W 1920 r. na Górnym Śląsku działało ponad 50 Towarzystw Polek, które skupiały od kilkudziesięciu do kilkuset członkiń. Działalność statutowa była prowadzona według wartości „Bóg, Rodzina i Ojczyzna”.
Renata Skoczek
Ulotka z okresu plebiscytu | Fot. ze zbiorów Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach
Aktywność Górnoślązaczek rozpoczęła się w 1900 roku utworzeniem Towarzystwa Kobiet w Bytomiu. W następnych latach na wzór bytomskiej organizacji działalność zainicjowały towarzystwa kobiece między innymi z Katowic, Królewskiej Huty (obecnie Chorzów), Zabrza i Szopienic. Tuż przed wybuchem I wojny światowej poszczególne towarzystwa połączyły się w Związek Towarzystw Kobiet pod przewodnictwem Janiny Omańkowskiej, redaktorki poczytnej gazety „Katolik”.
Działania wojenne zahamowały działalność wszystkich polskich organizacji i dopiero po ich zakończeniu praca społeczna zaczęła się powoli odradzać. Na zjeździe w Bytomiu w listopadzie 1918 roku delegatki przyjęły nową nazwę dla organizacji – Związek Towarzystw Polek.
W następnym roku Zarząd przygotował nowy statut, w którym w stosunku do wcześniejszych przepisów został obniżony wiek członkiń z 17 na 16 lat. Najważniejszą zmianą był jednak zapis, że celem towarzystwa jest pouczanie się także w sprawach politycznych, co w praktyce oznaczało włączenie się w kampanię plebiscytową do walki o głosy za Polską.
Na początku 1920 roku na Górnym Śląsku aktywnie działało ponad 50 Towarzystw Polek, które skupiały w zależności od miejscowości od kilkudziesięciu do kilkuset członkiń. Działalność statutowa była prowadzona według wartości „Bóg, Rodzina i Ojczyzna”. 30 stycznia 1920 roku odbył się zjazd wszystkich Towarzystw Polek na Górnym Śląsku. Do Bytomia zjechały delegatki z ponad 50 miejscowości. (…) Obrady zakończyła przewodnicząca wskazaniem na prace i obowiązki, jakie czekają organizacje w najbliższym czasie, następującymi słowami: „jest tylko jeden program dla nas wszystkich: praca nad plebiscytem”.
W gorącym okresie plebiscytowym wszystkie organizacje kobiece aktywnie realizowały wytyczne bytomskiego Zarządu w sprawie pracy propagandowej. Na regularnie organizowanych zebraniach, na które zapraszano także rodziny członkiń, przewodnicząca lub inna osoba z zarządu wygłaszała patriotyczne przemówienie o miłości do ojczyzny albo przedstawiała sylwetki polskich bohaterek narodowych. Na zebraniach często gościli zamiejscowi prelegenci, którzy wygłaszali referaty o pracy kobiety polskiej w walce plebiscytowej. Niejednokrotnie zdarzało się, że prelegentem bywał miejscowy ksiądz proboszcz, który wygłaszał mowę o obowiązkach polskich matek.
Najbardziej aktywne organizacje przygotowywały patriotyczne wieczornice. W Bytomiu Towarzystwo Polek ku uczczeniu pamięci polskiego króla wystawiło jednoaktówkę S. Wyspiańskiego Królowa Jadwiga, połączoną z odczytem o „zasługach jednej z największych niewiast polskich”.
W Raciborzu miejscowe Polki przygotowały odegrane przez dzieci przedstawienie zatytułowane Zaczarowane jabłuszko. Wzbudziło ogromne zainteresowanie, bo jak donosiła prasa, „na jeden wieczór oderwie serca i umysły od nie zawsze wesołej rzeczywistości… i stanie się dowodem, iż praca nasza zbożna nie idzie śladem brukowej propagandy naszych przeciwników”.
(…) Towarzystwa Polek podejmowały wiele innych działań o charakterze narodowym. W Nowych Hajdukach (obecnie dzielnica Chorzowa) wraz z innymi polskimi organizacjami zarząd Towarzystwa uchwalił rezolucję skierowaną do miejscowych władz, aby niemiecką nazwę gminy zamienić na polską, a ponadto zażądał zmiany nazw ulic na polskie i usunięcia nauczyciela, który zajmował się w szkole aktywną agitacją na rzecz Niemiec. Towarzystwo Polek z kolonii Doroty przy parafii św. Anny (obecnie dzielnica Zabrza) zaprotestowało wraz z innymi polskimi organizacjami przeciwko atakom Niemców na ks. Stefana Szwajnocha, który prężnie pracował na rzecz Polski.
Cały artykuł Renaty Skoczek pt. „»Bóg, Rodzina i Ojczyzna«. Towarzystwa Polek na Górnym Śląsku w 1920 roku” znajduje się na s. 10 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Artykuł Renaty Skoczek pt. „»Bóg, Rodzina i Ojczyzna«. Towarzystwa Polek na Górnym Śląsku w 1920 roku” na s. 10 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 75/2020
Przy oczku wodnym ląduje bocian, czmychają żaby. Rodzinka szopów przenosi się na nową działkę. Lis sprawdza, czy ludzie zostawili dla niego smakołyki. Płynącą po kanale krypę „oklaskuje” ogonem bóbr…
Stanisław Florian
Do niedawna stres kierowców zaczynał się między Siewierzem a Częstochową. Teraz (…) mija się Częstochowę, wracając na tzw. gierkówkę. Dopiero tu zaczyna się gehenna: w związku z budową autostrady A2, aż do obwodnicy Łodzi kierowcy suną jednym pasem raz po lewej, raz po prawej stronie… (…) To, że mimo te wszystkie komplikacje komunikacyjne, Mazury są licznie odwiedzane przez wczasowiczów od Dolnego Śląska po Podlasie – to prawdziwy cud infrastrukturalny.
Co roku wśród zamieszkującej na Mazurach, m.in. w podgiżyckich Miłkach, mniejszości rusińskiej, m.in. Łemków i Bojków przesiedlonych w latach 1947–1950 z Bieszczad i Beskidu Niskiego w ramach tzw. Akcji Wisła – na przywitanie lata odbywają się obrzędy tzw. kupałnocki, czyli Nocy Kupały.
W tym roku – ze względu na COVID-19 – na najbardziej na północ wysuniętej przystani żeglarskiej Mazur, Ecomarinie, można było zobaczyć, posłuchać, przetańczyć i prześpiewać „Noc po-Świętojańską”, przygotowaną przez wolontariuszy z Młodzieżowej Rady Miejskiej w Węgorzewie. Oprócz ciekawych aranżacji pieśni ludowych w wykonaniu męskiego zespołu instrumentów tradycyjnych „Wytwórnia Sztuki”, węgorzewska młodzież dała porywający pokaz pradawnych tańców związanych z obrzędami walki dobra ze złem, światła i ciemności, życia ze śmiercią, miłości i nienawiści.
W węgorzewskiej tawernie „Keja” wieczorne koncerty szantów, m.in. EKD Gdynia, żeglarskie karaoke i piątkowe dyskoteki po świt. Precz z maskami – wszyscy z odkrytymi przyłbicami.
Prawdziwy cud pojednania kultur słowiańskich na ziemiach dawnych Prusów i Jaćwingów.
Odwiedziny u przyjaciół rodziny pod Kalem nad Mamrami. Nowoczesna, stylizowana rezydencja, z tarasami opadającymi ku łąkom, zaroślom i zagajnikom nad ukrytą w gąszczu strugą. Korzenne zapachy ziół i roślin bagiennych, a wśród nich – łosza z młodym łoszakiem…
Nocleg w jednym z domków rodzinnych ogrodów działkowych. Przy ogrodowym oczku wodnym ląduje bocian, czmychają żaby. Wieczorem – za ogrodzeniem rodzinka szopów przenosi się na nową działkę. Lis przechadza się nad ranem, sprawdzając, czy ludzie nie zostawili dla niego smakołyków po grillowaniu
W noc Perseidów leżysz na tarasie, ogarniając nieba przestwór i śląc życzenia ku rojowi spadających gwiazd. Płynącą po kanale krypę „oklaskuje” ogonem bóbr. Na jeziorze fala za falą… Trzymajcie się, dziewczyny, za liny!
Patrioci powiatu węgorzewskiego od paru lat przygotowywali na 100-lecie odzyskania niepodległości i „cudu nad Wisłą” – uroczyste ufundowanie pomnika Piłsudskiego. Po początkowej euforii lokalnych władz, zebraniu datków od bliższych, a zwłaszcza dalszych zwolenników tradycji patriotycznych – burmistrz miasta wycofuje poparcie i cudem udaje się w platformerskiej radzie miasta zmienić nazwę placu Wolności na plac Niepodległości.
Cały artykuł Stanisława Floriana pt. „Mazury, cud…” znajduje się na s. 12 wrześniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Cześć oddajemy nie klęskom. Czcimy odwagę, męstwo, gotowość do poświęcenia własnego życia – także dla nas. Czcimy zrywy podjęte w imię wolności, godności, honoru. Pragniemy uszanować męczeństwo.
Tekst i zdjęcia Magdalena Słoniowska
Umiemy czcić zwycięstwa!
Kościół w Barwicach
Stałym, eksponowanym i powtarzanym zgodnie z goebbelsowską i stalinowską zasadą kłamstwem jest to, że Polacy z upodobaniem czczą swoje klęski. To zdumiewające, jak to hasło „chwyciło” po roku 1989. Wyzwoliliśmy się ponoć spod komuny, ale myślenie, czyniące z nas „rabów”, dopiero po transformacji objawiło się w całej krasie, kiedy to dobrowolnie przyjmujemy poniżające poglądy i postawy.
Dawniej komuniści, przerabiając nam umysły, pozwalali wspominać i uczyć się o powstaniach. Pewnie właśnie dlatego, że zakończyły się w większości klęskami. Przedstawiając je w odpowiedni sposób, chcieli ukształtować w nas poczucie, że jesteśmy w stanie tylko bohatersko i bezsensownie ginąć. Kto uczył się jeszcze w komunistycznej szkole, pamięta tę pedagogię. O zwycięstwach – im bliższych współczesności, tym mniej. O demokracji szlacheckiej – z lekceważeniem i negatywnie. O Wiedniu, obronie Lwowa, o powstaniu wielkopolskim, odzyskaniu niepodległości – mało albo wcale. O wojnie z bolszewikami i Bitwie Warszawskiej – wstydliwie, a czasem z oburzeniem, że Polska miała czelność przeciwstawić się tak dobroczynnej ideologii.
Tak formowani w szkołach, kiedy po Okrągłym Stole pedagodzy wstydu zaczęli wmawiać nam, że potrafimy czcić tylko klęski, przyjęliśmy to w większości bez oporu. Może dlatego, że zaczął się liczyć natychmiastowy i spektakularny sukces. Nie miejsce tu na głębszą analizę; od tego są specjaliści. Chcę tylko napisać, że to nieprawda, że mamy upodobanie w klęskach.
Jedna z tablic wystawy
Owszem, czcimy tych, którzy walczyli i ginęli. Owszem – ginęli w powstaniach i bitwach, które w wielu wypadkach nie były zwycięskie. Ale cześć oddajemy nie klęskom. Czcimy odwagę, męstwo, gotowość do poświęcenia własnego życia dla bliźnich, dla nas. Czcimy zrywy, które zostały podjęte w imię wolności, tożsamości, godności, honoru, możliwości decydowania o sobie! Pragniemy uszanować męczeństwo, które zostało podjęte także z myślą o nas.
Nikt normalny nie cieszy się z klęski. Dlatego na przykład nie obchodzimy rocznicy powstania warszawskiego 2 października, tylko 1 sierpnia, kiedy wszczęto je z zamiarem zwycięstwa; tak jak wszystkie inne zrywy.
A dzielenie przez niektórych interpretatorów historii powstańców na dowódców o złych intencjach, kierujących się prywatą i własnymi ambicjami, i na masę żołnierską, która dała się wodzić za nos i głupio, bezmyślnie ginęła –zastrzegających się przy tym, że ci drudzy oczywiście zasługują na najwyższy szacunek – jest takim samym działaniem, jak dzielenie komunistów społeczeństwa na wrogie klasy.
Teraz, kiedy znamy przeróżne (ale nie wszystkie) okoliczności historyczne, możemy oceniać, osądzać, krytykować, wyśmiewać. To prawda, historię należy badać i uczyć się na niej. Ale niech nikomu nie wydaje się, że jest mądrzejszy od naszych przodków. Wystarczy, jeśli każdy spojrzy uczciwie na własne życie i własne decyzje.
Opisujmy, analizujmy, ale bez pychy i szyderstwa –ani z tych, którzy zginęli, ani ze współczesnych, którzy podtrzymują tradycję narodową i oddają cześć tym, którym zawdzięczamy naszą tożsamość.
I cieszmy się z tego, że możemy swobodnie obchodzić także nasze zwycięstwa. Że nareszcie wolno głośno mówić – choć o ponad kilkadziesiąt lat za późno, ze szkodą dla naszego poczucia wartości i naszej pozycji w Europie – o wygranej wojnie z bolszewikami, o Bitwie Warszawskiej, o Cudzie nad Wisłą, o tym wielkim wydarzeniu, w którym jest i męstwo, i męczeństwo, i zwycięstwo o znaczeniu co najmniej europejskim.
Są tacy, którzy twierdzą, że osobiście ich obraża nazwa „Cud nad Wisłą”. Bo nie było żadnego cudu, tylko męstwo żołnierza. Mnie tam pomoc Boża nie obraża. I o tej Bożej interwencji miałam okazję posłuchać 15 sierpnia w małym miasteczku na Pomorzu Drawskim – w Barwicach.
Byłam tam z mężem na krótkim urlopie i 15 sierpnia znaleźliśmy się w parafialnym kościele pw. św. Stefana Węgierskiego. Kościół na zewnątrz i cały w środku był udekorowany polskimi flagami. Po obu stronach ołtarza rozstawione były tablice wystawy przygotowanej przez historyków z Muzeum Wojska Polskiego, informujące szczegółowo i ciekawie, z wieloma zdjęciami, o przebiegu wojny z bolszewikami.
Proboszcz w homilii nawiązał nie tylko do święta z tego dnia – Wniebowzięcia – ale także do Maryi, która miała swój udział w Cudzie nad Wisłą, ukazując się sowieckim żołnierzom i wzbudzając w nich takie przerażenie, że uciekali z pola bitwy, opowiadając zgodnie o widzeniu Bożej Matieri, w którą zakazano im przecież wierzyć, a która kierowała ich pociski przeciw nim samym. Cudem było też i to, jak mówił proboszcz, że sam Naczelnik Józef Piłsudski prosił arcybiskupa Kakowskiego o jak najwięcej księży jako kapelanów, gdyż duch w wojsku polskim gasł wobec niepowstrzymanego parcia bolszewików na zachód.
Arcybiskup wezwał księży do posługi żołnierzom i nakazał im nie odstępować walczących. Warszawiacy zaś czuwali w noc przed bitwą w kościołach, modląc się o zwycięstwo. W Barwicach również odbyło się czuwanie nocne na wzór tego sprzed stu laty w Warszawie.
Proboszcz podziękował parafianom za to, że całą noc „Pan Jezus nie pozostał sam”, mimo że nie było uprzednich zapisów.
Na zakończenie mszy św. zgromadzeni odmówili nie tylko modlitwę do Michała Archanioła, do której zachęcił ojciec św. Franciszek, ale też piękną modlitwę za diecezję koszalińsko-kołobrzeską, za wszystkich jej mieszkańców, za rodziny, o wzajemną miłość jedność, wiarę i miłosierdzie dla wszystkich potrzebujących.
W dodatku w pobliżu kościoła, na garażu obok cukierenki, do której poszliśmy na lody, widnieje mural upamiętniający odzyskanie niepodległości w 1918 roku. I takich miejsc w różnych miejscowościach na Pomorzu zauważyłam więcej. A na szczytowych ścianach trzech sąsiadujących baraczków (magazynów?) przy drodze wyjazdowej ze Szczecinka widnieje wielki napis: Bóg – Honor – Ojczyzna. I te słowa są sensem wszelkich narodowych rocznic.
Okazuje się, że Cud nad Wisłą jest świętem zwycięstwa, które Polacy obchodzą i które ich obchodzi. I że świętujemy nie tylko klęski, i nie tylko w stolicy.
A właściwie – tylko nie w stolicy. Bo jej gospodarz udał się ostentacyjnie na urlop, jakby nie wiedział, kiedy wypada rocznica tego naszego największego poza Wiktorią Wiedeńską zwycięstwa. Tymczasem traktowana z wyższością przez wszelkie samozwańcze kasty prowincja („Duda wygrał tylko głosami prowincji”), tak daleka przecież od miejsca – przez tyle lat spychanej w niepamięć – bitwy sprzed wieku, umie „zachować się jak trzeba”.
Artykuł Magdaleny Słoniowskiej pt. „Umiemy czcić zwycięstwa!” znajduje się na s. 20 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 75/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Niektórzy uczestnicy pikniku, a także wspierający tę akcję w mediach społecznościowych, są osobami, które w tej parafii przyjmowały nie tak dawno sakramenty Pierwszej Komunii św. i bierzmowania.
Aleksandra Tabaczyńska
Red. Ryszard Gromadzki | Fot. A. Tabaczyńska
Gorszące sceny na ulicach Polski z udziałem osób spod tęczowych flag, określających się mianem społeczności LGBT i ich sympatyków, opisywane są niemal każdego dnia. Śledząc wszelakie doniesienia medialne, i to od lewa do prawa, widać jasno, że najbardziej wypróbowaną taktyką tego konfliktu jest stawianie się tych środowisk w sytuacji dyskryminowanej mniejszości. Szokuje też impet, z jakim próbuje się przebudować tożsamość, a więc dusze Polaków.
Te działania wprawiają tylko w osłupienie do momentu, gdy jesteśmy obserwatorami zdarzeń, które odbywają się gdzieś w Polsce, do tego w dużym mieście uniwersyteckim. Jednak gdy pewnego dnia okazuje się, że obiektem ataku jest nasza parafia, nasz proboszcz, kościół, gdzie nasze dzieci przyjmowały sakramenty, a do tego na terenie, gdzie zwyczajowo przechodzi procesja Bożego Ciała i Droga Krzyżowa Ulicami Miasta, to emocje, które temu towarzyszą, zapierają dech w piersi.
Co się wydarzyło
15 sierpnia w parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Tomyślu, podczas mszy świętej, która również była transmitowana poprzez kanał internetowy, proboszcz ks. Tomasz Sobolewski wygłosił kazanie. W pierwszej części, historycznej, homilia nawiązywała do setnej rocznicy Cudu nad Wisłą, kiedy to Polacy obronili swoją niedawno odzyskaną niepodległość, a następnie zahamowali inwazję bolszewicką na całą Europę i obronili wiarę katolicką oraz możliwość jej praktykowania w Ojczyźnie.
W drugiej części omówiona została obecna sytuacja społeczna w kraju i konkretne akty profanacji symboli religijnych, narodowych oraz wandalizmu. W związku z tym, że działania te były przeprowadzane przez aktywistów ruchu LGBT, kapłan skonkludował, że te wydarzenia i sytuacje to bitwy współczesnej wojny cywilizacyjno-kulturowej.
I chrześcijanie muszą walczyć, tak jak Polacy 100 lat temu, z ideologią neomarksistowską, ideologią LGBT i innymi prądami lewicowymi, których celem jest wyrugowanie z naszych serc i z naszej polskiej rzeczywistości Pana Boga. (…)
Manifestacja obrońców wartości w Nowym Tomyślu przed kościołem | Fot. A. Tabaczyńska
Już tego samego dnia zawrzało w internecie, a następnego w lewicowej prasie. (…)
18 sierpnia, prawdopodobnie w nocy, nieznani sprawcy zawiesili pomiędzy flagami narodowymi, papieskimi i maryjnymi, które w związku ze świętem narodowym i Wniebowzięcia NPM zdobiły wejścia do Kościoła, swoją tęczową flagę. Proboszcz zawiadomił policję i tego samego dnia w internecie ukazało się zaproszenie na „Tęczowy Piknik”. Piknik zorganizowano na placu Chopina, w którego centrum stoi nowotomyska świątynia. Ów piknik rozpoczął się w sobotę 22 sierpnia, o godzinie 19, a więc dokładnie w tym samym czasie, w którym kończy się we wspomnianym kościele msza św. Parafianie, mieszkańcy Nowego Tomyśla i okolic, odpowiedzieli na tę prowokację. W sobotę 22 sierpnia, jak zawsze o godzinie 18.00, rozpoczęła się eucharystia w niedzielnym obrządku, podczas której dodatkowo odbył się chrzest kilkorga dzieci. Bezpośrednio po mszy św. proboszcz poprosił o udział w nabożeństwie ekspiacyjnym, które trwało równolegle z tęczowym piknikiem. (…)
Świadectwo
Mieszkańców miasta bardzo mocno wsparł redaktor Ryszard Gromadzki. Warto dodać, że dziennikarz TV Republika i Polskiego Radia 24 nie jest jakimś importowanym bojówkarzem. Pochodzi z Nowego Tomyśla, mieszka niedaleko, a świątynię NSPJ w dalszym ciągu traktuje jak swoją. W dzień tęczowego pikniku wraz z żoną Elżbietą dał jednoznaczne świadectwo wiary katolickiej oraz sprzeciwu wobec szargania naszych świętości. Ryszard Gromadzki wyszedł z kościoła tuż po zakończeniu mszy św. Przed sobą trzymał duży drewniany krzyż. Stał w milczeniu, modląc się w intencji działaczy LGBT o ich opamiętanie. Elżbieta Gromadzka w tym samym czasie wraz z wiernymi uczestniczyła w nabożeństwie. Oboje też bardzo aktywnie wsparli proboszcza i parafian dzień później, podczas spotkania pod hasłem stop prześladowaniu chrześcijan. (…)
Uczestnicy pikniku – rozpoznałam dosłownie kilkoro, bo reszta to chyba przyjezdni – a także wspierający tę akcję w mediach społecznościowych, są osobami, które w tej parafii przyjmowały nie tak dawno sakramenty I Komunii św. i bierzmowania
Mało tego, ich rodzice prosili o te sakramenty dla nich proboszcza czy biskupa albo dziękowali za nie, czynnie uczestnicząc w poprzedzających je przygotowaniach. Mówiąc „prosili” czy „dziękowali”, mam na myśli na przykład udział w delegacji, a więc reprezentowanie ogółu rodziców dzieci pierwszokomunijnych czy młodzieży bierzmowanej.
Te związki z parafią przestały mieć znaczenie w kontekście tęczowego pikniku i kilka osób ochoczo udostępniało czy komentowało sprawę w internecie. Smutne jest to, że młodzi ludzie tak bezkrytycznie przyjmują lewicowo-liberalną ideologię i pod pozorem haseł o równości dają się po prostu zwieść.
Cały artykuł Aleksandry Tabaczyńskiej pt. „Niestosowny piknik w Nowym Tomyślu” znajduje się na s. 1 i 2 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 75/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Tym razem atak, nie mniej bolszewicki niż wtedy, idzie nie od Wschodu, ale od Zachodu, finansowany przez firmy światowe, przekonane, że robią dobry interes, a przecież kopią sobie grób.
ks. Zygmunt Zieliński
Przed 100 laty na przedpolach Warszawy łopotały czerwone sztandary. Do Warszawy ich nie wpuszczono. Nie przedostały się do Niemiec, Francji, na Zachód i zapewne wtedy lewacy tamtejsi przeklinali Polskę, że zamknęła im drogę do raju bolszewickiego. (…)
Tym razem atak, nie mniej bolszewicki niż wtedy, idzie nie od Wschodu, ale od Zachodu, finansowany przez firmy światowe, przekonane, że robią dobry interes, a przecież kopią sobie grób, jak wszystkim, którym grozi pandemia o wiele gorsza od COVID-19. Dlatego musi trwać Bitwa Warszawska AD 2020. Wielu oficjeli zachowuje się dziś jak przed 100 laty dokerzy gdańscy, czescy kolejarze i opiekunowie Sowietów na Zachodzie. Szali zwycięstwa na korzyść bolszewików wtedy nie przeważyli. Dziś, miejmy nadzieję, nie przeważą jej pieniądze Googla, IKEi, Coca Coli, Toyoty, Microsoftu, Empiku, Agory i wielu podobnych sponsorów.
Ale nie brak też takich, i to na wysokich szczeblach polityki, którzy wszystko robią, by ta pasiasta groza miała wolną rękę. Kilka przykładów: „Unijna komisarz ds. równości, Helena Dalli, staje po stronie aresztowanego Michała Sz. »Margot«. Tym razem wezwała Polskę do »zajęcia się kwestią dyskryminacji i nienawiści wobec osób LGBTI«. – Policja podczas protestów spotkała się z nadużyciami. Nie wszyscy demonstranci byli pokojowi – napisało w odpowiedzi Stałe Przedstawicielstwo RP przy UE”.
„Unijna komisarz ds. równości Helena Dalli napisała na Twitterze, że »każdy obywatel UE, w tym osoby LGBTI, ma prawo do spokojnego gromadzenia się i do udziału w pokojowych protestach. Wzywam Polskę do zajęcia się kwestią dyskryminacji i nienawiści wobec osób LGBTI oraz do przestrzegania europejskich wartości równości, demokracji i praw człowieka«”.
Nie dziwię się pani Dalli, ale stanowisko Stałego Przedstawicielstwa RP przy UE? Czyżby nie było wiadomo, co działo się w czasie demonstracji LGBT? Po co te eufemizmy? To, co powiedziała pani Dalli, świadczy o jednym. Ruch czy ideologia LGBT jest pod ochroną tego, co UE uważa za prawo. Większość normalnych ludzi, nie oznakowanych żadnymi literkami, powinna w myśl tego prawa spokojnie znosić wybryki tamtych i profanacje drogich dla większości Polaków wartości. Nic dziwnego, że UE traci coraz bardziej na autorytecie, tak interpretując prawa człowieka. (…)
Oto apel naukowców z całego świata:
„Wzywamy polskie władze do natychmiastowego uwolnienie Małgorzaty Szutowicz. My, niżej podpisane i podpisani badaczki i badacze, wyrażamy głębokie zaniepokojenie bezprecedensowym atakiem na społeczność LGBT+ w Polsce. Z całą mocą potępiamy aresztowanie działaczki LGBT+ Małgorzaty (Margot) Szutowicz, które uważamy nie tylko za niepotrzebny i nieproporcjonalny środek zapobiegawczy, ale także za kolejny – po ogłoszeniu niektórych części Polski »strefami wolnymi od LGBT« – etap homofobicznej kampanii prowadzonej przez polskie władze. Niepokoi nas również brutalność, z jaką polskie siły policyjne interweniowały wobec osób uczestniczących w demonstracji wspierającej Małgorzatę 7 sierpnia. Wzywamy polskie władze do natychmiastowego uwolnienia Małgorzaty Szutowicz i do zagwarantowania praw osób LGBT+”.
Nie dziwię się podpisom z uczelni zagranicznych, bo tam często ludzie podpisujący takie apele niekoniecznie wiedzą, gdzie dzieje się to, o czym apel traktuje i w czym rzecz; wystarczy hasło. Z polskich środowisk wsławił się Uniwersytet Warszawski i częściowo PAN, czyli żadne zaskoczenie.
Jak podają media, Michał Sz. z kolektywu »Stop Bzdurom« identyfikuje się jako… kobieta – Małgorzata. Michał Sz. pseud. »Margot« opisywał w rozmowie z dziennikarką »Newsweeka« okoliczności ataku na Pana Łukasza. Aktywiści uzbrojeni w noże wbiegli i nie tylko z furią fizycznie zaatakowali kierowcę furgonetki oklejonej materiałami kampanii »Stop pedofilii«, ale również zdewastowali samochód należący do Fundacji Pro-Prawo do życia” (Taką wersję wydarzenia podał sam Michał Sz.; video, Tygodnik Solidarność, 8.8.20). (…)
Znieważanie i lekceważenie uznanych wartości i głoszenie bredni teorii gender o 59 płciach, czy jak to nazwać, idzie zawsze w parze z szerzej rozumianym nihilizmem. „Redakcja »Newsweeka« wpadła na pomysł, by w rocznicę Bitwy Warszawskiej przypomnieć swój tekst sprzed 11 lat. »Dzieło« Igora T. Miecika opisuje wojnę polsko-bolszewicką z perspektywy rosyjskich jeńców. Miecik pisze o rzekomym złym traktowaniu bolszewickich żołnierzy. Padają nawet słowa o »barbarzyńskich łagrach II Rzeczypospolitej«. Opowieść o rzekomym złym traktowaniu jeńców po Bitwie Warszawskiej jest motywem przewodnim wielu rosyjskich ataków na Polskę i naszą historię. (…) Inne medium Ringier Axel-Springer poszło podobną drogą. Na czołówce portalu Onet.pl znajdziemy wspomnienia bolszewickiego lekarza, który znalazł się na froncie: »Tego, co wyprawiają Polacy, nie da się opowiedzieć«” (cytat za wpolityce.pl).
To tylko niektóre wynurzenia mediów ukazujących się w Polsce za cudze pieniądze, a wiadomo: kto płaci, ten żąda. Nie jest to nic nowego. Za okupacji niemieckiej też wychodziły gazety w języku polskim, a przecież przeciwko wszystkiemu, co polskie. Miały swoją nazwę.
Na koniec coś osobistego. Mój ojciec jako żołnierz zaraził się w tamtym czasie tyfusem plamistym od jeńca sowieckiego. Opowiadał, że chorych wśród jeńców było mnóstwo, a możliwości leczenia nikłe, nawet własnych żołnierzy. Nie do końca wiadomo, jak umierali polscy jeńcy w Sowietach. Połowa tylko wróciła. Ale co to może obchodzić „Newsweek” i Onet? Przecież to chodziło o Polaków!
Antypolska nagonka idzie różnymi torami, ale w jednym kierunku. Wytyczają go zawsze ci sami wrogowie, choć inaczej się nazywają.
Cytaty nieopisane w tekście pochodzą z Niezalezna.pl.
Cały artykuł ks Zygmunta Zielińskiego pt. „Bitwa warszawska 2020” znajduje się na s. 12 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 75/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
W Paryżu żółtych kamizelek nie było nadziei. W starej Europie i USA nowym wyznaniem wiary jest destrukcja i coraz głębsze dzielenie ludzi, izolowanie i budowanie między nimi nienaturalnych murów.
Krzysztof Skowroński
Wzruszające są obrazy, które do nas docierają z Białorusi. Jest jakaś naturalna uczciwość i szczerość w białoruskiej rewolucji. Nam przypomina sierpień ’80 roku.
Wtedy w Gdańsku, Szczecinie, Jastrzębiu czy Wrocławiu chodziło o poszanowanie najprostszych zasad, o przywrócenie godności i elementarnej uczciwości w zakłamanym świecie komunistycznego reżimu. O to samo chodzi Białorusinom, dlatego tak dobrze czujemy nastrój ulic Mińska czy Grodna.
Nie ma liderów, nie ma podziałów. Po drugiej stronie barykady jest ten, któremu wydawało się, że jego władza jest wieczna i nie może się pogodzić z tym, że jego czas właśnie się skończył, że brutalna siła, aresztowania i tortury stosowane masowo w aresztach na nie wiele się zdadzą, że już stał się czarną kartą w historii Białorusi.
Jest jeszcze jedna analogia do polskiego sierpnia. Białoruś dziś nie może myśleć o pełnej niepodległości. Śpiewają o Pogoni i Ostrej Bramie, odwołując się do historii Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale wiedzą, że Moskwa nie może wycofać się z Mińska Litewskiego. Patrząc na szlachetną pokojową walkę i demonstracje Białorusinów, możemy ją porównać do ruchu żółtych kamizelek czy obecnych demonstracji w Ameryce. W Mińsku nie ma zbitych witryn i obrabowanych sklepów. To jest świadectwo głębi i powagi.
I jest jeszcze jedna istotna różnica. Na Białorusi jest nadzieja, a w Paryżu tej nadziei nie było. W krajach starej Europy i Stanów motorem jest destrukcja i chęć coraz głębszego dzielenia ludzi. Tu, czyli w Mińsku, jest wspólnota. Ta idea dzielenia ludzi, izolowania i budowania między nimi nienaturalnych murów jest teraz w świecie Zachodu nowym wyznaniem wiary. Jest jakaś siła, której głównym zadaniem jest mieszać, zmieniać znaczenia słów po to, by coraz bardziej utrudniać ludziom komunikację. Tak jest z ideologią LGBT, z ruchem burzącym pomniki w Ameryce, z nieszczęsnym covidem, który bezobjawowo może doprowadzić do najgłębszych cywilizacyjnych zmian poprzez zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki i likwidacji pieniądza.
To jest podstawowa różnica między sierpniem w Polsce 40 lat temu a białoruskim w 2020 roku. My widzieliśmy za murem berlińskim normalny świat, a w oknach pałacu apostolskiego – Jana Pawła II. Białorusini widzą świat, który sam siebie postanowił pozbawić życia.
I to nie teraz. To rozpoczęło się na długo przed strzałami Gawriły Principa w Sarajewie.
Artykuł wstępny Krzysztofa Skowrońskiego, Redaktora Naczelnego „Kuriera WNET”, znajduje się na s. 1 wrześniowego „Kuriera WNET” nr 75/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Andrzej Mielęcki udzielał pomocy rannym Niemcom. Inni Niemcy, rozpoznając w nim radnego miejskiego oraz aktywnego działacza Polskiego Komitetu Plebiscytowego, zakatowali bezbronnego lekarza na śmierć.
Renata Skoczek
dr. Andrzej Mielęcki (1864-1920) | Fot. Wikipedia
17 sierpnia [1920 r.] Niemcy, próbując wykorzystać wojnę polsko-bolszewicką do zbrojnego przejęcia obszaru plebiscytowego, zorganizowali w regionie strajk generalny, w wyniku którego przerwano dostawy prądu, wody, zamilkły telefony i stanęły tramwaje. Tego dnia w południe odbyła się na katowickim Rynku – pomimo zakazu wydanego przez Międzysojuszniczą Komisję – polityczna demonstracja ludności niemieckiej, która dała początek tragicznym wydarzeniom.
Pod wpływem antypolskich i antyfrancuskich przemówień, uzbrojony w broń palną tłum ruszył pod siedzibę powiatowego kontrolera Międzysojuszniczej Komisji, którego siedziba znajdowała się przy obecnej ul. Warszawskiej 7. Niemcy zdjęli flagi koalicyjne i obrzucili gmach kamieniami. Padły strzały, w wyniku których zginęło 2 żołnierzy francuskich. Wojsko koalicyjne, chcąc rozproszyć demonstrantów, strzeliło do wzburzonego tłumu. Od kul zginęło 10 osób, a ponad dwadzieścia zostało rannych.
Andrzej Mielęcki – polski lekarz i znany działacz narodowy – ze swojego mieszkania znajdującego się naprzeciwko atakowanego budynku zobaczył rannych i zszedł, aby udzielić im pomocy. Niemcy, rozpoznając w nim radnego miejskiego oraz aktywnego działacza Polskiego Komitetu Plebiscytowego w Katowicach, zaatakowali bezbronnego lekarza, katując go na śmierć. Ciało doktora zawleczono nad pobliską Rawę i wrzucono do rzeki, skąd później zostało wyłowione.
Wiadomość o zamordowaniu znanego i cenionego lekarza odbiła się szerokim echem we wszystkich gazetach ukazujących się na Górnym Śląsku, które zamieściły opisy tych wydarzeń. W popularnym „Katoliku”, który ukazał się 21 sierpnia, czytamy:
„Dr Mielęcki opatrywał na ulicy rannych. Gdy mu zabrakło opatrunków, pobiegł do swojego mieszkania po nowe bandaże. Wtem wybuchł przed domem dr. Mielęckiego granat ręczny; padło również kilka strzałów rewolwerowych. Ktoś z tłumu, widząc pędzącego dr. Mielęckiego do swojego mieszkania, krzyknął, że dr Mielęcki strzelił, co było hasłem dla demonstrantów, że się rzucili na mieszkanie, dr. Mielęckiego wywlekli i na ulicy w okrutny sposób uśmiercili”.
Pogrzeb doktora Mielęckiego stał się wielką patriotyczną manifestacją, w której uczestniczyło ponad 15 tysięcy Polaków. Z obawy przed zamieszkami Międzysojusznicza Komisja nie zezwoliła na uroczystości pogrzebowe w Katowicach. Wydała jedynie pozwolenie na wywiezienie zwłok bardzo wczesnym rankiem 25 sierpnia do Sosnowca, który znajdował się w granicach Polski.
Sierociniec im. A. Mielęckiego w Katowicach | Fot. NAC
(…) We wrześniu 1920 roku dla uczczenia pamięci dr Mielęckiego powołano społeczny komitet fundacji jego imienia, który zajmował się zbieraniem funduszy na otwarcie domu dla sierot polskich z całego Górnego Śląska oraz szpitala dziecięcego. (…) Pieniądze były zbierane przez następny rok. Z czasem komitet katowicki przekształcił się w komitet centralny, a akcja zbierania funduszy ogarnęła całą Polskę. Sierociniec Polski im. Doktora Andrzeja Mielęckiego został otwarty w Katowicach kilka lat po przejęciu miasta przez władze polskie.
Cały artykuł Renaty Skoczek pt. „W setną rocznicę śmierci Andrzeja Mielęckiego” znajduje się na s. 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 74/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Tylko osoba wierząca mogła liczyć na wizę na dłuższy pobyt i pracę w islamskim kraju. Po prostu Libijczycy uważali, że wierzący, bez względu na rodzaj religii, kierują się ogólnie przyjętymi zasadami.
Marian Smoczkiewicz
Minęło już 35 lat od mojej ponad dwuletniej pracy na kontrakcie medycznym w szpitalu w Dernie w Libii. Po takim czasie wspomnienia nie gasną, tylko nabierają łagodniejszych kolorów i nawet te złe, mimo wszystko, stają się bliskie sercu. (…)
Nieznajomość kultury, delikatnych stosunków i więzi rodzinnych to prosta i łatwa droga do konfliktów, a nawet nieszczęść. Oczywiście wszyscy chcieliśmy dobrze i działaliśmy według swoich norm etycznych, które dla naszych libijskich pacjentów i ich rodzin były zupełnie nieczytelne, i na odwrót.
Przykład z codziennej praktyki chirurgicznej, który bardzo często się powtarzał. Do szpitala zgłosił się ojciec z kilkuletnią córką. Dziewczynka skarżyła się na silne bóle brzucha, wymioty, brak apetytu. Dolegliwości miała od wczoraj i nasilały się.
Po wykonaniu koniecznych badań stwierdziliśmy ostre zapalenie wyrostka robaczkowego i poinformowaliśmy ojca, że w tym przypadku jedynym leczeniem jest przyjęcie do szpitala i zabieg operacyjny, który należy wykonać bezzwłocznie.
Reakcja ojca była zaskakująca. W sposób kategoryczny odmówił pozostawienia dziecka w szpitalu. Zabrał je do domu. Rozmowa miała charakter awantury.
Miejscowi są na ogół bardzo impulsywni, nigdy nie wiadomo, co może spowodować konflikt. Moi współpracownicy starali się spokojnie wyperswadować ojcu jego decyzję. Ponadto poinformowali o jej skutkach, czyli jakie niebezpieczeństwo dla zdrowia i życia jego córki groziło w przypadku zaniechania leczenia. Do dyskusji chwilami włączały się miejscowe pielęgniarki, ale bez większego entuzjazmu. Narastało zdenerwowanie i agresja.
Ostatecznie ojciec zabrał córeczkę do samochodu i odjechał do domu, a my zostaliśmy z obawą o zdrowie i życie dziecka. Martwiliśmy się, czy zrobiliśmy wszystko, żeby rozwiązać konflikt na korzyść pacjentki. Zastanawialiśmy się, jak można wybrnąć z takiej sytuacji, kiedy nieświadomy niebezpieczeństwa ojciec nie przyjmuje argumentów i postępuje nieodpowiedzialnie. Po upływie około godziny ojciec zjawił się ponownie z chorą córką i spokojnie, jakby nie było poprzedniej sprzeczki, poprosił o przyjęcie i operację. Na wszystko się zgodził i podpisał. Nie ten sam człowiek.
Takie sytuacje były na porządku dziennym. Zdarzały się zwykle, gdy ojciec sam przyjeżdżał z dzieckiem. Tu jeszcze należałoby wspomnieć o zasadzie, że zgodę na operację podpisuje wyłącznie mężczyzna. Kobiety nie mogą podpisać zgody za siebie, w ich imieniu wyraża ją mąż, ojciec, syn itp. Wygląda to jak typowa dyskryminacja, stawiająca kobietę w gorszej sytuacji. Tak prosto widzą to często przedstawiciele naszej cywilizacji.
Wracając do dziewczynki z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Dlaczego jej ojciec na początku się awanturował i wszystko negował, gdzie był potem przez godzinę i dlaczego wrócił zupełnie odmieniony? Sprawa jest prosta. Trzeba tylko i aż tylko znać reguły i zwyczaje panujące w rodzinie i miejsce każdego jej członka.
Nasz bohater po awanturze w szpitalu pojechał do domu zreferować sprawę. Tam musiał uzyskać zgodę na zabieg od żony, potwierdzoną przez teściową i babcię. Nie konsultował się ze swoim ojcem ani braćmi. Decydowały kobiety. Ich zdanie było ostateczne.
Decyzja zapadła szybko; kobiety mają wyczucie, co należy robić. Godzina, jaka była potrzebna na powrót do szpitala, wynikała z odległości między szpitalem a domem.
Teraz ojciec mógł przyjść z podniesionym czołem i zakomunikować, że dojrzał do decyzji i wyraża zgodę na proponowane leczenie. Jego niezależność i samodzielność w podejmowaniu decyzji została pozornie nienaruszona, ale ile musiał się nabiegać, to jego sprawa. W rozmowie z moimi arabskimi przyjaciółmi znalazłem potwierdzenie: dla nich było oczywiste, że bez uzgodnienia z rodziną mężczyzna na ogół nie odważy się niczego podpisać. Z czasem nauczyliśmy się nie przejmować takimi dyskusjami. Zwyczajnie mówiliśmy, co należy zrobić w konkretnej sytuacji i dawaliśmy czas na podjęcie decyzji. Na tym przykładzie widać, że pozycja kobiety w świecie islamskim jest teoretycznie słaba, a w praktyce zaskakująco silna. (…)
Szpital w Dernie wraz z kampem znajdował się na płaskowyżu górującym nad miastem. Domki były nowoczesne, ze wszystkim mediami i klimatyzacją, wystarczająco wyposażone. Problem był w tym, że klimatyzacja często się psuła, a w tropiku przebywanie w metalowej puszce jest nie do zniesienia. Pierwsi pracownicy medyczni z Polski przyjechali 3 lata wcześniej. W momencie przyjazdu kamp zasadniczo był gotowy do zamieszkania. Pozostała tylko sprawa ogrodzenia i zamknięcia obiektu. Libijczycy odpowiedzialni za całość inwestycji przystąpili do budowy muru, który miał otoczyć nasze miejsce do życia i wypoczynku.
Wśród naszych pracowników podniósł się gwałtowny protest przeciwko budowie muru. Nie damy się zamknąć jak w więzieniu, nie zasłonimy sobie słońca i widoków na okolicę – argumentowano. Na wspólnym zebraniu przegłosowano prawie jednomyślnie, że nie będzie muru, tylko zwykły płot. Wola większości została spełniona i powstał płot z siatki.
W tradycji arabskiej tylko odpowiednio wysoki mur stanowi wyłączenie pewnej przestrzeni z powszechnego użytku i dostępu postronnych do tego miejsca. Wszystkie domy rodzinne są otoczone murami, a nie płotami. Mur zapewnia bezpieczeństwo, prywatność, intymność, a jego przekroczenie bez zgody gospodarza traktuje się jak przestępstwo. Są jeszcze inne przyczyny, które wpłynęły na zwyczaj odgradzania się murami – np. ochrona przed wiatrami i zasypywaniem pustynnym piaskiem, ochrona przed słońcem. Płot nie spełnia żadnych z tych funkcji i w wyobraźni miejscowych w ogóle nie istnieje. Jak wiatr przenika przez płot, tak można przez niego przechodzić, nie naruszając czyjejś prywatności.
Na konsekwencje nierozumnej decyzji zamiany muru na płot nie trzeba było długo czekać. Większość naszego zespołu stanowiły panie, które w czasie wolnym od pracy chciały odpocząć i w stroju plażowym poleżeć na leżaku na słońcu przed swoim domkiem. Taka sytuacja budziła ogromne zainteresowanie męskiej części społeczeństwa Derny. W krótkim czasie wzdłuż płotu gromadził się tłumek gapiów, który głośno i w niewybredny sposób komentował, co widzi, a niektórzy zgorszeni nawet rzucali kamieniami.
Nie tylko nie dało się opalać na kampie przed swoim domem. Problemem też było wieszanie prania, bo co atrakcyjniejsze części garderoby łatwo zmieniały właściciela. Prym w tej dziedzinie wiodła bielizna damska, która nie wisiała nawet minuty, stając się łupem kolekcjonerów.
Z braku prawidłowego ogrodzenia wynikało też niestety wiele innych, bardziej poważnych sytuacji. Kiedy zostałem dyrektorem zespołu, uznałem, że postawienie muru jest najważniejszym zadaniem na najbliższy czas. Umówiłem się z merem miasta i pojechałem na spotkanie. Rozmowa była bardzo przyjemna i owocna. Mer zauważył, że płot został postawiony na nasze życzenie. Ja tłumaczyłem, że reprezentujemy różne kultury i to, co u nas uchodzi, może być źle odbierane przez społeczność miejscową. Nie chcemy narzucać swojego stylu życia, ale wypoczywając, chcielibyśmy czuć się swobodnie na wyznaczonym nam terenie i nie drażnić otoczenia. Wiedziałem też, że opinia w mieście o kampie jest nie najlepsza. W rzeczowej i przyjaznej atmosferze szybko doszliśmy do porozumienia. Już następnego dnia przyszli robotnicy i zaczęli stawiać mur. Stał on się materialnym dowodem mojej dyrektorskiej działalności.
Z całej tej historii należy wyciągnąć dwa wnioski. Po pierwsze: znajomość uwarunkowań środowiska, historii, kultury, panujących zwyczajów jest podstawą podejmowania prawidłowych decyzji. Po drugie: nie wszystkie sprawy czy problemy należy rozwiązywać, uciekając się do głosu ludu, czyli głosowania. Są sprawy, które nie podlegają głosowaniu i muszą być rozwiązane przez specjalistów, którzy się znają na zagadnieniu. Również odpowiedzialność za decyzję jest wówczas przypisana do określonej osoby lub grupy osób, a nie rozmyta, bo większość tak zadecydowała.
Cały artykuł Mariana Smoczkiewicza pt. „Czego nauczyła mnie Libia” znajduje się na s. 7 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 74/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
Rodziny ofiar Obławy Augustowskiej dotychczas nawet nie wiedzą, gdzie zapalić świeczkę swoim bliskim. Ani Moskwa nie otwiera archiwów, ani Mińsk nie wpuszcza do swojego pasa granicznego…
Leonardas Vilkas
Celem Obławy Augustowskiej była pacyfikacja ruchu oporu. Innym powodem mógł być planowany przejazd Stalina przez Polskę w lipcu 1945 r. specjalnym pociągiem na konferencję poczdamską. Regularne oddziały armii sowieckiej, wspomagane przez NKWD, Smiersz, UB i „ludowe wojsko polskie” przeczesywały lasy, otaczały okoliczne miejscowości. Aresztowano ponad 7 tys. osób, które trzymano w prowizorycznie urządzonych punktach filtracyjnych. Później, po brutalnych przesłuchaniach, część wypuszczono, natomiast wszelki ślad po co najmniej ponad 600 osobach (a według niektórych przesłanek – po ok. 2 tys.) zaginął. Wiadomo tylko, że wywieziono ich ciężarówkami…
O tej zbrodni, podobnie jak o zbrodni katyńskiej, w latach komunistycznego reżimu mówić nie było wolno. Nie wolno było także upominać się o zaginionych bliskich. Niektórzy bali się o tym mówić nawet po tzw. transformacji ustrojowej („A co będzie, kiedy władza znowu się zmieni?”).
Zresztą Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ustanowił 12 lipca Dniem Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej dopiero w 2015 roku. W odróżnieniu jednak do Katynia, aż do dziś nie wiadomo, gdzie leżą szczątki ofiar Obławy Augustowskiej. A zarówno dzisiejsza sowiecka Rosja, jak i dzisiejsza sowiecka Białoruś (nie, to nie pomyłka: zarówno putinowska Rosja, jak i łukaszenkowska Białoruś pozostały sowieckie, i to w 100 procentach) odmawiają wszelkiej pomocy prawnej w tej kwestii.
Nadleśniczy Piotr Nalewajek opowiada podczas postoju uczestnikom rajdu o Obławie Augustowskiej. Tędy biegła ostatnia droga polskich więźniów | Fot. L. Vilkas
Nie wszystko jednak można ukryć. Widziano w lesie ślady opon ciężarówek, a do pobliskich miejscowości dochodziły odgłosy strzałów. Według relacji świadków, ciężarówki załadowane aresztowanymi jechały w kierunku pobliskiej nowo wytyczonej granicy z sowiecką Białorusią…
W Gibach na wschodniej Suwalszczyźnie rocznice Obławy obchodzi się od lat. Tu na wzgórzu, jeszcze na początku lat 90. stanął pomnik autorstwa zmarłego w tym roku prof. Andrzeja Strumiłły, symbolizujący wciąż nieodkryte miejsce pochówku ofiar. W 2018 r., w ramach współpracy białostockiego oddziału IPN i Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku, otwarto ścieżkę edukacyjną „Śladami ofiar Obławy Augustowskiej”. Prowadzi od Gibiańskiej Golgoty, czyli wspomnianego już pomnika, przez Puszczę Augustowską do granicy z Białorusią, tuż za którą, na białoruskim pasie granicznym, nad przecinającym granicę jeziorem Szlamy, w pobliżu miejscowości Kalety, według wszelkiego prawdopodobieństwa mogą znajdować się doły śmierci. I już trzeci rok z rzędu w lipcu odbywa się rajd rowerowy przebiegający częścią tej ścieżki. (…)
W tym roku w przededniu rajdu, 10 lipca, w Urzędzie Gminy w Gibach odbyła się projekcja nowego filmu dokumentalnego To był lipiec 1945, w którym malownicze krajobrazy Suwalszczyzny przeplatają się ze wstrząsającymi relacjami świadków Obławy. Po projekcji nastąpiło spotkanie z reżyserem filmu Waldemarem Czechowskim. Następnego dnia, 11 lipca, z miejsca zbiórki przy szkole podstawowej w Gibach, której w czerwcu tego roku uchwałą rady gminy nadano imię Ofiar Obławy Augustowskiej, kilkadziesiąt osób ruszyło na rowerach ku Gibiańskiej Golgocie, skąd po modlitwie skierowały się w stronę leśnego gościńca prowadzącego do miejscowości Rygol, którym wywożono zatrzymanych z punktu filtracyjnego w Gibach, by już nigdy nie powrócili.
Podczas postojów uczestniczący w rajdzie nadleśniczy nadleśnictwa Pomorze, miłośnik historii Piotr Nalewajek opowiadał o tym, co wiadomo o ostatniej drodze ofiar oraz ich poszukiwaniach, a także przedstawiał walory Puszczy Augustowskiej. Metę wyznaczono w szkółce nadleśnictwa, gdzie na uczestników czekały dyplomy i poczęstunek.
Nazajutrz zebrano się przy Gibiańskiej Golgocie na modlitwę i zapalenie zniczy. Modlitwę prowadził ks. Prałat Stanisław Wysocki, Prezes Związku Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej, który w Obławie stracił ojca i dwie siostry.
18 lipca w tymże miejscu odbyła się promocja najnowszej książki dr Teresy Kaczorowskiej Było ich 27, poświęconej kobietom z podziemia niepodległościowego, które zginęły w Obławie, oraz koncert-wieczornica w hołdzie ofiarom Obławy. Wykonawcą koncertu był poeta i bard Grzegorz Kucharzewski, którego twórczość jest organicznie związana z tragiczną historią tej ziemi. Jego ciocię Zytę – siostrę ojca, która w 1945 r. miała 20 lat i była łączniczką AK, podczas obławy zabrali z domu sowieccy wojskowi…
Cały artykuł Leonardasa Vilkasa pt. „Kolejna zbrodnia sowiecka – Obława Augustowska” znajduje się na s. 20 sierpniowego „Kuriera WNET” nr 74/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.
„Prasą gadzinową nazywamy czasopisma-gady, oblekające się w skórę polskiej mowy, aby jadem swej treści zatruwać organizm polskiego narodu. Mowa tych pism jest polska, ale mózg i ręka – niemiecka”.
Piotr Grochmalski
Niemieckie gadzinówki kontra polska racja stanu
Gdyby ktoś chciał poznać współczesną historię Polski w oparciu o niemiecką prasę gadzinową wydawaną w III RP, to odniósłby wrażenie, że Polacy nie mogą i nie potrafią sami rządzić swoim krajem i uczynili z niego Kokoland. Powinni zrozumieć, że tylko Niemcy są w stanie dać Polsce nową wizję raju i szczęśliwości, a także uczynić z wsiaków (Kokoland) prawdziwych Europejczyków.
Brutalność prowadzonej narracji oraz jej prymitywizm emocjonalny pokazuje realny stosunek niemieckich wydawców do Polski. Uderzenie nas w twarz prowokacyjnym materiałem niemieckiego Onetu nie wywołało fali oburzenia. Przykład okładki niemieckiego „Faktu” z 3 lipca 2020 r. podprogowo sugerującej, że głowa polskiego państwa dokonała brutalnego czynu na nieletniej osobie, winien być dla nas ostatnim i ostatecznym sygnałem. Niemieckie media w Polsce toczą otwartą, bezwzględną wojnę z polskim narodem, z naszą kulturą i tradycją. Często naszymi rękami. Niektórzy polscy dziennikarze wydają się być dumni, że uczą się zawodu pod takim kierownictwem. Bo niemieckie media gadzinowe wydawane po polsku jakoby uczą nas europejskiej kultury.
Ulrich Beck, jeden z najbardziej znanych w świecie niemieckich uczonych, napisał w 2013 r. „Każdy to wie, lecz wypowiedzenie głośno tego stwierdzenia oznacza złamanie tabu: Europa stała się niemiecka”.
Wyjaśnił też, że na naszych oczach rodzą się nowe Niemcy, obdarzone nowym duchem. Jak zauważył: „Ten nacjonalizm w duchu »znowu jesteśmy kimś i wiemy o co chodzi« ma swoje korzenie w tym, co można nazwać niemieckim uniwersalizmem. (…) czym jest – po pierwsze – niemiecki uniwersalizm, po drugie – zastosowany w polityce europejskiej? Uniwersalizm oznacza: jestem w posiadaniu miar, które rozstrzygają, co jest dobre, a co złe, co jest prawidłowe, a co fałszywe, i to nie tylko tu, u nas, ale także tam, u was, nie tylko teraz, lecz również jutro i w przyszłości”.
Innymi słowy, tylko Niemcy wiedzą także, co jest dobre dla Polski i Polaków. Jak bowiem podkreśla, „Niemcy czują się zobowiązani do odpowiedzialności. Mają wrażenie okrążenia przez niedbałe narody. Hiszpanie i Włosi, Grecy i Portugalczycy mogą nad nami górować, jeśli chodzi o radość życia. Ale ta ich lekkomyślność! Ta ich bezmyślność! Muszą się wreszcie nauczyć, co oznacza dyscyplina budżetowa, moralność podatkowa, poszanowanie środowiska naturalnego”.
Zestawmy ze sobą dwie okładki tygodników. Pierwsza pochodzi z okupowanej Polski, z 13 października 1939 r., i jest wydana w języku polskim przez hitlerowską propagandę. Ukazuje żołnierza okupacyjnej armii stojącego na baczność u wejścia do grobu polskiego bohatera narodowego. Podpis przy zdjęciu: „Niemiecka warta honorowa przy grobie marszałka Piłsudskiego na Wawelu”.
Okładka druga pochodzi z listopada 2015 r. z magazynu niemiecko-szwajcarskiego „Newsweek”, wydawanego w języku polskim. Jest wysoce obraźliwa dla każdego, kto ma świadomość, iż prezydent Polski reprezentuje majestat RP. Użyte określenie ‘bewzstyd’, wsparte agresywnym, obraźliwym gestem dłoni, skierowanym wobec Prezydenta, jest totalnie prymitywną ingerencją w politykę polską.
Wyobraźmy sobie sytuację, iż polski tytuł wydawany w Berlinie po niemiecku umieściłby twarz Angeli Merkel z wytatuowaną swastyką na jej czole na tle piramid trupów w Auschwitz i z napisem „Hańba”.
„Newsweek” w październiku 2017 r. drukuje na okładce twarz niemieckiej kanclerz i określa ją mianem „Naszego ostatniego sojusznika”. Naszego – czyli Polski i Polaków? Pismo daje nam też krótką, łopatologiczną instrukcję polityczną i wyznacza nasze miejsce w szeregu. Napis na okładce: – „Jarosław Kaczyński robi wszystko, by zepsuć nasze relacje z najważniejszym w Europie politykiem, od którego w wielkiej mierze zależy miejsce Polski w Unii”.
Czy wielka operacja, którą niemiecki kapitał prowadzi wobec Polaków od lat 90. XX w., przyniósł spodziewane przez Berlin efekty? Dlaczego nie ma w nas świadomości skali agresji, jaka jest realizowana wobec nas – naszej kultury i naszego języka? Jak wytłumaczyć fakt, iż podczas okupacji Niemcy na łamach pism gadzinowych byli bardziej ostrożni w ataku na polską kulturę i tożsamość narodową niż ma to miejsce obecnie? Odpowiedzi na te pytania mają fundamentalne znaczenie, aby zrozumieć istotę niemieckiej strategii, realizowanej konsekwentnie wobec państwa polskiego i polskiej wspólnoty narodowej od dziesięcioleci.
Przyczyna jest oczywista – Niemcy w pismach gadzinowych za okupacji otrzymywali inne instrukcje niż obecne koncerny niemieckie, aktywnie funkcjonujące na polskim rynku medialnym. Joseph Goebbels nie był tak agresywny w swojej propagandzie wobec Polaków, jak robi to obecnie niemiecka prasa w Polsce.
Czym jest prasa gadzinowa? Celnie zdefiniował to pojęcie już w latach okupacji „Biuletyn Informacyjny” AK (nr z 9 I 1941 r.): „Prasą gadzinową nazywamy czasopisma-gady, zdradliwie oblekające się w skórę polskiej mowy, aby jadem swej treści zatruwać organizm polskiego narodu. Mowa drukowana tych pism jest polska, ale mózg i ręka nimi kierująca – niemiecka. Ich celem – robota dla Niemiec” (T. Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, Warszawa 2010, s.ź319).
Istnieją więc dwa zasadnicze kryteria, które pozwalają na definiowanie tego specyficznego rodzaju mediów – stoi za nimi kapitał i kierownictwo niemieckie, a także służą one przede wszystkim interesom niemieckim. Nietrudno udowodnić, iż niemieckie pisma w Polsce, wydawane w języku polskim, w pełni spełniają te kryteria.
Czy więc uzasadnione jest nazywać je współczesnymi gadzinówkami? Problem jest bardziej złożony.
Samo pojęcie wprowadził do obiegu Otto von Bismarck w 1869 r. Stworzył on nielegalny tzw. Reptilienfonds (gadzi fundusz), za pomocą którego rząd między innymi przekupywał dziennikarzy, a nawet potajemnie nabywał gazety, aby służyły one realizacji idei budowy wielkich Niemiec w oparciu o dominację Prus. Takie zakamuflowane ośrodki pruskiej propagandy okazały się jej skutecznym narzędziem i wspierały utworzoną pod patronatem Bismarcka w 1894 r. Hakatę, która uznawała Polaków za największe zagrożenie dla Wielkich Niemiec. Stąd deklarowanym celem Hataty i jej głównego lidera, Heinricha von Tiedemanna, było fizyczne i kulturowe zniszczenie wszelkich śladów polskości. Po odrodzeniu Polski w 1918 r. ten strategiczny cel był nadal konsekwentnie realizowany. Na zjeździe mniejszości niemieckiej w 1925 r. stwierdzono jednoznacznie, iż „Europa Wschodnia jest bezsporną domeną kultury niemieckiej i pozostanie nią w przyszłości”.
Jasno i dosadnie strategię Niemiec wobec Polski i całego obszaru Międzymorza przedstawił Hitler w „Mein Kampf”, gdy stwierdził: „Nasza przyszłość leży na Wschodzie”.
Podczas okupacji Niemcy włączyli część Polski do Rzeszy. Z pozostałych terytoriów (oprócz ziem okupowanych przez Związek Sowiecki) utworzyli Generalne Gubernatorstwo, proklamowane 12 października 1939 r. Dwa miesiące później Goebbels powołał do życia koncern Zeitungverlag Krakau-Warschau z zagrabionego majątku krakowskiego koncernu Ilustrowany Kurier Codzienny i warszawskiego Domu Prasy państwowej. Obok krakowskiej centrali, miał on oddziały w Warszawie, Lublinie, Radomiu, Częstochowie – a od 1941 r. także we Lwowie. Wydawał łącznie 13 tytułów prasowych. Dużą rolę odgrywało też krakowskie Wydawnictwo Rolnicze Agrarverlag – wydawca 8 tytułów. „Wszystkimi pismami – z bardzo rzadkimi wyjątkami – kierowali niemieccy redaktorzy naczelni (na zewnątrz, w „stopkach”, najczęściej nieujawniani lub figurujący tam pod fikcyjnymi polskimi nazwiskami). Polski personel redakcyjny (szacowany w sumie na ok. 100 osób) odgrywał wyłącznie rolę pomocniczą i odsunięty był od wszelkich decyzji (Krzysztof Woźniakowski, Polskojęzyczna prasa gadzinowa czasów okupacji hitlerowskiej 1939–1945, Opole 2014, s. 22).
Obecnie ten mechanizm jest bardziej zawoalowany, ale potencjał niemieckich mediów w Polsce dziesiątki razy przewyższa struktury organizacyjne stworzone przez III Rzeszę w czasie okupacji naszych ziem. Współcześnie niemiecki kapitał nie może tak otwarcie realizować swojej strategii. Ale nietrudno znaleźć przykłady działań, które wskazują, iż mamy do czynienia z wyjątkowym bezwstydem i brutalnością metod stosowanych przez media niemieckie wobec polskich obywateli. Warto przytoczyć szokujący przykład z 5 marca 2016 r., gdy niemiecki portal Onet dokonał czegoś, co nie ma precedensu w dziejach dziennikarskiego bezwstydu i hańby.
W wywiadzie Daniela Olczykowskiego z autorką książki pt. Pokochałam wroga, Mirosławą Karetą, w sensacyjnym tonie ukazuje się okupację poprzez przykłady „leżącej kolaboracji” – polskich prostytutek nazywanych „przyjaciółkami niemieckich żołnierzy”; jest też mowa o „ bytowej prostytucji”. Tekst jest więc próbą ukazania prostytuowania się Polek z okupantami. Tytuł artykułu miał być prowokacyjny – „Związki Polek z niemieckimi żołnierzami podczas II wojny światowej. Dla wielu ludzi to wciąż nie do pomyślenia”. Chodziło o kolejny przykład ukazywania ludzkiego wymiaru okupantów – nie byli tacy źli. Niemiecki Onet ten niesmaczny tekst zilustrował fotografią, która była zapisem ostatniej drogi kobiet prowadzonych na miejsce narodowej kaźni w Palmirach pod Warszawą. Na zdjęciu widnieje napis: „Romans z niemieckim żołnierzem był surowo zakazany, ale w Polsce żyją dzieci będące owocem takich związków”.
Krystian Brodacki, syn więźniarki rozstrzelanej w Palmirach przez Niemców, Marii Brodackiej – rozpoznał swoją matkę na zdjęciu. Wystąpił na drogę sądową wobec Onetu, broniąc dobrego imienia swojej matki – i wygrał sprawę. Jego ojciec umarł w 1939 r. podczas obrony Warszawy.
Matka działała w konspiracji. Została schwytana i poddana brutalnemu śledztwu. Nie została złamana przez Gestapo. 14 czerwca 1940 r. została rozstrzelana w Palmirach. Była córką polskiego generała, Władysława Jaxy-Rożena. Niemiecki Onet tym materiałem jakby zabił drugi raz Marię Brodacką. Mimo tak skandalicznego czynu, portal nie spotkał się z powszechnym ostracyzmem.
Na zdjęciu widać inne kobiety. Łącznie Niemcy zabili w Palmirach 2,2 tys. osób. Krystian Brodacki jest jedynym spadkobiercą Marii Brodackiej. „Czyn Onetu jest nie tylko zniesławieniem pamięci, czci i dobrego imienia śp. Marii Brodackiej. Jest uderzeniem w pamięć, cześć i dobre imię wszystkich bohaterskich Polek, które poniosły ofiarę życia w walce o niepodległość. Sprawa wymaga najostrzejszej reakcji i potępienia, zwłaszcza, że czynu tego dopuścił się portal, którego właścicielami są także Niemcy (AxelSpringer)” – czytamy w oświadczeniu wysłanym przez Urszulę Wójciak z Reduty Dobrego Imienia.
Oczywiste jest, iż tekst ten wpisuje się w konsekwentnie realizowaną linię programową koncernu wobec społeczeństwa polskiego i Rzeczypospolitej Polskiej. Onet powstał w 1996 r. jako polska inicjatywa wydawnicza. W 2012 r. został wykupiony przez niemiecko-szwajcarski koncern, który stanowi naturalne zaplecze politycznego obozu Angeli Merkel. Imperium Axela Springera w powojennej historii Niemiec było jednym z kluczowych elementów kształtowania nowej wizji i misji państwa niemieckiego. Po 1989 r. niemiecki rząd, do czasu połączenia się Niemiec w jedno państwo, był przeciwny kapitałowej ekspansji mediów niemieckich w Polsce. Potem dał zielone światło i finansowe zachęty do tego, aby rozpocząć przejmowanie tytułów na ziemiach polskich. W 1991 r. mała firma z Passau założyła koncern, który ma dziś miażdżącą przewagę na rynku prasy regionalnej i lokalnej. Obecna Polska Press z pełną szczerością stwierdza, iż ich wizja to „media pierwszego wyboru dla mieszkańców każdego regionu Polski” (pozostały im do realizacji tej „wizji” Warmia i Mazury). W 1994 r. do Polski wkroczył koncern Axel Springer. Jej pierwszym prezesem został Wiesław Podkański, który z niemieckim namaszczeniem został następnie prezesem Izby Wydawców Prasy. Wydawnictwo to jest właścicielem „polskiego” „Newsweeka” i „Faktu”. Nawet pobieżna analiza okładek obu tych pism i realizowanej przez nie strategii pokazuje ich integralność i spójność z niemiecką racją stanu. Wpisane są w długoletnią politykę Niemiec realizowaną wobec państwa polskiego.
Zestawienie współczesnych okładek „Newsweeka” z gadzinówkami okresu okupacji (a szczególnie z okładkami „Ilustrowanego Kuriera Polskiego”) szokuje. Są one bowiem zdecydowanie bardziej drastyczne od tych, które były dziełem hitlerowskiej machiny propagandowej.
Pisma nadzorowane przez Goebbelsa podkreślały polskie wątki rodzinne, religijne, a nawet patriotyczne (okładka ukazująca honorową wartę przy grobie marszałka Piłsudskiego).
Obecne okładki niemieckiego koncernu (ze współudziałem szwajcarskich pieniędzy) wbijają do polskiego języka neologizmy, które mają deprecjonować Polaków, polski naród. Jak widać z perspektywy niemieckiego koncernu, Polak to obrzydliwa małpa albo psychol.
W krzywym zwierciadle niemieckich pism wydawanych w języku polskim (ale specyficznym, coraz bardziej dostosowywanym do tego, by był odporny na patriotyzm i tradycyjne wartości) ‘Bóg’, ‘Honor’ i ‘Ojczyzna’ to pojęcia diabelskie (okładka z Nergalem). Podprogowo mamy uważać polską flagę za szatańskie barwy – za coś złego, obciachowego. A polski orzeł to zwykła kokoszka, bo jesteśmy wieśniakami. Niemcy zasługują na prawdziwego orła w swoim herbie.
Spójrzmy na upalny lipiec 1941 r. ukazany na okładce IKP (w środku był obszerny materiał pokazujący bezstresowe życie Polaków korzystających z uroków plaży nad Wisłą w Warszawie).
Czyż ktoś uwierzyłby, że w tym czasie Niemcy dokonywali w Polsce planowej operacji mordowania polskiej inteligencji i polskiego narodu? Albo inne wzruszające okładki – beztroskie dzieci na karuzeli i matka z córeczką na grobie najbliższych – emanują szacunkiem dla naszej tradycji i do polskiej rodziny.
Nie ma zdjęć łapanek, masowych egzekucji, eksperymentów medycznych na polskich patriotkach. Fragment tekstu z 1941 r: „We wszystkich nieomal miastach zorganizowała sobie młodzież tory saneczkowe okupując w sposób nieco bezapelacyjny drogi i szosy posiadające odpowiednie nachylenie. Między innymi powstał taki tor na Żoliborzu w Warszawie. Widzimy, że nieraz nie tylko sama młodzież korzysta z tych sportów zimowych, ale również starsi – bądź to dla własnej przyjemności, bądź też aby towarzyszyć swoim pociechom” – „Ilustrowany Kurier Polski” nr 3 z 19 stycznia 1941 r.
Czasopisma gadzinowe, w których zatrudnienie znalazło wielu naszych rodaków (w tym przedwojennych literatów i dziennikarzy), prócz urzędowych obwieszczeń, reklam i ogłoszeń zamieszczały artykuły, które miały ukazać, że Polacy powinni być szczęśliwi, bo panuje dobrobyt i porządek, i jest to zasługa sprawnej niemieckiej organizacji i nazistowskiej technologii: „W Częstochowie w ostatnich miesiącach naprawiono szereg mostów, wzgl. zbudowano nowe. Ostatnio oddano do użytku most przy ul. Rzeźniczej nad rzeką Stradomką. Stary most posiadał słabą nawierzchnię drewnianą, nie odpowiadającą potrzebom komunikacji. Nowy most zbudowany jest według nowoczesnych zasad konstrukcyjnych” – pisał o częstochowskiej inwestycji tygodnik „Siew” 1 grudnia 1940 roku. Miesiąc wcześniej z dumą donosił, że w „Gen. Gubernatorstwie jest około 1.900.000 krów dojnych z przeciętną wydajnością 1.200 l. mleka rocznie od krowy. Przeciętna wydajność krów w Rzeszy wynosi dwa razy tyle. Oczywiście przy tej jakości krów, jakie są obecnie w Gen. Gubernatorstwie, nie można ani w przybliżeniu marzyć o uzyskaniu podobnej wydajności (…) ale i w Gen. Gubernatorstwie wydano z początkiem września rozporządzenie, które stwarza możliwości, że i tutaj przebudowę takiej hodowli da się w wysokim stopniu zrealizować”.
„Siew” był przeznaczony głównie dla mieszkańców wsi, propagował wyjazdy na roboty do Niemiec i zamieszczał pełne zachwytu listy od polskich robotników z Rzeszy: „Otóż gdy przyjechałem tutaj doznałem wielkiego oczarowania.
Otóż na pierwsze spojrzenie na porządek, na gościnność, na kulturę tego kraju, a druga zasada, która mnie zadziwiła nie ma złodziejstwa, co w Polsce można było spotkać na każdym kroku. Drugie mnie zadziwiło, technika rozpowszechniona wszędzie szosy bite, czego w Polsce trzeba było szukać”– pisał w numerze 13. z listopada 1940 r. Jerzy Frąckowiak (pisownia oryginalna). Tygodnikowi wtórowały inne „opiniotwórcze” gazety.
Inna gadzinówka, tygodnik „7 Dni” (30–40 tysięcy nakładu), promowała w numerze 22. z maja 1943 roku godne pochwały obywatelskie działania: „Ostatnio podjęta została na większą skalę akcja zbierania odpadów. Jest to dziedzina u nas nie tylko zaniedbana, ale nawet zupełnie nieznana. Przed wojną zbieraniem odpadków zajmowali się niemal wyłącznie żydzi i oni też na tej akcji robili olbrzymie majątki. Myśmy tymczasem tę zbiórkę wyśmiewali, uważając zajmowanie się »śmieciami« za rzecz uwłaczającą naszej godności i zupełnie niecelową. Było to stanowisko szalenie błędne”.
Wielka machina propagandowa, zorganizowana przez Josepha Goebbelsa dla okupowanej Polski, okazała się jednak mało skuteczna, bo stworzyliśmy setki pism podziemnych, których Gestapo nie było w stanie zniszczyć. Jednak warto dogłębnie analizować techniki i metody, jakie wówczas stosowali Niemcy wobec nas.
Istnieje na przykład zasadnicze podobieństwo ich ogólnej strategii do tej, jaka jest realizowana obecnie. Propaganda Goebbelsa stworzyła całą paletę pism – począwszy od tygodników ilustrowanych po magazyny dla wsi, dla dzieci, dla lekarzy, dla kobiet, a nawet pisma erotyczne.
Dziś kapitał niemiecki dysponuje w Polsce, nawet w niszowych segmentach rynku, silnie okopanymi mediami.
Po drugie, stworzono na potrzeby tych pism specyficzny język, z którego wyeliminowano wiele słów zbyt niebezpiecznych i zbyt mocno powiązanych z polską tradycją. Nawet pobieżna analiza współczesnych niemieckich pism wydawanych w Polsce wskazuje na podobne zjawisko. Po trzecie produkt niemiecki sprzedawano jako oryginalny produkt polski – tak, jak to ma miejsce obecnie. To klasyczny mechanizm manipulacji zastosowany na masową skalę już przez III Rzeszę.
Warto jest skonfrontować strukturę propagandową stworzoną przez Josepha Goebbelsa z jego opiniami na temat Polski i Polaków. 7 października 1939 r. w swoim pamiętniku napisał: „Polaków oceniliśmy całkowicie fałszywie. Ich przywódcy są nic niewarci. Egoistyczni i zepsuci. Prawdziwie polscy! A przy tym tkwiący w gównie w sposób niedający się z niczym porównać. Niosą ze sobą niebezpieczeństwo, że stepy [azjatyckie] zbliżą się do granic Europy. Führer położył historyczną zasługę, niszcząc to państwo. (…) A 10 października 1939 r. zanotował: „Polacy na dodatek są jeszcze szczególnie niechlujni, zawszeni i leniwi (.). Opinia Führera o Polakach jest miażdżąca. Bardziej zwierzęta niż ludzie, całkowicie otępiali i amorficzni. (…) Brud wśród Polaków jest niewyobrażalny. Również ich możliwości rozumowania są równe zeru”.
Historycy szacują, że w gadzinowych czasopismach w Generalnym Gubernatorstwie (a było ich ponad siedemdziesiąt; w tym typowo specjalistyczne, przeznaczone dla poszczególnych grup zawodowych, jak „Pszczelarz”, „Kolejowiec” czy „Wiadomości Terapeutyczne”) pracowało około stu naszych rodaków. Spis pracowników umysłowych i fizycznych oraz współpracowników Presse-Verlag-Warschau przeczy tej tezie – zawiera bowiem 464 nazwiska.
Wśród nich znaleźli się m.in.: były redaktor PAT w Poznaniu Aleksander Schoedlin-Czarliński (w czasie okupacji redaktor „Gazety Lwowskiej”), przedwojenny reporter „Dziennika Poznańskiego” (autor negatywnych artykułów o Polsce przedwrześniowej w „Kurierze Częstochowskim”), Stanisław Kazimierz Homan (skazany w 1948 r. na karę śmierci), literat i podróżnik Józef Brochwicz-Kozłowski (pisał w „Nowym Kurierze Warszawskim”) oraz publicysta i były wiceprezes Związku Zawodowego Literatów Polskich, Jan Emil Skiwski (publikował m.in. w dwutygodniku „Przełom”). A także późniejszy autor niezwykle popularnych książek dla młodzieży o przygodach Tomka Wilmowskiego – Alfred Szklarski, występujący na łamach „Nowego Kuriera Warszawskiego”, „Fali” i „7 Dni” jako Alfred Murawski, który w polskojęzycznych hitlerowskich czasopismach publikował powieści w odcinkach, jak również mniejsze formy literackie. Po wojnie został skazany na osiem lat więzienia (wyszedł po pięciu).
Jakie były motywy podjęcia pracy w okupacyjnym wydawnictwie? W szeroko nagłaśnianych przez powojenną prasę procesach polskich dziennikarzy-kolaborantów, które miały miejsce w latach 1948–49, oskarżeni tłumaczyli się złą sytuacją materialną. Redaktor „Nowego Kuriera Warszawskiego” mógł zarobić od 300 do 450 złotych, reporter – 150. Dodatkowo dziennikarze mogli liczyć na wierszówki, ich wysokość nie jest jednak znana. Dla porównania – dzienny koszt utrzymania jesienią 1939 roku wynosił ponad siedem złotych. Pracownicy mediów kierowali się też chęcią zapewnienia sobie bezpieczeństwa (legitymacja prasowa mogła uchronić przed rewizjami czy łapankami), niektórzy wskazywali też na – dosyć zresztą wątpliwą – działalność konspiracyjną (na przykład dostarczanie odbitek redakcyjnych materiałów). Po wojnie część z tych osób nie wróciła do zawodu: recenzent teatralny „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” Czesław Pudłowski (4 lata więzienia) miał warsztat konserwacji maszyn i urządzeń przemysłowych, autor humorystycznych felietonów w „NKW” Jan Wolski (3 lata więzienia) pracował w Warszawskich Zakładach Naprawy Samochodów. Uniewinniony Antoni Kwiatkowski (prowadził w „NKW” kronikę miejską) został kierownikiem księgarni „Czytelnika”, szef „Nowej Polski” Józef Kessler (15 lat więzienia) był administratorem majątku pod Szamotułami, a dyrektor administracyjno-personalny „NKW” (15 lat pozbawienia wolności) Eugeniusz Riedel znalazł zatrudnienie najpierw jako komendant MO w Sopocie, a później w Służbie Bezpieczeństwa. O większości słuch jednak zaginął…
Gdyby ktoś chciał poznać historię okupacji z lektur gadzinówek, to sądziłby, że był to rajski okres dla Polaków – przekaz sugerował, że jesteśmy stworzeni do tego, by pracować pod światłym kierownictwem Niemiec.
***
Czy można sobie wyobrazić większe barbarzyństwo od tego, jakim wykazali się Niemcy podczas okupacji Polski w okresie II wojny światowej? W takim razie – jak odczytać sens tego, że media gadzinowe podczas okupacji wykazywały znacząco mniejszą skalę agresji od obecnego oddziaływania na polski język i polską kulturę wydawanych w Polsce mediów będących niemiecką własnością?
Częściową odpowiedź można znaleźć w refleksjach Goebbelsa. W swoich pamiętnikach 2 listopada 1939 r. pisał: „Na cytadeli. Wszystko jest tutaj zniszczone. Nie pozostał kamień na kamieniu. Tu polski nacjonalizm przeżywał swój czas cierpienia. Musimy go całkowicie wytępić, bo inaczej któregoś dnia znowu się podniesie… (…) Wizyta w pałacu Belwederskim. Tu polski marszałek [Piłsudski] żył i pracował. Jego pokój i łoże, w którym zmarł. Tu można pojąć, co się ma do stracenia, gdy polska inteligencja dostanie możliwość rozwinięcia skrzydeł”. Święty Jan Paweł II, przemawiając w UNESCO 2 czerwca 1980 r., powiedział : „Jestem synem narodu, który przetrzymał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, którego wielokrotnie sąsiedzi skazywali na śmierć – a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród – nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg”.
Niemcy próbują realizować dziś wobec Polski współczesną wersję kulturkampfu.
Od nas zależy, czy powiedzie im się to, czego nie dokonał Bismarck – obronić naszą tożsamość narodową. Jest to kwestia fundamentalna dla polskiej racji stanu.
Artykuł Piotra Grochmalskiego pt. „Niemieckie gadzinówki kontra polska racja stanu” znajduje się na s. 4–5 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera WNET” nr 74/2020.
Od lipca 2020 r. cena wydania papierowego „Kuriera WNET” wynosi 9 zł.
Ten numer „Kuriera WNET” można nabyć również w wersji elektronicznej (wydanie ogólnopolskie, śląskie i wielkopolskie wspólnie) w cenie 7,9 zł pod adresem: e-kiosk.pl, egazety.pl lub nexto.pl.
Czytelnicy gazety za granicą mogą zapłacić za nią PayPalem lub kartą kredytową na serwisie gumroad.com.
Prenumerata 12-miesięczna wersji elektronicznej: 87,8 zł.