Na popularnych stronach internetowych „Faktu” pojawiło się zdjęcie znanego działacza antykomunistycznego z opaską na oczach jako zobrazowanie tekstu o wysokich emeryturach komunistycznych zbrodniarzy.
Józef Wieczorek
Zdjęcie było podpisane u góry: „Zbrodniarz komunistyczny Henryk Kostrzewa bezkarny”, a u dołu – „Henryk Kostrzewa ma bardzo wysoką emeryturę”! Zdjęcie innej osoby – bynajmniej nie Henryka Kostrzewy – anonimizowanej(?) czarną opaską na oczach, prowadzonej przez policjantów, miało zdaniem potentata medialnego stanowić właściwą ilustrację tekstu. To, że tą inną osobą była postać znanego działacza antykomunistycznego o bardzo charakterystycznej sylwetce, dla potentata nie miała żadnego znaczenia (sic!).
Jest oczywiste, że nikt nie ma prawa w taki sposób naruszać czyjegoś dobrego imienia, tym bardziej, jeśli ten człowiek to honorowany działacz antykomunistyczny, protestujący przeciwko uniewinnianiu sądowemu zbrodniarzy komunistycznych.
Tym niemniej „Fakt” nie widział w tym nic zdrożnego i „rżnął głupa”, twierdząc, że twarz osoby została wystarczająco zanonimizowana poprzez dodanie czarnej opaski. Temu twierdzeniu przeczyło to, że na zdjęciu natychmiast rozpoznałem Janusza Fatygę przerobionego na zbrodniarza komunistycznego.
Skandal oczywisty, wina „Faktu” również, ale potrzeba było kilku lat na wymierzenie elementarnej sprawiedliwości. (…)
Ponieważ pokrzywdzony naruszeniem swoich dóbr nie mógł wykazać konkretnych szkód, jakie poniósł w wyniku tej zniesławiającej go publikacji, bo nikt bezpośrednio nie dał mu odczuć, że od momentu opublikowania zdjęcia uznał go za zbrodniarza komunistycznego, strona „Faktu” wpadła na oryginalny pomysł, wskazując mnie jako osobę, która jest winna rozpowszechnienia „rzekomej” krzywdy Janusza Fatygi. Sąd jednak nie poszedł tym śladem i nie postawił mnie w stan oskarżenia za zrobienie dobrej roboty dziennikarskiej i po prostu ludzkiej.
Proces zakończył się bezapelacyjną porażką „Faktu”, czyli – rzec można – Goliat został pokonany przez Dawida.
Sąd pominął absurdalną linię obrony potentata medialnego i zobowiązał pozwanego do zapłacenia pokrzywdzonemu Januszowi Fatydze 25 tys. zł zadośćuczynienia oraz do przeprosin na pierwszej stronie serwisu internetowego „Faktu”, które mają być eksponowane przez okres jednego miesiąca. Zajmą one miejsce zwykle przeznaczone dla reklam, co niewątpliwe wpłynie na zmniejszenie dochodów wydawcy. Żenujący poziom dziennikarstwa potentata medialnego został ukazany. (…)
Niestety nie można się zgodzić z opinią Sądu, że naruszenie dóbr wynikło z niechlujstwa redakcji serwisu „Faktu” i nie było intencjonalne. Zdjęcie Janusza Fatygi przerobionego na zbrodniarza, zamieszczone na stronach portalu fakt.pl, to był kadr/zrzut ekranu, inaczej stop-klatka z filmu (Zbrodniarz komunistyczny Henryk Kostrzewa bezkarny – kanał Wolny Czyn na YouTube), i trzeba było ten film uważnie przejrzeć, zatrzymać w konkretnym miejscu, aby takie poglądowe zdjęcie z filmu wydobyć i następnie wzmocnić jego przesłanie czarną opaską na oczach. (…)
Sędzia prowadzący rozprawę, niestety głosem słabo słyszalnym dla publiczności (nawet tej nie cierpiącej na niedosłuch), objaśnił, że mówi tak, aby słyszał go przyrząd rejestrujący dźwięk, a nie publiczność na sali rozpraw (sic!). Tym samym wykazał niejako (może niechcący, ale rzetelnie), że przyrząd rejestrujący dźwięk traktuje podmiotowo, a publiczność przedmiotowo.
Cały artykuł Józefa Wieczorka pt. „Dawid pokonał Goliata” znajduje się na s. 18 listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020.
Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Dużo wirtuozerii w najlepszych wykonaniach, również archiwalnych, z najlepszej tradycji pianistycznej. Komentarze – nie tylko muzyczne, ale i historyczne.
Audycji można posłuchać w każdą niedzielę o godz. 13.
Zapraszamy do odsłuchania poprzednich audycji muzycznych Romana Zawadzkiego, które znajdują się tutaj.
Więcej publikacji autora, w tym niektóre książki znajdziesz na romanzawadzki.pl.
Dr Maciej Kawecki o Stanisławie Lemie w kontekście uczczenia jego setnej rocznicy urodzin w 2021 r., przewidywaniach polskiego pisarza i warsztatach dla dzieci.
Dr Maciej Kawecki wskazuje na humanistyczne nastawienie polskiego pisarza. Lem wskazywał na rolę człowieka. Był bardzo oczytanym człowiekiem. W połączeniu z bardzo analitycznym udało mu się wielokrotnie przewidzieć przyszłość.
Pod koniec życia był bardzo negatywnie nastawiony do rozwoju technologicznego, Internetu.
Jak mówi prezes Instytutu Polska Przyszłości im. Stanisława Lema niektórzy biografowie pisarza, krytykowali te słowa. Czas jednak pokazał, że nie była to tylko starcza zgryźliwość, ale uzasadnione obawy.
Naszym głównym projektem jest akcja ogarnij hejt.
Nasz gość mówi, że 100 tys. dzieci ma zostać objętych warsztatami dotyczących bezpieczeństwa w sieci. Wyjaśnia, że warsztaty takie mają dłuższy efekt niż inne sposoby upamiętnienia pisarza.
Wiktor Świetlik o kryzysie w obozie Zjednoczonej Prawicy, Strajku Kobiet i jego języku oraz repolonizacji mediów i tym, co wymaga w niej większej uwagi.
We Francji sześć osób zginęło w walkach z policją. Cieszę się, że w Polsce tak nie ma.
Wiktor Świetlik przypomina, że demonstracje Strajku Kobiet są nielegalne. Komentuje wprowadzony we Francji zakaz nagrywania policjantów na służbie przez osoby bez legitymacji dziennikarskiej. Nie żałuje postawy polskiej policji.
Wskazuje przy tym, że język stosowany przez protestujących jest dramatyczny. Wulgaryzmy bowiem nie mogą być językiem debaty publicznej, a szczególnie przez formację, która w długiej perspektywie ma zamiar przejąć w Polsce władze. Krytykuje polityków za popieranie takiej formy wyrażania niechęci do rządzących.
Jest to straszna perspektywa, że ludzie, których hasłem jest hasło na „w”. za kilka lat będą rządzić Polską
Ponadto odnosi się do kwestii repolonizacji mediów. Zauważa, że projekt ten stał się przedmiotem rozgrywki politycznej.
Zaczynam myśleć o tym projekcie, jak o statku widmo – każdy o nim słyszał, ale nikt nie widział.
Podkreśla, że pomysł dekoncentracji mediów był dobry. Uwolniłby on media spod władzy kilku niemieckich spółek. Wskazuje przy tym:
Widzę bardzo dużą niekonsekwencję we wdrażaniu tego projektu.
Zauważa, że politycy winni poświęcać większą uwagę mediom internetowym aniżeli koncentrować się jedynie na tradycyjnych przekaźnikach.
Uderzał mnie egoizm tych, którzy nagle weszli na szczyty władzy i odwrócili się plecami do społeczeństwa, które wywalczyło im pozycje. Tragiczne było to brutalne przejście w system kapitalistyczny.
Grzegorz Kaczorowski, Michał Gulgowski
Byłem przede wszystkim dziennikarzem
25 września 2020 r. w wieku 74 lat zmarł redaktor Michał Gulgowski, wieloletni działacz Wielkopolskiego Oddziału SDP. Publikował na łamach wielu gazet Wielkopolski i ogólnopolskich. Prezentujemy obszerne fragmenty wywiadu przeprowadzonego z red. Gulgowskim przez Grzegorza Kaczorowskiego w 2008 r.
Gdzie Pan pracował przed stanem wojennym?
Byłem dziennikarzem „Słowa Powszechnego”. Miałem sporo niezależności i kiedy powstawała Solidarność, momentalnie włączyłem się w ten ruch. To było spełnione marzenie naszego pokolenia.
Redaktor Michał Gulgowski | Fotografia archiwalna
W marcu 1968 r., kiedy rozeszła się wieść, że studenci w Warszawie są bici, ja również włączyłem się w to dosyć mocno, tak jak większość studenterii. Byłem jednym z nielicznych, którzy brali udział w wieczornym wiecu pod Mickiewiczem. Był chyba 12 marca, staliśmy na schodach Iuridicum i krzyczeliśmy: gestapo!, gestapo! Dostaliśmy wszyscy pałami, 40–50 osób. Dużo później dowiedzieliśmy się, że to były wewnętrzne walki w KC i że ta cała historia i antysemickie nastroje to były przylepione historie, którymi potem obciążano ludzi.
Na czym polegała Pana działalność po powstaniu Solidarności i w stanie wojennym?
Nie byłem żadnym wielkim działaczem Solidarności. Rzecz polegała na tym, że wcześniej byłem dziennikarzem w „Gazecie Poznańskiej”, wówczas „Zachodniej”, i „Ziemi Nadnoteckiej”. Odmówiłem wstąpienia do partii. Ponieważ te propozycje się powtarzały, złożyłem wypowiedzenie, co było wówczas czymś niewyobrażalnym. To był rok 1979, kwiecień. I trochę się zagalopowałem, ponieważ zostałem bez pracy. Ale dzięki mojemu koledze, adwokatowi Czesławowi Masianisowi, dowiedziałem o możliwości podjęcia pracy w „Słowie Powszechnym”, w Oddziale Wojewódzkim PAX-u w Pile. Szczęśliwie udało się. Niemniej wyczuwałem, były takie sygnały, że jestem pod kreską.
Pamiętam, że przez pierwsze pół roku nie wychodziłem na miasto, bo różne wieści krążyły o tym, jak się rozprawiano z niepokornymi. Byłem zadowolony, że pracuję. Mogłem wreszcie spokojnie pójść do kościoła, mówić to, co myślałem. Moja sytuacja, w porównaniu z dziennikarzami, którzy pracowali w RSW Prasa, była komfortowa.
Szukałem ciekawych ludzi, dużo pisałem o Kościele. Księża się połapali, że jestem człowiekiem, któremu można zaufać. Zresztą byłem dosyć znany w Pile. Kiedy powstała Solidarność, zostałem (mam dokumenty) wydelegowany jako przedstawiciel związku do Warszawy na spotkanie, na które przyjechał również Drzycimski, dotyczące tego, co się działo w Stoczni Gdańskiej. To było 12 września. Pojechałem z już gotową deklaracją członkowską Solidarności. Zebranie było burzliwe. Wielcy tego świata, którzy się tam przypadkowo znaleźli, prawie mdleli.
Wszedłem w środowisko, które tworzyło Solidarność. Dowiedziałem się, że władze miejskie i wojewódzkie w Pile nie chcą nam dać lokalu na zebranie założycielskie Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Solidarności. Mieliśmy tylko niewielką salkę konferencyjną na góra 50 osób. Tam zorganizowaliśmy pierwsze spotkanie, chyba 25 września. Zjechali się z całego województwa przedstawiciele wszystkich zakładów, chyba 150 osób. Jeden siedział na drugim. Ale wszystko odbyło się przepięknie, błyskawicznie się zorganizowaliśmy, MKZ się ukonstytuował. Teraz tylko trzeba było wywalczyć siedzibę dla Solidarności. To była taka moja osobista cegiełka, z której byłem bardzo dumny.
Jakie miał Pan stanowisko w nowo powstałej Solidarności?
Byłem zwykłym członkiem i przede wszystkim dziennikarzem. Uwielbiałem pisanie. To był mój konik: szukanie ludzi, sytuacji. Potem rozpocząłem informowanie, poprzez „Słowo Powszechne”, o tym, co się dzieje w Pile.
Stałem się również korespondentem „Tygodnika Pilskiego Solidarność”, który prowadził Jarosław Gruszkowski, wspaniały technik, a jednocześnie dusza wszystkich mediów. To wszystko było niesłychanie ciekawe. Zrozumiałem, że tworzy się coś absolutnie nowego, wchodzimy na nowy ląd i jako dziennikarza szalenie mnie to interesowało.
Przejdźmy zatem do stanu wojennego. Mieszkał Pan w tym czasie w Pile.
Tak, ale może dodam, że w międzyczasie opublikowałem wywiad-spotkanie z głównymi działaczami Solidarności w Pile – materiał dotyczący demokracji w związku. Ludzie nie bardzo wiedzieli, jak się za to wszystko zabrać – zapewnić demokrację w państwie totalitarnym, które nie zezwalało na demokrację. I udało mi się to wszystko opisać. Wypowiedzi były świetne, ale sądziłem, że prowincjonalną Piłę zlekceważą w redakcji „Tygodnika Solidarność” w Warszawie. A tu artykuł ukazał się w lipcu, na pierwszej stronie pod winietą, ze zdjęciami itd. Zadowolenie w Pile było ogromne. Jednocześnie zostałem wciągnięty na listę korespondentów „Tygodnika Solidarność”, co mnie bardzo ucieszyło.
Kontynuowałem pisanie o Solidarności i w ogóle wsiąkłem w to środowisko. Tyle, że my się tak za bardzo nie przedstawialiśmy. Cześć, cześć, znaliśmy się z twarzy, pamiętało się jakieś imię. I niestety kiedy kilka lat temu zjawiłem się w Pile w siedzibie Solidarności, nowi ludzie zupełnie nie wiedzieli, kim jestem.
Stan wojenny to dla mnie bolesna historia. 12 grudnia zbierałem materiały dotyczące nagonki mediów na Solidarność. Byłem umówiony z redaktorem naczelnym, że 13 w niedzielę rano dostarczę mu ten materiał do Zarządu. Telefonowałem, stawiałem pytania dotyczące głównie tego, jakie jest nastawienie załóg, opinia o wszystkim, co się dzieje, o oszczerstwach rzucanych na Solidarność. Otrzymywałem wspaniałe odpowiedzi. Dwa razy mnie połączono z komitetem PZPR. Jeden z sekretarzy był zachwycony, że Solidarność walczy. Może tak mówił ze strachu. Drugi natomiast był za, ale głównie przeciw. Wił się i kręcił. W każdym razie usiadłem wieczorem i napisałem artykuł.
Trzynastego rano kasza w telewizorze, nic nie słychać, idę, dowiaduję się od ludzi, że jest stan wojenny. Z artykułu nici. W bloku niedaleko znajdowała się prawdopodobnie centrala dowodzenia milicją. Mieszkałem na 10 piętrze, patrzyliśmy co się dzieje. A tam mrowie tej milicji kręciło się wokół budynku, samochody. Już wiedziałem, że coś jest nie tak.
Organizowaliście pomoc dla rodzin internowanych. Czy robiliście to w ramach jakiegoś komitetu?
Wiedziałem, że trzeba zorganizować jakąś pomoc dla ludzi. Organizowaliśmy ją przez Kościół, ale inicjatywa była moja. Ludzie troszkę się bali, że z karabinów ich usieką. Ale wszystko bardzo dobrze się potoczyło. Przyszedł do mnie nowo narzucony (albo nowo przybyły) szef oddziału Stowarzyszenia PAX, pod pozorem spaceru z dziećmi. Ostrzegł mnie, że Służba Bezpieczeństwa rozpytuje się, co robię, gdzie przebywam itd. Dało mi to do myślenia. I nagle wybucha między ludźmi wieść, że będzie drugi rzut aresztowań.
Nie wiedziałem, co robić. Siedzieć w domu, czy uciekać? W każdym razie trzeba się było pozbyć z mieszkania prawie 100 kg zakazanych książek. Zanieśliśmy to z żoną do znajomych, ale zaniesienie dwóch waliz i dwóch toreb nie było proste. Przechodziliśmy przez most obstawiony przez huczące czołgi. Sprawdzali ludzi, ale udało nam się przejść.
Potem zapadła cisza. PAX i „Słowo Powszechne” zostały zawieszone. 31 marca 1982 r. dowiedziałem się, że „Słowo Powszechne” rozwiązuje ze mną umowę o pracę. To było silne uderzenie. Szef, który chciał jakoś zaistnieć politycznie i został później szefem PRON w Pile, nie chciał mnie zwalniać, bo zależało mu na opinii. A u nas w parafii Świętej Rodziny proboszczem był ks. dr Stanisław Styrna, potrafił z ambony powiedzieć kilka mocnych słów. Moim szefem był ten sam człowiek, który ostrzegł mnie przed SB. Na razie dał mi spokój, ale już w ’83 r., w wyniku (jestem o tym przekonany) interwencji SB, zaczął mi dokuczać. Nie dawał mi żadnych poleceń, przesunął mnie do działu ekonomicznego. Mówię: daj mi jakąś pracę!, a on na to: sam powinieneś wiedzieć, co robić. Byłem też świadkiem, jak kilkakrotnie przychodził do szefa człowiek ze SB i wychodził roześmiany, widać, że po kielichu. Sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Coraz więcej uwag, że nic nie robię, że inni za mnie pracują itd. Szef chciał mnie wypchnąć na siłę. Z chwilą, kiedy zostałem usunięty ze „Słowa Powszechnego”, zrozumiałem, że jest to preludium do usunięcia mnie z PAX-u.
W 1983 r. dowiedziałem się, że istnieje Polski Związek Katolicko-Społeczny, jest możliwość przejścia do tej organizacji. PZKS cieszył się poparciem Kościoła i miał dobrą opinię. Jego przewodniczącym był w tym czasie Janusz Zabłocki. Zgłosiłem się do niego, odbyliśmy utajnione trzykrotne spotkania w Warszawie. Uzgodniliśmy, że 1 kwietnia ’84 r. podejmę pracę w PZKS-ie jako przewodniczący Oddziału w Pile. Już nie mogłem wytrzymać w PAX-ie. Gdzieś tam jeździłem, coś sobie wymyślałem, ale to było jedno wielkie cierpienie i byłem szczęśliwy, że mogę zmienić firmę. 28 marca Janusz Zabłocki wyjechał do Watykanu, do Ojca Świętego. W tym dniu odbyło się w Warszawie zebranie, na którym pozbawiono go członkostwa. Usunięto z PZKS-u wszystkich poważnych ludzi. Zostałem na lodzie. Sytuacja była tragiczna. Żona była w ciąży z naszym drugim dzieckiem. Jakoś przetrwałem jeszcze kilka miesięcy, ale sytuacja była tak zaogniona, że 15 sierpnia złożyłem wymówienie. Myślałem, że pojadę do rodziców, do Bydgoszczy, tam podejmę jakąś pracę, ale okazało się, że nic z tego.
Jak Pan potem dawał sobie radę?
Był to czas upokorzeń, psychicznie bardzo dla mnie niszczący. Zacząłem szukać pracy w szkolnictwie – byłem polonistą. Dyrektorzy owszem, bardzo chętnie, proszę bardzo, bo mężczyzna itd. Proszę się zgłosić jutro. Następnego dnia słyszałem, że niestety etat już został zajęty.
Żona nie pracowała, była w ciąży. Dowiedziałem się, że jest praca w PZU, ale w Wałczu. Przyjęto mnie i za 350 zł jeździłem po wioskach i ubezpieczałem rolników od nieszczęśliwych wypadków. To trwało trzy miesiące. Oczywiście rolnicy się nie ubezpieczali. Nic nie zarabiałem w tym czasie, prócz tych trzystu ileś złotych. Pamiętam, że żona wymyślała, jak zrobić z niczego coś do jedzenia. I pamiętam ten stres.
Wtedy znajomy, śp. Krzysztof Korbicki, historyk z muzeum, powiedział mi, że może w muzeum Staszica w Pile będzie praca. Poszedłem do pani dyrektor Stefanii Porbadnik, która w pierwszej chwili nie była sympatyczna, ale wyczułem, że chce mi pomóc. Otrzymałem pracę instruktora za niewielką, ale prawdziwą pensję. Zacząłem żyć normalnie. W muzeum przepracowałem pół roku. Tam zainteresowałem się Staszicem. Udało mi się opublikować w „Ładzie” PZKS-u – który był prowadzony jeszcze przez ludzi dawnej formacji, więc to nie był żaden wstyd – pracę naukową na temat Staszica.
Wiedziałem jednak, że wciąż jestem na celowniku, że jestem śledzony. Byłem profesjonalnym dziennikarzem, który współpracował z Solidarnością.
Mało kto zdaje sobie sprawę, czym były media dla komunistów, dla PRL-u – świętością. Ktoś był albo podporządkowany, albo nie istniał. Oczywiście w Pile działało podziemie. Kiedyś rozmawiałem z pewnym księdzem, że chętnie bym pisał, ale wiem, że jestem obserwowany. Zresztą jak przychodziłem z kimś do domu, to wyskakiwali jak kukiełki. I ten ksiądz powiedział: jeśli uważasz, że możesz komuś zaszkodzić, to zrezygnuj. Więc trzymałem się na dystans.
Potem przeniósł się Pan do Poznania…
Dostaliśmy przydział na mieszkanie w Poznaniu, po 15 latach czekania. Wcześniej rodzice ufundowali nam tak zwany wkład. Byłem zadowolony, ale opuszczałem Piłę i wchodziłem w nieznane środowisko. W Poznaniu podjąłem pracę w Wydawnictwie Rolniczym i Leśnym. Dosyć szybko dyrektor zorientował się, że nie żyję dobrze z władzami i przerzucił mnie do zwykłej korekty książkowej. Tam przepracowałem dwa lata. Dowiedziałem się, że w Warszawie powstaje Fundacja Laborem Exercens, która będzie wydawała pismo. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. Moim szefem został dawny człowiek „Ładu”, który opublikował mój 25-stronicowy artykuł o Staszicu.
We wrześniu 1987 r. rozpocząłem pracę. To były dwa pełne lata działalności dziennikarskiej, która dała mi wiele satysfakcji. To było pismo opozycyjne w pełnym tego słowa znaczeniu. Byłem zdziwiony, że jest aż taka swoboda. Ale w końcówce lat 80. można było sobie na więcej pozwolić. Jako pierwszy opublikowałem materiał o budowie elektrowni atomowej w Klempiczu, na podstawie technologii radzieckiej, co zagrażało wszelkiemu życiu naokoło. To była rozmowa z biologiem, który ujawnił to straszliwe zagrożenie. Jak mówił mi naczelny, w Warszawie aż huczało, a sam Jaruzelski się wściekł, kiedy to przeczytał, ale nie wiem, czy to prawda. I nagle po dwóch latach wszystko się zawaliło – podobno z powodów finansowych. Ale ja w to nie wierzę.
To był rok 1989?
Tak, 1989. 4 czerwca wybory. Zwycięża Solidarność. To najpiękniejszy moment, jaki przeżyłem.
Ale jednocześnie zacząłem chorować, jakby odezwało się całe dotychczasowe napięcie. Miałem problemy głównie z sercem.
W tym czasie dostałem pracę w pierwszym niezależnym dzienniku w Polsce – „Dzisiaj”. Mocno przyczyniłem się do tego, aby wywalić z Komitetu Wojewódzkiego wszystkich aparatczyków. Powstał tam Instytut Historii. To też była taka moja cegiełka. To wszystko mam udokumentowane. Pracowałem w „Dzisiaj” przez rok. Ale ponieważ zdrowie zaczęło mi bardzo poważnie nawalać – poszedłem na uniwersytet. Myślałem, że tam znajdę się między światłymi ludźmi, którzy należeli wyłącznie do Solidarności. Ale się pomyliłem! Wcale tak nie było. Pracowałem jako tzw. pracownik administracyjno-naukowy. Zacząłem dochodzić do siebie, chciałem napisać doktorat, ale po niecałych dwóch latach ucięto mi połówkę administracyjną. Nie mogłem utrzymać rodziny, pracując na pół etatu. Przeszedłem do szkolnictwa. Zacząłem dawać sobie radę. Uczyłem polskiego i angielskiego. Raz jeszcze chciałem wrócić do zawodu dziennikarskiego.
W każdym razie sądziłem, że świat się zmienił – to było bardzo naiwne spojrzenie – i że już mogę się czuć swobodnie. Tymczasem wszystkie te stare kadry, które przetrwały, trzymały bardzo mocno władzę w garści. Stąd te wszystkie zawirowania w dojściu do pełnej niepodległości.
Które z doświadczeń lat 80. uważa Pan za najcięższe?
To był niewątpliwie stan wojenny – zbrodnia. Runęły wszystkie nasze nadzieje na to, że będzie lepiej. A poza tym utraty pracy, nieustanne zmiany, niepewność – powodowały, że nie mogliśmy się zakorzenić. Najgorsze było to, że jeśli się chciało być dziennikarzem, trzeba było być w partii, bo inaczej było się eliminowanym. Najcięższy był okres, kiedy zostałem wyrzucony ze „Słowa Powszechnego”. Traktowano mnie w sposób uwłaczający ludzkiej godności.
Czy odczuwa Pan skutki ówczesnych represji?
Oboje z żoną nerwy mamy w strzępach. Wychowywanie dzieci odbywało się w nieustannym stresie. Cały czas się nam przyglądano. W pracy trzeba było uważać na każde słowo. Żyłem w nieustannym napięciu psychicznym i ciągłym oczekiwaniu na uderzenie. To było destrukcyjne.
W 1989 czy 90 r. zostały opublikowane pierwsze informacje o tym, jaki jest stan psychiczny społeczeństwa polskiego, jak potwornie wzrosła ilość ludzi leczących się na choroby psychiczne. Wielu moich kolegów, którzy byli w różny sposób prześladowani, musiało podjąć tego typu leczenie.
Czy jakieś doświadczenia z tego czasu wspomina Pan dobrze? Znajomości, przyjaźnie?
Nie. Cały czas walczyliśmy o życie, żeby w miarę dawać sobie radę. Żadnych przyjaźni nie zawierałem. Utkwiła mi w duszy nieufność. Nie mamy specjalnie znajomych. Kiedyś byłem niesłychanie towarzyski, serdeczny. Potem się wszystko zmieniło. Nie ufam ludziom.
Jak ocenia Pan zmiany, które nastąpiły po 1989 r.?
Przypominam sobie Zjazd Solidarności Wielkopolskiej w Poznaniu, kiedy wszyscy spotkaliśmy się na Arenie. Trudno wyrazić tę radość. Zwyciężyliśmy! To było wspaniałe uczucie. Potem przyszła szara rzeczywistość. Ja byłem dziennikarzem, polonistą. Znam angielski, więc mogłem również uczyć angielskiego. Dawałem sobie radę z utrzymaniem rodziny, mimo że było bardzo cienko. Ale widziałem los innych ludzi, tę tragedię, która się rozgrywała już od pierwszych lat dziewięćdziesiątych. W 1990 r. zostało zwolnionych z pracy 300 tysięcy ludzi. Po roku prawie milion ludzi nie miało pracy. Potem trzy miliony, cztery, pięć, sześć milionów. Niewyobrażalna tragedia. Ja wiedziałem, co to znaczy stracić pracę, być bez środków do życia.
To, co rozgrywało się na poziomie decyzji rządu, przyjmowałem z mieszanymi uczuciami i uważałem, że Solidarność postępuje zbyt łagodnie. Uderzał mnie egoizm tych (już pomijam komunistów, których po prostu totalnie nie cierpiałem), którzy nagle weszli na szczyty władzy i odwrócili się plecami do społeczeństwa, które wywalczyło im te ich wspaniałe pozycje i możliwości. Tragiczne było to brutalne przechodzenie w system kapitalistyczny, deptanie ludzkiej godności.
Nomenklatura pleniła się na wszelkie możliwe sposoby, obrosła w siłę. Upadanie firm, sprzedawanie za grosze było obrzydliwe. To była ta skaza, straszliwa rysa na pięknym obliczu tego, co powstawało. Mieliśmy wiele ufności. Tymczasem tragedia społeczeństwa polskiego była potężna, a właściwie nic na ten temat się nie mówi, nie pisze. To tak jakby gdzieś bokiem sobie przeszło.
Czy ubiegał się Pan o jakieś odszkodowanie z tytułu zwolnień z pracy, represji?
Zwróciłem się do IPN o znalezienie mojej teczki, bo to wszystko, co mnie dotknęło, nie wzięło się znikąd. Zapomniałem powiedzieć, że byłem wydelegowany przez Zarząd Regionu w Pile do zaopatrzenia w urządzenia typu linotypy mającej powstać drukarni. Jeździłem do Warszawy, Katowic, Łodzi, Krakowa, żeby kupić potrzebny sprzęt. Esbecy chyba się domyślali, musiał być jakiś przeciek. Uważam, że to również było powodem tego, że byłem obiektem tak silnej inwigilacji. Przywoziłem z Warszawy materiały dla powstającej Solidarności, druki itd. Plątali się za mną dziwni ludzie. Myślałem więc, że jest jakaś dokumentacja na ten temat. Zwróciłem się do IPN, a IPN odpowiedział, że badali w Pile, w Bydgoszczy, w Gdańsku i nic nie znaleźli. Nie chce mi się wierzyć. Czesław Masianis (obrońca zagrożonych przez władzę) opowiadał mi, że kiedy się raz spotkaliśmy i poszliśmy do piekarni, złożono na mnie donos, że byliśmy widziani i rozmawialiśmy o czymś, co być może było nielegalne. Liczyłem, że ten donos się znajdzie. Niestety nie. Ale z drugiej strony dowiedziałem się, że esbecy w 1989 r. spalili w lesie prawie dwie tony akt prawdopodobnie dotyczących stanu wojennego.
Jak sobie Pan dzisiaj radzi?
Jest niełatwo, ale walczymy o przetrwanie. Niedługo przejdę na emeryturę, więc sytuacja się pogorszy. Ale liczę na to, że dostanę jakąś dodatkową pracę w szkole i dorobię. Żadnym działaczem nie byłem, internowany nie byłem itd. Trudno samego siebie oceniać. Działania esbecji polegały głównie na tym, aby w sposób cichy, niedostrzegalny niszczyć ludzi, którzy się nie poddawali. Takich jak ja były miliony. I wszyscy podlegaliśmy tym samym prawom, tej samej presji, stałemu poczuciu zagrożenia.
Co jest piękne, co temu pokoleniu nigdy nie zostanie odebrane? Poczucie wypełnienia misji. Ono zareagowało prawidłowo. Ten entuzjazm tysięcy ludzi. Ta odwaga wielu i nielicznych. To było coś fantastycznego. Ale to było naszą główną zbrodnią.
Społeczeństwo się odradza, jednak uważam, że teraz w jakimś stopniu jest chore. To jest kwestia moralności. To jest kwestia godności narodowej, poczucia godności osobistej, spokojnego bytu. To w te wartości uderzył stan wojenny.
Wywiad powstał w ramach projektu EACEA Fundacji KOS i Archiwum Akt Nowych „Ostatnie ofiary stalinizmu w Polsce w okresie stanu wojennego 1981–1983 i ich obrońcy”.
Wywiad Grzegorza Kaczorowskiego z Michałem Gulgowskim pt. „Byłem przede wszystkim dziennikarzem” znajduje się na s. 6 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.
Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Wywiad Grzegorza Kaczorowskiego z Michałem Gulgowskim pt. „Byłem przede wszystkim dziennikarzem” na s. 6 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020
Co z tymi, którzy wbrew powszechnym oczekiwaniom nie będą chcieli się zaszczepić, a tym samym będą pozostałych narażali na zakażenie? Czy zgodzimy się powszechnie na ich prawo do wolnego wyboru?
s. Katarzyna Purska USJK
Wirus groźniejszy niż COVID
Kilka dni temu stałam przy wejściu do warszawskiego metra. Nagle zobaczyłam dwie dziewczyny, które rzuciły się sobie w objęcia. – Mój Boże! – pomyślałam trwożliwie. – Co one robią! Jakie to nieroztropne!.
Podczas spotkania z pewną mamą, z daleka oglądałam jej małe dzieci. Bałam się, że mogę je zarazić, więc nie zbliżyłam się do nich. Tym bardziej, że jak mi sama wyznała, od marca czyta wyłącznie to, co w internecie piszą na temat szerzącej się pandemii.
W programie „Warto rozmawiać” red. Jan Pospieszalski opisał przypadek 14-latki, która trafiła do szpitala z powodu gwałtownego zakrztuszenia się. Niestety, nie udzielono jej pomocy, gdyż najpierw czekano na wynik testu na obecność koronawirusa. W rezultacie dziewczynka zmarła…
„Epidemie mają konsekwencje psychologiczne z powodu paniki, jaką mogą wywołać” – twierdzi prof. Roberto de Mattei. Powołuje się przy tym na Gustave’a Le Bona, autora słynnej książki „Psychologia tłumu”, który, analizując kolektywne zachowania, wyjaśniał, w jaki sposób w człowieku, który znajdzie się w anonimowym tłumie, zachodzi zmiana psychiczna, wskutek której uczucia i nastroje są przekazywane między ludźmi niczym choroba zakaźna.
Diagnoza profesora de Matteiego nie napawa optymizmem. Twierdzi on: „Jeśli kryzys zdrowotny zostanie spotęgowany poprzez kryzys gospodarczy, niekontrolowana fala paniki może wywołać gwałtowne impulsy tłumu. Państwo zostanie wówczas zastąpione przez plemiona i gangi, zwłaszcza na obrzeżach dużych ośrodków miejskich. Wojna społeczna, o której teoretyzowano w trakcie Forum w São Paulo – konferencji latynoamerykańskich organizacji ultralewicowych – ma miejsce w Ameryce Łacińskiej, od Boliwii po Chile, od Wenezueli aż po Ekwador. Wkrótce może zaistnieć także w Europie”. Ten scenariusz społeczno-polityczny, polegający na dezintegracji i rozkładzie społeczeństwa, mogliśmy ostatnio obserwować w Stanach Zjednoczonych. W Polsce, znanej z umiłowania wolności aż do popadania w anarchię, jak dotąd nic takiego się nie wydarzyło, aczkolwiek zaistnienie takiego scenariusza nie jest wykluczone, jako że nasz naród, jak podpowiada nam historia, bywa nieprzewidywalny.
Można natomiast zaobserwować w naszym kraju proces dezintegracji społecznej. Zdaniem cytowanego wyżej autora, dzieje się tak dlatego, że „dzisiaj kluczowym środkiem umożliwiającym ucieczkę przed epidemią jest dystansowanie społeczne, izolacja jednostki. Kwarantanna jest rzeczą diametralnie przeciwną społeczeństwu otwartemu, wymarzonemu przez George’a Sorosa. Relacyjne rozumienie człowieka, typowe dla niektórych szkół filozoficznego personalizmu, ma coraz mniejsze znaczenie”. Dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych USA, prof. Anthony Fauci, powiedział ponoć, że od chwili wybuchu pandemii żaden człowiek nie poda już ręki drugiemu człowiekowi.
W prezbiterium bydgoskiego kościoła pod wezwaniem Świętych Polskich Braci Męczenników, tym samym, w którym bł. ks. Jerzy Popiełuszko odprawił ostatnią w swoim życiu Mszę św., widnieje napis: „Módlmy się, abyśmy byli wolni od lęku, zastraszenia…”. Te słowa, odczytane w nowym kontekście, nabrały dziś dla mnie szczególnego znaczenia.
Do czego służy człowiekowi wolność? Do samorealizacji? Jako racja najwyższa dla ludzkich wyborów? W świecie, w którym obalono kryteria, żądanie prawa wyboru jest prostą drogą do zniewolenia człowieka. Człowiek może być zniewolony przez czynniki wewnętrzne lub zewnętrzne. Strach należy do przyczyn wewnętrznych.
Do czego potrzebna jest człowiekowi wolność? Odpowiedź filozofa – o. prof. Mieczysława A. Krąpca – brzmi: „Wolność jest przeżyciem godności osobowej człowieka. Wolność daje podstawę dla ludzkich decyzji, które płyną od wewnątrz, a nie od zewnątrz. Dlatego też obrona wolności jest obroną człowieka, jego decyzji wolnych i odpowiedzialnych”. A więc obrona wolności jest zarazem obroną godności osobowej człowieka. Trzeba zatem patrzeć na pandemię obecnie panującą w Polsce i na świecie w kontekście wolności i godności człowieka.
Ideę godności osobowej człowieka przyniósł Polsce Kościół katolicki, który poprzez wieki głosił prawdę o człowieku jako osobie stworzonej na obraz i podobieństwo Boga samego, której przysługują wyjątkowe, bo osobowe prawa. Cywilizacja łacińska, na której zbudowana jest nasza tożsamość narodowa, jako jedyna jest cywilizacją personalistyczną, czyli tą, która afirmuje osobę ludzką. Jedynie ona wskazuje na zasadniczą różnicę pomiędzy osobą a osobnikiem. Zacieranie się tej różnicy, które dokonuje się we współczesnej kulturze postmodernistycznej, sprawia, że człowiek bywa traktowany jako zbiór komórek albo jako przedmiot satysfakcji seksualnej. Osoba bywa wówczas sprowadzana do rangi osobnika.
Na niebezpieczeństwo stąd wynikające wskazuje ks. Robert Skrzypczak w książce pt. Pomiędzy Chrystusem a Antychrystem. Podkreśla w niej, że wizja osoby jest konsekwentnie niszczona. Dramatyzmu tej sytuacji dodaje fakt, że to, co się dokonuje, często jest społecznie niezauważane.
Komunizm zawierał w sobie błąd antropologiczny i niszczył jednostkę w imię kolektywizmu, a współczesna cywilizacja powtarza ów błąd. Tyle, że w zmutowanej postaci, i nie jest on wtłaczany pod przymusem, lecz przyjmowany dobrowolnie, poprzez przekaz medialny i narracje polityków, w efekcie manipulacji i inżynierii społecznej.
W 1949 r. George Orwell napisał powieść pt. Rok 1984. Została w niej przedstawiona wizja totalitarnego państwa, w której „Wielki Brat” za pośrednictwem potężnego ekranu jest obecny w każdym domu i kontroluje wszelkie przejawy życia ludzkiego. W demokratycznych społeczeństwach Zachodu wizja ta wydawała się nazbyt drastyczna i mało realna. W ostatnim czasie mogliśmy jednak zobaczyć w internecie film i przeczytać artykuły o tym, w jaki sposób został wprowadzony w Chinach system społecznej kontroli obywateli w ramach walki z epidemią koronawirusa.
Jak pisze prof. Wojciech Roszkowski w Roztrzaskanym lustrze, „postęp dnia dzisiejszego może stać się przekleństwem jutra, jeśli niektóre zdobycze technologiczne zostaną wprowadzone pod przymusem”. Opowieści o mikrochipach, które trzeba będzie wszczepić sobie pod skórę zamiast książeczki zdrowia, lub o przygotowywanej aktualnie szczepionce przeciwko koronawirusowi, wydają się mocno przesadzone. Tyle, że wielu młodych ludzi na Zachodzie biochipy wszczepia sobie dobrowolnie, na szczepionkę przeciw wirusowi Covid-19 zaś ludzie czekają na ogół jak na wybawienie. A co z tymi, którzy wbrew powszechnym oczekiwaniom nie będą chcieli się zaszczepić, a tym samym będą pozostałych narażali na zakażenie? Czy zgodzimy się powszechnie na ich prawo do wolnego wyboru?
Wiadomo, że w każdym systemie demokratycznym istnieją zasady, nad którymi się nie głosuje. Taką zasadą np. jest prawo człowieka do życia. Im więcej jest takich zasad, tym mniej jest demokracji, ale kiedy ich brak, społeczeństwu grozi anarchia.
Wtedy też wątpliwa staje się sama wspólnota. W tym miejscu pojawia się ważne pytanie: Jakie miejsce w naszym systemie wartości zajmuje wolność i na ile możemy zgodzić się na jej ograniczanie?
W szkole, w której pracowałam, kilka lat temu miało miejsce wydarzenie, które wprawiło pedagogów w osłupienie. Podczas lekcji nauczycielka usiadła na uszkodzonym krześle i gwałtownie z niego spadła. Początkowo nie mogła wstać z podłogi, gdyż złamała rękę. Uczniowie przyglądali się jej ze spokojem, bez żadnej reakcji. Także wtedy, gdy z trudem podniosła się i wyszła do gabinetu lekarskiego po pomoc. Kiedy potem zapytano uczniów o powód takiego zachowania, jeden z nich oświadczył: „Mój ojciec uczy, że w życiu każdy musi sobie radzić sam”.
Egoizm do niedawna był traktowany jako cecha pejoratywna, ale w ostatnich latach – jak widać – zaszła zmiana. Ludzie nowocześni, stechnicyzowani, żyjący w wielkich miastach, stali się indywidualistami. Nauczyli się poruszać w tłumie coraz bardziej obcych ludzi. Jednakże od czasu wybuchu pandemii drugi człowiek stał się już nie tylko obcym, ale też groźnym. Wszak może przenosić zarazę. Mimo coraz mocniej odczuwanej samotności, wolimy odgradzanie się od innych i bezpieczny dystans. Odwiedzanie rodziny, a tym bardziej – znajomych, zwłaszcza w ostatnim czasie należy do kategorii czynów ryzykownych. Mocno cierpią z tego powodu szczególnie ludzie starzy i chorzy, którzy znaleźli się w domach pomocy społecznej i w szpitalach. Cierpią także dziadkowie zamknięci w domach, których nie odwiedzają dzieci ani wnuki, w obawie, aby ich nie zarazić. Niektórzy z tych starszych ludzi borykają się z depresją, inni umierają w samotności.
Wartość życia i śmierci człowieka nie może być w pełni zrozumiana bez uznania, że jest on osobą. Natomiast to, kim jest osoba, staje się jasne tylko w świetle wiary w Jezusa Chrystusa – Boga, który stał się człowiekiem.
„Zanik Boga niesie w sobie zanik człowieka” – pisze ks. Robert Skrzypczak w książce Chrześcijanin na rozdrożu. Zwraca przy tym uwagę, że o ile XX wiek przyniósł uderzenie w przykazanie miłości Boga, o tyle wiek XXI uderzył w drugie przykazanie miłości, tj. przykazanie miłości człowieka. I tak jak w XX wieku Fryderyk Nietzsche, ogłaszając śmierć Boga, uznał, że Bóg stał się ludziom niepotrzebny, tak z kolei wiek XXI, który przyniósł „śmierć człowieka”, sprawił, że drugi człowiek przestał być bliźnim, a stał się niepotrzebnym i obcym. W konsekwencji człowiek, który odrzucił Boga i „uśmiercił” bliźniego, został nieskończenie samotny.
Jako ludzie jesteśmy z natury relacyjni, a bliskość jest zawsze ważnym elementem naszych społecznych odniesień. Dlatego też jest chroniona i potrzebuje być wyrażana poprzez zestaw społecznych rytuałów, takich jak podanie ręki czy serdeczny uśmiech. Jednakże podczas pandemii uśmiech ukrywa maseczka nałożona na usta i nos, a od gestu podania ręki wstrzymuje nas obawa przed zakażeniem.
Politykom i mediom udało się zdyscyplinować większość społeczeństwa w Polsce. Trzeba jednak być świadomym, że polityka to nie jest – wbrew powszechnemu rozumieniu – sztuką zdobywania i utrzymywania władzy, lecz jest to moralność społeczna i troska o dobro wspólne. Polityka jest częścią kultury. Przedmiotem zaś kultury jest cały człowiek, który ma wolną wolę, który ma rozum, a więc myśli, i który potrzebuje uzasadnień osobowych, a nie rzeczowych. Potrzebuje też odpowiedzi ostatecznych, które daje mu tylko religia. Religia jest cenna również w wymiarze społecznym, gdyż buduje więź osobową najpierw z Bogiem, a potem z innymi ludźmi. Według ks. Roberta Skrzypczaka społeczeństwo, które odrzuciło przykazanie miłości Boga i bliźniego, zostało pozbawione tych dwóch odniesień i w ten sposób straciło równowagę.
W ostatnim czasie wymagania epidemiologiczne objęły także wiernych w kościołach. Ograniczenie liczby osób uczestniczących we Mszy św., a w niektórych miejscach także zamknięcie kościołów, było – zwłaszcza podczas ostatniego Triduum Paschalnego – dla wierzących katolików szczególnie bolesnym doświadczeniem.
Msza św. przeżywana indywidualnie przed ekranami komputerów, w czterech ścianach zamkniętych mieszkań, była i jest podważeniem jej wspólnotowego i wspólnototwórczego charakteru. Obecnie, po upływie kilku miesięcy takiego doświadczenia, niektóre parafie wyludniły się, w innych zaś pojawili się niemi ludzie siedzący w maseczkach na twarzy, w bezpiecznej od siebie odległości.
W środowisku wierzących katolików rozgorzał zaś spór o sens podporządkowywania się takim rygorom, a także o formę przyjmowania Komunii świętej: do ust czy na rękę? Pomimo rekomendacji duszpasterzy, aby czynić to na rękę, dokonał się nowy podział wśród wiernych Kościoła katolickiego. Nie próbuję rozstrzygnąć tego sporu. Myślę jednak, że nie sama forma jest tu ważna, lecz przyczyna, dla jakiej podejmujemy tę lub inną decyzję w tej kwestii. Czynimy tak, aby wyrazić głęboką wiarę w obecność Syna Bożego w Substancji Chleba, czy też w obawie przed zarażeniem?
Znajomy ksiądz, który posługuje w Danii, opowiedział mi niedawno o wymaganiach tamtejszej władzy państwowej, którym nie sprzeciwił się jego ks. biskup.
Otóż według rozporządzeń państwowych, obowiązuje dziś w Danii udzielanie Komunii św. w gumowych rękawiczkach i w sterylnych opakowaniach jednorazowych. Ksiądz ów wyznał mi, że jemu samemu ta zasada posługiwania się rękawiczkami gumowymi kojarzy się z wykonywaniem czynności – jak to określił – obrzydliwych, takich jak np. zbierania psich odchodów, czy też mycie klozetu.
Nie wiem, na ile jest to adekwatne skojarzenie. Jednak dla mnie wciąż pozostaje otwarte pytanie o wiarę w realną obecność Chrystusa podczas tak sprawowanego obrzędu.
Walczymy z wirusem SARS-COV-19 i słusznie z obawą myślimy o konsekwencjach zdrowotnych i gospodarczych przedłużającej się epidemii. Niemniej jednak sądzę, że jest jeszcze inny wirus, który nas jako ludzkość zaatakował i jest o wiele groźniejszy, gdyż konsekwencje jego inwazji są o wiele głębsze i trwalsze. Jest to wirus antyosobowy i antyludzki. Polega na kwestionowaniu godności osoby ludzkiej i lekceważeniu przyrodzonej człowiekowi wolności. Pandemia wirusa COVID-19 kiedyś przeminie, tak jak przemijały wszelkie epidemie w historii. Ta druga epidemia, którą próbowałam opisać, może nie minąć. Wirus, który ją spowodował, jest moim zdaniem o wiele groźniejszy, bo prowadzi do rozkładu wspólnoty ludzkiej i zniewolenia człowieka przez wszechpanujący strach. Dlatego też uważam, że ta sytuacja wymaga od nas natychmiastowego i zorganizowanego przeciwdziałania, które zapobiegnie jego dalszemu szybkiemu rozprzestrzenianiu się. W jaki sposób to sprawić? To już temat na dalsze rozważanie i dyskusję.
Artykuł s. Katarzyny Purskiej USJK pt. „Wirus groźniejszy niż COVID” znajduje się na s. 3 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.
Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Z okazji urodzin Jimiego Hendrixa Leszek Cichoński, pomysłodawca Gitarowego Rekordu Guinnessa, szykuje jesienny hołd dla artysty.
28 listopada we wrocławskim Imparcie odbędzie się koncert z największymi przebojami największego gitarzysty wszechczasów. Na scenie pojawią się obok Leszka Cichońskiego m.in. Łukasz Łyczkowski- finalista The Voice of Poland, Marek Bałata, Damian Szewczyk a także kilkudziesięcioosobowa Orkiestra Filharmonii Sudeckiej pod batutą Jerzego Koska. Koncert został przeniesiony do sieci i transmitowany będzie m.in. na oficjalnym fanpage’u Miasta Wrocław.
Występ będzie okazją, by usłyszeć na żywo materiał z wydanego w tym roku nowego krążka Cichońskiego. „Thanks Jimi Symphonic” to pierwszy na świecie symfoniczny program z muzyką Jimiego Hendrixa, który został wydany na płycie.
Tutaj Leszek Cichoński odpowiada na pytanie, czy łatwo było muzykę wielkiego Hendrixa przełożyć na symfoniczną opowieść:
Leszek Cichoński / Fot. Wikimedia Commons
Premiera albumu Leszka Cichońskiego zbiegła się z 50. rocznicą śmierci legendarnego artysty. Tytułowym utworem jest kompozycja pt. „Thanks Jimi” – hymn Gitarowego Rekordu Guinnessa.
Angielski tekst do tego nagrania napisał amerykański gitarzysta Greg Koch razem z Malfordem Milliganem (wokalistą Storyville), który wziął udział w nagraniu płyty. Okładkę zaprojektował ceniony artysta Andrzej Pągowski.
Na krążku znajdują się takie hity jak „Foxy Lady”, „Purple Haze”,”Hey Joe” w wersji bolero czy „Little Wing”.
Wrocław w symfonicznym hołdzie dla Hendrixa – transmisja live – Leszek Cichoński zaprasza słuchaczy Radia WNET na ten niezwykły koncert w czasie zarazy:
Już dzisiaj, 28 listopada o godz. 19:00 (a więc dzień po urodzinach Jimiego Hendrixa), będzie można usłyszeć jego największe przeboje. Na scenie zobaczymy Leszka Cichońskiego i przyjaciół zobaczymy i usłyszmy także kilkudziesięcioosobową Orkiestrę Filharmonii Sudeckiej pod batutą Jerzego Koska.
– Jimi odszedł od nas 50 lat temu. W ciągu zaledwie trzech lat stworzył muzykę, która zmieniła świat. Jest mu za co dziękować. To właśnie Hendrix zainspirował mnie do stworzenia największego dziś święta gitarowego na świecie – dzięki Jimiemu od 18 lat tysiące gitarzystów spotyka się we Wrocławiu, cieszymy się razem muzyką, a co najważniejsze – przeżywamy ją razem, przekazując sobie nowy gest pozdrowienia – znak Uni-Vibe – jednoczącą moc muzyki – mówi Leszek Cichoński.
We wrześniu tego roku swoją premierę miał również wyjątkowy klip promujący gitarowy Wrocław utworem „Thanks Jimi”. Za reżyserię teledysku i zdjęcia odpowiada Jarosław Żamojda, jeden z najlepszych operatorów w kraju (m.in. „Ojciec Mateusz”, „W rytmie serca”, „Naznaczony”, „Magda M”), a także ceniony reżyser (m.in. „Młode wilki”, „RH+”, „Skorumpowani”).
Teledysk rozpoczyna się symbolicznie – w pustej sali Narodowego Forum Muzyki – słowami: „Muzyka jest uniwersalnym językiem, który od zawsze łączy ludzi” – to prawda i moc, która manifestuje się co roku podczas Rekordu. Poczujemy ją także 28 listopada – mówi Leszek Cichoński.
Alicja Sękowska to pełna czaru i gracji młoda kobieta wielu talentów. Ala jest dziennikarką telewizyjną, która z sercem i profesjonalnym przygotowaniem opowiada o muzyce i kulturze. Ale kiedy wychodzi
… z pracy, zamyka drzwi w studiu telewizyjnym i gasną reflektory, to śpiewa, komponuje, pisze teksty piosenek i gra na gitarze.
Od prawie miesiąca w Radiu WNET i irlandzkiej rozgłośni NEAR FM pojawia się jej ostatni autorski singiel. Do nagrania „Innych” zaprosiła Jacka Moore’a, syna nieżyjącego już niestety, legendarnego, bo najtkliwszego gitarzysty i wokalisty – Gary’ego Moore’a, autora m.in ,,Still Got The Blues”, „Empty Rooms”, czy romantycznego „The Loner”.
Tutaj do wysłuchania zapis audycji Muzyczna Polska Tygodniówka z udziałem Alicji Sękowskiej:
Alicja Sękowska od ponad sześciu lat odarowuje nas swoimi nagraniami, które w przecięciu (roz)jazzowania, dobrego folku okraszonego czasami delikatnym cieniem starego, amerykańskiego folku wybijają się ponad medialną sztampę i radiową matrycę. A jak powstał utwór „Inni”?
Do utworu ,,Inni” napisałam muzykę i tekst. Utwór mówi o dwojgu ludzi, którzy na pierwszy rzut oka są z zupełnie innych światów, ale okazuje się, że wśród tylu różnic, które ich dzielą w jednym są podobni – czują tak samo dużą miłość do muzyki i pragną spełniać swoje marzenia. – opowiada Alicja.
Ciekawa jest także historia zapoznania się Alicji i Jacka Moore’a. Wszystko zaczęło się bowiem od wywiadu, którego… nie było. Z Jackiem Moorem poznali się w sposób nietypowy.
Warto dodać, że na samym początku Jack Moore nie miał w ogóle świadomości, że Alicja jest wokalistką, która pisze muzykę i teksty.
Skontaktowałam się z nim przedstawiając się jako dziennikarka i prosząc go o wywiad. Oprócz muzyki na co dzień zajmuję się również dziennikarstwem przeprowadzając rozmowy z gwiazdami z dziedziny filmu, teatru, sztuki czy muzyki. Zarówno z tymi pochodzącymi z Polski, jak i zza granicy, między innymi Stingiem, Shaggym, Katie Meluą, Bonnie Tayler, Alice Merton… Do wywiadu z Jackiem w konsekwencji jednak nie doszło, ale kontakt pozostał. – mówi z uroczym uśmiechem Alicja Sękowska.
Upłynął cały rok i oto zupełnym przypadkowym zrządzeniem losu ta dwójka skontaktowała się ponownie. Ale wtedy wyszło już na jaw, że Alicja także zajmuję się muzyką śpiewając i komponując własne utwory.
Od marzeń do czynów! Moja rozmówczyni miała już wtedy gotowy plan by wydać nowy singiel. Postanowiła zaprosić Jacka Moore’a do współpracy. A syn najtkliwszego gitarzysty świata na jej wiadomość zareagował z entuzjazmem! I tak zaczyna się ta muzyczna przygoda, która – wierzę – przyniesie już w 2021 roku znakomity duży album.
Alicja urzeka i czaruje. Obok Muski, Natalii Świerczyńskiej i Magdy Kluz Alicja Sękowska staje się kolejnym wielkim odkrycie roku 2020, na które ona sama pracuje cierpliwie i ciężko od sześciu lat.
To było dla mnie prawdziwe święto. Oto syn wielkiego Gary’ego Moore’a – Jack Moore był moim gościem na antenie Radia WNET w programie Muzyczna Polska Tygodniówka.
Jack Moore to znakomita ilustracja powiedzenia, że „niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Jack, brytyjski muzyk, gitarzysta i kompozytor, który wraz z ojcem Garym występował na światowych scenach przez wiele lat na antenie Radia WNET opowiadał o swoim ojcu, pewnej gitarze i swoich muzycznych projektach.
Tutaj do wysłuchania cały program z Jackiem Moore’m:
Jack Moore grał także też m.in w Royal Albert Hall, uświetniając koncert Joe Bonamassy i Deep Purple. Do wspólnych koncertów zaprosił go również zespół Thin Lizzy. Występował na festiwalach w całej Europie (w tym wielokrotnie w Polsce).
Ja po prostu kocham Wasz kraj a Warszawę traktuję jak mój dom. – mówi Jack Moore.
Jack Moore grywa z zespołem Cassie Taylor, realizując równocześnie własne projekty muzyczne. Związany z projektem Gary Moore Tribute Band, z którym koncertuje w Polsce i Europie.
W programie zapytałem Jacka Moore’a o najnowszej EPce bandu Smith, Lyle & Moore „EP I”.
Co ciekawe, Jack kocha Polskę i Warszawę. Obiecuje też, że z utalentowaną polską wokalistką Alicją Sękowską wyda duży album. Trzymam za słowo! Szczególnie, że ich wspólny singiel „Inni” podoba się w Polsce, w Londynie i Los Angeles.