Konsekwencje odrzucenia etosu pracy na rzecz teorii „nicnierobienia” / Zdzisław Janeczek, „Śląski Kurier WNET” 77/2020

„Dzieciom kwiatom”, „dzieciom LSD” nie wadziło, że deprecjonowanie etosu pracy i prawa własności pozbawiało ich motywacji do nauki i zdobywania kwalifikacji, a więc ekonomicznej samodzielności.

Zdzisław Janeczek

Rozważania o etosie pracy i nie tylko… Cz. II

Upadek wartości pracy

W opozycji do wartości związanych z etosem pracy, jakie głoszą chrześcijaństwo i judaizm, znalazły się: konsumpcjonizm, zachęcający do łamania zakazów, i chciwość, polegająca na gromadzeniu owoców pracy bez dzielenia się z innymi, biedniejszymi. „»Im więcej posiadasz, tym jesteś szczęśliwszy«. A więc dzielenie się w oczywisty sposób umniejszałoby zdobyte szczęście. Istnienie bogactwa obok nędzy zostaje uzasadnione”. Według Włodzimierza Sowińskiego kult pieniądza i kupowania, chociaż powiązany z pracą, faktycznie niszczy jej wartość. „Gdy ważniejsza staje się ilość posiadanych pieniędzy niż stworzone dzieło, powodem do dumy przestaje być wykonana praca. Obniżaniu wartości pracy towarzyszy pogarda dla ludzi pracy” – murarzy, piekarzy, nauczycieli, lekarzy i wielu innych.

„Konieczność »napracowania się« dla osiągnięcia dostatku zaczyna być coraz częściej postrzegana jako nieudacznictwo«. Pracować ciężko muszą ci, którym się nie udało. Mnożą się coraz lepiej opłacane ze wspólnych pieniędzy stanowiska pracy, które są nie tylko zbędne, ale wręcz szkodliwe dla życia społecznego. Pożytek dla otoczenia przestaje mieć znaczenie”.

W polskim kontekście dopełnieniem takiego obrazu świata może być konkluzja Witolda Kieżuna: „Skoro prawie cały majątek dostał się w ręce zagranicznych właścicieli, powstał patologiczny system gospodarczy. Za komunizmu nie było prywatnej własności, nie było więc klasy kapitalistycznej. Teraz, ze względu na fakt, że majątek został sprzedany w obce ręce, nie ma też w Polsce klasy kapitalistycznej na dużą skalę. W pewnym sensie jest to kontynuacja komunizmu. Kapitał rezyduje za granicą, a praca jest w kraju”.

Nie mamy na miarę naszych czasów Cegielskich, Chłapowskich, Lubeckich, Marcinkiewiczów, Wawrzyniaków, Jabłkowskich, Wedlów, Kwiatkowskich i Grabskich. Zabrakło kontynuatorów dzieła pozytywistycznego, których uosobieniem byli tacy literaccy bohaterowie, jak doktor Judym, Siłaczka czy Benedykt Korczyński. Nie rodzą się banki i polskie bazary, ich miejsce zajęły Lidle, Biedronki, Auchany i Carrefoury. Wiele na ten temat mówi czterotomowe dzieło Jacka Tittenbruna Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji.

W zapomnienie poszło dzieło Władysława (1853–1924) i Jadwigi (1831–1923) Zamoyskich. Jadwiga Zamoyska, snując rozważania O miłości Ojczyzny, przestrzegała rodaków przed lekceważeniem etosu pracy i zwolennikami teorii „nicnierobienia”: „Kto sam nie chce pracować i nie chce niczego sobie odmawiać, ten znieść nie może tych, co ostrzejsze i pracowitsze życie prowadzą w celu służenia krajowi i bliźnim, albo choćby tylko w celu osobistego wzbogacenia się”.

W nawiązaniu do myśli kanclerza Jana Zamoyskiego, założyciela Akademii Zamoyskiej: „takie będą Rzeczypospolite jakie młodzieży chowanie” – kładła nacisk na edukację. „Dobre wychowanie dzieci wymaga ze strony rodziców i nauczycieli czujności, poświęcenia, trudu, zaparcia się siebie, a wreszcie nieustannego umartwienia, ażeby nie szukając własnego zadowolenia, własnej korzyści, rozrywki, mieć jedynie na celu dobro doczesne i wieczne dzieci, które się wychowuje […]. Kary i nagrody powinny logicznie wynikać z postępowania dzieci i dawać im zrozumienie następstw, jakie za sobą pociągają tak dobre, jak złe uczynki. […] Celem wychowania jest wyrobić sąd, sumienie i wolę”. Konsekwencją takiej pedagogiki byłaby „wielka mobilizacja rozbudzonej polskiej siły”.

Nic z aktualności nie straciły jej słowa:

„Jeżeli my sami u obcych kupujemy i od obcych sprowadzamy to, co nam do życia potrzebne, nasi robotnicy i nasze robotnice gonić muszą za zarobkiem do Niemiec, do Węgier, do Ameryki, bo u siebie wyżywić się nie mogą. I tak wyrzucamy naraz z kraju i ludzi, i pieniądze. A któż nam te szkody powetuje?”

Do syna Władysława zaś pisała: „Pracuj dla miłości Bożej i kraju, a nie dla próżności i miłości własnej”. Z kolei Polakom w rozprawie O wychowaniu dawała wskazówkę, iż „naród może się odrodzić tylko przez odrodzenie rodzin”. Równocześnie sympatyków „prawa do lenistwa” ostrzegała: „Niczego na świecie zdobyć nie można bezpłatnie. W pocie czoła i boleści dobijać się musimy nauki, cnoty, doświadczenia, mądrości, wykształcenia, zręczności, siły i wszystkiego tego, cośmy cenić zwykli”. Ucieleśnieniem tychże myśli było założenie przez generałową Jadwigę Zamoyską „szkoły życia chrześcijańskiego” dla dziewcząt, w której realizowano hasło: „Służyć Bogu – służąc Ojczyźnie. Służyć Ojczyźnie – służąc Bogu”. Dzięki niej młode Polki uczestniczyły nie tylko w lekcjach religii, historii Polski, rachunków gospodarczych, śpiewu chórowego i pogadankach pedagogicznych. O zajęciach praktycznych mówił dowcipny wierszyk: Trzewiki, kroje, suknie i stroje

Książki, szkarpety, sery, gorsety
Co tylko chcecie, wszystko znajdziecie
Tu uczyć będziem, władać narzędziem
lać z łoju świece, czyścić police
Prać i prasować, dziury cerować
Hafty wyszywać, i ładnie śpiewać
Chować prosięta, kaczki, kurczęta
Gotować sosy, barszcze, bigosy
Zobaczcie proszę, panowie, panie
Wszystko praktyczne i bardzo tanie!

Patriotyzm i nieugięta postawa Jadwigi Zamoyskiej, kierującej się „bojaźnią Bożą”, imponują. Jej koncepcje, mimo upływu czasu, przekonują żelazną logiką i rzeczowymi argumentami, jaskrawo kontrastującymi z pustymi frazesami o wolności, które dzisiaj padają z ust aktywistów rewolucji seksualnej i adherentów „prawa do lenistwa”. Ci ostatni pomijają fakt, iż „człowiek, który chce korzystać z wolności, musi dysponować dobrami, które ktoś musi wyprodukować”.

Zatrute źródła

Za to w publicznej przestrzeni XXI w., czerpiąc z doświadczeń i dorobku swoich „wielkich poprzedników”, pojawiają się liczne odnogi ruchu neomarksistowskiego (m.in. marksizm psychoanalityczny), które niszczą etos pracy, rodzinę, cywilizację europejską zbudowaną na fundamencie filozofii greckiej i chrześcijaństwie. „Dzieciom kwiatom”, „dzieciom LSD” odpowiadała nie tylko filozofia „nicnierobienia”. Nie wadziło im, że deprecjonowanie etosu pracy i prawa własności pozbawiało ich motywacji do nauki i zdobywania kwalifikacji, a więc ekonomicznej samodzielności.

Już na początku okazało się, że społeczeństwo musi utrzymywać tych ludzi, którzy nie chcą pracować, bo wolą żyć po swojemu.

Dla nich ważne było, jako dla żyjących wbrew normom społecznym w komunach, gdzie wspólne były nawet kobiety i dzieci, że Fryderyk Engels, zgodnie z ich oczekiwaniami, protestuje przeciwko monogamii i uważa ją za „absurdalne założenie”, ponieważ według niego powstanie monogamicznego małżeństwa następuje wskutek odpowiednich „relacji własnościowych”. „Monogamia powstała z koncentracji większych bogactw w jednym ręku”, czyli w ręku „jednego mężczyzny i z potrzeby przekazania tych bogactw w dziedzictwo dzieci tego mężczyzny i żadnego innego”. Według F. Engelsa, „małżeństwo pojedynczej pary nie występuje w żadnym wypadku w dziejach jako pojednanie mężczyzny i kobiety, tym bardziej nie jest ich najwyższą formą. Wprost przeciwnie, ono występuje jako uciemiężenie jednej płci przez drugą, jako proklamacja nieznanej w dotychczasowych dziejach sprzeczności płci”, co jest „pierwszym klasowym przeciwieństwem […] i pierwszym klasowym uciskiem”. Kolejnym krokiem mogło być wyzwolenie od płci, uwarunkowanej tradycyjnym wychowaniem.

Z kolei Karol Marks domaga się, aby: odrzucić prawdę o Rodzinie Świętej i pośrednictwie zbawczym Jezusa Chrystusa. Boga nie ma, człowiek jest pochodną materii. Religia to opium dla ludu.

Karierę robi koncepcja leninowskiego centralizmu demokratycznego, polegająca „na rządach mniejszości w interesie większości” (istota bolszewizmu). Uzupełniają ją: tolerancja represywna Herberta Marcuse’a, uzasadniająca tolerancję dla lewicy, a nietolerancję dla prawicy, poprawność polityczna oraz zawłaszczanie języka polegające na zmianie znaczenia słów. Ważne miejsce zajmuje rewolucja seksualna. Jako wartości są przedstawiane antywartości (antydekalog).

Miejsce proletariatu, który zawiódł oczekiwania rewolucjonistów, zajęły traktowane instrumentalnie kobiety, wszelkiego rodzaju mniejszości godne opieki i obrony przed wykluczeniem oraz zwierzęta. Na arenie dziejów pojawił się prekariat. Siły te programowo mają na celu rewolucję i jak każda utopia zakładają zburzenie cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej, by na jej gruzach wznieść nowy, doskonały świat i uformować nowego człowieka.

Poprzednikami i prekursorami nowych „poprawiaczy świata” byli m.in. François-Noël Babuef (propagator rewolucyjnego przewrotu, komunizmu, egalitaryzmu), Robert Owen (odrzucał własność prywatną), Karol Fourier (przeciwnik instytucji małżeństwa, zwolennik wolnej miłości), Henri de Saint-Simon (przeciwnik prawa dziedziczenia, zwolennik dyktatury fachowców) oraz markiz Donatien Alphonse François de Sade (1740–1814), propagator przemocy jako źródła przeżyć o charakterze seksualnym, który w swoich dziełach starał się wniknąć w głąb umysłu człowieka i odkryć jego pierwotne instynkty, czasowo, zdaniem autora, wytłumione przez bariery kulturowe.

Z kolei Lenin, Trocki i Stalin to twórcy socjalizmu internacjonalistycznego, a Hitler socjalizmu narodowego. Każda z tych prób budowy świata idealnego i nowego człowieka kończyła się katastrofą. Wyrażała się ona poprzez terror oraz załamanie ekonomiczne i demograficzne. Hasłem rewolucji francuskiej były słowa: Wolność, Równość i Braterstwo albo Śmierć! Jej ceną było ok. 400 000 istnień ludzkich, w większości zgilotynowanych niewinnych kobiet i mężczyzn lub zamęczonych mieszkańców zbuntowanej przeciw paryskiemu reżimowi Wandei. Francja zaś, dzięki postępowej rewolcie, przestała być wiodącym mocarstwem, otrzymując w zamian laicyzację i święto 14 Lipca na cześć zburzonej Bastylii. Najważniejszym narzędziem przebudowy Europy i świata, według autora Manifestu komunistycznego i jego uczniów, zawsze jawi się terror. „Jest tylko jedna droga, która może skrócić, uprościć i zintensyfikować przedśmiertne drgawki starego społeczeństwa i skurcze porodowe nowego – tą drogą jest rewolucyjny terror”. Jego zapowiedzią może być poprawność polityczna oraz bezzasadne oskarżenia o faszyzm, homofobię i antysemityzm.

Autorem cennego spostrzeżenia dotyczącego etosu pracy i rewolucyjnych utopii była notatka juniora Roberta Dale Owena (1801–1877) o założonej przez ojca Nowej Harmonii i przyczynach jej upadku. Jego zdaniem kolonię zamieszkiwał „heterogeniczny zbiór radykałów, fanatycznych ideowców, rzetelnych liberałów, leniwych teoretyków i pozbawionych skrupułów spryciarzy”.

Niestety „każdy system, który zapewnia równe wynagrodzenia dla wykwalifikowanych i pracowitych oraz leniwych ignorantów musi pracować na własny upadek, bo musi eliminować jednostki wartościowe i zachowywać niewykształcone, leniwe i zdeprawowane”.

Wielce wymowne były czyny naśladowców terroru jakobińskiego. Lenin podpisał dekrety likwidujące w praktyce instytucję małżeństwa i znoszące dotychczasowe kary za utrzymywanie stosunków homoseksualnych i usuwanie ciąży. Dr A.L. Berkowicz propagował seks w połączeniu z eugeniką i darmową aborcję, by stworzyć socjalistycznego supermena według koncepcji Lwa Trockiego. Eliminowano m.in. psychicznie chorych. Gwałcenie kobiet (nawet 4, 10 letnich dzieci) na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej bolszewicy uważali za dobrodziejstwo dla miejscowej ludności, powtarzając ofiarom, że „wytwarzają nową, wyzwoloną rasę”. Rozwodów udzielano za 3 ruble, bez żadnych formalności, dokumentów, wezwań, nawet zawiadamiania osoby, z którą się rozstawano. Uwolnione od zajmowania się dziećmi kobiety miały zająć się pracą zawodową. Seks bez romansu miał zwiększyć produktywność robotników. Celem nowego ustawodawstwa było rozbicie rodziny – niekontrolowanego bastionu oporu wobec nowej władzy – i zniszczenie moralności burżuazyjnej. Zrewolucjonizowano relacje rodziców z dziećmi. Te ostatnie stały się, według N. Bucharina, własnością społeczną. Wzorem stał się Pawlik Morozow, który zadenuncjował swojego ojca i został przez propagandę komunistyczną wykreowany na patrona ruchu pionierskiego i wzór do naśladowania dla dzieci w ZSRR.

Nikołaj Ogniow (właściwie Michaił Rozanow) w swoich powieściach propagował homoseksualizm i masturbację. David Lass prowadził badania nad zjawiskiem onanizmu wśród ukraińskich chłopów. W akcję seksualizacji włączył się także komisarz edukacji Anatol Łunaczarski, który patronował walce klas i płci.

„Nowy proletariusz” odrzucił burżuazyjne konwenanse i samokontrolę, co oznaczało „róbta co chceta”. Inny z ojców rewolucji rosyjskiej, L. Trocki, stawiał w tym czasie pomniki Kainowi i Judaszowi oraz zakładał gułagi. Na tych dokonaniach wzorował się narodowy socjalista Hitler. Budował on w Niemczech obozy koncentracyjne i patronował takiej instytucji jak Lebensborn (Źródło życia), która w prowadzonych ośrodkach organizowała seks dla bezdzietnych esesmanów. W tym celu wybierała na matki młode kobiety kierowane tam przez Służbę Pracy dla Rzeszy i Związek Dziewcząt Niemieckich. Dzięki tym społecznym eksperymentom życie straciły miliony. W Rosji wolna miłość zaowocowała plagą chorób wenerycznych i zbiorowych gwałtów oraz załamaniem demograficznym.

Bohaterowie walki z „nędzą seksualną”

Dopełnieniem współczesnej rewolucji lewackiej okazała się seksualizacja wszystkich sfer życia ludzkiego, poczynając od wieku dziecięcego. Była to myśl Wilhelma Reicha (1897–1957), nazywanego „panem od rozkoszy” lub „zaklinaczem chmur i orgazmu”, którego podstawowym obszarem badań jawiła się masturbacja. Ich ukoronowaniem był esej Über Spezifitaet der Onanieformen (Concerning Specific Forms of Masturbation), opublikowany w „Internationale Zeitschrift für Psychoanalyse”, vol. 8 (1922). Ponadto W. Reich wydał książkę Dialektischer Materialismus und Psychoanalyse (Materializm dialektyczny a psychoanaliza), w której przedstawił idee nazwane niedługo potem freudomarksizmem. Jako założyciel SexPolu – Związku Proletariackiej Polityki Seksualnej – wierzył, że seks ma właściwości uwalniające. „Seks czyni wolnym”. Odpowiedzialnością za utratę tej „wolności” obarczał kapitalistyczne państwo oparte na „jednostce patriarchalnej rodziny, w której ojciec odzwierciedla państwo jako autorytet absolutny”.

Zdaniem Reicha państwo wykorzystuje różne narzędzia w celu stłumienia seksualności swoich obywateli, m.in. ideologię monogamicznego małżeństwa na całe życie, tłumienie seksualności dziecięcej oraz zakaz swobody seksualnej nastolatków i aborcji.

Państwo istnieje dzięki trwaniu rodziny patriarchalnej, która zapewnia zyski kapitalistom. Tłumi ono także pociąg seksualny dzieci do rodziców, „powodując w ten sposób tłumione przywiązanie do jednostki rodzinnej. Dziecko tęskni za związkami rodzinnymi i naśladuje rodzica własnej płci w tworzeniu własnej rodziny”. Kapitalista czerpie korzyści „z ekonomicznej jednostki rodziny ze względu na ekonomiczną dominację męża nad żoną, która jest ekonomicznie zależna od męża i pracuje w domu za darmo. Dzięki temu pracodawca męża może wypłacić mu niższe wynagrodzenie, ponieważ pracodawca nie musi brać pod uwagę kosztów, jakie mąż musiałby zapłacić gospodyni lub opiekunce do dzieci. Ten brak dodatkowego wynagrodzenia za tradycyjne prace domowe i wychowywanie dzieci zachęca kobietę do pozostania w domu, aby być oszczędną, a także pozwala pracodawcy jej męża zatrzymać ten dodatkowy nadwyżkowy kapitał dla siebie”. Mimo osobistego zaangażowania autora powyższych pomysłów rozwiązania problemów kapitalizmu, w latach 30. niemieccy i francuscy robotnicy sprzeciwili się realizacji koncepcji W. Reicha, polegającej na podważeniu etosu pracy, rozbiciu tradycyjnej rodziny i seksualizacji dzieci.

Reich na różne sposoby zmagał się więc z „represyjną moralnością” judeochrześcijańską. Opętany żądzami już jako dziecko domagał się seksu od matki i przyczynił się do jej śmierci. Mania ta z wiekiem potęgowała się i uczynił z niej cel swego życia „zawodowego”.

W Norwegii poddawał terapii pacjentki, głównie młode kobiety, które w czasie seansów molestował, zmuszał do odbywania z nim stosunków seksualnych oraz stosował wobec nich przemoc fizyczną.

W sierpniu 1939 r. udał się do USA, by tam „walczyć z nędzą seksualną”. Wierzył, że wolność seksualna jest w stanie obalić stary, burżuazyjny świat. Skoro „rodzina jest nośnikiem cywilizacji starego świata i blokuje zbawienny przepływ orgonu”, to jego zdaniem trzeba ją zniszczyć i stworzyć relacje międzyludzkie na nowo. W Forest Hill w stanie Nowy Jork założył swoje laboratorium, gdzie kontynuował pseudonaukowe badania na próbie kilkuset dzieci. Skonstruował tzw. orgazmotron – miejsce, w którym można wyleczyć raka. Zalecanym przez niego lekarstwem na nowotwory miały być stosunki z młodymi kobietami. W 1950 r. W. Reich założył Orgonomic Infant Research Center, który miał zajmować się badaniami nad rzekomymi blokadami seksualnymi u kilkuletnich dzieci i ich usuwaniem za pomocą masturbacji. Ośrodek został zamknięty w 1952 r. po tym, jak jedna z matek oskarżyła Reicha „o nieobyczajne zachowanie wobec jej dziecka”. Eksperymentator jako były członek Komunistycznej Partii Niemiec znalazł się w orbicie zainteresowań FBI.

Jednak tytułem ojca rewolucji seksualnej obdarzono nie Wilhelma Reicha, a amerykańskiego biologa Alfreda Kinseya (1894–1956), profesora zoologii, autora raportu zatytułowanego jego nazwiskiem. W 1947 r. założył on Institute for Research in Sex, Gender and Reproduction na Indiana University, znany dzisiaj jako Kinsey Institute for Research in Sex, Gender, and Reproduction. Na podstawie opracowanych raportów A. Kinsey opublikował dwie książki: w 1948 r. Sexual Behavior in the Human Male (Zachowania seksualne mężczyzn) a w 1953 r. Sexual Behavior in the Human Female (Zachowania seksualne kobiet). Trafiły one na listy bestselerów. Ich autor, zwolennik darwinizmu i zwierzęcej natury ludzkości, snuł śmiałe rozważania i czynił analogie m.in. do aktywności seksualnej (na skinienie nadgarstkiem) szympansów bonobo, dla których ta sfera życia jest gwarantem społecznej harmonii, wolnej od takich więzi i ograniczeń, jak romantyczna miłość czy moralność i opiera się wyłącznie na prawach biologii. Jego badania finansowała Fundacja Rockefellera.

Dopiero po latach odkryto, iż Kinsey dopuścił się wielu manipulacji i jego badania nazwano „śmieciową nauką”. Zarzucano mu, iż „1/3 ogółu badanych była karana za przestępstwa seksualne, 10% męskiej próby badawczej stanowili stali bywalcy klubów gejowskich w San Francisco i Chicago, małżeństwem był każdy nieformalny związek, m.in. relacje między prostytutką i jej alfonsem.

Tezę o 95% mężczyzn, którzy choć raz dopuścili się przestępstwa na tle seksualnym”, Kinsey wysnuł na podstawie danych pochodzących od więźniów, w większości skazanych za przestępstwa seksualne, których zakwalifikował do próby 1300–1400 „normalnych, przeciętnych mężczyzn”.

Ponadto dokooptował do tego grona kryminalistów odsiadujących wyroki za inne przestępstwa, a także 199 psychopatów seksualnych! Współpracował m.in. ze zbrodniarzem wojennym dr. Friedrichem „Fritzem” Karlem Hugonem Viktorem von Balluseck (1908–1989), który podczas wojny na ziemiach okupowanej Polski, od października 1939 r. pełnił urząd starosty okręgowego Tomaszowa Mazowieckiego, a od listopada 1940 r. do kwietnia 1943 r. był starostą jędrzejowskim. Jako Kreishauptman, niemiecki urzędnik III Rzeszy, dopuścił się on wielu gwałtów na Polkach i odrażających seksualnych nadużyć wobec dzieci, którym ostatecznie, oprócz cierpienia, zadawał śmierć. Liczba jego ofiar w Polsce sięgała kilkuset pokrzywdzonych. W 1957 r. odbył się proces „Fritza” w Berlinie i za powyższe zbrodnie został skazany na 6 lat więzienia. Podczas procesu wyszły na jaw jego związki z Kinseyem.

Alfred Kinsey korzystał także z notatek pedofila, który bezkarnie uprawiał swój proceder od 1917 r. Judith A. Reisman, autorka książki Kinsey: zbrodnie i konsekwencje, wprost stwierdziła, że „Kinsey dla zdobycia »danych« na temat seksualności nieletnich trenował pedofilów w celu molestowania dzieci. Ze stoperami w rękach zbierali oni »dane« podczas krzywdzenia ofiar. Często własnych dzieci. W tym procederze »naukowym« ofiarami pedofilów Kinseya mogło paść nawet ok. 2 tys. dzieci”. Wstrząsającą jest relacja kobiety o tym, jak według „instrukcji” Kinseya, jako mała dziewczynka, była gwałcona w ramach „eksperymentu naukowego” przez ojca i dziadka, którzy czynili to ze stoperem w ręku i notowali opisy jej reakcji. „Zboczeńcy podczas molestowania dzieci mieli włączone stopery, aby zmierzyć czas, w którym gwałcone dziecko będzie miało »orgazm«. Tym »orgazmem« zdaniem Kinseya były torsje, krzyki, zwijanie się z bólu czy płacz dziecka, co oczywiście jest związane z doznawaną krzywdą, a nie jest żadnym »orgazmem« . Jednak to właśnie te »badania« spowodowały, że do szkół w Ameryce zawitała edukacja seksualna”.

Cały ten proceder ujawnia wstrząsający film dokumentalny pt. „Kinsey Syndrome”. Obrazuje on zagładę świata niewinności dziecięcej oraz doznane cierpienia i poniżenie. Taką cenę zapłacili najsłabsi za Raport Kinseya. Eksperymentem objęte były nawet 5-miesięczne niemowlęta.

Według dr Judith A. Reisman odzwierciedleniem treści Raportu Kinseya są trzy tezy. Pierwsza to stwierdzenie, iż człowiek (wg autora Raportu „ludzkie zwierzę”) jest istotą seksualną od urodzenia, a dzieci mają zdolność do przeżywania swojej seksualności. Gdyż dziecko od przyjścia na świat jest orgazmiczne i ma prawo do współżycia seksualnego z dorosłymi, również kazirodczego. Fakt ten powinien być respektowany przez prawo! Druga to pewnik, iż dzieciom należy się gruntowna edukacja seksualna. Trzecia zakłada, iż dzieci potrzebują masturbacji i przysługuje im prawo do stosunków homoseksualnych. Powyższe „odkrycia” zdaniem Alfreda Kinseya powinny skłonić władze, by wyraziły zgodę, aby pod te oczekiwania zmienić prawo i doprowadzić do stopniowych zmian w obyczajowości.

Wszystkie pomysły A. Kinseya i proponowane transmutacje zamieszczono w publikacjach American Low Institute (Amerykańskiego Instytutu Prawa), który to Instytut wywierał i wywiera duży wpływ na interpretację oraz zmiany prawa w USA. W tamtym czasie American Low Institute, który publikował postulaty A. Kinseya, był finansowany przez Rockefellera. I to właśnie za sprawą American Low Institute doszło ostatecznie do zmiany Kodeksu Karnego i złagodzenia wyroków wobec pedofilów. Z tego tytułu padło pod jego adresem oskarżenie, iż gdy wsiadł do „tramwaju zwanego pożądaniem”, wziął udział „w dekryminalizacji każdego możliwego prawa, które kiedykolwiek mieliśmy, które chroniło kobiety i dzieci”. W gruzach legł świat wartości dawnej purytańskiej Ameryki, oparty na naukach chrześcijańskich zaczerpniętych z Biblii.

Alfred Kinsey swoje teorie realizował w praktyce i narzucał otoczeniu. W trakcie plenerowych zajęć ze studentami miał w zwyczaju rozbierać się przed nimi. Wśród swoich najbliższych współpracowników propagował łamanie seksualnego tabu. Promował podejmowanie kontaktów seksualnych bez wchodzenia w stałe związki. Stosunki intymne odbywane w instytucie filmowano.

Niektórzy podejrzewają, że może być wśród tych materiałów także pornografia dziecięca i zoofilia. Jednym z jego bliskich współpracowników był Paul Henry Gebhard (1917–2015), który uczestniczył w przerażających „badaniach seksualności dzieci”, a po śmierci mentora stał się drugim dyrektorem Instytutu Kinseya.

Wielkim entuzjastą i propagatorem „odkryć” Kinseya stał się także amerykański działacz komunistyczny, socjopata seksualny Harry Hay (1912–2002), który, gdy zapoznał się z jego „badaniami”, porzucił żonę i dwójkę dzieci, by w latach 60. ubiegłego wieku „zapoczątkować rewolucyjną walkę o prawa gejów (wesołków)”. Założył Mattachine Society, którego celem była ochrona i poprawa stanu prawnego homoseksualistów.

Uroki komunistycznego Raju

Ważnym ogniwem w procesie formowania nowego człowieka była koncepcja rewolucji seksualnej Ericha Fromma (1900–1980), która powinna zburzyć podstawy systemu edukacji i wychowania, czyli systemu reprodukcji kultury. Z tego powodu musiała ona poprzedzać rewolucję społeczną. Innym autorytetem dla tej formacji światopoglądowej był socjolog marksistowski, współpracownik Maxa Horkheimera (1895–1973), dyrektora Instytutu Badań Społecznych (Institut für Sozialforschung) na Uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem, przedstawiciel szkoły frankfurckiej Herbert Marcuse (1898–1979), autor głośnej książki Eros i cywilizacja, którego nazwisko, jako marksisty wolnościowego, trafiło na transparenty rewolucji paryskiej 1968 r. Odtąd Nowa Lewica stworzyła i propagowała hasło „Marks, Mao, Marcuse”. Ten ostatni zyskał miano „papieża awangardy seksualnej”. W ramach swoistego kulturkampfu ogłosił, iż „kultura to składanie ofiary z libido”. Rodzinę postrzegał zaś jako narzędzie przemocowego „uszlachetniania” popędu seksualnego. Rozwiązaniem problemu miały być komuny.

Jednak w niektórych projektach wyprzedziła go w ZSRR twórczyni w 1919 r. tzw. Żenotdieła – Ministerstwa Kobiet – Aleksandra Michajłowna Kołłontaj (1872–1952), którą historyk Norman Davies określił jako „apostołkę wolnej miłości” opisanej w cyklu opowiadań Miłość pszczół robotnic (1923). Dążeniem Kołłontaj było, by miejsce rodziny zajął „skrzydlaty Eros”. Feliks Dzierżyński spełnił jej oczekiwania i założył w 1924 r. pierwszą komunę młodzieżową dla kryminalistów (Bolszewo), w której prowadzili nieskrępowane życie seksualne.

Komsomołka, która odmawiała seksu bez zobowiązań, stawała się burżujką, która niszczy swą młodość w imię przesądów przeszłości, oszczędzającą się dla męża, posiadacza prywatnej własności. Bolszewicy, znosząc małżeństwo, nieśli kobietom wyzwolenie z „seksualnej pańszczyzny”. Odtąd zaspokojenie popędu płciowego miało być łatwe jak „wypicie szklanki wody”.

Latem 1918 r. w Moskwie został rozpowszechniony Dekret o uspołecznieniu panienek i pań. We Włodzimierzu miejscowy komitet rewolucyjny wprowadził obowiązek rejestracji kobiet między 18 a 30 rokiem życia, a mężczyźni otrzymywali specjalne talony na ich „użytkowanie”.

W 1922 r. statystyki wykazały 7 mln. dzieci bezprizornych (niczyich). Mimo to Kołłontaj liczyła, że gdy zaniknie rodzina, kobiety nauczą się traktować wszystkie dzieci jako własne. Nie przewidziała jednak, iż jej nauki przyjmą się wśród elit USA.

Powyższe przykłady inspirowały niemieckich marksistów ze szkoły frankfurckiej i ich następców. Rozgłosu nabrała niemiecka Kommune 1, postulująca wolną miłość. Komunardzi zakładali przedszkola, w których – tak jak to było w przypadku podopiecznych Wilhelma Reicha – najmłodszych zachęcano do masturbacji.

Kommune 2 wydała z kolei instruktażową broszurę, w której opisywano opiekę nad trzy- i czteroletnimi dziećmi. Zalecano w niej pokazywanie dzieciom członków w stanie erekcji. Propagatorem takich alternatywnych przedszkoli był m.in. Daniel Cohn-Bendit, zwany Czerwonym Dany (ur. 1945 r.), jeden z przywódców ruchu studenckiego we Francji i Paryskiego Maja 1968, poseł do Parlamentu Europejskiego z partii Zielonych.

Przyjaźnił się m.in. z Joschką Fischerem i Adamem Michnikiem. Założył ugrupowanie Revolutionärer Kampf (Walka Rewolucyjna) i pracował w tzw. przedszkolu alternatywnym. W 2001 r. niemiecka dziennikarka, autorka książki So macht Kommunismus Spaß. Ulrike Meinhof, Klaus Rainer Röhl und die Akte Konkret (wyd. pol. Zabawa w komunizm, 2007) – Bettina Röhl, córka Ulriki Meinhof (1934–1976), oskarżyła go o pedofilię na podstawie autocytatów z autobiograficznej książki pt. Wielki Bazar (1975 r.). Podobne relacje zawarł w opublikowanym rok później artykule w piśmie kulturalnym „Das da”. W wywiadzie telewizyjnym w 1982 r. Cohn-Bendit opisał dalsze szczegóły, podkreślając, że „seksualność dziecka jest czymś wspaniałym” i „uczucie rozbierania przez 5-letnią dziewczynkę jest fantastyczne, bo jest to gra o absolutnie erotycznym charakterze”.

Naprzeciw oczekiwaniom środowiska Cohna-Bendita wyszli prof. Elisabeth Tuider i Stefan Timmermanns, autorzy podręcznika szkolnego pt. Sexualpädagogik der Vielfalt (Seksualna pedagogika różnorodności), opublikowanego w 2008 r., a poprawionego przez rozszerzony zespół autorów w 2012 r. i używanego przez wiele instytucji jako materiał dydaktyczny. W zamieszczonym na s. 78–79 ćwiczeniu uczniowie mają za zadanie zagospodarowanie przestrzeni „Burdelu dla wszystkich”. Muszą zaplanować m.in. wysokość zarobków personelu, opracować projekt reklamowo-marketingowy domu publicznego, zastanowić się, co zrobić, żeby zadowolone z odwiedzin były zarówno kobiety wyznania katolickiego, jak i muzułmanki, gdyż w tym miejscu powinny być zaspokojone wszystkie opcje i fantazje erotyczne. Ponadto wymaga się, aby korzystając ze swojej „wolności”, uczniowie zadeklarowali chęć skorzystania ze świadczonych uciech albo zaoferowali swoje usługi seksualne. Przy okazji uczestnicy warsztatów uczą się także, jak zaspokoić geja lub lesbijkę. W szkole odgrywają seksualne scenki teatralne, pokazują seks analny, seks grupowy w klubach gejowskich, sadomasochizm, przezwyciężają swoje obawy przed „nowymi doświadczeniami” poprzez zabawy z wibratorami.

Na Youtubie udostępniono specjalny program Queer Kid Stuff, promujący homoseksualizm i transseksualizm wśród dzieci w wieku 3–7 lat. Dla niemieckich przedszkolaków przygotowano specjalną edycję pt. Das kleine Körper-ABC: ein Lexikon für Mädchen (und Jungen) (ABC ludzkiego ciała. Leksykon dla dziewczynek i chłopców), autorstwa Sylvi Schneider. Można więc maluchom przeczytać na lekcji m.in. następujące kwestie ABC: „łechtaczka znajduje się z przodu pomiędzy małymi wargami sromowymi. Dotykanie łechtaczki może dostarczyć wiele rozkoszy”, „dotykanie jąder może być rozkoszne i piękne”, a „prezerwatywy można kupić w różnych kolorach, rozmiarach i gustach smakowych”. Malcy dowiadują się też, co to jest „duma gejowska” i kiedy obchodzi się jej święto.

W nowej rzeczywistości, afirmowanej przez Cohna-Bendita, walczono z mieszczańskim zakłamaniem poprzez wszechobecną nagość, brak prywatności (intymne pomieszczenia bez drzwi), publiczne czytanie listów.

Seksualność wyrażała najpełniejszą realizację postulatów wolności osobistej i „stała się ważniejsza od troski o wolność innych. Od obywatelskości, która jest troską o to, co ponadjednostkowe, a więc wspólne”.

Krzysztof Karoń, autor Historii antykultury 1.0, słusznie zwrócił uwagę na zjawisko stygmatyzacji kultury: „Kultura, a w szczególności kultura katolicka, z jej kultem racjonalności i wykształcenia, z jej etosowym wychowaniem i religijną moralnością seksualną jest instrumentem zniewolenia człowieka, tłumiącym jego naturalną wolność, tłumiącym nade wszystko popęd seksualny, prowadzącym do psychopatologii i faszyzacji psychiki, dehumanizacji życia i w końcu do Holokaustu”. W tej sytuacji misjonarzom nowej religii Polska jawi się jako katotaliban.

Zakończenie

Obserwacja trendów społecznych oraz wynikających z nich zmian w wyznawanych wartościach pozwala wnioskować, że dotyczy to również etosu pracy. Pojawia się pokolenie osób, dla których praca, a nawet rodzina nie jest już synonimem sensu życia, a tradycyjne wartości i autorytety ulegają osłabieniu. Słowa: „wartości europejskie” kryją zupełnie inny zakres znaczeniowy od tego, jak rozumiały je przez wieki minione pokolenia Europejczyków.

Nowym kryterium stała się młodość, piękno i siła. Miłość fizyczna – sensem życia. Starość, która wyklucza spełnienie seksualne – przyczyną klęski w starciu z młodością. To nic, że obrazoburca Foucault, antymoralista i „piewca” rozkoszy łoża, który, wzorem mieszkańców Sodomy, pogardzał prawem boskim i preferował sadomasochizm homoseksualny, zmarł na AIDS.

Jego Edenem była starożytność, epoka, kiedy kwitła artis-erotica, a głowa rodu swawoliła z żoną, własnym potomstwem, sługami i niewolnikami, dzieci zaś mogły masturbować się do woli. Kres tej wolności położyła „ciemna niewola” – chrześcijaństwo. Dla tego filozofa wyznający wartości „człowiek był tylko niedawnym wynalazkiem”. Wieszczył mu rychłą śmierć i ponowne przeobrażenie w „ludzkie zwierzę”. Inspiratorem zaś był Louis Althusser (1918–1990), przez wiele dziesięcioleci działacz Francuskiej Partii Komunistycznej, przewodnik ideowy młodzieży maoistowskiej, jeden z głównych przedstawicieli marksizmu strukturalistycznego, który odwoływał się do myśli: Karola Marksa, Antonia Gramsciego, Sigmunda Freuda i Jacquesa Lacana. Z tego źródła korzystali autorzy haseł na transparentach: „Seksualizm radykalność rewolucja”, „Co dwie matki to nie jedna”, „Co dwóch ojców to nie jeden”, „Wasze dzieci będą takie jak my”.

Jeden z cytowanych napisów nawiązywał do historii dwóch homoseksualistów z Australii – Petera Truonga i Marka Newtona, którzy w 2005 r. adoptowali małego chłopca, by doświadczyć „szczęścia tacierzyństwa”. Sprawę szeroko nagłośniły media, prezentując ich jako modelową idealną „rodzinę”.

Australijskie środki przekazu zrealizowały nawet reportaż pt. Dwóch tatusiów to lepiej niż jeden. Fakty jednak temu wizerunkowi przeczyły. Homoseksualni „rodzice” gwałcili malca i sprzedawali go innym pedofilom oraz nagrywali za pieniądze filmy pornograficzne z udziałem adoptowanego dziecka.

W tym celu jeździli z chłopcem m.in. do Francji, Niemiec i USA. Ostatecznie sprawą musiał zająć się sąd i zapadł wyrok skazujący.

Jan Paweł II określił powyższe praktyki i teorie społeczne mianem cywilizacji śmierci. Przygotowała ona grunt pod Kościół elohimicki, neopoganizm i technologiczne rozmnażanie oraz tęczowy postkomunizm. Akt samobójczy (eutanazja) rozwiązuje problem nieprzydatności starzejącego się ciała i dopełnia prawo do aborcji. Prekursorami takiego rozstrzygnięcia, by wyręczyć boginie losu: Kloto („Prządkę” nici żywota), Lachesis („Udzielającą”, która tej nici strzeże) i Atropos („Nieodwracalną”, która ją przecina) byli Paul Lafargue i jego żona Laura Marks. Wcześniej został pogrzebany etos pracy. Rozpanoszył się pasożytniczy hipisowski infantylizm i nihilizm. Piękno w sztuce zajmuje antykultura i pochwała brzydoty.

Neobarbarzyńcy próbują narzucić większości swoje antywartości w imię antycywilizacji, budowanej na fundamencie rewolucji protestanckiej zapoczątkowanej przez Marcina Lutra, rewolucji francuskiej 14 lipca 1789 r. i rewolucji rosyjskiej 1917 r., równocześnie lekceważąc słowa Alexisa Tocqueville`a, iż „Wolność nie może zostać ustanowiona bez moralności ani moralność bez wiary”.

Nieprzypadkowo za najbardziej szkodliwe teksty uznano Manifest komunistyczny, Mein Kampf i Raport Kinseya, porównywany z wybuchem bomby atomowej.

Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Rozważania o etosie pracy i nie tylko…” znajduje się na s. 6–7 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Artykuł Zdzisława Janeczka pt. „Rozważania o etosie pracy i nie tylko…” na s. 6–7 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

„Powstanie zorganizowano ze zbrodniczą genialnością” – tak prasa niemiecka skomentowała wybuch III powstania śląskiego

Zaimprowizowany przez powstańców pociąg pancerny zmusił Niemców do opuszczenia dworca kolejowego. Miasto ogarnęła panika. Niemieccy mieszkańcy w popłochu opuszczali miasto, niekiedy w samej bieliźnie.

Jadwiga Chmielowska

II i III batalion Fojkisa zbliżały się od strony północno wschodniej do przedmieść Kędzierzyna. Wielu padło zabitych i rannych. Ks. major Karol Woźniak jako dowódca batalionu szturmowego nie tylko prowadził do boju, ale i wypełniał posługę kapłańską wobec konających. Zaimprowizowany przez powstańców pociąg pancerny zmusił Niemców do opuszczenia dworca kolejowego. Po wycofaniu się Włochów miasto ogarnęła panika. Niemieccy mieszkańcy w popłochu opuszczali miasto, niekiedy w samej bieliźnie. (…)

„Zwycięskie walki w pasie Kędzierzyn–Przystań Kozielska miały bardzo doniosłe znaczenie dla dalszego przebiegu powstania. W walkach tych powstańcy po raz pierwszy od rozpoczęcia walki odnieśli zdecydowane zwycięstwo nad oddziałami niemieckimi, którego wpływ moralny był wielki, ponieważ podniósł ducha powstańców. Jeszcze ważniejsze było znaczenie taktyczne sukcesu. Dzięki niemu powstańcy stali się panami sytuacji nad Odrą, gdyż posiadali w swoich rękach Górę Św. Anny, dominującą nad całym wschodnim brzegiem Odry od starego Koźla do Krapkowic” – ocenił J. Ludyga-Laskowski w swojej książce (s. 261). (…)

Wojciech Korfanty 10 maja 1921 wydał manifest, w którym m.in. czytamy: „Pomiędzy Komisją Koalicyjną a kierownikami ruchu uzbrojonego stanął układ, który pozwala nam spokojnie patrzeć w przyszłość. Czas powrócić do życia normalnego, a przede wszystkim czym prędzej należy podjąć pracę. Wszystkie kopalnie, huty, słowem wszystkie warsztaty pracy na Górnym Śląsku, powinny być czym prędzej uruchomione, aby pokazać światu, który cały czas ma na was swe oczy zwrócone, że nie tylko walczyć, lecz przede wszystkim pracować i życie gospodarcze organizować umiemy. Zostają pod bronią jedynie ci, którzy pełnią służbę w organizacji wojskowej powstańczej. Ci do pracy nie wracają i wytrwają na posterunkach w myśl rozkazów swej przełożonej władzy. (…)

Zaznaczamy, że surowymi karami wojennymi karać będziemy wszystkich tych, którzy swych współobywateli od pracy powstrzymują, za dalszym strajkiem agitują, naruszają prawo wolności i własności współobywateli. A karami tymi są – w myśl prawa wojennego – śmierć przez rozstrzelanie lub długoletnie więzienie”.

W tym samym dniu 10 maja naczelny wódz powstania ppłk. Mielżyński wydał rozkaz wstrzymania wszelkich działań zaczepnych, gdyż – jak twierdził Korfanty – władze koalicyjne ustaliły tymczasową linię demarkacyjną na czas rokowań dyplomatycznych. Ledwo te decyzje zostały ogłoszone, „Komisja Międzysojusznicza ogłosiła, że nie ma żadnego układu pomiędzy jej przedstawicielami a władzami powstańczymi. Istotny jest fakt, że strona niemiecka szykowała się wówczas do kontrofensywy i nie chciała dopuścić do wkroczenia do akcji wojsk alianckich, które odgrodziłyby od siebie strony walczące” – napisał Michał Cieślak w swej pracy Trzecie Powstanie Śląskie (s. 31).

Tak więc podczas tego powstania Korfanty po raz drugi wezwał do zaprzestania strajku. Polacy mają się zachowywać potulnie, bo oczy świata na nich patrzą! Mało tego, wszystkim rozsądnym, widzącym bezsensowność jego decyzji i zagrożenie pozycji na froncie, groził śmiercią. Nie posiadał przy tym żadnej gwarancji Międzysojuszniczej. Dlaczego więc w swym manifeście pisał: „Waleczne uzbrojone hufce ludu górnośląskiego osiągnęły walne zwycięstwo. Wywalczyły nam wspólne z wami, którzy samorzutnie chwyciliście się broni strajku generalnego, poszanowanie woli ludu polskiego na Górnym Śląsku, wyrażonej w dniu 20 marca 1921 r. podczas plebiscytu. Pomiędzy Komisją Koalicyjną a kierownikami ruchu uzbrojonego stanął układ, który pozwala nam spokojnie patrzeć w przyszłość”. (…)

Za wszelką cenę, bez jakichkolwiek gwarancji Korfanty od samego początku chciał zlikwidować powstanie, które wybuchło wbrew niemu. Do końca się mu przecież sprzeciwiał.

15 maja 1921 r. Wojciech Korfanty wydał kolejną odezwę, w której nakazał oddziałom powstańczym cofnąć się. „Zbrojne hufce nasze, w myśl rozkazów otrzymanych, powinny się cofnąć na wskazaną im przez Naczelne Dowództwo linię, aby się odczepić od nacierających na nas Niemców, bo my nie pragniemy dalszego rozlewu krwi i dalszych walk. Zadaniem Komisji Międzysojuszniczej zaś będzie, aby ze swej strony użyła wszelkich środków, by nie doszło do dalszego rozlewu krwi. Jeśli Niemcy bez względu na nasze pokojowe usposobienie zaczepią nas na liniach naszych, odpowiedzialność za dalszy rozlew krwi spadnie na nich. Okażemy światu naszą drogą wolę pokoju, pokażemy mu, że w zwycięstwie i korzystaniu z niego jesteśmy tak umiarkowani i karni, jak byliśmy dzielni w walce o naszą wolność i w obronie rodzin i braci naszych”.

Znowu mieliśmy coś światu pokazywać, mimo że świat tyle razy miał nas w głębokim poważaniu! Zaledwie przed rokiem uratowaliśmy Europę przed zalewem bolszewickim. Tak nam odpłacano. Podobnie teraz – pokazaliśmy światu „okrągły stół” i przebaczenie zdrajcom i mordercom. Przynależność do UE okupiliśmy likwidacją naszego przemysłu i bankowości.

„Zblatowana” łże-elita wmówiła narodowi, że musimy mieć inwestorów strategicznych. I mieliśmy wrogie przejęcia naszych firm. A czy świat kiwnął palcem, gdy z rąk sowieckiej Rosji ginęło przeszło milion Polaków? Przecież to świat twierdził, że ludobójstwo w Oświęcimiu to polski wymysł, bo Niemcy to taki kulturalny naród, że nie mogliby robić czegoś takiego. Kiedy amerykańscy Żydzi wyśmiali przedstawiciela mniejszości żydowskiej – członka Rady Narodowej RP w Londynie, a prezydent Roosevelt nie chciał nawet rozrzucić ulotek nad Niemcami, nie mówiąc o pomocy walczącym w warszawskim getcie, Szmul Mordechaj Zygelbojm popełnił samobójstwo. Świat milczał, gdy bestialscy Niemcy rozprawiali się z jego rodakami i współwyznawcami.

Czy ten świat coś zrobił, gdy już po zwycięskiej wojnie staliśmy się sowiecką strefą okupacyjną? Nie obchodziło go to, że więziono 200 tys. ich sojuszników, a około 10 tys. stracono! Tak jak wcześniej, nikt na świecie nie uronił łzy po rzezi Pragi w listopadzie 1784 r., kiedy Rosjanie bestialsko zabili przeszło 20 tys. mieszkańców prawobrzeżnej Warszawy. Do dziś ważniejsze jest dla politycznych pajaców to, co o nas powiedzą inni, niż nasz własny interes. (…)

Ludwik Łakomy w artykule Czyn Nieznanego Powstańca Śląskiego, Księga Pamiątkowa Powstań i Plebiscytu na Śląsku, wyd. 1934, s. 10, pisał: „»Powstanie zorganizowano ze zbrodniczą genialnością« – temi słowy prasa niemiecka zatytułowała pierwsze wiadomości o czynie orężnym Nieznanego Powstańca Górnośląskiego. Zaiste. W określeniu tem nie było zbytniej przesady. Bo jakże – jeśli nie genialnością – nazwać to, że owej pamiętnej, wspaniałej nocy z 2 na 3 maja 1921 r. stanęło do boju przeszło 40 tys. powstańców, ubranych we własne robocze bluzy z białemi opaskami na rękawach, wprawdzie częściowo tylko uzbrojonych, lecz zbrojnych za to w niezłomną wolę zwycięstwa.

Trzeba to wyraźnie podkreślić, że trzecie powstanie – ów największy ludowy ruch wolnościowy w historii Polski – nie było akcją narzuconą ludowi górnośląskiemu, że owa armja powstańcza nie składała się z elementu napływowego, lecz że nawet przeważająca ilość dowódców jednostek bojowych rekrutowała się z pośród górników i hutników śląskich, którzy od szeregu miesięcy w podziemiach przygotowywali ten największy Czyn Nieznanego Powstańca Śląskiego.

Trzeba to podkreślić tembardziej, że po drugiej stronie frontu, w szeregach niemieckich, mało było elementu miejscowego, a przeważali żołnierze Rechswehry oraz takich organizacji jak Orgesch i Oberland, w których Niemcy górnośląscy stanowili znikomy odsetek”.

Cały artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „W ogniu walki i destrukcji. III powstanie śląskie” znajduje się na s. 8 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Artykuł Jadwigi Chmielowskiej pt. „W ogniu walki i destrukcji. III powstanie śląskie” na s. 8 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Muzyczne IQ ???

Muzyczne IQ

Audycja z dn.17 grudnia 2020 r. Ostatni program w tym szalonym roku. Odwiedziliśmy min. Caracas, Ohio w USA czy chorwacką Pulę. Zapraszamy do odsłuchu.
Radek Ruciński i Paweł Szczepanik.

Muzyczne IQ
rys:radekrucinski

Studio Dublin – 18 grudnia 2020 – Dariusz Bonisławski, Jarosław Płachecki, Bogdan Feręc, Paweł Sreberski, Jakub Grabiasz

W piątkowy poranek tradycyjnie w Radiu WNET przenosimy się do Republiki Irlandii. W Studiu Dublin informacje, wywiady, analizy oraz korespondencje. Witamy zimę w Studiu Dublin i czas kolędowania.

W gronie gości:

  • Dariusz Bonisławski – prezes zarządu krajowego Stowarzyszenia Wspólnota Polska,
  • Jarosław Płachecki – dziekan Staropolskiej Szkoły Wyższej w Dublinie, były prezes Irish – Polish Society,
  • Bogdan Feręc – redaktor naczelny portalu Polska-IE.com,
  • Paweł Sreberski – Kapela u Dobrego Pastarza z Galway,
  • Jakub Grabiasz – redakcja sportowa Studia 37 Dublin.

 

Prowadzenie i scenariusz: Tomasz Wybranowski

Redaktor wydania: Tomasz Wybranowski

Współpraca: Katarzyna Sudak i Bogdan Feręc

Oprawa fotograficzna: Tomasz Szustek

Wydawca techniczny: Andrzej Karaś i Aleksander Popielarz

Realizator: Dariusz Kąkol (Warszawa) i Tomasz Wybranowski (Dublin)

 

Bogdan Feręc, portal Polska-IE – Radio WNET Irlandia.

 

Kilka chwil po godzinie 9:10 specjalna i już przedświąteczna korespondencja Bogdana Feręca, szefa najpoczytniejszego portalu dla Polaków na Szmaragdowej Wyspie – Polska-IE.com.

Dzisiaj – 18 grudnia 2020 roku – w życie wchodzi rządowe rozporządzenie, które mówi, że można podróżować po całej Republice Irlandii i odwiedzać rodziny. Mogą to zrobić osoby z innych gospodarstw domowych.

To jednak spowodowało, iż do społeczeństwa, wystosowany został apel i szef HSE dr Paul Reid powiedział, żeby mądrze korzystać z tej zasady. Reid prosi, by ilość kontaktów społecznych, ograniczyć do absolutnego minimum, ponieważ może to doprowadzić do wzrostu zakażeń, jaki obserwowany był w pierwszych dniach listopada.

To może wpłynąć na obciążenie systemu opieki zdrowotnej, który nadal odczuwa skutki wcześniejszych fal koronawirusa.

Leo Varadkar, autor: International Transport Forum, licencja: (CC BY-NC-ND 2.0)

 

Wicepremier rządu Republiki Irlandii Leo Varadkar podzielił się swoją opinią na temat kolejnych miesięcy z koronawirusem, a jest zdania, że nie uda się szybkim czasie znieść wszystkich ograniczeń.

Według wicepremiera Varadkara, ograniczenia w postaci prawdopodobnie trzeciego poziomu, a i możliwej sześciotygodniowej blokady, mogą być obserwowane w okresie pierwszych sześciu miesięcy 2021 roku, a zaczną znikać, kiedy rozpocznie się akcja masowych szczepień.

 

Duży krok w rozmowach brexitowych. Granicy nie będzie – Negocjatorzy Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii zgodzili się ustalić wspólne zasady unikania granicy celnej na Morzu Irlandzkim.

Porozumienie zostało formalnie podpisane, więc granica celna, nie powstanie po opuszczeniu przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej. Oznacza to, iż protokół irlandzki, zacznie obowiązywać wraz z 1 stycznia 2021 roku i oznacza, iż na irlandzkiej wyspie, nie powstanie fizyczna granica.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Bogdanem Feręcem:

 

Hanna Dowling, były prezes Irish-Polish Society J. Płachecki i wspominana w wywiadzie „Trybuna Ludu” wydana w dniu wizyty Jana Pawła II w Warszawie, w 1979 roku | Fot. archiwum H. Dowling

Drugim gościem przeświątecznego Studia Dublin jest dr Jarosław Płachecki, dziekan zaprzyjaźnionej z Radiem WNET i irlandzką rozgłośnią NEAR 90,3 FM Filii Staropolskiej Wyższej Szkoły w Dublinie.

Jako ciekawostkę warto podać fakt, że to jedyna polska uczelnia wyższa posiadająca filię w Irlandii. W roku 2019 Wydział STSW w Dublinie przekształcony został w Filię Staropolskiej Szkoły Wyższej w Dublinie.

Dzisiaj rozmowa dotyczyła przed wszystkim premiery VII tomu Rocznika Towarzystwa Irlandzko – Polskiego / The Irish Polish Society Yearbook.

VII tom Rocznika Towarzystwa poprzedziło wydanie specjalnej książki „The Polish House in Dublin. An Illustrated Chronicle” / „Dom Polski w Dublinie. Ilustrowana Kronika”, które ukazało się pod redakcją dra Jarosława Płacheckiego.

To pierwszy i kompletny diariusz, który dotyczy spraw Domu Polskiego w Dublinie, ale i w szerszym kontekście całej historii irlandzkiej Polonii.

W VII, łączonym tomie Rocznika Towarzystwa Irlandzko – Polskiego m.in. artykuł o nestorze Polonii w Irlandii „Wspomnienie o Janie Kamińskim i jego rodzinnym sztetlu Biłgoraju” pióra Hanny Dowling, sylwetka Macieja Bogdalczyka polskiego architekta z Irlandii, którego przybliżył Andrzej Wejchert oraz historyczny fresk „Tytus O’Byrn z Irlandki, powstanie 1863 roku”, którego autorka jest Katarzyna Gmerek.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z dr Jarosławem Płacheckim:

 

 

Z Pawłem Sreberskim z Kapeli u Dobrego Pasterza z Galway przypominamy o tradycji „Polaków Kolędowania” oraz tradycji współnego celebrowania Adwentu i Świąt Bożego Narodzenia muzyką i śpiewem. W tym roku ze względu na reżim sanitarny odbywać się to będzie w formie zdalnej.

W sobotę 26 grudnia 2020 roku odprawiona zostanie niezwykła Msza Św. w kościele St. Mary’s Claddagh Galway.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Pawłem Sreberskim:

 

 

W serwisie informacyjnym ze Studia 37 Dublin „Irlandia – Wyspy – Europa – Świat” m.in.: 0 sukcesie Roberta Lewandowskiego, szczepieniach w Irlandii i dyskusji o paszportach szczepień oraz wizycie Mike’a Pompeo w Polsce, która zdaniem wielu może nie dojść do skutku z powodu obostrzeń pandemicznych w Polsce. 

Robert Lewandowski został uhonorowany wyróżnieniem Piłkarza Roku FIFA. W finale światowego plebiscytu pokonał Leo Messiego i Cristiano Ronaldo.

To historyczny sukces, bowiem Robert Lewandowski  jest pierwszym wyróżnionym w ten sposób Polakiem.

 

Dublin rain from the bus. Foto (c) Studio 37.

Szczepienia rozpoczną się w Irlandii w tym roku. Covidowy paszport jest przesądzony. Tánaiste (wicepremier) Leo Varadkar potwierdził liderowi Partii Pracy i rzecznikowi ds. zdrowia Alanowi Kelly podczas Promised Legislation w Dáil, że szczepienia rozpoczną się w Republice Irlandii w tym roku. 

Poseł Kelly powiedział, że irlandzki rząd musi dokładnie wyjaśnić, jaki format będą miały te świadectwa szczepień lub paszporty szczepionek. Musimy wiedzieć, kto będzie kierował tymi certyfikatami, czy będzie to państwo, czy organizacje prywatne.

Istnieją kwestie moralne, prawne i etyczne w odniesieniu do tego świadectwa, a rząd musi natychmiast udzielić jasności i pewności.

Donald Trump / Fot. Gage Skidmore, Wikipedia

 

Według amerykańskich mediów, wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence odwiedzi Polskę przed objęciem władzy w Waszyngtonie przez nową administrację.

Wizyta ma uwydatnić osiągnięcia rządu prezydenta Donalda Trumpa w polityce zagranicznej i bardzo dobre kontakty z Polską.

Natomiast minister Krzysztof Szczerski, szef gabinetu Prezydenta RP powiedział Polskiej Agencji Prasowej, że w styczniu nie jest planowana wizyta wiceprezydenta Mike Pence’a w Polsce:

Do 17 stycznia ma obowiązywać w naszym kraju kwarantanna narodowa i nie ma nawet możliwości przygotowania takiej wizyty.

Tutaj do wysłuchania serwis informacyjny Studia 37 „Irlandia – Wyspy – Europa – Świat”: 

 

W okienku sportowym nie mogło zabraknąć Jakuba Grabiasza, który komentuje tytuł Piłkarza Roku FIFA przyznany Robertowi Lewandowskiemu i opowiada o jednej z trzech koronnych dyscyplin sportu dla Irlandczyków – rugby.

W Studiu Dublin gorący komentarz tuż po losowaniu drużyn na Mistrzostwa Świata w rugby, które odbędą się we Francji w 2023 roku.

Kalendarz rozgrywek międzynarodowych w rugby już się zakończył na ten rok. Irlandzka reprezentacja ma szansę dojść do ćwierć lub nawet do półfinału. A dodam, że Irlandia nigdy dotąd nie dotarła do półfinału w rozgrywkach tej rangi. – przypomniał Jakub Grabiasz.

W sportowym wyspiarskim zaułku sportowym także zapowiedź sobotniego (19 grudnia 2020 roku) wielkiego finału GAA w futbolu irlandzkim. Zmierzą się drużyny Dublina i Mayo. Tej ostatniej kibicuje nasz radiowy Kuba.

W części ekonomicznej Jakub Grabiasz opowiadał o styku ekonomii i Brexitu, który jak się okazuje już dotarł na Szmaragdową Wyspę i miesza szyki przedsiębiorcom.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z Jakubem Grabiaszem:

 

 

Ostatnim gościem Studia Dublin był prezes zarządu Stowarzyszenia Wspólnota Polska Dariusz Bonisławski, który podsumował ostatni rok i niełatwy rok przez pryzmat organizacji, która wspiera Polaków i Polski poza Ojczyzną.

DariuszBonisławski/foto.StowarzyszenieWspólnotaPolskaarchiwum

 

Rok temu Zjazd Delegatów powierzył Dariuszowi Bonisławskiemu pełnienie funkcji prezesa zarządu krajowego Stowarzyszenia Wspólnota Polska.

Przypomnę, żę Dariusz Bonisławski to historyk, uznany ekspert oświatowy, menadżer oraz wieloletni dyrektor szkoły, prezes Oddziału Warmińsko – Mazurskiego Wspólnoty Polskiej.

Plany były ambitne na rok 2020 – podkreśla – jednak pokrzyżował je Covid i pandemia.

Mimo wszystkich trudności udało się stworzyć społeczność polonijnych nauczycieli, dzięki wykorzystaniu internetowych komunikatorów.

Prezes Dariusz Bonisławski podkreślił, że należy wspierać ze wszystkich sił edukację polskich dzieci poza granicami kraju poprzez m.in. tworzenie Akademii Dwujęzyczności. Z dumą wspomniał o zakończonych sukcesem przygotowaniach do wydania podręczników dla małych i młodych Polonusów w Ameryce Południowej oraz Irlandii:

Człowiek, który wie skąd pochodzi, lepiej się rozwija i czuje swoją wartość. Stowarzyszenie Współnota Polska patronowało i wspierało opracowanie dwóch nowych podręczników do nauki języka polskiego dla dzieci Polaków mieszkających w Ameryce Południowej, Irlandii i na Ukrainie.

W finale rozmowy z Tomaszem Wybranowskim prezes Dariusz Bonisławski złożył za pośrednictwem Radia WNET bożonarodzeniowe życzenia dla wszystkich Polaków rozsianych na całym globie.

Tutaj do wysłuchania rozmowa z prezesem Dariuszem Bonisławskim:

 

Świąteczna ulica Grafton Street stołęcznego Dublina. Fot. Tomasz Szustek

Opracowanie: Andrzej Karaś, Alekasander Popielarz i Tomasz Wybranowski

Współpraca: Katarzyna Sudak & Bogdan Feręc – Polska-IE.com

Oprawa fotograficzna: Tomasz Szustek


 

Partner Radia WNET

 

Partner Studia 37 Dublin

 

            Produkcja Studio Dublina Radia WNET – GRUDZIEŃ 2020 (C)

Studio Dublin na antenie Radia WNET od 15 października 2010 roku (najpierw jako „Irlandzka Polska Tygodniówka”). Zawsze w piątki, zawsze po Poranku WNET zaczynamy ok. 9:10. Zapraszają: Tomasz Wybranowski i Bogdan Feręc, oraz Katarzyna Sudak, Agnieszka Białek, Ewa Witek, Alex Sławiński oraz Jakub Grabiasz.

Św. Maksymilian Maria Kolbe – „ojciec dyrektor” pierwszego nowoczesnego katolickiego imperium medialnego na świecie

Przed II wojną światową Niepokalanów był największym klasztorem na świecie, a wydawnictwo – największe w Polsce. To było katolickie imperium medialne na skalę światową. Czy to nam coś przypomina?

Andrzej Karpiński

Chciałem zobaczyć metamorfozę twarzy św. Maksymiliana od dzieciństwa do czasu w obozie Auschwitz. Wtedy zauważyłem, że przez całe życie miał niezmienne oblicze. To, co było najważniejsze, nie zmieniało się. Zmieniało się tylko to, co zewnętrzne: fryzura, zarost, głębokość bruzd wokół oczu i na czole. Tę niezmienność spojrzenia i rzeźby twarzy skojarzyłem z niezmienną miłością do Maryi, której Rajmund doświadczył w dzieciństwie. Miłość, która rozpoczęła się już w domu rodzinnym, rozkwitała, przynosząc owoce wiary, aż po kres jego życia.

Linia czasu w portrecie Rajmunda, a potem św. Maksymiliana | Fot. www.niepokalanow.pl

Powołanie do oddania się Jezusowi przez ręce Maryi poczuł najmocniej podczas studiów w Rzymie w latach 1912–1915. Tam złożył śluby wieczyste i przybrał imię Maria. W Rzymie był świadkiem bluźnierczych manifestacji heretyków i masonów, których od tej pory pragnął nawracać przez jakąś organizację lub stowarzyszenie maryjne. Już wtedy w jego wyobraźni powstał Niepokalanów z całą infrastrukturą służącą Maryi. (…)

Zapoznałem się z historią powstania Niepokalanowa, z historią radia, drukarni oraz wydawnictwa. Zainteresowała mnie postać rówieśnika św. Maksymiliana, księcia Jana Druckiego-Lubeckiego, przyszłego ofiarodawcy gruntu dla zakonu. Ojciec 15-letniego księcia zakupił pałac wraz z ziemią w Teresinie pod Warszawą, gdzie cztery lata później został zastrzelony. Cały majątek odziedziczył więc jedyny syn, który 14 lat później podarował część ziemi św. Maksymilianowi pod budowę Niepokalanowa. Ale jak do tego doszło?

Pierwsze egzemplarze „Rycerza Niepokalanej” były drukowane w Krakowie, a następnie w trudnych warunkach w Grodnie, gdzie ojciec księcia Jana pełnił obowiązki prezydenta miasta. To tutaj ojciec Maksymilian poznał swojego darczyńcę, który był skłonny ofiarować zakonnikom ziemię w Teresinie, ale pod warunkiem dożywotniego odprawiania Mszy Świętych w intencji zastrzelonego ojca. Władze kościelne nie zgodziły się na takie warunki i projekt miał upaść. Ojciec Maksymilian postawił jednak wcześniej na obiecanej ziemi figurkę Matki Bożej, a transport maszyn drukarskich z Grodna już był zorganizowany. W tej sytuacji książę podarował ziemię bez żadnych warunków.

Imperium medialne

Nie wiedziałem, że przed II wojną światową Niepokalanów był największym klasztorem na świecie, a wydawnictwo – największym w Polsce. To było niespotykane na światową skalę katolickie imperium medialne. Czy to nam coś przypomina? Ależ tak… W 1936 r. Niepokalanów liczył ponad 800 zakonników. Zakon miał własną elektrownię i piekarnię. Ojciec Maksymilian rozpoczął nawet budowę lotniska. Czynił zabiegi o zakup samolotów dla Niepokalanowa, a dwóch braci zakonnych ukończyło nawet kurs pilotażu. Niestety wojna przerwała te plany. To był prawdziwy Rycerz Maryi i patriota, który już rok przed święceniami kapłańskimi, w jakże symbolicznym roku 1918, założył stowarzyszenie Rycerstwo Niepokalanej (MI – Militia Immaculatae). Będąc przez sześć lat na misji w Japonii, zbudował w Nagasaki „drugi Niepokalanów” wraz z wydawnictwem drukującym w języku japońskim. Po powrocie ojca Maksymiliana w 1936 roku z misji w Japonii, pismo „Rycerz Niepokalanej” osiagało nakład miliona egzemplarzy. Ks. Kolbe pojechał na pierwszy pokaz telewizji w Berlinie, aby użyć tej nowej wówczas technologii w służbie Maryi. Ojciec Maksymilian zawsze sięgał marzeniami daleko w przód, dlatego dwa lata później działała już w Niepokalanowie pierwsza, katolicka radiostacja. (…)

Niepokalanów – Teresin ok. 1935 r. | Fot. www.niepokalanow.pl

To nieprawdopodobne, ile może zdziałać przez 47 lat jeden człowiek z miłości. I tu nasuwa się pytanie: z miłości do kogo? Bo przecież wojnę i ludobójstwo również może zainicjować jeden człowiek, lecz z miłości do siebie. Nic bowiem nie zbiera większego żniwa śmierci niż miłość własna! Dlatego tak ważna jest rodzina, która kształtuje nas w dzieciństwie. Dlatego tak bardzo rodzina jest znienawidzona przez tych, którzy chcą oddać wychowanie i kształtowanie dzieci państwu lub opętanym ideologom. Kolejny raz, gdy piszę o polskim męczenniku, zadaję sobie pytanie, jak głęboko sięgają w ludziach pokłady nienawiści do sprawdzonych norm społecznych, do Dekalogu? Ile jeszcze pokoleń i ile lat będą odbywały się ataki na Kościół, który od 2000 lat głosi tę samą naukę tego samego Chrystusa? Ile lat jeszcze będzie drażnić naszych sąsiadów najmniejszy rozwój Polski? Ile świat jeszcze zmarnuje czasu, ile wyda pieniędzy i ile poświęci ofiar ludzkich na międzynarodowy antypolonizm?

Cały artykuł Andrzeja Karpińskiego pt. „Św. Maksymilian Maria Kolbe w wydarzeniu Polska pod Krzyżem” znajduje się na s. 8 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Artykuł Andrzeja Karpińskiego pt. „Św. Maksymilian Maria Kolbe w wydarzeniu Polska pod Krzyżem” na s. 8 listopadowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Improwizacja jest sposobem na uwolnienie się od przewidzianych sytuacji.” z Tomaszem Żyrmontem rozmawia Sławek Orwat

Granie w zespole pozawala uwolnić się od wszelkiej życiowej rutyny, a nieprzewidziane dialogi pomiędzy instrumentami mogą tworzyć sensowną lub też totalnie abstrakcyjną konwersację.

W wywiadzie, jaki udzieliłeś mi w lipcu 2013 roku dla warszawskiego JazzPressu powiedziałeś, że muzyka jest dla Ciebie sposobem wyrażania siebie i swoich emocji, a także formą kontaktu z ludźmi. Jednocześnie przyznałeś się również wtedy, że gdzieś w Tobie ciągle tkwi potrzeba odkrywania nowych przestrzeni. Czy pod szyldem fusion można jeszcze dziś odnaleźć nowe zakamarki muzycznej wyobraźni, czy też, aby ten efekt uzyskać, należy powoli sięgać do innych gatunków?

 

Od naszego wywiadu minęło faktycznie już 7 lat, a ta potrzeba, o której rozmawialiśmy oraz przestrzeń, jak to już na nią przystało, są chyba nieskończone. Podobnie jest z muzyką, którą można będzie zapewne eksplorować bardzo długo, a może nawet bez końca. W zakresie: harmonii, rytmu, nowych brzmień, ekspresji jest nadal mnóstwo możliwości. Improwizacja natomiast sprawia, że wszystko to jest tym bardziej niepowtarzalne. Fuzja stylów, bez wątpienia, pozwala na wyszukiwanie ciekawych wariantów, zakamarków i na jeszcze większą ekspansję wyobraźni.

 

W 2016 roku podczas rozmowy z Wojciechem Waglewskim stwierdziłem, że odkąd w muzyce progresywnej fusion zostało zastąpione art rockiem, to duch Mahavishnu Orchestra jakby opadł, na co Wojciech Waglewski odparł: „No tak, tylko że fusion wypuściło z siebie też bardzo dużo złych rzeczy i czas to potem zweryfikował. Mahavishnu była rewelacją, pierwsze płyty Milesa były świetne, ale potem już nie wszystko było tak udane. We fusion jest coś takiego, co zawsze mi przeszkadzało i do tej pory mi przeszkadza. Jest to muzyka, która z jednej strony zabija spontan i nieprzewidywalność muzyki rockowej, a z drugiej zabija finezję jazzu i dlatego nie zawsze mi się to połączenie podobało i dlatego wolę raczej muzykę mocno transową.” Jak skomentujesz tę opinię?

W każdym poszukiwaniu, rozwijaniu stylu gry, znajdzie się coś twórczego, pięknego, a czasem nieudanego lub przesadzonego. Przywołałeś tutaj wyjątkowe nazwiska i gwiazdy, więc ciężko tę opinię podważać, choć nie do końca się z nią zgadzam. Lepiej więc pozostawić ostateczną opinię krytykom muzycznym. Uważam, że wszystko w dobrym wydaniu nie umniejsza niczego pierwowzorom, lecz jest nową interpretacją, świeżym spojrzeniem na muzykę. Przykładem tego jest naprawdę wiele wyjątkowych i niezwykle finezyjnych fusionowych projektów. Z drugiej jednak strony niemożliwością chyba jest stworzenie czegoś bardziej lotnego, charakterystycznego od takich gwiazd, czy wręcz prekursorów pewnych gatunków.

Komponowanie – jak sam twierdzisz – pozwala utrwalić Ci jakąś myśl, wewnętrzny stan, etap w życiu, stworzyć inny kształt. Czy ostatnie lata to u Ciebie bardziej ilość czy jakość kompozycji, a może jedno i drugie? Czy po tylu latach komponowania można popaść w pułapkę przewidywalności i rutyny, czy przeciwnie – doświadczenie w tej dziedzinie pomaga w samodoskonaleniu?

Nigdy nie zadawałem sobie takiego pytania, gdyż aż tak bardzo wnikliwie nie analizuję swojej twórczości. Moje kompozycje powstają zazwyczaj bardzo spontanicznie. Często wracam do pomysłu, fragmentu utworu, który rozpocząłem jakiś czas temu. Rzadko to jednak planuję. Najczęściej inspirujący moment lub kontakt z instrumentem wyzwala kompletnie nowe pomysły. Kompozycja odzwierciedla wewnętrzny stan, wywołany zewnętrznymi impulsami i wrażeniami. Można też na nią spojrzeć jak na kształt wypełniający formę lub zbiór muzycznej wiedzy i umiejętności.

Czy improwizacja, która leży przecież u podstaw jazzu, jest najlepszym antidotum na rutynę? Czy spontaniczne popisy solowe oraz nieprzewidziane dialogi pomiędzy instrumentalistami najpełniej pozwalają artyście wyrazić siebie i swoją wrażliwość, czy też istnieją jeszcze inne sposoby na uwolnienie się od utartych schematów?

Tak, improwizacja jest sposobem na uwolnienie się od przewidzianych sytuacji na scenie lub w studio. Podążając za przygotowaną aranżacją utworu, również pozostawia się dużo miejsca na spontaniczność, co również można uznać za antidotum na rutynę. W moim zespole każdy muzyk grając współtworzy całość i ma dużo wolności. Ale jest to przecież również improwizacja. Granie w zespole na pewno pozawala uwolnić się od wszelkiej życiowej rutyny. Faktycznie nieprzewidziane dialogi pomiędzy instrumentami mogą tworzyć sensowną lub też totalnie abstrakcyjną konwersację.

Londyn okazał się dla ciebie miastem bardzo otwartym, ale także i wymagającym. Po zakończeniu studiów muzycznych, podjąłeś decyzję, że przez jakiś czas tam zostaniesz i spróbujesz znaleźć swoje miejsce.  Jak po latach oceniasz swoją decyzję?

Wyjazd do Londynu był świetną decyzją. Jestem tutaj spełniony na płaszczyźnie muzycznej, jak również prywatnej. Jest to oczywiście wielka metropolia, która żyje swoim szybki tempem. Bywa bardzo wymagająca, mecząca, ale wypady poza miasto, czy podróże pozwalają odetchnąć. Realizowanie swoich innych hobby i wolny czas dla siebie pozwalają to wszystko dobrze zbalansować. Na dłuższych urlopach, szybko jednak tęsknię za adrenaliną życia tutaj oraz czekającymi możliwościami. Jest to miejsce, gdzie mogą połączyć się wszystkie drogi lub rozpocząć start w dowolnym kierunku.

Guildhall School of Music and Drama mieszcząca się w londyńskim Barbican Art Centre – jak sam kiedyś przyznałeś – pomogła Ci w dużym stopniu rozwinąć warsztat, a międzynarodowy klimat tej instytucji pomógł ci się otworzyć na nowe drogi artystyczne i wymienić doświadczeniami ze studentami z wielu krajów.  W jakim stopniu te doświadczenia pomogły Ci podczas powoływania do życia międzynarodowej formacji Groove Razors?

 

Niezły skok do przeszłości, gdyż było to już dwanaście lat temu. Studia w Guildhall School Of Music and Drama były uzupełnieniem mojego licencjatu z fortepianu jazzowego, który zrobiłem w Polsce na Akademii Muzycznej w Katowicach. Był to czas pracy nad umiejętnościami, nowym ciekawym repertuarem, a także czas integracji z fantastycznymi i bardzo zdolnymi artystami z całego świata. Jeden z utworów, który musiałem przygotować na zajęcia idealnie wkomponował się w materiał powstającego właśnie w tamtym czasie Groove Razors. Jak pamiętam za band wziąłem się mocno dopiero po zakończeniu programu studiów w Guildhall i ciężko mi uwierzyć, że minęła już ponad dekada od tamtej pory.

Groove Razors zaistniał w roku 2009 z inicjatywy twojej i Laurie Lowe’a.  Kim jest ten gentleman i jakie okoliczności skłoniły Was do takiego czynu?

Laurie jest świetnym i rozchwytywanym w Londynie perkusistą, a także bardzo ciekawym, zabawnym i opanowanym gościem. Jest zawsze mocno skoncentrowany na tym, co robi. Widzimy się często, nie tylko przy instrumentach na scenie. To chyba lekkość współpracy i fascynacja jazzem zmotywowały nas do założenia bandu. Gdy przedstawiłem Lauriemu moje kompozycje od razu z dużym wyczuciem wiedział, co grać.

W składzie Groove Razors w roku 2013 – kiedy rozmawialiśmy po raz pierwszy – grali: Alan Short – saksofon, Luca Boscagin – gitara, Lorenzo Bassignani – bass, Laurie Lowe – perkusja i Tomasz Żyrmont – klawisze. Często też zapraszaliście gości do współpracy na scenie i w studio. Byli to m.in.: Alex Hutchings, Francesco Mendolia, Adam Bałdych, Rick James, Dean Mongerio, Andrea Marongiu i Jono McNeil. Jak skład Twojej formacji prezentuje się dziś?

W ubiegłym roku świętowaliśmy dziesiątą rocznicę założenia zespołu. Z tej okazji przygotowaliśmy plakat i zapisaliśmy wszystkich, którzy z nami współpracowali. Lista muzyków okazała się zaskakująco długa. Wszyscy z nich należą do grupy rozpoznawalnych instrumentalistów na londyńskiej scenie muzycznej i musicalowej. Niektórzy z nich koncertują z gwiazdami nie tylko w UK, a inni odnoszą duże sukcesy solowe lub grając w różnorakich projektach. Od samego początku w składzie gra perkusista Laurie Lowe, saksofonista Alan Short, od kilku lat regularnie w składzie jest też gitarzysta Nik Svarc, który dojeżdża do nas z Leeds. Zmiennie na basie grają Kevin Glasgow i Chris Webb. W ubiegłym roku nawiązaliśmy również współpracę z perkusjonistą Matt Hodge. Natomiast skład, o którym wspomniałeś w pytaniu, to line up z czasów nagrania pierwszej naszej płyty.

Wasza muzyka porównywana jest w Polsce do brzmienia popularnego nad Wisłą zespołu String Connection. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem? Jacy Polscy muzycy wpłynęli mocno na Twoją twórczość? A może były to jedynie gwiazdy sceny amerykańskiej? 

 

Miło jest słyszeć, gdy jest się porównywanym do takich zespołów z naprawdę wyborowym składem. Dalsze szczegóły już lepiej pozostawić krytykom muzycznym. Polscy jazzmani niewątpliwie należą do czołówki na świecie. Na mnie wpłynęli mocno pianiści Wojciech Niedziela, Leszek Możdżer, Zbigniew Jakubek. Zespół Groove Razors i nasza muzyka bez wątpienia nawiązują do twórczości wybitnych muzyków z USA, takich jak Herbie Hancock, czy zespoł Yellowjackets. Każdy członek zespołu ma też swoich własnych muzycznych guru i inspiracje, co też oczywiście momentami może być słyszalne. Wśród gigantów fusion, którzy inspirują muzyków Groove Razors na pewno zaliczyć można też: Scotta Hendersona, Denisa Chambersa lub Michaela Breckera. Oczywiście sztuka nie polega na ich kopiowaniu. Każdy z członków mojego zespołu wnosi swoje emocje, finezję, więc każde najmniejsze porównanie do jakichkolwiek wybitnych muzyków z Polski lub amerykańskich legend jazzu zawsze uznajemy za komplement.

Wasz niedawno wydany album Spacetime  to zarazem druga płyta w waszym dorobku po debiutanckim krążku z roku 2010. Czym różnią się te dwa wydawnictwa i czy – idąc tym tokiem myślenia – następnego wydawnictwa można spodziewać się dopiero w 2030?

 

Pomimo szybko pędzącego czasu nadal czuję się młodym muzykiem i życzyłbym sobie, aby do 2030 powstało co najmniej kilka dobrych moich albumów, nie tylko Groove Razors, ale także różnych innych projektów. Skomponowałem już kilka kolejnych utworów, więc mam nadzieję, że wkrótce je zarejestruję. Jestem autorem wszystkich kompozycji na obu płytach Groove Razors. Oczywiście albumy różnią się koncepcją, brzmieniami, instrumentarium, czy też udziałem innych muzyków. Na pewno po wielu latach działalności, koncertowania, muzycznego doświadczenia gramy wszyscy dojrzalej, więc cały band też brzmi inaczej. Płyta Spacetime tworzy pewną historię, przekaz, mówi wiele o tym, co nas przenika. Space – jako harmonia, kompozycja, Time – jako rytm, ekspresja. To taki nasz uporządkowany chaos, pełen improwizacji, emocji i groovu

Podczas naszego spotkania w roku 2013 wyrażaliśmy ogromne nadzieje, że zbliżający się wówczas wasz pierwszy udział w London Jazz Festival może być da was „przepustką” do innych renomowanych imprez…

Tak, usłyszało o nas wówczas szersze grono odbiorców i promotorów muzycznych. Od tamtego wydarzenia wzięliśmy udział w wielu ciekawych imprezach w UK. Do najważniejszych zaliczam koncerty promowane przez firmę Yamaha.

 

Twoje życie sceniczne to nie tylko Groove Razors. To także znakomite Trio w składzie Tomasz Żyrmont – piano, Flavio Li Vigni – perkusja i Kuba Cywiński – kontrabas.  Byliście jedną z największych atrakcji, które miałem okazję podziwiać w roku 2014 podczas uroczystości 50-lecia londyńskiego POSK, a brawurowe wykony tematów: „Polskie drogi” Andrzeja Kurylewicza oraz „Sleep Safe and Warm” Krzysztofa Komedy z kultowego obrazu Romana Polańskiego „Dziecko Rosemary” oczarowały widzów. Jak często występujecie w tym składzie?

Faktycznie była to pamiętna impreza. Trio jest moim drugim projektem autorskim. W poprzednich latach koncertowaliśmy znacznie częściej. Ten piękny repertuar, który przywołałeś, miał związek z okolicznościami koncertów, takimi właśnie jak wydarzenie w POSKu, koncert w Ambasadzie Polskiej, a także udział w międzynarodowym festiwalu w 2018 roku, gdy jako gość specjalny reprezentowaliśmy Polskę w ramach edycji Meets Poland na South Social Film Festival. Stąd wówczas polska tematyka. W repertuarze trio znajdują się także moje autorskie kompozycje jak również standardy jazzowe.

W naszym pierwszym wywiadzie sprzed 7 lat powiedziałeś następujące słowa: „Chciałbym kiedyś napisać muzykę do filmu lub spektaklu teatralnego, a także zagrać moją muzykę w różnych odległych częściach świata. Staram się otwierać na nowe muzyczne i życiowe wyzwania. Bardzo ważny jest balans i właściwy kierunek. Najważniejsze, aby realizując swoje muzyczne marzenia mieć nadal szerokie spojrzenie na życie”. Które z powyższych marzeń już zrealizowałaś? 

Pogląd na muzykę i marzenia nie zmieniły się i są nadal aktualne. Jeśli chodzi o muzykę filmową, to napisałem kilka kompozycji w takim kinematograficznym założeniu. Ktoś kiedyś powiedział mi, że jeden utwór super wpasowałby się w jakiś trzymający w napięciu amerykański kryminał. Niestety nie udało mi się trafić dotychczas to żadnej produkcji filmowej. Póki co spróbowałem raz swoich sił w muzyce do reklamy. Spełniłem już marzenia występu w USA, ale nadal marzy mi się bardzo koncert w Azji. Ostatnio odnotowaliśmy sporo nowych słuchaczy z Tajlandii, Chin i Japonii. Działa tam magia Londynu, wiec istnieje szansa na to, że spełnię to marzenie.

Jakie inne sukcesy odnotowałeś w ciągu ostatnich lat w Londynie?

Wielkim osiągnięciem dla mnie był mój występ przed światowej sławy pianistką Hiromi, koncert solowy Yamaha Silent Series, występ w Parlamencie Brytyjskim, wydanie płyty oraz koncert Groove Razors w Polsce w ubiegłym roku. Czuję się zawsze bardzo wyróżniony, gdy promuje mnie lub mój zespół Polski Instytut Kultury w Londynie. Duże zaangażowanie jako edukator jazz piano i rozwój swojej działalności Zyrmont Music, także sprawiają, że jestem tutaj spełniony.

Jak prezentuje się obecnie polskie środowisko jazzowe w Londynie? Czy od czasu mojego opuszczenia Wysp Brytyjskich dużo się zmieniło, czy też nadal można tam spotkać takie nazwiska jak Krzysztof Urbański, Monika Lidke, Dominika Zachman, Maciek Pysz, Leszek Kulaszewicz, Tomasz Bura, Agata Kubiak, Alice Zawadzki, Sabio Janiak czy Kuba Cywiński?

Londyn jest miastem pełnym zdolnej Polonii w tym naprawdę wielu artystów. Niektórzy z nich przeprowadzili się do innych krajów, a w międzyczasie pojawili się też nowi muzycy. Bardzo dobrze wspominam występ z saksofonistą Krzysztofem Urbańskim w znanym londyńskim Piano Bar na Soho. Było to naprawdę super granie w duecie. Z wieloma muzykami zdarza nam się spotkać na różnych koncertach lub w ramach jakiś imprez jak zaduszki, koncert kolęd, itp. Zawsze jest bardzo miło słyszeć o sukcesach, udanych koncertach i nowych płytach wszystkich Polaków mieszkających na Wyspie. Zdarzyło mi się też zapraszać muzyków na koncert w Londynie, którzy dotarli na giga bezpośrednio z Polski. Czasami też muzycy, kontaktują się ze mną pytając o możliwości, muzyczną scenę lub gdy potrzebują pianisty do akompaniowania.

 

Jesteś zdeklarowanym fanem klubów jazzowych. Gdzie najbardziej lubisz występować, a gdzie chciałbyś pokazać się po raz pierwszy? Jazz Club “Pod Filarami” w Gorzowie Wielkopolskim to twoja wczesna młodość i miejsce, w którym muzycznie wzrastałeś. Czy to także w jego murach poznałeś swoją towarzyszkę życia? 

 

Najprzyjemniej jest grać w miejscach, gdzie publiczność jest mocno osłuchana, z którą można nawiązać bliski kontakt. Samo miejsce, liczba słuchaczy nie jest tak istotna jak właśnie ich reakcje, interakcje i zbudowana wspólnie atmosfera. Oczywiście bardzo ważna jest akustyka klubu, dobry fortepian na miejscu oraz gościnność. Tak, jako Gorzowianin miałem ten przywilej, aby dorastać w środowisku wielu fantastycznych lokalnych muzyków, jak również gwiazd światowego formatu, które koncertowały w jazz klubie Pod Filarami. Fenomenem jest też Mała Akademi Jazzu, którą niejednemu młodemu człowiekowi otworzyła oczy na jazz. Szef klubu Bogusław Dziekański przywitał Groove Razors w ubiegłym roku naprawdę mistrzowsko. Moja partnerka Jagoda miała okazję właśnie wtedy usłyszeć mnie z zespołem po raz pierwszy.

 

Jak radzisz sobie jako artysta w czasie pandemii?

 

Noszę maseczkę kiedy trzeba, a słuchawki noszę ze sobą cały czas. A tak na poważnie, to w całym tym bałaganie postanowiłem znaleźć plusy i zachować dystans nie tylko socjalny, ale także do tego, na co nie mam wpływu, pamiętając że z chaosu często powstają fascynujące rzeczy. Na szczęście kryzys nie dotknął w Londynie edukacji muzycznej. Od wielu lat udzielam się także jako nauczyciel jazz piano. Na pewnym etapie wszystkie zajęcia z fortepianu prowadziłem po prostu online.

 

Jak często koncertujesz w Polsce i w jakim składzie?

W ubiegłym roku zagrałem solowy recital na fortepianie w gorzowskim teatrze, a rok wcześniej mieliśmy naprawdę udany wypad i koncert Groove Razors w Jazz Clubie Pod Filarami, o którym już wcześniej wspominałem. Liczę na to, że uda mi się w przyszłym roku pojawić ponownie  w Polsce z zespołem promując płytę Spacetime.

 

Jakie są Twoje plany na najbliższe miesiące? Czy wchodzi w grę powrót do Gorzowa, czy też tak bardzo już się zakorzeniłeś w Londynie, ze będzie ci trudno zostawić dorobek kilkunastu lat życia?

 

Londyn i Gorzów, poza Szczecinem, w którym mieszkałem 5 lat to miasta mojego życia. Brytyjska stolica zapewne przez jeszcze długi czas będzie moją bazą. Czuję się tutaj dobrze.  Nie planuję więc większych zmian, ale także niczego nie wykluczam. W pewnym sensie Londyn jest oknem na świat. Najważniejsze jest jednak, aby zawsze widok inspirował i cieszył, i żeby do wnętrza wpadało dużo światła. Wtedy wszystko będzie jasne.

Lisicki: Porozumienie unijne to mimo wszystko porażka. Konkluzje szczytu nie są prawnie wiążące

Redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” o porażce Polski w Brukseli, zagrożeniu, jakie stwarza nowy mechanizm i Nowym Zielonym Ładzie, a także o oparach absurdu Strajku Kobiet i mediach PKN Orlen.

Skłaniam się ku tezie, że jednak mimo wszystko to była porażka.

Paweł Lisicki komentuje zawarcie porozumienia na szczycie unijnych ws. mechanizmu praworządności. Wskazuje, iż mechanizm ten stanowi ograniczenie suwerenności państw członkowskich. Żałuje, że Polska nie użyła weta. Zauważa, że przyjęte konkluzje są wyrazem woli politycznej negocjatorów.

Dobrze, że takie konkluzje są, tylko wbrew temu , co mówi premier nie są one prawnie wiążące.

Redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” wskazuje na stwierdzenie ministra Konrada Szymańskiego, który zapowiedział zaskarżenie rozporządzenia Komisji Europejskiej do Trybunału Spraiwdliwości UE. Jeśli zaś  Polska zamierza rozporządzenia zaskarżyć to oznacza, że jednak nie ufamy, iż konkluzje rozwiązują problem.

Polityka wymusza na nas obronę naszych interesów.

[related id=80632 side=right] Odpowiedzialność za wynegocjowane porozumienie wziął na siebie prezes PiS. Lisicki przypomina, że wybór Ursuli von der Leyen miał być wielkim sukcesem Polski. Głośno mówiono o tym w lipcu 2019 r. Po upływie roku zaś, jak mówi, widzimy, że jest to nieprawda.

Pod wpływem ideologii zielonego ładu czystego powietrza Unia Europejska przyśpiesza z ogłaszaniem nowych reform.

Dziennikarz wskazuje, że nasz kraj chce się zmusić do rezygnacji z węgla. Ocenia, że Polska mogłaby się bardziej opierać unijnym propozycjom w tym względzie. Zachodni politycy muszą pokazać swoim wyborcom, że robią coś dla klimatu. Dodaje, iż zgodnie z jednym artykułów, największym źródłem metanu w atmosferze są krowy. Żartuje, że w dalszej kolejności unijne regulacje uderzą w polskie krowy.

Gościa Poranka Wnet uderzyła  próba powiązania demonstracji Strajku Kobiet z rocznicą stanu wojennego. Cieszy się, iż liczba protestujących spada. O porównaniu rządów Zjednoczonej Prawicy do dyktatury gen. Jaruzelskiego mówi:

To jest smutny przykład tego, co robi ludziom zbyt długie trwanie w oparach absurdu.

Przypomina, jak wybrał się do Norwegii. Tam zauważył z przerażeniem, że grupa norweskich studentów była radykalnymi komunistami. Sądzili oni, że żyją w Norwegii w opresyjnym reżimie, a lepiej żyje się w Związku Radzieckim i Chinach. Ocenia, że obecnie podobny poziom szaleństw panuje obecnie w Polsce.

Co publicysta sądzi o zakupie grupy medialnej przez PKN Orlen? Dobra strona jest taka, że Polska Press jest w rękach polskiej firmy. Minusem jest to, że jest to spółka Skarbu Państwa. Wyraża nadzieję, iż nowy właściciel nie będzie narzucał gazetom swojej linii politycznej.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

 

Nie jesteśmy zainteresowani, aby kapitał (zwłaszcza obcy) kształtował według swojego widzimisię nasz porządek kulturowy

Możemy stać się liderem w skali globalnej wielkiego ruchu na rzecz restauracji europejskiego ładu cywilizacyjnego. Pod względem integralności naszego kodu kulturowego jesteśmy bowiem krajem unikalnym.

Bogdan Miedziński

Zaledwie 30 lat temu Polska z trudem zaczęła odbudowywać swoją utraconą przed półwieczem suwerenność, a już dziś grozi nam jej ponowna utrata. Tym razem zagrożenie pochodzi z zachodniej strony barykady. (…) Obraz w pełni zintegrowanej Unii Europejskiej – można by ją nazwać Europą Federalną – pozwala bez trudu stwierdzić, że skutki obudzenia się Polaków pewnego dnia w takim państwie byłyby niewesołe. Wykraczałyby one daleko poza materialną sferę życia. Czekałoby nas bowiem nie tylko nieuchronne unieważnienie zdobyczy socjalnych Dobrej Zmiany – dokonywane pod hasłem dekarbonizacji, harmonizowania podatków i walki z rzekomo prowadzonym przez nasz kraj dumpingiem socjalnym (przy pomocy podstępnego wykorzystywania niskich kosztów pracy – sic!) o czym szerzej pisałem w marcowym „Kurierze WNET”).

Włączenie Polski w plan sfederalizowania Europy naruszałoby także fundamenty tożsamościowe, na których polska wspólnota narodowa została ukształtowana.

Status półkolonii, przypisany naszemu krajowi w wyniku transformacji przebiegającej pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego, utrwalony przyjętymi niefrasobliwie bezlitosnymi warunkami akcesji do UE i przypieczętowany nowelizacją traktatu w Lizbonie, po zakończeniu kolejnej, planowanej fazy integracji, stałby się nieodwołalny.

Nawet Polexit, ostatnią deskę ratunku, musielibyśmy wybić sobie z głowy. Wystarczy zauważyć, jak trudno jest potężnej Wielkiej Brytanii wyzwolić się z uwikłań unijnych obecnie. (…)

Główną siłę po stronie prowadzących agresję imperialną przeciwko Polsce stanowi potężny sojusz wielkiego kapitału, najbardziej wpływowych państw członkowskich Unii Europejskiej oraz neomarksistowskiej lewicy. (Imperiami są dziś nie tylko państwa. Należą do nich także transnarodowe korporacje. Roczne przychody największych z nich zbliżają się do wartości rocznego PKB Polski, a ich sprawność operacyjna o niebo przekracza sprawność operacyjną państwa średniej wielkości, takiego np. jak nasze). Egzekutywą, prowadzącą zarazem koordynację operacyjną działań tych sił, jest Komisja Europejska, natomiast ich zaplecze ideowo-polityczne stanowi Parlament Europejski.

Na arenie krajowej siły imperialne wspierane są mniej lub bardziej otwarcie, czasem nie do końca świadomie, przez pokaźną warstwę euroentuzjastów, rzec można, patriotów kochających Polskę inaczej.

Wśród nich grupę wiodącą stanowi bez wątpienia AntyPiS, czyli ci, dla których euroentuzjazm jest wehikułem, mającym dowieźć ich do przejęcia w Polsce władzy. Bezkrytyczne przyjmują oni wszelkie płynące ze strony Brukseli dyrektywy i uznają, że wszystko to, co dobre według Komisji Europejskiej, jest dobre dla Polaków. Są oni zagorzałymi zwolennikami hasła: „Im więcej integracji europejskiej, tym lepiej”. Zarazem z lubością przypisują państwom narodowym (w szczególności państwu polskiemu) wszelkie zło tego świata – faszyzm, nacjonalizm i ksenofobię. W ten sposób legitymizują oni w istocie prowadzoną przez instytucje unijne ofensywę imperialną, tworząc w debacie publicznej wolną przestrzeń dla percepcji tych działań. Oprócz opozycji politycznej, ważną rolę opiniotwórczą w środowisku euroentuzjastów odgrywają przedstawiciele środowisk artystycznych, wolnych zawodów, środowisk naukowych i biznesu. W warstwie tej odnaleźć można także kompradorów z czasów pozostawania Polski w sowieckiej strefie wpływów.

Motywacje euroentuzjastów są różne. Część tego środowiska działa z pobudek lewicowo-liberalnych, część jest profitentami ładu biznesowego i administracyjnego panującego w III Rzeczpospolitej, będącego właśnie w znaczącej części produktem akcesji Polski do UE. Dla niemałej grupy euroentuzjastów magnesem jest uzależnienie ich działalności zawodowej od dotacji unijnych.

Euroentuzjaści nie wspierają działań imperialnych bezpośrednio. Robią to w sposób zniuansowany. Często wsparcie to ma postać demonstrowania zachowań indyferentnych w stosunku do standardów właściwych dla postaw charakteryzujących się wrażliwością na wartości narodowe. Przykładem takiej demonstracji może być publiczna deklaracja znanego polskiego aktora, że za granicą wstydzi się na ulicy rozmawiać po polsku, albo oświadczenie popularnej pisarki lub byłego prominentnego polityka, że wyjeżdża z kraju, bo nie może znieść panującego w nim reżimu.

Oczywiście w debacie krajowej euroentuzjaści jak ognia unikają popierania wprost koncepcji federalizacji UE. Wiedzą bowiem doskonale, że w taki sposób władzy w Polsce nie zdobędą. Dlatego mówią jedynie na okrągło to samo – że integracja, że łatwiej analizować i koordynować, że szybsze decyzje…

Po co koordynować i w jakich sprawach decyzje podejmować – nieważne, zostawmy to na później. Stosują oni tę samą przebiegłą taktykę, która przyświeca wytrawnym lewicowym progresistom hamującym zapędy radykałów domagających się legalizacji od zaraz prawa adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Perswadują oni: cierpliwości, jeszcze nie pora, na razie mówmy o ułatwieniu życia związkom partnerskim.

Po przeciwnej stronie barykady stoją siły patriotyczne zogniskowane wokół Zjednoczonej Prawicy. Przez kontrast w stosunku do euroentuzjastów można środowisko to określić jako zwolenników Europy ojczyzn. Ich wizja integracji europejskiej to Unia silna potencjałem państw członkowskich, wzmocnionym synergią płynącą z unijnej współpracy. Zbiorowość ta, podobnie jak zbiorowość euroentuzjastów zróżnicowana co do składu, bez wątpienia liczbowo jest od niej znacznie większa.

Zwolenników Europy Ojczyzn różni od euroentuzjastów także to, że wśród nich dominują tzw. zwykli ludzie, tak zwane zaś elity reprezentowane są stosunkowo skromnie.

Zarysowany powyżej podział na zwolenników Europy Ojczyzn i na euroentuzjastów pokrywa się w pewnym stopniu z podziałem politycznym na zwolenników obozu rządzącego i zwolenników opozycji. Wśród tych ostatnich zdystansowaniem od koncepcji pogłębienia integracji UE wyróżniają się zwolennicy Konfederacji, zajmujący pozycje zdecydowanie eurosceptyczne. W pozostałych środowiskach opozycyjnych zwolennicy Europy Ojczyzn stanowią stosunkowo niewielką i mało wyrazistą ich część. Wsparcie krajowego obozu zwolenników Europy Ojczyzn ze strony zagranicy jest rozproszone i umiarkowane, oględnie mówiąc. Wyraźnie jest ono artykułowane ze strony Węgier. W ramach UE Polska może liczyć na dyskretne i delikatne wsparcie w szczegółowych sprawach części członków Rady Europejskiej, składającej się z szefów rządów krajów członkowskich.

Obóz dzisiaj sprawujący władzę w Polsce problem suwerenności traktuje z powagą. Ale nie zawsze tak było. Wystarczy wspomnieć tempo rozszerzania władztwa unijnego nad krajami członkowskimi w latach 2007–2015, kiedy to proces ten postępował bez żadnych oporów (przykładem są decyzje w sprawie relokacji imigrantów). Wówczas wystarczało wręczenie szefowi rządu dyplomu uznania i poklepanie członków jego świty po ramieniu (róbta, róbta, nie bójta sie).

Jako zwieńczenie procesu integracji z Unią planowano przystąpienie Polski do strefy euro, które miało zaklinować nasz kraj w UE na wieki. Plany te zostały pokrzyżowane najpierw przez kryzys finansowy 2008 roku, a potem przez dojście do władzy Zjednoczonej Prawicy w 2015 roku. Oddaliło to na jakiś czas groźbę pełnego zwasalizowania kraju.

W nowej sytuacji politycznej metoda przejmowania władzy imperialnej nad Polską zmieniła się zasadniczo. Podstawowym narzędziem do tego służącym stał się szeroko rozumiany imperatyw praworządności. Dlatego właśnie otwierane są przez Parlament Europejski lub Komisję Europejską coraz to nowe pola konfliktów – o sądy, o LGBT, aborcję, rodzinę, rasizm, imigrantów. W ostatecznym rozrachunku w działaniach tych chodzi zawsze – niezależnie od poruszanych szczegółowych kwestii będących punktem zaczepienia – o realizację celu długofalowego, jakim jest pozbawianie Polski suwerenności w kolejnych sferach życia publicznego. Do tego właśnie potrzebny jest wielkiemu kapitałowi sojusz z lewicą neomarksistowską wyspecjalizowaną w podsycaniu konfliktów i sianiu zamętu. Nie oznacza to oczywiście, że odgrywa ona w tym sojuszu rolę drugorzędną – posiadany przez nią przez potencjał niszczenia ładu publicznego jest tak znaczący, że należy traktować ją jako autonomiczny składnik sił prowadzących ofensywę imperialną przeciwko Polsce. (…)

Dotkliwą słabością potencjału niematerialnego polskiej wspólnoty narodowej jest niedostatek zaplecza intelektualnego uwrażliwionego na wartości patriotyczne i narodowe, obejmującego w pierwszym rzędzie szczebel elit, ale także szerokie kręgi inteligencji.

Ujawniają się tutaj skutki pedagogiki wstydu, aplikowanej czwartemu już pokoleniu Polaków na opanowanych przez progresistów uczelniach. Zjawisko to, narastające powolnie, w ostatnim okresie eksplodowało w sposób równie spektakularny, co bolesny, w postaci głębokiego rozziewu między sformowanymi na tych uczelniach pod względem ideowym i mentalnym „elitami” a „ludem” hic et nunc żyjącym i czującym. Nie ulega jednak wątpliwości, że poczucie tożsamości narodowej, ukształtowane w toku dramatycznego przebiegu dziejów naszego narodu, który odzyskanie utraconej niepodległości okupił morzem krwi, silnie rozwinięte i zakotwiczone w Polakach – pomimo powyżej wzmiankowanych objawów erozji – jest kluczową i nadal silną częścią potencjału służącego obronie suwerenności polskiej wspólnoty narodowej.

Cały artykuł Bogdana Miedzińskiego pt. „Co zrobimy z suwerennością Polski?” znajduje się na s. 10–11 listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Artykuł Bogdana Miedzińskiego pt. „Co zrobimy z suwerennością Polski?” na s. 10–11 listopadowego „Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Ewa Jackowska o Marku Jackowskim: Był po prostu jak anioł. Jedyne kłótnie, jeśli można tak to nazwać, były o dzieci

Pierwsze spotkanie, początek związku, płyta No. 1, przeprowadzka do Włoch, wychowanie dzieci, duma z córki i problemy finansowe. Ewa Jackowska wspomina ś.p. męża w oktawę 74. rocznicy jego narodzin.

Tutaj do wysłuchania cały program „Muzyczny Wtorek” z udziałem Ewy Jackowskiej:

Ewa i Marek Jackowscy. Fot. arch. rodzinne.

 

3 maja 1992 r. Manaam zagrał koncert w Polkowicach. Właśnie wtedy Marek Jackowski, lider grupy Maanam, poznał swoją późniejszą żonę.

Ewa Jackowska zdradziła Tomaszowi Wybranowskiemu, jak trafiła wówczas na próbę zespołu. Maanam powracał wtedy znakomitą płytą „Anioł i derwisz”

Szósty album Maanamu „Derwisz i anioł” to wzorcowy wręcz przykład „albumu za powrót” . Wydany zaledwie dwa lata po „Sie ściemnia” jest tą płytą Maanamu, która dołącza do gigantów płytowych zespołu z lat 80.

Jednym z hitów z albumu było nagranie „Wyjątkowo Zimny Maj”. W Polkowicach publiczność też usłyszała ten song. I jak na ironię

Ten maj był rzeczywiście bardzo zimno i bardzo lało w ten dzień. Poprosiłam kogoś ze znajomych, który stał tam na bramce, żebym po prostu mogła wejść i nie musiała już czekać i marznąć w oczekiwaniu na koncert.

Marek Jackowski poprosił wówczas o numer jej telefonu, ale zadzwonił dopiero po dwóch, może trzech miesiącach. Ewa nie spodziewała się wówczas jego telefonu. A potem zaczęli się ze sobą spotykać i wybuchła wspaniała miłość.

Muzyki nigdy nie słuchaliśmy wspólnie, jeśli chodzi o twórczość Manaamu.

Ewa Jackowska opowiada o płycie „No. 1”, na której jest pięć piosenek poświęconych właśnie jej. Utwór „Nic nie poradzę, że zakochałem się”, który w wersji Marka Jackowskiego jest swobodnym tłumaczeniem piosenki Elvisa Presley z albumu „Blue Hawaii”.

Płyta „No 1” była dedykowana dla mnie. Tak więc tekstów też jestem adresatką. Marek pisał je z myślą o mnie.

Ewa, wdowa po Marku Jackowskim, opowiadała w „Muzycznym Wtorku WNET” o przeprowadzce z Zakopanego do Włoch. W końcu stwierdzili, że czas poszukać wspólnie cieplejszych klimatów niż okolice powiatu tatrzańskiego.

Zakopane nie jest takie piękne i ma swój urok. Jest może fajne na chwilę, ale mieszkanie tam na dłużej jest naprawdę uciążliwe.

Szczęśliwi, zakochani i spełnieni – Ewa i Marek Jackowski. Fot. Bianka Jackowska.

 

Zamieszkali na południu Włoch, niedaleko Neapolu wmiejcowości San Marco. Ewa Jackowska zdradziła, że Marek po powrotach z tras koncertowych i pracy w studiach nagraniowych, starał się trzem pięknym córkom zrekompensować swoją nieobecność.

W rezultacie – jak twierdzi Ewa Jackowska, ojciec Marek zbytnio „popuszczał” dzieciom tym samym „sabotując” jej wysiłki wychowawcze jako matki.

Jedyne kłótnie do których dochodziło z Markiem, jeśli można w ogóle je tak nazywać, były o dzieci. Marek był cudownym, spokojnym i bardzo ciepłym człowiekiem. Był oazą spokoju i dobra. Przy czym zastrzegam, że nie byłam, i nie jestem surową matką. Wręcz przeciwnie. – powiedziała Ewa Jackowska.

Rozmówczyni Tomasza Wybranowskiego opowiada także o dumie ze swojej i Marka córki Bianki. Słyszała wielokrotnie jej wykonania zarówno utworów Manaamu, jak i innych. Dodaje, iż

Marek był bardzo z niej dumny.

Obecnie Bianka Jackowska robi doktorat w Belfaście z zakresu medycyny i chemii. Obok zainteresowań naukowych córka lidera Manaam wciąż kultywuje w sobie pasję muzyczną. Jej ojciec wielokrotnie próbował bez powodzenia nauczyć ją gry na gitarze, jednak bez powodzenia. Okazało się jednak, że samej Biance udało się jej z czasem nauczyć się gry na własną rękę.

Wdowa po Marku Jackowskim opowiada o trudnej sytuacji w jakiej się znalazła po śmierci męża. Umierając nagle w maju 2013 r., zostawił jąi córki z obciążonym kredytem domem w Italii.

Zostałam z potężnym kredytem, bez środków do życia. Zaoblokowane zostały konta a ja na obczyźnie z trójką nieletnich dzieci. Ale pomogli prawdziwi przyjaciele.

Ewa Jackowska podkreśla, że kwestie spadkowe i testamentowe nie mogą być kwestiami tabu między ludźmi, którzy się kochają i tworzą rodzinę.

O pewnych rzeczach powinno się po prostu rozmawiać.

Posłuchaj całej rozmowy już teraz!

A.P.

Instalacja „postępu” trwa. Ile trzeba czasu, zanim – jeśli w ogóle – nasza cywilizacja zachodnia znowu stanie na nogach?

Implantowany z Zachodu dyktat perfekcyjnej politycznej poprawności się rozrasta, upokarza rozum, niszczy język, degraduje maniery, oswaja i banalizuje kłamstwo. Słowem: dewastuje normalny świat.

Herbert Kopiec

Warto i trzeba czytać gazety. Dlaczego? Ano, gdybym nie zajrzał do „Gazety Warszawskiej” (nr 42/2020), mógłbym nie wiedzieć, że w Katowicach dyrektor Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego zaproponował, aby zmienić patrona tej placówki na Kazimierza Kutza.

Okazją do złożenia tej szokującej (dla tradycyjnego hanysa – sic!) propozycji była debata, jaka odbyła się 5 października br. w katowickim kinie Rialto, zatytułowana Kazimierz Kutz a Śląsk – co dalej?. „Może należałoby spojrzeć na Teatr Śląski i zmienić jego patrona? Zamienić Wyspiańskiego na Kutza? CZEMU NIE?” – powiedział dyrektor Teatru, Robert Talarczyk. Myślę sobie, że taki pomysł mógł się zrodzić tylko w głowie tęgiego liberała. Choć – póki co – nadzieje na jego realizację są niewielkie. W pełni podzielam pogląd, że mamy tu raczej do czynienia z sondowaniem, jak daleko można się posunąć w promowaniu ludzi, którzy pluli na Polskę. (…)

Przyjrzyjmy się zatem dziś bliżej owym dewastatorom. Zwłaszcza że z pychą obiecują (i rzekomo wiedzą), jak stworzyć raj na ziemi. Pod tym względem liberałowie jako żywo przypominają wykładowców marksizmu polskich uniwersytetów, o losach których ślad jakoś zaginął. Dziwne to – wszak nie jest tajemnicą, że na wszystkich uniwersytetach w PRL-u były katedry marksizmu. A jeśli tak, to gdzie się podziali marksiści? Ani chybi znajdziemy ich pośród współczesnych liberałów. Niczego dobrego to nie wróży, jeśli zważyć, że zawołaniem bojowym liberałów – jak słusznie zauważa francuski filozof Alain Finkielkraut – jest nonszalancko przecież brzmiące: czemu nie?!

„Pogardzać bogactwem przeszłości w imię tego, co dopiero nastąpi, w imię nowych tradycji i konwencji? Czemu nie? Wszyscy jak jeden mąż wychwalamy bezgraniczne i ciągłe zmiany, idąc za przykładem techniki i nauk społecznych. Nikogo i niczego nie mamy już zamiaru bronić. A jeżeli rodzina monogamiczna przy okazji przepadnie? Spróbujmy, co nam szkodzi… Czemu nie!”

(Wartość wspólnej pamięci, rozmowa z A. Finkielkrautem, „Życie”, 20.12.1999).

Z tego właśnie powodu Patrick J. Buchanan, autor światowego bestsellera Śmierć Zachodu (Wektory, Wrocław 2005) twierdzi, że Zachód umiera i ma na myśli cywilizację ukształtowaną przez chrześcijaństwo – tak prawosławne, jak katolickie oraz protestanckie – i kulturowe dziedzictwo greckie i łacińskie. Umiera dlatego, że milcząca większość Europejczyków w imię dobrobytu i spokoju socjalnego dała sobie narzucić światopogląd nie pasujący do tradycji kulturalnej, religijnej i obyczajowej kontynentu. Książka, reklamowana jako prekursorska i odkrywcza, wcale taka nie jest. Prawie sto lat temu Oswald Spengler opublikował Upadek Zachodu, treściowo analogiczny. Podobnie Samuel P. Huntington, w Zderzeniu cywilizacji rozpatrujący nieuchronność napięć między cywilizacjami, ma swego prekursora w Polaku Feliksie Konecznym, którego kilka prac (zwłaszcza O wielości cywilizacyj z roku 1935) głosiło podobną tezę.

Autor Śmierci Zachodu pisze o tym, co dzieje się, kiedy człowiek, a nie Bóg stał się miarą wszechrzeczy i kiedy nie warto o nic walczyć, niczego zdobywać i niczego bronić, bo można narazić się na nieprzyjemności, miast pławić się w luksusie, na co przecież z definicji rzekomo zasługuje. Stąd moda na „pluszowe chrześcijaństwo”, w ramach którego Ewangelia pozbawiona jest wymagań sprzecznych z tym, czego chce od człowieka współczesny, coraz bardziej zsekularyzowany i antykatolicki świat. Rozmaitej maści dziennikarze, artyści, eksperci od religii przekonują, że gdyby zrezygnować z nauczania biblijnej moralności, przestać nękać innych opiniami na temat zbrodniczości aborcji, straszyć piekłem czy potępiać akty homoseksualne, to od razu nasze świątynie napełniłyby się wiernymi.

Na taką drogę „upluszowienia chrześcijaństwa” weszło już wiele wyznań. I wbrew opiniom ekspertów od „koniecznych zmian w Kościele, bez których straci on wiernych”, w niczym nie polepszyło to ich sytuacji. Wszystkie one tracą bowiem wiernych, i to w tempie zastraszającym.

Póki co wielką karierę zaczyna robić powiedzenie, że „nikt nie musi być heroiczny”. W praktyce oznacza to, że nikt nie musi być przyzwoity, a nawet normalny w sensie tradycyjnym. I właśnie – pamiętamy – że w czasach kultu łatwości, przyjemności, użycia i „pluszowego chrześcijaństwa” Ojciec Święty Jan Paweł II zwracał uwagę, jak istotną rolę w rozwoju człowieka jako osoby ludzkiej ma do spełnienia trud, poświęcenie i cierpienie. Ludzie poważni nie uciekają przed cierpieniem, jeśli widzą, że jest ono ceną, jaką trzeba zapłacić za ocalenie zasad moralnych i religijnych. Wolą cierpieć, niż złamać zasady, które odsłaniają przed nimi sens życia i cel godnego życia. Okazuje się, że człowiek potrzebuje cierpienia, trudu, aby dojrzeć.

To nie przypadek, że do młodzieży (Westerplatte, 12.06.1987) Jan Paweł II mówił: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali. Wbrew wszystkim mirażom ułatwionego życia. Musicie od siebie wymagać”.

W podobnym duchu wypowiadał się o młodzieży kardynał J. Ratzinger: „Człowiek może dojrzeć i wydawać owoce właśnie dzięki temu, że podporządkuje się jakimś wymaganiom i pozwala przyciąć swe roszczenia. Młodzi ludzie mają poczucie, że zbyt mało się od nich żąda (…) Człowiek wie, gdzieś to w nim tkwi: Muszę się zmierzyć z wymaganiami, muszę formować swą osobowość wedle jakiejś wyższej miary, muszę się nauczyć dawać” („Gość Niedzielny”, 14.05.2006).

Właśnie z tego powodu, że chrześcijaństwo/katolicyzm jest wymagający i uciążliwy, bywa odrzucany jako nie do pogodzenia z wygodą życiową.

Cały artykuł Herberta Kopca pt. W kręgu zawołania bojowego liberałów: Czemu nie?!” znajduje się na s. 5 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 77/2020.

 


  • Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu ograniczeń związanych z pandemią ten numer „Kuriera WNET” można nabyć wyłącznie w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
  • Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.

 

Artykuł Herberta Kopca pt. W kręgu zawołania bojowego liberałów: Czemu nie?!” na s. 5 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 77/2020

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego