Triumf maltuzjanistów, którzy pragną wyzwolić Ziemię od człowieka? / Andrzej Jarczewski, „Kurier WNET” 98/2022

Początek tego roku przywitało 343 192 Polaków, urodzonych w roku 1947. Ich wnuków i prawnuków, urodzonych w roku 2021, jest zaledwie 325 067. Mamy mniej wnucząt niż ich 75-letnich dziadków z babciami!

Andrzej Jarczewski

Żyjemy dłużej, czyli błąd modelu

Tegoroczna tablica średniego dalszego trwania życia ucieszyła nowych emerytów i starych krytykantów ZUS-u. Ci pierwsi widzą wyższe emerytury, a ci drudzy otrzymali argument, by oskarżać rządzących o „mordowanie narodu”. Według tej tablicy – nowi emeryci mają niby żyć krócej niż ci, którzy przeszli na emeryturę w poprzednich latach. Cóż, mylą się i jedni, i drudzy… i trzeci.

Na początek krótkie rozwiązanie zagadki, prowadzące jednak do znacznie ciekawszego zagadnienia na końcu. Otóż algorytm, z którego korzysta ZUS w celach emerytalnych, uwzględnił teraz wszystkie osoby zmarłe w pandemicznych latach 2020–2021 na tle tych, którzy owe lata przeżyli. Tak działa – oparty na statystyce historycznej (i ustawie z 17 grudnia 1998 r.) – algorytm, który nie przewidział pandemii i nie wie, że dalsze życie nowych i starych emerytów nie zależy od liczby zmarłych w przeszłości, ale od nieznanych warunków w przyszłości i od czynników indywidualnych, a o tych wiemy, że premiują organizmy odporniejsze i silniejsze, zwycięskie w walce z koronawirusem i mniej zagrożone chorobami współistniejącymi.

Jeżeli więc wojna do nas nie zawita, jeżeli nie pojawi się znów ta lub inna pandemia, jeżeli świat się nie zawali – nowi emeryci będą żyć znacznie dłużej, niż to prorokuje ZUS-owski algorytm, przyjmujący milcząco, że ogólne przyczyny zgonów nie zmieniają się w czasie i przestrzeni. Jak zaraz zobaczymy, model ludności ustabilizowanej, na którym oparto ten algorytm, jest co do istoty błędny w warunkach polskich i w epoce dużych migracji. Z kolei poprawny jest emerytalny system kapitałowy, ale jedno nie pasuje do drugiego.

ALGORYTMY

Konstrukcję ZUS-owskiego algorytmu zrozumie każdy maturzysta, a nawet co zdolniejszy absolwent szkoły podstawowej. Wprawdzie stosowane w obliczeniach wzory wyglądają dość okazale i nie nadają się do publikacji w gazecie, ale zrobienie z tego programu komputerowego do budowy tablicy przeżywalności – to kwestia dosłownie kwadransa (tyle wymaga np. sporządzenie zamieszczonego tu wykresu). Rzecz jasna – pierwsza przymiarka i testowanie może zabrać nawet pół dniówki. Żądamy tylko biegłości w programowaniu. Trzeba też mieć przygotowane dane w odpowiednim formacie.

Najważniejsze jest jednak zrozumienie wyniku: że to, co otrzymaliśmy w postaci tablicy dalszego trwania życia, nic nie mówi o dalszym trwaniu życia! Jest wyłącznie rezultatem wyliczeń, dokonanych przez algorytm na wsadowych danych historycznych zgodnie z przyjętym modelem i milcząco dopuszczonymi konsekwencjami tego modelu.

Stare powiedzenie informatyków mówi, że „ze śmieci otrzymamy śmieci”. Jeżeli jednak dane są przygotowane i przetwarzane zgodnie z jakąś koncepcją, to wyniki odzwierciedlą zalety i wady tej koncepcji. Nic więcej! W szczególności – informatyka nigdy nie zapewnia, że wyniki komputerowych obliczeń mają jakikolwiek związek z rzeczywistością. Raz mają, raz nie mają, ale zależy to nie od komputera, lecz od trafności – zaszytego w algorytmach – modelu danego wycinka świata.

STRUKTURY WIEKU

Wyobraźmy sobie teraz dwie 40-milionowe populacje o odmiennych strukturach. Społeczność A niech składa się z 39 999 999 dzieci jednorocznych i jednego obywatela w wieku 100 lat. Społeczność B niech ma 39 999 999 stulatków i jedno niemowlę. Zastosujmy ZUS-owski algorytm do tych populacji przy założeniu, że wszystkie inne parametry są identyczne…

Zarzuci ktoś, że to przecież absurd, że takich społeczności nie ma na świecie. Zgoda, odpowiem, ale algorytm jest identyczny w każdym wypadku. Nigdzie nie podano granic stosowalności. Co więcej: wyniki służą porównywaniu jakości życia w różnych państwach. Społeczność A okaże się „gorsza”, bo tam żyje się niby krótko, a B – „lepsza”. OK, odłóżmy przykłady abstrakcyjne i przyjrzyjmy się rzeczywistym.

Oto mamy 26-milionową ludność państwa Niger. Połowa obywateli (50%) ma mniej niż 15 lat, a niecałe 3% przekroczyło 65 lat. Tak, to nie pomyłka: mediana wieku wynosi tam 15 lat; w Polsce – 41,7. Średnia dzietność w muzułmańskim Nigrze zbliża się do 7 (siedmioro dzieci na kobietę; pisałem o tym w zeszłorocznym raporcie demograficznym w kontekście konieczności pracy dzieci, „Kurier WNET”, lipiec 2021).

Dla odmiany sprawdźmy, jak to wygląda w krajach naprawdę bogatych. W Japonii dzieci poniżej 15 lat jest zaledwie 12%, za to 65-latków i starszych – prawie 30%. Z kolei w Szwecji ustawowy wiek przechodzenia na emeryturę mężczyzn i kobiet(!) wynosi 67 lat. Zatrudnianie dzieci do lat 15 jest tam przestępstwem, a w Nigrze – ratunkiem przed śmiercią głodową. Nie można jednym modelem sensownie obsłużyć mocno różniących się społeczności.

POLSKI PORTRET DEMOGRAFICZNY

Omawiany algorytm, choć matematycznie poprawny, ujawnił błąd swego modelu na przykładzie polskiej, strasznie zdeformowanej struktury wiekowej. Spójrzmy na rysunek: akurat teraz w wiek umierania masywnie wchodzi powojenny wyż, do którego należy piszący (jeszcze) te słowa. Z GUS-owskich algorytmów wynika, że w Polsce umiera się obecnie średnio w wieku 76–77 lat (kobiety nieco ponad 80, mężczyźni – ok. 72).

Wykres pokazuje, że pierwszego dnia roku 2022 żyło w Polsce 210 681 osób urodzonych w roku 1945, ale rocznik 1946 jest już o połowę liczniejszy: 302 339! Ci pierwsi mają dziś 77 lat, a ci drudzy 76 (średni wiek umierania w Polsce). Jak to się ma do modelu ludności ustabilizowanej? Ano nijak. Ten model zawodzi przy tak drastycznych skokach. Daje wyniki „skaczące”, nadające się do dowolnych dezinterpretacji.

Następny rocznik. Początek tego roku przywitało 343 192 obywateli polskich, urodzonych w roku 1947. Ale łączna liczba ich wnuków i prawnuków, urodzonych w roku 2021, wynosi zaledwie 325 067. Mamy więc mniej wnucząt niż ich 75-letnich dziadków z babciami! Ale to jeszcze nic.

Patrzmy na nieubłagane trendy: przez dobre 10 lat seniorów nadal będzie przybywać, a dzieci ubywać przez lat co najmniej… aż strach podać termin. Jeżeli nie zmieni się maltuzjańska cywilizacja depopulacyjna, dzieci będzie ubywać już stale, aż któregoś dnia urodzi się ostatnia Polka (nadal aktualny wykres tej prognozy pokazałem w „Kurierze WNET” z sierpnia 2018).

WIELOKROTNE ECHA

W demografii nic nie dzieje się natychmiast. Procesy nasilają się i zanikają nie z roku na rok, ale z pokolenia na pokolenie. Skutki tych procesów można z dużą dokładnością przewidywać w perspektywie niemal stulecia. Tak jest np. z naprzemiennie występującymi w Polsce niżami i wyżami. Druga wojna światowa poczyniła milionowe wyrwy w naszej strukturze ludnościowej. Przez kilkanaście następnych lat naród jakoś kompensował straty, ale to zostało nagle przerwane ustawą aborcyjną z roku 1956.

Pomijam w tym artykule wszelkie kwestie moralne na rzecz arytmetyki.

Rok 1956 łączy się w naszej zbiorowej pamięci z „odwilżą”. Po dekadzie komunizmu stalinowskiego – ówczes­ne władze PRL faktycznie poluzowały represyjną politykę na wielu płaszczyznach. Elementem „odwilży” była m.in. ta ustawa, która jednak gwałtownie przyśpieszyła naturalne wyczerpanie wyżowego potencjału. Kilkanaście lat później liczba aborcji dorównywała liczbie porodów, co spowodowało do dziś widoczne skutki na prezentowanym tu wykresie.

Przypomniana ustawa była pierwszym znaczącym elementem bezmyślnej, procyklicznej polityki ludnościowej władz PRL, a później – niestety – również III RP. Różne elementy tej polityki omawiałem na tych łamach w poprzednich raportach, więc teraz tylko wyrażę ogólny wniosek: należy łagodzić i rozmywać kolejne fale. Przy odpowiedzialnej polityce tragiczne skutki wojny zanikną również w strukturze demograficznej. Ale… po kilku pokoleniach. Nie za rok czy dwa.

Demograficzne fale i echa są zjawiskiem niekorzystnym pod wieloma względami. Destabilizują strukturę społeczną i są niezmiernie kosztowne. Oczywisty przykład to losy przedszkolaków. W jednym pokoleniu brakuje dla nich placówek wychowawczych, a w następnym trzeba likwidować w każdym mieście mnóstwo niepotrzebnych przedszkoli (musiałem to robić jako odpowiedzialny za te sprawy wiceprezydent miasta). To samo dotyczy szkół, również wyższych, zwłaszcza prywatnych, które po okresie rozwoju ilościowego weszły już w epokę głębokiego regresu. Padają jedna po drugiej i tego procesu nie ma czym ani kim zatrzymać.

ZMIANA MODELU

Za którymś razem – po kolejnym niżu – wyż nie nadejdzie. A to dlatego, że na te nasze lokalne polskie fale nakładają się światowe megatrendy kulturowe, w tym jeden, szczególnie interesujący, choć lekceważony zarówno przez demografów, jak i przez polityków. Otóż początek XX wieku przyniósł nowe środki przekazu kultury: kino i radio. Powierzchowne skutki znamy; zjawiska głębsze wymagają badania struktury własnościowej biznesu.

Kino rozwijało się w epoce, gdy wielki kapitał związany był z przemysłem, handlem, bankami i nadal ziemią. Przemysłowcy oczywiście wyzyskiwali robotników, ale w interesie gospodarki była maksymalizacja pracy o charakterze wytwórczym i to w warunkach spokoju społecznego. Tego paradygmatu nie zmieniały nawet największe wojny. Państwa, w których było dużo pracy, zyskiwały na znaczeniu, a te, które z powodów demograficznych, ekonomicznych, ideologicznych lub z lenistwa dysponowały relatywnie mniejszą sumą pracy, powoli traciły pozycję.

Odnotujmy świeże dane z Unii Europejskiej: najdłużej w ciągu swojego życia pracują mieszkańcy Niderlandów i Szwecji (ponad 42 lata), a Rumuni, Włosi i Grecy – o 10 lat krócej. Polacy – 34,3 roku, czyli poniżej średniej dla Unii (35 lat). Taki komunikat sugeruje, że Polacy i Rumuni to lenie, a Holendrzy i Szwedzi – pracusie.

Tu znów pojawia się kwestia modelu. Gdyby w różnych krajach pojęcie „rok pracy” znaczyło to samo, porównanie byłoby sensowne. Okazuje się jednak, że w Niderlandach oznacza to w praktyce 1399 godzin pracy, w Polsce 1766 (teoretycznie rok 2022 ma mieć w Polsce 2008 godzin roboczych, ale do obliczeń przyjąłem dane rzeczywiste z roku 2021, uwzględniające różne okoliczności).

W ciągu całego zawodowego życia przeciętny Holender pracuje 59 038 godzin, a Polak – 60 574. Polacy faktycznie pracują dłużej, ale tu i tam przepisy stale się zmieniają, więc za dokładność obliczeń głowy nie dam. Wiem tylko, że nie jesteśmy leniami! Mamy inny model pracy i lokujemy się w innym punkcie łańcucha marż.

Podobne obliczenia trzeba wykonać, gdy ktoś proponuje zmianę modelu. Ot, skróćmy sobie tydzień pracy o 20% (z 5 dni na 4). Jednak – żeby to nie odbyło się kosztem zmniejszenia produktu narodowego o 20% – musimy, pozostając w tym samym punkcie łańcucha marż, odpowiednio wydłużyć lata pracy. Osiągniemy wtedy standard niderlandzki: wystarczy opóźnić emerytury o 7 lat i – hokus pokus – gotowe!

Kolejnym populistom podaję na tacy jeszcze lepsze pomysły. Dlaczego skracać tydzień pracy tylko do czterech dni. Przecież możemy pracować trzy, dwa, a nawet jeden dzień w tygodniu! Wystarczy wtedy podnieść wiek emerytalny o… 171 lat i arytmetycznie wszystko się zgodzi. Oczywiście – pod warunkiem, że przyjmiemy model człowieka nieśmiertelnego, co – jak prorokuje Harari – ma się niebawem spełnić.

REWOLUCJA CZASU WOLNEGO

Początek wieku XXI przyniósł zaskakującą rewolucję kapitałową. Nagle w rankingu największych przedsiębiorstw zachodniego świata pojawiły się firmy medialne, oferujące usługi niematerialne, a wśród najbogatszych ludzi na świecie znajdujemy właścicieli firm internetowych i zależnych od internetu. To dopełniło rewolucji rozpoczętej w Hollywood.

Zjawiska dominujące w cywilizacjach XXI wieku widzieliśmy i dawniej, ale raczej na marginesie. Nawet najwięksi twórcy kultury żyli w biedzie; tylko niektórym udawało się po wielu latach mordęgi osiągać wyższe dochody, uzależnione zresztą od kaprysu władców, wielkich posiadaczy ziemskich, bankowych czy przemysłowych. Dziś realną szansę na wielkie pieniądze mają bardzo młodzi influencerzy. Zarabiają na osobistej popularności i nie potrzebują łaski mecenasów sztuki. Ale te zarobki zawdzięczają koncernom internetowym. Szybko dowiadują się z własnej praktyki, co przynosi największe zyski i tę przestrzeń per fas et nefas powiększają, nie oglądając się na stare dekalogi, których zresztą już się ich nie uczy.

To zjawisko wykiełkowało ponad sto lat temu, gdy raczkujący biznes kinowy okazał się bardziej rentowny niż stalownie i górnictwo. Był też nieskończenie bezpieczniejszy, bo nigdzie nie wybuchały rewolucje kinomaniaków, a strajki i rozruchy robotnicze zdarzają się co chwila. Powoli zmieniał się paradygmat całej cywilizacji. Interesom przedsiębiorców medialnych nie służyła już maksymalizacja pracy w jakimś kraju, ale… maksymalizacja czasu wolnego. Głównym adresatem twórców kultury przestał być światek bogatych snobów.

Kapitał przemysłowy stracił przywództwo, bo nie mógł szybko uwolnić się od fabrycznych murów i zainwestować w media. To wymagało istnienia kapitału „luźnego”, niezwiązanego z ziemią i wszelką produkcją (tego nadal Polakom brak). Należało tylko na kinowych fotelach, a później przed mniejszymi ekranami posadzić wielomilionową klasę średnią i niższą, w tym zwłaszcza młodzież i dzieci, których cywilizacyjna rola od tego czasu zmienia się diametralnie. Interesy biznesu hollywoodzkiego i naśladowczego zbiegły się ze szczerymi pragnieniami marksistów, którzy wprawdzie nadal atakowali biznes przemysłowy i bankowy, ale w pełni poddali się władzy kapitału medialnego. Tego wszak Marks nie kazał niszczyć.

Na tym przykładzie widzimy zresztą, ile są dziś warte wnioski Adama Smitha czy Karola Marksa. Jeżeli nawet w społeczeństwach rolniczych, przemysłowych czy handlowych dominowały procesy, które oni opisywali, to w epoce kapitału medialnego – takich społeczeństw już nie ma.

Ten model został zamieniony na nowszy, monopolizujący zarówno dystrybucję kapitału, jak i dystrybucję prestiżu. Zamieniając czas na przestrzeń, można powiedzieć, że marksiści i liberałowie przykładają model opracowany w Nigrze do… Japonii. I dziwią się, że to takie mądre, a nie działa.

NEUTRALIZACJA BUNTU

Posiadacze kapitału (cokolwiek nim w danej epoce było) „zawsze” sprawowali władzę, a biedota próbowała się buntować albo organizować politycznie do walki o udział we władzy. W wieku XXI ten paradygmat w krajach zamożnych niezauważalnie zanika. Najbogatsi ludzie na świecie, czyli szefowie wielkich korporacji medialnych, nie mają już naturalnych wrogów. Nikt się nie buntuje przeciwko coraz doskonalszym serialom i wyprzedzającym fantazję usługom internetowym! Polityczne rozgrywki odbywają się na bocznym boisku i nie zagrażają mediom, od których są uzależnione. Bezsilnie przyglądają się temu na całym świecie ministrowie finansów i zarządzany przez nich aparat podatkowy.

Nowe sposoby sumowania drobnych transferów w gigantyczne zyski nie mieszczą się w starych taryfikatorach podatkowych, a nowych długo nie wprowadzano z powodów, które coraz lepiej rozumiemy. Politycy korzystają ze starych modeli ekonomicznych!

Jedni – przejęci ideologią liberalną – nie regulowali rynku, co zawsze prowadzi do monopolizacji; inni, np. marksiści, zajęci byli „wyzwalaniem” kolejnych mniejszości z takiej czy innej opresji (odnotujmy, że rosyjska „operacja specjalna” na Ukrainie przebiega pod hasłem „denazyfikacji”, czyli wyzwolenia Ukrainy spod władzy Ukraińców).

Liberałów i socjalistów pogodzili, wręcz zjednoczyli i sobie podporządkowali wyznawcy ideologii maltuzjańskiej, którzy pragną wyzwolić Ziemię od człowieka. I właśnie ta ideologia – wtłaczana wszelkimi narzędziami kapitału medialnego – kształtuje dziś demografię Europy i Ameryki Północnej, a nawet Japonii i Chin. Narody, które uwierzą Malthusowi, zanikną.

Pomijam teraz ocenę moralną omawianych zjawisk. Próbuję jedynie dostrzec i nazwać obiektywne przyczyny wielu nowych skutków. Władcy internetu – by użyć kategorii Pierre’a Bourdieu – skumulowali kapitał ekonomiczny, społeczny, kulturowy i symboliczny. Świat nie wie, jak się przed tym bronić, bo politycy wciąż wierzą w przestarzałe, przeżarte rdzą ideologii modele rzeczownikowe. Mój wniosek: budujmy modele czasownikowe! Realizuję to w książkach, o których tym razem już nic nie napiszę, bo strona się… skończyła.

Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Żyjemy dłużej, czyli błąd modelu” znajduje się na s. 7 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Żyjemy dłużej, czyli błąd modelu” na s. 7 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022

Dla większości turystów Paryż to pielgrzymka do świeckich miejsc świętych / Piotr Witt, „Kurier WNET” nr 98/2022

Pan Skóra wrócił z wojny z tą walizką kartonową, z jaką go żona na wojnę wyprawiła. W domu towarowym Bon Marche pojęcie o randze cen daje walizka kartonowa bez kółek, taka, jak pana Skóry – 2546 euro.

Piotr Witt

LUKSUS ŻYCIA

Paryż w tych dniach jest pełen turystów. Stolica Francji stanowi główny cel turystyczny świata. W zwyczajnym roku przyjeżdża ich średnio 120 milionów – 50 razy więcej, niż liczy miasto intra muros.

Obecny rok jest szczególny. Po dwóch latach aresztu domowego ludność świata wyjechała od siebie. Codziennie do Luwru wchodzi ponad 30 000 osób. Jeżeli znacie tylko język francuski, możecie się poczuć zgubieni w śródmieściu. Chodzą grupami, prowadzeni przez przewodników. Gwiaździsty układ urbanistyczny myli najlepiej nawet zorientowanych. Idziecie ulicą przekonani, że jest równoległa do innych i po przejściu kilkuset metrów, kiedy już jest za późno, żeby się cofnąć, orientujecie się że wyprowadziła was gdzieś, gdzie wcale nie mieliście zamiaru się znaleźć. Dezorientacja dotyka także miejscowych.

Nie bez powodu piękna powieść paryżanina Patricka Modiano nosi tytuł Abyś nie zgubił się w dzielnicy. W komitecie, który wyróżnił ją nagrodą Nobla w roku 2014, zasiadali zapewne turyści.

Do zamieszania przyczynia się duma władz miejskich, aby nie ulegać niskim potrzebom cudzoziemców, nie mówiąc o stałych mieszkańcach. Jeszcze 20 lat temu turyści wysiadali z metra na stacji Luwr, nie wiedząc, że do muzeum trzeba wysiąść na stacji Palais Royal. Do dzisiaj mało kto wie, że, aby podziwiać Operę paryską, należy opuścić autobus na przystanku Auber. Z pewnością dokładny plan Paryża pomaga w znalezieniu drogi, pod warunkiem, że zna się zasady jego redakcji. Układ alfabetyczny indeksu jest przestrzegany, jak wszędzie, ale należy wiedzieć, że ulicy Pigalle należy szukać pod literą J, gdyż słynny rzeźbiarz miał na imię Jean-Baptiste, Avenue Hugo bez trudu za to odnajduje się pod literą V, jak Victor. Za to ulicę Richelieu identyfikujecie pod literą R, a nie C, jak cardinal, ani na A – jak Armand. Te trudności udaje się pokonać spostrzegawczemu turyście. Sprawy się komplikują, kiedy w grę wchodzą patroni ulic mało albo w ogóle nieznani, których w Paryżu jest coraz więcej, gdyż każdy mer stara się uwiecznić przedstawicieli swojej rodziny albo zmarłych kolegów partyjnych. Żeby przechodzień ich nie lekceważył, dodaje się zasłużonym mężom tytuły.

I tak placu generała de la Billardier należy szukać pod G – jak General, ulicy profesora Hyacent Vincent dwojga imion, bez nazwiska, pod P – jak profesor. Dylemat stanowi niejaki Vincenot, który figuruje pod literą A., gdyż był w randze adiutanta: Adjudant Vincenot. Nikt nie pamięta imienia patrona renesansowej ulicy obok kościoła św. Sulpicjusza, więc od XVI wieku był tylko Ferou – bez imienia. W ostatnich czasach mer 6 dzielnicy przemianował ją na Henry-de-Jouvenel. Część tej krótkiej uliczki zajmuje pałac wielkiego bankiera Neufliza. Natychmiast więc po przemianowaniu wpływowi mieszkańcy zawiązali komitet obrony starego Ferou. Targ w targ, połowie uliczki z pałacem Neufliza pozostawiono starą nazwę, reszta jest przechrzczona.

Wynalazek smartfona i iphona z początku bardzo usprawnił poruszanie się po ulicach. Czar prysł, od kiedy przeładowano te pożyteczne wynalazki reklamami.

Władze miejskie w trosce o estetykę robią numery domów małe, dyskretne i trudne do znalezienia. Jezdnie przebudowuje się mniej więcej wszędzie w czasie tych wakacji, podobnie linie metra i niektórych kolejek dojazdowych RER (linia C zamknięta do 20 sierpnia) Jeżeli do tego dodać renowacje i przebudowy prowadzone wszędzie w związku z olimpiadą letnią 2024 roku, to widać, że w 40-stopniowym upale, w nieklimatyzowanych autobusach jeżdżących nieregularnie turystyka w Paryżu, przy tradycyjnym braku toalet, wymaga dobrej kondycji i hartu ducha.

Większość turystów stara się zobaczyć w Paryżu to, o czym wie, a wie bardzo niewiele. Dla nich jest to pielgrzymka do świeckich miejsc świętych. Rodzina turystów z Polski zwierzyła mi się, ze godzinę czekali w Luwrze, aby zobaczyć Monę Lizę. Obraz Leonarda pokazywany za szybą jest mocno spękany, od czasu, kiedy w końcu XIX wieku zaprowadzono w Luwrze centralne ogrzewanie. Turysta, trzymany na dystans, niewiele widzi, nawet jeśli wyżsi turyści nie zasłaniają mu widoku na tajemniczy uśmiech. Nie ma to wpływu na frekwencję.

Myślę, ze Gioconda nawet zamknięta w skrzynce przyciągałaby tłumy wyznawców, podobnie jak niegdyś kości świętej Genowefy zamknięte w potężnym relikwiarzu. – A czy widzieliście w Krakowie Damę z łasiczką, z pewnością najpiękniejszy z istniejących portretów Leonarda? –Nie!

Do Luwru trzeba się zapisywać jak do doktora, na określoną godzinę. Do wjazdu na wieżę Eiffla również. Swoja droga, ten emblemat Paryża stanowi swoisty fenomen. W ciągu 140 lat, od kiedy istnieje, wybudowano na świecie wiele budynków znacznie wyższych, mających zresztą pożyteczne przeznaczenie, w Nowym Jorku, Dubaju, Singapurze. Wieżowce biurowe, mieszkalne, hotele… Żaden z nich nie przyciąga jednak tylu ciekawych, jak wieża paryska, która do niczego pożytecznego nie służy. „Pasterko, wieżo Eiffla” – pisał poeta Apollinaire, starając się niejako umotywować jej istnienie jako opiekunki mostów paryskich – „nad ranem mostów pobekują stada”.

Restauratorzy i hotelarze odżyli. Przez dwa lata covidu wiele z 16 000 paryskich zakładów gastronomicznych zbankrutowało. Ci, co przeżyli, teraz nadrabiają straty. O północy wzdłuż Wielkich Bulwarów, od kościoła Madeleine aż do teatru Rennaissance za bulwarem Sebastopol, wszystkie tarasy restauracji i wszystkie wnętrza są pełne. Ruch panuje nawet w sklepach otwartych do 1 w nocy.

Ceny noclegów wysokie już przed pandemią wzrosły wielokrotnie. W hotelu Regina przy ulicy Rivoli, który otworzył się na nowo po dwuletnim remoncie, Brazylijczycy, Japończycy i inni Amerykanie muszą płacić od 500 euro wzwyż za nocleg w pobliżu Luwru. Klientki Ritza noszą ciemne okulary nawet w pochmurny dzień, gdyż blask brylantów na wystawach placu Vendome oślepia

Moda na Ritza nieco jednak przeminęła. Najdroższy jest Hotel Crillon przy ruchliwym i hałaśliwym placu Concorde, ale suita Lalique w mniej znanym hotelu Prince de Galle w sezonie przedturystycznym kosztuje 16 000 euro za dobę. Drożej jest w sąsiednim George V. Klienci hoteli luksusowych nie tłoczą się przed Giocondą ani Wieżą Eiffla. Przyjeżdżają na shopping.

Nie mamy ropy – mówią Francuzi – ale mamy nasz luksus. Obecnie mówią także: nie mamy gazu. Eksport luksusu zajmuje w budżecie państwa jedno z naczelnych miejsc, zaraz za handlem bronią. Pozycja: „Chemia, perfumy, kosmetyki” przedstawia sobą 15,2 mld euro. Pomimo szkód wyrządzonych przez pandemię, pięć francuskich przedsiębiorstw handlu wyrobami luksusowymi zajmuje pierwsze miejsca w świecie. Daleko na przedzie peletonu sytuuje się Louis Vuitton – LVMH, za nim Kering, podczas gdy Oreal i Chanel znajdują się na miejscach piątym i szóstym. Od niedawna Hermes wysunął się na dziewiątą pozycję.

Pierwsze przedsiębiorstwo amerykańskie Estee Lauder jest dopiero trzecie na tej liście. Tym większa korzyść dla Francji, że wszystkie wymienione są to firmy rodzinne – francuskie, w odróżnieniu od innych, gdzie pod francuskim szyldem kryją się rozmaici zagraniczni akcjonariusze. Kering, własność François Pinaulta, jest holdingiem, który skupia między innymi domy towarowe Printemps, londyński dom aukcyjny Christie’s i markę włoską Gucci, Oreal należy do córki Liliane Bettancourt, która po śmierci matki wyszła za mąż za pana Meyera i zmieniła wyznanie na judaizm, ale pozostała Francuzką. Chanel od II wojny światowej należy do Wertheimerów, Hermes do spadkobierców Thierry’ego Hermesa. Tymczasem wytwórnia słynnych francuskich biustonoszy Barbara jest już od wielu lat własnością Koreańczyków.

Największa część luksusu francuskiego – LVMH należy do jednego człowieka. Bernard Arnault, pierwsza fortuna świata, innego dnia trzecia albo czwarta, w zależności od wahań giełdy zawładnął powoli znaczną częścią luksusowego Paryża, korzystając z siły uderzeniowej swoich 100 mld euro.

Najdroższe domy towarowe – Bon Marche i od niedawna Samaritaine to on. Znaczna część placu Vendome również – jubilerzy Bouchardon, Chaumet i paru innych należą do niego. Najdroższą ulicę Europy – Avenue Montaigne, gdzie znajdują się słynne magazyny Haute Couture, nazywają dzisiaj Avenue Arnault, gdyż większość wielkich marek należy do niego, podobnie jak największy magazyn przy Champs Elysees.

Zmieniło się tymczasem pojęcie luksusu. Domy towarowe Bon Marche (fr. Tanio) i Samaritaine, noszący imię Samarytanki, zamieniły się w świątynie luksusu.

W dzieciństwie mieszkałem na Grochowie, na granicy Warszawy wyznaczonej przez tory kolejowe linii otwockiej. Na naszej półwiejskiej ulicy pani Pilitowska przez płot z naszą willą hodowała krowy i uprawiała pomidory na polu między naszą Kolonią Urzędniczą, ogrodem pisarza Jana Dobraczyńskiego i klasztorem sióstr Urszulanek. Po mleko chodziliśmy do niej, po powrocie krów „zza torów” i po wieczornym udoju, a przy okazji braliśmy pomidory. Zięć pani Pilitowskiej, pan Skóra, powrócił z wojny z tą samą walizką kartonową, z jaką go żona na wojnę wyprawiła.

W La Grande Epicerie domu towarowego Bon Marche mleko kosztuje znacznie drożej niż gdzie indziej, gdyż jest świeże, bez dodatków chemicznych, a pomidory są znacznie droższe, gdyż z pola i nie polewane trucizną. Pojęcie o randze cen daje walizka kartonowa bez kółek – taka, jak pana Skóry – 2546 euro. W Samaritaine jest znacznie drożej. Po obejściu tych sklepów można nabrać przekonania, że proste, zwyczajne życie stało się luksusem dostępnym tylko dla najbogatszych.

Artykuł pt. „Życia luksus” Piotra Witta, stałego felietonisty „Kuriera WNET”, obserwującego i komentującego bieżące wydarzenia z Paryża, można przeczytać w całości w sierpniowym „Kurierze WNET” nr 98/2022, s. 3 – „Wolna Europa”.

Piotr Witt komentuje rzeczywistość w każdy czwartek w Poranku WNET na wnet.fm.

 


 

  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Piotra Witta pt. „Życia luksus” na s. 3 „Wolna Europa” sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022

Wszystko, co trzeba wiedzieć o Bojkach – opowiada Stanisław Drozd

Bojkowie z powiatu kałuskiego, rok 1910 [źródło fotografii: Wikimedia Commons]

Bojkowie – ta nazwa wielu Polakom może wydać się bardzo obca. A przecież Bojkowie to jedna z grup górali zamieszkująca Bieszczady! O historii i kulturze tego ludu opowiadał w studiu Stanisław Drozd.

Stanisław Drozd jest z pochodzenia Bojkiem, a z zawodu kierownikiem Gminnego Centrum Kultury Bojków w Myczkowie. W rozmowie z Magdaleną Uchaniuk opowiada fascynującą historię swojego regionu. Była to historia nieraz tragiczna – po II wojnie Bojkowie zostali uznani za Ukraińców i z tego powodu wysiedleni przez komunistów w Akcji „Wisła”. Jak mówi Stanisław Drozd:

„Ukrainiec” u nas [Bojków] oznaczał działacza politycznego. Dopiero w czasach II Wojny Światowej weszli Niemcy i kazali nam się zadeklarować. W tamtym czasie mieliśmy kennkarty z literą „U”, jak Ukrainiec.

Dawne dzieje Bojków są równie skomplikowane – jedna z hipotez głosi, że wywodzą się oni z… Wołoszczyzny, a więc dzisiejszej Rumunii.

Wołosi przybyli tutaj około XV wieku. Wzięli swoje stada, rodziny i poszli w Karpaty. Od dwóch możnych rodów węgierskich dostali te ziemie i żyli tak aż do XX-wiecznych wywózek.

– mówi historyk.

Czym jest „wiek rębny” u Bojków? Jak ten lud przetrwał II Wojnę Światową? Tego wszystkiego i jeszcze więcej dowiecie się w audycji Radia Wnet!

ARP

We wschodniej Polsce, Łotwie, Litwie, Estonii, Białorusi i Ukrainie Einsatzgruppen rozstrzelały od 1,5 do 2 mln osób

Niemiecki szwadron śmierci w akcji | Fotografia archiwalna

Obawiano się, że po wojnie niemieckie społeczeństwo zasilą zdegenerowani bandyci niebezpieczni dla otoczenia. Jednocześnie wpajano żołnierzom, że wykonywanie rozkazów jest rzeczą nadrzędną.

Jacek Wanzek

Bestialscy i patologiczni, czerpiący przyjemność z panowania nad życiem ofiar – tak o członkach Einsatzgruppen wypowiadał się Johannes von Blaskowitz, generał 8 armii niemieckiej. Nie bez powodu. Szacuje się, że oddziały Einsatzgruppen były odpowiedzialne za śmierć co najmniej 1,5 miliona europejskich Żydów. (…)

Einsatzgruppen. Zbrodnicza działalność w Polsce

Grupy Operacyjne (Einzatzgruppen) były specjalnymi jednostkami policji bezpieczeństwa (SIPO) i służby bezpieczeństwa (SD), które podążały za regularną armią niemiecką w czasie inwazji na europejskie kraje. Głównym zadaniem tych jednostek było zabezpieczenie tyłów niemieckiej armii oraz umocnienie okupacyjnej władzy na podbitym terenie. Einsatzgruppen zajmowały się identyfikowaniem i unicestwianiem elementu antyniemieckiego, a także pozyskiwaniem kolaborantów. 1 września 1939 roku za Wehrmachtem ruszyło pięć grup Einsatzgruppen. Każda z nich liczyła cztery Einsatzkommanda po 100 do 150 żołnierzy. Oddziały wspomagane były przez bataliony policji porządkowej, żołnierzy dywizji pancernej Totenkopf oraz Waffen SS. W sumie około 22 tysięcy ludzi.

Po napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 roku, Einsatzgruppen rozpoczęły fizyczną eliminację polskich elit i wszystkich tych, których najeźdźca uznał za ideologicznych przeciwników. Przy pomocy wymienionych wyżej oddziałów i miejscowych kolaborantów grupy operacyjne zamordowały w krótkim czasie kilka tysięcy Żydów oraz kilkadziesiąt tysięcy przedstawicieli polskiej inteligencji. Likwidowano także powstańców wielkopolskich i śląskich, ziemian oraz komunistów.

Operacja Tannenberg miała za zadanie pozbawić Polaków warstwy przywódczej, gdyż – jak twierdził Hitler, „tylko naród, którego wyższe warstwy zniszczono, można zepchnąć w szeregi niewolników”. Jednak ofiarami Einsatzgruppen padali także zwykli cywile.

Szacuje się, że we wrześniu 1939 roku Grupy Operacyjne dokonały spalenia blisko 531 polskich miejscowości, w których dopuściły się 741 egzekucji, mordując co najmniej 16 tysięcy polskich obywateli. Do największych zbrodni doszło m.in. w Bydgoszczy i w Katowicach. W późniejszym niekontrolowanym szale zabijania, podczas Intelligenzakztion (Akcji Inteligencja) uśmiercono blisko pięćdziesiąt tysięcy ludzi, głównie przedstawicieli polskich elit. Jak się miało wkrótce okazać – działania Einsatzgruppen w Polsce były jedynie rozgrzewką przed tym, czego miały one dokonać na okupowanych terenach Związku Radzieckiego.

Einsatzgruppen na Wschodzie

Zanim rozpoczęła się niemiecka inwazja na ZSRR, poczyniono wszelkie kroki, aby jak najlepiej przygotować dowódców grup operacyjnych do nowej wojny. Pod koniec maja 1941 roku 120 oficerów spotkało się na szkoleniu w Pretsch nad Łabą, gdzie przygotowywano ich do „akcji unicestwienia wroga klasowego”. Podczas szkolenia uczestnicy byli poddawani politycznej indoktrynacji, która jak mantrę powtarzała, że „Żydzi ze wschodu są rezerwuarem bolszewizmu” i należy ich zlikwidować.

Po rozpoczęciu planu Barbarossa w ślad za regularną armią niemiecką wyruszyły oddziały Einsatzgruppen A,B,C oraz D w sile około 3 tysięcy osób. Ich zadaniem było odnajdywanie i likwidowanie członków partii komunistycznej, Romów oraz Żydów. Często przy współpracy lokalnych kolaborantów. To miała być wojna na wyniszczenie. A to oznaczało, że od żołnierzy oczekiwano bezwzględnej subordynacji i stosowania brutalnych metod. Potwierdza to tajny rozkaz pułkownika Maxa Mountuy: „Zgodnie z rozkazem Wysokiego Dowódcy SS i Policji […] wszyscy Żydzi płci męskiej w wieku od siedemnastu do czterdziestu pięciu lat, uznani za winnych szabrowania, mają zostać rozstrzelani zgodnie z prawem stanu wojennego.

Egzekucje mają odbyć się poza miastami, wioskami i głównymi drogami. Groby zostaną zamaskowane w taki sposób, aby nie powstał w ich rejonie punkt docelowy pielgrzymek. Zakazuję fotografowania egzekucji i udzielania zgody na obecność widzów. Zarówno informacje o egzekucjach, jak i o miejscach pochówku mają zostać utrzymane w tajemnicy”.

Początkowo likwidowano głównie mężczyzn: działaczy komunistycznych i sympatyków bolszewizmu. Bardzo szybko jednak niemiecka machina śmierci zaczęła wciągać w swe tryby również kobiety i dzieci – nie czyniąc przy tym rozróżnienia na bolszewików i innych. Schemat działania Einsatzgruppen był właściwie zawsze taki sam. Masakra rozpoczynała się od wyłapania miejscowych Żydów i zagnania ich do miejsca kaźni.

Były to zazwyczaj doły, kamieniołomy, lasy lub rowy. Często ofiary były zmuszane do samodzielnego wykopania dołów, po czym kazano im się rozebrać i oddać kosztowności. Następnie prowadzono ich na krawędź dołu, gdzie byli rozstrzeliwani. Wielokrotnie byli zmuszeni położyć się na ciałach zabitych chwilę wcześniej ludzi, nierzadko członków ich rodzin. Była to tak zwana metoda „Sardinen Packung” (Paczka sardynek), opracowana przez arcyzbrodniarza Friedricha Jeckelna, który był dowódcą jednej z grup operacyjnych.

Jeckeln uważał, że mordowanie przebiega zbyt wolno, dlatego ofiary same powinny położyć się w dołach śmierci, oszczędzając czas swoich oprawców oraz miejsce w grobach. Zabitych przysypywano cienką warstwą ziemi, po czym kazano na nich położyć się kolejnej grupie osób. Każdy taki dół miał trzy lub cztery warstwy zwłok.

W trosce o… sprawców

Zabijanie bronią palną było skuteczną metodą uśmiercania ofiar, jednak bardzo obciążającą psychicznie dla sprawców. To budziło niepokój niemieckich dowódców. Świadkiem jednej z takich egzekucji był sam Heinrich Himmler. Towarzyszący mu generał SS, Bach-Zelewski, stwierdził później w swoich wspomnieniach, że Himmler był wstrząśnięty zbrodnią. Pomimo tego, Reichsführer SS był przekonany o słuszności mordów. Obawiał się jednak demoralizacji żołnierzy.

Bach-Zelewski wspominał: „Himmler na wstępie dał do zrozumienia, że wymaga od żołnierzy wykonywania takich obowiązków »z odrazą«. Byłby bardzo niezadowolony, gdyby niemieccy żołnierze czerpali z tego przyjemność. Nie powinno to jednocześnie powodować u nich wyrzutów sumienia, ponieważ są żołnierzami i rozkazy muszą wykonywać bez wahania. […] Za wszystko, co należało zrobić, odpowiadał osobiście przed Bogiem i führerem”.

Dalej dodaje: „Żołnierze z pewnością dostrzegli, że nawet on (Himmler) był głęboko wstrząśnięty tą krwawą jatką. Wierzył jednak głęboko, że wykonuje swój obowiązek, działa w zgodzie z najwyższym prawem i że to, co robi, jest konieczne. Powinniśmy obserwować naturę: wszędzie trwa wojna, nie tylko między ludźmi, ale również w świecie zwierząt i roślin. Ten, który nie chce walczyć, zostaje zniszczony”.

Takie tyrady nie były nowością. Dowódcy bardzo często musieli sięgać po tego typu argumenty i różne techniki indoktrynacji, gdyż za wszelką cenę chcieli zdjąć z egzekutorów poczucie winy oraz zracjonalizować zbrodnie. Wmawiano oprawcom, że odpowiedzialność nie spoczywa na nich i że to normalne, że czują odrazę do tego, co robią, lecz tego wymaga od nich dowództwo. Tłumaczono, że wszak ofiary chciały żyć, ale nie były niczym innym niż szkodliwe robactwo, które należało unicestwić.

Z obserwacji Himmlera wynikało, że zabijanie kobiet i dzieci nie jest obojętne dla żołnierzy. Kierownictwo SS zmagało się zatem z nie lada problemem, albowiem obawiano się, że po wojnie niemieckie społeczeństwo zasilą zdegenerowani bandyci niebezpieczni dla otoczenia. Jednocześnie wpajano żołnierzom, że wykonywanie rozkazów jest rzeczą nadrzędną i od tego uzależnione jest przetrwanie III Rzeszy.

O skuteczności niemieckiej propagandy możemy przekonać się, czytając wspomnienia Rudolfa Hessa, komendanta obozu w Auschwitz, który po wojnie wspominał: „Mieliśmy tak głęboko zakodowane wykonywanie rozkazów bez zastanowienia, że nikomu nawet nie przyszłoby do głowy się im sprzeciwiać. Gdybym nie zrobił tego ja, zrobiłby to ktoś inny. […]

Himmler czepiał się najmniejszych drobiazgów i karał esesmanów za najdrobniejsze przewinienia, przyjęliśmy więc za pewnik, że działa ściśle według kodeksu honorowego. […] Zapewniam, że oglądanie stosów zwłok i wdychanie dymu z płonących ciał nie było przyjemnością. Ale tak rozkazał Himmler, tłumaczył nawet, że tak trzeba; nigdy nie zastanawiałem się, czy to było złe, po prostu musiałem to robić”.

W podobnym tonie wypowiadał się Kurt Möbius, członek batalionu policyjnego: „Chciałbym również powiedzieć, że nigdy nie przychodziło mi do głowy, że rozkazy mogą być niesprawiedliwe. To prawda, że obowiązkiem policjanta jest ochrona ludzi bezbronnych, ale wtedy nie uważałem Żydów za bezbronnych, ale za winnych. Uwierzyłem propagandzie mówiącej, że Żydzi są kryminalistami i podludźmi, że to oni spowodowali kryzys Niemiec po pierwszej wojnie światowej. Nawet przez moment nie pomyślałem, że mógłbym sprzeciwić się rozkazowi prowadzenia eksterminacji Żydów albo unikać jego wykonania”.

„Tak jak w niemieckim domu”

Działanie z dala od domu oraz świadomość, że ich czyny nie podlegały ocenie moralnej rodaków sprawiały, że mordowanie Żydów przychodziło oprawcom nieco łatwiej. Tysiące kilometrów od Niemiec, na okupowanych terenach to oni byli panami życia. Nie sposób jednak określić jednego właściwego portretu psychologicznego sprawców.

Zdarzali się psychopatyczni oprawcy, którzy dawali się ponieść swoim żądzom, pastwiąc się nad ofiarami i czerpiąc z tego przyjemność. Jednak bardzo często żołnierze biorący udział w kaźni ulegali załamaniu nerwowemu. Bywały również przypadki samobójstw.

Tych skrajnych postaw dowodzi relacja niemieckiego korespondenta wojennego na Łotwie, który pisał: „Widziałem, jak żołnierze SD płakali, nie mogąc poradzić sobie psychicznie z tym, co się działo. Jednocześnie widziałem, jak inni zapisywali sobie, ile osób udało się im uśmiercić”. Liczba problemów natury psychicznej wśród sprawców znacznie wzrosła po rozkazie zabijania także kobiet i dzieci, który wydano w lipcu 1941 roku. Niemiecka propaganda musiała się mocno natrudzić, by usprawiedliwić tego typu działania.

Podczas zagłady chersońskich Żydów wielu członków Einsatzkommanda 10b zwolniono z obowiązków z uwagi na silne załamanie nerwowe. Aby zniwelować skutki traumatyzacji żołnierzy, wszystkim oprawcom wydawano przed zabijaniem papierosy i alkohol. Paradoksalnie kierownictwo SS wolało, żeby żołnierze odreagowywali w ten sposób, niż żeby czerpali z mordowania przyjemność.

Himmler w trosce o katów z Einsatsgruppen zalecił: „Jest świętym obowiązkiem dowódców, żeby osobiście dopilnowali, aby żaden z naszych ludzi wykonujących swoje trudne zadanie nie uległ brutalizacji ani nie ucierpiał psychicznie. Można to osiągnąć poprzez stosowanie ścisłej dyscypliny w wykonywaniu oficjalnych poleceń oraz organizowanie spotkań towarzyskich pod koniec każdego dnia, w którym przeprowadzano akcję.

Spotkania te nie mogą w żadnym wypadku kończyć się nadużywaniem alkoholu. Powinny to być wieczory, podczas których nasi ludzie siadają do stołów i spożywają posiłek, tak jak w niemieckim domu, a następnie oddają się muzyce, literaturze i poznają piękno niemieckiego życia intelektualnego i emocjonalnego”.

Cały artykuł Jacka Wanzeka pt. „Einsatzgruppen. Niemieckie szwadrony śmierci” znajduje się na s. 1 i 5 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022.

 


  • Sierpniowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jacka Wanzeka pt. „Einsatzgruppen. Niemieckie szwadrony śmierci” na s. 1 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 98/2022

Złośliwość zakazana! Nareszcie! Utopię zastąpił totalitaryzm / Henryk Krzyżanowski, „Kurier WNET” nr 97/2022

Fot. Sputnik1, CC A-S 3.0, Wikimedia.com

Gdyby komuchom przyszło do głowy skazywać za złośliwe względem władzy wypowiedzi, to wszyscy w komplecie poszlibyśmy siedzieć. Ale wtedy nikt nie słyszał o mowie nienawiści, zadekretowanej przez UAM.

Henryk Krzyżanowski

Postępowcy gorsi od komuchów

Za komuny i my, i czerwoni traktowaliśmy wolność słowa z całą powagą. O „nas” nie muszę mówić – poświęcaliśmy dla niej swój czas, pieniądze a jak źle poszło, to i wolność. Ale komuchy, paradoksalnie, też były teoretycznie za wolnością słowa. Ich posłuszni sędziowie nie skazywali nas za treść bibuły (no może poza samym stanem wojennym), a za jej bezdebitowość – rozpowszechnianie bez pieczątki z urzędu cenzury. Treść ocenie sądu nie podlegała.

Dzisiejsi postępowcy wolność słowa zwalczają całkiem jawnie przy pomocy słów-wytrychów z arsenału politycznej poprawności. Kluczowym pojęciem jest oczywiście ta okropna MOWA NIENAWIŚCI, brrr…

W 1968 zaczęło się, co prawda, od „zakazuje się zakazywać”, ale jakoś tak szybko zastąpiono to utopijne, więc niepraktyczne hasło bardziej użytecznym „zakazuje się nienawidzić”. Utopię zastąpił totalitaryzm w najczystszej postaci.

Najświeższy przypadek z naszego podwórka opisał w świetnym tekście na witrynie SDP red. Sławomir Jastrzębowski, pastwiąc się nad wyrokiem skazującym (na razie w pierwszej instancji) prof. Tadeusza Żuchowskiego z UAM za rzekome zniesławienie prof. Ingi Iwasiów.

Owa progresywna dama na wiecu w Szczecinie użyła słów „j…..ć” i „wy…..ć”, co konserwatywny historyk sztuki z Poznania określił jako „zachowanie, które uwłacza etosowi profesora”. W ocenie sędzi ta krytyka była „nacechowana złośliwością i miała na celu obrażenie” powódki.

Złośliwość zakazana! Nareszcie! To przypomnę, że Stanisław Barańczak (kolega z tego samego rocznika filologii) bywał bardzo złośliwy w ocenie pisarzy, nawet tych znanych. Jednak nikomu z tak potraktowanych nie przyszło do głowy, żeby się z nim sądzić. A postępowej p. Iwasiów, owszem, jak najbardziej! O tempora!

W latach osiemdziesiątych, do zmiany solidarnościowej ustawy o uczelniach, byłem członkiem senatu UAM jako jeden z wybranych w wolnych wyborach przedstawicieli tzw. młodszych pracowników. Mieliśmy wtedy wspólny front z reprezentacją studentów. No, gdyby komuchom przyszło do głowy skazywać za złośliwe względem władzy wypowiedzi, to wszyscy w komplecie poszlibyśmy siedzieć. Ale wtedy nikt nie słyszał o mowie nienawiści, którą, jak czytam, mój uniwersytet umieścił ostatnio w swoim oficjalnym dokumencie.

Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Postępowcy gorsi od komuchów” znajduje się na s. 12 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Felieton Henryka Krzyżanowskiego pt. „Postępowcy gorsi od komuchów” na s. 12 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022

Niepokojąco aktualny stary dramat rodziny ziemian polskich na Suwalszczyźnie/ Piotr Witt, „Kurier WNET” 97/2022

Resztki założenia dworskiego - Stara Hańcza | Fot. CC A-S 4.0 Wikimedia.com

Książka Miry Modelskiej-Creech „Lichwa” ma bardzo osobisty charakter. Autorka opisuje dramat swej babki w następstwie utraty dworu rodzinnego zlicytowanego za długi zaciągnięte na lichwiarski procent.

Piotr Witt

LICHWA

Mira Modelska-Creech, Lichwa. Likwidator życia, szczęścia i majątku, 3DOM, Częstochowa 2021

Tytuł książki nie pozostawia obojętnym. Problem dotyczy nas wszystkich. Jesteśmy zadłużeni – my, nasze dzieci i dzieci tych dzieci. Długi zaciągnięte przez państwo będą spłacali jego obywatele przez długie lata. W bieżącym 2022 roku amortyzacja długu francuskiego wyniesie nieco ponad 144 mld € przy dochodzie narodowym 588 mld. Krótko mówiąc, na każdym obywatelu francuskim, czy wie o tym, czy nie wie, wisi obowiązek spłaty należności c. 35–40 000 €. Na starcach, kalekach i noworodkach. Podobnie jest w innych państwach europejskich. Doktór Modelska-Creech była bardziej od innych powołana do napisania książki o dramacie pożyczonych pieniędzy. Pracując jako tłumacz dla Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Białego Domu, Departamentu Stanu i NASA, nasłuchała się wystarczająco wiele o Bardzo Wielkiej Forsie i jako wykształcony socjolog pracy potrafiła wyciągnąć wnioski.

Jej książka, mimo oficjalnych tytułów autorki, ma bardzo osobisty charakter. Wzięła się z urazów wyniesionych z dzieciństwa i nostalgii za rajem utraconym. Dwór rodzinny Modelskiej, którego sama nazwa wprawia w sen – Stara Hańcza na pojezierzu Suwalsko-Augustowskim – został zlicytowany za długi w 1910 roku.

Autorka słyszała historię utraty majątku od swojej babki – Stanisławy, dla której ta afera finansowa była przyczyną osobistego dramatu. O rękę babci Stasi – panny Musiałowiczówny starał się Tadeusz Daszewski – postać legendarna, słynny w swoim czasie jeździec-olimpijczyk, piękny i elegancki mężczyzna. Historię tych zabiegów opisał po wielu latach i opublikował w „Przekroju”.

Zamieścił tam również opis dworu w Czarnej Hańczy, gdzie w jadalni „na ścianach wisiały rogi łosie, sarnie i jelenie, a pod nimi widniała galeria starych rodzinnych portretów (…) Szlachta w czamarach, kontuszach, przy karabeli (…) matrony w staroświeckich czepkach i koronkowych chustkach na głowie…”. Romans rozwijał się w dekoracji wielkich jezior i cieniu starego (XVII w.) dworu jak romantyczna bajka, dopóki nie nadszedł dzień oświadczyn.

Zjechali się sąsiedzi, krewni i kuzyni z Litwy, podano wystawny obiad, były tańce. „Sprowadzona z Suwałk orkiestra żydowska umieszczona w holu grała głośno i wyśmienicie”. A potem odbyła się rozmowa z ojcem o przyszłym posagu panny na wydaniu. Daszewski – ziemianin z Mazowsza i dobry gospodarz – zerwał zaręczyny, kiedy dowiedział się prawdy o stanie majątkowym Czarnej Hańczy, bliskim katastrofy.

Panna bez posagu skazana była w tamtych czasach i tamtym środowisku na staropanieństwo albo w najlepszym razie na klasztor. Autorka, zakochana w swej babci Stasi, przeżywa po latach jej dramat. Wierzyciele – bracia Szewel i Josel Jefraimowie natchnęli ją na resztę życia pewną niechęcią do Żydów, zaś związek uczuciowy, rodzinny z bohaterami dramatu osłabił nieco obiektywizm (co zresztą nie przeszkodziło znanemu krytykowi, Janowi Peczkisowi, w napisaniu bezstronnego i życzliwego omówienia książki; Polish-Jewish Relations, Indexed Book Reviews, March 1, 2022). Tragedia Musiałowiczów nie była wyjątkiem wśród rodzin ziemiańskich.

Bankructwo majątku ziemskiego było zjawiskiem na porządku dziennym w epoce zwycięskiego kapitalizmu przemysłowego i zmierzchu gospodarki rolnej. Doczekało się obfitej literatury, posłużyło za kanwę wielu dramatów i powieści. Czyż słynne W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta nie opowiada podobnej historii?

Najbardziej eksponowane stanowisko w życiu towarzyskim Paryża, na miejscu księżnych i hrabin o niekończących się rodowodach, zajmuje „nieurodzona” pani Verdurin ze wzbogaconej rodziny mieszczańskiej. Mieszka się wciąż w pałacach, arystokracja nadal jest w cenie, ale życie na pańskiej stopie opłaca renta z przemysłu i banków, gdyż dochody z ziemi nie wystarczają. Młodziutka panna Turenne – potomkini wielkiego wodza, diuka Tureniusza, wychodzi za mąż za Artura Meyera – Żyda, starszego o lat pięćdziesiąt; hrabia de Brosse pojmuje Kronenbergównę, córkę bankiera polsko-żydowskiego. Książę Polignac żeni się z panną Singer, spadkobierczynią maszyn do szycia; markiz de Castellane – z Guldówną, córką króla kolei amerykańskich.

Ruinę Musiałowicza, doskonałego rolnika i przezornego gospodarza – przyspiesza lichwa – zjawisko dzisiaj już prawie nieznane, w każdym razie uważane za przestępstwo i karane więzieniem.

Czterdzieści lat temu, kiedy przyjechaliśmy do Paryża, o pieniądze było bardzo trudno. Wobec postępującej dewaluacji i niepewnej sytuacji rynkowej banki, do których zwracano się o pożyczkę, żądały żelaznych gwarancji, zanim podjęły decyzję. „Francuski bankier – powiedział nam znajomy przemysłowiec – może panu pożyczyć co najwyżej parasol, ale tylko wtedy, kiedy się upewni, ze w najbliższym czasie nie będzie padał deszcz”. Oprocentowanie długu – bardzo wyśrubowane – wynosiło przy tym średnio 12,5% rocznie. Dla bankiera cena ryzyka. Ale w czasach pana Musiałowicza, pradziadka dr Creech, wierzyciel niczym nie ryzykował.

Pieniądz, oparty na parytecie złota, stanowił najbardziej stałą walutę w historii i praktycznie nie dewaluował się przez cały XIX wiek, aż do I wojny światowej. Zabezpieczenia – nieruchomości, majątku ziemskiego – nie można było ani ukryć, ani przenieść gdzie indziej.

A mimo to stopa oprocentowania pożyczki wynosiła od 33,4% do 50%. Nawet wobec stałego spadku wartości gospodarstw ziemskich były to warunki gangsterskie, lichwiarskie, wykorzystujące przymusową sytuację dłużnika – ziemianina, którego „czysty zysk z hektara przy właściwym gospodarowaniu i dobrej pogodzie wynosił średnio około 7%”. W przypadku Musiałowicza chodziło o stare długi na majątku zaciągnięte przez poprzednich właścicieli.

Dr Creech znacznie rozszerza klasyczną definicję lichwy. Rozciąga ją na wiele ujemnych zjawisk współczesnego świata – „lichwiarska grabież, raz zwana komunizmem, a kiedy indziej kapitalizmem czy socjalizmem” –pisze (s. 124). Zresztą nie jest to książka do opowiadania, ale do czytania.

Żyjemy w czasach wszystkich zagrożeń, z końcem świata włącznie – z woli prezydenta Putina. Nadchodząca inflacja, kryzys energetyczny, recesja, wzrost cen zboża i co za tym idzie, żywności w ogóle, zrobiły z zadłużenia problem o palącej aktualności. Wielkie banki zrezygnowały dzisiaj z wysokiej stopy oprocentowania. Niektóre gotowe były nawet dopłacać do transakcji, byle dłużnik zechciał przyjąć pożyczkę. Nazywało się to „zyskiem ujemnym”.

Bankierzy zrekompensowali sobie „zysk ujemny”, wykupując niekiedy całe miasta i podnosząc niebotycznie ceny mieszkań, których są właścicielami. Na razie stopa oprocentowania wciąż jest śmiesznie niska, ale nikt nie może zaręczyć, że pozostanie taka na zawsze, jeżeli nie zastrzeżono tego w kontrakcie lub nie zaindeksowano. Jeżeli wzrośnie pewnego dnia, to niechaj ręka Boska broni tych młodych ludzi, którzy kupili mieszkania po paskarskiej cenie. Dzisiaj zmuszeni są do pracy dla banków przez całe przyszłe życie; przy wyższej stopie procentowej nie starczy nawet życia ich dzieci. W tym kontekście stary dramat rodziny ziemian polskich na Suwalszczyźnie nabiera niepokojącej aktualności i dostarcza wiele materiału do refleksji.

Artykuł Piotra Witta pt. „Lichwa” znajduje się na s. 19 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Piotra Witta pt. „Lichwa” na s. 19 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022

Berliński szmatławiec TAZ opisuje niesprawiedliwość i dwulicowość Polaków / Jan Bogatko, „Kurier WNET” nr 97/2022

W Niemczech różnica między tym, co się mówi, co się myśli i co się rzeczywiści robi w związku z konfliktem na Ukrainie, jak głosi fama, trafiło już do leksykonów pod hasłem „podwójna moralność”.

Jan Bogatko

Polskie obozy

Pojawiły się znowu w niemieckich gazetach! Każda metoda jest dobra w walce z przeciwnikiem! Mowa nienawiści jest w Niemczech zakazana. Ale nie u neobolszewików. Tam stanowi ona pożądany instrument politycznej walki.

Tytuł w berlińskim szmatławcu TAZ (znanym z niewybrednych ataków na Polskę) brzmi: Strajk w polskich obozach internowania. Traktują nas jak zwierzęta.

Podpis pod zdjęciem, na którym w ośnieżonej scenerii (wszak mamy dopiero połowę czerwca) widać przy zasiekach z drutu kolczastego patrol polskiej Straży Granicznej, a za nim wóz bojowy, wyjaśnia z kolei, że w obliczu wojny ukraińskiej zapomniano o sytuacji na granicy z Białorusią.

A podtytuł to skrót artykułu: „Ludzie uciekający przed wojną ukraińską do Polski mogą tam poruszać się swobodnie. Innych uciekinierów zamyka się w obozach internowania”.

„Liberalna” gazeta podaje wprawdzie informację, że w piątek przez Zielonymi Świątkami przybyło do Polski z Ukrainy 22 300 osób, a od początku rosyjskiej agresji wjechało tam ponad 3 800 000 Ukraińców. Gazeta dzieli tych ludzi na obie płci, posługując się wymyślonym genderowskim słowem, nie znajdującym się w słowniku języka niemieckiego Duden, do tego nieprzetłumaczalnym na polski, dziwolągiem z dwukropkiem w środku Ukrainer:innen; przez brak zastanowienia i preferując jedynie dwie z nich, wyrządza gazeta krzywdę, wykluczając dziesiątki innych płci, w jakie sama wierzy zgodnie ze świecką religią neobolszewików, której jest misjonarką.

Udało się neobolszewikom w Niemczech znacząco wpłynąć na język powszechnie używany w mediach i na ulicy. Tutaj muszę się cofnąć w czasie do roku bodajże 1992. Wraz z delegacją polskich prawników zwiedzaliśmy byłe więzienie Stasi (niemieckie SB) w Budziszynie. Kiedy w rozmowach, tłumaczonych na oba języki, powiedziałem o niemieckiej minister sprawiedliwości „pani minister” (była nią wówczas Sabine Leutheusser-Schnarrenberger z FDP), towarzyszący nam, rozumiejący polski młody człowiek z „organizacji pozarządowej” zapytał mnie, dlaczego nie mówię „ministerka”, skoro to kobieta. Odpowiedziałem mu, że pani ta reprezentuje tu urząd, a nie płeć, co go nieco dziwiło, ale do końca nie przekonało. Na pewno któregoś dnia pojawi się nowe słowo na określenie osób wszystkich płci razem i osobno, zgodnie z wymogami religii świeckiej w danym okresie. Ale to już inny temat.

TAZ opisuje niesprawiedliwość i dwulicowość Polaków. Otóż ci Ukraińcy/ki mogą się swobodnie poruszać po kraju i pracować, osoby prywatne i państwo oferują im dach nad głową. Im, ale nie wszystkim przybyszom!

Niezorientowany do końca wyznawca neobolszewizmu może mniemać, że w Niemczech, najbardziej demokratycznym od zarania dziejów państwie świata, każdy ubiegający się o azyl ma prawo do mieszkania, pracy i swobodnego poruszania się po Niemczech.

A to nie całkiem tak. Być może nie tylko kwestia językowa sprawia, że Ukrainki (a jest ich znacznie więcej niż Ukraińców) opuszczają Niemcy, udając się na Ukrainę albo do Polski. Wielu Ukraińców karze się tu nadal za pracę na czarno.

Fotoreporterzy, robiąc wstrząsające zdjęcia kobiet i dzieci z krajów kultury półksiężyca, przybywających do Europy w poszukiwaniu lepszego życia, musieli się sporo namęczyć, odpowiednio kadrując zdjęcia, usuwając z nich młodych, wysportowanych mężczyzn. W przypadku Ukraińców praca nie sprawia fotoreporterom aż takich trudności, bo tu rzeczywiście przyjeżdżają kobiety i dzieci, szukające schronienia do czasu powrotu do domu, a nie mężczyźni, których celem jest przygotowanie domu dla sprowadzenia w charakterze osadników bliższych i dalszych członków wielopokoleniowej rodziny.

Jeśli berlińska TAZ przejmuje się losem imigrantów nielegalnie przybywających z Białorusi, to nie kieruje się „liberalnym humanitaryzmem”, lecz ma na uwadze własny interes, jakim jest destabilizacja państwa (przynajmniej w tej postaci), instytucji znienawidzonej przez różnej maści lewaków, socjalistów, komunistów, anarchistów czy neobolszewików, którzy zawłaszczyli pojęcie ‘demokracja’. Nauczył ich tego Józef Stalin, dla którego wszystko inne to faszyzm.

Liberałowie wszystkich krajów łączą się pod tęczowym sztandarem, dopuszczając – nazwijmy to w fazie przejściowej – jako wyjątek zielony sztandar proroka, tak, jak Stalin zezwalał ma msze polowe w „ludowym” wojsku polskim. Ta faza przejściowa ma dopomóc w obaleniu chrześcijaństwa jako głównej przeszkody we wprowadzeniu rewolucyjnej ideologii lewicy. Uważa ona, zadufana w sobie i bogata, że im w tym pomoże, a potem sobie z islamem już poradzi. I tu się niewątpliwie myli. Zresztą jak zawsze.

Berlińska gazeta nie wspomina ani słowem o biurach podróży Łukaszenki, zarabiających krocie w pożądanej twardej walucie na bogatych osadnikach, zmierzających z Azji i z Afryki głównie do Niemiec, owej „Ziemi Obiecanej” co najmniej od chwili zaproszenia, wystosowanego pod ich adresem przez ówczesną kanclerz Niemiec, Angelę Merkel (a które w pewnej mierze zadecydowało o zmierzchu jej ery). Nie wspomina o tym, że tak zwane ucieczki migrantów (których nazywa bez uzasadnienia uchodźcami) odbywają się pod osłoną białoruskich organów bezpieczeństwa. Rozpowszechnia natomiast równie ckliwe, co fałszywe opowieści o „ludziach z Afryki i Azji” brutalnie traktowanych (jeśli udało się im przekroczyć granicę białorusko-polską) przez Polaków.

I tak z reguły trafiają oni – pisze TAZ – „na wiele miesięcy do jednego z około dziesięciu polskich obozów internowania. Chyba trudno o większą dyskryminację” – narzeka berliński organ neobolszewików. Na szczęście w tych „polskich obozach” nie są oni narażeni na napaść rasistów, do czego doszło wobec młodych Ukraińców ze strony muzułmanów w ośrodku dla uchodźców w Szwecji. Tę informacje jednak TAZ przemilcza, bo nie pasuje ona jakoś do „wolnościowej” linii gazety.

Te „polskie obozy” okazują się milsze, niż TAZ je maluje na użytek swych czytelników. Bo co to za „obozy”, skoro można do nich telefonować i przeprowadzać wywiady z „!internowanymi”. Jak na przykład z niejakim Miladem, migrantem z Iranu. Gazeta rozpisuje się o tym, że ów Milad od miesięcy przebywa już w „obozie internowania” w Lesznowoli, 25 kilometrów na południe od Warszawy. Od początku maja 23 migrantów przystąpiło tam do strajku głodowego. Protestują oni przeciwko warunkom w Lesznowoli i domagają się zwolnienia. Są w „obozie” od 7 miesięcy, do Polski przybyli ubiegłej jesieni przez Białoruś. Milad jest ich rzecznikiem – pisze TAZ.

O czym TAZ nie pisze, to o powodach przebywania Milada i towarzyszy w Lesznowoli. Ani o tym, że granicę przekroczył nielegalnie, nie starając się na terenie Białorusi w polskiej placówce konsularnej o wizę wjazdową. A trafić do Lesznowoli można jedynie na podstawie postanowienia sądu.

TAZ powołuje się na mało wiarygodne informacje OKO.press i Grupa Granica, instytucji o tym samym profilu politycznym, co i TAZ, która to gazeta utrzymuje zgoła, że uczestnikom głodówki zagraża śmierć.

A przecież – zwierza się gazecie TAZ Milad z Iranu który z 85 kilogramów wagi schudł do 65 („mimo, że jadłem”), „ludzie przyjechali tutaj dla lepszego życia. A teraz żyjemy w więzieniu”. Uczestnicy głodówki zastanawiają się nad rezygnacją z picia, „ale organizacje pomocowe nam odradziły ten krok”, opowiada Milad. I narzeka, że nie ma tam przymusowego odżywiania, strażnikom jest to obojętne, mówi. Jednego uczestnika głodówki przewieziono do szpitala w Grójcu, dodaje.

Uważa on, że mimo ograniczonego dostępu do informacji, wszyscy tu wiedzą, jak Polska postępowała w okresie minionych trzech miesięcy z przybywającymi tam „Ukraińcami/kami”. „Czym się oni od nas różnią? – pyta Milad. „Dlaczego nie zasługujemy na takie samo traktowanie? Czy to się tłumaczy? To pytanie stawiają tu wszyscy”.

Berliński TAZ mógłby na nie odpowiedzieć Miladowi. Ale nie chce. Woli obłudę. Powołuje się na „zielonego” (w istocie polityka PO) posła Tomasza Aniśkę, który zażądał dopuszczenia „niezależnych”, czyli lewicowych, psychologów do „obozu” w Lesznowoli, by mogli porozmawiać z uczestnikami strajku głodowego. Straż Graniczna – podaje TAZ – nie spełniła tego żądania, informując, że przebywający w ośrodku mają zapewnioną optymalną opiekę medyczną i psychologiczną.

Organizacja Grupa Granica ze zrozumiałych względów jest innego zdania. A TAZ rozpowszechnia niesprawdzone informacje, że od ubiegłej jesieni w lasach przy granicy polsko-białoruskiej umarło z wycieńczenia kilkudziesięciu „uchodźców”. Czytelnicy TAZ stawiają pytania: „Dlaczego nie uważa się Białorusi za bezpieczne państwo? Przecież przewozi ona nawet uchodźców swymi samolotami?” – pyta Alex Foley.

Zwraca on zarazem uwagę na niestosowność używania w Niemczech terminu ‘podwójna moralność’: „W Niemczech różnica między tym, co się mówi, co się myśli i co się rzeczywiści robi w związku z konfliktem na Ukrainie, jak głosi fama, trafiło już do leksykonów pod hasłem „podwójna moralność”. Najpierw powinniśmy pozamiatać pod własnymi drzwiami. Tylu „rusolubów” („Russenversteher”) co na niemieckojęzycznych stronach internetowych nie znajdzie się raczej w całej UE. To wstyd! Jak można to usprawiedliwić moralnie? Nie da się!”.

A czytelniczka VanessaH z kolei cytuje TAZ: „Ludzie przyjechali tutaj dla lepszego życia. A teraz żyją w więzieniu”. – I zauważa: „Nie wolno uchodźców z Ukrainy wrzucać do jednego worka z uchodźcami ekonomicznymi. Zagrożenie na Ukrainie jest realne i jako takie jest uznawane przez wszystkie sąsiadujące państwa. Kto poszukuje tylko dobrobytu, temu nie wolno narażać na szwank prawa azylu”.

Felieton Jana Bogatki pt. „Polskie obozy znajduje się na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

Aktualne komentarze Jana Bogatki do bieżących wydarzeń – co środa w Poranku WNET na wnet.fm.


 

  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jana Bogatki pt. „Polskie obozy” na s. 3 „Wolna Europa” lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022

Mam nadzieję, że tym skandalicznym festiwalem zajmie się prokuratura / Jolanta Hajdasz, „Kurier WNET” 97/2020

Protest Centrum Życia i Rodziny przed kinem Muranów w Warszawie, gdzie odbywał się festiwal filmów pornograficznych

Jest naukowo dowiedzione, że pornografia niszczy pewne obszary mózgu, działa dokładnie tak jak alkohol czy narkotyki, a oglądanie takich obrazów prowadzi do trwałych zmian neuronalnych.

Jolanta Hajdasz

Moralne barbarzyństwo

Chciałabym zwrócić dziś uwagę na istotną w mojej ocenie sprawę sprzeciwu wobec publicznej prezentacji pornografii, z jaką mieliśmy do czynienia w Warszawie za sprawą zorganizowanego w kinie Muranów pierwszego w naszym kraju festiwalu filmów pornograficznych. Organizatorzy nazwali go, co prawda, „festiwalem post-pornograficznym”, ale nie wolno mieć złudzeń, iż to jedynie słowny zabieg, mający dać swoiste alibi tym, którzy po prostu promują deprawację i obsceniczność, szukając w niej nieistniejących wartości, a maskując zło w najczystszej postaci, jaką ona ze sobą niesie.

Skandal i moralne barbarzyństwo to jedyne słowa, którymi można określić to działanie; nazywanie go „pseudoartystycznym” jest eufemizmem, który w tym wypadku nie oddaje istoty sprawy.

Dlatego chciałabym pogratulować i podziękować Pawłowi Ozdobie, prezesowi katolickiej organizacji Centrum Życia i Rodziny, która nagłośniła tę sprawę i zorganizowała publiczny protest przeciwko jawnej i publicznej promocji pornografii, przeciwko tej deprawacji i perwersji seksualnej. Media mainstreamowe nazwały ich oczywiście „fundamentalistami” i „katolickimi radykałami”, ponieważ nie można było nie zauważyć protestu – w dniu otwarcia pseudofestiwalu przed kinem organizatorzy protestu i wspierające ich osoby wspólnie odmówiły różaniec i litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko czystości. Zorganizowano również petycję do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego o powstrzymanie finansowania Kina Muranów i firmy Gutek Film z pieniędzy publicznych; przedsiębiorca otrzymał np. wsparcie finansowe w ramach programu rządowego z Polskiego Funduszu Rozwoju i wielokrotnie jego działania wspierał Polski Instytut Sztuki Filmowej. Pod petycją podpisało się ponad 10 tysięcy osób.

Głos sprzeciwu przeciwko organizatorom takich przedsięwzięć jak festiwal filmów pornograficznych jest ogromnie ważny bez względu na to, czy odpowiada nam stylistyka protestu. Wielokrotnie wśród katolików spotkałam się z opiniami, że myślą dokładnie tak samo jak modlący się na kolanach z różańcem w ręku na ulicy ludzie, ale nie chcą brać udziału w zgromadzeniu tego typu, bo to wygląda jakby modlący się byli niezrównoważeni emocjonalnie.

Chcę więc jasno powiedzieć, że taka postawa jest błędem i trzeba znaleźć w sobie odwagę do działania publicznego. W dzisiejszym świecie zdominowanym przez media trzeba działać błyskawicznie, chcąc zareagować na czas, a sama petycja w sieci zginie w morzu różnego rodzaju protestów i apeli, których dziesiątki trafiają do naszych skrzynek mailowych i naszych aplikacji każdego dnia. Wielki szacunek i wdzięczność dla Centrum Życia i Rodziny, które wzięło na siebie organizacyjny ciężar tego naprawdę ogromnie ważnego protestu.

Piszę o tym festiwalu, jakby był jakimś małym pokazem kilku filmów w jednym kinie. A to przecież było wydarzenie zorganizowane z ogromnym rozmachem.

Były to dziesiątki projekcji filmów, obudowane specyficznymi warsztatami promującymi wszelkie formy dewiacji i kontaktów seksualnych.

Dziś programy te znikają z Internetu i zapewne nie znajdziemy już łatwo informacji na ten temat, nie zobaczymy, ile kosztowały bilety na seanse i bilety umożliwiające udział w szkoleniach i warsztatach. Wydarzenia te są jednak z pogranicza działań przestępczych, pornografia, póki co, jest na szczęście zakazana, więc mam nadzieję, że z urzędu tym skandalicznym festiwalem zajmie się prokuratura.

Filmowy przemysł pornograficzny jest patologią na całym świecie, dotyka i niszczy psychikę nie tylko odbiorców, ale przede wszystkim twórców, aktorów i kobiety aktorki, bardzo często młode osoby nie zdające sobie sprawy z tego, w czym biorą udział i dlaczego. Mówiąc wprost – dorabianie ideologii do promocji skrajnie niebezpiecznych wzorów i postaw jest wyjątkowo szkodliwe. I oczywiście nie chodzi tylko o rozrywkę i zarabianie na niej pieniędzy.

Organizatorzy tego festiwalu filmów pornograficznych wyszli z założenia, że obecnie patriarchalny model społeczeństwa uniemożliwia jego rozwój. Dlatego konieczne jest upowszechnienie wśród opinii publicznej tego, że „pornografia może być czymś dobrym i akceptowalnym”, a by to przeprowadzić, najpierw trzeba zszokować opinię publiczną tak bardzo, aby w zasadzie obezwładnić ją swoimi postulatami i nie dopuścić do żadnej reakcji i odpowiedzi, a potem wszyscy się do tego przyzwyczają i będzie za późno na negację. Tak jest i w tym przypadku.

Jest naukowo dowiedzione, że pornografia niszczy pewne obszary mózgu, działa dokładnie tak jak alkohol czy narkotyki, a oglądanie takich obrazów prowadzi do trwałych zmian neuronalnych. Co więcej, pornografia silnie uzależnia i upośledza kontrolę zachowań seksualnych, a także wyzwala agresję. Ostatecznie kształtuje postawy negujące wartość rodziny i małżeństwa, często promuje proaborcyjne postawy i bezdzietność.

Pornografia stała się wielkim tematem tabu we współczesnym świecie. Coraz rzadziej mówi się o niej jak o przestępstwie, które ma swoje ofiary i tych, którzy na nich żerują. Festiwale kojarzą się, póki co, z czymś pozytywnym, udział w nich jest dla twórców i odbiorców swego rodzaju nobilitacją, więc organizowanie takich przedsięwzięć, jak festiwal filmów post-pornograficznych w Warszawie, idealnie wpisuje się w postawę wspierania czegoś skrajnie niemoralnego i szkodliwego. Warto pamiętać, że są filmy, które można oglądać jedynie z zamkniętymi oczami.

Post Pxrn Film Festival Warsaw (pisowna oryginalna) to pierwszy w Polsce festiwal filmów postpornograficznych. Odbył się w dniach 7–12 czerwca br. w Warszawie. Miejscem pokazów filmów było kino Muranów. W programie festiwalu znalazło się 250 filmów (długo- i krótkometrażowych), według organizatorów imprezy „podejmujących temat cielesności i seksualności na wiele różnych sposobów”. Festiwalowi towarzyszyło szereg warsztatów (większość darmowych, były też biletowane, cena 100 zł/wejście). Ich tematy to m.in przyjemność jako realizacja praw, budowanie tożsamości w kontrze do heteronormy, otwarcie na dotyk i bliskość, niestandardowe techniki seksualne, przekraczanie i rozumienie naszych wewnętrznych tabu, oswajanie transpłciowości, savoir-vivre wobec osób transpłciowych i niebinarnych, warsztaty dla mężczyzn i osób z doświadczeniem funkcjonowania jako facet pt. „Męska czułość”, czyli warsztaty z dotyku i bycia z innymi mężczyznami, czy „Grzeczna już byłam” – warsztaty i promocja książki promowane jako „erotyczna burzy mózgów (i cipki!) [pisownia i interpunkcja oryginalna] wokół kwestii: „Czyje jest kobiece ciało?”, „Ten świat potrzebuje kobiecych orgazmów!”, „Zakochaj się w swojej cipce!”, „Koniec zawstydzania kobiet za sprawianie sobie przyjemności!”.

Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Moralne barbarzyństwo” znajduje się na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022.

 


  • Lipcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Jolanty Hajdasz pt. „Moralne barbarzyństwo” na s. 2 lipcowego „Kuriera WNET” nr 97/2022

Polak walczący w Anglii o opiekę nad córką: instytucje brytyjskie sprzyjają niszczeniu więzi rodzinnych

W Wielkiej Brytanii nie mam żadnych szans, tak jak inni biali, silni mężczyźni, którzy podobnie jak ja nagle, z dnia na dzień, po fałszywych oskarżeniach realnie tracą prawo do swoich dzieci.

Aleksandra Tabaczyńska

Walczę o kontakt z córką. Moim marzeniem jest powrót na stałe do Polski, bo Anglia nie jest dobrym miejscem na wychowywanie dzieci. Pragnę, by córka była wychowywana zgodnie z kulturą słowiańską, chrześcijańską, a nie neutralną multikulti, która nie ma żadnych korzeni i w moim pojęciu jest systemem neutralizowania, wręcz niszczenia osobowości.

Pragnę przejąć opiekę nad dzieckiem, bo żona w mojej ocenie źle ją sprawuje. Od naszego rozstania, czyli od dwóch lat, ma już trzeciego partnera. Pomimo to nie jest moim celem ograniczanie kontaktów dziecka z matką, bo wiem, jak ważne jest mieć oboje rodziców.

Moje relacje rodzinne mogą wydawać się pogmatwane, ale życie bywa skomplikowane. Nie byłoby tej krzywdy, tej rozpaczy, gdyby obojgu rodzicom zależało na dobru dziecka i na sobie nawzajem. Niestety ofiarą problemów dorosłych stała się moja córka, a ja w swojej bezradności wobec brytyjskiego prawa pukam do drzwi wielu instytucji w Anglii i w Polsce, głęboko wierząc, że uda mi się uratować własne dziecko. (…)

Dzięki temu, że jestem w związku formalnym z matką dziecka, wpisano mnie do aktu urodzenia. Córka ma paszport polski, polski dowód osobisty, zarejestrowana jest u lekarza w Polsce, a nawet zapisana do przedszkola. Zameldowana jest również w Polsce, ponieważ mam w Polsce własne mieszkanie i mam dokąd wracać.

W związku z brexitem Polacy pracujący i uczący się na terenie Wielkiej Brytanii często mają dwa obywatelstwa, ja również; córka ma obywatelstwo polskie i filipińskie, a żona tylko filipińskie. Chciała otrzymać kartę stałego pobytu, ale osoby spoza Unii Europejskiej bardzo długo na nią czekają.

Krytyczny dzień

W Anglii zachowanie żony diametralnie się zmieniło. To były czasy covidu, obcięto nam zarobki o połowę. Pracowałem też w domu. Chętnie opiekowałem się dzieckiem, chodziłem na plac zabaw, spacery. W mojej ocenie mieliśmy wszystko, co jest potrzebne, choć bez zbytku. Żona miała pretensje, że za mało zarabiam, zaczęła straszyć, że mała nie jest moim dzieckiem, domagała się pieniędzy za urodzenie dziecka. Pretensje narastały. 31 lipca 2020 roku doszło do poważnej kłótni między nami. Mieszkaliśmy w Leicester, był zakaz wychodzenia z domów, zarabiałem tyle, że mogłem utrzymać dom. Rozpoczęła się przepychanka słowna między nami. Córka zaczęła płakać, moja żona nie reagowała. Poprosiłem, żeby zajęła się małą, a ja poszedłem po zabawki dla niej. Gdy wróciłem, żona nagle mnie uderzyła. Potem drugi raz. Wszystko w obecności dziecka. Dosłownie wydrapała mi skórę – mam na to obdukcję. Byłem bardzo mocno pokaleczony. Zadzwoniłem na policję, że potrzebuję pomocy, a moja żona zrobiła to samo. Do tego strasznie zaczęła krzyczeć i uderzać w ścianę, choć mnie już nie było w pokoju – uciekłem na górę. Pamiętam tylko płaczącą córkę, do której nie mogłem podejść ze względu na rozjuszoną matkę. Wtedy widziałem ją ostatni raz. (…)

Moja żona powieliła schemat. Zresztą jest to typowe zachowanie filipińskich kobiet. Wykorzystują mężczyzn z Europy Zachodniej, między innymi Polaków, i gromadzą majątki, szantażując ojców swoich dzieci. Są nawet strony internetowe, które informują, jak opuścić faceta w Anglii, skorzystać ze środków finansowych przeznaczonych dla samotnych matek i wejść w system dla ofiar przemocy (Victim Abuse).

To pozwala tym kobietom zostać w Anglii, pobierać zasiłki i czekać na status emigrantki. Gdy ten status osiągną, mogą sprowadzić kogoś ze swojej rodziny. Moja żona, która nigdy nie pracowała w Anglii, nie płaciła żadnych podatków, po tym zdarzeniu dostała darmowego prawnika, mieszkanie z wyposażeniem, pieniądze i pełną opiekę medyczną dla siebie i córki.

Nie mam żadnego wyroku, nie odebrano mi praw rodzicielskich, a jednak moja żona zdołała w majestacie prawa zabronić mi spotykania się z córką. Ma już trzeciego partnera w ciągu dwóch lat. A ja muszę się godzić na to, że córka jest zmuszona przyzwyczajać się do kolejnych „wujków”. Obecny sposób życia żony jest, w mojej ocenie, a także w ogólnie przyjętym systemie wartości, niemoralny. I chodzi mi wyłącznie o dziecko, które nie ma zapewnionej stabilizacji emocjonalnej, a przecież ma ojca. Jak wszystkie te doświadczenia, brutalne pozbawienie rodzica, przełożą się na jej dorosłość?

Moja żona korzysta na tej sytuacji finansowo. Tu nie ma żadnej miłości, jest cyniczne wykorzystanie dziecka i mnie.

Jednego syna zostawiła na Filipinach pod opieką swoich rodziców i zabroniła mu spotykać się z ojcem, ojcem drugiego dziecka jestem ja i mnie również odgrodziła, ale już na terenie Anglii. Być może pojawi się i trzecie, którego ojcem będzie obywatel Wielkiej Brytanii, a ona dostanie paszport brytyjski, o który jej tak naprawdę chodzi.

Moje obserwacje

Mówię to z własnego doświadczenia: instytucje brytyjskie sprzyjają niszczeniu więzi rodzinnych. W założeniu mają chronić rodzinę, ale pojętą specyficznie, bo ojców się poniża i terroryzuje. Przeciętnie zarabiający ojciec nie jest w stanie wynająć takiego prawnika, który zapewniłby mu choć szansę na podjęcie walki o dziecko. Przecież żeby zapoznać się ze sprawą i dokumentacją taką jak moja, potrzeba przynajmniej 20 godzin. Przeciętnie zarabiającego w Anglii Polaka stać na opłacenie zaledwie trzech godzin. Osobiście znam ojców, którzy potracili całe majątki, walcząc o prawo do spotkań ze swoimi dziećmi. Znam takich, którzy stali się bezdomnymi, bo angielskie instytucje wyrzuciły ich z domu, zostawiając w nim matkę z dzieckiem. Tu chodzi przecież o życie. Życie nie tylko dziecka, ale także rodzica i całą przyszłość rodziny.

Przed brexitem nas straszono, że jeśli nie przyjmiemy brytyjskich paszportów lub tzw. statusu osiedleńca, obojętnie jak długo tu mieszkamy, to stąd wylatujemy. I nie liczą się nasze dotychczasowe paszporty, świadectwa, certyfikaty. Ludzie podporządkowali się i w tym momencie stali się niewolnikami.

Konsulat i ambasada, jeśli chodzi o dzieci, są w mojej ocenie kompletnie bezradne. Chińskiego czy rosyjskiego dziecka angielski system nie ruszy, ale jeśli chodzi o Polaków, to nie mają żadnych przeszkód.

Jedynymi osobami, na które rodzice w moim położeniu mogą liczyć, są polscy ministrowie Michał Wójcik i Sebastian Kaleta. I tu chciałbym wyrazić wdzięczność i podziękowanie obu Panom. Są oni ostatnią nadzieją ojców walczących o swoje dzieci na terenie Anglii. (…)

Wśród tutejszych kobiet modna jest trójka dzieci z trzema facetami, najlepiej z trzech różnych kontynentów. Tutaj ludzie nie stawiają na edukację, nie stawiają na rodzinę, na spacery z dzieckiem. Najlepiej pracuj, w weekend wypij i zabaw się z kilkoma dziewczynami, a dzieckiem, które może się przecież urodzić po takich zabawach, też się nie przejmuj. Odwiedzisz je w sobotę lub niedzielę, jeśli ci pozwolą.

Rafał M., 42 lata, wykształcenie wyższe, przez wiele lat czynnie uprawiający sport (zapasy, bieganie oraz siłownia), jest ojcem pozbawionym od dwóch lat kontaktu z obecnie czteroletnią córką. Pracuje w bibliotece na terenie Anglii. Redakcja zapoznała się dokumentacją opisanej sytuacji.

Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Oczami ojca” znajduje się na s. 8 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 96/2022.

 


  • Czerwcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Oczami ojca” na s. 8 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 96/2022

Rosja zawsze kogoś oswabadzała, rzekomo odzyskiwała ziemie rdzennie ruskie / Zygmunt Zieliński, „Kurier WNET” nr 96/2022

Gdy chodzi o znajomość Rosji w zachodnim społeczeństwie, a zwłaszcza w wiodących jego kręgach, nic się do dzisiaj nie zmieniło. Cynizm Zachodu wtedy i dziś po prostu inaczej się wyrażał.

Zygmunt Zieliński

„Herbatka u Stalina”, herbatka u Putina?

Agresja Putina na Ukrainę po raz kolejny, nie wiadomo już który, pokazuje indolencję, zdawałoby się niepodważalnych, autorytetów, w których rękach leży bezpieczeństwo Europy, a nawet świata, gdyż w przypadku roku 1939 agresja lokalna wznieciła konflikt światowy. I kolejny raz te autorytety okazują się niewydolne, kierujące się tchórzliwym asekuranctwem, bliżej światu nie znanym splotem interesów, zawinionym brakiem rozeznania, a wreszcie po prostu małością charakteru osób pretendujących do przywództwa, jeśli nie światowego, to w każdym razie europejskiego. Ich karygodna postawa kosztuje tysiące niewinnych ofiar. Ale interesy, kalkulacje polityczne i zajmowanie stołków przez zwykłych wałkoni przeważa nad wszystkim innym. Tylko dlatego mogą istnieć takie indywidua jak Hitler, Stalin, Putin i wielu mniejszych rzezimieszków.

Na antenie Radiowej Jedynki minister funduszy i polityki regionalnej, Grzegorz Puda, powiedział: „Liczymy na to, że Francja otrzeźwieje, ponieważ polityka prokremlowska, proputinowska doprowadziła do sytuacji, w której Francja jest właściwie jednym z tych krajów, który odpowiada za to, co się dzieje na Ukrainie. Nie spodziewam się wielkich zmian, ale wierzę w to, że zmienić się zawsze można”.

Minister spraw zagranicznych Rosji, Siergiej Ławrow, oświadczył, że Moskwa „nie pozwoli nikomu” poróżnić jej z Niemcami, a stosunki rosyjsko-niemieckie stanowią jedną z najważniejszych osi „budowy nowej Europy”. Stwierdził też wobec audytorium akademickiego, że: „Rosyjsko-niemieckie pojednanie jest jednym z najważniejszych czynników w dziele budowy nowej Europy i nikomu nie pozwolimy wbić klina między nasze narody”.

Z kolei Putin w swym artykule napisał m.in.: „Moskwa nie pozwoli, by historyczne rosyjskie ziemie i ich bliscy Rosji mieszkańcy byli wykorzystywani przeciwko niej. Ci, którzy będą próbowali prowadzić taką politykę, zniszczą swój kraj. Tymczasem możliwa i pożądana jest dobrosąsiedzka współpraca na wzór relacji niemiecko-austriackich czy stosunków amerykańsko-kanadyjskich – państw podobnych etnicznie, z tym samym językiem, ściśle zintegrowanych i suwerennych”.

Polska zawsze była dla Rosji, zwłaszcza dla ZSRR, specjalnym zjawiskiem. Wiele na to składało się okoliczności, m.in. żywy katolicyzm, tak samo żywa tradycja I Rzeczypospolitej, mocno zakorzeniona we wszystkich warstwach narodu polskiego świadomość, że Rosja jest dalekim od wartości europejskich, imperialistycznym, wyzbytym z podstawowych zasad moralnych, żądnym nieustannej grabieży i okrutnym reżimem. Jego produktem było niewolnictwo własnych obywateli i ujarzmionych nacji.

Nic więc dziwnego, że w retoryce putinowskiej Polska jawi się również jako imperium, choć słabsze, ale w jego przekonaniu równie nastawione w stosunku do Ukrainy na przymusową polonizację i prozelityzm katolicki. Najbardziej zabawna jest teza, że przyłączenie części Ukrainy do Rosji w XVII wieku stanowiło „akt demokratycznie wyrażonej woli po obu stronach”.

Można rozumieć, że historiografia rosyjska nie wyzbyła się (jeszcze) poglądu na dzieje obowiązującego w Sowietach, ale mówienie o „demokratycznie wyrażanej woli”, i to obustronnie, czyli także przez ujarzmionych, wzbudza raczej rozbawienie niż chęć do dyskusji.

Rosja zawsze kogoś oswabadzała, rzekomo odzyskiwała ziemie rdzenne ruskie, była wzywana z bratnią pomocą. Jakżeby inaczej? I zawsze za tym wyzwoleniem szedł Sybir, knut, zniewolenie. Do tego doszło podczas zaborów ziem Rzeczypospolitej. Tyle, że w tym przypadku nie udało się narzucić umysłom „demokracji” rodem z Kremla. I tu tkwi cały problem. Rosja jest tego świadoma, podobnie jak przekonana, że Ukraińcy rozpłynęli się w roztworze, w jakim od wieków unicestwiała ich Moskwa. Stąd dziś takie tam zdziwienie, iż jest inaczej.

Putin nie jest w gruncie rzeczy żadnym mężem stanu. Jest wytworem dawnej – stalinowskiej, bo nawet nie carskiej – machiny śmierci. Chce jednego: zniszczyć Ukrainę i wytępić tych, którzy pozostali po Wielkim Głodzie.

Zachód stoi wobec takiej właśnie rzeczywistości. I tu rodzi się problem. Kanclerz Scholz dopiero 9 maja powiedział, że Rosja nie może zwyciężyć w Ukrainie, ale ile trzeba było czasu, by wyciekło z niego stare prusko-bismarckowskie myślenie, kiedy sklecana w 1870/71 roku przez Bismarcka Rzesza, w niczym dawnej nie przypominająca, a będąca rozbudowanym folwarkiem pruskim, podpierała się Rosją z wzajemnością, gdyż oba te twory, powstałe z zaborczości, przemocy i gwałtu wobec ujarzmionych narodów, mogły do czasu zapewnić sobie w Europie i w świecie bezkarność? I Niemcy, i Rosja budowały swą egzystencję na imperializmie, i dlatego po chwilowym intermezzo wrogości w czasie I wojny światowej znowu szukały zbliżenia, a antykomunistyczna retoryka Hitlera nie przeszkadzała ani jednej, ani drugiej stronie w budowaniu machiny zagłady, często w mniej lub bardziej otwartej współpracy. Do zderzenia tych dwóch imperializmów musiało dojść.

Zachód musiał wybierać między diabłem a Belzebubem. Poparł diabła, doskonale wiedząc, kogo popiera, ale priorytetem tegoż Zachodu po wojnie była odbudowa Niemiec, które w Europie uznano za jeden z istotnych bastionów obrony Europy przed inwazją imperializmu sowieckiego.

Tego nie rozumiała szeroko pojęta społeczność zachodnioeuropejska, dla której Sowiety stanowiły w równej mierze straszak syberyjski – gułag, co jutrzenkę wolności.

Sam widziałem w 1972 r. na Zachodzie niedowierzanie, z jakim przyjmowano książki Sołżenicyna, jak bezmyślna młodzież akademicka obnosiła się z bolszewickimi emblematami i wyrażała w hałaśliwy sposób tęsknotę za komunistycznym rajem, gdzie, jak sądzili, nie będzie obłudy pokolenia ich rodziców, ale zapanują braterstwo i wolność. Dla tych ludzi Wielka Czystka, Wielki Głód, Archipelag Gułag – to nic innego jak propaganda wrogów Kraju Rad. Tego kraju w równym stopniu się bano, jak go podziwiano. Przed wojną mnóstwo intelektualistów z pierwszych stron gazet nie tylko dało się zwieść, ale też żadna zbrodnia Stalina nie zdołała tych ludzi otrzeźwić.

Wymowną ilustracją tego stanu rzeczy jest dramat Ronalda Harwooda Taking Tea With StalinHerbatka u Stalina – ukazujący Bernarda Shawa, który w 1931 r. w towarzystwie przyjaciół, Nancy i Williama Waldorf Astor, odwiedził Moskwę.

Obłęd zachwytu nad komunizmem ogarnął zachodnią śmietankę kulturalną. W latach 1923–1924 powstały pierwsze towarzystwa przyjaciół Rosji Radzieckiej. Znajdujemy tam takie osoby, jak: Herbert Wells, Henri Barbusse, Rabindranath Tagore, Romain Rolland, Tomasz Mann, Albert Einstein. Najgłośniejszy był jednak Shaw.

Nie można sobie wyobrazić, że ci ludzie odcięci byli od prawdy o komunizmie sowieckim. Oni po prostu zasłonili sobie oczy i uszy, nie chcieli znać prawdy. I gdy chodzi o znajomość Rosji w zachodnim społeczeństwie, a zwłaszcza w wiodących jego kręgach, nic się do dzisiaj nie zmieniło. Może jedno: zamykanie oczu na to, czym jest Rosja, dziś dla wielu może być opłacalne, wtedy – nie. Cynizm Zachodu wtedy i dziś po prostu inaczej się wyrażał. Jak by to zilustrować w sposób, żeby nawet najgłupszy polityk i najbardziej zacofany sympatyk „modernizacji” świata w kierunku nowych „wartości: europejskich”, jak np. pan Verhofstadt, to zrozumiał?

Ołeksij Melnijk, dyrektor ds. stosunków zagranicznych i programów bezpieczeństwa międzynarodowego Centrum im. Razumkowa sądzi, „że nie jest za późno, by przywódcy Zachodu udali się Kijowa”. I dalej stwierdza, że „Putin ma tylko jeden cel: zniszczyć państwo ukraińskie”. Czy mu to się uda? „To będzie zależało od nas wszystkich, a przede wszystkim od naszej armii. I oczywiście od tego, czy wreszcie obudzą się nasi zachodni partnerzy”.

Otóż trzeba sobie jasno powiedzieć, że „zachodni partnerzy” dawno powinni się obudzić i wcale tego nie czynią. Kunktatorstwo tak bardzo przypomina to z 1939 roku, że co rozsądniejsi ludzie słusznie się obawiają, iż banda niedowarzonych „polityków”, tym razem Unii Europejskiej, woli wygniatać stołki na bezsensownych konferencjach, komisjach, aniżeli wyciągnąć rękę, by wspomóc ludzi poddanych ludobójstwu przez kolejnego wariata, megalomana i nacjonalistę najpodlejszego gatunku. Tak było, kiedy w 1938 r. obłaskawiano Hitlera, dając mu Czechy na pożarcie, rok później Polskę, a wreszcie wariat podpalił świat, a „elita” zachodnia musiała jednego ludobójcę – Stalina – zbroić, by pożarł swego niegdysiejszego kompana, z którym na spółkę dokonali rozbioru Polski.

I to właśnie Polska zapłaciła za tę brudną politykę demokratycznego Zachodu, bo zamiast wyzwolenia – które za takowe uznali tylko polscy komuniści – narzucono jej kryptookupację, tym gorszą od zwyczajnej, że dokonano jej rękoma zdrajców i różnego rodzaju szumowin. Tusk i popłuczyny partii Witosa nie wyzbyli się serwilizmu wobec Rosji, co w kontekście tragedii smoleńskiej zawstydzało każdego ceniącego honor narodowy Polaka.

Potępiano w Norymberdze ludobójstwo, ale zarazem, dla przypodobania się ludobójcy, zakazano Polakom nosić żałobę po zbrodni dokonanej w Katyniu. Zakazano w imperium sowieckim i na demokratycznym Zachodzie. Co więcej, dozwolono, by do zbrodni katyńskiej dołączono po wojnie zbrodnię na najlepszych Polakach, którzy nie pogodzili się z niewolą sowiecką.

To są doświadczenia nie wymagające żadnych komentarzy. Współcześni zdrajcy, pełniący rolę posłów lewicy polskiej w PE, wspomagający szalbiercze wysiłki prominentów unijnych, by Polskę i inne kraje wtłoczyć w kolejny kaftan niewoli, narzucając przez nikogo nieprzewidywaną postać Unii Europejskiej, gdzie nawet ślady własnej tożsamości, wyznawanej idei, światopoglądu i historii pójdą na śmietnik, pełnią znowu, jak ongiś Związek Patriotów Polskich wykreowany przez Stalina, haniebną rolę sprzedawczyków kraju, którego nie powinni nazywać Ojczyzną. To, rzecz jasna, satysfakcjonuje budowniczych pogańskiej, wydanej na żer takich osobników jak Putin i wyuzdanej Europy.

Kto temu sekunduje? Może nie tyle politycy, przynajmniej ci, co już zdołali oprzytomnieć.

Ale jest pewna kategoria ludzi, takich jak wtedy na herbatce u Stalina, którzy nigdy nie zmądrzeją. To tacy właśnie zwrócili się do kanclerza Scholza, by nie dostarczał broni Ukrainie, bo niby zagrożone jest zdrowie i zmiany klimatyczne.

Taki list otwarty wystosowało do kanclerza Scholza 28 aktorów, dziennikarzy, artystów, oczywiście z panią Alice Schwarzer, ikoną niemieckiego feminizmu na czele. A po owocach ich poznacie ich.

Dla wielu przedstawicieli kultury kultura to mącenie ludziom w głowach, frustracja, megalomański egoizm – wszystko, tylko nie uczciwa służba społeczeństwu. Takich nie brak i u nas. Oni właśnie stanowią pożywkę dla gangreny, jaka toczy społeczeństwa, w których jak ryby w wodzie czują się ludzie tego pokroju, co Hitler, Stalin, Putin. Obecnie po jednej stronie stoją sfrustrowani i ospali, zapatrzeni we własną wygodę politycy Zachodu, a z drugiej – na razie jeden gotowy na wszystko podżegacz wojenny. Tzw. ludzie kultury dają tylko wyraz swojej frustracji, jak kiedyś defetyści. Hitler kazał takich wieszać. Ci współcześni często traktowani są jak święte krowy, mogą bóść i brudzić, bo mają jakiś immunitet.

Putin jest groźny nie dlatego, że dysponuje jeszcze sporą ilością mięsa armatniego, ale dlatego, że to mięso pcha mu się samo w maszynkę do mielenia. Bo jest ono tak wychowane, do tego przywykłe. Kiedyś nawet w łagrach śpiewali: „Za Stalinu, za rodinu”… Po jego śmierci płakały nawet sieroty po Wielkim Głodzie i Wielkiej Czystce. Bo taka jest Rosja.

I jeśli ci „praworządni” unijni Europejczycy chcą naprawdę pozbyć się swej głupoty i pomyśleć choćby tylko o własnym bezpieczeństwie, to niech się zaczną uczyć Rosji, a póki co, szykuje się nowa Norymberga. Chyba, że Zachód skapituluje i podobnie jak kiedyś Stalin był jednym z sędziów nad ludobójcami, tak dziś może być i Putin, niezależnie kogo wymorduje – Ukraińców czy każdego, kogo w swej niszczycielskiej furii dopadnie.

A tymczasem w Brukseli będą nadal majaczyć o polskiej niepraworządności, o tym, jak oskubać (ogłodzić) Polskę z tego, co jej się należy, a może nawet o armii europejskiej dla pacyfikacji niepraworządnych Polaków. Węgrów mają z głowy, więc tym łatwiej pójdzie. Na Ukrainie jest hasło: Slava Ukraini! Dla symetrii w Brukseli – Sława głupocie!

Artykuł Zygmunta Zielińskiego pt. „»Herbatka u Stalina«, herbatka u Putina?” znajduje się na s. 13 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 96/2022.

 


  • Czerwcowy numer „Kuriera WNET” można nabyć kioskach sieci RUCH, Garmond Press i Kolporter oraz w Empikach w cenie 9 zł.
  • Wydanie elektroniczne jest dostępne w cenie 7,9 zł pod adresami: egazety.pl, nexto.pl lub e-kiosk.pl. Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
  • Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
  • Wydania archiwalne „Kuriera WNET” udostępniamy gratis na www.issuu.com/radiownet.
Artykuł Zygmunta Zielińskiego pt. „»Herbatka u Stalina« – herbatka u Putina?” na s. 13 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 96/2022