Manosfera. Czy ruch zbuntowanych mężczyzn przejmie rolę feminizmu? / Łukasz Burzyński, „Kurier WNET” nr 65/2019

Feministki nie garną się do oddania monopolu na rolę ofiary w opresyjnym społeczeństwie. Mężczyźni w narracji lewicowej kojarzeni są z patriarchatem i z założenia mają się jawić jako źródło opresji.

Łukasz Burzyński

Manosfera – miejsce nowej rewolucji?

Twórca ruchów męskich

Druga połowa lat 60. ubiegłego wieku. Warren Farrell przeprowadza się wraz z żoną Ursulą do Nowego Jorku, gdzie dołącza do Międzynarodowej Organizacji na Rzecz Kobiet. W organizacji feministycznej zajmuje bardzo wysokie stanowiska, aż czterokrotnie zostaje wybrany na jej przewodniczącego w USA. Staje się ulubieńcem feministek.

Wspominał później: „Bez przerwy pytały mnie :»Jak możemy cię sklonować?« Na imprezach przyprowadzały do mnie swoich mężów i chciały, żebym nauczył ich, jak mają się zachowywać”. Farrell rzeczywiście był wymarzonym mężem – kochającym i wspierającym żonę w karierze matematyczki, pracownicy IBM. Oboje chętnie pozowali do zdjęć. Na jednym z najbardziej znanych Warren zajmuje się przygotowaniem posiłku, a Ursula czyta gazetę, co na tamte, jeszcze mocno patriarchalne czasy, było obrazem rzadkim. Po dziesięciu latach małżeństwo rozpadło się. Sam Farrell tak o tym opowiadał: „Zapytałem ją kiedyś, z jakim mężczyzną by się związała, gdybym umarł. Odpowiedziała, że obecnie łączy ją więź z kolegą z pracy. Wtedy wziąłem głęboki oddech”. Innym razem na pytanie, czy wolałaby mężczyznę o wysokim statusie społecznym i mocnym charakterze, pod warunkiem, że zostałaby w domu, czy mężczyznę równego jej statusem, odpowiedziała, że tego pierwszego – czym miał być głęboko zawiedziony.

Jak sam twierdzi, po rozstaniu z Ursulą doszedł do wniosku, że społeczeństwo zajmuje się tylko kobietami, powstaje dużo badań i prac naukowych o tym, jakie są one pokrzywdzone, a nie wspomina się o krzywdzie mężczyzn.

Następnie napisał serię książek o sytuacji mężczyzn we współczesnym świecie, m.in. Mit męskiej władzy, Czy feminizm dyskryminuje mężczyzn?. Dziś uznaje się go za „ojca ruchu mężczyzn”, który od czasu jego pierwszych manifestów ewoluował w różne odłamy – od mizoginistycznych po takie, które utożsamiają się z ideą feminizmu.

Pokrótce o ruchu mężczyzn

Czym jest ruch mężczyzn? Przede wszystkim kojarzy się ze stowarzyszeniami i fundacjami walczącymi o opiekę nad dziećmi po rozwodach i separacjach. W Polsce działają od lat m.in. Fundacja Ojców Pokrzywdzonych przez Sądy, Stowarzyszenie Obrony Praw Ojca i Dziecka czy Dzielny Tata. Te organizacje śmiało można zakwalifikować do ruchu mężczyzn, choć poruszają się one w wąskim obszarze zagadnień. Można postawić więc tezę, że ruch mężczyzn w życiu społecznym istnieje od dawna.

Od kilku lat na forach internetowych pojawia się jednak zupełnie nowe zjawisko, oparte na aksjomatyce demoliberalnej, czy inaczej rzecz nazywając – emancypacyjnej.

Zjawisko to w zachodnich społeczeństwach zostało naznaczone piętnem faszyzmu, mizoginizmu i wszelakiego zła, choć trzeba uczciwie przyznać, że głosami tych samych osób, które faszyzmem nazywają zgoła wszystko, co nie zgadza się z przyjętą przez nie wizją świata.

Ruch ten jest zróżnicowany. O ile w internecie dominują głosy bardzo niechętne kobietom, o tyle bardziej intelektualne formy ruchu mężczyzn nie sprzeciwiają się nawet feminizmowi trzeciej fali. Jeśli idzie o konkretniejszą definicję, należałoby go zdefiniować jako walkę o… równe traktowanie kobiet i mężczyzn. Mężczyźni, którzy czują się dyskryminowani ze względu na płeć, wprowadzają te zagadnienia do debaty publicznej, głównie online, w tzw. manosferze, czyli luźnym zbiorze ruchów męskich, często powiązanych ze skrajnie prawicowym ruchem określanym ogólnym mianem alt-right. Najbardziej popularne fora to amerykański reddit czy polski wykop. Tworzą także kanały na Youtube, jak MGTOW (polskie: MGTOW Polska lub Radio Samiec), fejsbukowe blogi, jak Men’s Rights (Men’s Rights Polska) czy strony internetowe, np. samczeruno.pl i forum braciasamcy.pl. Definicja ruchu może wskazywać na kolejną roszczeniową grupę społeczną, która szuka powodu, by nazywać się uciśnioną. Dopiero po analizie ich postulatów można dojść do wniosku, że ruch mężczyzn to odpowiedź na feminizm.

Jest albo anarchistycznym (bo nieformalnym i niehierarchicznym) zrzeszeniem przeciw roszczeniowym postulatom tego środowiska kobiet, które zdaje się dyskryminować mężczyzn, albo uzupełnieniem feminizmu w postaci emancypacji mężczyzn, tak jak do tej pory zajmowano się emancypacją kobiet.

W książce The Boy Crisis autorstwa Warrena Farrella i Johna Graya przytoczono badania na temat przedwczesnej śmierci w 20 krajach OECD. Ich wyniki są bezwzględne. Autorzy stwierdzają, że „bycie mężczyzną to obecnie największy czynnik ryzyka przedwczesnej śmierci”. Słowo „obecnie” jest tutaj kluczowe, bo mężczyźni do 50. roku życia są dwukrotnie bardziej niż kobiety narażeni na przedwczesną śmierć; jest to więcej niż podczas II wojny światowej. Z szacunkowych badań Nesse’a wynika, że mężczyźni umierają coraz młodziej. Statystycznie codziennie w USA 150 pracowników ginie podczas wykonywania swojego zawodu, a średnio 92% z tych pracowników to mężczyźni.

Farrell i Gray postawili tezę, że to społeczna rola mężczyzny jest powodem takiego stanu rzeczy. Wpisuje się to oczywiście w lewicową teorię konstruktywizmu społecznego. Autorzy zauważyli, że to, co jest szczególnego w przypadku samobójstw mężczyzn, to rodzaj usprawiedliwienia i sposób samobójstwa, świetnie opisany na przykładzie Brada, uczestnika trzeciej misji w Afganistanie.

Brad wrócił do kraju w 2016 roku z pieniędzmi zapewniającymi jemu i jego rodzinie bezpieczny byt. Podczas wojny został dotknięty zespołem stresu pourazowego (PTSD) i po powrocie nie mógł odnaleźć się w rodzinie. Pewnego dnia wręczył żonie kwiaty, a dzieciom kupił najnowszy model PlayStation. Pożegnał się z żoną i wsiadł do starszego z dwóch samochodów rodzinnych, mówiąc, że jedzie na zakupy. Popędził krętą szosą i „wypadł” z niej na zakręcie nad przepaścią. Żona Brada przyznała później, że w momencie pożegnania była świadoma, co się może stać. Powiedziała: „gdy puszczały mu nerwy, zwykle mawiał, że nie jest wart więcej niż polisa na życie”. Upozorował wypadek samobójczy, by rodzina mogła dostać odszkodowanie, gdyż nie traktowano tego jako samobójstwa.

Podobnie bywa w większości przypadków samobójstw mężczyzn. Wielu z nich jest przekonanych, że więcej korzyści przyniosą swojej rodzinie martwi. Decydując się na zakończenie życia, bardziej niż o sobie myślą o tym, by na ich pieniądzach skorzystali najbliżsi.

Badania pokazują, że mężczyźni czują presję posiadania środków finansowych na utrzymanie siebie i rodziny, a ci ubożsi uważają się za bezwartościowych.

Podczas kryzysu finansowego w badanych krajach na każde 100 samobójczyń przypadało 154 samobójców. W 2015 roku, zaliczanym do okresu stabilności finansowej, na 100 samobójczyń przypadało już blisko 350 samobójców płci męskiej.

Autorzy książki zwracają uwagę na inny problem mężczyzn, głównie młodych: bigoreksję, czyli przesadną dbałość o własny wygląd. Przytoczyli przykład Jonathana, którego brat był mistrzem zapasów w szkole średniej. Kolega z drużyny miał porównać braci do tytułowych bohaterów filmu Bliźniacy z Arnoldem Schwarzeneggerem (zbliżonego wyglądem do brata Jonathana) i Dannym DeVito (tym miał być Jonathan). Jonathan robił więc wszystko, by już nigdy nie być postrzeganym jako niski słabeusz. Zaczął obsesyjnie trenować i przyjmować suplementy, później brać sterydy, a wkrótce ich nadużywać.

Sfeminizowane i dyskryminujące społeczeństwo?

Ktoś może zauważyć, że jako społeczeństwo zmagamy się z pewnym problemami cywilizacyjnymi i nie ma co dzielić ich na męskie i kobiece. Jednak prawdą jest, że wiele mówi się o nierównościach płacowych, parytetach płci, „kulturze gwałtu”, społecznej pozycji kobiet czy o ich – niekiedy absurdalnych – roszczeniach. Milczy się zaś o problemach płci męskiej.

Ruch mężczyzn zwraca uwagę na mało w Polsce znane pojęcie ginocentryzmu. Ginocentryzm to koncentracja społeczeństwa na płci żeńskiej i umniejszanie wartości mężczyzn.

W roku 2016, podczas tzw. czarnych protestów, posłanka Scheuring-Wielgus krzyknęła przez pomyłkę słynne zdanie „Dość dyktatury kobiet!”. Paradoksem jest, że w tym zdaniu nie ma już nic śmiesznego, bo pracuje się nie nad poprawą obecnego prawa, ale nad pogłębieniem dyskryminacji mężczyzn. Lewicowe partie w Polsce domagają się zniesienia domniemania niewinności w przypadku tzw. przemocy wobec kobiet. Mężczyzna oskarżony przez kobietę o przemoc byłby z urzędu skazywany na wyrzucenie z domu i izolację od dzieci, a nawet areszt. Takie prawo istnieje już w Hiszpanii, gdzie dochodzi do tego, że kobiety wzywają policję w przypadku większej sprzeczki, a mężczyzna nie ma szans się obronić. Należy też wspomnieć, że mężczyźni za identyczne przestępstwa jak popełnione przez kobiety dostają niemal zawsze wyższe kary. System zdecydowanie sprzyja kobietom także w kwestii podzielności majątku porozwodowego czy prawa do dzieci, nawet w przypadkach, gdy istnieje prawdopodobieństwo, że matka je zaniedbuje.

Badania (autorstwa Tindera) wskazują, że blisko 80% mężczyzn jest klasyfikowanych przez kobiety poniżej średniej atrakcyjności! To znaczy, że zdecydowana większość kobiet musi zadowolić się kimś, kogo ma za „mniej niż przeciętnego”. W konsekwencji kobiety mniej cenią swoich partnerów, a te bardziej niezadowolone częściej występują z pozwami o rozwód, co potwierdzają statystyki. W kwestii wartościowania partnerów warto dodać, że badania potwierdzają roszczeniową postawę kobiet w Polsce: „mężczyzna zaczyna się od 180 cm wzrostu i 6 tys. zł pensji” (cytat z jednego z portali opiniotwórczych), a atrakcyjniejsi dla nich są partnerzy z krajów zachodnich i egzotycznych.

„Geniusz” feminizmu polega na tym, że nawet nie-feministki i znaczna część mężczyzn przyjmuje narrację ginocentryczną.

Incele

Najjaskrawszym odłamem ruchu mężczyzn jest Incel. Termin ‘incel’ pochodzi z połączenia dwóch angielskich słów involuntary celibates – niedobrowolny celibat. Incele to członkowie internetowej subkultury, którzy definiują siebie jako niezdolnych do podjęcia romantycznego lub seksulnego partnerstwa. Przez intelektualistów nowolewicowych ich postulaty nazywane są użalaniem się nad sobą, standardowym rasizmem i faszyzmem, mizoginizmem, a nawet mizantropią, a opis ich działalności internetowej w lewicowo-liberalnej prasie polega na wyciąganiu z kontekstu obraźliwych komentarzy wobec kobiet i kategoryzowaniu inceli jako nienawistników.

Incele są przez neolewicowców błędnie charakteryzowani jako społeczność konserwatywna. Jednak uważają oni, że rozwiązłość seksualna jest zjawiskiem naturalnym i domagają się „sprawiedliwej dystrybucji” seksu, co w środowiskach konserwatywnych jest nie do przyjęcia. Z kolei nietrudno wyobrazić sobie, że w programie co bardziej postępowych partii lewicowych znalazłby się zapis o refundacji seksu dla 80% mężczyzn i 22% kobiet, opatrzony podanym wyżej wynikiem badań. Ba! Pomysł usuwania nierówności w dostępie do seksu nie jest czymś nowym nawet w Polsce. W 2013 r. jeden z posłów Ruchu Palikota, Armand Ryfiński, wypowiedział się m.in. w programie „Młodzież kontra”, iż jego ugrupowanie popiera pomysł refundowania – dosłownie – „talonów na prostytutki dla osób chorych i niedołężnych”. Jest to więc postulat oparty na aksjologii lewicowego materializmu, bazującego na dogmatach oświeceniowych, w żadnym wypadku konserwatywnych.

Incele to niechciane dziecko aksjologicznego porządku myśli lewicowej – tj. wyzwolenia seksualnego i równej redystrybucji. Dlaczego niechciane? Przede wszystkim – na lewicy siedzą już feministki, które nie garną się do oddania komukolwiek monopolu na rolę ofiary w opresyjnym społeczeństwie. Z drugiej strony, mężczyźni w narracji lewicowej kojarzeni są z patriarchatem, więc z założenia mają się jawić jako źródło opresji, nie jej ofiara.

Doskonały dżentelmen

Brak akceptacji społecznej, ale także empatii ze strony współideowego mainstreamu pcha młodych mężczyzn w kierunku ekstremizmu i terroryzmu.

„Bunt prawiczków” rozpoczął 22-letni Elliot Rodger – syn hollywoodzkiego reżysera. Wieczorem 23 maja 2014 r. w Isla Vista w Santa Barbara w Kalifornii zadźgał on nożem dwójkę swoich współlokatorów i ich kolegę. Następnie wsiadł do swojego bmw i pojechał do Starbucksa, gdzie zamówił kawę i wysłał wideo zatytułowane „Zemsta” na swój kanał na Youtube, a także e-mail do swojej psychoterapeutki, z 141-stronicowym manifestem o tytule Mój pokręcony świat. Kilka minut po wysłaniu e-maila Elliot zapukał do drzwi żeńskiego akademika. Nikt mu nie otworzył, więc wyjął pistolet i zaczął strzelać do przechodzących dziewczyn. Zabił dwie studentki. Znów wsiadł do bmw, ostrzelał kawiarnię, zastrzelił chłopaka, jadąc pod prąd taranował pieszych, strzelał do ludzi. W końcu przystawił sobie pistolet do głowy i pociągnął za spust. Oprócz siebie zabił 6 osób i ranił 14.

Elliot już wcześniej wysyłał szereg sygnałów alarmowych, np. deklarację „wojny przeciwko kobietom za to, że odmówiły mu seksu”; jednak nikt nie spodziewał się, że może dopuścić się masowego morderstwa. Wspomniany manifest „Mój pokręcony świat” zawiera opis jego życia, jego relacji z ludźmi, a przede wszystkim z dziewczynami. Film „Zemsta” wyjaśnia jego pobudki; oto fragment: „To niesprawiedliwe. Wy, dziewczyny, nigdy nie czułyście do mnie pociągu. Nie wiem, dlaczego wy, dziewczyny, nie czujecie do mnie pociągu, ale ukarzę za to każdą z was. To niesprawiedliwość, zbrodnia, ponieważ nie wiem, dlaczego nic we mnie nie widzicie. Jestem doskonały, a mimo to rzucacie się na tych wszystkich ohydnych facetów zamiast na mnie, doskonałego dżentelmena. Ukarzę was za to… [śmiech]. (…) Dziewczyny, jedyne, czego chciałem, to kochać was i być przez was kochanym. Chciałem mieć dziewczynę. Chciałem seksu. Chciałem miłości, czułości, adoracji. Myślicie, że nie jestem tego wart. To zbrodnia, której nie można wybaczyć. Skoro nie mogę was mieć, dziewczyny, zniszczę was… [śmiech]. Odmówiłyście mi szczęśliwego życia, w zamian ja odmówię życia wam. [śmiech]. Tylko tak jest sprawiedliwie”.

Elliot Rodger został potępiony przez wszystkie główne media w USA, jednak stał się idolem młodych mężczyzn na forach dla inceli. Co ważne, wcześniej latami uczestniczył w ich internetowych dyskusjach. Niedługo okazało się, że po masakrze w Isla Vista dokonano jeszcze aż sześciu zamachów z podobnych co Elliot powodów, a niektórzy sprawcy odwoływali się do ich prekursora. Trzy zamachy miały miejsce w zeszłym (2018) roku (Parkland w święto zakochanych, Toronto i Tallahassee), a ostatni w sierpniu tego (2019) roku (Dayton).

Mężczyźni podążający własną drogą

Jednak ruch mężczyzn to nie tylko młodzi, pogrążeni w ekstremizmie incele. To także mężczyźni po przejściach z kobietami, którzy twierdzą, że idealistyczne podejście do kobiet, do instytucji małżeństwa i roli społecznej mężczyzn jest dla nich krzywdzące. Mowa jest o ruchu MGTOW, akronimu utworzonego od słów Men Going Their Own Way (Mężczyźni obierający własną drogę): „MGTOW to antyfeministyczna, głównie internetowa społeczność, która zaleca mężczyznom oddzielenie się od społeczeństwa, które uważają za szkodliwe dla mężczyzn, a szczególnie unikania małżeństwa i współżycia heteroseksualnego. Społeczność występuje pod postacią stron internetowych i obecności w mediach społecznościowych w ramach tego, co jest szerzej nazywane manosferą. MGTOW dąży do skoncentrowania się na sobie samym, a nie na zmianie status quo poprzez aktywizm i protesty, co dla członków jest odróżnieniem ich od ruchu na rzecz praw mężczyzn”. (Wikipedia anglojęzyczna; polskojęzycznego odpowiednika tego hasła nie ma).

Można wyróżnić różne poziomy zaangażowania MGTOW: od samej świadomości tego, jak funkcjonuje sfeminizowane społeczeństwo, poprzez odrzucanie związków (np. „strajki małżeńskie”) po bierność gospodarczą i społeczną.

Społeczność MGTOW uważa, że istnieje systemowa, gynocentryczna stronniczość wobec mężczyzn, w tym podwójne standardy w roli płci, uprzedzenia wobec mężczyzn w sądach rodzinnych, brak troski o mężczyzn fałszywie oskarżonych o gwałt i brak konsekwencji prawnych dla ich oskarżycieli.

Szczególnie w Polsce MGTOW podkreśla problemy fałszywych oskarżeń o ojcostwo, które prowadzą do wyłudzania alimentów. W Polsce, żeby udowodnić ojcostwo, należy pobrać próbki DNA ojca, dziecka i… matki, na co ta ostatnia lub prokuratura może nie wyrazić zgody. Mężczyźni zwracają także uwagę na przemoc w rodzinach, przede wszystkim na fakt, że kobiety bardzo często stosują przemoc psychiczną w postaci manipulowania czy tzw. „cichych dni”. Te ostatnie zachowania kobiet są w społeczeństwie uznawane nie tylko za normę, ale nawet „urok kobiet” (sic!).

Pisząc o polskiej manosferze, nie wypada nie napisać o forum braciasamcy.pl, własności Marka Kotońskiego, youtubera (twórca kanału Radio Samiec) i autora kilkunastu książek o relacjach damsko-męskich, w tym m.in. Kobietopedia czy Co z tymi kobietami?. Jak stanowi 11. punkt regulaminu forum, „Czynny udział w dyskusjach na Forum mogą brać jedynie mężczyźni, kobiety mogą zamieszczać posty w wydzielonym dziale Rezerwat”.

Forum skupia ponad 7 tysięcy kont. Regularnie korzysta z niego około 500 użytkowników dziennie. O czym piszą forumowicze? Udzielają sobie porad, rozmawiają o swoich relacjach, seksie, bójkach, pieniądzach, problemach alimentacyjnych, środowiskowych, zdrowotnych i rodzinnych. Pojawiają się czasem zgryźliwe komentarze na temat kobiet, jednak zarówno regulaminowo, jak i w praktyce obrażanie jest zabronione i karane banicją. Forumowicze nie są też incelami.

Wojna płci – koniec czasów

Nowa lewica w swoich filozoficznych założeniach podważa monogamię jako metodę życia. Poligamia/poligynia towarzyszyła ludzkości przez wieki; jest naturalna wśród niektórych zwierząt, np. goryli. Wkraczamy tutaj w sferę barbarzyńskiej siły fizycznej, w której zwycięża najsilniejszy.

Nauka dowiodła, że społeczeństwa monogamiczne są dużo mniej konfliktowe niż te, które opierają się na walce o zaspokojenie potrzeb seksualnych. Zmieniające się wzorce kulturowe nie napawają więc optymizmem.

Zamęt, w którym jednostki nie potrafią identyfikować się z wzorcem społecznym, mogą doprowadzić do nieprzewidywalnych konsekwencji. Już dzisiaj widzimy w mężczyznach niechęć do obciążania się małżeństwem i rodzicielstwem; tym bardziej nie sprzyja temu pewność, że w razie problemów zostaną oni przez partnerki puszczeni z torbami.

Od lat konserwatyści powtarzają, że świat nieskończonej emancypacji runie. Jeśli mają rację, to czy początkiem rewolucji będzie manosfera?

Artykuł Łukasza Burzyńskiego pt. „Manosfera – miejsce nowej rewolucji?” można przeczytać na s. 15 listopadowego „Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 19 grudnia.

Artykuł Łukasza Burzyńskiego pt. „Manosfera – miejsce nowej rewolucji?” na s. 15 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 65/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Na czym polegają zasługi wobec ojczyzny według kolejnych rządów Polski. Refleksje po pogrzebie Kornela Morawieckiego

Pogrzeb Kornela Morawieckiego z jednej strony, a pogrzeby Kazimierza Świtonia i Wojciecha Jaruzelskiego z drugiej – pokazują lepiej niż wskaźniki ekonomiczne, czym różnią się rządy PiS od rządów PO.

Zbigniew Kopczyński

Kornel Morawiecki umarł w sam raz, by jego pogrzeb mógł mieć rangę państwową. W sam raz, by żegnać mógł go syn w randze premiera. W sam raz, by media szeroko omawiały jego dokonania i niezłomną postawę. Wśród komentujących jego odejście zdecydowaną większość stanowili doceniający jego dokonania. Wyjątkiem, raczej kuriozalnym, był zarzut zdrady ze strony byłego prezydenta, rytualnie nazywającego zdrajcami tych, którzy nie zdradzili. Chyba nikt nie potraktował tego poważnie. Ot, taki kompleks kapusia. Nie zauważyłem też zarzutu – a może przeoczyłem – że syn-premier funduje ojcu pogrzeb państwowy, choć to akurat prawda.

To premier decyduje, kto zasłużył na państwowy pogrzeb, a kto nie. Akurat Kornelowi to się należało jak mało komu. I dobrze się stało, że prezydent zdążył uhonorować go Orderem Orła Białego trzy dni przed śmiercią. Jeszcze za życia, ale co najmniej trzydzieści lat za późno.

A co byłoby, gdyby Kornel Morawiecki zmarł, powiedzmy, pięć lat wcześniej? Jak wyglądałby jego pogrzeb, jak byłby uhonorowany? Tu nie musimy gdybać. Wystarczy przypomnieć pogrzeb Kazimierza Świtonia. Było to w czasie rządów Platformy Obywatelskiej z Ewą Kopacz jako premierem.

Zmarł jeden z najbardziej zasłużonych ludzi opozycji antykomunistycznej. Człowiek, który miał odwagę sam jeden rzucić wyzwanie komunie w trzymanym żelazną ręką regionie i w czasie, gdy jego późniejsi krytycy na samą myśl o jakimkolwiek nieposłuszeństwie – bo o oporze nie byli w stanie pomyśleć – dostawali rozwolnienia. (…)

Premier Kopacz (…) odmówiła Kazimierzowi Świtoniowi pogrzebu państwowego. Pochowany został nie na Powązkach, lecz na cmentarzu parafialnym w Katowicach, a pogrzeb miał charakter prywatny.

Rzeczpospolita Platformy nie znalazła uznania dla niezłomnej postawy Kazimierza Świtonia. A jakie postawy doceniła?

W tym samym roku, kilka miesięcy wcześniej, jeszcze za premierostwa Donalda Tuska, zmarł Wojciech Jaruzelski. Premier Tusk nie miał wątpliwości. Jaruzelskiemu nie poskąpiono zaszczytów i zorganizowano wspaniały pogrzeb, oczywiście państwowy. (…) Wasal wykonujący sumiennie rozkazy swego seniora – to był wzór państwa Platformy.

Cały artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Refleksje po pogrzebie Kornela Morawieckiego” można przeczytać na s. 18 listopadowego „Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 19 grudnia.

Artykuł Zbigniewa Kopczyńskiego pt. „Refleksje po pogrzebie Kornela Morawieckiego” na s. 18 listopadowego „Kuriera WNET”, nr 65/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Studio Dublin 13.12.2019 – Goście: Monika Sreberska, Bogdan Feręc, portal Polska-IE.com i Alex Sławiński, Studio Londyn.

W piątkowym Studiu Dublin, obok wspomnienia stanu wojennego, też adwentowo – kolędowe wieści ze Szmaragdowej Wyspy o kolędowaniu w Galway, obradach irlandzkiego parlamentu i podsumowaniu wyborów w UK.


Prowadzący: Tomasz Wybranowski

Wydawca: Tomasz Wybranowski

Realizator: Dariusz Kąkol (Warszawa) i Tomasz Wybranowski (Dublin)


Bogdan Feręc, szef portalu Polska-IE.com mówił o większościowym poparciu parlamentarnym wniosku na temat zamrożenia czynszów w Republice Irlandii. Projekt został złożony przez opozycyjną Sinn Féin, która coraz częściej zgłasza projektu coraz częściej chwalone przez obywateli wyspy. A co zapisano w propozycji?

Projekt zakłada, iż czynsze zamrożone zostaną na obecnych poziomach na trzy lata, czyli do 2023 roku. Niestety to nie koniec drogi legislacyjnej, ponieważ projekt ustawy wymaga przeglądu, więc trafi teraz do kilku komisji, a te sprawdzą zgodność z obowiązującymi przepisami, ale i sprawdzą, czy ulgi podatkozapowiadanym na przyszły rok spadku dochodów budżetu Republiki Irlandii, m.in. z powodu brexitu. – dopowiada Bogdan Feręc.

Mimo ostrzeżeń Irlandzkiej Rady Fiskalnej pzed zbliżającymi się problemami irlandzkiego budżetu w roku 2020, to irlandzki Instytut Badań Społecznych i Ekonomicznych ESRI wieszczy wzrost gospodarczy. W czwartek (12 grudnia), eksperci ESRI stwierdzili, że gospodarka i ekonomia Republiki Irlandii ma się bardzo dobrze. Tendencja wzrostu i rozwoju ma się utrzymać w przyszłym roku.

Analizy ESRI wskazują, iż tegoroczny wzrost gospodarczy w Irlandii wyniesie 5,8%, a to oznacza, że pięciokrotnie przewyższy średnie tempo wzrostu w Unii Europejskiej, czyli przewyższy dane z UE o 1,1%. Ale ja polemizuję z tą śmiałą tezą. – powiedział Bogdan Feręc.

Na koniec, nieco humorystycznie (choć czarny to humor), o niegospodarności  Oireachtas (irlandzki parlament) związanej z najprawdopodobniej najdroższą drukarką świata.

 

 

 

Monika Sreberska. Fot. arch. rodzinne.

 

Moim kolejnym gościem była Monika Sreberska szczęśliwa i dumna mama Celinki, Dobrochny, Szczepanka i Nikodema. Wraz ze swoim mężem Pawłem jest członkiem Ruchu „Domowy Kościół” w Tuam (hrabstwo Galway).

„Domowy Kościół” to wspólnota małżeństw sakramentalnych, która dzieli się na kręgi, które liczą od czterech, do siedmiu małżeństw.

Spotkania odbywają się w domach członków raz w miesiącu. Na spotkaniach obecny jest kapłan, który pełni rolę moderatora.

Dzisiaj pani Monika zapraszała na niezwykły czas spotkań i wspólnej radości, z kolędą na ustach przy złóbku narodzonego Jezusa. W czwartek 26 grudnia 2019 roku, zapraszamy na „Wspólne Polaków Kolędowanie” do Kościoła St. Mary’s Claddagh Galway.

Najpierw odprawiona zostanie Masza Święta, a potem nadejdzie czas na wspólne kolędowanie z muzyką na żywo. W programie wieczornego, świątecznego spotkania obok muzykowania także degustacja polskich potraw, loteria i aukcja.

To nasze polskie porozumienie ponad podziałami, z dala od coficjalnych organizacji czy agend. Dla nas liczy się człowiek i chęć jego poznania i spotkania innych ludzi, bez względu na idee i przekonania. Przed rokiem „Wspólne Polaków Kolędowanie” zebrało ponad dwustu pięćdziesięciu rodaków. Mam nadzieję, że w tym roku będzie nas więcej. – powiedziała inicjatorka akcji Monika Sreberska. odbędzie się druga edycja kolędowania.

 

 

Hymnem „Wspólnego Polaków Kolędowania” jest świąteczna piosenka napisana przez Roberta Cieplińskiego, naszego rodaka z Galway. Od 2014 roku ten song rozbrzmiewa na antenie Radia WNET i irlandzkiej rozgłośni NEAR FM.

Kilka lat temu, wraz z dwoma kolegami, w Galway nagraliśmy naszą autorską kolędę. To takie nasze świąteczne, emigranckie przesłanie płynące ze Szmaragdowej Wyspy i rodakó, którzy tam mieszkają. Wszystkich słuchaczy Radia WNET pozdrawiam serdecznie i życzę Wesołych Świąt! – powiedział nam Robert Ciepliński.

 

 

Ostanim punktem piątkowego Studia Dublin były wieści z Wielkiej Brytanii, czyli „Londyński Wnetowy Zwiad”. Korespondencję Alexa Sławińskiego zdominował jeden temat, omówienie wynikó czwartkowych wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii.

Wbrew wielu sondażom i przedwyborczym komentarzom, to Partia Konserwatywna premiera Borisa Johnsona zdobyła przytłaczającą i samodzielną większość w brytyjskiej Izbie Gmin. Torysi, którym przewodzi Boris Johnson zdobyli 368 mandatów.

To największe zwycięstwo Partii Konserwatywnej od 1987 roku. Wyniki czwartkowych wyborów to natomiast największa od lat porażka Partii Pracy, która wprowadzi do Izby Gmin tylko 191 przedstawicieli. 

Alex Sławiński wskazał także na bardzo dobry wynik Szkockiej Partii Narodowej, której może to ułatwić bardziej śmielsze działania na rzecz kolejnego referendum w sprawie niepodległości Szkocji.

 

 

Partner Radia WNET i Studia 37 Dublin

 

Produkcja Studio 37 – Radio WNET Dublin © 2019

 

 

Warto skonfrontować rewolucyjną nową etykę z religią katolicką / Herbert Kopiec, „Śląski Kurier WNET” nr 65/2019

Nie jest tak, że jednych zbawia Budda, drugich Jezus, a jeszcze innych Mahomet – w zależności od tego, w kogo się wierzy. Świat ma jednego Zbawiciela, który ma na imię Jezus Chrystus.

Herbert Kopiec

Kociokwik pedagogiczny (część II)

Powiadają, że przypadki chodzą po ludziach, ale jeśli komuś się zdaje, że nagły wysyp parad równości w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy to przypadek, powinien koniecznie sięgnąć do dokumentu pt. Strategie wprowadzenia równości małżeńskiej na lata 2016–2025. W 2025 roku ma obowiązywać w Polsce prawo zezwalające parom homoseksualnym na zawarcie małżeństw. Będzie ich wtedy w relacji do ogółu małżeństw półtora procent. Skąd to wiemy? Ano ze szczegółowej strategii działania opracowanej przez ważne, prominentne stowarzyszenie środowisk LGBT o nazwie Miłość Nie Wyklucza. Działalność stowarzyszenia to nie są jakiejś amatorskie rojenia. Mamy tu do czynienia z bardzo przemyślanym planem powolnego oswajania polskiego społeczeństwa z ostentacyjnym obnoszeniem się ze swoimi skłonnościami (Ł. Warzecha, Plany LGBT wobec Polski, „Do Rzeczy” 40/2019). To zostało na Zachodzie przetestowane z bardzo dobrym rezultatem, czyli opłakanymi konsekwencjami dla życia tradycyjnych wspólnot.

Dobrze by też się stało, gdyby Polacy zechcieli się zainteresować bliżej splotem różnych okoliczności, w następstwie których fetujemy ostatnio, ile tylko wlezie, przyznanie literackiej nagrody Nobla Oldze Tokarczuk. Wówczas okaże się, że tytułowy „kociokwik pedagogiczny” nie jest żadnym przesadnym efekciarskim nadużyciem. Trudno zaprzeczyć, że zrobiło się jakoś bezsensownie i absurdalnie.

Co bowiem ma sobie pomyśleć o tym Bożym świecie jakiś zwykły, zacofany moherowiec, gdy się dowie, że rząd dobrej zmiany wprawdzie ma za sobą naród, ale kiepsko radzi sobie ze współczesnymi elitami. Bywa, że o wiele chętniej finansuje swoich przeciwników (jak to ostatnio słusznie wypomniał mój znakomity redakcyjny kolega Piotr Witt) niż zwolenników.

Oto Instytut Książki poinformował niedawno, że wsparł aż 91 przekładów O. Tokarczuk na 28 języków obcych (Przepis na Nobla, „Gość Niedzielny” 20 IX 2019).

Czy są powody do radości?

[related id=87619] Nie zamierzam oceniać talentu literackiego noblistki. Zdecydowałem się natomiast podzielić z Czytelnikami moim niepokojem po obejrzeniu sfilmowanego spotkania popularnej i nagradzanej literatki z młodymi Polakami i wysłuchaniu jej pozaliterackich wypowiedzi na Owsiakowym Pol’and rock festival w ramach funkcjonującej tam Akademii Sztuk Przepięknych. O. Tokarczuk – wojująca ekolożka i feministka – na krótko przed przyznaniem jej literackiej nagrody Nobla dała się tam bowiem poznać bliżej. Już na dzień dobry młodzież otrzymała mocny przekaz, że książki O. Tokarczuk „to rodzaj szczepionki na rodzący się w Polsce, czy odradzający się nacjonalizm”. Poniżej przytaczam jej dłuższą wypowiedź, zawierającą różne oceny i pomysły odnoszące się do religii. Przemyślenia, z którymi dzieliła się bohaterka spotkania, osadziła na wstępnie przyjętej tezie, że współcześnie jesteśmy karmieni katastroficznymi wizjami odnośnie do tego, co się w świecie wydarzy.

Jakbyśmy – ubolewała przyszła noblistka – „zrejterowali przed myśleniem o przyszłości w sposób pozytywny. A mnie by interesowała – deliberowała w modnym duchu postępowych psychologów – taka pozytywna wizja świata. Ale do tego potrzeba nam ludzi z wielką wyobraźnią, bo trzeba by przecież naszkicować taki plan, że świat może być lepszy”. Wyznała też, że jakiś czas temu zaczęła się przygotowywać do napisania takiej utopii. „Pomyślałam sobie, że bardzo możliwe , iż na samym początku trzeba by się zająć religią. Ponieważ bardzo często religie pełnią w społeczeństwie rolę przemocową, narzucającą jedyny sposób myślenia i postępowania. Tam, gdzie pojawia się niewinna wiara w jedność z bóstwem, natychmiast pojawiają się jakiejś obostrzenia, jakiejś przepisy, jakiejś wzorce do naśladowania, które potem – dodała, nie skrywając swojego zniesmaczenia – egzekwuje się bardzo często przemocowo”.

I w tym miejscu swojej narracji, znana ze swojej wielkiej tolerancji Olga Tokarczuk poszła na całość. Z grubej rury ni mniej, ni więcej stwierdziła: „Może religię trzeba by było WYWALIĆ albo pomyśleć o takim społeczeństwie, w którym istnieje mnogość różnych religii, które tolerują się wzajemnie”. Dalej wzmocniła swój pomysł konkretnym przykładem: „Byłam jakiś czas w Indiach. To jest miliard ludzi. On jest [ten miliard] politeistyczny. I ten politeizm jakoś dobrze współgra z demokracją” – przekonywała. „Wydaje się, że monoteizm czasami jest religią, która jest hierarchiczna, wartościuje, wyklucza, która nie daje miejsca na inne sposoby myślenia, bo odwołuje się do jednej słusznej prawdy”. Wizjonersko, ale i praktycznie usposobiona literatka mówiła: „Wyobrażam sobie, że teraz tutaj jak jesteśmy, ludzie mają głębokie potrzeby religijne i gdzieś tam stoją jakiejś malutkie kapliczki i każdy tam może sobie pójść”.

Gdy słucham tych pomysłów i argumentacji, nachodzi mnie retoryczne pytanie: skąd ja tę śpiewkę znam? No cóż, pobrzmiewa zapewne na kursach, studiach genderowych, kształcących „ekspertów” zajmujących się przeprowadzaniem tzw. zmiany społecznej, czyli stawianiem świata tradycyjnych wartości na głowie.

Nie wiem, czy O. Tokarczuk jest absolwentką tego profesjonalnego prania mózgów. Jeżeli tak, można być pewnym, że byłaby studentką prima inter pares.

Skąd ta pewność? Posłuchajmy, jak przekonuje słuchaczy: „Wyobrażam sobie, że w takim społeczeństwie religia, religijność nie powinny być czymś jakby widocznym, czymś obnoszonym ogólnie. Religia powinna być czymś intymnym. Może powinna być czymś tak intymnym i prywatnym jak seks.

To znaczy, że ludzie by się spotkali przy piwie i po dwóch piwach mówili sobie: słuchaj, co mi się przydarzyło; modliłem się i poczułem więź…” I w tym miejscu wpada jej w słowo prowadząca rozmowę dziennikarka: „O, fajne, to się chyba zdarza, może nie po dwóch piwach, ale po trochę więcej”.

Ilość piw nie zbiła z tropu O. Tokarczuk, bo kontynuuje: „W każdym razie traktowalibyśmy religijność jako bardzo intymne, głębokie przeżycie, poczucie więzi z jakąś duchowością, z czymś, co wykracza poza ten świat, jako coś bardzo prywatnego. Myślę, że w takim świecie, w takim społeczeństwie, w którym istniałyby różne religie, etyki, musiałoby istnieć prawo, które by zobowiązywało ludzi do przestrzegania go. Ale musiałaby istnieć moralność, która by była ARELIGIJNA, czyli poza religią. Jednym z głównych składników tej moralności byłoby to, co nazwałabym etyką samoograniczania, co zapobiegałoby na przykład bogaceniu się, nierównościom różnego rodzaju, niszczeniu środowiska (sic!) itd.”.

Z nutką odpowiedzialnego zatroskania O. Tokarczuk zastanawia się też nad tym, „jak ludzie uczyliby swoje dzieci w takim demokratycznym, spolaryzowanym społeczeństwie?”. I trzeba przyznać, że roztropnie wskazuje, że „musiałyby istnieć zasady w edukacji, które by były wspólne, to znaczy żeby uczyć dzieci, że są prawa Newtona i jabłko spada z drzewa na ziemię i tak dalej. Czyli, że są takie prawa, których nie da się podważyć. Ale równocześnie – podkreśla – opowiadano by historię świata z różnych punktów widzenia, ponieważ historia opowiadana z jednego tylko punktu widzenia najczęściej jest nieprawdziwa i pokazuje tylko niektóre aspekty. Ale oczywiście – zaznacza Tokarczuk – osiągnięcia naukowe byłyby referowane/traktowane jako obowiązujące. To znaczy nie mógłby wystrzelić ktoś – roztropnie podkreśliła przyszła noblistka – że na przykład jabłko spada do góry, że szczepienie zabija dzieci, itd.”.

Wreszcie z nieskrywaną satysfakcją podkreśliła: „Wydaje mi się, że myślenie o takich utopiach otwiera nam umysł. Na dodatek robimy pożytek, bo zaczynamy wymyślać inne, lepsze społeczeństwo. Takie społeczeństwo, które rozwiązuje konflikty, wskazuje takie miejsca, w których doszliśmy do ściany, w których sobie nie radzimy”. Kończąc przydługawy wątek religijny wypowiedzi Tokarczuk odnotujmy, że noblistka opatrzyła go krzepkim zawołaniem: „Niech żyją utopiści, niech żyją pisarze science-fiction!”. Zareagowała na to dziennikarka prowadząca spotkanie: „Jak cię słucham, to właściwie scenariusz tej książki jest już gotowy. Kto wie, czy za rok nie będzie tu premiery?”.

W miejsce komentarza przypomnijmy, że eksperci i agenci transformacyjni, którym marzy się świat zsekularyzowany, bez tradycyjnie pojmowanego Boga i religii (i dlatego zapewne upodobali sobie naszą Olgę Tokarczuk), dobrze wiedzą, że zmiana kultur i religii od wewnątrz jest znacznie bardziej skuteczna niż wszelkie próby narzucania własnych poglądów od zewnątrz.

Nie trzeba też dodawać, że w Komitecie Noblowskim zagnieździli się lewoskrętni naprawiacze i kreatorzy nowego, lepszego świata. To dlatego Zbigniew Herbert nie miał u nich szans. Wszak po drodze było im z założeniami lewackiej nowej etyki (zob. prace M. Peeters), będącej rzekomą skarbnicą mądrości unijnych ekspertów. To dlatego z bezpośredniej konfrontacji, frontalnego ataku i agresji na (zwłaszcza) Kościół katolicki (pamiętamy serię zabójstw księży w Polsce) przeszli do nowych form ataku – subtelnych, pośrednich, trudnych niekiedy do zauważenia, ponieważ ukrytych pod pozorem postawy przyjacielskiej, zatroskanej o lepszą przyszłość, nastawionej na współpracę i partnerstwo. Postępując w sposób pragmatyczny wszędzie tam, gdzie nadarza się okazja, dbając o to, aby nigdy nie rozmywać własnych celów, agenci rewolucji/eksperci zaczęli korzystać z miękkich technik neutralizacji oporu stawianego przez religie. Teraz twierdzą, że dążąc do lepszego wzajemnego zrozumienia, można pokonać różnice zdań. Trzeba jednak podkreślić – słusznie zauważa przywoływana w moich wcześniejszych tekstach M. Peeters – że nauczanie wielkich religii nie jest kwestią opinii. Jakoż agenci rewolucji (śmiało możemy zaliczyć do nich naszą świeżo upieczoną noblistkę) robią swoje. Mają wszakże dobre rozeznanie, że to, co robią, jest skuteczne, bo obserwacje wskazują, że najtrudniej przeciwdziałać zmianom, które następują powoli, bardzo stopniowo i w klimacie zatroskania, będąc zarazem częścią dobrze przemyślanego planu. A to jest właśnie taki przypadek (Ł. Warzecha, op. cit).

Atuty ideologii powszechnego zatroskania

Rekonstruowana strategia przeprowadzanej rewolucji kulturowej służy manipulacji i nieuchronnie prowadzi do chaosu. Mimo to ma dowodzić zgodności opcji, które ze swej natury są nie do pogodzenia: tradycji kulturowych i religijnych z jednej strony, a z drugiej programów rewolucji kulturowej, globalnej. Nowa strategia porzuciła podejście negatywne, skupiające się na przeszkodach i jest ostentacyjnie pozytywna: eksperci i różnej maści elokwentni humaniści, agenci transformacji wychwalają społeczną rolę religii, deklarują nawet szacunek dla tradycji. Jednak ich rzeczywistym celem jest przekształcenie od wewnątrz nauczania religii oraz zachowań wierzących, aby ci dostosowali się do norm rewolucyjnych. (Marquerite A. Peeters, Globalizacja zachodniej rewolucji kulturowej, 2010). Zbliżając się do końca refleksji, warto może skonfrontować rewolucyjną nową etykę z religią katolicką. Ryzykując modny dziś zarzut siania nienawiści do innych religii, zauważmy, że dla katolika świat ma jednego Zbawiciela, który ma na imię Jezus Chrystus.

Tymczasem bywa, że coraz częściej mający się za katolików nie są nazbyt skorzy do takich deklaracji. Na dobrą sprawę nie znam publikacji ani pedagoga, powołujących się na deklarację Dominus Iesus. O jedności i powszechnej zbawczości Jezusa Chrystusa i Kościoła, wydaną za czasów pontyfikatu Jana Pawła II przez ks. kard. Ratzingera.

W dokumencie promowane są dwie główne tezy: jedynym Zbawicielem świata jest Jezus Chrystus i Chrystus założył jeden Kościół. Zatem to nie jest tak, jak mówią liberałowie i zwolennicy relatywizmu (w tym nasza noblistka), że jednych zbawia Budda, drugich Jezus, a jeszcze innych Mahomet – w zależności od tego, w kogo się wierzy. Świat ma jednego Zbawiciela, który ma na imię Jezus Chrystus. Także nie może być wiele prawdziwych kościołów, skoro zachodzą między nimi istotne różnice. Poszczególne religie nie mogą być jednakowo prawdziwe i nie mogą mieć tej samej wartości (ks. bp Ignacy Dec, Relatywizm upokarza rozum, „Nasz Dziennik” 2013). Tymczasem tysiące różnych intelektualistów na całym świecie (w tym prof. Leszek Kołakowski; P. Kopeć, Profesor jako literat, „Najwyższy Czas” 2005), w ogromnej większości nie uznających żadnej formy zbawienia i odrzucających jakąkolwiek religię, zapałało gniewem, iż deklaracja watykańska wykluczyła z grona zbawionych przedstawicieli innych religii.

Jest dość zabawne słyszeć, iż ktoś domaga się dla innych czegoś, co w jego najgłębszym mniemaniu nie istnieje. W rzeczywistości organizatorzy politycznie poprawnego oburzenia wpisują się w szeroką akcję rugowania chrześcijaństwa z życia publicznego.

W tym miejscu zilustrujmy zarysowaną tendencję, czyli: jak politycznie poprawna tolerancja przechodzi w rzeczywistości w nietolerancję. Oto przed kilku laty w katastrofie lotniczej na wschodnim wybrzeżu Kanady zginęło dwieście dwadzieścia dziewięć osób. W pobliżu miejsca, gdzie rozbił się samolot, odprawiono nabożeństwo poświęcone pamięci ofiar, które było transmitowane na żywo przez kanadyjską telewizję. Pod pretekstem, że ofiary były wyznawcami różnych religii, zobowiązano duchownych chrześcijańskich, aby nie czytali fragmentów z Nowego Testamentu i nie wymieniali imienia Jezus. Skąd i dokąd naprawdę wieje wicher tej (obłudnej) tolerancji, można było poznać po tym, że obecnych na nabożeństwie duchownych wyznań niechrześcijańskich nie poddano tego typu cenzurze. Mogli całkowicie swobodnie wzywać imię swojego Boga i cytować ze swoich świętych ksiąg (R. Baader, Political correctness, „Opcja na prawo” 12/2009).

Póki co, większość Europejczyków uważa się za wierzących

Myślę, że najbardziej niepokojące jest jednak pominięcie, wbrew historycznej prawdzie i zdrowemu rozsądkowi, dziedzictwa chrześcijańskiego w tworzeniu się współczesnej europejskiej wspólnoty. Warto przy tym pamiętać, że 57% mieszkańców starej Europy uważa się za wierzących, a tylko 14% za ateistów. Można przyjąć, że po rozszerzeniu Unii Europejskiej dane te zmienią się jeszcze na korzyść wierzących. Tymczasem zdarzają się kraje nominalnie demokratyczne, w których władzę zdobywają wrogowie religii oraz Kościoła i gnębią wierzących obywateli w imię (a jakże!) pluralizmu, postępu i… tożsamości pojmowanej inaczej.

Myślę, że w czasie gwałtownie narastającej agresji do Kościoła katolickiego warto przypomnieć niektóre diagnozy i oceny sprzed kilkunastu lat. Oto w trakcie wykładu na Sorbonie w listopadzie 1999 roku kardynał Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI) wskazywał, że współczesny świat nie akceptuje chrześcijaństwa z racji wiary w to, że Jezus Chrystus jest jedyną drogą zbawienia. Gdyby chrześcijanie uznali, że są jedną z wielu dróg samorealizacji duchowej człowieka, nie budziliby takiej niechęci liberałów. Jednak rezygnacja z wiary w wyłączność swojej drogi do zbawienia w opinii Ratzingera jest dla katolicyzmu bardziej zabójcza niż najkrwawsze nawet represje. Za te poglądy wiele mediów wyklęło bawarskiego kardynała jako fanatyka. A jednak jego ówczesna odwaga w głoszeniu prawdy przyniosła mu zwycięstwo. Jego ostrzeżenia przed manowcami dialogu międzyreligijnego podziela wielu kardynałów i arcybiskupów całego świata (P. Semka, Niemiec po Polaku, czyli cud Jana Pawła Wielkiego, „Rzeczpospolita” 2005). Myślę, że kardynał Ratzinger wyrażał słuszne obawy, iż największym zagrożeniem dla chrześcijaństwa będzie w przyszłości antychrześcijańska dyktatura opinii publicznej, pozorna tolerancja, wykluczająca wiarę jako nietolerancyjną (Bóg i świat. Z kardynałem J. Ratzingerem rozmawia Peter Seewald, Kraków 2001). Obserwacje wskazują, że do tej fikcyjnej, destrukcyjnej tolerancji oraz związanego z ową mistyfikacją zniewolenia duchowego wielu Polaków już się niestety dostosowało i krążą posłusznie w chocholim tańcu lewackich telewizyjnych przekonań.

Tak oto, póki co, kultura europejska wraz z edukacją wchodzi powoli w okres schyłkowy, w którym stosunki międzyludzkie ulegają osobliwemu zdziczeniu.

Tak narodził się współczesny Mrożkowski, pogrążony w chaosie półinteligent globalny, irracjonalny postępowiec, omamiony konsumpcyjnym szaleństwem i nieograniczoną wolnością obyczajową, który w manii mitologizowania rzeczywistości dobrowolnie usprawiedliwi każdą głupotę i każde własne upokorzenie.

Uczyć się na błędach

Co robić? Myślę, że należy i warto śledzić błędy, które popełniły inne kraje. Przetaczająca się od kilku dziesięcioleci przez zachodni świat, a ostatnio także przez Polskę radykalna, antychrześcijańska, pełzająca rewolucja moralna, niosąca zdehumanizowany laicyzm i sekularyzm, niczym walec zgniata wszystko, co normalne, zdrowe, usankcjonowane wartościami tradycyjnymi i zgodne z prawem naturalnym. Najbardziej tragikomicznym skutkiem tego wszystkiego jest fakt, że coraz więcej stąpających po tej ziemi jest całkowicie nieświadomych, jak bardzo ulegli manipulacji. Słowem, nie w pełni zrozumiemy, na czym polega osobliwy tragizm sytuacji w czasach współczesnych, jeśli chodzi o swobodę dostępu do informacji, i nie uświadomimy sobie, że (jak donoszą amerykańskie media alternatywne) około 90% tego, co widzimy w telewizji, jest kontrolowane przez zaledwie 6 gigantycznych korporacji medialnych. Co gorsza, wszystkie owe korporacje są z jednej ideologicznej stajni (lewicowej oczywiście). U nas, w Polsce, jest jeszcze gorzej, bo ściek informacyjny wylewa się tylko z dwóch kanałów: rządowego i nieprzejednanej opozycji, mamiących nas swoją rzekomą odrębnością ideologiczną (R. Kościelny, Jeszcze o propagandowym praniu mózgu, „Warszawska Gazeta”, sierpień 2019).

Artykuł Herberta Kopca pt. „Kociokwik pedagogiczny” cz. II można przeczytać na s. 5 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Następny numer naszej Gazety Niecodziennej znajdzie się w sprzedaży 19 grudnia.

Artykuł Herberta Kopca pt. „Kociokwik pedagogiczny” cz. II na s. 5 listopadowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 65/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Relacja uczestnika I Marszu Życia Polski i Polaków w Oświęcimiu i uroczystości ku czci św. Maksymiliana Kolbego

Aby wnieść polskie flagi na teren obozu, organizator musiał negocjować z dyrekcją muzeum, jakby nie należało ono do Polski. Czyżby w dalszym ciągu obóz był w posiadaniu nazistów, którzy go wybudowali?

Andrzej Karczmarczyk

Zachęcony informacją o corocznie odbywających się uroczystościach na terenie niemieckiego obozu zagłady Auschwitz pod Oświęcimiem, związanych z męczeńską śmiercią św. Maksymiliana Kolbego, postanowiłem wziąć w nich udział. (…)

Wieczorem dotarłem do oratorium salezjańskiego w Oświęcimiu, z którego następnego dnia rano miała wyruszyć w marszu z różańcem grupa wiernych na Mszę do Auschwitz – miejsca uświęconego krwią w przeważającej części polskich obywateli. Marsz ten, pod nazwą Marsz Życia Polonii i Polaków, został zorganizowany – w tym roku po raz pierwszy – przez Witolda Gadowskiego przy współpracy z salezjanami.

Poranek dnia następnego przywitał nas deszczową pogodą, która nie przeszkodziła w uformowaniu się kolumny wiernych w liczbie około pięciu tysięcy osób (tyle zarejestrowało się u organizatora) i z różańcami w rękach, pod bacznym okiem przychylnej policji ruszyła w kierunku obozu.

Różaniec prowadzili podczas marszu ks. prof. Tadeusz Guz i ks. Stanisław Małkowski. Tradycyjnie co roku ulicami miasta przechodzą tego dnia pielgrzymi z kościoła Maksymiliana Kolbego na Osiedlu Chemików, a także pielgrzymka z kościoła franciszkanów w Harmężach. Wszyscy pielgrzymi utworzyli jedną kolumnę i połączyli się we wspólnej modlitwie, idąc na Mszę św. poświęconą uczczeniu 78 rocznicy narodzin dla Nieba św. Maksymiliana Marii Kolbego.

Fot. A. Karczmarczyk

Ołtarz polowy został ustawiony na placu apelowym obozu, w sąsiedztwie bloku 11, tego samego, w którym w celi głodowej 14 sierpnia 1941 roku zastrzykiem fenolu został zabity polski franciszkanin. Święty Maksymilian Maria Kolbe został wyniesiony na ołtarze w 1971 roku, a rok później odznaczony Krzyżem Złotym Orderu Virtuti Militari. Uchwałą Senatu Rzeczypospolitej Polskiej rok 2011 (70 rocznica śmierci) był rokiem Świętego, a za św. Janem Pawłem II dodatkowo został patronem trudnych czasów. Eucharystii przewodniczył metropolita krakowski arcybiskup Marek Jędraszewski, a wśród koncelebransów byli także arcybiskup Bambergu Ludwig Schick, biskup pomocniczy diecezji bielsko-żywieckiej bp Piotr Greger i bp Kazimierz Górny, były proboszcz parafii św. Maksymiliana w Oświęcimiu. (…) Na zakończenie uroczystości religijnych zgromadzeni wierni spontanicznie odśpiewali Hymn Polski i Rotę, po czym spokojnie rozeszli się.

Po mszy uczestnicy Marszu Życia Polonii i Polaków byli zaproszeni na teren oratorium, by tam wspólnie spędzić pozostałą część dnia. Organizatorzy przedsięwzięcia zapewnili nam w pierwszej kolejności smaczny posiłek, a potem oglądaliśmy występy zaproszonych artystów. (…) Następnego dnia, 15 sierpnia, odbył się kolejny marsz do miejsca zamordowania przez Niemców 140 000 Polaków, których upamiętnienia trudno doszukać się w miejscu ich kaźni. Ten dzień rozpoczął się Mszą św. w położonym obok Zakładu Salezjańskiego im. Księdza Bosko Sanktuarium Matki Bożej Wspomożenia Wiernych.

W przepięknych murach wypełnionych po brzegi uczestnikami, tak że trudno było znaleźć miejsce stojące, odbyła się Eucharystia celebrowana przez ks. prof. Tadeusza Guza, a po jej zakończeniu na ulicy przed sanktuarium uformowała się kolumna marszowa.

Tego dnia maszerujący nieśli biało-czerwone flagi na specjalnych drzewcach z rurek PCV (pod tym warunkiem dyrektor muzeum Auschwitz zezwolił nam na wejście z polskimi flagami na teren obozu).

Część uczestników była ubrana w czerwone lub białe koszulki specjalnie na tę okoliczność przygotowane przez organizatorów. Takie koszulki założyliby wszyscy, lecz nie spodziewano się tak wielkiej liczby uczestników: około 2 tysiące przedstawicieli Polonii z różnych zakątków świata i 3 tysiące Polaków z kraju – tyle było osób zarejestrowanych.

Jak się szacuje, około tysiąca osób, które dołączyły w czasie trwania marszu, nie zdążyło się zarejestrować.

Biało-czerwona fala maszerowała po ulicach Oświęcimia w kierunku miejsca pamięci pomordowanych przez oprawców niemieckich, czyli niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady. Przed bramą wejściową wszyscy uczestnicy zostali sprawdzeni – tak jak sprawdza się pasażerów na lotniskach – zanim pozwolono im wejść do środka. Procedury przy wejściu obowiązywały, mimo towarzyszącej marszowi licznej ochrony policji i firmy ochroniarskiej. Obowiązkiem tych służb było nie tylko zapewnienie bezpieczeństwa, lecz eliminacja ewentualnych prowokacyjnych zachowań uczestników marszu.

Fot. A. Karczmarczyk

Zdumiewające są procedury praktykowane przy wejściu, a szczególnie utrudnienia we wniesieniu przez uczestników zorganizowanej uroczystości polskich flag narodowych. Aby uzyskać pozwolenie na wniesienie polskich flag, organizator musiał negocjować z dyrekcją obozu, tak jakby nie była to instytucja polska. Czyżby w dalszym ciągu obóz był w posiadaniu nazistów, którzy go wybudowali? Uczestnicy marszu w spokoju i zadumie udali się pod Ścianę Straceń. Tam złożono symboliczną wiązankę kwiatów i zapalono znicz pamięci. Odśpiewano Hymn Polski i Rotę.

Po opuszczeniu obozu marsz został rozwiązany. Część uczestników podążyła do oratorium salezjańskiego, gdzie znów zastali atrakcyjny posiłek, w serdecznej atmosferze mogli wypocząć

Cały artykuł Andrzeja Karczmarczyka pt. „Zaprosił mnie św. Maksymilian Maria Kolbe” można przeczytać na s. 6 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Andrzeja Karczmarczyka pt. „Zaprosił mnie św. Maksymilian Maria Kolbe” na s. 6 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Dlaczego ci, którzy podejmują konkretne działania ewangelizacyjne, są krytykowani, i to ze strony „ludzi Kościoła”?

Czytając niektóre komentarze na katolickich portalach po akcji ewangelizacyjnej Polska pod Krzyżem zastanawiam się, dlaczego pewne osoby podważają jej sens, a nawet czystość intencji jej inicjatorów.

Małgorzata Szewczyk

Z niektórych zamieszczonych tekstów płynęła refleksja, że oto Fundacji Solo Dios Basta zależało na ilości, a nie na jakości. Pojawiły się nawet stwierdzenia, że nie była to żadna akcja ewangelizacyjna, podczas której człowiek może spotkać Chrystusa, a jedynie masowa akcja, której organizatorzy ulegli pokusie sukcesu mierzalnego w wielkich liczbach. Myślę, że jest to niezwykle krzywdząca opinia.

Lednica, Strefa Chwały, Różaniec do Granic, Wielka Pokuta… To tylko niektóre ze spotkań przyciągających tysiące ludzi. Akcja „Polska pod Krzyżem” zgromadziła 60 tys., a licząc tych, którzy łączyli się za pomocą mass mediów, ok. 2 mln osób. Zarzut stawiany fundacji, że oto liczy się tylko „aspekt mierzalny”, a nie „duszpasterski i teologiczny”, został chyba zbyt pochopnie sformułowany.

Wydarzenia organizowane na wielką skalę i adresowane do szerokiego grona odbiorców zawsze narażone są na swego rodzaju ryzyko. Pytanie tylko, jakie intencje przyświecają ich organizatorom. Światem komercji rządzi pieniądz i marketing, światem ducha rządzi to, co niewidzialne i niezmierzalne dla ludzkich oczu i miar. Nikt nie jest w stanie przecież policzyć ani zweryfikować poruszenia serc i sumień tych, którzy wzięli udział we wrześniowym religijnym wydarzeniu. A podobnie działo się podczas pielgrzymek św. Jana Pawła II do Polski, Mszy św. sprawowanych przez bł. ks. Jerzego Popiełuszkę czy św. o. Pio.

Wiele młodych osób także w internecie przyznaje, że znaleźli się np. na Lednicy czy Przystanku Jezus, bo jechali koledzy czy znajomi, a kiedy już tam byli, to coś ich poruszyło, dotknęło… A potem sami niekiedy dają odważne świadectwo w swoich, nierzadko trudnych i niekoniecznie otwartych na sprawy Boga środowiskach.

Dziś trzeba mieć odwagę, by przyznać się do wiary w Boga w szkole, w pracy, wśród znajomych, którzy byli ochrzczeni, ale ostatni raz byli w kościele na swoim bierzmowaniu lub Pierwszej Komunii św. swojego dziecka…

(…) Być może właśnie w tym miejscu i czasie, w tej lotniskowej przestrzeni Jezus poruszył czyjeś serce. I na koniec: nie można pominąć innego ważnego aspektu: akcję „Polska pod Krzyżem” zainicjowali świeccy, a nie duchowni…

Cały felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Świat komercji i świat ducha” znajduje się na s. 2 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Świat komercji i świat ducha” na s. 2 październikowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 64/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Fuks i komilton z deklem na głowie; sztychowanie, fuksówki i komersy – czyli o tradycjach korporacji akademickich

Dekiel ze względu na wartość symboliczną traktowany był jak świętość – nie wolno było go stracić bez ważnych przyczyn, nie ryzykując wyrzucenia z korporacji. Tracąc prawa członka, należało go zwrócić.

Aleksander Popielarz

W amerykańskich komediach, takich jak Wieczny student czy Sąsiedzi, można zobaczyć bractwa studenckie głównie jako inicjatorów wspólnych imprez. Noszą nazwy pochodzące od liter greckiego alfabetu, mają własną symbolikę i zwyczaje zrozumiałe dla wtajemniczonych. Nie trzeba jednak sięgać za ocean; w Polsce od lat działają korporacje akademickie z własnymi bogatymi tradycjami.

Fot. domena publiczna

Na plakacie z okresu wojny polsko-bolszewickiej możemy zobaczyć trzech mężczyzn strzelających do bolszewików zza barykady: robotnika w fartuchu, chłopa w sukmanie i studenta z charakterystyczną białą czapką. Ta ostatnia wyróżniała studentów na tle innych grup. Jej noszenie uważano za przywilej, a im bardziej była znoszona, tym większy budziła respekt. Aby postarzyć ją, a tym samym sobie dodać lat studiowania, wycieraną nią buty. Biała czapka z czerwonym otokiem, jaką widać na plakacie, była noszona przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Uszyta na obchody święta Konstytucji 3 maja w 1916 roku, miała wyróżniać studentów świeżo odrodzonej polskiej uczelni. Choć rogatywka UW stała się symbolem całej braci studenckiej, to jednak każda uczelnia miała własną czapkę, z odmiennymi barwami i krojem. Politechnika Warszawska miała wielokątną, brązowo-wiśniową. W przypadku SGH i SGGW były to maciejówki, nawiązujące do ubioru studentów tych kierunków sprzed 1914 r. i kojarzące się z tradycją Legionów Polskich. Przed studentami charakterystyczne czapki nosili uczniowie gimnazjów. Genezy czapek studenckich upatruje się także w deklach noszonych przez korporacje akademickie. Te ostatnie sięgają swymi korzeniami do organizacji niemieckich studentów z początku XIX wieku.

Od początku działalności uniwersytetów w XII w. w Europie, pobierający nauki dzielili się na nacje zgodnie z krajem pochodzenia. Wraz ze wzrostem liczby żaków, od XVI w. w ich miejsce powstawały ziomkostwa (Landmanschaften), według mniejszych jednostek terytorialnych. Ich członkowie nosili odznaki w barwach prowincji, z których pochodzili, jak również bandoliery, czyli pasy podtrzymujące zawieszoną u boku szablę. Stąd wziął się późniejszy zwyczaj noszenia szarf w barwach korporacji. Landmanschaftem kierował konwent seniorów wyznaczający normy (comment), do jakich mieli się stosować członkowie w kontaktach między sobą. Dla rozwiązania sporów honorowych i zapobieganiu eskalacji pojedynków powołano sądy honorowe. (…)

Powstające poza ziemiami polskimi stowarzyszenia polskich studentów przypominały ziomkostwa, jako że skupiały ludzi ze względu na pochodzenie. Od ziomkostw odróżniało je jednak to, że łączyły studentów z obszaru całej przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, a nie tylko jednego regionu. (…)  Rozwój polskich korporacji akademickich w kraju nastąpił dopiero po 1921 r., po walkach o niepodległość i granice nowej Polski. Działające na zagranicznych uniwersytetach korporacje zaczęły przenosić się do Polski, a jednocześnie powstawały nowe. (…)

Przygotowanie do menzury – rytualnego pojedynku korporacyjnego. Barwiarz Korporacji Akademickiej Sarmatia w stroju menzurowym z ochraniaczami i rapierem w barwach Korporacji, obok Olderman K! Sarmatia w czerwonym deklu petersburskim – rok 2004 | Fot. Czestomir, CC A-S 4.0, Wikipedia

Między korporacjami akademickimi a resztą świata akademickiego następowała wymiana zwyczajów. Część określeń, które dzisiaj usłyszymy tylko wśród korporantów, była pierwotnie znana całemu środowisku studenckiemu. Na uczelniach artystycznych pierwszorocznych określa się mianem fuksa. Jest to również nazwa członka-kandydata w większości korporacji akademickich, który stara się o pełne członkostwo. Organizowane przez zaczynających studia całonocne przyjęcia nazywano fuksówkami. Przed fuksówką przyszłych studentów czekał komers. Przed wojną nazywano tak pomaturalną zabawę absolwentów szkół średnich. (…)

Jeszcze na początku XX wieku komersami nazywano spotkania studentów, w czasie których dyskutowano, również na tematy polityczne. W Krakowie w 1901 r. komersy stały się areną starć między młodzieżą narodową a młodymi socjalistami. Przedmiotem gorących debat był stosunek do rosyjskiego ruchu rewolucyjnego.

W korporacjach akademickich zaś komersy pozostały ważnymi spotkaniami organizacyjno-integracyjnymi. Organizowane są zarówno przez poszczególne korporacje, jak i jako spotkania ogólnokrajowe. Są miejscem wielu ważnych i integrujących środowisko zwyczajów. Jednym z nich jest tradycja sztychowania. W czasie komersu zebrani korporanci dobierają się w pary, przebijając nawzajem swoje dekle szpadami. Powstałą dziurę w czapce ozdabia się małą perłą, a przy większej ilości sztychowań można w ten sposób stworzyć na deklu rozmaite wzory. Biorący udział w sztychowaniu korporanci stają się po nim sztychbruderami, który to tytuł wyraża łączącą ich przyjaźń. To na komersach wybierane są nowe władze organizacji oraz zaprzysięgani nowi pełnoprawni członkowie, czyli komiltoni.

Dekiel polskiej korporacji studenckiej Sarmatia, 1930 | Fot. Czestomir, CC A-S 4.0, Wikipedia

Zewnętrznymi symbolami przynależności do korporacji są dekiel i banda. Dekiel od zwykłej czapki studenckiej odróżnia monogram korporacji (cyrkiel) na otoku, składający się z pierwszych liter nazwy i słów Vivat, Crescat, Floreat (niech żyje, wzrasta i rozkwita) oraz wykrzyknika, jeśli uznaje ona pojedynki. Fuksowie noszą dekiel jedno- lub dwubarwny. Wszystkie trzy kolory korporacji przysługują pełnym członkom, tj. barwiarzom. Dzielą się oni na członków aktywnych (komiltonów), mających prawo głosu na konwencie, oraz tych, którzy zdążyli już skończyć studia (filistrów). Zadaniem filistrów jest zapewnienie moralnego i finansowego wsparcia korporacji. Dekiel ze względu na wartość symboliczną traktowany był jak świętość – raz danego nie wolno było stracić bez ważnych przyczyn, nie ryzykując wyrzucenia z korporacji. Nie można było go więc np. zostawić w szatni. Tracąc prawa członka, trzeba było go zwrócić. Konrad Millak, współzałożyciel w 1908 r. Venedyi, pisze, że „podczas święta nowego maja obchodzonego uroczyście w Dorpacie, między innymi paleniem ognisk i skakaniem przez nie”, jednemu z korporantów „wpadła do ognia czapka. Po podniesieniu się sięgnął już i tak poparzoną ręką w płomień po czapkę i wyjął ją na pół spaloną. Resztki tej nadpalonej czapki zostały uzupełnione przez czapnika i nadal były jego uroczystą czapką przy komersach”. Niektórzy filistrzy nie rozstawali się ze swoim deklem nawet po śmierci – prosili o pochowanie ich razem z nim.

Cały artykuł Aleksandra Popielarza pt. „Z deklem na głowie, czyli o tradycjach korporacji akademickich” znajduje się na s. 15 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 63/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Aleksandra Popielarza pt. „Z deklem na głowie, czyli o tradycjach korporacji akademickich” na s. 15 wrześniowego „Kuriera WNET”, nr 63/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Czy można uratować polskość Polaków na Litwie? / Katarzyna Purska USJK, „Wielkopolski Kurier WNET” 63/2019

„Jak świat światem Litwin Polakowi nigdy nie był bratem”. Co nas może połączyć? Koncepcja Piłsudskiego zbudowania federacji dwóch niezależnych państw okazała się nie do zaakceptowania przez Litwinów.

Tekst i zdjęcia s. Katarzyna Purska USJK

Z Polski do Polski

„Długi łańcuch ludzkich istnień połączonych myślą prostą…” – ten cytat z kultowej pieśni Jana Pietrzaka przywołał mer rejonu solecznikowskiego, Zdzisław Palewicz, podczas swego wystąpienia skierowanego do przybyłych z Polski pielgrzymów. Pielgrzymi ci przywędrowali pieszo z Suwałk i w drodze do Ostrej Bramy zatrzymali się na kilka godzin w parafii Butrymańce na Litwie. Salezjańska Pielgrzymka Suwałki–Wilno odbywała się w dniach 15–24.07 już po raz 29 i zgromadziła ok. 740 osób z całej Polski, a także spoza jej granic. W tym roku osobiście wzięłam w niej udział i dlatego chciałabym o niej opowiedzieć z perspektywy uczestnika i obserwatora.

Pokonaliśmy razem ok 270 km, choć na mapie odległość pomiędzy Suwałkami a Wilnem jest dużo mniejsza. Przyglądając się na mapie trasie naszej pielgrzymki, stwierdziłam, że dość mocno kluczyliśmy, zanim osiągnęliśmy cel, jakim było stanięcie u stóp Matki Bożej Ostrobramskiej. Dlaczego tak? Zapewne organizatorzy pielgrzymki – księża salezjanie – kierowali się nie tylko względami praktycznymi, ale przede wszystkim mieli na uwadze cel patriotyczny. Większość bowiem odcinków drogi pokonywanej przez pielgrzymów prowadziła przez miejscowości zamieszkałe w większości przez ludność pochodzenia polskiego. Mówiła nam o tym ogromna radość, z jaką podejmowali nas mieszkańcy tych miejscowości. Tej wielkiej radości i wzruszeniu dali wyraz Polacy z Litwy już na granicy obu państw, gdyż czekali na nas w delegacji Stanisław Łabowicz – polski konsul honorowy – wraz z dwiema pracownicami konsulatu oraz ks. Józef Aszkiełowicz – proboszcz parafii Butrymańce. Przedstawiciele konsulatu powitali nas litewskim chlebem i sękaczem, a ks. proboszcz pokropił nas wodą święconą i udzielił pasterskiego błogosławieństwa.

Ten obraz księży proboszczów stojących na granicy swoich parafii z wodą święconą i kropidłem w ręku powtarzał się jeszcze kilkakrotnie podczas naszego pielgrzymowania. Na granicy państwowej usłyszeliśmy znamienne słowa: „Nie jesteście na obczyźnie, bo Ojczyzna wasza tu”.

Wzruszeni odpowiedzieliśmy, intonując hymn narodowy i ruszyliśmy przed siebie krokiem poloneza, w takt towarzyszącej nam muzyki. Po drodze ludność polska witała nas kwiatami rozsypanymi po drodze, girlandami w otwartych szeroko bramach kościołów i biciem dzwonów. Młode kobiety z dziećmi na ręku podchodziły, aby pobłogosławić ich dzieci; starcy, czasami na wózkach inwalidzkich, siedzieli przy płotach i wzruszeni machali nam w powitalnym geście. Widziałam też stare kobiety klęczące przy drodze z różańcem w rękach. Piękne i wzruszające obrazy, które zachowałam w pamięci i w sercu. I w opozycji do nich inne obrazy, te z miejscowości zamieszkałych w większości przez Litwinów: wyludnione drogi, demonstracyjna obojętność i mocno powściągliwe reakcje. Tu czuje się wzajemne napięcia i animozje pomiędzy Polakami a Litwinami.

Rozumiem niechęć Litwinów do naszej obecności na tych ziemiach. Jest ich mniej niż 2,9 mln. Wilno jest ich stolicą i bardzo lękają się wyimaginowanych lub prawdziwych roszczeń Polaków. Mogę sobie wyobrazić, jak czują się dziś, gdy widzą tłum arcypolskich pielgrzymów maszerujących do Wilna. Zapewne podobnie jak ja, np. we Wrocławiu, wobec hałaśliwie zachowujących się turystów z Niemiec i gdy słyszałam, jak przewodniczka wskazuje im z dumą na niewątpliwe ślady kultury niemieckiej w tym mieście.

Litwini walczą nie tylko o swoją tożsamość, ale także o swoje przetrwanie! Tym bardziej, że jest ich coraz mniej. Od 2004 r., tj. od chwili przystąpienia Litwy do Unii Europejskiej, emigrowało z kraju wiele młodych osób. Od lat zaznacza się też ujemny przyrost naturalny. Litwini mają mało dzieci!

Nic więc dziwnego, że mniejszość polską traktują jako zagrożenie dla swego bytu. Można to zaobserwować już na pierwszy rzut oka. Nigdzie nie ma polskich napisów. Ani na mapach, ani na drogowskazach. Także na terenach zamieszkałych w większości przez Polaków. Do 2010 roku obowiązywała na Litwie ustawa o mniejszościach narodowych, która pozwała na używanie języka mniejszości w urzędach i na tablicach informacyjnych. Po jej wygaśnięciu nowa nie została przyjęta. Tak więc obecnie jedynym urzędowym językiem jest litewski. Mimo to trzeba przyznać, ze od czasu przełomu komunistycznego, czyli od roku 1990, na Litwie wydawane są pisma w języku polskim i działa m.in. jako stowarzyszenie Związek Polaków na Litwie (ZPL). Polacy mają też swoją reprezentację polityczną w postaci partii pod nazwą Akcja Wyborcza Polaków na Litwie-Związek Chrześcijańskich Rodzin (AWP-ZChR). Partia ta istnieje od 1994 r. i według stanu z 2016 roku liczy 2207 członków. Problem w tym, że wprowadzona przez państwo klauzula 5% dla podziału mandatów z listy krajowej okazała się dla niej zaporowa. W wyborach 2000 r. uzyskała więc jedynie 1,85%. Trudno się temu dziwić, skoro Polacy na Litwie stanowią obecnie 5,62% ludności tego kraju i odsetek ten wciąż spada.

Podczas trwania pielgrzymki przyszło nam nocować w różnych miejscach, ale tylko dwukrotnie miałam przyjemność i zaszczyt gościć w domach. Próbowałam jednak podejmować rozmowy z napotkanymi ludźmi i starałam się ich uważnie słuchać. Kiedy w gościnnych polskich domach zasiadłam przy suto zastawionym stole, prowadziłam z nimi „nocne Polaków rozmowy”. Słuchali mnie z niedowierzaniem, gdy tłumaczyłam, że obecnie rządząca ekipa wcale nie jest skrajną prawicą, lecz raczej lewicą ze względu na przeprowadzane reformy społeczno-gospodarcze. Kiedy w końcu przyjęli tę informację i dali wyraz swej aprobacie, ostrożnie zapytali mnie o mój stosunek do Rosjan. Wyjaśniłam, że nie mam uprzedzeń w stosunku do ludzi. Wtedy przyznali, że od lat współpracują na Litwie z Rosjanami na szczeblu lokalnym i samorządowym, a zaraz potem wyjaśnili, że jest to konieczne, gdyż wspólnie muszą bronić się przed Litwinami. Dałam więc wyraz swoim obawom co do kierunku tej współpracy i realnie pojawiającego się niebezpieczeństwa rozgrywania interesów rosyjskich poprzez skonfliktowanie Polaków z Litwinami. W odpowiedzi usłyszałam słowa uznania pod adresem polityki Rosji i samego prezydenta Putina.

Przy innej okazji moja rozmówczyni – również Polka – ze zgrozą wspominała pobyt swego ojca w łagrze na Syberii, o którym dowiedziała się po latach, a zaraz potem – ze wzruszeniem mówiła o tym, jak została przyjęta do Komsomołu pomimo tego, kim był jej ojciec.

Podczas rozmowy z aprobatą wyrażała się o niezrealizowanym projekcie stworzenia wspólnie z Rosjanami, na obszarze zamieszkałym przez większość polską, tzw. krasnowo rajona. Uważała to za dobry pomysł, ponieważ zwiększał siłę mniejszości polskiej i rosyjskiej przeciwko Litwinom. Na koniec dodała: „Jak świat światem Litwin Polakowi nigdy nie był bratem”. Słysząc te słowa, byłam pełna niepokoju i wewnętrznego zamieszania. Kiedy więc nadarzyła się okazja, zaczepiłam na ten temat jednego z księży proboszczów. Przyznał niechętnie, że taki pogląd panuje wśród Polaków, po czym przerwał rozmowę i opuścił moje towarzystwo. Odniosłam wrażenie, że moje pytania bardzo go zaniepokoiły i zirytowały.

Dla dopełnienia kreślonego tu obrazu należałoby przywołać jeszcze jeden wątek mojej rozmowy z Polakami na Litwie. Zapytałam ich o edukację dzieci i młodzieży. Przyznali, że młode pokolenie nie chce i nie mówi po polsku. Wynika to m.in. z tego, że edukacja w polskiej szkole, tj. z językiem wykładowym polskim, utrudnia im perspektywy życiowe i zawodowe. Dlatego też rodzice wybierają dla nich najczęściej szkołę rosyjską, a czasami litewską. Efekt? Sprawdziłam dane. Zaznacza się stały spadek ludzi, którzy uznają język polski za swój język ojczysty (z 220 tys. w 1989 r. do 154 tys. w 2011 roku; dane z Wikipedii). Co więcej, z badania jakościowego przeprowadzonego przez Biuro Nordyckiej Rady Ministrów na Litwie (Norden) oraz spółkę TNS wynika, że polska młodzież rejonu solecznikowskiego (78% ludności stanowią Polacy) zupełnie nie korzysta z polskojęzycznych mediów.

Dominują wśród nich media litewskie i rosyjskie. W domu najczęściej rozmawiają po rosyjsku, a nie po polsku. Jeśli nawet mówią po polsku, to aż 42% wśród używanych w mowie wyrażeń stanowią rusycyzmy.

Nie jest to jednak tylko problem młodzieży polskiej. W Wilnie (dane z 2014 r.) 52,1% respondentów pochodzenia polskiego ogląda telewizję rosyjską, a polską – jedynie 31,4%. Jak wynika z tych badań, aż 63,86% litewskich Polaków uważa Rosję za kraj przyjazny Litwie, a politykę prezydenta Putina pozytywnie ocenia 64,6%. Przeciwnego zdania jest tylko 30% Polaków na Litwie. O czym to świadczy? Mariusz Antonowicz – członek zarządu Polskiego Klubu Dyskusyjnego w Wilnie i wykładowca Uniwersytetu Wileńskiego – nazywa świat, w którym żyją współcześni Polacy na Litwie, „ruskim mirem”.

Zarzuca polskim działaczom i parlamentarzystom reprezentującym AWP-ZChR odpowiedzialność za rozpowszechnianie wśród mniejszości polskiej na Litwie rosyjskich wpływów kulturalnych i politycznych. Powołuje się przy tym na konkretne fakty, np. na to, że działacze ci brali udział w obchodach Dnia Zwycięstwa. Uroczystości te odbywają się w dn. 9.05 na cmentarzu antokolskim i organizuje je corocznie ambasada Rosji w Wilnie. Co więcej, kilku z nich, a wśród nich Waldemar Tomaszewski – były przewodniczący APL, wybrany w 2000 r. na posła okręgu Wilno-Soleczniki – miał podczas tych uroczystości wpiętą w klapę marynarki wstążkę „georgijewską”. Byli nią nagradzani kaci z Katynia. Waldemar Tomaszewski podczas udzielanego wywiadu nazwał ją zaś symbolem rycerskości. Autor artykułu wymienia również wśród postaci mocno kontrowersyjnych Rafała Muksinowa – Rosjanina, który kandydował z listy AWPL, mimo że znany jest jako działacz otwarcie prokremlowski.

Skąd Rosjanie na liście AWPL? Otóż partia ta w wyborach z 2004 r. wystartowała razem z przedstawicielami mniejszości rosyjskiej i białoruskiej. Przyczyna leżała w ordynacji wyborczej. Partia podjęła taką decyzję, aby przekroczyć próg wyborczy 5% i rzeczywiście w 2012 roku uzyskała 5,83%.

Jak twierdzą Polacy na Litwie, to oni zadecydowali o wyborze w 2019 roku obecnie sprawującego urząd prezydenta Gintasa Nauseda.

Rzeczywiście, nowy prezydent Litwy rozpoczął swoje wizyty zagraniczne od Warszawy. Jest więc szansa na ocieplenie stosunków litewsko-polskich. Wróćmy jednak do uzasadnianie zarzutu Antonowicza o budowanie „ruskiego miru” przez polską mniejszość na Litwie. W czasach komunistycznych, gdy istniała jeszcze Litewska Republika Ludowa, w roku 1988 Polacy na Litwie powołali Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne, które w 1989 r. przekształciło się w związek Polaków na Litwie. Inicjatorem, współzałożycielem i pierwszym prezesem tego Stowarzyszenia został Jan Sienkiewicz. Należał on też do grona redaktorów polskojęzycznego dziennika wydawanego w Wilnie w latach 1953–1990 pt. „Czerwony Sztandar”. Okazuje się, że w 12-osobowej grupie inicjatywnej SSKL (Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego) było aż 7 dziennikarzy tego pisma. Dla mnie osobiście interesująca wydaje się jeszcze informacja, że gazeta „Czerwony Sztandar” przekształciła w 1990 r. się w „Kurier Wileński”. Podczas pielgrzymki uczestniczyliśmy w spotkaniu z redaktorami tego pisma. Deklarowali nam wówczas, że czasopismo nawiązuje do znanego i powszechnie czytanego w okresie międzywojennym pisma o tym samym tytule. Tymczasem, jak dowodzi Mariusz Antonowicz, nie ma już tego przedwojennego Wilna ani jego mieszkańców, o których pisze we wspomnieniach gen Rydz-Śmigły, że kiedy w 1919 r. wkraczał na czele wojska polskiego do Wilna, ci, „gdyby mogli, rzucaliby serca pod kopyta końskie”.

Zastanawiam się nad postawionymi tu zarzutami. Wątpię, czy potrafię dokonać obiektywnej oceny moralnej działań podejmowanych na Litwie przez polskich polityków, działaczy i dziennikarzy. Trzeba by dobrze znać kontekst polityczny i historyczny, a ja tego nie mogę sobie przypisać. Staram się więc słuchać argumentów każdej ze stron.

Po latach redaktorzy „Czerwonego Sztandaru” opowiadają o tym, jak skutecznie, choć mozolnie walczyli z nakazami Litewskiej SRR w obronie ludności polskiej. Jednym ze skutecznie zwalczonych problemów był nakaz stosowania zlituanizowanych nazw miejscowości. Dopiero w roku 1988 udało im się wprowadzić polskie nazwy.

„Czerwony Sztandar” oficjalnie był organem KC KPL, a więc dziennikarze tej gazety mogli – także w urzędach – interweniować w sprawach ważnych dla polskiej społeczności pod hasłem „obywatele piszą, gazeta partyjna interweniuje”. Redakcja pisma przypisuje też sobie zasługę doprowadzenie do wzrostu liczby polskich dzieci posyłanych do szkół z językiem wykładowym polskim oraz skuteczną obronę przed zlikwidowaniem polskiego cmentarzyka wojskowego utworzonego w 1922 r. na tzw. Nowej Rossie, gdzie znajduje się Mauzoleum z sercem marszałka Józefa Piłsudskiego. Obecność serca Marszałka na cmentarzu w Wilnie jest znakiem pamięci narodowej dla kolejnych pokoleń Polaków. Marszałek mawiał: „Naród, który traci pamięć, przestaje być Narodem – staje się jedynie zbiorem ludzi, czasowo zajmujących dane terytorium”.

To ważna myśl nie tylko dla Polaków na Litwie, ale przede wszystkim dla nas tu, w naszym kraju. Z bólem dostrzegamy niekiedy, że Polacy, którzy opuścili nasz kraj w ostatnich latach, nie ustrzegli swych dzieci przed utratą tożsamości narodowej. Już drugie pokolenie na obczyźnie często słabo mówi po polsku i nie czuje się Polakami. Tymczasem na tych ziemiach polskość była pielęgnowana i zachowywana nie tylko dzięki wysiłkowi działaczy i polityków, ale za sprawą rodziców przekazującym pamięć historyczną i język ojczysty swoim dzieciom oraz dzięki zaangażowaniu gorliwych kapłanów.

Podobno wilnianie, nawet jeśli mówią po polsku, to i tak myślą po rosyjsku. Jeśli to prawda, to jest to wyzwanie dla nich, ale przede wszystkim dla nas, żyjących w obecnych granicach Polski.

Wszyscy darzymy Wilno większym lub mniejszym sentymentem, ale nie rościmy już pretensji do jego odzyskania. Sądzę, że szanujemy aspiracje niepodległościowe Litwinów. Stosunki polsko-litewskie na przestrzeni 100 lat od odzyskania niepodległości były trudne, wspólnie przechodziliśmy okresy ocieplenia lub zlodowacenia. Teraz wyłania się kolejna szansa. Pytanie, co nas może połączyć? Na pewno nie historia. Koncepcja Józefa Piłsudskiego zbudowania federacji dwóch niezależnych państw okazała się nie do zaakceptowania przez stronę litewską. I tak już chyba pozostanie. Mogą nas połączyć interesy gospodarczo-polityczne, ale czy tylko? Chciałabym wierzyć, że połączy nas wiara katolicka w większości wyznawana na Litwie.

Ze smutkiem jednak muszę skonstatować, że i w tym względzie też nie ma jedności. Decyzja biskupa wileńskiego przeniesienia obrazu Jezusa Miłosiernego autorstwa E. Kazimierowskiego z kościoła polskiego pod wezwaniem Ducha Świętego do kościoła przy ul Dominikańskiej – tzw. Sanktuarium Miłosierdzia Bożego – została oprotestowana przez Polaków. Władze kościelne tłumaczyły – i słusznie – że chodzi o rozszerzenie i upowszechnienie kultu Bożego Miłosierdzia. Niestety w praktyce słynny obraz stał się mało dostępny. Próbowałam wejść do wnętrza tego maleńkiego kościoła, stojącego w ciasnym szeregu kamienic Starego Miasta. Okazało się to niemożliwe, bo właśnie sprawowana była msza święta. A nawet kiedy nie sprawuje się tam nabożeństw – do wnętrza może wejść niewielka, bo kilkudziesięcioosobowa grupa wiernych. Można pomodlić się na progu świątyni, spoglądając na obraz przez szklane drzwi.

„Nasz biskup nas, Polaków, nie zauważa” – skarżą się wilnianie. „Nie chce do nas ani słowa powiedzieć po polsku”… Podczas wejścia Ogólnopolskiej Pielgrzymki witał pielgrzymów pod Ostrą Bramą ks. wikary parafii. Uroczystą Mszę św. celebrował tam ks. bp Jerzy Mazur – ordynariusz Diecezji Ełckiej wraz z ks. biskupem pomocniczym z Diecezji Wileńskiej… Jako katolicy wierzymy, że Kościół został zbudowany przez Jezusa Chrystusa na Ewangelii i że jest katolicki, tj. powszechny, a więc ponadnarodowy.

Na koniec rodzi się we mnie kolejne pytanie: Jak ratować polskość na tych terenach? Na pewno przez działania edukacyjne, poprzez przyjmowanie w Polsce dzieci i młodzieży (choć podobno to bardzo trudne z prawnego punktu widzenia). Trzeba również, aby polskie media, polska telewizja stały się bardziej dostępne na Litwie. Należy wspierać finansowo i politycznie polskie organizacje i stowarzyszenia na Litwie, ale chyba to już zadanie dla polskiego rządu.

Piszę zaś o tym, bo pragnę, aby Polacy poczuli się odpowiedzialni za wspólne dziedzictwo i za swoich Rodaków na obczyźnie. Sądzę, że nasza presja wywierana na rząd i parlament może okazać się skuteczna.

Artykuł Katarzyny Purskiej USJK pt. „Z Polski do Polski” znajduje się na s. 6 i 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 63/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Katarzyny Purskiej USJK pt. „Z Polski do Polski” na s. 6 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 63/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Zawierzając bezmyślnie współczesnym narzędziom techniki, gubimy zdolność krytycznej obserwacji rzeczywistości

Pokolenie, które ma przez większą część dnia głowę spuszczoną i wzrok utkwiony w ekranie telefonu, nie jest zainteresowane tym, co dzieje się wokół. Niestety skutkiem ubocznym postępu bywa regres.

Małgorzata Szewczyk

Człowiek w starciu z potęgą przyrody często przegrywa. A dzieje się to zwłaszcza wtedy, gdy odsłania swą indolencję i bezrefleksyjność. Czy tego chcemy, czy nie, zawierzając bezmyślnie współczesnym narzędziom techniki, gubimy zdolność krytycznej obserwacji rzeczywistości.

Człowiek żył kiedyś bliżej natury i potrafił odczytać dawane przez nią sygnały. Dlaczego? Bo nadsłuchiwał i obserwował. Mimo braku iphonów, smartfonów i wszelkiego rodzaju aplikacji z prognozą meteorologiczną, bezbłędnie rozpoznawał, patrząc na zachód słońca, czy aura następnego dnia się zmieni i będzie padać, czy nie, a obserwując kolor nieba, wiedział, czy będzie wiało. Umiał rozpoznać ścierające się fronty, a licząc sekundy między błyskiem a grzmotem, potrafił określić, jak szybko zbliży się burza. Będąc w lesie, po mchu na korze drzewa wiedział, gdzie jest północ… Kto dziś o tych prostych wskazówkach pamięta?

Pokolenie head down utożsamia wszystko to, co jest wtórną konsekwencją smartfonizacji.

Pokolenie, które ma przez większą część dnia głowę spuszczoną i wzrok utkwiony w ekranie telefonu, nie jest zainteresowane tym, co dzieje się wokół. Niestety skutkiem ubocznym postępu bywa regres podstawowych umiejętności człowieka. Dziś wielu traktuje aplikacje meteorologiczne jak wyrocznię, ignorując sygnały natury i stając się zależnym od tego, co odczyta na swoim telefonie. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa ostrzeże nas przed nawałnicą; jeśli komunikat nie przyjdzie SMS-em, to znaczy, że nic złego w przyrodzie się nie wydarzy. Aplikacja „nie pokazuje” chmurki z piorunem? Burzy nie będzie, tyle że… zwłaszcza w górach prognozy pogody nie można przyrównać do systemu zerojedynkowego. Ci, którzy przeszli kilka szlaków, wiedzą, że pogoda w tym rejonie może zmienić się nagle i gwałtownie.

Nie chcę pastwić się nad ceprami, ale już kilka lat temu widziałam panie w klapeczkach i w bucikach na koturnach mężnie wspierające się na silnych ramionach swych mężów, narzeczonych czy partnerów, zmierzające w stronę Przełęczy Kondrackiej… Rodziny z małymi dziećmi maszerujące w samych koszulkach na ramiączkach, a brak choćby jednego plecaka wskazywał na nieposiadanie swetrów, kurtek czy zapasów wody.

Można zadać jeszcze jedno pytanie: kto dziś zabiera na szlak papierową mapę i latarkę? To passé, przecież wszyscy mamy telefony…

Prawda jest jednak bardzo smutna: nieumiejętność obserwacji otaczającego nas świata i poczucie zwolnienia z krytycznego myślenia czynią z nas istoty bezrefleksyjne i – nomen omen – zagubione w realnym świecie. Wirtualny nas nie uratuje…

Cały felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Postęp, czyli… regres” znajduje się na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 63/2019, gumroad.com.

 


„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna aktualnego numeru „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem gumroad.com. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z wydaniami regionalnymi, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Felieton Małgorzaty Szewczyk pt. „Postęp, czyli… regres” na s. 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 63/2019, gumroad.com

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Ks. dr Zbigniew Jaroszewski: Wiara jest tym, co od wieków modeluje całokształt życia społecznego Kurpiów

Jak mieszkańcy Myszyńca sami sfinansowali budowę swojego kościoła? Co z Myszyńcem ma wspólnego były prefekt Kongregacji Nauki Wiary? Odpowiadają ks. kanonik Zbigniew Jaroszewski i Małgorzata Brodzik. 

Ks. kanonik Zbigniew Jaroszewski opowiada o bazylice mniejszej parafii pw. Trójcy Przenajświętszej w Myszyńcu. Jest ona zbudowana w stylu neogotyckim, ma pięć naw i do budowli jej zużyto ok. dwóch milionów cegieł. Został zbudowany w latach 1909-1922 staraniem proboszczów ks. Franciszka Karwackiego i ks. Franciszka Kuligowskiego. Został on, jak podkreśla proboszcz, wybudowany wielkim wysiłkiem całej parafii i regionu. Konsekracji kościoła dokonał 19 maja 1926 r. biskup łomżyński Romuald Jałbrzykowski. W latach 1995-2000 kościół został odnowiony i pokryty blachą miedzianą.

Wiara ludzi XVIII, XIX, XX w., tak jak pisał wcześniej ks. Skierkowski, modelowała życie społeczne i kulturowe i całokształt życia społecznego Kurpiów.

Ponadto opowiada o swojej dysertacji. Podkreśla, że także dzisiaj Biblia jest w centrum życia Kurpiów.

Radna Małgorzata Brodzik opowiada o tym, jak powstała bazylika mniejsza.

To, co zrobili nasi przodkowie, to jest niesamowite, to jest obiekt, który jest naszym dziedzictwem kulturalnym.

Jak się okazuje ten monumentalny budynek, został postawiony za pieniądze mieszkańców gminy! Brodzik stwierdza, że chcieli oni postawić dom kultu, który będzie służył przyszłym pokoleniom. Mówi także, w jaki sposób ich kościół stał się bazyliką mniejszą. Uroczystości podniesienia przewodniczył ks. kard. Gerhard Ludwig Müller, który od lat chętnie odwiedza myszyńską parafię. Radna podkreśla, że kardynał mimo swej wysokiej rangi jest człowiekiem bardzo ludzkim i przystępnym.

Wysłuchaj całej rozmowy już teraz!

K.T./A.P.