Jarosław Kaczyński wręczył reżyserowi Antoniemu Krauzemu i grafikowi Andrzejowi Krauzemu nagrodę im. Lecha Kaczyńskiego

Nagroda pierwszy raz została przyznana dwóm osobom: „Dwóm braciom, niezwykłym artystom, działającym w różnych dziedzinach sztuki, ale podobnym w swojej postawie” – powiedział przewodniczący kapituły.

Kongres „Polska Wielki Projekt” przyznaje co roku honorową Nagrodę im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nad wyborem kandydata do Nagrody obraduje kapituła, powołana pod honorowym patronatem śp. Jadwigi Kaczyńskiej w 2010 r. Przewodniczący kapituły, prof. Zdzisław Krasnodębski poinformował, że w tym roku po raz pierwszy w historii postanowiono przyznać nagrodę dwóm osobom. „Dwóm braciom, niezwykłym artystom, działającym w różnych dziedzinach sztuki, ale podobnym w swojej postawie”.

W sobotniej uroczystości wzięli udział m.in. marszałek Sejmu Marek Kuchciński, wicepremier, minister finansów i rozwoju Mateusz Morawiecki, wicepremier, minister kultury Piotr Gliński oraz szef MSWiA, Mariusz Błaszczak.

[related id=”19612″]

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, wręczając nagrodę, powiedział, że Andrzej i Antoni Krauze to artyści „wielkiej odwagi, która czemuś służy, to znaczy służy prawdzie (…). Ta odwaga jest skierowana ku prawdzie”.

– Oczywiście nie przyniosłaby ona wiele, gdyby nie towarzyszyłoby temu to wszytko, co nazywamy już nie tylko talentem, ale wielkim talentem, co pozwala przenikliwie widzieć rzeczywistość, widzieć ją w ten sposób, iż niektórzy dopiero po latach potrafią ją tak dostrzec i tak opisać – przyznał Jarosław Kaczyński.

Dodał, że wobec Antoniego Krauzego ma dług „czysto osobisty, taki dług najwyższej wagi”. Tym długiem, jak powiedział, jest wdzięczność  za film „Smoleńsk”, „za przełamanie tego niebywałego oporu, za to, że się zdecydował i pokazał prawdę, pokazał ją znakomicie, syntetycznie. Pokazał ją w ten sposób, że cały ten zamysł zmierzający ku temu, by prawda zniknęła z naszego życia, by zniknęła pamięć, został (…) zniweczony”.

[related id=”18828″ side=”left”]

– Pamięć trwa i trwa m.in. w wielkiej mierze dzięki panu – podkreślił Jarosław Kaczyński.

Laudację na cześć laureatów nagrody im. Lecha Kaczyńskiego napisał europarlamentarzysta PiS Ryszard Legutko, a odczytał ją aktor Lech Łotocki. „Nagrodę imienia Lecha Kaczyńskiego otrzymują dzisiaj dwaj twórcy, których łączy coś więcej niż bliskie pokrewieństwo i wspólnota nazwiska. Ich dzieła uczyniły nasze życie lepszym, w tym sensie, że w świecie zachwianych norm i kryteriów, w świecie wchłaniającym sztukę i artystów na swoje potrzeby, dzieła te przywracały nam wiarę w niezależne od kaprysów epoki normy i kryteria. Tym samy wiarę w sens sztuki i godność artysty”.

„Zawsze byli artyści, którzy tworzyli wybitne dzieła, lecz mimo wszystko poddające się zmieniającym się koniunkturom i wdające się z nimi w niejednoznaczne romanse. Otóż Andrzej Krauze i Antoni Krauze do takiej grupy nie należą. Oni żyli, działali od początku będąc całkowicie i konsekwentnie pozakoniunkturalni; świadomi, że świat współczesny ze swoją przemocą i swoimi pokusami, swoimi mistyfikacjami i powszechnym konformizmem udającym niezależność wymaga ze strony twórców dzielności. Tej dzielności, wiernej towarzyszce ich wspaniałych artystycznych osiągnięć, składamy dzisiejszą nagrodą hołd”.

W poprzednich latach laureatami nagrody im. L. Kaczyńskiego byli m.in. poeta i pisarz Jarosław Marek Rymkiewicz, kompozytorzy Wojciech Kilar i Michał Lorenc, reżyser Lech Majewski i rzeźbiarz i scenograf Jerzy Kalina, a także pisarz Marek Nowakowski.

W skład kapituły wchodzą: Andrzej Gwiazda, Joanna Wnuk-Nazarowa, Zuzanna Kurtyka, Bogusław Nizieński, Jan Olszewski, prof. Zdzisław Krasnodębski oraz laureaci z lat ubiegłych.

PAP/JN

40 lat temu znaleziono ciało Stanisława Pyjasa, współpracownika KOR i studenta UJ. Trwa piąte śledztwo w tej sprawie

Sprawa śmierci Stanisława Pyjasa do dziś nie została oficjalnie wyjaśniona, a sprawców nie ujawniono. Jej okoliczności po raz kolejny bada obecnie krakowski pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej.

Ciało Stanisława Pyjasa znaleziono 7 maja 1977 roku w bramie kamienicy przy ul. Szewskiej w Krakowie. Prokuratura umorzyła wtedy śledztwo, uznając, że wyłączną przyczyną śmierci był nieszczęśliwy wypadek spowodowany przez samego studenta, który najprawdopodobniej znajdował się w „stanie poważnej nietrzeźwości”.

Ta śmierć poruszyła środowisko akademickie w Krakowie. Po niej powstał Studencki Komitet Solidarności – pierwsza tego typu organizacja w bloku wschodnim. Dla przyjaciół i znajomych studenta oficjalna wersja była niewiarygodna. Wiedzieli, że Służba Bezpieczeństwa interesowała się nim i śledziła go. 21 kwietnia Pyjas razem z kilkoma kolegami ze studiów zawiadomił prokuraturę o anonimach z pogróżkami, które otrzymywali. Tuż przed śmiercią został pobity.

Sprawa śmierci Stanisława Pyjasa do dziś nie została wyjaśniona. Podjęte w 1977 r. śledztwo zostało umorzone. Wg oficjalnej wersji, którą potwierdził Zakład Medycyny Sądowej w Krakowie, przyczyną zgonu Pyjasa miały być obrażenia wywołane upadkiem ze schodów.

W czerwcu 1991 r. wznowiono śledztwo i ustalono, że przyczyną śmierci było śmiertelne pobicie. Minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski nie zgodził się jednak na ujawnienie danych o tajnych współpracownikach SB i w październiku 1992 r. śledztwo zostało umorzone z powodu niemożności wykrycia sprawców.

Podejmowane w następnych latach śledztwa nie przynosiły przełomu w sprawie i były umarzane przede wszystkim z przyczyn formalno-prawnych. W 2001 r. sąd w Krakowie skazał na dwa lata więzienia w zawieszeniu dwóch byłych funkcjonariuszy MO i SB, oskarżonych o utrudnianie w 1977 r. śledztwa w sprawie śmierci Pyjasa. Chodziło o ukrywanie przed prokuraturą informacji dotyczących zaangażowania SB w sprawę.

Od 2008 r. piąte już śledztwo w tej sprawie prowadzi krakowski IPN. W kwietniu 2010 r. ekshumowano szczątki Pyjasa. Domagała się tego część jego rodziny, która brała pod uwagę wersję mówiącą o zabójstwie strzałem w głowę; opinię taką wyrażał jeden z rozmówców w filmie „Trzech kumpli”. Wersji tej nie potwierdzał opis obrażeń; śladów postrzału nie stwierdzili też biegli po ekshumacji.

Badający szczątki biegli trzykrotnie potwierdzili tezę o śmierci Pyjasa w wyniku upadku z wysokości. Za pierwszym razem wniosek taki sformułowali w opinii ze stycznia 2011 r., w której odpowiadali na 22 pytania zadane przez prokuratora. Podobne wnioski znalazły się w dwóch kolejnych opiniach uzupełniających, w których biegli odpowiadali na dalsze 33 pytania prokuratora. W każdej z opinii biegli konsekwentnie i jednoznacznie potwierdzali wersję, że stwierdzone obrażenia wskazują, że przyczyną śmierci był upadek z wysokości co najmniej 7 metrów.

Zastrzeżenia do takiej wersji zgonu wyrażali przyjaciele Pyjasa, a niektórzy członkowie rodziny złożyli w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury. W lutym 2012 r. łódzka prokuratura uznała, że nie ma dowodów na to, że biegli popełnili przestępstwo i przedstawili fałszywą opinię. Wcześniej podobne śledztwo przeciwko biegłym, wszczęte z zawiadomienia krewnej studenta, umorzyła prokuratura w Krakowie.

IPN wystąpił do Instytutu Ekspertyz Sądowych (IES) o opinię z zakresu biomechaniki dotyczącą tego, czy Pyjas mógł spaść ze schodów i doznać śmiertelnych obrażeń. Uzyskana w połowie 2012 r. opinia potwierdziła taką możliwość.

Zdaniem biegłych IES, analiza biomechaniczna, biomedyczna i kryminalistyczna doprowadziły do wniosków, że wszystkie obrażenia na ciele Stanisława Pyjasa są spójne z możliwością upadku przynajmniej z poziomu drugiego piętra schodów. Najbardziej prawdopodobna wersja to upadek ze wskazanych miejsc na klatce schodowej, odbicie się od barierki poniżej i uderzenie lewym bokiem o posadzkę – wskazali biegli.

Biegli, którzy przeprowadzili analizy i symulacje wielu wariantów upadku z różnych pozycji początkowych, podkreślili, że bardzo istotne dla ustalenia całościowej wersji dotyczącej przyczyn obrażeń były badania kośćca po ekshumacji i znalezienie nowych obrażeń w obrębie miednicy i kończyny dolnej. IPN informował wówczas, że w śledztwie uzyskano już 6 opinii biegłych i 4 uzupełniające i nie będzie wniosków o kolejne.

Jednocześnie biegli stwierdzili, że nie ma możliwości ustalenia, czy Pyjas spadł sam, czy też został zepchnięty. Wskazali też, że materiał sprawy nie potwierdza użycia wobec Pyjasa drastycznej formy przemocy – co ich zdaniem nie wyklucza, że użyto przemocy niepozostawiającej śladów.

Do tej pory zarzuty utrudniania śledztwa z lat 70. przedstawiono 6 osobom. Według prokuratury w wyniku ich działalności zaprzepaszczono szanse na ustalenie okoliczności śmierci Pyjasa. 4 z nich zmarły w toku postępowania, 2 oskarżonych zostało prawomocnie skazanych.

W marcu br. zakończono analizę dodatkowych 170 jednostek archiwalnych. Ostatnie analizowane przez prokuratora materiały dotyczyły metod pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa w środowisku studenckim. Prawdopodobnie w połowie br. zapadnie decyzja merytoryczna kończąca postępowanie w tej sprawie.

Z okazji uroczystości upamiętniającej 40-lecie śmierci Pyjasa i powołania SKS narodziła się inicjatywa wybudowania pomnika Stanisława Pyjasa. Pomysłodawcą takiego upamiętnienia jest Bronisław Wildstein, który zapowiadał w krakowskich mediach, że pomnik stanie na skwerze naprzeciw „Żaczka”.

Sprawa Pyjasa stała się tematem filmów dokumentalnych: „Śmierć studenta”, zrealizowanego w 1978 r. przez fińskiego reżysera Jarmo Jaaskelainena i „Trzech kumpli” w reż. Anny Ferens i Ewy Stankiewicz (2008). Fabularną historię śledztwa przedstawił w filmie „Gry uliczne” Krzysztof Krauze (1996).

23 września 2006 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Stanisława Pyjasa Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski.

WJB/PAP

Zmarł aktor Witold Pyrkosz, aktor popularny wśród kilku pokoleń widzów, nazywany „królem polskich seriali”. Miał 90 lat

Odszedł cudowny Człowiek, nasz wspaniały Mistrz i wielki Przyjaciel. A wraz z nim odeszła cząstka każdego z nas… – czytamy na oficjalnym fanpage-u serialu „M jak miłość”.

Witold Pyrkosz był absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Aktorskiej w Krakowie. Zadebiutował w 1955 roku w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, w sztuce Włodzimierza Perzyńskiego „Lekkomyślna siostra” w reż. Tadeusza Kubalskiego. Wcielił się wówczas w postać Janka Topolskiego. Jego debiut ekranowy nastąpił rok później w filmie Jerzego Kawalerowicza „Cień”. Aktor był również współtwórcą i reżyserem kabaretu „Dreptak”.

„Odszedł cudowny Człowiek, nasz wspaniały Mistrz i wielki Przyjaciel. A wraz z nim odeszła cząstka każdego z nas… Pozostaje ogromna pustka, nieopisany smutek i żal. Dziękujemy Ci Witku za każdą piękną chwilę. Będziemy bardzo tęsknić i nigdy nie zapomnimy” – czytamy na na oficjalnym fanpage-u serialu „M jak miłość”.

Witold Pyrkosz, nazywany „królem polskich seriali”, to pamiętny Pyzdra z „Janosika”, Wichura z „Czterech pancernych i psa”, Balcerek z „Alternatywy 4”, senior rodu Mostowiaków w „M jak miłość” i Duńczyk z filmów „Vabank” i „Vabank 2”. Występował na scenach wielu teatrów.

WJB/PAP/Wikipedia

Film „Dywizjon 303” przedstawi bohaterów z krwi i kości, nie pomniki ze spiżu. Dawny dowódca Dywizjonu współtworzy film

W Anglii podobał się stosunek polskich lotników do kobiet; byli szarmanccy, dobrze wychowani, potrafili się bawić. Jednak przede wszystkim byli to ludzie honoru – tamtejszym kobietom się to podobało.

 

Gośćmi Popołudnia Radia WNET byli: producent filmu „Dywizjon 303” Jacek Samojłowicz i aktor Aleksander Wróbel, który wcielił się w postać jednego z pilotów Dywizjonu 303, Jana Kazimierza Daszewskiego.

Jacek Samojłowicz opowiadał o tym, jak powstaje film oraz o tym, jak odbywa się samo jego powstawanie. Scenariusz jest zgodny z prawdą historyczną, jednak wciąż jakby się tworzy poprzez wprowadzanie szczegółowych poprawek. Jest nowy dystrybutor, Dystrybucja Mówi Serwis Sp. z o.o., i zainteresowanie dużych wytwórni, jak Miramax.

– Jednym z opiekunów filmu, a zarazem konsultantem, jest jeszcze żyjący, były dowódca Dywizjonu 303, który mieszka w Seattle. Ma już ponad 90 lat i pamięta rzeczy, które nie są wiadome nawet historykom, a o których może powiedzieć on jako jeden z dwóch ostatnich żyjących dowódców dywizjonu. W ten sposób współuczestniczy w tworzeniu i poprawianiu scenariusza.

[related id=”6372″ side=”left”]

– W Seattle jest też Messerschmitt 109, czyli jeden z tych samolotów, które walczyły z naszymi Hurricane’ami. Chcemy nakręcić ten samolot, więc organizujemy tam plan filmowy.

Aleksander Wróbel, pracując nad rolą, przeczytał dużo literatury zarówno na temat swojego bohatera, jak i Bitwy o Anglię. Co więcej, w ostatnim czasie wraz z producentem aktor odwiedził rodzinę Daszewskich w Wielkiej Brytanii, która przyjęła gości serdecznie, nie kryjąc wzruszenia.

Dla aktora jest to debiut fabularny. – Jest to dla mnie duże wyzwanie i chętnie je przyjmę. Staram się zdobywać jak najwięcej informacji o mojej postaci, aby odegrać tę rolę najlepiej, jak potrafię.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

Maria Dłużewska i Tomasz Sakiewicz komentowali przebieg „śledztwa smoleńskiego” i mówili o produkcji filmu „Mgła”

Żadne kino nie chciało wyświetlać filmu. Proces jego rozpowszechniania przypominał atmosferę podziemia, co okazało się najlepszą jego promocją. W ciągu roku „Mgłę” obejrzało 5 milionów widzów.

W siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej w Poranku Wnet gościli autorzy filmu „Mgła”, który przełamał zmowę milczenia wokół katastrofy smoleńskiej – autorka scenariusza filmu (wspólnie z Joanną Lichocką) Maria Dłużewska i jego producent, dziennikarz Tomasz Sakiewicz. Dokument przedstawia relacje ludzi, którzy byli świadkami tego wydarzenia. Odpowiada na trudne pytania i szuka prawdy.

T.S. – Pamiętam moment, gdy Asia Lichocka przyszła do mnie z Majką w sprawie filmu i zaczęły mnie nakłaniać, aby zacząć nad nim pracę. 

M.D – Był to akt szaleństwa ze strony „Gazety Polskiej” i Tomasza Sakiewicza – dziennikarza, który przecież nie miał wiedzy eksperckiej w reżyserowaniu filmu, jednak doskonale sobie poradził z tym trudnym zadaniem.

[related id=”12010″]

Tomasz Sakiewicz opowiedział też o trudnościach przy promocji filmu. Podkreślił przy tym, że działała wtedy bardzo silna propaganda, aby nie zajmować się tą katastrofą, aby nie szukać odpowiedzi:

T.S. – Żadne kina nie chciały wyświetlać tego filmu. Jeżeli już ktoś się decydował na jego rozpowszechnianie, to mógł liczyć się z bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami. Pragnę powiedzieć, że pomimo tych trudności  film obejrzało w pierwszym roku 5 milionów ludzi. Nie zwalczaliśmy pirackich działań, ponieważ chcieliśmy, aby film dotarł do jak największego grona osób. Generalnie proces promocji filmu przypominał atmosferę podziemia, co okazało się najlepszą jego promocją. Stworzyliśmy coś, co zostało nazwane drugim obiegiem – wykorzystaliśmy część klubów Gazety Polskiej do tego, aby ten film promowali. Zrobiliśmy prosty zabieg: damy Wam film, a wy dacie nam patronat. 

Co przekonało Tomasza Sakiewicza, że trzeba zabrać się do wyjaśniania przyczyn tej katastrofy?

T.S. – Ja miałem złe przeczucia jeszcze przed wylotem naszych władz. Rozmawiałem ze śp. Januszem Kurtyką. Powiedziałem mu, że mam obawy co do tego, że tyle ważnych dla Państwa osób leci jednym samolotem. On odpowiedział pół żartem: „Najwyżej będę miał kompanię honorową na pogrzebie”. W piątek wieczorem poprzedzającym tę katastrofę ktoś zdjął z anteny mój program. Było to bardzo zaskakujące. Miałem wiele takich przeczuć i sygnałów, że coś jest nie tak. Wysłaliśmy ekipę do Rosji, która badała teren po katastrofie. Zebraliśmy niektóre elementy samolotu. Część z nich przekazaliśmy do badania Amerykanom, a część przekazaliśmy prokuraturze polskiej. Ja mam na swoim biurku w redakcji urządzenie do badania podwozia (bardzo ważny element w kontekście śledztwa), którego prokuratura nigdy nie miała u siebie, a mimo to kłamała w żywe oczy, że przebadała już wszystkie części.

M.D. – Gdybym nie umiała robić filmów, to pewnie w inny sposób chciałabym przekazać prawdę.  

T.S. – Życia nie przywrócimy, ale obowiązkiem każdego dziennikarza jest szukanie prawdy. Jeżeli tego nie robimy, to zatracamy największe wartości. Śledztwo było bardzo utrudnione, zarówno przez polskie, jak i rosyjskie służby. To był jeden z największych mechanizmów socjotechnicznych, z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatnim czasie. Chodzi o tzw. działania równoległe. Pasażerowie Tupolewa wsiedli do niego, myśląc, ze jadą na misję pokojową – nie spodziewali si, że w XXI wieku można działać w taki sposób.

M.D. – Poziom infiltracji jest adekwatny do rozmiarów tej zbrodni.

Na zakończenie rozmowy Tomasz Sakiewicz powiedział, że jest jeszcze wiele elementów, które trzeba wyjaśnić w katastrofie smoleńskiej, a Maria Dłużewska dodała, że te sześć lat, kiedy mówienie o Smoleńsku było tak mocno piętnowane i kiedy nie można było otwarcie szukać odpowiedzi, wyrządziło ludziom bardzo dużą krzywdę.

M.D. – Mam poczucie ogromnej przegranej. Przez te sześć lat, kiedy nas z tymi filmami spychano, w czasie kiedy one faktycznie mogły oddziaływać . Teraz ludzie chcą zapomnieć, ludzie się przyzwyczajają – dodała.

JN

 

Wojciech Smarzowski został ponownie nagrodzony za film „Wołyń”. Otrzymał nagrodę imienia Krzysztofa Krauzego

Gildia Reżyserów Polskich doceniła twórcę za film „Wołyń”, który zdaniem kapituły „jest przykładem dzieła godzącego bardzo osobistą artystyczną, filmową wizję ze zdyscyplinowanym filmowym rzemiosłem”.

Kapituła obradowała w składzie: Anna Kazejak, Bartosz Konopka, Joanna Kos-Krauze, Łukasz Ronduda oraz Iwona Siekierzyńska. Laureata nagrody im. Krzysztofa Krauzego ogłoszono w niedzielę w Warszawie, w rocznicę urodzin jej patrona.

Reżyserowi udało się połączyć w „Wołyniu” wielki, historyczny, epicki fresk z indywidualnymi losami bohaterów. Film ten oferuje nową formułę kina historycznego, dostosowaną do wrażliwości widza wychowanego w wizualnej kulturze wieku XXI. Historia pokazana jest tu „od dołu”, z punktu widzenia zwykłych ludzi, tych którzy najbardziej cierpią w wyniku wielkich historycznych zmian – napisano w laudacji.

Historia jest w „Wołyniu” przepuszczona przez ekstremalne emocje postaci i widzów. A przy tym, przy całej swojej emocjonalności, obecne w „Wołyniu” obrazy są w stanie unieść niełatwą dyskusję o polskiej (i nie tylko polskiej) historii najnowszej, co w „Wołyniu” pozwala dostrzec spadkobiercę najlepszych tradycji Szkoły Polskiej – dodano.

„Od początku do końca Wojciechowi Smarzowskiemu udaje się wyzwalać bardzo różne emocje w widzu. Od liryzmu i nostalgii w bukolicznym pierwszym akcie, przedstawiającym Wołyń w przededniu drugiej wojny światowej; poprzez narastające poczucie zagrożenia przychodzące wraz z kolejnymi okupacjami, aż po makabrę i horror rzezi wołyńskiej”.

Kapituła zwróciła także uwagę na to, że reżyserowi udało się uniknąć pułapki, którą miałoby być przedstawienie tamtego obrazu świata, „w którym zawieszone zostają wszelkie reguły, gdzie sąsiedzi niegdyś pozdrawiający się na ulicy stają się dla siebie śmiertelnym zagrożeniem, gdzie codziennością jest makabryczne okrucieństwo”, jako „krwawego kiczu”. W opinii członków kapituły w filmie „udało się także pokazać grozę masakry bez popadania w banał ani pornografię okrucieństwa, co w dobie kultury przesyconej takimi obrazami nie było łatwym wyzwaniem”.

Laureat otrzymał obraz Kasinatha Chauhana, prymitywisty z Indii, nazywanego „hinduskim Nikiforem”. Rysunki Chauhana – niepiśmiennego pucybuta pracującego pod sklepem obuwniczym Bata – dostrzegli ponad dekadę temu podczas festiwalu filmowego w Pune Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze. Obraz pochodził z prywatnej kolekcji artystów.

„Wołyń” był nagradzany również wcześniej. Łącznie za ten film zostało przyznane 9 „Orłów” (w tym najlepsza reżyseria, dla Wojciecha Smarzowskiego), 5 „Złotych Lwów” i 2 nagrody na Festiwalu Aktorstwa Filmowego im. Tadeusza Szymkowa.

Do Nagrody im. Krzysztofa Krauzego w tym roku byli nominowani także: Ryszard Bugajski za film „Zaćma”, Kuba Czekaj za „Królewicza Olch”, Piotr Dumała za „Ederly”, Bartosz Kowalski za „Plac zabaw” oraz Paweł Łoziński za „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham”.

Na wyróżnienie szansę mieli także: Michał Marczak za „Wszystkie nieprzespane noce”, Anka i Wilhelm Sasnalowie za „Słońce, to słońce mnie oślepiło”, Piotr Stasik za „21 x Nowy Jork”, Anna Zamecka za „Komunię” oraz Grzegorz Zariczny za film „Fale”.

Nagroda im. Krzysztofa Krauzego przyznawana jest co roku jednemu reżyserowi za m.in. – jak czytamy w preambule – nonkonformizm, „wewnętrzną wolność, niezależność, odwagę cywilną”, „umiejętność płynięcia pod prąd” oraz „chęć bronienia słabszych wobec silniejszych, mniejszości wobec większości”. W poprzednim roku wyróżnienie otrzymał Grzegorz Królikiewicz, autor filmu „Sąsiady”.

(PAP)

W Warszawie rozpoczęła się „Wiosna Filmów” – festiwal przebojów kinematografii, który potrwa do dziewiątego kwietnia

Najlepsze filmy ostatniego sezonu wypełnią program 23 festiwalu „Wiosna Filmów”. W trakcie festiwalu kinomani będą mogli obejrzeć m.in. „Frantza” Francoisa Ozona czy „Klienta” Asghara Farhadiego.

Festiwal Wiosna Filmów to cykliczna impreza, w ramach której stołecznej publiczności prezentowane są obrazy nagradzane na najważniejszych światowych festiwalach filmowych w ostatnim czasie. W tym roku zostanie wyświetlonych ponad 60 produkcji, spośród których połowa będzie pokazana przedpremierowo lub po raz pierwszy w Polsce. Widzowie zobaczą – w ośmiu różnych sekcjach – tegoroczne filmy oscarowe, obrazy nagrodzone na ostatnim festiwalu w Berlinie, Wenecji czy Locarno, a także te, które zdobyły największe uznanie publiczności.

Wydarzenie rozpocznie pokaz „Frantza”, najnowszego dzieła Francoisa Ozona – laureata m.in. Europejskiej Nagrody Filmowej i Złotego Niedźwiedzia. Twórcy filmu, który uzyskał 11 nominacji do tegorocznych Cezarów i ostatecznie został wyróżniony jednym Oscarem, zostali też docenieni na ostatnim festiwalu w Wenecji – nagrodę im. Marcella Mastroianniego otrzymała Paula Beer, która we „Frantzu” zagrała główną rolę – Anny Hoffmeister, młodej Niemki codziennie odwiedzającej grób swojego ukochanego Frantza, który zginął podczas I wojny światowej.

Widzowie zobaczą także premierę filmu pt. „Dusza i ciało” Ildiko Enyedi, zdobywczyni Złotego Niedźwiedzia na tegorocznym Berlinale. Główną bohaterką jest Maria, która zostaje kontrolerką jakości w rzeźni w Budapeszcie. Podchodzi do swojej pracy poważnie i ściśle przestrzega przepisów. Zacieśnia więzy ze swoim szefem, trochę starszym od niej Endre, z którym dzieli takie same sny.

W sekcji specjalnej, „Planeta konfliktu”, znalazło się 6 filmów podejmujących temat konfliktów zbrojnych i kryzysów, w tym m.in. estońskie dzieło „Na skrzyżowaniu wichrów” Martti Helde; palestyński „Omar” nominowany do Oscara w 2014 r. w kategorii „film nieanglojęzyczny” oraz – przedpremierowo – „W sieci” w reż. laureata Złotego Lwa i Srebrnego Niedźwiedzia, Kima Ki-Duka.

W innych sekcjach widzowie zobaczą dzieła mistrzów reżyserii (m.in. „Egzamin” Cristiana Mungiu, „Personal shopper” Oliviera Assayasa i „Co przynosi przyszłość” z Isabelle Huppert), wyróżnionych scenarzystów („Jackie” wg Noaha Oppenheima) i nagrodzonych aktorów („Aquarius” z Sonią Bragą czy „Pożegnanie z Europą” z Josefem Haderem jako Stefanem Zweigiem).

W ramach „Polskiego kina na świecie” zostanie pokazanych 10 filmów, w tym: nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem „Pokot” Agnieszki Holland, wyróżniona Orłem za najlepszy dokument „Komunia” Anny Zameckiej, „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego (Złote Lwy 2016) oraz „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka, docenione przez publiczność multipleksu „Nowe Horyzonty”.

Pozostałe sekcje przeglądu to m.in.: „Rewelacje festiwali” (np. „Dwie kobiety” z Catherine Deneuve i „Paterson” Jima Jarmuscha) oraz „Faworyci publiczności” (animowana „Nazywam się cukinia”, niemiecka „Fukushima, moja miłość”).

W programie festiwalu znalazły się także pokazy m.in. filmów: „Klient” Asghara Farhadiego, nagrodzony tegorocznym Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego; „Moonlight” (3 Oscary, w tym za najlepszy film), „La La Land” (6 Oscarów) i „Toni Erdmann” (Europejska Nagroda Filmowa w pięciu kategoriach). Widzowie zobaczą też „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” i „Mężczyznę imieniem Ove”.

Organizatorzy festiwalu zaplanowali szereg spotkań z twórcami, m.in. Ildiko Enyedi, Anną Zamecką, Pawłem Łozińskim („Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”), Ryszardem Bugajskim i Marią Mamoną („Zaćma”) oraz Tomaszem Wasilewskim („Wszystkie nieprzespane noce”).

Tym, którym nie uda się dotrzeć na festiwal, organizatorzy – we współpracy z serwisem VoD.pl – oferują możliwość oglądania filmów w sieci. W trakcie „Wiosny Filmów” na legalnej platformie, w specjalnej zakładce, znajdą się m.in.: „Nieznajoma dziewczyna”, „Fritz Bauer kontra Państwo”, „Nauczycielka”, „Praktykant”, „Matka”, „W sieci” oraz „24 tygodnie”.

Festiwal trwa do 9 kwietnia. Wszystkie pokazy będą się odbywały w warszawskim kinie Praha. Szczegóły na stronie www.wiosnafilmow.pl.

PAP/jn

Oglądając film, będziemy dumni z polskich lotników – rozmowa z Jackiem Samojłowiczem, producentem filmu „Dywizjon 303”

To będzie historia nie tylko o walce, ale i o życiu polskich lotników. Akcja zaczyna się jeszcze przed wojną. Mimo zmiany reżysera i dystrybutora, prace nad filmem „Dywizjon 303” dobiegają końca.

Gościem audycji Radia WNET był Jacek Samojłowicz, producent i scenarzysta. Jego ostatnia produkcja to długo wyczekiwany „Dywizjon 303” – film o polskich bohaterach Bitwy o Anglię. Tego formatu produkcja wiąże się ogromnymi oczekiwaniami i niespodziewanymi przeszkodami. Twórcy mają świadomość, że wielu widzów będzie oczekiwać nie tylko dobrze zrobionego filmu, ale wręcz realizacji narodowej misji.

W rozmowie z Antonim Opalińskim Jacek Samojłowicz opowiadał o procesie powstawania filmu. Dużo uwagi poświęcił relacji między historią II wojny światowej a literacką fikcją.

– Nastąpiła zmiana dystrybutora, ale to jest normalne podczas takich produkcji. Film jest przygotowywany od pięciu lat, więc mamy już kolejnego dystrybutora. Film ma się dobrze, a scenariusz ulega niewielkim zmianom, i to też jest normalne, że reżyserzy i scenarzyści tych zmian dokonują, ponieważ cały czas poznajemy tę historię coraz głębiej. Nasi wysłannicy na bieżąco pracują w Anglii z Brytyjczykami, i nie tylko z dystrybutorem, ale również z tamtejszymi historykami, zdobywają nowe, interesujące informacje, które umieszczamy w scenariuszu.

Producent wyjaśnił kwestie związane ze scenariuszem powstającego filmu. Początkowo „Dywizjon 303” miał być oparty na słynnej powieści Arkadego Fiedlera. Jednak ostatecznie synowie autora wycofali się ze współpracy…

– Filmu na powieści Arkadego Fiedlera nie da się oprzeć, można się jedynie nią inspirować, dlatego że książka ta jest opowiadaniem o walkach powietrznych. Mamy te same dane, którymi dysponował Fiedler, to są kroniki Mirosława Fericia. W książce te walki są fantastycznie opisane, natomiast na ekranie musi to wyglądać zupełnie inaczej.

– Scenariusz jest bardzo historyczny i bardzo patriotyczny. Reżyserem jest Denis Delić, który w Polsce miał kilka sukcesów filmowych i kasowych, np. „Ja wam pokażę”, „Dublerów”,  a w ostatnim czasie pracował w Niemczech przy kinie akcji.

Jacek Samojłowicz  zaznaczył, że film będzie czymś więcej niż tylko relacją z działań wojennych, dlatego początek akcji sięga czasów przedwojennych:

– Sięgamy do czasów przed wybuchem wojny, dlatego że trzeba było pokazać losy naszych lotników i w jaki sposób dotarli oni do Wielkiej Brytanii. Film, jeśli chodzi o polską stronę, opiera się głównie na dwóch bohaterach – Urbanowiczu i Zumbachu. Ich drogi do walki o Polskę pod niebem Wielkiej Brytanii były zupełnie różne.

– Nasza historia jest przede wszystkim o lotnikach i ich życiu, nie tylko o walce. Mam nadzieję, że w przyszłym roku ten film będzie pokazany w Wielkiej Brytanii i że będziemy mogli być dumni, że wspólnie z Anglikami walczyliśmy, żeby Anglia była wolna i nie stała się jednym z okupowanych krajów, i że mamy wspólną historię.

Producent zapowiada, że „Dywizjon 303” prawdopodobnie będzie skończony już w marcu. Premiera kinowa nastąpi nieco później, ze względu na konieczność pracy nad efektami specjalnymi.

AO/lk

„Smaki i niesmaki” 6 marca 2017

W kolejnej edycji „Smaków i niesmaków” Wojciech Piotr Kwiatek o okresie „Wielkiego Postu” oraz przedstawieniu „Klątwa”, nad którym odbyła się debata w programie Jana Pospieszalskiego na antenie TVP 1.

Redaktor programu kulturalnego Radia Wnet opowiadał również o tegorocznych kandydatach do antynagrody przyznawanej najgorszym polskim filmom – „Węże”.

W aranżacji muzycznej m.in.: Obywatel G.C. oraz Jacek Kaczmarski.

Nagroda dla filmu „Moonlight” była dużym zaskoczeniem i całkowicie zmieniła wydźwięk tegorocznej gali rozdania Oskarów.

89 Gala wręczenia Oscarów – nagród amerykańskiej Akademii Filmowej – odbyła się w nocy z niedzieli na poniedziałek w Los Angeles. Nagrodę dla najlepszego filmu otrzymał „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa.

 

Tegoroczna gala wręczenia nagród amerykańskiej Akademii Filmowej odbyła się w nocy z niedzieli na poniedziałek w Los Angeles. Oscara dla najlepszego filmu otrzymał „Moonlight” w reżyserii Barry’ego Jenkinsa.

Nagroda za najlepszą reżyserię powędrowała do twórców filmu „La La Land”, tym samym Daniel Chazelle został najmłodszym reżyserem docenionym  pozłacaną 24-karatowym złotem statuetką.  Najlepszą aktorką została Emma Stone („La La Land”), najlepszym aktorem Casey Affleck („Manchester by the Sea”), a za najlepsze role drugoplanowe nagrody otrzymali Viola Davis („Fences”) oraz Mahershala Ali („Moonlight”).

Najlepszym filmem nieanglojęzycznym został irański „Klient” Asghara Farhadiego. Jego konkurentką była m.in. niemiecka komedia „Toni Erdmann”, jednak można przypuszczać, że w związku z politycznym kontekstem wokół filmu oraz zakazem wjazdu dla obywateli siedmiu muzułmańskich krajów do USA, wydanym przez prezydenta Donalda Trumpa, członkowie AMPAS przyznali nagrody filmowi Farhadiego.

Za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny podczas wczorajszej gali w Dolby Theatre w Hollywood uznano „O.J.: Made in America” w reżyserii Ezry Edelmana i Caroline Waterlow. Kolejnym zaskoczeniem wieczoru był Oscar dla Colleen Atwood – autorki kostiumów do filmu „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”.

Za najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny  Oskara zdobyły „Białe hełmy” Joanny Natasegary i Orlanda von Einsiedela. Nagrodę za najlepsze efekty specjalne zdobyli: Robert Legato, Adam Valdez, Andrew R. Jones i Dan Lemmon za film „Księga dżungli”.

Podczas wręczania statuetki doszło do zamieszania; wręczający ją, Warren Beatty mylnie odczytał tytuł zwycięskiego filmu, jako laureata podając „La La Land” Damiena Chazelle’a.

– Ostatnia scena z zamianą Oscarów jest jednak symboliczna ; pokazuje, że eskapistyczna, radosna ucieczka w białą bajkę o Hollywoodzie i Ameryce, co wydawało się już przypieczętowane, ostatecznie ustępuje jednak miejsca bardzo surowej, introwertycznej opowieści o czarnej Ameryce, która w żadnym momencie nie jest bajką, która jest właściwie anty-bajką – powiedział krytyk filmowy i publicysta Tomasz Raczek, odnosząc się do tegorocznych Oscarów.

Przypomniał, że „Moonlight” to opowieść  o tym, że nic dobrze się w tym życiu nie kończy ; scena z zamianą nagród, która wynikła prawdopodobnie z przypadku, zostanie zapamiętana w historii jako symboliczna. To symbol czegoś zaskakującego i czegoś, co stoi w sprzeczności z koncepcją nowej władzy amerykańskiej, która dąży do powrotu do dawnych, silnych i białych Stanów Zjednoczonych. Ta nagroda całkowicie zmieniła wymowę tegorocznych Oscarów – podkreślił.

Tomasz Raczek zauważył również, że mimo napiętej sytuacji politycznej w USA po niedawnych wyborach prezydenckich polityka nie zdominowała tegorocznej ceremonii rozdania nagród.  –Polityki było mniej niż wszyscy się spodziewali (…) – stwierdził.

Jego zdaniem wśród podziękowań i przemówień zabrakło w tym roku wybitnego wystąpienia. Były emocjonalne przemówienia, ale nie charakteryzowały się one jakąś odwagą polityczną – powiedział.

Jedyną sytuacją noszącą znamiona demonstracji politycznej, było odczytanie listu od Asghara Farhadiego, irańskiego reżysera uhonorowanego Oscarem za film „Klient” w kategorii  „najlepszy film nieanglojęzyczny”, który był rodzajem protestu przeciw nowemu prawu, zakazującemu wjazdu do Stanów Zjednoczonych obywatelom sześciu krajów, wytypowanych jako kraje wrogie i zagrażające USA. – Ten protest wydawał się okazją, by publiczność – choćby poprzez powstanie z miejscwyraziła solidarność ze sprawą i laureatem. Tak się jednak nie stało. Odpowiedź z sali była, ale słabsza, niż należało się spodziewać – ocenił Raczek.

Oczekiwanie na ogłoszenie kolejnych  werdyktów głosowania producenci starali się urozmaicić różnymi atrakcjami. W zeszłych latach była to pizza i ciastka, w tym roku z sufitu trzykrotnie na widownię spadły słodycze. Tym słodkim przerywnikom towarzyszyły piękne scenki rodzajowe.

 

 

PAP/JN