiej stawiana za wzór, jest nastawiona na narcystyczne potrzeby. W Indiach np. o wiele ważniejsza jest wspólnota, społeczeństwo, wartości kolektywistyczne. Szybkie rozpady związków, szybkie podejmowanie decyzji są tylko odzwierciedleniem takich rzeczywistości. I masz wiele racji – powodem rozstań są zbyt duże oczekiwania i złudzenia, jak i brak kompromisów. Ale chyba przede wszystkim brak wiedzy na temat samego siebie- z kim chce, z kim powinienem być i czy w ogóle z kimkolwiek?A jeśli już jestem, to do jakiego stopnia mogę dać się zmienić.

Napisałeś, że stylistyka piosenki „Zmrok” mocno czerpie z lat 80. Próbowałem sobie układać w myślach jakieś nawiązania do „Fame”, „Footloose” czy innych filmów zbliżonych do fabuły klipu, próbowałem też poskładać to muzycznie i w końcu dopasowałem do… wszechogarniającej nas współczesności. Jeśli już gdzieś we współczesnej popkulturze znajduję elementy szalonych lat 80 to jest to na przykład Francis Tuan lub formacja Rycerzyki, ale nie „Zmrok”. Co o tym sądzisz?

Hmm, wszystkie dekady mają swoje różne odcienie, a każdy takie wyobrażenie, do którego mu najbliżej. Jednak myślę, że najlepiej na zjawiska społeczne i kulturalne patrzeć szerzej jako na ekosystem. Dekady lat to trochę jak młode generacje czasów, w których się żyje. Ponieważ to pokolenia 20-30 latków najlepiej definiują dekadę, w której się żyje. 20, 30-latkowie mają siłę i odwagę, by prezentować swoje poglądy i estetykę. Dla mnie lata 80. to czasy pulsujących rytmów, muzyki do tańca, jak i walki o wolność. Zależy też, kto patrzy na daną muzykę. W czasach lat 80 tryumfy odnosili tacy artyści jak Papa Dance, Michael Jackson, Madonna, Depeche Mode, Alyson Moyet, ale też musicale jak Fame, Footloose. Zmrok tyczy się przede wszystkim artystów, których wymieniłem. Elektro, new romantic to też szyld lat 80., do których ewidentnie, też zdaniem wielu słuchaczy nawiązuje Zmrok. Dziś robi to też Dua Lipa, czy the Weeknd.

Utwór jest paradoksalnie skrojony we współczesne, syntezatorowe brzemienia. Tak jakby depresja tańczyła z walką o lepsze jutro.” – piszesz dalej. Jest to chwyt ciekawy i wielokrotnie już w polskiej kulturze muzycznej stosowany. Chociażby „Ballada o czarnym wtorku” Marka Andrzejewskiego, czy „Najpiękniejszy Koniec Świata” artysty ukrywającego się pod pseudonimem szymonmówi to przykłady roztańczonych piosenek ze śmiercią i armagedonem w rolach głównych. Czy ta wypowiedź jest dla  ciebie czymś  w rodzaju alibi usprawiedliwiającego twoje niekoniecznie pochwalane przeze mnie mocne wejście do tego współczesnego brzmienia muzyki popularnej? Piszesz bowiem również i takie zdanie: „Obecnie pracuję nad debiutanckimi utworami. Chcę w nich opowiadać o emocjach, trudach życia codziennego i poszukiwaniach swojego miejsca w świecie w różnych około-popowych dźwiękach.” Dlaczego nie w innych?

Muzyka popularna już wielokrotnie sięgała po motyw śpiewania na wesoło o smutnych kwestiach. Motyw danse macabre istnieje od średniowiecza. Cała twórczość Anny Jantar wygląda podobnie- wesołe melodie, często smutne teksty. Nie jest to coś, co okryłem. W muzyce wszystko już było, są tylko nowe formy jej wyrażania. Ja przez tą piosenkę chciałem opowiedzieć trochę pewną historię na mój własny sposób, jakąś część mnie wyrazić. Jest to taka forma autoterapii. Mój projekt solowy to różna muzyka, ale około-popowe dźwięki, czyli chwytliwe melodie i przede wszystkim teksty z nutą psychologicznych obserwacji. Około-popowy nie znaczy, że nie może to być rock! Odwołam się do zespołu Queen – choć ich styl to rock, to na pewno była to muzyka popularna, czyli popowa. Sam Quebonafide rapuje, że „jest już pop”- tworzy hip-hop, ale jego twórczość stała się bardzo popularna.

„Muzyka – jak każda inna forma sztuki – to przede wszystkim emocje. Jeśli twórczość na pewnym etapie wiąże się z szeroko pojmowanym „sukcesem”, to powinien to być niezamierzony efekt uboczny (oczywiście bardzo miły), ale nigdy cel sam w sobie. Tworzenie z nastawieniem, że odniesie się „efekt komercyjny”, popularność, sławę itd jest co do zasady z góry skazane na porażkę.” To cytat z mojego niedawnego wywiadu z Bartoszem Szczęsnym – wokalistą, który powrócił do śpiewania po wielu latach przerwy już jako dyrektor korporacji oraz człowiek świadomy swoich błędów młodości w pojmowaniu tak zwanej kariery i związanej z nią popularności. Zgodzisz się z jego przemyśleniami stojąc dziś sam na progu do (być może) wielkiej kariery, czy też masz na ten temat inne zdanie?

Nie chce wróżyć, jaka to będzie kariera. Mam za duże oczekiwania, ale z doświadczenia wiem, że szczególnie w sztuce nie można być niczego pewnym. Można po latach doświadczeń wiedzieć, co można robić, żeby ten sukces móc bardziej osiągnąć, ale nawet najlepsze kompozycje, czy promocja nie gwarantują sukcesu w muzyce. Muzyka to przede wszystkim emocje. Muzyka to przede wszystkim sztuka. I żeby tworzyć sztukę, trzeba być artystą. Sukces bywa efektem ubocznym, ale może też dla niektórych być częścią podążania i aspiracji. Pytanie, jak definiujemy sukces, jak definiujemy sztukę. Możemy tworzyć muzykę do szuflady, a więc nie będzie ona trafiać do nikogo i tak będziemy artystami, może nawet całkiem dobrymi, niemniej wtedy zaciera się funkcja muzyki jak i sztuki, która ma przekazywać emocje komuś. Pisanie dla siebie – może to być wyrażenie emocji twórcy, ale będę się upierał, że muzyka jest tworzona po to, by była też dla kogoś. By był nadawca i odbiorca. Ja kocham muzykę i nie mogę bez niej żyć. Jestem człowiekiem ambitnym i inaczej patrzę na sukces dla siebie lub jako sukces w muzyce. Dążę do tego, by robić muzykę i chcę, by trafiała do ludzi. Chcę móc z tego żyć na dobrym poziomie. To będzie jakiś „sukces” dla niektórych i dążę do tego. Ale moja poprzeczka sukcesu jest wyżej i uważam, że prawdziwym sukcesem jest np. to co robi Podsiadło lub Cleo. Ale do takiej formy sukcesu nie dążę jako cel sam w sobie.

Pomimo kilku różnic w naszych poglądach na temat twojej debiutanckiej twórczości, bardzo ciepło przyjąłem twoją koncepcję rozpoczęcia i zakończenia teledysku. „Ale kiedy rzeczywistość była beznadziejna, fantazja stawała się niemal niezbędna” – otwierający cytat z książki „Gone zniknęli – Faza trzecia: Kłamstwa” Michaela Granta oraz „- Przypominasz mi coś, kiedy patrzę na ciebie, […] Coś, o czym nie chcę pamiętać. – Co? – Życie” z dzieła Marka Hłaski „Następny do raju” zamykający klip. Czy mógłbyś skomentować ten zabieg i dlaczego akurat te słowa?

Teledysk dla wielu moich znajomych był nieczytelny, więc postanowiłem dodać cytaty, które będą mówić, o czym on traktuje, jak i o czym jest piosenka. Tak, by widzowi było łatwiej zrozumieć historię w teledysku. Codziennie w życiu posługuję się cytatami, są esencją życia, np. mam tatuaże, a pod nimi cytaty. Cytat z książki Granta mówi o tym, o czym jest teledysk – ludzie na zajęciach fitness ćwiczą i zaczynają uciekać w fantazje dotyczące ludzi, którzy ich spotykają. Wyobrażenia te pozwalają im znieść ich problemy codzienne, konflikty wewnętrzne i zewnętrzne, są niejako ucieczką. Cytat Hłaski dotyczy ostatniej sceny i sceny blond dziewczyny z teledysku – Moniki i jej relacji z ojcem, którego przypomina bohater grany przeze mnie.

„Chciałbym, aby moja muzyka towarzyszyła ludziom w różnych sytuacjach i emocjach, by żyło im się łatwiej, nieco znośniej w turbulencjach życia – taka jest moja prywatna artystyczna misja” – to twoje słowa o tym, co chcesz zrobić dla swoich sympatyków. Co chciałbyś zrobić dla samego siebie, by w pełni poczuć satysfakcję jako artysta i stać się powszechnie rozpoznawalny, czego z serca ci życzę?

Jako artysta chciałbym móc dużo koncertować i tworzyć muzykę, która powoduje coś dobrego. Kocham kontakt z ludźmi, uwielbiam śpiewać, dzielić się tymi emocjami. Moja znajoma mówiła, że moje piosenki umilały jej czas, gdy walczyła z nowotworem w szpitalu. I chciałbym, aby tak właśnie moja muzyka działała na ludzi. Aby byli w stanie przyjść na koncert i by dawało im to przyjemność. Chciałbym oczywiście też słuchać moich piosenek np. w radiu, ale po to, by właśnie spełniała swoją nadrzędną funkcję – docierała do ludzi, których wesprze, pomoże i pozwali lepiej przeżywać emocje, życie.

Praca Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w czerwcu, lipcu i sierpniu AD 2020

Czy łatwo zabić polityka gazetą? Bardzo łatwo. Każdy dziennikarz i każdy polityk łapie tę dwuznaczność błyskawicznie, choć dzisiaj jeszcze łatwiej niż gazetą niszczy się ludzi (i idee) przez internet

Jolanta Hajdasz

Dlatego warto demaskować wszelkie mechanizmy, które służą manipulacjom, co stara się robić Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Co więc się działo w mediach podczas tegorocznego lata?

Wakacje w tym roku były dla dziennikarzy bardzo pracowite. Wiadomo, wybory. Symbolem manipulacji w ostatniej kampanii prezydenckiej w naszym kraju stał się niezawodny w takich sprawach niemiecko-szwajcarski koncern Ringier Axel Springer. Na finiszu kampanii, bo tuż przed druga turą wyborów prezydenckich (9 dni przed), wydawany przez ten koncern tabloid „Fakt” mocno uderzył w prezydenta Andrzeja Dudę, sugerując na swojej okładce nie tylko wypuszczenie z więzienia pedofila, ale wręcz sprzyjanie takim przestępcom. Trzymał córkę, bił po twarzy i wkładał jej rękę w krocze – takiej treści tytuł uderzał z okładki „Faktu”. Całość zilustrowano dużym zdjęciem prezydenta Andrzeja Dudy patrzącego w dół, nie prosto w oczy czytelnika.

To manipulacja przekazem, w którym PAD miał być łączony z molestowaniem dziecka bez względu na rzeczywiste okoliczności jego związku z opisywaną sprawą. Należy przy tym pamiętać, że ten tabloid to gazeta, która w Polsce sprzedaje się w największym nakładzie, do czytelników codziennie trafia powyżej 200 tysięcy jej egzemplarzy, a treści z tabloidu powiela i jego strona internetowa, i powiązane z nim biznesowo portale, i konta w mediach społecznościowych

Media RAS są praktycznie bez przerwy nr 1, jeśli chodzi o liczbę cytowań w Polsce, ich newsy rozchodzą się w tysiącach miejsc i milionach odsłon. Siła oddziaływania takiego zmasowanego ataku medialnego jest ogromna. Gdy zauważymy przy tym, iż w Niemczech w gazetach należących do tego samego koncernu (np. w „Die Welt”) ukazały się artykuły, w których przedstawiano kontrkandydata Andrzeja Dudy jako bardziej pożądanego przez Niemcy potencjalnego prezydenta, to jeszcze trudniej uznać te działania za przypadkowe i zakładać, iż profesjonaliści z „Faktu” popełnili te rażące błędy dziennikarskie w sposób nieświadomy.

Dlatego Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP opublikowało protest przeciwko manipulacjom tabloidu, bo były ona elementem nieuczciwej gry politycznej na finiszu kampanii prezydenckiej w Polsce. W sierpniu przekazaliśmy odpowiedź CMWP na krytyczne stanowisko OBWE na temat przebiegu kampanii prezydenckiej z Polsce. Negatywna ocena dokonana przez tę organizację nie odzwierciedla rzeczywistego przebiegu wolnych i demokratycznych wyborów prezydenckich w naszym kraju i ich medialnego obrazu

Chłopcem do bicia są dla tych zagranicznych obserwatorów nieustająco polskie media publiczne, a szczególnie TVP, podczas gdy praktycznie nie dostrzegają oni roli mediów prywatnych i ich ogromnego wpływu na decyzje polityczne Polaków. Pełen raport zagranicznych obserwatorów z OBWE o wyborach prezydenckich w Polsce ma być gotowy we wrześniu; ciekawe czy odnajdziemy w nim postulowany stale przez to gremium obiektywizm i pluralizm?

CMWP SDP z uwagą i niepokojem obserwowało przyczyny i okoliczności odwołania red. Piotra Jedlińskiego z funkcji prezesa Radia Nowy Świat i zaapelowało do kierownictwa tej stacji o poszanowanie zasady wolności słowa po tym, jak red. Piotr Jedliński określił na antenie słowem rodzaju męskiego („aktywista”) aresztowanego działacza LGBT Michała Sz., posługującego się żeńskim pseudonimem Margot, w konsekwencji czego dziennikarz stracił pracę i udziały w zakładanej przez siebie stacji

Całe lato poza tym to była „akcja Trójka”, czyli konflikty na linii kierownictwo Polskiego Radia – dziennikarze. Najpierw mieliśmy szumne protesty przeciwko rzekomej cenzurze, potem jeszcze bardziej spektakularne szumne odejście z Trójki – „w proteście” – grupy mniej i bardziej znanych dziennikarzy, którzy założyli, jak się szybko okazało, rzekomo wolne i niezależne Radio Nowy Świat. Szybko ta ich wolność się skończyła, bo okazało się, że wystarczy nazwać aktywistę LGBT „aktywistą” (czyli mężczyzną), podczas gdy on uważa się za kobietę, by stracić pracę i udziały w zakładanej przez siebie firmie, o czym boleśnie przekonał się były już prezes tego radia.

Ale Polskie Radio zaledwie tydzień później popisało się w równie spektakularny sposób. Po zaledwie trzech miesiącach odwołało z funkcji powołanego przez siebie dyrektora PR III, bo „nie ma wyników”, bo „narusza regulamin” i „przekracza kompetencje”, a zupełnie zapomniało, iż podjął się on tej pracy w chwili wielkiego kryzysu wizerunkowego radia, wyciszając konflikt z zespołem, więc może warto dać mu szansę na dłużej niż 3 miesiące. Po raz kolejny dziennikarze odchodzą „w proteście”, a sytuacja w Trójce jest dowodem tłumienia wolności mediów przez obecne władze. Taki typowy strzał w stopę, a raczej, w stopę i w kolano jednocześnie.

WYBRANE SPRAWY Z DZIAŁALNOŚCI CMWP SDP W CZERWCU, LIPCU I SIERPNIU 2020 r.

4 czerwca 2020

Prezydent Andrzej Duda ułaskawił miejskiego aktywistę i dziennikarza obywatelskiego Jana Śpiewaka. CMWP SDP broniło go w procesach sądowych

Prezydent Andrzej Duda ułaskawił miejskiego aktywistę i dziennikarza obywatelskiego Jana Śpiewaka. Prezydent zdecydował się na skorzystanie z prawa łaski w sprawie zniesławienia mecenas Bogumiły Górnikowskiej, córki byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego. W 2017 r. na portalu Twitter Jan Śpiewak wyraził opinię, iż „jedna z adwokatek, córka byłego ministra sprawiedliwości, przejęła w 2010 r. kamienicę „metodą na kuratora”. To zniesławienie mec. Górnikowskiej miało kosztować Jana Śpiewaka 15 tys. zł (grzywna + tzw. nawiązka na cel społeczny). CMWP SDP zajmowało w tej sprawie stanowiska, wysyłając je do sądów i publikując na stronie cmwp.sdp.pl. Po ostatnim wyroku z 13 grudnia 2019 r., skazującym prawomocnie Jana Śpiewaka na karę grzywny i wysokiej nawiązki, CMWP SDP apelowało publicznie w swoich stanowiskach do Prezydenta RP o jego ułaskawienie. (…)

3 lipca 2020

Plaga fake newsów w trakcie lockdownu. Wyniki badań PAP na temat zmian w pracy dziennikarzy w czasie pandemii koronawirusa. CMWP SDP wspierało PAP w tym projekcie

W badaniu „Praca dziennikarza w dobie koronawirusa i lockdown”, przeprowadzonym we współpracy z Instytutem Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego (IRSI), uzyskano odpowiedzi 316 dziennikarzy, dotyczących ich sytuacji zawodowej i wykonywanej przez nich pracy od początku pandemii w Polsce przez prawie 3 miesiące jej trwania. Wybrane wyniki:

  • Prawie połowa respondentów uznała, że sytuacja związana z COVID-19 niesie za sobą zagrożenie dla funkcjonowania dziedzin/branż, którymi zajmują się na co dzień. 35% z nich zostało zmuszonych do opisywania tych zagadnień, w których wcześniej się nie specjalizowali. Badani wskazali, że w czasie pandemii – pomimo ograniczenia mobilności oraz pracy zdalnej – pracują więcej.
  • Prawie połowa pytanych (45%) uważa, że można wręcz mówić o pladze fake newsów w trakcie lockdownu.
  • 80% badanych stwierdziło, że w dobie pandemii większą uwagę zwraca na weryfikację wykorzystywanych w swoich materiałach informacji.
  • Przeszło połowa badanych uznała również, że zwiększeniu ulegnie częstotliwość korzystania z webinariów i podcastów (64%), wideorozmów (55%) oraz komunikatorów internetowych (53%). (…)

13 lipca 2020

„Lepiej wierzyć w siłę mediów, łatwiej się potem przed nią obronić”. Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, w tygodniku „Sieci” o prowokacjach mediów wobec Prezydenta Andrzeja Dudy i roli mediów w kampanii prezydenckiej

– Media w demokracji zawsze odgrywają bardzo ważną rolę, ale w tej kampanii prezydenckiej była ona wyjątkowa. Miały decydujący wpływ na decyzje wyborcze zarówno w pierwszej, jak i w drugiej turze. (…) Wolność słowa nie jest wartością samą w sobie. Granicą jest odpowiedzialność, dobro drugiego człowieka. Nigdy nie można tłumaczyć wolnością słowa brutalnego naruszania dóbr osobistych drugiej osoby, szczególnie jeżeli nie jest ona osobą publiczną. Granica w tej kampanii została przekroczona na pewno przez tabloid „Fakt”. Z aktu łaski prezydenta z marca bieżącego roku wobec osoby skazanej za przestępstwo pedofilii, która odsiedziała swój wyrok, „Fakt” zrobił podstawowy oręż w walce przeciwko ubiegającemu się reelekcję Andrzejowi Dudzie, choć on tylko uchylił zakaz zbliżania się, na prośbę skrzywdzonej rodziny – powiedziała dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, w rozmowie z red. Aleksandrą Jakubowską dla tygodnika „Sieci”. Wywiad ukazał się w wydaniu papierowym 13 lipca br.(…)

17 sierpnia 2020

Protest CMWP SDP przeciwko blokowaniu przez YouTube publikacji filmu harcerzy o powstaniu warszawskim

Protest CMWP SDP przeciwko blokowaniu przez YouTube publikacji filmu harcerzy o powstaniu warszawskim. Zabiegi o nieskrępowaną publikację kilkuminutowego, wzruszającego, amatorskiego filmu zrealizowanego przez młodzież trwały 18 dni, dopiero 17 sierpnia YouTube opublikował filmik bez zastrzeżeń

W lipcu br. grupa harcerzy z ZHR samodzielnie zrealizowała clip filmowy pt. Kilka dni, którym chciała upamiętnić 76 rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. 31 lipca harcerze próbowali opublikować film na swoim kanale na platformie YouTube, najpowszechniejszym w Polsce kanale dystrybucji dla amatorskich treści audiowizualnych. Publikacja clipu okazała się niemożliwa, harcerze otrzymali jedynie tzw. pierwsze ostrzeżenie i informację, że ich produkcja narusza „reguły bezpieczeństwa”. Międzynarodowy koncern Google, który jest właścicielem serwisu internetowego YouTube nie podał przy tym żadnych realnych przyczyn tej radykalnej decyzji, poinformował jedynie – jak zwykle w takich przypadkach – iż stało się to z powodu rzekomego „naruszenia Wytycznych dla Społeczności”. Korespondencja i próby odwoływania się od tej decyzji platformy YouTube nie przynosiły rezultatów. Dopiero gdy sprawa została opisana w innych mediach (m.in. na portalu wpolityce.pl), YouTube przyznał się do błędu i 17 sierpnia udostępnił film bez ograniczeń.

CMWP SDP podkreśla, iż jest to przykład cenzury stosowanej przez YouTube. Szczególnie bulwersujący jest przy tym fakt, iż YouTube usunął z przestrzeni publicznej publikacje wyrażające ważne i dla wielu Polaków fundamentalne treści w momencie, gdy ze względu na przypadającą w tych dniach rocznicę wybuchu powstania opinia publiczna była nimi najbardziej zainteresowana, a to w oczywisty sposób zmniejszyło liczbę potencjalnych odbiorców filmu. YouTube zablokował także możliwość tzw. monetyzacji kanału, czyli uniemożliwił twórcom filmu zarabianie na jego dystrybucji, co jest również ograniczeniem bez względu na to, czy twórcy filmu z tej możliwości chcieliby skorzystać.

Nie jest to pierwszy przypadek blokowania patriotycznych treści dotyczących powstania warszawskiego przez YouTube. 6 sierpnia ub. roku platforma zablokowała kanał Radia Maryja po publikacji na nim homilii abpa Marka Jędraszewskiego, metropolity krakowskiego, wygłoszonej z okazji 75 rocznicy wybuchu powstania warszawskiego.

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Wolność słowa AD 2020. Wakacje” znajduje się na s. 4 i 5 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Wolność słowa AD 2020. Wakacje” na s. 4–5 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Cisza jak ta. Muzyka Romualda Lipki”. Festiwal w Opolu 2020 – mizerny hołd dla Mistrza. Blichtr i małość ponad sztukę.

Sami artyści wespół z „mistrzami” aranżu zdawali się mieć w głowie pewien song Wojciech Młynarskiego, gdzie pojawia się taka oto fraza: Co by tu tu jeszcze spie*rzyć Panowie (Panie – dodam od siebie).

Za nowe aranżacje szlagierów, które wyszły spod ręki mistrza Romualda Lipki, jednego z najlepszych melodyków obok Marka Jackowskiego, odpowiadali m.in. Grzegorz Urban, Filip Torres, Filip Siejka, czy Paweł Rurak – Sokal. Z wielkiej festiwalowej chmury nie spadł nawet kapuśniaczek. Ziemia nie zadrżała a aniołowie nie oniemieli.

A mnie zrobiło się bardziej niż smutno, że hołd pamięci dla Romualda Lipki „Cisza, jak ta” był koncertem, z kilkoma wyjątkami, bardzo lichym. Nazwę wprost: po prostu mizernym.

Tomasz Wybranowski

Autorom i aranżerom koncertu przyświecała, jak mi się zdaje, jedna idea: zbudować kontrasty między kanonicznymi wersjami songów napisanych przez nieodżałowanego pana Romka Lipki a wariacjami przygotowanymi na jego festiwalowe wspomnienie. Koncert „Cisza, jak ta” odarła jednego z największych polskich kompozytorów z rockowego pazura i piosenkowego mistrzostwa.

Bogu dzięki, że koncert prowadził Artur Orzech. Dzięki niemu bohaterem wieczoru był Romuald Lipko za sprawą przytaczanych przez konferansjera anegdot i cytatów muzyka, który odszedł w lutym tego roku.

Sami artyści wespół z „mistrzami” aranżu zdawali się mieć w głowie pewien song Wojciech Młynarskiego, gdzie pojawia się taka oto fraza

Co by tu tu jeszcze spie*rzyć, Panowie? Co by tu jeszcze? (…i Panie – dodam od siebie).

Piosenka po piosence

„Takie tango” i Justyna Steczkowska… Cóż, wielki melodyk i kompozytor Romuald Lipko został w tej aranżacji (gdyby ktoś nie znał oryginału) sprowadzony do miana piszącego nuty dla trzeciego składu piosenkarek i tancerek z pseudo – Moulin Rouge. Pani Steczkowska taka jak zwykle, trochę nagości, epatowania ciałem i melizmaty, które powiela od czasów pamiętnej Maanamowej „Szansy na sukces”. Z rock’n’rollowego tanga nie zostało nic. Niestety.

Potem Sławomir Uniatowski i słabe, bezbarwne wykonaniu piosenki „Dmuchawce, latawce, wiatr”. Anemicznie głosowa kondycja pana Uniatowskiego i sposób wykonania hitu Urszuli zdawały się świadczyć o tym, że artysta śpiewał tę piosenkę za karę.

Przypomnę, że pani Urszula postanowiła nie wystąpić w tym koncercie, choć dyrektor artystyczny Marek Sierocki twierdził, że … wystąpi. Ale można mu wybaczyć, bo owym dyrektorem został kilka tygodni przed festiwalem.

A potem pani Maryla Rodowicz, która niemiłosiernie męczyła się ze doskonałą melodią i natchnionym i rozdzierającym tekstem Marka Dutkiewicz. Jej piosenka „Tak nam słodko, tak nam gorzko” zabrzmiała jak śpiewany z niechęcią – przepraszam za porównanie – jeden z hymnów socjalistycznej młodzieży.

Ten występ udowodnił, że królowa polskiej piosenki pani Rodowicz już powinna się żegnać powoli ze sceną i koncertami na żywo. Słychać to było w quasi – bisie, w który zaintonowała refren a’capella.

Występu Kamila Bednarka i jego interpretacji „Martwego morza” Budki Suflera łaskawie nie skomentuję. Ta pieśń w jego ustach zabrzmiała jak “pioseneczka przy ognisku”. Bez ognia, bez mocy i bez “wejścia w tekst”. A hasło rzucone ku publiczności: „Opole, wszystkie łapy w górę!”, podczas muzycznego hołdu dla jednego z największych kompozytorów, to jakieś qui pro quo! Przynajmniej dla mnie…

I kiedy myślałem, że gorzej już być nie może, to…  Jednak stało się! Na scenie zameldowali się Sound’n’Grace.

Rockowa petarda „Piąty bieg” w wersji gospel – kumbaya to jakiś żart, mało zabawny gag piosenko-podobny. W takiej dyspozycji chór Sound’n’Grace mógłby pojawić się na przeglądzie piosenki turystycznej Yapa (i to w konkursie odrzuconych). Jeżeli jest to obecnie nasz eksportowy chór, to lepiej go … nie eksportować. Prostacki aranż, wedle zasady „niech nikt ze śpiewających się nie wychyla” i banalnie głosowo, ot tak na jedną ósmą gwizdka.

W końcu na scenie zameldował się Piotr Cugowski. Wyśpiewał z emocjami, z głębi serca przebój „Aleją gwiazd”, którą zaczarowała publiczność na wieki Zdzisława Sośnicka. Warto przy tej okazji pamiętać, że piosenki komponowane dla Urszuli, Zdzisławy Sośnickiej czy Izabeli Trojanowskiej wykonywała z reguły Budka Suflera. Z muzyków Budki Suflera nie pojawił się ani Tomasz Zeliszewski, ani Mieczysław Jurecki. Zabrakło też Jana Borysewicza.

Piotrze Cugowski, dziękuję za emocje i jak zwykle profesjonalizm w każdym calu. Po raz pierwszy tego wieczoru, nieco filmowo – bondowska aranżacja dodała mroku i skupienia. To był jeden z niewielu świetlistych i mocnych punktów koncertu ku czci Romualda Lipko.

„Strefa półcienia” i Natalia Zastępa. Obsadzenie utalentowanej osiemnastolatki w rockowym wymiataczu, to jakieś kosmiczne nieporozumienie. Nikt Natalii Zastępie nie odbiera talentu. Potrafiła zaczarować jury i widzów podczas “The Voice Kids” czy „The Voice of Poland” w popowej stylistyce, ale… do śpiewania rocka po prostu się nie nadaje. Albo jeszcze się nie nadaje.

Wykonanie „Strefy półcienia” było bojaźliwe, na ściśniętym gardle i tylko czasami zdarzyły się małe przebłyski. Kolejny rockowy pocisk zamienił się w miałką piosenkę… Niestety (znowu!).

„Między nami nic nie było”

Ale potem było jeszcze gorzej. Oto „Bal wszystkich świętych” i Blue Cafe. Byliśmy świadkami dokumentnej egzekucji tego szlagieru duetu twórców Romuald Lipko – Andrzej Mogielnicki.

Popowa łupanka wpleciona została w smutne piano. Ze swoimi umiejętnościami głosowymi i dykcyjnymi pani Dominika Gawęda – Szczepanik nie powinna nawet myśleć o tym, aby zbliżyć się do partytury tego typu przebojów.

To dla Ciebie Romuald – rzuciła na koniec pani Dominika.

Ciekawe, czy w ogóle rozmawiała ona z panem Romkiem Lipko albo w ogóle go poznała? Warto zwracać uwagę na maniery w dzisiejszych (tak na marginesie).

Jednym z największych rozgoryczeń wieczoru było wykonanie przez Beatę Kozidrak piosenki – świętości z pierwszej płyty Budki Suflera „Cień wielkiej góry”. Interpretacyjnie, wokalnie i aranżacyjnie jedna wielka i przejmująca tragedia! Pani Beato, dlaczego?!!!

Góry wysokie, co im z Wami walczyć każe?
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu, lecz następni pójdą dalej!

W przypadku tego wiecznie zielonego super hitu, z debiutu Budki Suflera z roku 1975

Góry wokalne i interpretacyjne były dla wokalistki grupy Bajm zdecydowanie za wysokie i nie do przejścia.

Chwilę później na opolskiej scenie pojawiła się elegancka i uśmiechnięta Izabela Trojanowska. Zabrzmiały pierwsze takty „Wszystko czego dziś chcę”. To dla niej pan Romek napisał ten song! Pani Izabela zaśpiewała ją po swojemu, choć nieco inaczej (bo prawie z perspektywy 40 lat od jej nagrania). Duch piosenki został zachowany a ja przeniosłem się do czasów dzieciństwa. Wielka szkoda, że zabrakło Jana Borysewicza i jego gitary.

Więcej mi nic nie trzeba…

I wreszcie zdarzyła się historia nieprawdopodobna. „Tyle samo prawd, ile kłamstw” Igor Herbut i Kuba Badach obok siebie, fortepian w fortepian. Drugi ważny i podniosły moment tego kuriozalnego, niedopracowanego i kiepsko przygotowanego hołdu ku czci pana Romka Lipki.

Obok Piotra Cugowskiego – Igor i Kuba dali z siebie wszystko. Wyborny jazzujący aranż i dwa doskonałe głosy. Przypomnę, że Igor Herbut wydał w tym roku znakomity album „Chrust” i jest to jeden z kandydatów do płyty roku 2020. Natomiast wykonanie „Tyle samo prawd, ile kłamstw” od wczoraj jest już historyczne i zostanie uznany za jedno z wydarzeń nie tylko podczas tego festiwalu, ale w ogóle w całej historii Opola.

Z „Malinowym królem” zmierzyła się Ania Dąbrowska. To była jedna z moich ulubionych wokalistek do czasu jej trzeciej solowej płyty. Tym razem wykonawczyni przestrzeliła z tonacją i (niestety) nie przyłożyła się do wykonania.

To było już kolejne bolesne rozczarowanie tego wieczoru. W refrenie Ani Dąbrowskiej zabrakło oddechu i trochę „góry”, aby czysto zaśpiewać… Dlaczego tym razem muzyka nie przeszkadzała?!…

Potem nadszedł czas na „Za ostatni grosz”. I wreszcie, mimo wodewilowej aranżacji, z głośników rozlał się lawą dźwięków rock! Ale skoro Maciek Balcar stanął przy mikrofonie a z gitarą ex – Sufler – Marek Raduli to nie mogło być inaczej. Swoją drogą te wspaniałe rockowe rakiety wyczarowane przez Romualda Lipkę straciły przez orkiestrowe aranżacje.

Dęciaki w „Za ostatni grosz” nie przekonują za … grosz!

„Jest taki samotny dom”. Na scenie pojawił się Andrzej Lampert, uznany śpiewak operowy, który … oparł swoją interpretację na ponadczasowym niczym wzorzec metra w Sevres, wykonaniu Krzysztofa Cugowskiego. Dobre wykonanie, mimo że chór Sound’n’Grace jak mógł… nie pomagał. Ale w mojej głowie zrodziło się pytanie kolejne. Po co ktoś w zastępstwie, skoro mógł to zaśpiewać sam Krzysztof Cugowski?

„Jestem twoim grzechem”. No cóż, Red Lips i Joanna „Ruda” Lazar. I tyle, i już! Dlaczego?

Albowiem lepiej o tym występie Red Lips nie pisać nic i jak najszybciej o nim zapomnieć.

A potem nadszedł czas na poczciwą „Jolkę”. Na scenie sam mistrz Felicjan Andrzejczak. Mimo siódmego krzyżyka wciąż dysponuje mocnym głosem. Pan Felicjan był wyraźnie przejęty i wzruszony udziałem w tym koncercie. Z każdą minutą jego głos nabierał mocy i stawał się dostojniejszy, tak iż w finale zdawało mi się, że przeniosłem się do roku 1982!

I tak bardzo zabrakło w tym właśnie punkcie koncertu, gdy rozbrzmiewała „Jolka, Jolka”, i Tomasza Zeliszewskiego i Mieczysława Jureckiego. Bo to ta dwójka muzyków, obok Romualda Lipki, nagrała ten hymn niespełnionych miłości i nadziei.

Potem na scenie opolskiego festiwalu przydarzył się epizod z pogranicza komedii i kpiny. Tak bowiem jedynie mogę nazwać „występ” pana Piotra Jana Kupichy i katowickiej grupy Feel. Ciekawe, czy przyjmie się powiedzenie: Śpiewasz jak Kupicha „Twoje radio” Budki Suflera, aby wzorcowo opisać jak śpiewać nie należy. Ja do Opola już nigdy grupy Feel bym nie zaprosił, choćbym miał wypić cykutę!

Tutaj jeden ze wspominkowych wywiadów z Romualdem Lipko:

Ale wreszcie na scenie pojawił się Krzysztof Cugowski. Wiedziałem, że może zabrzmieć tylko ten song – „Cisza jak ta”. Wykonanie godne mistrza. Słowa napisane przez Andrzeja Mogielnickiego wybrzmiały w jądrach łez, które obudziły się ponownie opłakując odejście Romualda Lipki. Myśląc, że to koniec zacząłem przeglądać winyle Budki Suflera. Ale niestety (NIESTETY!) to nie był finał.

Niestety na deski festiwalowe wtoczył się po raz kolejny Sound’n’Grace. Muszę przypomnieć, że Anna Jantar, gdy wyśpiewała w 1979 roku  „Nic nie może przecież wiecznie” (i ten teledysk z miastem Sandomierz i Bramą Opatowską), uczyniła z niej jedne z polskich standardów piosenki. Wykonanie Sound’n’Grace w wielkim finale takiego koncertu było chóralnym odbębnieniem „wykonu”. Nic więcej… Tym bardziej szkoda.

Bogu dzięki, że Artur Orzech nie przedstawiał artystów i „artystów”, ale opowiadał o naszym panu Romku. Pan Romek Lipko był przyjazny i otwarty dla początkujących dziennikarzy i radiowców. Jak mawiał z uśmiechem:

Trzeba z wami dobrze żyć. Jak nas już nie będzie, to jest nadzieja, że czasem zagracie moje piosenki.

Panie Romku, panie Romualdzie drogi – zawsze i wszędzie, byle tylko trochę eteru radiowego. Jedno jest pewne, byłby dumny i wzruszony słysząc wykonania swoich piosenkowych dzieł przez Piotra Cugowskiego i duetu magicznego Igor Herbut – Kuba Badach!

Tomasz Wybranowski

Tutaj mój radiowy hołd dla Romualda Lipki, na który złożyły się fragmenty pięciu wywiadów z różnych okresów:

Urlop na Mazurach. Niepowtarzalne wrażenia co do infrastruktury, kultury, procedur… Ale największym cudem jest natura

Przy oczku wodnym ląduje bocian, czmychają żaby. Rodzinka szopów przenosi się na nową działkę. Lis sprawdza, czy ludzie zostawili dla niego smakołyki. Płynącą po kanale krypę „oklaskuje” ogonem bóbr…

Stanisław Florian

Do niedawna stres kierowców zaczynał się między Siewierzem a Częstochową. Teraz (…) mija się Częstochowę, wracając na tzw. gierkówkę. Dopiero tu zaczyna się gehenna: w związku z budową autostrady A2, aż do obwodnicy Łodzi kierowcy suną jednym pasem raz po lewej, raz po prawej stronie… (…) To, że mimo te wszystkie komplikacje komunikacyjne, Mazury są licznie odwiedzane przez wczasowiczów od Dolnego Śląska po Podlasie – to prawdziwy cud infrastrukturalny.

Co roku wśród zamieszkującej na Mazurach, m.in. w podgiżyckich Miłkach, mniejszości rusińskiej, m.in. Łemków i Bojków przesiedlonych w latach 1947–1950 z Bieszczad i Beskidu Niskiego w ramach tzw. Akcji Wisła – na przywitanie lata odbywają się obrzędy tzw. kupałnocki, czyli Nocy Kupały.

W tym roku – ze względu na COVID-19 – na najbardziej na północ wysuniętej przystani żeglarskiej Mazur, Ecomarinie, można było zobaczyć, posłuchać, przetańczyć i prześpiewać „Noc po-Świętojańską”, przygotowaną przez wolontariuszy z Młodzieżowej Rady Miejskiej w Węgorzewie. Oprócz ciekawych aranżacji pieśni ludowych w wykonaniu męskiego zespołu instrumentów tradycyjnych „Wytwórnia Sztuki”, węgorzewska młodzież dała porywający pokaz pradawnych tańców związanych z obrzędami walki dobra ze złem, światła i ciemności, życia ze śmiercią, miłości i nienawiści.

W węgorzewskiej tawernie „Keja” wieczorne koncerty szantów, m.in. EKD Gdynia, żeglarskie karaoke i piątkowe dyskoteki po świt. Precz z maskami – wszyscy z odkrytymi przyłbicami.

Prawdziwy cud pojednania kultur słowiańskich na ziemiach dawnych Prusów i Jaćwingów.

Odwiedziny u przyjaciół rodziny pod Kalem nad Mamrami. Nowoczesna, stylizowana rezydencja, z tarasami opadającymi ku łąkom, zaroślom i zagajnikom nad ukrytą w gąszczu strugą. Korzenne zapachy ziół i roślin bagiennych, a wśród nich – łosza z młodym łoszakiem…

Nocleg w jednym z domków rodzinnych ogrodów działkowych. Przy ogrodowym oczku wodnym ląduje bocian, czmychają żaby. Wieczorem – za ogrodzeniem rodzinka szopów przenosi się na nową działkę. Lis przechadza się nad ranem, sprawdzając, czy ludzie nie zostawili dla niego smakołyków po grillowaniu

W noc Perseidów leżysz na tarasie, ogarniając nieba przestwór i śląc życzenia ku rojowi spadających gwiazd. Płynącą po kanale krypę „oklaskuje” ogonem bóbr. Na jeziorze fala za falą… Trzymajcie się, dziewczyny, za liny!

Patrioci powiatu węgorzewskiego od paru lat przygotowywali na 100-lecie odzyskania niepodległości i „cudu nad Wisłą” – uroczyste ufundowanie pomnika Piłsudskiego. Po początkowej euforii lokalnych władz, zebraniu datków od bliższych, a zwłaszcza dalszych zwolenników tradycji patriotycznych – burmistrz miasta wycofuje poparcie i cudem udaje się w platformerskiej radzie miasta zmienić nazwę placu Wolności na plac Niepodległości.

Cały artykuł Stanisława Floriana pt. „Mazury, cud…” znajduje się na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Stanisława Floriana pt. „Mazury, cud…” na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 75/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego