Ernest Wagner o lądowaniu łazika Perseverance na Marsie, poszukiwaniu form życia oraz o kolonizacji Czerwonej Planty i problemach jakie by się z nią wiązały.
[related id=135711 side=right] Ernest Wagner komentuje lądowanie na Marsie amerykańskiego łazika Perseverance. Wydarzenie to śledziły w czwartek miliony ludzi. Wyjaśnia, że stałym punktem misja na Marsa jest szukanie życia lub przynajmniej jego śladów.
Wiemy, że woda kiedyś była na Marsie- płynęły rzeki i były oceany.
Nie mamy takiej pewności co do form życia. Nowością jest wyposażenie sondy w urządzenie badające możliwość uzyskania tlenu z atmosfery Marsa, pod kątem możliwości kolonizacji.
Perseverance, czyli „wytrwałość” wziął ze sobą mały helikopter, który będzie testował w warunkach marsjańskich możliwości lotu śmigłowego, co jest bardzo istotne bo jeżeli ten eksperyment się powiedzie to przyszłe misje będą pewnie standardowo już wyposażane też w drony.
Jak wyglądałaby kolonizacja Marsa? Najpierw musiałaby tam polecieć misja załogowa, prawdopodobnie czteroosobowa. Mówi się o możliwości wysłaniu już za pierwszym razem większej liczby osób. Kolejne misje będą coraz bardziej liczna, a w dalszej kolejności podróże na Marsa staną się otwarte dla biznesu i prywatnych podróży.
Ale to mówimy o trochę dalszej przyszłości i czynimy tutaj dosyć sporo założeń.
Jak wyjaśnia ekspert ds. automatyzacji i sztucznej inteligencji, wciąż wielu rzeczy nie wiemy o czwartej planecie od Słońca. Nie wiadomo, jak będzie działać trzykroć mniejsza grawitacja na organizm człowieka. Dochodzi do tego promieniowanie, przed którym trzeba będzie się osłaniać.
Powierzchnia Marsa przypomina trochę pustynne terytoria Ziemi.
Wagner wyjaśnia, że patrząc na powierzchnię planety można by mieć wrażenie, że to taka chłodniejsza Arizona. Tymczasem tak naprawdę jest to bardzo nieprzyjazne dla człowieka środowisko.
Zamieszkiwanie na Antarktydzie jest spacerem po parku w porównaniu do Marsa.
Gęstość tamtejsza atmosfery wynosi jedynie 2 proc. ziemskiej, co oznacza, że nawet przy 20 °C byśmy zamarzli po wyjściu na zewnątrz. Terraformowanie Marsa wymagałoby dużego nakładu pracy. Stałe życie na Czerwonej Planecie miałoby zdecydowanie negatywny wpływ na ludzi.
Jeśli coś się stanie to pomoc może nadejść w ciągu kilku miesięcy.
Rozmówca Jaśminy Nowak wskazuje, że sygnał między Ziemia a Marsem zazwyczaj jest podróżuje 20 min. Podczas lądowania łazika opóźnienie wynosiło 11 min. Oznacza to, że nie ma możliwości kierowania maszyną w czasie rzeczywistym. Wylądowała ona dzięki algorytmom.
O spotkaniu z Kaciaryną Andrejewą w rozmowie z białoruską redakcją Radia WNET mówił jej mąż Ihar Iliasz. Małżeństwo spotkało się w dniu ogłoszenia wyroku po raz pierwszy od trzech miesięcy.
Sąd w Mińsku skazał w czwartek dwie dziennikarki Biełsatu Kaciarynę Andrejewą i Darię Czulcową na dwa lata pozbawienia wolności za „organizację zamieszek”. Przypomnijmy, że Reporterki zatrzymano 15 listopada, kiedy prowadziły relację online z mitingu upamiętniającego pobitego na śmierć Ramana Bandarenkę.
Poza karą więzienia, sędzia Natalla Buhuk nakazała konfiskatę sprzętu technicznego, którego dziennikarki używały w pracy, a także zniszczenie ich osobistych notatników i innych przedmiotów.
O spotkaniu z Kaciaryną Andrejewą w rozmowie z białoruską redakcją Radia WNET mówił jej mąż Ihar Iliasz. Małżeństwo spotkało się w dniu ogłoszenia wyroku po raz pierwszy od trzech miesięcy.
Pozwolono nam na to spotkanie – prawo stanowi, że po wyroku mają obowiązek umożliwić spotkanie – i rzeczywiście, zaraz po ogłoszeniu wyroku napisaliśmy podanie – ja i rodzice Kaciaryny. Dzisiaj ja spotkałem się z Kacią, jutro z nią spotkają się jej rodzice – powiedział Iliasz.
„Krąg pierwszy”
Mówił także o tym, jak przebiegało spotkanie z żoną.
Zawsze wyobrażałem sobie, że spotkanie z Kacią w więzieniu będzie podobne do tego, które zostało opisane w książce Sołżenicyna „Krąg pierwszy”. To jedna z moich ulubionych powieści i, też ironia losu, że Kacia czyta ją teraz, będąc w więzieniu. W tej książce jest bardzo wzruszający moment, kiedy bohater spotyka się ze swoją żoną w więzieniu. Ta chwila jest opisana bardzo tragicznie, bardzo dramatycznie. Myślałem, że najprawdopodobniej nasze spotkanie będzie wyglądało tak samo. (…) W rzeczywistości nic takiego się nie wydarzyło, i przez większość tego spotkania śmialiśmy się i żartowaliśmy.– relacjonował.
Wewnętrzna harmonia
Pomimo trudnych okoliczności dziennikarka jest w dobrej kondycji psychicznej.
Jej oczy naprawdę się świeciły (…) jest pewna siebie. (…) Powiedziała, że czuje wewnętrzną harmonię, ponieważ nie ma wątpliwości, że robi wszystko dobrze, jej sumienie jest czyste, a mówienie prawdy jest łatwe i przyjemne. Jest przekonana, że przeżyje to wszystko, i będzie szczęśliwa, i będziemy razem. Mogę tylko przyłączyć się do tej myśli. Jestem naprawdę bardzo, bardzo dumny z mojej żony za to, jak się trzyma w tej okropnej sytuacji – podkreślił
Haniebna sprawa
Podczas odczytywania werdyktu z sali rozpraw padały okrzyki „hańba”. Jak zaznaczył Ihar Iliasz sprawa dziennikarek ma czysto przestępczy charakter, a ludzie odpowiedzialni za wydanie wyroku nie są do końca świadomi w czym biorą udział.
Myślę, że ci ludzie, którzy zostali bezpośrednio zaangażowani w tę haniebną sprawę karną przeciwko Kaci, (…) nie rozumieli – przynajmniej na początku – za co się wzięli. Myśleli, że ta zbrodnia może jakoś przejść cicho. (…) To po raz kolejny pokazuje, w jakim stopniu ci ludzie żyją w swoim świecie, w swojej wirtualnej rzeczywistości (…) , ale myślę, że po dzisiejszym dniu zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, w co weszli.
Zapowiedział także odwołanie od wyroku.
Odwołamy się od wyroku. Nie powiem, że wiążę z tym nadzieję, wiadomo, wszystko rozumiemy. Ale tak, oczywiście, uważamy za konieczne dokonanie wszystkich procedur prawnych, ponieważ to my stoimy po stronie prawa, i dlatego musimy przejść przez wszystkie te procedury prawne.
Agnieszka Romaszewska-Guzy o wyroku białoruskiego sądu, który w czwartek skazał dziennikarki Biełsatu Kaciarynę Andrejewą i Darię Czulcową na dwa lata pozbawienia wolności za „organizację zamieszek”
[related id=137294 side=right] Dyrektor telewizji Biełsat wskazuje, że jest fundacja za pośrednictwem której można wesprzeć rodzin skazanych reporterek. Chodzi o fundację Strefa Solidarności. Na jej stronie można znaleźć numer konta na który można wpłacać pieniądze. Fundacja działa przy Biełsacie jako wsparcie dla dziennikarzy.
.@ARomasze w #PoranekWNET o skazaniu dziennikarek Biełsatu: Można maksymalnie nagłaśniać tę sprawę, myślę że też bardzo istotną rzeczą (…) jest naciskanie na polityków, żeby jednak choćby Unia Europejska próbowała pamiętać o tym, co tam się dzieje.#RadioWNET
Jak informuje organizacja Wiasna, na Białorusi jest 255 więźniów politycznych. Drugie tyle może, jak szacuje Agnieszka Romaszewska-Guzy, być uznawana za więźniów kryminalnych.
Ktoś tam brzydko odezwał się do policjanta i już jest więźniem kryminalnym.
[related id=129483side=left] Ludzi zatrzymuje się za używanie wulgaryzmów na ulicy. Aresztuje się ich na 10-15 dni. Dziennikarka komentuje działania białoruskiej władzy w walce z niezależnymi dziennikarzami. Mówi, iż poziom terroru jest bardzo wysoki. Według niej ten terror nie przyniesie władzy dobrych skutków.
Romaszewska-Guzy zauważa, że dzisiaj rusza proces Kaciaryny Baciarewicz, która podała, że śmiertelnie pobity Roman Bandarenka nie miał w chwili śmierć ułamka promila alkoholu [mężczyznę pobili mężczyźni zdejmujący wiszące na ulicy biało-czerwono-białą dekoracje, po tym jak zwrócił im uwagę, by tego nie robili- przyp. red.].
.@ARomasze w #PoranekWNET: To jest terror. Jeśli każdego dnia ludzie mogą być zatrzymani albo pobici, to się nazywa terror.#RadioWNET
Aleksy Dzikawicki komentuje wyrok mińskiego sądu, który skazał Kaciarynę Andrejewą i Darię Czulcową za organizację zamieszek.
[related id=137294 side=right] Wicenaczelny telewizji Biełsat oburza się na skazanie dziennikarek stacji Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej na dwa lata kolonii karnej. Wyrok nazywa barbarzyństwem:
To jest terror i wojna. Rząd wypowiedział wojnę dziennikarzom niezależnym.
Aleksy Dzikawicki wskazuje, że oskarżenie miało tak słabe podstawy, że wzywani przez prokuraturę świadkowie nie potrafili powiedzieć nic, co by świadczyło o winie relacjonujących protest dziennikarek. Zauważa, że zarówno prokurator, jak i sędzia to osoby młode. Ta pierwsza ma 23 lata, a druga 31 lat.
To młodzi ludzie nie rozumiem, jak oni mogą tak zaplaci swój honor. Na samym początku kariery skazując wskazując niewinnych ludzi na dwa lata więzienia.
Nasz gość podkreśla, że po zmianie władzy na Białorusi będzie trzeba pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy teraz czynią bezprawie. Wskazuje, że
Na Białorusi zawód dziennikarza jest jednym z najbardziej niebezpiecznych. I to już od ponad dwudziestu lat.
Skazane dziennikarki to, jak mówi, utalentowane, młode dziewczyny. Sądzi, że tym bardziej chciano je w pokazowym procesie ukarać. Aleksy Dzikawicki wyjaśnia, że
Jesteśmy już przyzwyczajeni do czegoś takiego, bo od 13 lat pracujemy bez akredytacji na Białorusi. Praca dziennikarska bez akredytacji jest zabroniona. Współpracujemy od wielu lat bez akredytacji i wielokrotnie nasi ludzie siedzieli w aresztach.
W zeszłym roku dziennikarze Biełsatu przesiedzieli 392 dni w areszcie. Nie zamierzają jednak rezygnować.
Wyrok skomentował Biełsat w swym oświadczeniu, wzywając dziennikarzy z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych do solidarności ze skazanymi. W oświadczeniu czytamy, że
Reżim na Białorusi dopuścił się ewidentnego przestępstwa, skazując dziennikarki Biełsat TV, Kaciarynę Andrejewą i Darię Czulcową, na dwa lata pozbawienia wolności za to, że wykonywały zawodowe obowiązki. Jest to nie tylko naruszenie międzynarodowych standardów, lecz także białoruskiego prawa.
Wieczorem 18 lutego na Czerwonej Planecie wyląduje najbardziej zaawansowany technologicznie pojazd robotyczny wysłany poza Ziemię. Ma badać m.in. ewentualne oznaki starożytnego życia na planecie.
18 lutego na Marsie odbędzie się lądowanie amerykańskiego łazika Perseverance. Jest to do tej pory najbardziej zaawansowany technologicznie pojazd robotyczny wypuszczony poza ziemską orbitę. Jego zadaniem ma być m.in. poszukiwanie dowodów na istnienie starożytnych form życia na Czerwonej Planecie. Misja z użyciem łazika Perseverance nie jest pierwszą misją NASA na Marsie, lecz z pewnością stanowi największy przełom w dotychczasowych badaniach i eksploracji tej planety.
Perseverance rozpoczął swoją drogę na Marsa już 30 lipca 2020 roku, czyli w podobnym czasie, w jakim wyruszyły misje z Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Wspomniane obiekty zdążyły już wejść na orbitę planety, zaś wejście w orbitę łazika NASA planowane jest na 18 lutego, godz. 21:38 czasu polskiego. O 21:52 ma nastąpić nastąpić otwarcie spadochronów kapsuły Perseverance. O ile wszystkie powyższe czynności przebiegną zgodnie z planem, o 21:55 Perseverance powinien „samodzielnie” stanąć na powierzchni Marsa.
Łazik ma wylądować w 45-kilometrowym kraterze uderzeniowym Jezero, co czyni je najtrudniejszym lądowaniem spośród dotychczasowych misji tego typu. Mimo trudnych warunków do zejścia na ląd – krater pokryty jest skałami, wydmami piaskowymi i mniejszymi wgłębieniami, został on wskazany nie przypadkowo; w przeszłości był to bowiem obszar wypełniony ciekłą wodą a, a przez samo jezioro przepływała rzeka z rozległym systemem delty.
„That descent stage takes us all the way down to about 20 meters off the ground. That’s when we start the skycrane maneuver.”
Pierwszym zadaniem Perseverance będzie wykonywanie zdjęć powierzchni planety, które powinny zostać przesłane na Ziemię jeszcze tego samego dnia. W najbliższych dniach możliwe powinno być oglądanie fotografii wykonanych przez łazika za pomocą kamer Hazcam. Będą to przede wszystkim zdjęcia z lądowania oraz obrazy przestrzeni, w której łazik postawi koła. W następnej kolejności, rozpocząć mają się trwające trzy miesiące testy wszystkich systemów łazika oraz ich kalibracja. Po upływie 90 dni od lądowania Perseverance będzie mógł rozpocząć swoją faktyczną misję – Mars 2020.
Ocenę powstawania i rozsławiania kolejnych przebojów zostawiałam zawsze jego wielbicielom. Dla niego był to świetny okres prosperity, dla mnie było to po prostu chłonięcie ojca jako zjawiska.
Sławomir Orwat
Maria Gutowska
Czesław Juliusz Wydrzycki jako dziecko | Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Marii Gutowskiej
Czy zgodzi się Pani ze mną, że w przebogatej biografii Czesława Niemena najważniejszym momentem był rok 1958, kiedy to w ramach ostatniej fali przesiedleń Polaków z Kresów Wschodnich rodzina Wydrzyckich zdecydowała się na repatriację? Dlaczego Pani tato czekał z tą decyzją tak długo?
Czesław Juliusz Wydrzycki
Jeśli prawdziwe jest twierdzenie, że los człowieka kształtuje się wraz z powstaniem jakiejś zapalnej myśli w nim – myśli, która rozwija ideę, to na losie Czesława Wydrzyckiego zaważyło lato 1957 roku. Z pierwszą turą repatriacji tuż po wojnie w latach 40. wyjechał do Polski stryj Czesława – Józef Wydrzycki wraz z żoną i dwoma synami – Romualdem i Jerzym. Osiedlili się na Ziemiach Odzyskanych w Świebodzinie. Brat Józefa, Antoni – mój dziadek – nie palił się do wyjazdu, gdyż wierzył, że na tereny nad Niemnem wkrótce powróci Polska. Kochał ziemię rodzinną, gdzie się urodził, wychował i gdzie od XVI wieku żyli przodkowie Wydrzyckich. Widząc tę zwłokę i niezdecydowanie oraz wiszący nad jego głową pobór do Armii Czerwonej, mój ojciec latem 1957 roku napisał list do stryja Józefa z prośbą o pomoc w wyjeździe. Okazało się, że przysłanie zaproszenia znacznie usprawni wyjazd. Co ciekawe, Czesław prosił stryja o zaproszenie w pierwszej kolejności dla siebie, ponieważ nie miał zamiaru czekać na decyzję rodziców. Oczekiwanie na odpowiedź z Polski dłużyło mu się, ponieważ w październiku 1957 roku wyjechała do Gdańska jego dalsza rodzina, w tym także kazachscy zesłańcy, którym udało się powrócić z katorgi w rodzinne strony. Stryj stanął jednak na wysokości zadania i na czas przysłał zaproszenia dla wszystkich członków rodziny: rodziców – Anny i Antoniego, siostry Jadwigi i dla Czesława. Wyjechali w maju 1958 roku i byli ostatnią polską rodziną, która opuściła Wasiliszki. (…)
Jak Pani postrzega decyzję o repatriacji w kontekście rozwoju artystycznego swojego taty?
W Mielenku, 1958
Mając możliwość obserwowania rozwoju i życia dzisiejszej Białorusi – ja szczególnie, bo jeździłam tam do rodziny mojej mamy jeszcze w latach 60.,70.,80. – mogę przypuszczać, że talent Czesława Wydrzyckiego – późniejszego Niemena – nie miałby takiego bodźca do rozwoju, gdyby nie wyjechał we właściwym czasie do Polski. Potwierdziły to dwa powroty mojego ojca do Wasiliszek, najpierw w roku 1976 i potem w 1979.
Jakie emocje przywiózł z tych sentymentalnych podróży?
Przywoził rozczarowanie. Wszystkie cenne wspomnienia, które nosił w sobie tyle lat, w świecie fizycznym były już tylko prochem. Jego piękny, budowany przez ojca i stryja dom, zastał zdemolowany i zrujnowany. Odsprzedany jakiemuś krajanowi, trafił w końcu w ręce białoruskich władz jako sklep spożywczy. Bujny, zadbany ogród – miejsce zabaw i odpoczynku, zasobny i hołubiony przez matkę i starszą siostrę – był zryty koleinami dostawczych samochodów, traktorów kołchozowych, zarósł chaszczami. Rzeka Lebiodka, niegdyś obrośnięta pachnącym tatarakiem, malowniczo meandryczna, miejsce radości dzieciaków i młodzieży, kąpielisko i romantyczne uroczysko, a zimą lodowisko – została przeobrażona w zwykły ciek wodny, kanał melioracyjny, nad którym już nic nie chciało rosnąć. Pola pełne pagórków, skupisk drzew i kęp krzewów zostały zrównane na potrzeby płaskich zasiewów pobliskiego kołchozu. Jest takie zdjęcie z 1979 roku, na którym ojciec siedzi na kamieniu na wasiliszkowskim polu, w tle kościół Piotra i Pawła. I jeszcze jedno – profilowa zaduma nad widzianym przed sobą krajobrazem. Te zdjęcia są jak kropka na końcu rozdziału. Więcej nic nie ma. Nie chciał już nigdy wracać w te strony – wszystko, co cenne, uniósł i zachował w sercu. Do końca.
Z przyjaciółmi i przyszłą żoną Marią Klauzunik na wasiliszkowskich pagórkach
To, że los skierował Pani rodziców do Trójmiasta, to dowód na to, że oprócz wyjątkowego talentu Czesław Wydrzycki miał w życiu też dużo szczęścia. To przecież tam działał Franciszek Walicki, bez którego trudno dziś sobie wyobrazić pierwsze lata Jego kariery.
Wpływ Trójmiasta na karierę muzyczną mojego ojca miał ogromne znaczenie, ale wybór, że zostanie właśnie tam, nie był taki oczywisty. Pierwszy pomysł rozwijania swojej muzycznej edukacji powstał w nim od razu po przyjeździe do Polski. Niestety Białogard, gdzie w rezultacie zatrzymała się rodzina ojca i dokąd dojechała z Wasiliszek moja mama, gdzie w końcu i ja się urodziłam, nie stwarzał możliwości muzycznego rozwoju. Ojciec chciał się uczyć w szkole muzycznej w Poznaniu i prosił o pomoc swojego stryja Józefa, który był pedagogiem, dyrektorem liceum i mieszkał blisko Poznania – w Świebodzinie, o rekomendację w jego staraniach dostania się do szkoły. Nie było to jednak takie proste dla repatrianta i w rezultacie jedyne miejsce znalazło się właśnie w Gdańsku, w Liceum Muzycznym na ul. Partyzantów. Jednak klasa śpiewu czy fortepianu dla dorosłego absolwenta radzieckiej dziesięciolatki, z radziecką maturą, też była szalonym wyzwaniem. Ojciec wybrał jedyną możliwą opcję nauki – klasę fagotu. Od września 1959 roku zamieszkał u swojej rodziny na gdańskim Osieku i to tutaj dojechała do niego z Wasiliszek 19-letnia żona Maria, która też rozpoczęła naukę w Gdańsku, w szkole pielęgniarskiej przy Akademii Medycznej.
Gdańsk, lata 60.
Jak tato godził naukę z pracą zarobkową?
Szkoły muzyczne, tak wtedy, jak i dzisiaj (moja najmłodsza córka, a wnuczka Czesława Niemena, jest uczennicą IX klasy Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia), są dosyć elitarne oraz hermetyczne w metodyce nauczania i stanowią wyzwanie dla niepokornych, mających swoją wizję rozwoju i idących własną drogą uczniów. Dość powiedzieć, że wybitny indywidualizm ojca nie był mile widziany przez dyrektora szkoły muzycznej. Gdy w sierpniu 1960 roku umarł mój dziadek Antoni Wydrzycki, ojciec musiał sam utrzymać się i oprócz nauki podejmować różne, dorywcze prace (w tym także w porcie przy przeładunkach). Często były też występy w kawiarniach i restauracjach do tzw. kotleta, co – rzecz jasna – w tamtych czasach nie było dobrze widziane, a wręcz tępione. Przemęczenie, często pusty żołądek, na utrzymaniu żona i dziecko w Białogardzie, doprowadziły do opuszczania godzin lekcyjnych, opuszczenia się w nauce, a w rezultacie do wyrzucenia ze szkoły i z bursy szkół muzycznych przy ul. Gnilnej. W liście do siostry ojciec skarżył się wręcz na prześladowanie ze strony dyrektora, a z treści listu wynika, że był na granicy załamania. (…)
W roku 1962 Czesław Wydrzycki odniósł sukces na Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie i w nagrodę pojechał w trasę z Czerwono-Czarnymi. Jak bardzo ten moment wpłynął na Pani ojca oraz na funkcjonowanie całej rodziny?
Wasiliszki 1979
Nie mogę pamiętać nic z początków kariery mojego ojca. Urodziłam się w 1960 roku i przez pięć lat wychowywała mnie w Białogardzie babcia Anna – matka mojego ojca, bez rodziców, którzy oboje wrócili na Wybrzeże, aby ukończyć szkoły. Do Białogardu wieści z wielkiego świata nie dochodziły. Dopiero, gdy zamieszkałam z mamą w Gdyni, dotarło do mnie, że – po pierwsze mam rodziców, ojca, który jeździ po świecie i nigdy nie ma go w domu, i ludzi dookoła, którzy moim ojcem szalenie się ekscytowali. Do domu mamy przychodziły kolorowe pocztówki ze świata i listy do mnie, a przyjazd taty wiązał się z okupowaniem go przez wielbicieli i zwykłych gapiów, którzy podziwiali jego samochody. Nie mam niestety wspomnień domowego ojca w kapciach, przy pracy, przy stole, gdyż moi rodzice rozwiedli się w 1969 roku. Oblicze ojca jako głowy rodziny, patriarchy poznałam dopiero z wizyt w jego domu w Warszawie, w otoczeniu nowej rodziny, przyrodnich sióstr. Na podstawie obserwacji gościa trudno się jednak wypowiedzieć, szczególnie że byłam już wtedy dorosłą kobietą, wkrótce mężatką, matką.
Z rodziną stryja Józefa Wydrzyckiego. Świebodzin
Jakie wspomnienie z dzieciństwa szczególnie Pani zachowała?
Ojciec z mojego wczesnego dzieciństwa zawsze będzie dla mnie efemerycznym gościem, owianym tajemniczością i tajemniczym zapachem, z długim spojrzeniem oceniającym mój wzrost i rozwój, ale nie taksującym. Patrzył na mnie jakby przez coś, przez namacalną perspektywę, z czułością, jaka zawsze była w tym wzroku. Miał też łagodny głos i uśmiech. Zabierał mnie od mamy na wszystkie swoje występy na Wybrzeżu i stąd w sopockim Grand Hotelu czułam się jak we własnym domu, a Opera Leśna zawsze będzie mi się kojarzyć ze sceną Niemena. Miałam wówczas także okazję przysłuchiwać się próbom, słuchać koncertów, poznać współpracujących z ojcem muzyków i chodzić z nimi na plażę. (…)
Pani ukochany album Czesława Niemena?
Bardzo przeżywam słuchanie płyty Terra Deflorata. Nie tylko ze względu na opisane w niej także i moje widzenie świata, ale też dlatego, że dane mi było zostać jednym z pierwszych słuchaczy roboczej taśmy i poczuć się dumną recenzentką, z której opinią tata zawsze bardzo się liczył. Jechaliśmy wtedy razem jego żółtym mercedesem dostawczakiem (przede wszystkim sprzętu muzycznego na koncerty) na mazowiecką wieś. Sielski, typowo polski krajobraz, nieśpieszna podróż, rozmowa i zasłuchanie – Dałeś nam Panie…
Cały wywiad Sławomira Orwata z Marią Gutowską pt. „»Był perłą i wyjątkiem wyodrębnionym z chaosu swoich dziejów i przeżyć«” znajduje się na s. 14–15 marcowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 57/2019, gumroad.com.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Wywiad Sławomira Orwata z Marią Gutowską pt. „»Był perłą i wyjątkiem wyodrębnionym z chaosu swoich dziejów i przeżyć«” na s. 14–15 marcowego „Kuriera WNET”, nr 57/2019, gumroad.com
Poseł PiS mówi o wynikach śledztwa smoleńskiego, stanie koalicji rządzącej, podatku reklamowym i relacjach UE-Rosja.
.@Macierewicz_A w #PoranekWNET o sporze w Porozumieniu: to sprawa wewnętrzna tej partii. (…) Czekamy na jej rozwiązanie. Z punktu widzenia Zjednoczonej Prawicy ważne jest wspólne działanie. #RadioWNET
Antoni Macierewicz odnosi się do konfliktu w Porozumieniu oraz komentuje założenia podatku medialnego. Zapewnia, że Prawo i Sprawiedliwość nie ingeruje w rozwój wypadków w szeregach koalicyjnego partnera. Jak mówi:
[Podatek reklamowy] to absolutnie wstępny projekt, a jego istotą jest to, że największe media powinny się dołożyć do tak ważnych przedsięwzięć jak walka z koronawirusem, czy finansowania polskiej kultury.
Polityk wyraża opinię, że podatek reklamowy będzie korzystny dla małych i średnich mediów, zmniejszy dystans m.in. do „koncernów medialnych utworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa.
Poseł PiS podkreśla , że najważniejszym, celem koalicji rządzącej jest „ochrona najsłabszych i umacnianie siły narodu polskiego”.
[related id=135234 side=right] Parlamentarzysta mówi także o raporcie dotyczącym katastrofy rządowego samolotu 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem. Według rozmówcy Magdaleny Uchaniuk samolot został wysadzony w powietrzu przed lądowaniem na lotnisku. Deklaruje, że nie miał wpływu na zablokowanie emisji w TVP filmu Ewy Stankiewicz na temat przyczyn katastrofy.
.@Macierewicz_A w #PoranekWNET o wycofaniu z emisji filmu „Stan zagrożenia”: nie wycofywałem tego filmu (…) i moja wiedza na ten temat ogranicza się tylko do zastrzeżeń związanych z bezprawnym użyciem informacji, które w żadnym wypadku nie mogły zostać użyte.
Gość „Poranka WNET” komentuje ponadto wizytę w Moskwie przedstawiciela Unii Europejskiej ds. zagranicznych Josepa Borella. Ubolewa nad spolegliwą polityką niektórych państw unijnych wobec Rosji.
.@Macierewicz_A w #PoranekWNET: reżim w Rosji próbuje utrzymać działalność przestępczą w oparciu o różne budowane przez siebie sojusze, czy to z Niemcami, czy innymi krajami #UE. To niewątpliwie zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski i Europy.#RadioWNET
Poseł Konfederacji mówi o planach wprowadzenia podatku reklamowego, sytuacji w koalicji Zjednoczonej Prawicy i stanie polskiej gospodarki w obliczu daleko idących restrykcji antyepidemicznych.
Nie można wykluczyć tego, (…) że kiedyś politycy obozu rządzącego się rozejdą, ale obserwujemy to ze spokojem.
Krzysztof Bosak stwierdza, że napięcia w koalicji Zjednoczonej Prawicy mogą doprowadzić do jej rozpadu, jednak sam polityk skupia się bieżącej pracy parlamentarnej.
Wolellibyśmy, aby wybory były jak najrzadziej, a rządzący skupili się na rządzeniu.
[related id=136755 side=left]Poseł Konfederacji komentuje plany wprowadzenia podatku reklamowego. Wskazuje, że rząd do tej pory obawiał się uderzyć w interesy branży medialnej. Ocenia ponadto, że w prasie i telewizji jest zbyt dużo reklam. Jak dodaje:
Rząd Zjednoczonej Prawicy chce wydrenować małe i średnie polskie media, zniszczyć je poprzez mechanizm uzależnienia od władzy.
.@krzysztofbosak w #PoranekWNET o podatku reklamowym: najistotniejsze jest to, że dla międzynarodowych koncernów została zaproponowana korzystniejsza stawka niż dla części polskich mediów.#RadioWNET
.@krzysztofbosak w #PoranekWNET: ta ustawa jest niekompletna, pisana na kolanie wedle politycznego zmówienia (…), by wydrenować średnie i trochę większe polskie media. #RadioWNET
Ekonomista analizuje plany rządu związane z wprowadzeniem podarku reklamowego. Nie sądzi, by nowa danina przyniosła efekty zgodne z zamierzeniami władzy.
Marek #Zuber w #PoranekWNET o podatku reklamowym: jakby popatrzeć na tę propozycję (…) nie sposób nie postawić tezy, że nie chodzi tylko o zebranie środków budżetowych. #RadioWNET
Marek Zuber komentuje plany wprowadzenia podatku od reklam w mediach. Nie sądzi, by przyczynił się on do poprawy sytuacji małych podmiotów medialnych. Jak przestrzega ekonomista, koszty nowego podarku w dużej mierze zostaną przerzucone na odbiorców.
Małe media mówią o tym, że dla nich to będzie dramat. Mój znajomy ma małą gazetę i jeśli wzrośnie podatek, będzie musiał podnieść jej cenę i nie wiadomo czy przetrwa, a nie jest związany z żadną partią.
Gość „Poranka WNET” ocenia, że skutecznie opodatkowanie koncernów cyfrowych przez pojedyncze państwo nie będzie możliwe. Uwypukla kwestię konieczności uregulowania rynku farmaceutycznego który osiągnął bardzo znaczące wpływy w mediach.
W najnowszym „Programie Wschodnim” o Stanisławie Vincenzie w 50. rocznicę śmierci.
Prowadzący: Paweł Bobołowicz
Realizacja: Michał Mioduszewski
Goście:
Maria Górska – dziennikarka telewizji Espreso, menadżer projektów kulturalnych w Ogólnoukraińskim Forum Demokratycznym;
Andrij Pawłyszyn – ukraiński dziennikarz, historyk i tłumacz literatury polskiej;
Mykoła Kniażycki – ukraiński dziennikarz, poseł Rady Najwyższej Ukrainy, przedstawiciel opozycyjnej frakcji Europejska Solidarność, wiceprzewodniczący Komisji ds. Humanitarnych i Polityki Informacyjnej;
W tym roku obchodzimy 50. rocznicę śmierci Stanisława Vincenza – polskiego prozaika, eseisty, miłośnika i znawcę Huculszczyzny i Pokucia oraz myśli i sztuki starożytnej Grecji. We Lwowie została otwarta wystawa ze zbioru unikatowych książek pisarza, gdzie można zobaczyć m.in. należące do Vincenza woluminy i egzemplarze z autografami wielkich współczesnych autorów i przyjaciół pisarza – Jerzego Giedroycia, Czesława Miłosza, Józefa Czapskiego i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Bibliotekę Stanisława Vincenza zakupił w Niemczech deputowany Ukrainy, dziennikarz Mykoła Kniażycki.
Maria Górska mówiła o tym jak trafiła na trop, gdzie w Europie znajdował się księgozbiór Vincenza:
Właśnie o tej bibliotece opowiadali mi naukowcy – jeden z nich, dr. Jan Andrzej Choroszy, jeden z Vincenzologów, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego. Nawet przysyłał mi listy tych książek i już wiedziałam, że biblioteka ta znajduje się u żony syna Vincenza (Andrzeja) w Heidelbergu w Niemczech. Znalazłam namiary do pani Joanny, napisałam do niej i tak zaczęła się nasza korespondencja.
Relacjonowała także jak przebiegał proces transportu zbiorów i jak powstawała wystawa we Lwowie:
I przewieźć bibliotekę, która składa się z więcej niż tysiąca książek było prawie niemożliwym, ale naprawdę byliśmy bardzo zainspirowani tą ideą. (…) szukaliśmy wszelkich sposobów i znaleźliśmy możliwość przetransportowania jej (…). Były w to zaangażowane dziesiątki menedżerów.
Andrij Pawłyszyn, jako jeden z pierwszych mógł zapoznać się z biblioteką Vincenza – opowiadał o swoich wrażeniach:
Dla nas to bardzo ważne, bo w taki sposób studenci z Ukrainy i badacze ukraińscy mogą to na miejscu wszystko badać, mogą badać całość spuścizny Vincenza. Ta biblioteka to swoisty rentgen wyobrażeń autora, to świat, który w całości powstał w jego umyśle i, który on później przeniósł na papier.
Mykoła Kniażycki, mecenas wystawy wskazywał przede wszystkim na koncyliacyjny charakter postaci Stanisława Vincenza dla narodów: polskiego i ukraińskiego i, na wartość płynącą z upamiętnienia jego sylwetki:
Powstanie Centrum Stanisława Vincenza w Krzyworówni; bardzo chcę zrobić takie centrum dla kultury ukraińskiej i dla kultury polskiej. Vincenz to jest to nazwisko, które łączy nasze narody.