W dniach 15-17 października w Warszawie, odbędzie się 15. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej „Ad Libitum” 2020

Podczas trzech dni festiwalu w Sali im. Wojciecha Krukowskiego, Laboratorium przy Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, usłyszymy 8 koncertów i będziemy świętować aż dwa jubileusze.

W dniach 15-17 października w Warszawie, odbędzie się 15. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej „Ad Libitum” 2020. Trzy dni festiwalu w Sali im. Wojciecha Krukowskiego, Laboratorium przy Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski to 8 koncertów i aż dwa jubileusze.

Na Festiwalu Ad Libitum 2020 gościć będą polscy improwizujący muzycy i zespoły specjalizujące się w improwizacji. Jazz i swobodną improwizację reprezentować będzie trio RGG (jubileusz 20-lecia istnienia formacji), muzykę nową i improwizowaną – renomowany Hashtag Ensemble i Spontaneous Chamber Music. Wystąpią także muzycy z innych krajów, mieszkający i tworzący w Polsce – francuski kontrabasista Sébastien Beliah wraz z argentyńskim improwizatorem i kompozytorem Maxem Boberem. Polskie improwizatorki i kompozytorki, związane swoimi zawodowymi planami z Nowym Jorkiem (Nina Fukuoka), Berlinem (Martyna Poznańska), Aarhus (Olga Szymula), połączą swoje artystyczne działania we wspólnym koncercie/performansie. Usłyszymy polskich kompozytorów różnych generacji (Sławomir Kupczak, Anna Sowa, Andrzej Kwieciński), którzy we współpracy z Hashtag Ensemble stworzą utwory z otwartymi na improwizację partiami dla muzyków zespołu. Gośćmi Festiwalu będą także takie artystyczne osobowości, jak Rafał Mazur (20 lat na scenie muzyki improwizowanej), Dominik Strycharski, Artur Majewski, Marta Grzywacz, Paweł Szpura i Łukasz Kacperczyk.

Kontynuacją misji edukacyjnej będą warsztaty z wykorzystaniem metod improwizacji dyrygowanej z młodzieżą Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych przy ul. Bednarskiej – Orkiestra komunikatowa, poprowadzi znakomity altowiolista, improwizator i kompozytor Patryk Zakrocki (14 -16 października, Sala Edukacyjna)

Wszystkie wydarzenia będą transmitowane na żywo, na stronie
ad-libitum.pl

 

Program festiwalu:

14, 16 października, Sala Edukacyjna

Warsztaty z wykorzystaniem metod improwizacji dyrygowanej z młodzieżą Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych przy ul. Bednarskiej – Orkiestra komunikatowa. Prowadzenie – Patryk Zakrocki

Na przekór tradycji kształcenia młodych instrumentalistów, według której uczniowie rozwijają się wyłącznie poprzez odtwarzanie tego co zapisane w nutach, Patryk Zakrocki zaprasza młodzież do twórczych poszukiwań w obszarze improwizacji. Użyje w tym celu swojego autorskiego zastosowania metody conduction, czyli dyrygowania znakami – komunikatami. Warsztaty mają za zadanie uformować zespół młodych muzyków i otworzyć ich na rozmaite nietradycyjne techniki wykonawcze, wykorzystując metody improwizacji dyrygowanej. Tak stworzona Orkiestra komunikatowa wystąpi wraz z Patrykiem Zakrockim w finale Ad Libitum.

Czwartek, 15 października, godz. 19:00
on-line i w projekcji w Sali im. Wojciecha Krukowskiego, Laboratorium

Duet Sébastien Beliah, kontrabas / Max Bober, skrzypce

Pochodzą z Francji i Argentyny, lecz spotkali się w Warszawie i współtworzą tu miejscową scenę improwizacji. Grają razem przeróżne rzeczy – od intuicyjnych, akustycznych duetów, poprzez kompozycje muzyki eksperymentalnej i konceptualnej (zarówno utwory cudze, np. Phillipa Cornera, jak i własne), po improwizacje w szerszych składach, lub z towarzyszeniem elektroniki. Tym razem spotykają się w specjalnie zarejestrowanej dla Ad Libitum sesji, która ma na festiwalu swą premierę w formie wideo.

Nina Fukuoka, Martyna Poznańska, Olga Szymula – improwizacje wzajemne

Trzy artystki mieszkające w tej chwili poza Polską, lecz przecież współtworzące współczesną polską muzykę eksperymentalną. Kiedy pandemia zatrzymała w bezruchu świat, pomyśleliśmy, by przeciwstawić się temu siłą współpracy przekraczającej granice. Stąd pomysł sztafety, w której artystki związane dzisiaj z Nowym Jorkiem, Berlinem i Aarhus wzajemnie improwizują na bazie swoich istniejących utworów. Każda z artystek oddała jedną ze swych wcześniejszych kompozycji w ręce innej, aby ta przygotowała swą improwizację. I tak Nina Fukuoka wzięła na warsztat Aaaa-uuuh–a sonic trajectory through different expressions of how the environment thinks Martyny Poznańskiej, ta z kolei pochyliła się nad The subject a human is Olgi Szymuli, która zaś improwizuje do The Last Of Us, jednego z segmentów 6-częściowej partytury wideo SINGLE PLAYER Niny Fukuoki. Pomiędzy remiksem a improwizacją do istniejącej kompozycji jest całe pole możliwości. Całość przedsięwzięcia zostanie zaprezentowana jako trzyczęściowe wideo w premierowym pokazie na festiwalu.

Piątek, 16 października, godz.19.00 
Sala im. Wojciecha Krukowskiego, Laboratorium

Duet Artur Majewski, trąbka / Rafał Mazur, akustyczna gitara basowa

20 lat na scenie muzyki improwizowanej. Niemal od początku związany z festiwalem Ad Libitum. W tym czasie Rafał Mazur stał się jednym z najważniejszych mistrzów tej dziedziny muzycznej nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Grał i gra z największymi, m.in. z Joëlle Léandre, Guillermo Gregorio, Satoko Fujii czy w końcu Lawrencem D. „Butch” Morrisem. Tym razem z goszczącym po raz kolejny na festiwalu Ad Libitum Arturem Majewskim.

Spontaneous Chamber Music – Anna Gadt, głos / Anemie Osborne, wiolonczela / Marcin Olak, gitara / Patryk Zakrocki, altówka

Spontaneous Chamber Music powstał podczas dziewiątej edycji Ad Libitum, tuż po tym jak na jednej scenie spotkali się Marcin Olak i Patryk Zakrocki. Przez pięć lat nieprzerwanego istnienia duet z sukcesami zapraszał do współpracy tak różnych muzyków, jak Mikołaj Wielecki i Agustí Fernandez, a w swoim najnowszym, trzecim wcieleniu, holenderską wiolonczelistkę Annemie Osborne oraz wybitną improwizującą wokalistkę Annę Gadt.

Dominik Strycharski, flety / Paweł Szpura, perkusja / Łukasz Kacperczyk, syntezator modularny

Intrygująca muzyka będąca ratunkiem dla przeładowanego mózgu to być może najlepiej oddający stan rzeczy opis muzyki, jaką gra trio Strycharski/Kacperczyk/Szpura. Eksperyment z elektroniką, akustycznymi brzmieniami fletów prostych i perkusyjnymi splotami rytmu. Ponad stylami, ponad tym co zwykliśmy myśleć o twórczej kreacji, muzyka dzisiejszych czasów in statu nascendi.

Sobota, 17 października, godz. 19:00
Sala im. Wojciecha Krukowskiego, Laboratorium

Orkiestra komunikatowa pod kierunkiem Patryka Zakrockiego

Finał festiwalu otwiera Orkiestra komunikatowa stworzona w czasie dwudniowych warsztatów przez realizującego takie przedsięwzięcia znakomitego altowiolistę, improwizatora i kompozytora Patryka Zakrockiego.

Hashtag Ensemble z udziałem kompozytorów: Sławomira Kupczaka, Anny Sowy, Andrzeja Kwiecińskiego

Kolektywna improwizacja Hashtag Ensemble z kompozytorami Sławomirem Kupczakiem i Anną Sową oraz improwizacja na kanwie a 6 [+1] Andrzeja Kwiecińskiego
Po międzynarodowym sukcesie utworu Halny Sławomir Kupczak ponownie wziął na warsztat improwizację i oplótł ją swoją wysublimowaną partią elektroniczną. Wspólnie z zespołem improwizować będzie również Anna Sowa, która rzemiosło kompozytorskie szlifowała m.in. w Szanghaju i Bazylei. Wisienką na torcie występu Hashtag Ensemble będzie działanie innowacyjne w swym formacie. Improwizacja stanie się tu kolejną warstwą już istniejącego utworu – ciaccony a 6 [+1] Andrzeja Kwiecińskiego, która sama powstała jako przetworzenie XVII-wiecznej ciaccony Tarquinia Meruli. Efektem więc będzie podwójny muzyczny palimpsest.

Trio RGG – Łukasz Ojdana, fortepian / Maciej Garbowski, kontrabas / Krzysztof Gradziuk, perkusja, z udziałem improwizatorów: Marty Grzywacz, Artura Majewskiego, Dominika Strycharskiego

RGG to więcej niż fortepianowe trio, to band złożony z wybornych improwizatorów, których zaproszenia przyjmują m.in. takie sławy jak Evan Parker, Trevor Watts czy Samuel Blaser. To z nimi pod koniec życia chciał grać i grał Tomasz Stańko. Wywodzą się z jazzu, ale w swojej muzyce idiom ten poszerzyli bardziej niż którykolwiek inny jazzowy zespół w Polsce. Ich występ festiwalowy rozpoczyna świętowanie jubileuszu 20-lecia istnienia formacji.


Organizator: Fundacja Polskiej Rady Muzycznej
Partnerzy: Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Portal Jazzarium, Ruch Muzyczny
Patroni medialni: Dwójka Program 2 PR, Glissando i TVP Kultura
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Muzyka”, realizowanego przez Instytut Muzyki i Tańca
Festiwal współfinansuje Miasto stołeczne Warszawa

CMWP SDP: Jeden miesiąc i kilka bardzo istotnych spraw z punktu widzenia przestrzegania zasady wolności słowa w Polsce

Jedna z tych spraw ma szansę trafić do podręczników PR pod tytułem „Jak przegrać w walce z mediami?”. To próba zablokowania przez Z. Bońka pisania na jego temat w mediach. Odniosła odwrotny skutek.

Jolanta Hajdasz

Zbigniewa Bońka pisania w tej akcji wsparł Sąd Okręgowy w Warszawie, wydając kuriozalny zakaz publikacji na temat związków obecnego Prezesa PZPN z aparatem komunistycznym i niejasności finansowych dotyczących sprawowania przez niego tej funkcji. Taki zakaz przed publikacją to po prostu cenzura prewencyjna, zabroniona przez Konstytucję RP, o czym sąd pewnie wiedział, ale nie przeszkodziło mu to wydać postanowienia sprzecznego z nadrzędnym aktem prawnym, co samo w sobie jest skandalem. Ale działanie sądu w obronie pana Bońka było całkowicie przeciwskuteczne.

O jego związkach z aparatem komunistycznym i zarzutach finansowych wobec niego pisała tylko „Gazeta Polska”; o tym, że sąd zakazał pisania na ten temat – napisały chyba wszystkie gazety, rozgłośnie, telewizje i internetowe portale. Taka darmowa, potężna reklama tematu, który miał zniknąć z przestrzeni publicznej.

Do błędu przyznał się pośrednio sam prezes PZPN, który osobiście na Twitterze obwieścił, iż wycofuje się z żądania tego zakazu publikacji… Kto mieczem wojuje, od miecza ginie; jak widać, warto o tym pamiętać. (…)

2 września

Mamy do czynienia z cenzurą prewencyjną. CMWP SDP o zakazie pisania o zarzutach wobec prezesa PZPN w Telewizji Republika

Jolanta Hajdasz była gościem specjalnego wydania programu „Wolne głosy” red. Marcina Bąka w Telewizji Republika. Program poświęcony był decyzji sądu zakazującej „Gazecie Polskiej” i red. Piotrowi Nisztorowi publikacji na temat Prezesa PZPN i nieprawidłowości finansowych w związku. – Nie mam wątpliwości, że należy protestować przeciwko temu wyrokowi, przeciw zakazaniu pisania o osobach publicznych, o zarzutach, które muszą być wyjaśnione – powiedziała wiceprezes SDP o wyroku sądu na temat zablokowania publikacji „Gazety Polskiej”. – Postanowienie sądu jest zdumiewające i budzi stanowczy sprzeciw dziennikarzy, to po prostu cenzura prewencyjna – podkreśliła J. Hajdasz. (…)

4 września

Publikacja opinii CMWP SDP przesłanej do obserwatorów zagranicznych OBWE na temat kampanii prezydenckiej w mediach

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przekazało swoje uwagi do „Stanowiska w sprawie wstępnych wniosków i ustaleń Misji Specjalnej Oceny Wyborów ODIHR, Rzeczpospolita Polska – Wybory prezydenckie, druga tura, 12 lipca 2020 r.” w zakresie dotyczącym roli mediów.

W swoim stanowisku CMWP SDP podkreśliło, iż w opublikowanych stanowiskach ODHIR przedstawiono zastrzeżenia jedynie w odniesieniu do nadawców publicznych, nie przedstawiając oceny działań prywatnych instytucji medialnych w Polsce, relacjonujących kampanię prezydencką.

Tymczasem jest to bardzo ważny aspekt oceny przebiegu kampanii prezydenckiej w mediach w naszym kraju, ponieważ na rynku mediów – we wszystkich ich sektorach w Polsce – dominują media prywatne, w tym media o zagranicznej rezydencji podatkowej, więc ich działania mają ogromny wpływ na decyzje wyborcze Polaków. Sprowadzając ocenę kampanii prezydenckiej w mediach jedynie do powierzchownej oceny działań jednego z nadawców publicznych, jakim jest publiczna telewizja TVP SA, wypacza się rzeczywisty przebieg kampanii prezydenckiej. CMWP SDP zwraca uwagę, iż prowadzić to może do nieobiektywnej i w konsekwencji błędnej oceny przebiegu wyborów w Polsce, także na arenie międzynarodowej. (…)

14 września

Wsparcie CMWP dla inicjatywy Reduty Dobrego Imienia nowelizacji Prawa prasowego

24 sierpnia br. fundacja RDI przedstawiła publicznie na swojej stronie internetowej (anti-defamation.org/; rdi.org.pl) obywatelski projekt nowelizacji ustawy Prawo prasowe.

Nowelizacja ta ma na celu powstrzymanie fali tzw. fake newsów oraz ma zapobiec nagonkom medialnym i niszczeniu wizerunku Polski za pomocą publikacji wypaczających prawdę o polskiej historii.

Projekt zakłada także wykreślenie z Kodeksu karnego art. 212, zgodnie z którym za zniesławienie grozi dziennikarzowi nawet rok bezwzględnego więzienia. CMWP SDP wspiera RDI w zakresie projektu nowelizacji Prawa prasowego ze względu na konieczność eliminacji z medialnej przestrzeni publicznej negatywnych zjawisk, które RDI wskazuje jako przyczynę zainicjowania społecznej akcji opracowania tego projektu. (…)

22 września

Ringier Axel Springer przeciwko red. Witoldowi Gadowskiemu. CMWP SDP wspiera dziennikarza w tym procesie

Pierwsza po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa rozprawa z powództwa wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. przeciwko red. Witoldowi Gadowskiemu. Na 21 października sąd zapowiedział ogłoszenie wyroku. CMWP SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy, i wspiera w tym procesie dziennikarza. Niemiecko-szwajcarski koncern medialny uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który we wrześniu 2017 r. ukazał się na portalu wPolityce.pl. Koncern domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów.

„To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem, skąd ta agresja na Polskę” – pisał m.in. Gadowski.

Cały artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Wolność słowa AD 2020. Wrzesień” znajduje się na s. 3 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 76/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Wolność słowa AD 2020. Wrzesień” na s. 3 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 76/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

15 sierpnia 1920 r. lud polski uznał za oczywiste, że Matka Boska stanęła w jego obronie i ocaliła przed kolejną niewolą

Dla śląskich katolików uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny od zawsze było uroczyste i radosne. Nic dziwnego, że tamto zwycięstwo 15 sierpnia lud polski w swych wierzeniach uznał za cud.

Stanisław Florian

– A pamiyntosz, jak piytnostego siyrpnia boł w Hajdukach łodpust, ale taki pieronowy! Szło sie do Omy, dziołchy robioły z bele czego szałot. Oma do krepli czasym 2 złote wkłodała, wiync obżyrali my się nimi, z nadziejom, że to właśnie „jo” te dwa złotki znojda. Bo za to boł dwa razy karesol, znaczy – karuzela. A nie zapomnij o zdjyńciach ze kucykym i… ogorkach małosolnych z beczki po1 złotek: „ooogoooryyy dooo gooorrryyyy”!… (…)

– Moja sie w Lipinach urodzioła i jeji rodzina godała, co w Lipinach nojwiynkszy łodpust boł, ale jo godom, co we Hajdukach: na takim placu, jak sie do ciotki Wiki szło, a łona miyszkała naprzeciwko fojerwery, nojprzodzi ze Omamom Myśliwiec, a potym już sama… (…)

I tak sobie pomyślałem, że 15 sierpnia 1920 r. też musiał być w Hajdukach radosny, odpustowy, chociaż jeszcze nie wiedziano, że wydarzył się „cud nad Wisłą”. Była to i jest dla śląskich katolików uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, najstarsze święto maryjne w kalendarzu liturgicznym. Od zawsze bardzo uroczyste i radosne.

Podug wierzyń śląskigo ludu tego dnia Matka Bosko z Dzieciontkym chodzioła po polach, coby świyńcić zioła i kwiotki, jako patronka ziymi. Bestuż ludzie zanosiyli do kościoła ku Jej czci bukety polne, jako dziynkczyniynie za plony. Bo downij na Zielno, jak na Śląsku nazywo się świynto Matki Boskiej Zielnej, chopiony, znaczy się gospodynie abo ich cery/córki, zanosioły obowiązkowo do kościoła bukety lub wionzanki zioł i polnych kwiotkow, kere zebrały dziyń nojprzod z pól, łąk i ogrodów.

Między tymi zielinami (ziołami) byli chabry, dziewanna, dziurawiec, len, macierzanka, makówki, melisa, mięta, nagietek, nawłoć, rozmaryn, rumianek, wrotycz i inksze zioła, kere akurat kwitły. Czasym do tych buketów, kere mieli kole 30 cm wysokości i musieli być fest rozłożyste, dodawali tyż zboża i owoce. Jak godali za starygo piyrwy „zieliny zbiyrało sie na łonce i ukłodało w piykny, nie za wieli, puket i na nastympny dziyń zanosiło do kościoła, coby farorz poświyncił. Pukety świyncili na Zielno piyrwej, ale i terozki. Ludzie godali, że ściynci zielin łoznaczo koniec lata”. Stąd sie wziynło gospodarskie porzekadło „na Wniebowziyncie pokończone żyncie”.

Poświęcenie bukietu przez kapłana miało, według wierzeń ludowych, powiększać uzdrawiającą moc zawartych w nim ziół. Dzięki pokropieniu wodą święconą zyskiwały one wręcz cudowne, magiczne moce – nie tylko uzdrawiające, ale ochronne, zapewniające powodzenie i pomyślność… Podobnie wierzono w wielu miejscach różnych dzielnic Polski, spajanych krwawym trudem po latach rozbiorów.

Nic więc dziwnego, że tamto zwycięstwo 15 sierpnia lud polski w swych wierzeniach uznał za cud i dowód, że to Matka Boska stanęła w jego obronie i ocaliła przed kolejną niewolą…

Cały artykuł Stanisława Floriana pt. „15 sierpnia – święto śląskiego ludu” znajduje się na s. 2 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 76/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Stanisława Floriana pt. „15 sierpnia – święto śląskiego ludu” na s. 2 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 76/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Praktyczne konsekwencje ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce mogą być katastrofalne. Głos pracownika naukowego

Występuje rozdwojenie jaźni co do „zasad etycznych” i „dobrych praktyk”, zwłaszcza gdy nie przeprowadzono w Polsce lustracji w środowisku akademickim, a wątpliwe zasady i praktyki się utrwaliły.

Teresa Grabińska

1 października 2019 r. weszła w życie długo dyskutowana w środowisku akademickim tzw. Ustawa 2.0, która ostatecznie przybrała postać ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (PoSWiN). Obecnie obowiązuje (od 24.06. do 31.12.) jej wersja opublikowana w Dzienniku Ustaw 2020.85. Do tej wersji odnosić się będzie poniższy komentarz. Ustawa jest systematycznie wdrażana do 31.12.2023 r., z poprawkami przedłużenia niektórych terminów ze względu na epidemię koronawirusa. Została szumnie nazwana „Konstytucją dla nauki”. (…)

PoSWiN jest ustawą niedoskonałą, a w swych najbardziej ogólnych konsekwencjach – nawet groźną dla zachowania polskiej kultury, nie tylko naukowej.

Zapewnienia, także w zapisie ustawy, o ścisłym nawiązaniu do „standardów międzynarodowych” nie mogą w taki sam sposób dotyczyć wszystkich dziedzin nauki. Gdy taki nieprecyzyjny zapis staje się prawem ogólnie obowiązującym, marginalizuje rozwój kultury polskiej oraz żywotne dla społeczeństwa polskiego obszary badań. (…)

Nazewnictwo: z jednej strony – ‘nauka’, z drugiej – ‘badania’

W porównaniu z terminem ‘badania’, ogólniejszym i tradycyjnie związanym z kulturą europejską jest ‘nauka’, czyli wytwór kultury w postaci usystematyzowanych wyników poznania, którego celem jest dotarcie do prawdy (jak zresztą głoszą pierwsze słowa Preambuły PoSWiN) mniej lub bardziej ogólnej. Tak rozumiana nauka jest wytworem specyficznie europejskim, wywodzącym się z filozofii antyku. Narzędziem poznania naukowego jest metoda badawcza – racjonalno-empiryczna. Badanie zaś samo w sobie tradycyjnie nie jest celem poznania.

Współcześnie – m.in. za sprawą popularyzacji nurtów postmodernizmu i ustaleń tzw. teorii krytycznej neomarksistowskiej szkoły frankfurckiej – modne jest kwestionowanie wszelkich sądów oraz indywidualizacja (w sensie jednostki lub konkretnej grupy) relacji podmiot-przedmiot, także w poznaniu i interpretacji faktów. Taka postawa rzeczywiście faworyzuje szczegółowe badania w celu doraźnej diagnozy i zastosowań, nie zaś rozumienie faktów i przybliżanie się do prawdy, choćby w Popperowskim procesie verisimilitude. Badanie ma się stać celem samym w sobie, a na podstawie wynikających z nich szczegółowych ustaleń może służyć manipulowaniu taką lub inną rzeczywistością. Badanie wcale nie musi być nakierowane na prawdę, może np. służyć wyłącznie celom społecznym lub politycznym tych, którzy łożą na owe badania.

Nauka jako w miarę spójny system twierdzeń ma funkcje wyjaśniające, wyniki badań zaś nie. Natomiast w lansowanych ideologiach skrajnie liberalistycznych nauka jako system jest ograniczeniem wolności interpretacji i wyjaśnień, badania zaś nie.

Ponadto w świecie kultury zachodniej dawno oddzielono ‘science’ od ‘art’. ‘Science’ to twarda wiedza o faktach empirycznych, tradycyjnie jeszcze ubrana w teorię (ale w tym świecie rozumianą bardziej jak spekulacja niż pewne odbicie prawdy o takiej lub innej rzeczywistości), ale najlepiej w teorię ilościową, która się przekłada na technologiczne zastosowania. ‘Art’ natomiast to humanistyka, a więc – według tej dychotomicznej klasyfikacji – ot, taka po prostu narracja o jakiejś rzeczywistości, mająca walor inspiracji lub estetyczny (bliższa literaturze). W kulturze łacińskiej (a więc i polskiej) termin ‘nauka’ jest szerszy znaczeniowo niż ‘science’. W zapisach PoSWiN występuje nieporządek w stosowaniu pojęć ‘nauka’ i ‘badania’. (…)

Wolność nauczania i badań naukowych a odpowiedzialność kadry akademickiej za wychowanie pokoleń

W zapisach PoSWiN występuje pewna sprzeczność między tzw. wolnością nauczania, przysługującą nauczycielom akademickim, a realizacją celów nauczania studentów. W art. 3.1 „Podstawą systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest wolność́ nauczania, twórczości artystycznej, badań naukowych i ogłaszania ich wyników oraz autonomia uczelni”. Natomiast w art. 11.1 „Podstawowymi zadaniami uczelni są: (…); 7) wychowywanie studentów w poczuciu odpowiedzialności za państwo polskie, tradycję narodową, umacnianie zasad demokracji i poszanowanie praw człowieka; (…)”.

„Wolność nauczania” w naukach humanistycznych (w tym – historycznych) i społecznych nie zawsze pozostaje w zgodzie z „tradycją narodową” i „odpowiedzialnością za państwo polskie”.

Brak hierarchii wartości przekazywanych młodemu pokoleniu, uważanej w ruchach radykalnie liberalistycznych za ograniczenie wolności, nie pozwala spełnić należycie zadań uczelni. Bez przybliżenia hierarchii wartości, w nakierowaniu na badania dla nich samych (z inspiracji sponsorów) i ze zdawkowo zaserwowaną „prawdą”, art. 11.1 (7) może stać się bezprzedmiotowy. Ustawodawca dalej brnie tą koleiną w art. 3.2: „System szkolnictwa wyższego i nauki funkcjonuje z poszanowaniem standardów międzynarodowych, zasad etycznych i dobrych praktyk w zakresie kształcenia i działalności naukowej oraz z uwzględnieniem szczególnego znaczenia społecznej odpowiedzialności nauki”.

Treść art. 3.2 to następny przykład w PoSWiN swoistego zaklinania nazewnictwem rzeczywistości norm kulturowych i moralnych.

Nie bardzo wiadomo, co oznaczają „standardy międzynarodowe”. Przecież nie wszystkie w relacjach między narodami są jednakowe. Czy chodziłoby o politykę ONZ lub UE? Ale to – z jednej strony – za mało na standardy (bo nie są ogólnie przyjęte), a z drugiej – za dużo (bo nie dość uwzględniają lokalne różnice kulturowe).

Podobnie występuje rozdwojenie jaźni w związku z „zasadami etycznymi” i „dobrymi praktykami”, zwłaszcza gdy nie przeprowadzono w Polsce lustracji w środowisku akademickim, a wątpliwe zasady i praktyki „minionego okresu” się utrwaliły. Szybka zmiana pokoleniowa środowiska akademickiego (lansowana w PoSWiN) nic tu nie zmieni na lepsze.

System grantów

(…) w dyscyplinach „art”, mimo dobrze na Zachodzie prosperujących fundacji o różnym profilu światopoglądowym, wiodące uczelnie są wylęgarnią ideologii na zamówienie określonych kół ekonomicznych i politycznych.

W Polsce intratne (jak na polskie warunki) zamówienia przychodzą z zewnątrz i bywa tak, że w zakresie humanistyki, nauk społecznych i sztuki szkodzą kulturze polskiej, „tradycji narodowej” i ostatecznie polityce.

Z powodu małej ilości pieniędzy na rozwój nauki w Polsce, może dochodzić w przydzielaniu grantów za pośrednictwem rodzimych centrów do zjawisk dyskryminacji, kumoterstwa i korupcji, ale też i wzrostu pospolitej biurokracji. (…)

Finansowanie nauki polskiej w świetle PoSWiN powinno się stać przedmiotem oddzielnej analizy. Nie tylko bowiem zagrożone są badania służące rozwojowi kultury narodowej i rozwiązywaniu specyficznych lokalnych problemów, z powodu narzucania tematyki przez politykę grantów, ale całkiem realne jest zubożenie i tak mizernych funduszy na naukę z powodu – znowu skądinąd ważnego nawiązania do „standardów międzynarodowych” – tj. opłacania, i to sowitego (bo proporcjonalnego do możliwości zachodnich sponsorów), zagranicznych publikacji, które dają punkty niezbędne do zdobycia kategorii A+, A lub B+, pozwalających uzyskać uczelni status akademicki i wyższy oraz prawo do nadawanie stopni naukowych. (…)

Dyskryminacja seniorów po 67 i 70 roku życia

W świetle tzw. „międzynarodowych standardów” nie wolno dyskryminować przeróżnych mniejszości, wprowadza się prawa dziecka, osób niepełnosprawnych itd., natomiast w PoSWiN bezwzględnie pozbawia się pracowników naukowych po 67 roku życia realnego wpływu na zarządzanie uczelnią i promowanie kadry naukowej, kiedy właśnie późniejszy wiek w tej profesji pozwala na przekazywanie w najbardziej wolny sposób wieloletniego doświadczenia.

Jeśli zaś ustawodawca był zatroskany o stan mentalny seniorów, to, jak pokazują badania, nie od dziś zresztą, intensywne operacje umysłowe raczej przedłużają w czasie sprawność funkcji mózgu niż ją skracają. Jeśli zaś dyskryminacja seniorów ma być – w zamyśle ustawodawcy – substytutem lustracji, nieprzeprowadzonej w środowisku akademickim, to zabieg jest bliższy przysłowiowemu wylaniu dziecka z kąpielą niż realizacji tak określonego celu. Trzydziestoletniej (po 1989 r.) selekcji kadry według starych, także ideologicznych kryteriów (zwłaszcza w naukach humanistycznych i społecznych, i to w wiodących ośrodkach akademickich) on nie unieważni.

Cały artykuł Teresy Grabińskiej pt. „O praktycznych konsekwencjach wybranych artykułów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” znajduje się na s. 10 i 11 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 76/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Teresy Grabińskiej pt. „O praktycznych konsekwencjach wybranych artykułów ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce” na s. 10 październikowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 76/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Sośnierz: Obecnie w Polsce panoszy się koronawirus. Powinniśmy wykonywać 100 tys. testów dziennie

Poseł PiS Andrzej Sośnierz mówi o zaniedbaniach państwa w zwalczaniu epidemii koronawirusa. Ocenia, że na COVID-19 w Polsce zachorowało 4 razy więcej osób, niż stwierdzono zakażeń.

Andrzej Sośnierz komentuje przełożenie zaprzysiężenia nowych ministrów w rządzie Mateusz Morawieckiego. Wskazuje, że walka z epidemią jest konieczna, by uniknąć dezorganizacji państwa:

Nie trzeba było lekceważyć epidemii, tak jak my to zrobiliśmy. Koronawirus obecnie w Polsce się  panoszy.

Polityk Porozumienia zwraca uwagę, że eskalacja epidemii jesienią była łatwa do przewidzenia. Negatywnie ocenia działania epidemiczne obecnego ministra zdrowia Adama Niedzielskiego na fotelu prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia.

Nikt nie zbudował w Polsce systemu monitorowania kontaktów osób zakażonych.

Rozmówca Łukasza Jankowskiego ubolewa nad zbyt małą, jego zdaniem, liczby wykonywanych w Polsce testów na obecność koronawirusa:

Żeby opanować epidemię, powinniśmy wykonywać 100 tys. testów dziennie. Procedura kierowania na testy powinna być szybka i prosta.

W opinii posła Sośnierza koszty dla budżetu darmowego dostępu do testów są niczym w porównaniu z kosztem „tarcz antykryzysowych” i innych instrumentów niwelujących skutki pandemii. Parlamentarzysta ocenia, że system zwalczania COVID-19 w Polsce po pół roku od początku epidemii jest całkowicie niedrożny.

Przedstawiałem pomysły na usprawnianie systemu. Nic z tego nie zostało zrobione.

Gość „Popołudnia WNET” chwali przeprowadzoną  3 miesiące temu akcję testów przesiewowych na Śląsku. Ocenia, że doprowadziła ona do wyhamowania rozwoju epidemii w tym regionie.

Realnie mamy teraz w Polsce 4- 5 tysięcy zakażeń dziennie. Łącznie zachorowało prawdopodobnie 400 tys. ludzi.

Wysluchaj całej rozmowy już teraz!

K.T. / A.W.K.

Wznowienie w Poznaniu – po przerwie spowodowanej pandemią – procesu w sprawie zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary

Sprawa odwołania wyjazdu wciąż budzi emocje, dzieląc środowisko dziennikarzy. Część, w tym ówcześni koledzy Jarka, sądzi, że ktoś z redakcji „Gazety Poznańskiej” mógł współpracować z porywaczami.

Aleksandra Tabaczyńska

Po przerwie spowodowanej pandemią w Sądzie Okręgowym w Poznaniu wznowiono tzw. proces ochroniarzy w sprawie o pomoc w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. Proces trwa od stycznia 2019 roku. Oskarżeni są: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. Prokuratura zarzuca im uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie 24-letniego dziennikarza Jarosława Ziętary w 1992 r. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy. Na rozprawie 15 września br. miało zeznawać 10 świadków. Zgłosiło się czworo. Wśród nieobecnych 6 świadków jedna osoba była usprawiedliwiona, a okazało się, że pozostali wezwani nie zostali skutecznie powiadomieni.

Jako pierwszy zeznawał były redaktor naczelny nieistniejącej obecnie „Gazety Poznańskiej”, Przemysław N.

70-letni obecnie dziennikarz zatrudnił Jarosława Ziętarę i to podczas jego kadencji doszło do tragicznych wydarzeń związanych ze zniknięciem i w konsekwencji – śmierci reportera. Na pytanie sędziego, co świadek wie o tej sprawie, Przemysław N. odpowiedział:

– Zatrudniłem młodego, inteligentnego dziennikarza, to się okazało już po kilku miesiącach jego pracy. 1 września miał przyjść do redakcji. Nie przyszedł. Niepokoiliśmy się bardzo tym wszyscy. Oficjalne poszukiwania rozpoczęliśmy po kilku dniach, pisząc o tym na łamach gazety. Nawiązaliśmy kontakt z Policją i przez różne redakcyjne kontakty prosiliśmy o pomoc.

Ponadto świadek zeznał, że dziennikarz nigdy nie zgłosił mu, że zbiera materiały dotyczące Elektromisu. I że publikacje na ten temat, autorstwa Ziętary, nie ukazywały się na łamach „Gazety Poznańskiej”. (…)– Nie zauważyłem nigdy śladów pobicia dziennikarza. (…) Nigdy nie zgłaszał, że ma jakieś problemy, że ktoś go straszy czy odwiedza w domu. (…) Nie mam wiedzy o przeszukiwaniu biurka Ziętary. Redakcja była wtedy w totalnym remoncie. Nie było też takich restrykcji, jak obecnie. Instytucje były otwarte. Nie sądzę, by policja weszła i nie poinformowano mnie o tym. (…)

Kolejny przesłuchiwany świadek to Artur Ł., 50-letni kierowca mechanik, w 1992 roku zatrudniony jako kierowca redakcyjny.

– Rano [1 września 1992 roku] miałem jechać w teren z Jarkiem. Pamiętam, że tamtego dnia rano pojawiłem się w redakcji. Stamtąd mieliśmy jechać razem z Jarkiem Ziętarą. Jednak około godziny 8 rano dostałem informację od sekretarki, że wyjazd jest odwołany. Przyczyny mi nie podano.

Tego dnia nigdzie nie wyjeżdżałem, byłem do dyspozycji redakcji. Po południu polecono mi pojechać na Kolejową, by sprawdzić, dlaczego Jarek nie pojawił się tego dnia w redakcji. Zapukałem, ale nikt nie otworzył drzwi – zeznał Artur Ł.

Z zeznań Artura Ł. wynika, że w tygodniu miały miejsce wyjazdy z dziennikarzami do ościennych gmin, gdzie rzadko docierali dziennikarze. Nie wszyscy chcieli jeździć w teren, dlatego wysyłano tam najmłodszych. W redakcyjnym samochodzie jechały cztery osoby: dwóch dziennikarzy, jeden fotoreporter i kierowca. Artur Ł. potwierdził, że w samochodzie nikt nie rozmawiał o tym, czym się zajmuje, chroniąc swoje ustalenia. Nawet gdy jechał sam z Jarkiem, rozmawiali na tematy niezwiązane z pracą. W dniu zaginięcia miał odebrać Ziętarę z redakcji. Bywało też, że podjeżdżał po niego do domu. We wtorki i czwartki wyjeżdżali z dziennikarzami, a poniedziałki, środy i piątki były przeznaczone na załatwianie spraw administracyjnych. Ponadto świadek zeznał, że widywał w 1992 roku w redakcji Aleksandra Gawronika w towarzystwie Leszka Ł. – zastępcy redaktora naczelnego. I jak dodał: „zresztą wiadomo było, że sekretarką Mariusza Ś. była żona Ł.”. Wizyty pokrywały się w czasie z turniejami tenisowymi organizowanymi w Poznaniu.

Sprawa odwołania wyjazdu wciąż budzi emocje, dzieląc środowisko dziennikarzy. Część, a wśród tej części również ówcześni koledzy Jarka, sądzi, że ktoś z redakcji „Gazety Poznańskiej” mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy,

celowo odwołano samochód, by Ziętara musiał pieszo dotrzeć do redakcji. To dało sposobność przestępcom podającym się za policjantów, by się na niego zaczaić i uprowadzić dwudziestoczteroletniego dziennikarza zmierzającego do pracy, w stronę redakcji.

(…)

Ostatnia zeznawała Elżbieta D.-N., dziennikarka.

Elżbieta D.-N. jest autorką artykułu, który ukazał się miesiąc po zniknięciu Jarosława Ziętary i już wówczas wskazywał, że zarówno ludzie Elektromisu, jak i sam Aleksander Gawronik mogą stać za tą sprawą.

– Jarka znałam słabo, wcześniej krótko pracował w poznańskim oddziale „Gazety Wyborczej”. Nie byliśmy dobrymi znajomymi, ale wydaje mi się, że interesowały go afery gospodarcze, na pewno sprawa Elektromisu. Zajmował się tym, co dzisiaj nazywa się dziennikarstwem śledczym. Po jego zaginięciu opisywałam sprawę, rozmawiałam z jego znajomymi. Nie pamiętam już, kto powiedział, że zajmował się Gawronikiem i Elektromisem, na pewno tego nie zmyśliłam. W moim tekście z października 1992 roku opisałam różne wersje, w tym wątek partii KPN. Ludzie z KPN-u się odezwali po publikacji i protestowali. Natomiast ani Gawronik, ani Elektromis się nie odzywali.

Cały artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „W Poznaniu wznowiono proces o pomoc w zabójstwie Jarosława Ziętary” znajduje się na s. 3 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 76/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „W Poznaniu wznowiono proces o pomoc w zabójstwie Jarosława Ziętary” na s. 2 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 76/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Szacun dla Margot, który bezkarnie wystrychnął na dudka cały świat / Jan Martini, „Wielkopolski Kurier WNET” 76/2020

Ponieważ nie ma testu, który przez pobranie wymazu z nosa czy innych otworów pozwoli odróżnić „bezwaginalną kobietę o skłonnościach lesbijskich” od bezczelnego faceta, nie można mu udowodnić oszustwa.

Jan Martini

Szacun dla Margot?

Jako skrajnie binarny, heteronormatywny, patriarchalny biały człowiek, z utęsknieniem czekam na wypowiedzenie konwencji stambulskiej. Nie, żebym był jakimś specjalnym miłośnikiem przemocy w rodzinie. Przeciwnie – bijam żonę rzadko i niechętnie, ale tylko wtedy, gdy sobie nagrabi. Uważam jednak, że konwencja ta drastycznie narusza prawa człowieka, bo już w starożytnym kodeksie Hammurabiego są paragrafy odnoszące się do dyscyplinowania krnąbrnych żon. A dlaczego się dyskryminuje sadystów? Co ma zrobić człowiek mający takie preferencje seksualne? Dlaczego odmawia mu się człowieczeństwa i praw należnych?

A masochistki? Świat zapomniał o ich potrzebach. Chyba nawet nie są wspominane w skrócie LGBT, a liczne organizacje promujące „niestereotypowe zachowania seksualne” nie kwapią się do obrony ich interesów.

A przecież wiadomo, że kobiety uwielbiają słodkich brutali – świadczą o tym choćby słowa przedwojennej piosenki: „Na mej piersi blizna sina wciąż mi ciebie przypomina”.

Wszyscy znamy rytualną formułkę-zaklęcie o „szacunku i godności, które należą się każdemu bez względu na preferencje seksualne, płeć, narodowość, rasę, wyznanie, kolor skóry, włosów czy zębów”.

Ale trudno o szacunek dla produktów pedagogiki Wielkiego Wychowawcy Polskiej Młodzieży – „Jurka” Owsiaka. Mało kto wie, że on sam nie wymyślił sobie słynnego „róbta co chceta” – jest to dosłowne tłumaczenie hasła satanistów amerykańskich („do as you will”).

W latach 90. w internecie można było spotkać różne rozszerzenia programu ideowego Owsiaka:

Mówta co chceta, bluźnijta, kłamta,
nie szanujta innych, ubliżajta, wyśmiewajta,
plujta, wymiotujta, europeizujta,
szpiclom współczujta, bolkowi wierzta,
kaczory potępiajta, ałtorytety całujta,
patriotyzm przeklinajta, transwestytyzm podziwiajta,
gdzie stoita, tam lejta, gdzie siedzita – fajdajta.

Michał Sz. jako niebinarna, bezwaginalna kobieta o skłonnościach lesbijskich, uprawiająca wielkoformatową i wielootworową poliamorię, jest właśnie typowym beneficjentem (czy ofiarą?) filozofii „róbta co chceta”.

Na fejsbuku koszalińskiego KOD-u jest informacja, że „aktywistka LGBT Margot jest koszalinianką”. Choć sam „Margot” się swym pochodzeniem nie chwali, miasto Koszalin jest bardzo dumne ze swego syna/córki – to już trzecia postać z Koszalina, która uzyskała ogólnopolską renomę – obok szefa IPN Leona Kieresa (który „skitrał” „kompromaty” na polityków w zbiorze zastrzeżonym, czym poniekąd uratował IPN przed likwidacją za rządów SLD) i Kuby Wojewódzkiego.

Swoją drogą ten „Margot” jest szczęściarzem. Niejeden młody chłopiec w swoich najdzikszych fantazjach erotycznych marzy, aby być molestowanym i zdemoralizowanym przez feministkę. Nad „Margotem” opiekuńcze skrzydła roztoczyła bodaj najznamienitsza feministka polska – Klementyna Suchanow. Dzięki niej trafił z nieco zapyziałego miasta wprost na warszawskie salony i squoty. Jakież szare i ponure byłoby życie Michała Sz. bez feministek, które nauczyły go poliamoryzmu i wprowadziły do kolorowego świata LGBT!

Michał Sz. musiałby pójść do pracy gdzieś w skupie mleka czy przy melioracji, a tak – został nadzieją demokracji polskiej. Bo demokracja polska z utęsknieniem czeka na swego zbawcę.

Kilku poprzednich kandydatów – Palikot, Petru, Kijowski, Kasprzak, Biedroń, Hołownia – nie sprostało wyzwaniom. Nadzieje związane z Trzaskowskim właśnie spłynęły do Bałtyku.

Siłom postępu pozostał „Margot”, do którego zabawny profesor Hartman głosi inwokację na kolanach:

„Margot, stałaś się liderką i w ciebie wpatrują się oczy milionów porządnych ludzi. Dziś nie możesz być gówniarą i zawieść tych ludzi. To już nie jest twoje życie, ale sprawa wszystkich. Od tego, jak się będziesz zachowywać, jak udźwigniesz rolę liderki, zależy to, czy będą bić LGBT, czy nie. Czy będziemy normalnym krajem, czy zoną faszystowskiego terroru w środku Europy”.

Nawet dalej poszedł równie utalentowany kolega profesora – Jerzy Urban: „Dopier….cie katolikom, dopier…cie faszystom, dopier…cie białoczerwonym”. Widać, że agresywnym mniejszościom etnicznym nie chodzi o jakieś tam prawa osób LGBT, tylko o walkę z polskością i Polakami.

Niestety „Margot” nie jest pozbawiony wad. Prof. Hartman (etyk) po ojcowsku napomina: „Margot nie powinna używać wulgaryzmów”. Osobiście uważam, że powinna, bo sam/sama jest chodzącym wulgaryzmem. Powinna/powinien jednak nauczyć się ortografii podstawowych wulgaryzmów, bo robiąc dwa błędy w jednym wyrazie, przebił nawet prezydenta Komorowskiego, który do dwóch błędów ortograficznych potrzebował jednak całego zdania.

„Należy się szacunek każdemu bez względu na” itd. – słyszymy te bełkotliwe formułki niemal w każdej wypowiedzi ludzi lewicy i okolic. Jednak szacunek nie należy się każdemu. Człowiek nie rodzi się z szacunkiem. Trzeba go sobie zdobywać. Można mieć szacunek dla młodzieży, która szła do legionów, do młodych z AK. Nawet dla członków ZMP uwiedzionych ideą budowania świata „bez wyzysku człowieka przez człowieka”.

Ja szacunku dla Michała Sz. nie mam. Uważam, że to oszust i cwaniak, który przebił nawet Kijowskiego, dla którego „jelenie” zbierały „hajs” na „stypendium wolności”.

„Margot” bryluje w polskojęzycznych mediach, prowadzi lekkie życie bez trosk materialnych, korzysta z uroków „poliamorii niebinarnej” i zakpił sobie z tych wszystkich profesorów, Hartmanów, redaktorów, etyków i innych humanistów, którzy z nabożną czcią zawsze mówią o nim „ona”.

Ponieważ nie istnieje test, który przez pobranie wymazu z nosa czy innych otworów byłby w stanie odróżnić „bezwaginalną kobietę o skłonnościach lesbijskich” od bezczelnego faceta, nie można mu udowodnić oszustwa.

Z pewnością pozostanie bezkarny, bo trudno sobie wyobrazić sędziego skłonnego podjąć ryzyko skazania człowieka, za którego poręczają (materialnie?) największe autorytety – nobliści i artyści, księża i rabini z pewnym etykiem – księdzem profesorem z KUL na czele.

A już wiadomość, że z tymi nieszczęśnikami solidaryzuje się kilkunastu (!) filozofów z Uniwersytetu Warszawskiego, dosłownie zwala z nóg.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Szacun dla Margot?” znajduje się na s. 8 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 76/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Martiniego pt. „Szacun dla Margot?” na s. 8 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 76/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Kłamstwa na temat powstania warszawskiego powtarza się w mediach do dzisiaj/ Sławomir Matusz, „Kurier WNET” 76/2020

Łatwo w fałszywym świetle przedstawić każdą prawdę lub wydarzenie, w oderwaniu od faktów i logiki. W oskarżaniu przywódców powstania nie ma logiki, są sposoby opisane przez Schopenhauera w „Erystyce”.

Sławomir Matusz

W obronie przywódców powstania warszawskiego

Po II wojnie światowej Polakami targają dwie sprzeczności związane z powstaniem warszawskim. Z jednej strony jest to podziw dla odwagi powstańców, a z drugiej – kwestionowanie jego sensu połączone z próbą potępienia przywódców i obwinianiem ich za zniszczenia i wielkie straty wśród ludności cywilnej, szacowane na 200 tys. osób. Zarzuca się im, że dla ambicji politycznych narazili stolicę i jej mieszkańców.

Podziw powstańcom się należy, ale nie doszukujmy się u nich szaleństwa czy straceńczej wręcz odwagi. Ta odwaga i poświęcenie miały sens, którym było właśnie ocalenie Warszawy i jej mieszkańców.

Co nie jest sprzeczne z celami politycznymi, jakimi było wyzwolenie własnymi siłami i doprowadzenie do uznania naszej niezależności politycznej od ZSRR przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię.

Powstanie miało jeszcze inny sens, praktyczny. Było próbą ocalenia miasta i ludności przed zniszczeniem i kompletną zagładą. W lipcu 1944 roku Niemcy zaczęli ewakuować z miasta fabryki i zakłady, wywozić co cenniejsze urządzenia. W połowie miesiąca stolicę zaczęła opuszczać cywilna administracja niemiecka. Około 20 lipca wyjechali z miasta niemiecki starosta warszawski Ludwig Leist, a kilka dni później gubernator Ludwig Fischer. 29 lipca Niemcy wezwali 100 tys. mieszkańców do budowy wałów i umocnień, gdyż chcieli ogłosić Warszawę w twierdzą. Oznaczało to „brankę”, długotrwałe walki, ciągnące się przez wiele tygodni lub nawet miesięcy. Być może nawet walkę z polską armią Zygmunta Berlinga i Armią Czerwoną. Skutkiem tych walk o stolicę byłoby zniszczenie miasta i duże straty ludności cywilnej. Powstanie było koniecznością, by uniknąć bratobójczych walk Polaków z Polakami, z Armią Czerwoną, dla ratowania miasta, fabryk, ocalenia ludzi.

Powstanie miało również duże militarne, taktyczne znaczenie dla armii Zygmunta Berlinga, gdyby tylko chciał z tego skorzystać.

Cały obszar lewobrzeżnej Warszawy, objęty powstaniem, był jednym wielkim przyczółkiem. Powstańcy nie tylko byli realnym militarnym wsparciem dla 1. Armii WP, ale znali świetnie miasto: uliczki, zaułki, przejścia, kanały. Wiedzieli, gdzie są oddziały niemieckie i stanowiska ogniowe – co było dużym ułatwieniem dla regularnych wojsk, bo pozwalało uniknąć pułapek, dużych strat i ciężkich walk w mieście. Nie trzeba było walczyć o przyczółki, wystarczyło tylko przeprawić polskie wojsko pod osłoną powstańców. Żołnierze chcieli iść na pomoc powstaniu. Było kilkaset przypadków dezercji z armii Berlinga – żołnierze na własną rękę przeprawiali się przez Wisłę i przyłączali się do powstania. Jednak Berling i Popławski – dowodzący 1. Armią WP – nie tylko nie skorzystali z okazji szybkiego zajęcia miasta, jaką stworzyło powstanie, lecz czekali, aż powstanie upadnie i przez prawie 4 miesiące przyglądali się zagładzie miasta, wyburzaniu i paleniu, egzekucjom na mieszkańcach.

To nie generałów Tadeusza Bora-Komorowskiego i Leopolda Okulickiego należy obwiniać o tak duże ofiary wśród ludności cywilnej i zniszczenia w Warszawie, ale Zygmunta Berlinga i Popławskiego. Był to oczywisty, niebudzący wątpliwości akt ich zdrady.

Obowiązek udzielenia pomocy miastu i mieszkańcom wynikał ze złożonej przysięgi i z wojskowego punktu widzenia, niezależnie od decyzji Stalina. Zobowiązywały ich do tego honor, racja stanu, ludzkie odruchy – których generałowie Berling i Popławski nie okazali.

Nie ma potrzeby przerzucać odpowiedzialności na Stalina za to, że nie pomógł powstaniu. Jednoznacznie można stwierdzić, że w równym stopniu, co Niemcy, tragedii miasta winni są generałowie w polskich mundurach, dowódcy 1. Armii WP. Oni świadomie i cynicznie pozwolili na to Niemcom.

1. Armia WP zajęła prawobrzeżną część Warszawy już w połowie września 1944 roku. 18 września powołano na prezydenta gen. Mariana Spychalskiego. Berling i Popławski mieli pod bronią 91 tys. żołnierzy. W skład 1. Armii WP wchodziły: brygada pancerna i pułk czołgów ciężkich, 6 brygad artylerii i haubic, brygada pontonowo-mostowa.

Żołnierze mieli sprzęt, jakiego powstańcy nie mogli mieć, a byli biernymi świadkami tragedii miasta. Dlatego wielu z nich samowolnie przechodziło Wisłę, by pomóc powstańcom.

Honor i patriotyzm zobowiązywały ich do udzielenia pomocy. To nie była kwestia politycznych decyzji Stalina, ale ich własnego wyboru i żołnierskiego honoru.

Można się zastanawiać, jakie konsekwencje ponieśliby dowódcy 1. Armii WP, gdyby złamali rozkazy Stalina i pospieszyli na pomoc powstaniu, ratowali miasto i mieszkańców. Być może Stalin by ich odwołał ze stanowisk, być może zdegradował na niższe stopnie. Ale możliwe, że wcale tak by się nie stało, gdyż groziło to otwartą wojną z Polską i poważnym konfliktem z aliantami. Żołnierze nie pozwoliliby na aresztowanie bohaterów, jakimi niewątpliwie ich dowódcy by się stali. Sądzę, że Armia Czerwona nie odważyłaby się wejść do Warszawy zajętej przez Polaków. Jak by się dalej potoczyła wojna? Nie wiemy.

Jednak Berling, Popławski i Spychalski tylko się przyglądali, czekając, aż tragedia Warszawy dobiegnie końca. Grali w polityczną grę kosztem własnego narodu. Trzeba jeszcze przypomnieć, że wszystkie polskie ośrodki związane z Moskwą wzywały do powstania, licząc, że powstańcy opowiedzą się po stronie komunistów. Radiostacja Kościuszko 29 lipca wzywała mieszkańców takimi słowami: „Ludu Warszawy! Do broni! Niech ludność cała stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców, udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Armii Czerwonej w przeprawie przez Wisłę. Milion mieszkańców Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność” (Andrzej Albert: Najnowsza historia Polski 1914–1993. T. I. Londyn: Wydawnictwo Puls, 1994). Wymienienie Armii Podziemnej warszawiacy mogli rozumieć jako obietnicę pomocy i współpracy z Armią Krajową. I o to komunistom chodziło – by mieszkańcy w to uwierzyli. Było to świadome oszustwo.

Wcześniej jeszcze, bo 13 sierpnia, gen. Michał Rola-Żymierski wydał rozkaz nr 6, w którym obiecywał pomoc Wojska Polskiego i Armii Czerwonej dla powstania w Warszawie. Czym w takim razie było późniejsze czekanie gen. Berlinga na zagładę miasta, jak nie zdradą, za którą powinien stanąć po wojnie przed sądem i ponieść najsurowszą karę?

Berling 17 stycznia 1944 roku nie wyzwolił Warszawy. Berling wszedł do ruin, których mieszkańców Niemcy wymordowali lub wzięli do niewoli. Zygmunt Berling zdradził Warszawę i powstanie! Berling, Popławski, Żymierski, Spychalski – są to nazwiska generałów na zawsze w oczach Polaków zhańbionych jako żołnierze i jako Polacy.

Trzeba przywrócić dobre imię przywódcom powstania warszawskiego: gen. Tadeuszowi Borowi-Komorowskiemu, gen. Antoniemu Chruścielowi, gen. Tadeuszowi Pełczyńskiemu i gen. Leopoldowi Okulickiemu – prawdziwym obrońcom Warszawy. Los generała Okulickiego, który zmarł 24 grudnia w więzieniu w Moskwie, w trakcie słynnego Procesu Szesnastu – przywódców polskiego państwa podziemnego, podstępnie zwabionych na rozmowy, porwanych i wywiezionych – jest swoistym dopełnieniem historii powstania warszawskiego. Zrobiono to „rękami” NKWD. Ale generał Okulicki był w Warszawie niewygodnym świadkiem hańby gen. Berlinga, żywą legendą – dlatego musiał zginąć. Generałowie Bór-Komorowski, Pełczyński i Chruściel przeżyli, bo trafili do niewoli, zostali wywiezieni w głąb Niemiec i wyzwolili ich Amerykanie.

Te kłamstwa o powstaniu warszawskim i jego przywódcach pokazują, jak łatwo w fałszywym świetle przedstawić każdą prawdę lub wydarzenie, w oderwaniu nie tylko od faktów, ale i logiki.

Bo w oskarżaniu przywódców powstania nie ma żadnej logiki, są tylko sposoby opisane przez Schopenhauera w Erystyce – sposób 16 argumenta ad hominem; zmienić przedmiot dyskusji – sposób 18 albo bezczelnie powtarzać kłamstwo jako dowiedzione – sposób 14, fallacia non cause ut causasae. Te proste sposoby przez dziesięciolecia wystarczyły by oszukiwać intelektualistów, historyków, polityków – tak zwanych użytecznych idiotów – a dzięki nim Polaków. Niestety, te kłamstwa na temat powstania próbuje się powtarzać w mediach do dzisiaj. Jedni dlatego, że są użytecznymi idiotami, inni robią to celowo.

Powstanie Warszawskie

jak powstać kiedy
nogi ugrzęzły w ciepłej
bryi w ciemnej studzience

uwięzione pod
gorącym gruzem
spalonej ściany domu

we krwi zmieszanej
z kałem z rozerwanego
odłamkiem brzucha

a zdrajcy czekają
za Wisłą aż Niemce
zrównają miasto z ziemią

gęste dymy połykają
światło dnia a płomienie
nocą czynią dzień

płonie teatr wielki jakby
to był spektakl – za Wisła błyskają
soczewki lornetek

przyjaciele poniosą
nas do niewoli – nogi
już niepotrzebne zostaną

(na nich
stanie miasto)

Artykuł Sławomira Matusza pt. „W obronie przywódców powstania warszawskiego” znajduje się na s. 1 i 2 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020.

 


  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
  • Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Sławomira Matusza pt. „W obronie przywódców powstania warszawskiego” na s. 1 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Studio Dublin – 02.10.2020 – Bogdan Feręc, Jakub Grabiasz, Agnieszka Białek, Ewa Adams, Magda Lupicka

W piątkowy poranek przenosimy się do Republiki Irlandii. W Studiu Dublin informacje, komentarze, analizy i korespondencje.

W gronie gości:

  • Bogdan Feręc – redaktor naczelny portalu Polska-IE.com,
  • Agnieszka Białek – pedagog, trener, przedsiębiorca z Belfastu,
  • Ewa Adams i Magda Lupicka – inicjatorki Lemon Project Ireland,
  • Jakub Grabiasz – redakcja sportowa Studia 37 Dublin.

Prowadzący: Tomasz Wybranowski

Redaktor wydania: Tomasz Wybranowski

Współpraca: Katarzyna Sudak i Bogdan Feręc

Realizator: Paweł Chodyna (Warszawa) i Tomasz Wybranowski (Dublin)

Zawsze, gdy wybija godzina 8:10 pod niebem Irlandii w głównym wydaniu Studia Dublin musi pojawić się Bogdan Feręc, szef najpoczytniejszego portalu dla Polaków na Szmaragdowej Wyspie – Polska-IE.com.

Bogdan Feręc, redaktor naczelny portalu Polska-IE.com, wersja zdecydowanie letnia. Fot. arch. własne.

Od dwóch dni mamy nowe otwarcie w rozmowach między Zjednoczonym Królestwem a Unią Europejską- wskazuje. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ogłosiła wstąpienie Unii Europejskiej na drogę sądową przeciwko UK, które złamały zawartą z UE umowę. Przyjęta przez brytyjski parlament ustawa o wewnętrznym handlu stanowi jawne pogwałcenie umowy międzynarodowej- takie, jakiego dawno nie widziano w demokratycznym kraju- podkreśla rozmówca Tomasza Wybranowskiego. Ocenia, że dla Brytyjczyków taka postawa może skończyć się izolacją na arenie międzynarodowej.

Bogdan Feręc mówi także o koronawirusie w Republice Irlandii. W jej stolicy widać pewną poprawę. W związku z tym możliwa jest zmiana części obostrzeń. Co do tych ostatnich panuje na Szmaragdowej Wyspie chaos informacyjny. Ludzie nie wiedzą już, co ich obowiązuje i czują, że ich prawa są ograniczane. Niektórzy nie wierzą w ogóle w istnienie SARS-CoV-2. Ten jednak istnieje i według badań zostawia ślad w organizmie zarażonych.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Bogdanem Feręcem:

 

Ewa Adams – połówka siły sprawczej i kreacji Lemon Projest Ireland

 

Kolejnymi gośćmi Studia Dublin były panie Ewa Adams (Your Everest Coaching) i Magda Lupicka (Shiny Solutions), które opowiadają o tym, jak doszło do narodzin Lemon Project.

Obie panie Tomasz Wybranowski zapytał także o powody ich przyjazdu do Republiki Irlandii i początki emigracyjnego losu w kraju Joyce’a i Becketta.

 

W czasie epidemii Ewa Adams i Magda Lupicka postanowiły stworzyć Lemon Project. Został on stworzony by pomagał firmom w czasie lockdownu, pozwalając im wykorzystać zasoby, których w tym czasie nie używały.

Połączyłyśmy siły, aby pomóc firmom dotkniętym kryzysem spowodowanym przez covid-19 i tak zrodziła się inicjatywa Lemon Project Ireland, w myśl zasady, że jeśli życie daje Ci cytryny to możesz z nich zrobić lemoniadę. – powiedziała Ewa Adams.

Magda Lupicka – szefowa Shiny Solutions i dopełnienie Lemon Project Ireland.

Postanowiły pomóc w optymalizacji czterem wybranym firmom irlandzkim i dwóm polskim. Zwracają uwagę, że irlandzkie firmy chętniej zgłaszały się po pomoc, od polskich, co wiążą z inną mentalnością polskich przedsiębiorców, którzy prośbę o pomoc traktują jako przyznanie się do słabości.

Ewa Adams i Magda Lupicka dały sobie sześć tygodni, aby pomóc każdej firmie. Zaczęły od firm irlandzkich i już połowa pracy za nimi. Od 5 października dołącząją firmy polskie. Obie przebojowe i błyskotliwe panie są fankami japońskiego stylu zarządzania (Toyota Way, Lean, Kaizen etc.) i pracują także nad innymi wspólnymi projektami.

Jak zgodnie stwierdziły na antenie Radia WNET w Studiu Dublin, spodobał im się zdecydowanie nie tylko sam projekt Lemon, ale również (a może przede wszystkim) możliwość wspierania innych, którzy są w danej chwili w największej potrzebie.

Teraz trwają burzliwe dyskusje jak ugryźć tę „cytrynę”, aby tego typu inicjatywy stały się cykliczne.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Ewą Adams i Magdą Lupicką:

 

W Studiu Dublin gorące informacje wieści i przegląd prasy z Belfastu i Londynu. Nasza korespondentka Agnieszka Białek przytacza najnowsze dane i statystyki związane z koronawirusem w Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej.

Agnieszka Białek, głos Radia WNET z Belfastu. Fot. arch. własne.

Od czwartku zanotowano prawie    7 000 nowych zakażeń koronawirusem i 59 zgonów. W ciągu doby w kraju wykonuje się ok. 500 tys. testów. Minister zdrowia Matt Hancock, zapowiedział, że parlament będzie głosował nad wprowadzeniem obostrzeń w poszczególnych regionach kraju. Część mediów informuje, zę w niektórych sklepach zaczyna brakować podstawowych produktów.

Zbliża się dzień 15 października. To ważna data związana z Brexitem. To cezura końcowa Borisa Johnsona i Wielkiej Brytanii, gdy mowa o negocjacjach z Unią Europejską.

Co prawda Bruksela ustąpiła w sprawie połowów ryb na brytyjskich wodach, zaś Boris Johnson zrobił krok wstecz w sprawie brytyjskiego przemysłu samochodowego, ale…

Boris Johnson / Fot. Annika Haas (CC 2.0)

Tymczasem UE rozpoczyna procedury prawne przeciw Londynowi wobec złamania część porozumień brexitowych przez Internal Market Bill.

Ustawa ta daje możliwość zerwania postanowień związanych z kwestią Irlandii Północnej. Parlament tej ostatniej przyjął uchwałę sprzeciwiającą się brytyjskiej ustawie. Wobec niewycofania się rządu JKM z kontrowersyjnej ustawy, na co miał czas do 30 września, sprawa ma trafić przed Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Konsekwencjami mogą być wysokie kary finansowe i handlowa izolacja Wielkiej Brytanii.

Agnieszka Białek zauważa, że mieszkańcy Ulsteru nie chcą o kwestii brexitu rozmawiać. Podkreśla, iż pragną oni pokoju i z obawą patrzą na to, że porozumienie wielkopiątkowe wisi na włosku.

W Belfaście wciąż widoczny jest wyraźny podział na dzielnice republikańskie i rojalistyczne. Konflikt jednak wygasł dzięki umowie z 1998 roku.

Tutaj do wysłuchania korespondencja Agnieszki Białek z Belfastu:

 

Jakub Grabiasz, redaktor sportowy Studia Dublin. Fot. Tomasz Szustek / Studio 37.

W okienku sportowym Jakub Grabiasz komentuje ostateczne rozstrzygnięcia w eliminacjach Ligi Europy. Do fazy grupowej awansował, kosztem belgijskiego Charleroi, Lech Poznań. Z rozgrywek odpadła Legia Warszawa, musząc uznać wyższość azerskiego Karabachu Agdam

Piłkarzom warszawskiego klubu zabrakło zaangażowania. Polityka kupowania zawodników o schyłku kariery się nie opłaca. Z kolei Lech ma bardzo młody zespół, który wierzy w to, co robi.

Sukcesem zakończyła się walka o Ligę Europy irlandzkiego Dundalk z zespołem Klaksvik. Zawodnicy ze Szmaragdowej Wyspy wygrali 3:1, pomimo iż mistrz Wysp Owczych zaprezentował się naprawdę dobrze: Szkoda mi reprezentantów ligi farerskiej, nie ustępowali pola Irlandczykom.

Sportowy ekspert Radia WNET relacjonuje również przebieg wielkoszlemowego turnieju tenisowego US Open. W pierwszej rundzie odpadli młodzi Hubert Hurkacz I Kamil Majchrzak, oraz doświadczony Łukasz Kubot w parze z Marcelo Melo. Szybko udział w turnieju zakończył wracający po kontuzji Brytyjczyk Andy Murray: Wszystkie oczy są zwrócone oczywiście na Rafę Nadala.

W turnieju pań świetnie idzie Idze Świątek ( już po zakończeniu audycji awansowała do IV rundy pokonując Kanadyjkę Eugenie Bouchard – przyp. Red. ). W obliczu kontuzji Sereny Williams, Kuba Grabiasz upatruje faworytki turnieju w Rumunce Simonie Halep.

Tutaj do wysłuchania relacja Jakuba Grabiasza:


Opracowanie: Aleksander Popielarz i Andrzej Karaś

 

Partner Radia WNET

Partner Studia 37 Dublin 

 

Produkcja Studio 37 – Radio WNET Dublin © październik 2020

 

 

Prof. Mackiewicz: Nasze badania nad szczepionką postępują. Wykorzystujemy strategię stworzoną dla komórek rakowych

Prof. Andrzej Mackiewicz o badaniach nad szczepionką na Covid-19, fazie eksperymentów, wykorzystywanej technologii oraz o tym, jak zabija koronawirus.

Nasze badania postępują. […] Mamy już szczepionkę eksperymentalną mysią i ludzką.

Prof. Andrzej Mackiewicz informuje, że szczepionka na Covid-19 testowana będzie wkrótce na myszach. Wskazuje, że polscy badaczy od lat konstruują terapeutyczne szczepionki rakowe.

Mamy wytwórnię w której szczepionki rakowe wytwarzamy. Strategia nasza wykorzystuje tą stworzoną dla komórek rakowych.

Prace polskich naukowców są na zaawansowanym poziomie. Tłumaczy, w jaki sposób SARS-CoV-2 może być zabójczy dla człowieka. Wskazuje, że u osób najciężej przechodzących Covid-19 organizm wytwarza anty-przeciwciała, które atakują organizm. W rezultacie

Ich śmierć nie zależy bezpośrednio od tego, że ich wirus zabił, tylko że stymulował wytwarzanie tych przeciwciał autodestrukcji.

Badacz z Centrum NanoBioMedycznego (CNBM) Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu mówi, że kiedyś szczepiono ludzi, a potem podawano im żywe wirusy. Obecnie tak robić nie można. Testową grupę osób dzieli się na dwie podgrupy, z której jedna dostaje prawdziwą szczepionkę, a druga placebo. Następnie ludzie ci wracają do swego życia, a po pewnym czasie robi się im testy i analizuje się różnice między obiema grupami.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.