Oto cel ludzkiego życia, czyli szczęście, człowiek może osiągać w kształtowaniu siebie i otoczenia przez swoje czyny. Popularnie wyraża się to frazą: „przez dobre uczynki do zbawienia”.
Teresa Grabińska
Nikt nie zaprzeczy, że czyn ludzki powinien być pożyteczny, albo inaczej – użyteczny (łac. utilitis). Rzecz jednak w tym, co owa użyteczność oznacza: użyteczny ze względu na co, dla kogo? Skoro użyteczny, to urzeczywistniający jakieś dobro. A skoro idzie o dobro, to ostatecznie problem znajduje rozwiązanie w teorii bytu (w tym – człowieczego) i w pochodnej jej etyce (gdy ma się na uwadze system filozofii).
Najbardziej współcześnie rozpowszechnionym w świecie euroatlantyckim rozumieniem użyteczności czynu jest to, które pochodzi z trzechsetletniej tradycji rozwijania filozofii utylitarnej – na początku także we Francji, ale równolegle i konsekwentnie po dziś dzień – w kręgu brytyjskim. Na temat zalet i wad utylitaryzmu teoretycznego i praktycznego napisano setki, a pewnie i tysiące tomów. (…)
Jeśli zacząć od spełniania się człowieka w życiu doczesnym, to wypada przywołać różne koncepcje po grecku rozumianego szczęścia. Ten starożytny spór po mistrzowsku odsłonił Władysław Tatarkiewicz w traktacie O szczęściu.
Przeważyło w Grecji i potem było szeroko rozpowszechnione Arystotelesowskie pojmowanie szczęścia, które współcześnie zdaje się być zapominane. Arystoteles utożsamił szczęście z eudajmonią, czyli z posiadaniem najcenniejszych dóbr i odróżnił ją od błogości.
Uważał bowiem – jak podsumował Tatarkiewicz – „że gdy na człowieka sprzysięgną się złe losy i odbiorą mu dobra zewnętrzne, jeśli np. będzie chory i samotny, to choć będzie mieć dobra najwyższe, nie będzie doznawał błogości, będzie (…) ‘eudaimon’, ale nie ‘makarios’”.
[related id=124184]W tym rozróżnieniu eudajmonii i błogości można dostrzec dwa momenty. Po pierwsze – tzw. pełnia szczęścia wymaga przeżywania obu stanów, wszak Arystotelesowski człowiek jest jednią psychofizyczną. Po drugie – najwyższe dobra mają charakter obiektywny, a ich osiąganie jest procesem i wynikiem doskonalenia w dzielnościach (sprawnościach) etycznych; stan błogości jest zaś przeżyciem subiektywnym i zależnym (nie dla każdego w jednakowy sposób) od zewnętrznych warunków życia i kondycji własnej cielesności. Np. męstwo, jak było to przybliżane we wrześniowym „Kurierze WNET”, jest koniecznym warunkiem w osiąganiu eudajmonii, nie zaś błogości; w czynach mężnych odsuwa się przeżywanie stanów błogości. (…)
Nie odnosząc się tu do długiej historii znaczenia pojęcia ‘przyjemność’ i jego relacji do ‘szczęścia’, trzeba przede wszystkim przypomnieć osiemnastowiecznego angielskiego filozofa Jeremy’ego Benthama, który we Wprowadzeniu do zasad moralności i prawodawstwa nadał szczęściu jako przyjemności bardziej zobiektywizowaną i ocenianą rozumem postać. Zgodnie z nowym zwyczajem XVII/XVIII w. matematyzowania wiedzy, wprowadził tzw. rachunek przyjemności (szczęścia) – calculus of pleasure (felicific calculus).
Wartość przyjemności (subiektywnie odczuwanego szczęścia) mierzy się – według Benthama – siedmioma ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami charakteryzującymi stan odczuwania przyjemności: intensywnością jej przeżywania, czasem trwania, pewnością jej osiągnięcia, bliskością (dostępnością), płodnością w generowaniu dalszych przyjemności, czystością (brakiem współwystępowania cierpienia), zasięgiem.
Zasięg jako kryterium w rachunku szczęścia oznacza odczuwanie przyjemności równocześnie przez inne osoby. Im większa jest ich liczba, tym wyższa jest wartość przyjemności i powszechniejszy stan szczęśliwości. To głównie ten czynnik jest punktem wyjścia do sformułowania tzw. zasady użyteczności (łac. principium utilitatis) działania w skali społecznej. Jest ona równocześnie kryterium moralnej kwalifikacji czynu.
Tym większym dobrem czyn skutkuje, im „jego tendencja do pomnożenia szczęścia społeczeństwa jest większa od ewentualnej tendencji do zmniejszenia go”. Przy czym dobro (przekładające się na szczęście) jest tu rozumiane jak użyteczność wszelkiego ludzkiego wytworu (materialnego lub niematerialnego), czyli „właściwość jakiegoś przedmiotu, dzięki której sprzyja on wytwarzaniu korzyści, zysku, przyjemności, dobra lub szczęścia (wszystko to w obecnym przypadku sprowadza się̨̨ do tego samego) lub (co znowu sprowadza się̨̨ do tego samego) zapobiega powstawaniu szkody, przykrości, zła lub nieszczęścia zainteresowanej strony”. (…)
Karol Wojtyła, jeszcze przed opracowaniem swojej teorii sprawczości ludzkiego czynu w dziele Osoba i czyn, podjął w studium etycznym Miłość i odpowiedzialność krytykę teorii i praktyki utylitaryzmu z pozycji analizowania miłości oblubieńczej. Wynikiem tej krytycznej analizy było sformułowanie normy personalistycznej, która ma zasięg uniwersalny.
K. Wojtyła pisał: „Dla utylitarysty człowiek jest podmiotem obdarzonym zdolnością myślenia oraz wrażliwością. Wrażliwość czyni go żądnym przyjemności, a każe mu odsuwać przykrość. Zdolność myślenia zaś, czyli rozum, jest człowiekowi dany po to, ażeby kierował swym działaniem w sposób, który zapewni mu maximum przyjemności przy minimum przykrości”.
Podstawowym błędem etyki utylitarnej jest – według Karola Wojtyły i jak to zostało też przedstawione powyżej – uznanie przyjemności za podstawowe dobro, podczas gdy „[p]rzyjemność z istoty swojej jest czymś ubocznym, przypadłościowym, co może pojawić się przy sposobności działania”.
Przede wszystkim jednak K. Wojtyła wskazywał na podstawową sprzeczność między specyficznie chrześcijańskim (choć zapowiadanym już w Starym Testamencie) przykazaniem miłości a zasadą użyteczności. (…)
W utylitaryzmie, aby połączyć dobro indywidualne ze społecznym, zgodnie z zasadą użyteczności trzeba wprowadzić „harmonizację egoizmów”, co jest w praktyce możliwe tylko za pomocą miękkiego lub twardego przymusu. (…)
Zasada użyteczności zasadniczo jest zatem zniekształceniem rozumienia miłości, będącym – jak pisał Karol Wojtyła – „z samej istoty takiego ujęcia (…) pozorem, który należy pieczołowicie pielęgnować, ażeby się nie odsłoniło to, co się pod nim naprawdę kryje: egoizm”. I nie należy tego odnosić wyłącznie do miłości oblubieńczej. (…)
Zasada użyteczności nie może stać się podstawową normą moralną, może natomiast w uszczegółowionej postaci służyć jako dyrektywa skutecznego działania. Szeroką moralną perspektywę otwiera zaś, wcale w istocie nienowa, Wojtyłowa norma personalistyczna – w jej przesłaniu negatywnym (przypominającym imperatyw praktyczny Kanta) i pozytywnym (artykułującym przykazanie miłości bliźniego). W oryginale ma ona postać: „osoba jest takim dobrem, z którym nie godzi się używanie – które nie może być traktowane jako przedmiot użycia i w tej formie jako środek do celu. (…) osoba jest takim dobrem, że właściwe i pełnowartościowe odniesienie do niej stanowi tylko miłość”.
Cały artykuł Teresy Grabińskiej pt. „Szczęście a użyteczność. Norma personalistyczna Karola Wojtyły” znajduje się na s. 9 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Prof. Krzysztof Bielecki o służbie zdrowia i tym, co należałoby w niej zmienić oraz o postawie lekarzy, rządowych obostrzeniach i końcu epidemii.
Służba oznacza troskę o to, co słabe. Służba nie służy ideologiom, tylko osobom chorym i niepełnosprawnych.
Prof. Krzysztof Bielecki stwierdza, że zawsze mówi systemie opieki zdrowotnej per „służba zdrowia”. Zachęca do lektury ostatniej encykliki papieża Franciszka, która nawiązuje do pojęcia służby. Ojciec Święty zauważył w encyklice, że pandemia odsłoniła w sposób wyraźny niedostatki w służbie zdrowia.
Koronawirus jest chorobą jak wiele innych. Wirusa nie widać, ale jest wszechobecny jak świat bakterii i innych drobnoustrojów.
Polski lekarz chirurg ma za za złe władzy, że straszy społeczeństwo koronawirusem. Mówi, iż należy walczyć z pandemią, a nie szerzyć strach. Apeluje o przestrzeganie zasad sanitarnych. Podkreśla, że trzeba myć ręce i zasłaniać twarz w miejscach publicznych. Dodaje, że niedawno zaszczepił się na grypę.
Szczepmy się na grypę. Brońmy się tym, o czym wiemy, że działa skutecznie […] Od strachu nie wyzdrowiejemy.
Prof. Bielecki krytykuje rząd za niekonsekwencję, podając przykład wesel: „albo się gromadzimy, albo się nie gromadzimy”. Podkreśla, że teleporada nie zastępuje prawdziwej wizyty lekarskiej.
Nie wolno ustalać rozpoznania na podstawie telefonu. To jest brak szacunku dla człowieka, który źle się czuje.
Dodaje, że w dzisiejszych czasach uczy się wyłącznie specjalistów medycznych, a nie lekarzy. Należy więc powrócić do starego modelu nauczanie lekarzy, czyli nauka na zasadzie mistrz-uczeń.
Doświadczenie nabywa się przez życie- stajemy się lekarzami przez lata. […] Jak powiedział Lew Tołstoj- błędy są drogą do prawdy.
Wskazuje, że mamy obecnie zapaść chirurgii ogólnej, gdyż wszyscy chcą być wąskimi specjalistami. Potrzeba też internistów. Rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego ocenia, że pandemia niebawem się skończy, ponieważ większość społeczeństwa przechoruje Covid-19:
Pamiętajmy, że covid-19 to nie jedyna choroba, na którą obecnie cierpią ludzie!
Przypomina, że osoby, którzy cierpią na więcej niż jedną chorobę są bardziej narażone. Krytykuje przy tym godziny na seniorów, zauważając, że prowadzi to do gromadzenia się seniorów w jednym miejscu.
Serwis MNW umożliwi obejrzenie muzealnych zabytków bez wychodzenia z domu.
Nowe Cyfrowe MNW powstało w ramach projektu „Otwarte Narodowe. Digitalizacja i udostępnianie zbiorów MNW”, zrealizowanego dzięki dotacji Unii Europejskiej. Oficjalna premiera nowego portalu 15 października 2020 roku.
Kolekcja MNW liczy ponad 800 tysięcy obiektów. Obecnie, ze względu na ograniczoną przestrzeń ekspozycyjną oraz konieczność zapewnienia dziełomsztuki odpowiednich warunków przechowywania, prezentowana jest zaledwie niewielka jej część. – Przez dziesięciolecia zbiory zgromadzone w muzealnychmagazynach był dostępne jedynie dla wąskiej grupy badaczy. Technologie XXI wieku pozwalają pokazać je w wersji cyfrowej – mówi Kamila Hołubowicz, kierowniczka projektu Otwarte Narodowe. Pierwszą odsłonę portalu Cyfrowe MNW uruchomiono w 2011 roku: pierwotnie był to jedynie prosty katalog umożliwiający wykonanie kwerendy. Nowe Cyfrowe MNW proponuje internautom o wiele więcej możliwości.
Nowy portal umożliwia pobieranie reprodukcji cyfrowych w wysokiej rozdzielczościoraz zapisywanie kadrów zdjęć. Użytkownik może przeszukiwać zbiory na osi czasu lub obejrzeć wybrane arcydzieła. Serwis jest spersonalizowany: można założyć własny profil i zapisywać wcześniejsze wyszukiwania. Cyfrowe MNW ułatwi kontakt ze światowym dziedzictwem kulturowym także turystom zagranicznym: jest dostępny w języku polskim i angielskim. Serwis działa równieżw wersji mobilnej i jest dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych – niewidomych, słabo widzących i niesłyszących, zgodnie zwytycznymi Web Content Accessibility Guidelines (WCAG) 2.1. Zamieszczono także materiaływ Polskim Języku Migowym.
Fot. Adam Oleksiak, materiały prasowe Muzeum Narodowego w Warszawie
Od wizyty wirtualnej do stacjonarnej
Nowy portal Cyfrowe MNW oferuje także wirtualne, tematyczne ścieżki zwiedzania, materiały audiowizualne oraz karty edukacyjne – dla tych, którzy pragną poszerzyć swoją wiedzę na temat dzieł sztuki. Serwis ułatwi również zaplanowanie wizyty w warszawskim Muzeum: pozwoli sprawdzić, czy dany obiekt znajduje się obecniena ekspozycji oraz gdzie dokładnie można go znaleźć. – Nie da się niczym zastąpić bezpośredniego, osobistego kontaktu z dziełem sztuki, dlatego podstawową działalnością muzeów na długo pozostanie stacjonarne udostępnianie zbiorów. Prezentowanie ich w Internecie jest jednak cennym poszerzeniem oferty naszego Muzeum. Nowe Cyfrowe MNW ułatwi pracę badaczom i pozwoli zapoznać sięz naszą kolekcją internautom z całego świata. Mam nadzieję, że w przyszłości przyczyni się również do zwiększenia frekwencji. O tym, że warto inwestowaćw nowe technologie w muzealnictwie, przekonujemy się także podczas epidemiikoronawirusa – mówi p.o. dyrektora MNW dr hab. Łukasz Gaweł, prof. UJ.
Kubek, koszulka i torba… zaprojektuj własne gadżety!
Na portalu fotografiom dzieł sztuki towarzyszą informacje na temat warunków ich wykorzystania, w tym praw autorskich. Wizerunki obiektów znajdujących się w domenie publicznej (gdy od śmierci twórcy minęło co najmniej 70 lat) można pobierać, przerabiać i wykorzystywać bez żadnych ograniczeń, również komercyjnie. Reprodukcje zamieszczone na portalu Cyfrowe MNW mogą posłużyćdo wykonania własnych gadżetów. – Nowe Cyfrowe MNW to też zupełnie nowa jakość fotografii. Jednym z elementów projektu była budowa nowoczesnego pawilonu fotograficznego. Sprzęt najnowszej generacji pozwala na wykonywanie zdjęć dzieł sztuki na najwyższym możliwym poziomie – podkreśla Karolina Tabak, kierownik Działu Digitalizacji i Dokumentacji Wizualnej MNW.
Fot. Adam Oleksiak, materiały prasowe Muzeum Narodowego w Warszawie
Program Operacyjny Polska Cyfrowa
Założenia projektu „Otwarte Narodowe. Digitalizacja i udostępnianie zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie”, w którego ramach powstał nowy portal Cyfrowe MNW, są zgodne z krajowymi strategiami jednolitego i otwartego rynku cyfrowego oraz wpisują się w założenia Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.Realizacja projektu była możliwa dzięki podpisanej w styczniu 2018 roku umowie między Muzeum Narodowym w Warszawie a Centrum Projektów Polska Cyfrowa o dofinansowaniu ze środków Unii Europejskiej. Dofinansowanie w wysokości 7 148 207,64 złotych zostało przyznane z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa, „Cyfrowa dostępność i użyteczność informacji sektora publicznego”, „Cyfrowe udostępnienie zasobów kultury”.
Projekt dofinansowano również ze środków Ministerstwa Kulturyi Dziedzictwa Narodowego, w wysokości 1 309 193,45 złotych. Całkowita wartość inwestycji wynosi 9 602 449,16 złotych.
Żródło: Materiały prasowe Muzeum Narodowego w Warszawie
Czasami żartem pytamy: co jest misją chirurgii, a co jest w niej najpiękniejsze? Misja to ratowanie zdrowia i życia, a najpiękniejsze są oczy instrumentariuszki. Bo my się porozumiewamy oczami.
Adam Gniewecki, Krzysztof Bielecki
Przeczytałem książkę Anny Nozderki Medycyna? Nie jest na sprzedaż, opatrzoną mottem Pana Profesora: „Zamień ból i cierpienie na siłę, masz jeszcze tyle w życiu do zrobienia”. Stanowi ona relację z Pana rozmów z lekarzem med. Katarzyną Toruńską, o – mówiąc ogólnie – etyce lekarskiej, powołaniu i misji lekarza. Czy wyznaje Pan i stosuje myśl niesioną przez wspomniane motto?
Powyższe motto to słowa mojej matki. Jako pierwszy zostałem lekarzem w prawdziwie polskiej rodzinie ludzi mądrych, uczciwych i wyznających zasady. Ludzi ciężkiej, wytrwałej pracy. Gdy wracaliśmy z rodzeństwem ze szkoły, mama na nas zawsze już czekała, ojca zaś, który był tokarzem, widywaliśmy jedynie w niedziele i święta. Wychodził i wracał z pracy, gdy jeszcze albo już spaliśmy. Podobnie było w rodzinie, którą później sam założyłem.
To, co osiągnąłem, zawdzięczam rodzicom. Ojciec nauczył mnie ciężkiej pracy, a matka wartości, które stale wiodą mnie w pracy lekarza. Odpowiedzialności za słowa i czyny oraz wytrwałości. Z domu wyniosłem niechęć do nepotyzmu i klanowości. Myśl „Zamień ból i cierpienie na siłę, masz jeszcze tyle w życiu do zrobienia” daje mi, niezależnie od wieku, siłę, by stale się uczyć i dawać z siebie tyle, ile mogę. Tak też wychowałem syna i sądzę, że dzięki temu odnosi sukcesy. Słysząc dyskusje o wieku emerytalnym, zastanawiam się, o co chodzi.
Jeśli masz zdrowie i ochotę, znajdzie się dla ciebie praca. Wykonuj ją dobrze. Niech komuś lub czemuś służy. Zadając sobie pytanie o sens swojej pracy, dziękuję opatrzności, bo jestem człowiekiem wierzącym, dziękuję rodzicom, że zostałem lekarzem.
Jak postrzega Pan korelację takich pojęć jak: powołanie, poczucie misji, empatia i zawód – w przypadku lekarza, a także innych, zajmujących się bezpośrednio chorymi? Czy wszystkie te elementy jednocześnie są konieczne do osiągania powodzenia i skuteczności w tej, już nawet z nazwy, służbie?
Jestem przekonany, że lekarzem trzeba się urodzić, a wszystkie wymienione elementy mają znaczenie. My je nazywamy tzw. miękkimi wartościami. Nie ma takiego uniwersytetu, który uczy uczciwości, prawości, empatii, powołania, poczucia misji.
Są politechniki, są też szkoły medyczne. Dlaczego, szczególnie w zawodzie lekarza, te wartości są tak ważne? Ponieważ mamy do czynienia z człowiekiem. Zacytuję piękne zdanie wybitnego chirurga amerykańskiego, który powiedział:
„Włożyć niewprawną rękę do cudu Boskiej maszynerii, jaką jest ludzkie ciało, wiąże się z ogromną odpowiedzialnością”. Autor tego zdania jako chirurg określił warunki, jakie musi spełniać lekarz takiej specjalizacji. Moje ręce muszą robić to, za co jestem odpowiedzialny, to, co mam w głowie. To moja osobista odpowiedzialność wobec pacjenta.
Wciąż uczymy się dostępnej wiedzy medycznej, ale to nie wystarcza. Czasami zadajemy sobie pytanie, czy współczesny lekarz powinien być jak szaman, czy jak zimny, wyrachowany, otoczony nowoczesnymi aparatami, wyuczony, chłodny i pozbawiony ludzkich uczuć wykonawca. Ja wybieram rozwiązanie pośrednie, kompromisowe. Chcę być szamanem posługującym się współczesnymi przyrządami do rozpoznawania i leczenia chorób. Stawiam sobie pytanie, czy są nieuleczalnie chorzy? Czy to, że ktoś jest nieuleczalnie chory, jest skutkiem braku wiedzy na temat leczenia choroby albo zbyt późnego rozpoznania? Czy to wtedy mówi się, że ta choroba jest nieuleczalna?
Wracając do sprawy „miękkich wartości”. Nie przestawajmy być ludźmi, nie zamieniajmy się w zbiorowisko cyfr. Nie godzę się, by pacjent numer 7 wchodził do gabinetu numer 10 do doktora numer 15. Pacjent i lekarz to istoty ludzkie. Indywidualne, niepowtarzalne, noszące imiona i nazwiska, a nie odhumanizowane cyfry. Medycyna jest ludzka. Od człowieka dla człowieka. Mam już swoje lata, a pracuję i działam intensywnie. Zdarza się, że po dyżurze muszę wracać do szpitala do trudnego przypadku albo jechać do innego miasta, gdzie pacjent w nadziei, że przeżyje, czeka na moją pomoc. Pomaganie potrzebującym daje mi ogromną satysfakcję. A ludzi potrzebujących, mimo postępu medycyny, jest coraz więcej.
Jestem w szpitalu zawsze od 7 rano. W porze budzenia się pacjentów robię swój nieformalny obchód. Podchodzę do każdego chorego i mówię „dzień dobry”. Szczęśliwy dzień człowieka zaczyna się od poranka, gdy może usłyszeć te słowa i jeszcze kilka innych, tak potrzebnej otuchy od kogoś, kto, jak ufa, może mu swoimi kompetencjami ulżyć w cierpieniu. A mam tych chorych kilkudziesięciu. To też jest realizacja „miękkich wartości”.
Tego, czego nie nauczyliśmy się z książek i innych źródeł naukowych, musimy się nauczyć od drugiego człowieka. Ja miałem mistrzów, i to wielu, począwszy od rodziców, a kończąc na znakomitych lekarzach.
Julian Aleksandrowicz, wybitny internista i hematolog, pisze o sobie tak: „Wybrałem w życiu cel ważniejszy niż moja godność osobista”. To trudne do zrozumienia, bo twierdzi się, że najważniejszą cechą człowieka jest poczucie własnej godności. Ja uważam, że to nie dotyczy lekarza, który powinien kierować się umiejętnościami praktycznymi oraz misją wewnętrzną.
Przed II wojną światową mówiono, że są dwa stany, kapłański i lekarski. Tu godność osobista jest na dalszym planie. Ważniejsza jest misja. Zawód lekarza jest także wyborem postawy moralnej. Pieniądze powinny być na drugim planie. Czasami żartem stawiamy pytanie: co jest misją chirurgii, a co jest w niej najpiękniejsze? Misja to ratowanie zdrowia i życia, a najpiękniejsze są oczy instrumentariuszki. Bo my się porozumiewamy oczami.
Przechodząc do przyziemnej rzeczywistości: ludzie, nie zawsze, ale w większości pracują dla pieniędzy. Znane są liczne, nie tylko ostatnio i nie tylko w naszym kraju, strajki „ekonomiczne” pracowników służby zdrowia. Co, zdaniem Pana Profesora, powinno być wyznacznikiem wysokości pensji lekarzy i „białego” personelu medycznego? Czy tylko formalna ocena kwalifikacji? A może także, albo głównie, oparta na wielu złożonych przesłankach, ocena pacjentów?
Tej oceny powinni dokonywać pacjenci. Limity przyjęć do szpitali nie mają sensu, a jedynymi, którzy powinni móc szpital zamknąć, też są pacjenci. W reformie służby zdrowia słusznie zdecydowano, że „pieniądze idą za pacjentem”. W publicznej służbie zdrowia jest określona tzw. stawka kapitacyjna na leczenie każdego z nas. Zasada dobra, ale źle zrealizowana. Jeżeli szpital ma dobrą opinię, to znaczy, że są w nim dobrzy lekarze, nie tylko merytorycznie, ale mają też poczucie misji, empatii i dobroć. Kochają pacjentów. Profesor Kasprzak mówił: „Nauczcie się kochać pacjentów, nie wstydźcie się. Chory powinien być twoim przyjacielem, a nie tym, dzięki któremu zarabiasz. Raz zarobisz, innym razem nie, ale per saldo na pewno się wzbogacisz”. Ksiądz Twardowski, który był moim nauczycielem religii i przez całe życie przyjaźniliśmy się, a byłem jego osobistym lekarzem, mówił: „Uczmy się dawać i przyjmować”. Lekarz powinien dawać z siebie maksimum, ale jeżeli pacjent przyjdzie z podziękowaniami, nie wstydźmy się tej wdzięczności przyjąć. Oczywiście nie mam na myśli wdzięczności w formie materialnej.
Na jakich elementach można budować ocenę „jakości” lekarza?
Istnieją różne mierniki wartości lekarza. Są takie rankingi, jak „Znany Lekarz”, gdzie pacjenci mogą anonimowo wyrażać swoje oceny i opinie. Ale czy na tym można polegać? Na temat jednego lekarza czyta się dwadzieścia kilka ocen pozytywnych i pięć bardzo negatywnych. Anonimowość umożliwia także zawodową walkę konkurencyjną. Co do kryteriów skuteczności lekarza, zacznę od powiedzenia rektora Kasprzaka: „Lekarz czasami wyleczy, często może pomóc, ale zawsze powinien pocieszyć”. Obiektywne wskaźniki oczywiście istnieją.
Jeżeli chodzi o chirurgię, to np. śmiertelność okołooperacyjna, ilość powikłań pooperacyjnych, zakażenia, czas pobytu w szpitalu itd. Ale powtarzam: najważniejszym kryterium wartości lekarza jest ocena chorych.
Istnieje szeptana giełda, a i ja mam telefony z pytaniami: „Do kogo pójść, kogo pan uważa za najlepszego, komu zaufać?”.
Co do rozwiązania systemowego: jeżeli za pacjentem rzeczywiście szłyby pieniądze, to szpitale, gdzie lekarze są dobrzy pod względem merytorycznym oraz tzw. miękkich wartości, powinny opływać w dostatki, a te marne trzeba by było zamknąć. Dyrektor zamykanego szpitala mógłby mieć żal, ale usłyszałby: „panie, zrób pan coś, żeby do pana ludzie przyszli”. Wyobraźmy sobie, że w przychodni na pacjenta czeka przemyślana ankieta. Ten wymienia walory, czy też strony negatywne lekarza, podpisuje się i podaje swoje dane. To może wzburzać lekarzy. „Przecież pacjent się na tym nie zna”. Może się nie zna, ale wie, jak się czuje, czy leczenie mu pomaga, jak jest traktowany itd., a poza tym rozumu odmówić mu nie można. Jak już powiedziałem – praca lekarza to praca z człowiekiem.
Próby anonimowego ankietowania pacjentów już podejmowano. Nie były one zadowalające. Takie imienne ankiety powinny trafiać do gremium zobowiązanego do absolutnej dyskrecji. Powtarzam, po pierwsze ocena pacjentów, potem analizy merytoryczne. Na tej podstawie można by prowadzić indeksację pensji.
Jestem rzecznikiem praw pacjenta w moim szpitalu. Wpływają skargi, ale pochwały nie. Apeluję: proszę pisać, ale nie tylko skargi. Także opinie pozytywne!
Mówi się, że każdy lekarz jeździ super samochodem, Może tak, ale kosztem swojego zdrowia. Najwyższa śmiertelność jest wśród chirurgów do 50 roku życia. Ale jeżeli pozwolono na zatrudnienie w nielimitowanej liczbie miejsc pracy… Co wart jest pracownik, który 72 albo 96 godzin tygodniowo pracuje w szpitalu jako lekarz, pielęgniarka czy ratownik? Ja widzę, jak ci ludzie są przemęczeni. Ale jeżeli jeden z ministrów zdrowia mówi, że lepszy zmęczony lekarz niż żaden….
Podstawą służby zdrowia jest lekarz POZ – podstawowej opieki zdrowotnej. To są prywatne instytucje. Prywatne gabinety lekarzy POZ są finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia niezależnie od tego, czy jest to lekarz bardzo dobry – ze wszystkimi walorami, przeciętny, czy nawet zły. Może zacytuję: „Społeczeństwo nie powinno powierzać swego zdrowia ludziom zachłannym na pieniądze, ludziom tchórzliwym i nadmiernie ambitnym, widzącym jako cel działania jedynie własną karierę i własny prestiż, a nie dostrzegającym potrzeb innych”.
Cały wywiad Adama Gnieweckiego z prof. dr. n.med. Krzysztofem Bieleckim, pt. „Pięknie jest służyć człowiekowi i żaden wstyd”, znajduje się na s. 8 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Wywiad Adama Gnieweckiego z prof. dr. n.med. Krzysztofem Bieleckim, pt. „Pięknie jest służyć człowiekowi i żaden wstyd”, na s. 8 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020
Dr Grzegorz Konrad Brona o Nagrodzie Nobla z dziedziny fizyki, polskim wkładzie w eksplorację kosmosu i chińskich staraniach o przełamanie amerykańskiej hegemonii w tej dziedzinie.
Istnienie czarnych dziur przewidział w 1915 r. Albert Einstein.
Dr Grzegorz Konrad Brona zauważa, że autor teorii ogólnej względności nie wierzył w możliwość istnienia czarnych dziur i starał się „wyrzucić je” ze swojej teorii. Za badania nad czarnymi dziurami przyznano tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. Laureatami są Roger Penrose, Reinhard Genzel i Andrea Ghez.
W 1965 r. Roger Penrose wykazał matematycznie, że jeżeli masa zaczyna się zapadać, gdzieś w przestrzeni tworzy nieskończenie gęste skupienie materii, zakrzywia nieskończenie przestrzeń, pojawia się dzielenie przez zero- całkowita osobliwość fizyki.
Pozostała dwójka odkryła istnienie czarnych dziur. Odkryty przezeń obiekt ma masę czterech milionów mas Słońca. Stephen Hawking odkrył z kolei, że czarne dziury po pewnym czasie parują, czyli się rozpadają. Czarne dziury osiągać mogą różne rozmiary, wskazuje nasz gość:
W świecie mikro istnieją prawa grawitacji, które pozwalają na zaistnienie czarnych dziur o wielkości protonu, elektronu, czy nawet mniejszych.
Powstałe w wyniku rozpadu gwiazd czarne dziury mają masę zazwyczaj kilkukrotnie większą od gwiazd. Największe, położone w centrum wszechświata osiągają masę kilku milionów Słońc.
Były prezes Polskiej Agencji Kosmicznej zdradza, jak wygląda polska eksploracja kosmosu. Przypomina, że Centrum Badań Kosmicznych PAN istnieje od pół wieku, w trakcie którego współpracowała przy projektach radzieckich, europejskich i amerykańskich. Eksploracja kosmosu jest kolejną areną rywalizacji chińsko-amerykańskiej. Ci ostatni obecnie wciąż dominują, ale Chiny wykorzystują posiadane przez siebie możliwości.
Następne 10-15 lat będzie trwała rywalizacja między tymi mocarstwami o opanowanie technologii pozwalającej ponownie wysłać człowieka na Księżyc.
Fizyk wskazuje, że być może w niedalekiej przyszłości będziemy czerpać z zasobów naturalnych Księżyca. Chodzi zwłaszcza o Hel-3 – formę pierwiastka helu rzadko spotykaną na Ziemi, której używa się w reaktorach fuzyjnych.
Jednak, jak dotąd, polityka zmuszania innych państw unijnych, a zwłaszcza Polski i Węgier, do przyjmowania osadników z krajów islamskich, nie udaje się, co wyraźnie irytuje architektów nowego ładu.
Jan Bogatko
Architekci Nowego Świata mają łatwe zadanie: w gazetach zamieszczają wzruszające zdjęcia kobiet i dzieci, którym zagrażają rekiny na Morzu Śródziemnym, i tylko my możemy im przyjść na ratunek! Po tym, jak cesarzowa Angela zniosła pięć lat temu granice (strzeże się ich jedynie przed ukraińskimi robotnikami sezonowymi, ograbianymi z nielegalnie zarobionego grosza na granicy niemiecko-polskiej przez federalne służby celne, co samo w sobie jest obrzydliwym procederem), Republika Federalna wita wszystkich chętnych z listy Sorosa. Dzień, w którym powstanie Prawdziwy Europejczyk (w znaczeniu unionista), zbliża się nieubłaganie, chyba że nadzieje okażą się jednak płonne.
To już naprawdę desperacja, jeśli w Niemczech (nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu!) otwarcie i bez cienia strachu tysiące mieszkańców Republiki Federalnej podpisują petycję „Zatrzymać nową migrację!”, skierowaną do rąk ministra spraw wewnętrznych w Berlinie, Horsta Seehofera. To nieważne, czy odniesie ona pożądany przez sygnatariuszy skutek; już samo jej podpisanie jest sukcesem. Niemców oburzają państwowe premie dla bandytów z obozu „da uchodźców” w Morii na pięknej, do niedawna greckiej wyspie Lesbos, którzy na podpaleniu udostępnionych rzekomym „uchodźcom” prymitywnych wprawdzie, ale zawsze domostw, dających im dach nad głową, budują nadzieję na dotarciu do Ziemi Obiecanej, tak jak im to przyrzekła już pięć lat temu Angela Merkel.
Pamiętam zdjęcia czy nawet filmy z Węgier, gdzie na dworcach kolejowych oburzeni „uchodźcy” kopali butelki z wodą, oddane do dyspozycji spragnionych i zmęczonych wędrowców. Podziwiałem wówczas ich krzepę i siłę; przywodzili oni na myśl rycerzy proroka, uczestniczących tym razem w operacji „Ziemia Obiecana”.
Kobiety i dzieci jakoś nie rzucały się w oczy, w końcu nie pozowali oni do zdjęć niemieckiego czy francuskiego lewicowego magazynu ilustrowanego, lecz prowadzili twardą walkę o byt z węgierskim reżimem. Walkę zakończoną sukcesem, a jakże! Potem, w słynną noc sylwestrową w Kolonii nastąpił drobny zgrzyt: nadreńskie dziewczyny, ochoczo bawiące się na ulicy i nie tylko, śpiewające i śmiejące się po kilku perlistych „sektach”, lokalnej odmianie szampana, niechętnie jakoś przyjmowały wdzięki arabskich młodzianków, spragnionych seksu, który rządzi w Europie ulicami, czego dowiedzieli się w swym kraju z reklamy wycieczek w (jedną stronę) do Europy. Nie są one wcale takie znowu tanie, ale też turyści z krajów arabskich do biednych nie należą.
Biura podróży, wysyłające swych klientów za kilka tysięcy dolarów w rejs na przerdzewiałych łajbach lub pontonach, nie ryzykują w zasadzie ich życiem, bowiem zawsze, jakby na zamówienie, pojawia się na wodach Morza Śródziemnego jakiś niemiecki czy (rzadziej) francuski statek „ratowniczy” pewnej znanej organizacji międzynarodowej, podającej się za charytatywną (zbieżność w czasie i chęć niesienia bezinteresownej pomocy każe niekiedy wątpić w tę bezinteresowność)
Nazajutrz wszystkie lewicowe gazety w Niemczech (innych tu w zasadzie nie ma) zamieszczają dramatyczne relacje o walce odważnych matrosów z żywiołem, walce o życie wyczerpanych uchodźców, podając numer konta dla wpłaty niezbędnych darowizn. Dziennikom wtórują miejscowe stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe. Ale ostatnio Niemcy (czy to wynik pandemii?) okazują się być jakoś mniej szczodrzy, jak do niedawna.
Czyżby zaczynali wątpić w potrzebę niesienia pomocy potrzebującym? (…)
Panią Roth z Zielonych musiały zaboleć słowa premiera Grecji, a jeszcze bardziej zapewne dotknęła ją wypowiedź ministra do spraw migracji w Atenach, Notisa Mitrakisa: „jeśli ci ludzie myślą, że mogą tutaj urządzać awantury i dostaną prawo azylu, i będą mogli wjechać do innego kraju w Europie, to mylą się. Jeśli pozwolilibyśmy na to, to zachęcilibyśmy tylko innych do naśladownictwa”.
(…) Friederich Merz, niezbyt szczęśliwy aspirant do partyjnej schedy po Angeli Merkel (chce być szefem CDU), przestrzega z kolei przed licytowaniem się, kto przyjmie najwięcej migrantów. Merz zauważa trzeźwo, mówiąc: „o ile dobrze to postrzegam, Grecja nie prosiła dotąd o przyjęcie w Unii Europejskiej uchodźców z Lesbos i skierowanie ich do innych państw unijnych”. Szef frakcji opozycyjnej, konserwatywnej partii AfD, Alexander Gauland, zwraca uwagę, że przyjęcie migrantów z Morii może wywołać powtórkę z wydarzeń z roku 2015. Jego zdaniem byłby to katastrofalny sygnał o niszczycielskiej sile działania, na co nie wolno pozwolić. Proponuje następujące europejskie (czyli unijne) rozwiązanie: UE powinna przeznaczyć środki na ochronę granic zewnętrznych i na wsparcie państw na tych granicach w misji zawracania nielegalnych migrantów.
Zagadką pozostaje fakt, dlaczego lewicowy rząd w Berlinie chce ponad głowami wszystkich (nie tylko Greków!) narzucić Unii Europejskiej swą wizję polityki imigracyjnej.
Jak dotąd polityka zmuszania innych państw unijnych, a zwłaszcza Polski i Węgier, do przyjmowania osadników z krajów islamskich, nie udaje się, co wyraźnie irytuje architektów nowego ładu. Nie dają oni jednak za wygraną i to nawet, mimo coraz bardziej wyraźnych głosów sprzeciwu (wspomnianą na początku petycję do ministra Horsta Seehofera, której sygnatariusze sprzeciwiają się przyjmowaniu migrantów z Morii, w przeciągu kilku dni podpisało ponad 20 tysięcy osób).
Cały felieton Jana Bogatki pt. „Ziemia Obiecana” znajduje się na s. 3 październikowego „Kuriera WNET” numer 76/2020.
Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co czwartek w Poranku WNET na wnet.fm.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Zerowy fizyczny rozmiar osobliwości, teoria względności i wieczny powrót. Prof. Andrzej Wysmołek o badaniach Rogera Penrose’a, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki.
Prof. Andrzej Wysmołek zdradza, ile waży czarna dziura. Na stosunkowo małych obszarze może się zmieścić masa czterech milionów Słońc. Zauważa, że laureat tegorocznej Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki udowodnił coś, w co sam Albert Einstein powątpiewał.
Roger Penrose otrzymał Nagrodę Nobla za to że pokazał że w zasadzie z ogólnej teorii względności wynika istnienie czarnych dziur.
Ogólna teoria względności ma w sobie, zgodnie z tym, co udowodnił laureat, wbudowane w sobie istnienie czarnych dziur. Gość Wolności Wnet wskazuje na problem osobliwości, takich jak zmniejszanie rozmiarów obiektu, przy zachowaniu jego masy, aż do momentu, gdy mierzy on „0,00000”. Od takiego punktu prawdopodobnie zaczął się Wielki Wybuch. Obecnie do teorii o Wielkim Wybuchu dochodzą teorie kwantowe.
Im więcej wiemy, tym więcej jesteśmy w stanie postawić pytań.
Prof. Wysmołek potwierdza, że zasada zachowania energii wciąż w fizyce obowiązuje. Dodaje przy tym, iż w przypadku eksperymentów energia tymczasowo może nie zostać zachowana. Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego odnosi się do problemu Pierwszego Poruszyciela. Zauważa, że
Roger Penrose ma taką koncepcję, że te wszechświaty się powtarzają. Są eony i jeden się kończy, a drugi zaczyna.
Lewica odrzuca „ordo” w imię neutralności i tolerancji oraz pomija społeczność, a więc w jej zainteresowaniu de facto pozostaje jedynie władza, która bez „ordo” przed nikim i niczym nie odpowiada.
Kazimierz Korab
Opracowanie Joanna Pyryt
Konspekt wykładu prof. Kazimierza Koraba pt. „Jak uwolnić się z pułapki ideologicznego definiowania polityki”, wygłoszonego w Akademii Wnet 19 września br.
Bez precyzyjnego zdefiniowania pewnych powszechnie przyjętych fałszywych pojęć trudno dobrze zrozumieć współczesne zniewolenie myślowe. Mamy do czynienia z wojną ideologiczną prowadzoną przez lewicę, która pod hasłami wolności i neutralności w istocie neguje wszelką aksjologię, porządek (ordo), chce pozostawić ludzi bez oparcia w prawie naturalnym i doprowadzić do zaniku naturalnych zasad i więzi społecznych. W tym celu tworzy liczne, coraz to nowsze ideologie, chętnie prezentowane i promowane przez współczesne uniwersytety w imię postępu i nowoczesności.
Stawianie oporu przez środowiska konserwatywne, zwane też prawicowymi, nie jest łatwe – przede wszystkim dlatego, że posługują się one wykształconym na uniwersytetach językiem lewicy i wytworzonymi przez nią fałszującymi pojęciami (np. ‘wolność’ to nie „wolna wola wyboru między dobrem a złem”, ale „pełna swoboda odrzucenia wszelkich zasad, łącznie z obrazem rzeczywistości”).
Profesor Korab podkreśla jednocześnie, że konserwatyzm nie oznacza wstecznictwa i oglądania się w przeszłość, lecz kontynuację tego, co dobre z przeszłości, wytworzonego przez poprzednie pokolenia. To znaczy: zachowujemy to, co dobrze się sprawdziło, naprawiając i porzucając błędy. Stąd – ponieważ prawica nie tworzy nowych ideologii – może jedynie odrzucać fałszywe ideologie lewicy. Osiemnastowieczny filozof i polityk Edmund Burke, analizując rewolucję francuską, mógł jedynie powiedzieć 'nie’, zaprzeczając jej ideom.
Politykę tworzą w istocie trzy zasadnicze elementy: porządek i ład (ordo), władza, społeczność.
Lewica w istocie odrzuca ordo w imię neutralności i tolerancji (Kościół to właśnie ordo, a więc jest nieodłącznym elementem polityki i stawia Boga ponad władzą) oraz pomija społeczność, a więc w jej zainteresowaniu de facto pozostaje jedynie władza, która bez ordo w rzeczywistości przed nikim i niczym nie odpowiada. W takiej sytuacji trójpodział władzy w istocie jest narzędziem despotyzmu, ewentualnie państwa totalitarnego.
Warto też precyzyjnie zdefiniować pojęcia republiki i demokracji oraz ustroju i systemu.
Republika, jak wskazuje nazwa, to rzecz wspólna, a więc władza w imię wspólnego interesu, podczas gdy demokracja wychodzi od interesu poszczególnego człowieka, więc w istocie promuje egoizm i konflikt sprzecznych interesów.
Warto też odróżniać ustrój od systemu. W pewnym uproszczeniu ustrój to porządek prawnie zapisany, a system to realna władza, sieć powiązań ludzi w różnych miejscach zarządzania (tu jako przykład posłużył PRL – gdzie w ustroju występował sejm, Rada Państwa, a nie istniał taki organ jak Pierwszy Sekretarz PZPR, który jednak sprawował rzeczywistą władzę i był za granicą przyjmowany jako głowa państwa).
Dla zobrazowania antynomii lewica – prawica w polityce wykładowca przywołał Księcia autorstwa Machiavellego przeciw Erazma z Rotterdamu De institutione principis christiani.
Aby bronić się w wojnie ideologicznej, warto zauważyć jej trzy reguły:
neutralność – zabrania się oceniać, bo ocena to dyskryminacja (tym samym zastępuje się chrześcijaństwo ideologią, co prowadzi do utraty tożsamości),
prymat walki z wrogami – prymat idei nad człowiekiem (dlatego można wykorzystać wszelkie narzędzia nawet przeciw człowiekowi, byle zapewnić panowanie ideologii),
rewolucja aksjologiczna – wprowadza się ideologiczne zasady normatywne (np. głosi się wolność, ale wprowadza się przymus akceptowania wolności zdefiniowanej przez ideologów). Te ideologiczne zasady są wprowadzane do prawa – a potem następuje obrona „państwa prawa”.
W myśli konserwatywnej, chrześcijańskiej człowiek rodzi się wolny, ma zdolność oceniania, rozróżniania dobra i zła oraz możliwość wolnego wyboru drogi postępowania. Tymczasem rewolucja głosi wolność i równość przy rzeczywistym zniewoleniu jednostki: wolność oznacza odrzucanie zasad; uniemożliwia się ocenę jako wartościującą, a to powoduje mnożenie prawa i urzędników je wdrażających.
Oczywiście jest to bardzo skrótowy konspekt w wykładu. Warto zajrzeć do książki profesora Kazimierza Koraba, o której prof. Andrzej Nowak napisał: „To wyjątkowo oryginalna, oddalona od politologicznej sztampy analiza świata polityki w ujęciu systemowym, ustrojowym i filozoficznym zarazem. Ważne dzieło!”.
Natomiast sam autor mówi o swojej książce: „Po największym w dziejach sponiewieraniu polityki przez dwudziestowieczne systemy totalitarne pragnę bronić jej wielkości, godności i czystości”.
Prof. Kazimierz Korab jest autorem książki Polityka. Zmierzch czy odrodzenie?, a obecnie czeka na wydanie jego książka o współczesnej wojnie ideologicznej.
Kontakt w sprawie zapisów na spotkania Akademii Wnet: akademia@radiownet.pl.
Streszczenie Joanny Pyryt wykładu prof. Kazimierza Koraba, zatytułowane „Polityka sponiewierana przez ideologię”, znajduje się na s. 15 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Streszczenie Joanny Pyryt wykładu prof. Kazimierza Koraba, pt. „Polityka sponiewierana przez ideologię”, na s. 15 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020
Nie chwalił się, nie opowiadał nie wiadomo gdzie i jak obszernie, ale to było widać: ten był z nim bardzo blisko związany, ten był prowadzony, ten wiele skorzystał na jego kierownictwie duchowym.
Odszedł dobry pasterz. Wspomnienie o śp. ks. kardynale Marianie Jaworskim
W Pałacu Arcybiskupów Warszawskich przy ulicy Miodowej z gospodarzem tego miejsca, kardynałem Kazimierzem Nyczem, metropolitą warszawskim, o śp. kardynale Marianie Jaworskim rozmawia Krzysztof Skowroński.
W sobotę 5 września o godzinie 22:02 odszedł do Domu Pana ksiądz kardynał Marian Jaworski. Od czego Ksiądz Kardynał by zaczął opowieść na temat świętej pamięci księdza kardynała Jaworskiego?
Odszedł człowiek, który przez ostatnie trzydzieści kilka był moim bliskim, serdecznym znajomym przez czas mojego bycia biskupem, a bardzo zbliżyliśmy się do siebie już w czasie jego emerytury. Ksiądz Kardynał Marian Jaworski i ks. kard. Franciszek Macharski byli bliskimi przyjaciółmi, a ja z kolei byłem blisko kardynała Macharskiego jako współpracownik. Nasze drogi się splatały. Nie tak dawno, parę lat temu, obaj byli tutaj u mnie; ksiądz kardynał Jaworski, dziś świętej pamięci, mieszkał tu kilka dni. Z Domu Arcybiskupów, gdzie teraz rozmawiamy, robiliśmy wycieczki, że tak powiem – pod jego dyktando, w tym znaczeniu, że wspólnie jechaliśmy tam, gdzie on chciał być. Oczywiście na pierwszym miejscu, jak się łatwo domyślić, były Laski.
Dlaczego Laski?
Przede wszystkim dlatego, że Laski to miejsce związane z ks. Tadeuszem Fedorowiczem. To był ksiądz lwowski, z jego pokolenia, który był dla niego kimś ważnym i bliskim, nie tylko wtedy, kiedy był rektorem w Laskach, ale także wcześniej, już we Lwowie, kiedy obaj byli księżmi tej diecezji i zawsze to sobie bardzo cenili. Laski stały się dla niego miejscem bardzo bliskim, i to nie tylko ze względu na siostry franciszkanki czy Zakład dla Ociemniałych, ale również z uwagi na skupiające się tam środowisko intelektualistów okresu przedwojennego i powojennego. Chętnie tam przyjeżdżał, wracał i przez te moje kilkanaście lat w Warszawie, kiedy był młodszy i zdrowszy, wiele razy był w Laskach, nawet czasem zatrzymał się tam na dwa–trzy dni. Z Laskami miał kontakt do samego końca.
Ksiądz kardynał Marian Jaworski rzeczywiście urodził się we Lwowie w sierpniu 1926 roku i tam wstąpił do seminarium. Po II wojnie światowej, kiedy okazało się, że zawsze wierny Lwów znalazł się na terenie Związku Radzieckiego, arcybiskup Baziak przeniósł seminarium do Kalwarii Zebrzydowskiej. Ksiądz kardynał Marian Jaworski związany był ze Lwowem i z Kalwarią, i z Krakowem, a potem ponownie ze Lwowem.
Tak, takie etapy życia w jakimś sensie wyznaczyła mu historia tych 94 lat, które przeżył. Jego wstąpienie do seminarium – to mogę sobie tylko wyobrazić, bo daty to podpowiadają – nastąpiło w szczególnym momencie. Z jednej strony już było po Jałcie, więc wszyscy ludzie, do których dochodziły wiadomości, wiedzieli że Lwów nie będzie należał do Polski po wojnie. Jesień 1944 roku to był czas, kiedy część ludzi już stamtąd wyjeżdżała. Niektórzy uciekali z obawy przed bolszewikami. Jego wstąpienie do seminarium nastąpiło na zakręcie historii w tym sensie, on dopiero zdał maturę, zdążył zostać przyjęty do seminarium jeszcze we Lwowie, a potem arcybiskup lwowski Eugeniusz Baziak, który był następcą Bolesława Twardowskiego, zabrał księży, seminarium – wszystko, co było do zabrania – i przyjechał z tym do Polski. Zatrzymał się w Krakowie u swojego protektora i przyjaciela kardynała Adama Stefana Sapiehy, jeszcze wtedy nie kardynała.
Ja pamiętam z początków mojego kapłaństwa jeszcze dziesiątki księży lwowskich w Krakowie. To byli bardzo często wybitni kapłani, wybitni duszpasterze. Duża część tych lwowskich księży pojechała dalej pociągami w kierunku zachodnim, a więc do Opola, do Wrocławia i tam dożyli swojego życia – właściwie wśród swoich, Lwowiaków. Myślę, że kardynał Jaworski był jednym z ostatnich, jeżeli nie ostatnim spośród tych księży.
Stanowili oni także zalążek Wydziału Teologicznego, o którym trzeba by więcej powiedzieć, bo po wyrzuceniu Wydziału Teologicznego z Uniwersytetu Jagiellońskiego ogromny wkład w powstanie tego wydziału miał kardynał Jaworski razem z Wojtyłą, czy przy Wojtyle, jako młody profesor, młody filozof i teolog.
Natomiast sprawa seminarium zawsze była dla mnie znakiem zapytania. Nieraz z księdzem kardynałem rozmawialiśmy na ten temat, nawet mieliśmy pewne różnice poglądów. Nieraz go pytałem: dlaczego, skoro na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie była teologia, a częścią tego wydziału było afiliowane przy nim seminarium krakowskie – dlaczego ksiądz arcybiskup Baziak nie włączył po prostu seminarium lwowskiego do krakowskiego? Mówiłem: może myśleliście, że to wszystko jest czasowe, że jeszcze tam wrócicie, że ta nowa okupacja nie będzie trwała? On nigdy mi tego nie potwierdził, ale tak wyczuwałem, choć może się domyślam za dużo, że była taka intencja, żeby zachować odrębność lwowskiego seminarium i przy najbliższej okazji wrócić do Lwowa. Ale, jak mówię, nie mam na to żadnych dowodów historycznych ani empirycznych. Tym niemniej to seminarium było w Kalwarii Zebrzydowskiej przez równe dziesięć lat. A moje przypuszczenie wzięło się stąd, że właściwie ostatnim krajem, który się wyrwał ze szponów komunizmu, była Austria – w 1955 roku – a potem nadzieje zgasły. Potem był mur berliński i wszystko inne.
On w tym seminarium odbył całe 5 lat formacji seminaryjnej, intelektualnej. Tam byli lwowscy profesorowie, którzy go uczyli, byli przełożeni ze Lwowa. I tam został wyświęcony w czerwcu 1950 roku. Tam też zaczęła się jego kapłańska droga życiowa. Zaczęła się w parafiach archidiecezji krakowskiej, m.in. w Poroninie.
Ale tam też zaczęła się jego droga naukowa w zakresie teologii, z której zrobił najpierw magisterium, potem w dziedzinie filozofii, z której zrobił doktorat. Zrobił doktorat także z teologii i wreszcie – zwrócił się ku profesurze przez habilitację.
To było już w oparciu o kilka uczelni. Początek był na UJ, a potem był KUL, a zwłaszcza ATK. I tak się rozwinął ksiądz profesor Marian Jaworski, z którym ja miałem się okazję spotkać dokładnie w październiku 1967 roku w seminarium w Krakowie.
Był wykładowcą Księdza Kardynała?
Tak, był wykładowcą dwóch przedmiotów. Na II roku drugim wykładał nam metafizykę. Powiem – dzisiaj, w niebie, jak patrzy na nas, to się nie obrazi: to był trudny kawałek dla dziewiętnastolatka po pierwszym roku studiów – słuchać o substancji, o bycie… Wtedy nie potrafiłem tego nazwać. Nie kreuję się na jakiegoś wielkiego filozofa, bo nim nie jestem, ale dzisiaj wiem, że ten całoroczny dwugodzinny wykład z metafizyki był oparty na filozofii tomistycznej i wierny tej filozofii. Natomiast na III roku miał z nami filozofię religii.
Wówczas myśmy w tej dziedzinie raczkowali, ale dziś potrafię ocenić, że w filozofii religii było widać, jak on ma ogromną wiedzę także z innych kierunków filozoficznych, jak potrafił mówić o tych wszystkich filozofach religii; począwszy od młodego Rickena itd. To był człowiek, który wtedy już, że tak powiem, dawał oznaki tego, że jego zainteresowania filozoficzne są bardzo szerokie.
Romano Guardini był „ulubionym” filozofem religii księdza kardynała Mariana Jaworskiego.
Tak, on się do tego przyznawał, mówił o tym na wykładach, zachęcał nas do czytania Guardiniego, a trzeba pamiętać, że w tamtych czasach niewiele rzeczy jeszcze było tłumaczone, bo to był koniec lat 60. i początek 70. Kiedy kard. Jaworski jeszcze żył, nasuwało mi się porównanie, że w pewnym sensie miał w sobie podobieństwo do papieża Franciszka – w znaczeniu zauroczenia filozofią Guardiniego. Papież Franciszek z tego powodu pojechał do Niemiec i tam miał robić doktorat. Dla kardynała Jaworskiego Guardini też był osobą bardzo ważną. On często do tego filozofa nawiązywał i myślę, że gdyby w ostatnich latach życia kardynała mieli okazję ze sobą rozmawiać, to by się z papieżem na wielu płaszczyznach z Guardinim spotkali. Bo cała doktryna papieża Franciszka, zasadzająca się na czterech zasadach, czterech pierwszeństwach: czasu nad przestrzenią, jedności nad konfliktem, rzeczywistości nad ideą i całości nad częścią – jest wzięta z Guardiniego, który już w roku 1925 widział w tym sposób na pojednanie świata po I wojnie światowej. To są znamienite i znakomite postaci, które podejmują ten sam problem: w jaki sposób, jak zbudować intersubiektywny system filozoficzny, na którym można by „osadzić” Objawienie, Ewangelię. Ten temat podejmował także jeden z najbliższych przyjaciół kardynała Jaworskiego – Ojciec święty, przedtem Karol Wojtyła – kiedy się zastanawiał, czy można zbudować system filozoficzno-etyczny w oparciu o Maxa Schelera; i tak dalej, i tak dalej.
Padło imię i nazwisko świętego Jana Pawła II. W 1951 roku ksiądz kardynał Marian Jaworski trafił do parafii świętego Floriana i tam rozpoczęła się jego wielka przyjaźń z Karolem Wojtyłą.
Mądrzy Sapieha i Baziak, mimo że widzieli ogromne zasługi Wojtyły w duszpasterstwie akademickim, które właściwie wtedy raczkowało, posłali go na studia do Rzymu zaraz po święceniach. Potem Sapieha zrobił go wikarym w dwóch parafiach. To też było bardzo, że tak powiem, edukacyjne: jeśli masz być wielkim profesorem, dydaktykiem, to zacznij najpierw poznawać ludzi i problemy Niegowici, Floriana…To już pamiętam z moich własnych doświadczeń. Tam się to wszystko zaczęło. U św. Floriana w 1951 roku był także Jaworski. A kiedy Sapieha zobaczył, że jest potrzebne, żeby Wojtyła zrobił jak najszybciej habilitację – dla dobra nauki, dla dobra Wydziału (wtedy jeszcze na UJ) – to go po prostu troszkę przymknął na Kanoniczej i on mieszkał w tym domu pod numerem 19/21 przez wiele lat. I tam się już całkiem blisko zaprzyjaźnili z kardynałem Jaworskim.
Bo kardynał Marian Jaworski był sekretarzem arcybiskupa Baziaka?
Był sekretarzem Baziaka, ale także miał swoją drogę naukową i w związku z tym ta bliskość rzeczywiście była naturalna. Myślę, że ich przyjaźń miała przede wszystkim podłoże czy wspólny mianownik poszukiwań naukowych. Jeśli chodzi o przyjaźń z młodym Wojtyłą, to ta bliskość mieszkania wtedy, kiedy już nie był sekretarzem, też była niezwykle ważna.
Pamiętam, jak w listopadzie 1968 roku (byłem już na drugim roku studiów), kiedy Wojtyła został kardynałem, to po jego kolejnym wyjeździe do Rzymu myśmy bez jego wiedzy, na polecenie księdza Kuczkowskiego, ówczesnego kanclerza kurii, przenieśli jego rzeczy z Kanoniczej już na Franciszkańską i kierowca z lotniska zawiózł go tam, a on był bardzo zdziwiony, co się stało. Myśmy jego rzeczy tydzień przedtem przenieśli jako klerycy na własnych plecach, że tak powiem, a on już był nie tylko biskupem pomocniczym, ale od 5 lat ordynariuszem. Tak że ich przyjaźń od Floriana do roku 1968 umocniła się również dzięki miejscu zamieszkania. Potem widzieliśmy, jak oni się nawzajem cenili, jak się szanowali, przede wszystkim wspólnie troszczyli się o Wydział Teologiczny. W 1974 roku ks. Jaworski został dziekanem Papieskiego Wydziału Teologicznego w Krakowie, ale już na długo wcześniej obaj myśleli, co robić. Nie chcę tutaj przypominać sporu o ATK, która miała być pewną komunistyczną rekompensatą za wydziały teologiczne wyrzucone z uniwersytetów. Ale dobrze pamiętam, jak dyskutowano, czy zaakceptować sytuację i posyłać profesorów na ATK. Potem zaczęła kiełkować myśl, żeby zachować niezależność, która polegała na afiliacji do wydziałów papieskich w Rzymie, czyli konkretnie do Lateranu. I tak nastąpiło pod koniec lat 50. i 60. odnowienie czy stworzenie Wydziału Papieskiego, którego właśnie Marian Jaworski po habilitacji był jednym z ważnych dziekanów; nie tylko dlatego, że doczekał wyboru papieża.
Ponoć nie przez przypadek, kiedy papież został wybrany, nastąpiło podniesienie wydziału – już w styczniu w 1981 roku – do trzywydziałowej Akademii Teologicznej. I pierwszym jej rektorem został ten, o którym dziś rozmawiamy, czyli ksiądz kardynał Jaworski.
A potem został administratorem apostolskim w Lubaczowie, jeszcze później – metropolitą lwowskim, ale to już jest inna historia. Jakie jest znaczenie księdza kardynała Mariana Jaworskiego dla Kościoła w Polsce i dla Kościoła w ogóle?
Tak się zastanawiam, bo śmierć zawsze wyzwala szukanie pewnych pojęć porządkujących. Myślę, że po pierwsze – o czym już trochę mówiliśmy – był filozofem, profesorem, naukowcem – znanym, wybitnym, ważnym. Ten wymiar się trochę skończył w 1984 roku z wiadomych powodów. Po drugie: ksiądz i pasterz. Do tego wymiaru należy jego kapłaństwo, szerokie – dopiero z czasem wychodziło, ilu świeckich było z nim bardzo blisko związanych. On był dość powściągliwy w wypowiedziach. Nie chwalił się, nie opowiadał nie wiadomo gdzie i jak obszernie, ale to było widać: ten był z nim bardzo blisko związany, ten był prowadzony, ten wiele skorzystał na jego kierownictwie duchowym.
I trzeci wymiar, który trzeba by wyodrębnić z jego pasterzowania, moim zdaniem – to jego zasługi dla diecezji lwowskiej. Tu należy wyróżnić dwa etapy: pierwszy to lata 1984–91, kiedy był strażnikiem tego troszkę kadłubowego tworu, który został zachowany po stronie Polski z diecezji lwowskiej: Lubaczów, gdzie została administratura, która „res clama ad Dominum”, czyli „rzecz woła, krzyczy do Pana”. Ten skrawek krzyczał, że tu był kiedyś Kościół łaciński, katolicki… Pamiętam jak dziś, bo studiowałem wtedy KUL-u. Wtedy Rechowicz – był taki profesor KUL-u – też Lwowiak zresztą, był administratorem w Lubaczowie w randze biskupa. Po nim nastąpił kardynał Jaworski, wtedy arcybiskup, a po roku 1990 ta diecezja została reaktywowana po stronie ukraińskiej. Abp Jaworski przeniósł się do Lwowa i tam organizował praktycznie od zera przedwojenną diecezję lwowską. Później część lubaczowska przeszła do diecezji zamojskiej utworzonej w 1992 roku, a on trwał na posterunku lwowskim.
Miałem szczęście dwukrotnie go odwiedzić. W 1994 roku z grupą mojego rocznika księży pojechaliśmy na Ukrainę, żeby poodwiedzać dwunastu księży krakowskich, których kardynał Macharski dał tam na początek do pracy jako proboszczów, jeszcze wtedy bez wikarych. Abp. Jaworski nas gościł i mieszkaliśmy trzy dni we Lwowie i trzy w Kijowie.
Mieliśmy okazję wieczorami rozmawiać z nim, ale nie tylko z nim, także z Polakami, z katolikami że Lwowa. Wtedy sobie uświadomiłem, jaką mądrość, roztropność i delikatność musi mieć biskup, żeby pewnie, bezpiecznie poruszać się po tym grząskim terenie problemów ukraińsko-polskich, łacińskich, greckokatolickich i prawosławnych.
A ksiądz kardynał Marian Jaworski potrafił to robić bardzo dobrze, bo ten Kościół powszechny, katolicki na Ukrainie został zrekonstruowany.
Przypomnę jednak, że to nie była dla niego łatwa sytuacja. Przecież pamiętamy rozmaite dyskusje z lat 90., a zwłaszcza już po roku 2000, chociażby wokół sprawy języka w katedrze świętego Jakuba we Lwowie: czy odprawiać też po ukraińsku – dla małżeństw mieszanych albo dla Ukraińców, którzy chcą być w rycie łacińskim. Więc on pewne rzeczy delikatnie ustawiał na tym trudnym terenie. Pamiętam, że w tym 1994 roku rozmawialiśmy ze trzy godziny wieczorem z grupą tamtejszych Polaków na tematy obecności tam Polaków i Kościoła łacińskiego. No i oczywiście generalnie dominantą było to, co mówili ci Polacy, że musimy tu trwać, bronić polskości. I mieli rację oczywiście.
Z drugiej strony strasznie ubolewali, że młodzi – a nasi rozmówcy byli przedstawicielami średniego pokolenia – wyjeżdżają do Polski na studia i nie wracają. Znajdują pracę, żenią się i tak dalej. I że to jest zdrada polskości.
My przyjechaliśmy autokarem i w drodze powrotnej wzięliśmy studentów z dwóch rodzin, którzy studiowali w Krakowie na Politechnice i na Akademii Medycznej. Rozmawialiśmy z nimi przez te kilkanaście godzin podróży i ta rozmowa miała się nijak do tego, co mówili ich rodzice. Młodzi byli przekonani, że tu się już nic nie wróci i muszą szukać swojego życia i to życie organizować, chociaż oczywiście kochali Polskę i polskość.
I pamiętam także, jak jeden z ojców podczas tej dyskusji u kardynała powiedział, że nigdy by nie pozwolił na to, żeby jego dzieci zostały na stałe w Polsce. One między innymi były w tym naszym autokarze. Pewnego razu przyjmowałem w kurii w Krakowie ludzi i widzę znajomą twarz, ale nie skojarzyłem od razu. Przypomniał mi, że jest jednym z tych, z którymi dyskutowaliśmy u kardynała. To był lekarz wraz z żoną, którego dzieci studiowały w Krakowie, a po studiach wszystkie zostały w Polsce. I ten ojciec nieśmiało poprosił, żeby mu pomóc załatwić nostryfikację dyplomu, bo przyjechali do Polski za dziećmi. Zapytałem go, jak to się ma do tej naszej wieczornej dyskusji. A on mówi: tak to w życiu bywa.
Poprosiłem Księdza Kardynała na początku rozmowy o pierwsze zdanie związane z księdzem kardynałem Marianem Jaworskim. A co by można powiedzieć o nim na zakończenie?
Patrząc na całokształt życia kardynała i to wszystko, co zrobił dla Wydziału, dla nauki, dla filozofii, dla archidiecezji krakowskiej i lwowskiej przede wszystkim – to takim zdaniem ostatnim byłoby, że będzie bardzo brakowało tego refleksyjnego, mądrego, zdystansowanego człowieka, który nigdy nie wypowiadał nieprzemyślanych sądów, choć nie znaczy to, że nie potrafił czasem podnieść głosu.
Potrafił. Jak coś go zabolało w rozmowie, z czymś się nie godził, to wprost wypowiadał swoje zdanie. To jest bardzo potrzebne i ważne zawsze, a myślę, że ważne było szczególnie, kiedy był we Lwowie i potem, kiedy wrócił do Krakowa. Mam na myśli to, że będzie brakowało takiego rozważnego głosu.
Tam, gdzie się pojawiał, gdzie miał bliższy kontakt, było widać jego ciepło. W Wilamowicach, niedaleko mojego domu rodzinnego, urodził się święty arcybiskup Bilczewski. Kardynał Jaworski był z Wilamowicami bardzo związany przez to, że miał wielkie nabożeństwo do tego swojego poprzednika. Bywał w Wilamowicach, do dzisiaj go parafianie wspominają. Drugą parafią, z którą był bardzo związany, bo tam miał swojego przyjaciela księdza Bieńkowskiego i przyjeżdżał prawie co roku, jest parafia Brzeszcze, też niedaleko… Całe pokolenia ludzi go pamiętają.
Oni mu też na różne sposoby pomagali, jeździli do niego, byli z nim w kontakcie. Jestem przekonany, że w obu tych parafiach się teraz odprawiają msze święte. A mówię to po to, że takich miejsc jak Poronin, Brzeszcze, Wilamowice, gdzie on bywał, i to także w czasie, kiedy był profesorem, i gdzie pomagał, odprawiał, mówił kazania, spotykał się z ludźmi, dawał się zaprosić – jest wiele. Kiedy był we Lwowie, może mniej, ale teraz, na emeryturze, przez te swoje ostatnie 12 lat, dopóki miał siły, dopóki mógł chodzić – udzielał się. I na pewno można powiedzieć, że odszedł dobry pasterz, dobry kardynał.
Ja znam jeszcze takie dwa małe miejsca: w Bolechowicach i w Kleszczowie, w których też bywał ksiądz kardynał Marian Jaworski. Bardzo serdecznie dziękuję, Księże Kardynale, za czas poświęcony na wspomnienie księdza kardynała Mariana Jaworskiego.
Ja też bardzo dziękuję.
Rozmowa Krzysztofa Skowrońskiego z kardynałem Kazimierzem Nyczem pt. „Odszedł dobry pasterz” o śp. kard. Marianie Jaworskim znajduje się na s. 1 i 5 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Rozmowa Krzysztofa Skowrońskiego z kardynałem Kazimierzem Nyczem pt. „Odszedł dobry pasterz” o śp. kard. Marianie Jaworskim” na s. 5 październikowego „Kuriera WNET” nr 76/2020