Rosja, Daleki Wschód i gigantyczna siła inercji – rozmowa o aktualnych problemach wschodniego mocarstwa w Poranku WNET

Dr Szymon Kardaś z Ośrodka Studiów Wschodnich mówi w Radiu WNET o rosyjskim Dalekim Wschodzie, wyzwaniach rosyjskiej energetyki i sytuacji politycznej przed wyborami prezydenckimi w Rosji.

Rozpad Rosji wieszczono wielokrotnie i na razie to się nie sprawdza. Niezależnie od tego, jak wielkie problemy toczą to państwo, Rosja trzyma się gigantyczną siłą inercji.

Dr Szymon Kardaś, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, autor wielu opracowań i raportów dotyczących m.in. rosyjskiej energetyki oraz dalekowschodnich regionów Federacji Rosyjskiej, był gościem dzisiejszego Poranka WNET.

Gość Poranka rozmawiał z Łukaszem Jankowskim m.in. o politycznej sytuacji w Moskwie: – Nie przeceniałbym znaczenia ostatnich protestów w Moskwie. Ich skala jest niewielka w porównaniu z tymi, które były na wiosnę, po opublikowaniu materiałów korupcyjnych przez Aleksieja Nawalnego. Przykład Majdanu wskazuje, że trudno przypuścić, kiedy nastąpi jakaś rewolucja. Jednak wydaje się, że na razie  reżim jest stabilny, mimo pewnych oznak przebudzenia społeczeństwa.

Przewodnim tematem wywiadu były dalekowschodnie regiony Rosji, zwłaszcza ich rola ekonomiczna w kontekście potencjału energetycznego i bliskości rynków azjatyckich.

Pomysł na powrót Rosji na Daleki Wschód polegał z jednej strony na wzmocnieniu relacji z krajami azjatyckimi, z drugiej – na wykorzystaniu potencjału surowcowego do stworzenia potencjału rozwojowego. (…)  W latach 90. Rosjanie obawiali się, że ich dalekowschodnie regiony zostaną skolonizowane przez Chińczyków. To się nie sprawdziło. Daleki Wschód nadal się wyludnia, chociaż udało się powstrzymać najbardziej negatywne trendy. Natomiast kolonizacji chińskiej nie ma. Ten region z perspektywy Chińczyków jest mało atrakcyjny.

Energetyka i transport – w tych obszarach Rosjanie realizują na Dalekim Wschodzie duże projekty infrastrukturalne, które mają służyć eksportowi gazu na rynki azjatyckie, przede wszystkim do Chin.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części czwartej dzisiejszego Poranka WNET.

ŁAJ

 

CBA skuteczna jak Lewandowski. Czas skończyć z mafią w Ministerstwie Finansów. Polska straciła ponad bilion złotych

Stary układ – urzędnicy z Ministerstwa Finansów nadal kształtują politykę fiskalną i wyhamowują zmiany reformujące państwo. Jak się szacuje, Polska za koalicji PO – PSL straciła ponad 1 bln złotych.

W drugiej i trzeciej godzinie Poranka Wnet głównym tematem były sprawy wyłudzeń VAT, a także kwestie związane z niepłaceniem podatków. Dodatkowo zajmowano się również problematyką wyprowadzania olbrzymich sum z Polski, które, jak szacuje poseł Kukiz’15 Paweł Grabowski i Janusz Szewczak z PiS, opiewają na kwotę ponad biliona złotych.

– Część urzędników Ministerstwa Finansów jest odpowiedzialna za tworzenie prawa pod grupy interesów – powiedział przewodniczący Związków Zawodowych Celników Sławomir Siwy, który uważa, że ta instytucja nie została w pełni oczyszczona i ci nieuczciwi urzędnicy aktualnie doradzają wiceministrom w Ministerstwie Finansów.

– Stare układy przy wprowadzaniu krajowej administracji skarbowej pozbyły się wielu osób, które im zagrażają – powiedział Sławomir Siwy, którego zdaniem dopiero z przyjściem do resortu wicepremiera Morawieckiego i wiceministra Gruzy został pokonany opór starego układu i doszło do przyspieszenia uszczelniania systemu. Przemyt paliwa, o którym jest głośno w mediach, to tylko jeden z całego szeregu przykładów.

– Każdy towar o wysokiej kumulacji podatków może być wykorzystywany w systemie wyłudzania VAT-u – twierdzi. Jego zdaniem urzędnicy Ministerstwa Finansów, stwarzając pozory legalności, doprowadzili do „rozwoju patologii na ogromną skalę”, która skutkowała wielomiliardowymi stratami Skarbu Państwa. Opór urzędników powoduje, że uszczelnianie systemu idzie powoli i jeśliby urzędnicy za to odpowiedzialni działali zgodnie z zaleceniami ministrów, kwoty uzyskiwanych przez państwo przychodów byłyby znacząco wyższe. Jako przykład podał pakiet paliwowy, który właśnie wszedł w życie, a jego projekt był gotowy już na jesieni 2015 roku „w wersji bardziej uszczelniającej” niż ta, którą przygotowano rękami owych urzędników Ministerstwa Finansów „gdzieś na kolanie w trakcie wakacji” w 2016 roku.

– Urzędnicy w Ministerstwie Finansów skutecznie opóźniali wejście w życie pakietu paliwowego i wyłudzanie VAT-u w 2016 roku nadal szło na ogromną skalę – powiedział szef związków zawodowych polskich celników, który uważa, że proceder ten wyprowadzał VAT z budżetu za więcej niż 600 cystern dziennie (na każdej cysternie szacuje się, że można wyłudzić 5-6 tys. zł). – Dopiero kontrole Służby Celnej de facto spowodowały zatrzymanie tego procederu.

– Ministerstwo Finansów nie zostało oczyszczone i urzędnicy ci są w stanie wciąż wpływać na spowalnianie wprowadzania zmian w systemie – powiedział Sławomir Siwy, podnosząc przy okazji kwestię gigantycznych wyłudzeń VAT na obrocie spirytusem, co wykazało śledztwo przeprowadzone przez związek celników. oni w Jak powiedział, oni są w stanie wskazać konkretnych urzędników z Ministerstwa Finansów odpowiedzialnych za umożliwienie tego procederu.

Przewodniczący Związków Zawodowych Celników zwrócił uwagę na fakt, że w w 2014 roku, gdy dochodziło do gigantycznych wyłudzeń przez karuzele VAT-owskie, Ministerstwo Finansów ogłosiło zalecenie, aby zwrot VAT był dokonywany „bez zbędnej zwłoki”. Zastrzegł, że większość urzędników jest uczciwa, a tylko ta garstka, która miała wpływ na stanowienie prawa, „tak to wszystko ustawiła”.

Poseł Kukiz’15 Paweł Grabowski jest zdecydowanie za rozliczeniem złodziejstwa, jak nazywa „wyłudzenia” VAT.

Jego zdaniem, gdy dojdzie do powołania komisji ws. VAT, powinni przed nią stanąć zarówno urzędnicy z Ministerstwa Finansów, jak i minister Vincent-Rostowski czy były premier Donald Tusk. Zwrócił uwagę, że sprawa „wyciekającego z Polski VAT-u” była na tyle rażąca, że zwracała Polsce na to uwagę Komisja Europejska.

To, co zdumiało ministra Mateusza Morawieckiego, gdy przyszedł do Ministerstwa Finansów, to fakt, że przy 60-procentowym wzroście dochodów spółek wpływ z VAT-u nie rósł.

– Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że zostało z Polski wytransferowanych 540 mld zł z tego powodu, że nie płacono CIT-u, a to jest dwa razy więcej niż z tytułu VAT-u – powiedział Grabowski, który uważa, że za koalicji PO – PSL okradano Skarb Państwa na około bilion złotych rocznie. – To są kwoty, które dwu-, a nawet trzykrotnie przewyższały deficyt budżetowy, gdyby nie dopuszczono się takich zaniedbań w tamtym okresie, to mielibyśmy nadwyżkę budżetową i prawdopodobnie nie mielibyśmy długu publicznego albo byłby on bardzo niski.

– Jest taki najdroższy na świecie pomarańczowy kwadrat, za który jedna ze spółek musiała płacić ogromne pieniądze spółce matce z Francji, i na tym to polega, bo spółka córka zarejestrowana w Polsce nie wykazuje w ten sposób dochodu, płacąc gigantyczne kwoty za korzystanie z logotypu albo doradztwa firmie zagranicznej – powiedział Grabowski, wyjaśniając, że aktualnie są rozporządzenia umożliwiające ściganie spółek, które w bezczelny sposób unikały płacenia podatków CIT w Polsce, co nazwał „złodziejstwem”, a eufemistycznie nazywane jest to „optymalizacją podatkową”.

– Karuzela, karuzela CBA rozbija co niedziela – sparafrazował słowa piosenki Marii Koterbskiej, obrazując to, co aktualnie się dzieje, Janusz Szewczak, poseł PiS. Jak zaznaczył, w pełni zgadza się z Pawłem Grabowskim. Przypomniał, że jednym z głównych postulatów PO była likwidacja CBA, służby które niemal co tydzień ogłaszają w komunikatach prasowych informacje o kolejnych zatrzymaniach.

– Dzisiaj są kolejne zatrzymania przez CBA w związku z reprywatyzacją warszawską – powiedział Szewczak, który uważa, że w tym przypadku mamy do czynienia ze strukturą czysto mafijną. Wśród zatrzymanych jest również były dziekan Rady Adwokackiej w Warszawie i jedna z b. urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości. – CBA robi się tak skuteczna, jak Lewandowski we wczorajszym meczu.

– Słyszę, że sztukmistrz z Londynu, były minister finansów Vincent-Rostowski, człowiek odpowiedzialny za siedem budżetów, modli się o to, by była komisja śledcza w sprawie wyłudzeń VAT (…) a niektórzy mówią, że powinien modlić się o łagodny wymiar kary  – powiedział poseł PiS, który już od lat postulował powstanie takiej komisji i to w czasach, gdy było to uważane za „kompletne wariactwo”.

Ujawnił, że są struktury wyłudzające VAT, które mają 300 firm, i to z kilkudziesięciu krajów, w tym również z bogatych państw UE. Postępowaniami prokuratorskimi w sprawie wyłudzeń VAT na dzień dzisiejszy jest objętych 2172 osoby, ale kwota wyłudzeń jest na poziomie 14 mld złotych, odzyskany majątek ruchomy to miliard złotych, a to „tylko fragment” całego procederu, dlatego osoby zajmujące się tego typu śledztwami „warte są każdych pieniędzy”.

[related id=41336]Przyznał, że zgoda co do powołania komisji ws. VAT jest i zapowiedział, że będzie to olbrzymie wyzwanie logistyczne dla parlamentu, bo – jak to ujął w jednym z wywiadów wiceminister finansów Paweł Gruza – „był to największy rabunek w historii państwa”, porównywalny jedynie z wyprzedażą za bezcen, zwaną „prywatyzacją”, w latach 90. ub. wieku. Przypomniał, że za rządów PO – PSL aż 60 procent firm nie płaciło podatku CIT. Przyznał, że są problemy związane z kadrami w Ministerstwie Finansów z tego powodu, że potrzebni są tam bardzo wysokiej rangi specjaliści, którzy często bardzo szybko znajdują lepiej płatną pracę w sektorze prywatnym.

– Zyski wyprowadzone legalnie szacowane są na 540 mld złotych (…), VAT to było około 250 mld złotych, ale to nie wszystko. Akcyza to kolejne (…) 160 mld złotych; brak dochodów z podatku hazardowego (…), dodatkowo trzeba jeszcze liczyć kwestię prania pieniędzy i inne (…), co szacuję na 500-600 mld złotych w okresie trwania rządów PO – PSL – powiedział wiceminister, podkreślając, że aktualnie na programy pomocowe typu 500+ czy leki dla seniorów rząd wydaje sumę około 70 mld złotych i problemów z budżetem nie ma. – Czyli te pieniądze w systemie były, tylko nie szły do tych kieszeni, co trzeba.

W rozmowie z Januszem Szewczakiem również o polityce finansowej Europejskiego Banku Centralnego, która polega głównie na ciągłym dodrukowywaniu euro, i uwarunkowaniach politycznych w dzisiejszym świecie, które mają duży wpływ na to, co dzieje się w makroekonomii.

MoRo

Cezary Mech: To bzdura, że wolne niedziele dla pracowników supermarketów będą ciosem dla gospodarki [VIDEO]

Dr Cezary Mech i Alfred Bujara w dyskusji o skutkach wprowadzenia wolnych niedziel, a także o tym, czy należy zapraszać Ukraińców do pracy w Polsce, w sytuacji, gdy płace mamy niższe niż na Zachodzie.

Aleksander Wierzejski rozmawiał z Alfredem Bujarą, przewodniczącym Sekcji Krajowej Pracowników Handlu NSZZ Solidarność. Głównym poruszonym tematem była kwestia wolnych niedziel. Mają ruszyć prace w sejmie nad ustawą wprowadzającą wolne niedziele dla pracowników handlu wielkopowierzchniowego.

Alfreda Bujarę niepokoi zapowiedź Janusza Śniadka, posła PiS-u, a dawniej przewodniczącego Solidarności, że wolne od pracy mają być tylko dwie niedziele w miesiącu. Zdaniem gościa Poranka pracownicy oczekują czterech niedziel wolnych w miesiącu. Ponadto nie wyobraża sobie, żeby miały one nie obejmować pracowników hurtowni, centrów logistycznych i magazynowych. Są to miejsca, w których panują bardzo ciężkie warunki pracy. Uważa, że powinniśmy spojrzeć na to, jak pracuje się na Zachodzie. Tam pracownicy nie muszą pracować tak szybko i wydajnie jak u nas. U nas pracownik otrzymuje czterokrotnie niższe wynagrodzenie niż pracownik tej samej sieci na przykład w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii.

Czy jest miejsce na kompromis? Alfred Bujara odpowiada, że jeszcze nikt nie proponował rozmów na temat kompromisu. Wskazał też, że pracodawcy bronią się argumentami („bzdurnymi oczywiście”), że spadnie obrót, że spadnie PKB, że wzrośnie bezrobocie. Protestują według niego międzynarodowi pracodawcy, właśnie ci, którzy narzucili w Polsce niskie standardy pracy i płacy. Natomiast polscy pracodawcy, jak twierdzi, wspierają związkowców w działaniach na rzecz wprowadzenia wolnych niedziel.

Do rozmowy włączył się ekonomista dr Cezary Mech. Jego zdaniem nieporozumieniem jest twierdzenie, że wprowadzenie wolnych niedziel dla pracowników handlu wielkopowierzchniowego byłoby ciosem dla gospodarki. Jest wielką szkodą, że dopiero po dwudziestu kilku latach Polski niepodległej dopracowujemy się standardów w takich kwestiach. Uważa też, że na sprawę kosztów powinniśmy patrzeć systemowo. Społeczeństwo powinno mieć czas na odpoczynek, na rodzinę i na inwestycje w infrastrukturę społeczną.

Dr Cezary Mech zwrócił też uwagę, że sklepy wielkopowierzchniowe w swojej działalności wykorzystują przewagę, jaką jest tzw. negatywny cash flow. Polega ona na tym, że sprzedaż towarów następuje szybciej niż zapłata dostawcom. Jeśli wypadnie jeden dzień obrotu w tygodniu, to będzie miało dla nich duże znaczenie.

Alfred Bujara na to odpowiedział, że wprowadzenie 13 wolnych świąt w ciągu roku nie spowodowało zmniejszenia obrotów. Obroty w piątek i sobotę przed wolną niedzielą są według niego 5-7 procent większe niż w cały weekend z niedzielą pracującą. Tłumaczy to między innymi tym, że ludzie kupują na zapas przed wolnymi niedzielami, a w niedzielę klienci sklepów to tzw. apacze – przychodzący raczej, żeby pooglądać towary, a nie je kupować.

[related id=40703]Cezary Mech powiedział, że jeśli mamy daną sumę przeznaczona na konsumpcję, to jeśli nie wydamy jej w niedzielę, wydamy ją w innych miejscach i w innym czasie. W dalszej części wypowiedzi zarzucił Solidarności – z którą, jak przypomniał, był związany jako doradca – że pomimo że dobrze diagnozuje położenie pracowników w Polsce (niższe pensje niż na Zachodzie itd.), to nie przeciwstawia się sprowadzaniu pracowników z Ukrainy. W sytuacji niżu demograficznego zwiększa to podaż pracowników i uniemożliwia wzrost płac, a w konsekwencji też powrót Polaków pracujących na Zachodzie. Póki Polacy pracujący na Zachodzie nie powrócili do Polski i póki płace w Polsce nie osiągnęły poziomu płac w Europie Zachodniej, nie powinniśmy – w jego opinii – zapraszać pracowników z Ukrainy.

Na to Alfred Bujara odparł, że nie ma w Polsce związku pracodawców, z którymi związki zawodowe mogłyby rozmawiać. Poza tym pracodawcy mają potężne środki na badania – bzdurne i stronnicze, jak je określił – a także na reklamy i sponsorowane artykuły w mediach. Związki są według niego w tej walce jak Dawid przeciwko Goliatowi.

W drugiej części Aleksander Wierzejski rozmawiał z Cezarym Mechem na temat luki w podatku VAT i o reformie sądownictwa.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części czwartej Poranka WNET.

JS

 


 Obejrzyj również ten wywiad na YouTube!

Sachajko: Amerykańskie FDA uznało masło za zdrowsze od margaryny, a twarde margaryny za szkodliwe dla zdrowia

Poseł Kukiz’15 o powodach coraz wyższych cen masła, ogólnie jedzenia w Polsce, afrykańskim pomoże świń i winie ministra Szyszki, GMO i „zwijaniu się” produkcji zwierzęcej z powodu złych przepisów.

Wotum nieufności dla ministra rolnictwa dr. Krzysztofa Jurgiela było zdaniem posła Kukiz’15 tylko takim „show” i to w dodatku nieudolnie zrobionym przez opozycję totalną, która kwestionowała chociażby kwestie podniesienia wieku emerytalnego dla rolników, podczas gdy cała Polska wiedziała, że wiek emerytalny podniosły rządy PO – PSL.

Gość Poranka WNET poseł Jarosław Sachajko, dr nauk rolniczych, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz członek Komisji Zdrowia, nie mógł jednak poprzeć działań Ministerstwa Rolnictwa, które wykazuje się daleko idącą opieszałością, i dlatego wstrzymał się i takie postępowanie rekomendował swojemu klubowi w trakcie głosowania.

– Oczywiście nie chciałbym, aby słuchacze zrozumieli, że jest gorzej niż było, bo tak nie jest. Jest nawet dużo lepiej niż za rządów PSL – PO, tylko idzie to za wolno. Świat nam dalej ucieka – powiedział poseł Sachajko. Uważa, że brak polskiej hodowli trzody chlewnej i sprzedaż stacji unasienniania to zjawiska niekorzystne dla naszej gospodarki rolnej.

– W produkcji roślinnej jeszcze ta równowaga występuje, bo 40 procent wysiewu to polskie zboża – powiedział, jednak – w Polsce nie ma mechanizmów wspierania hodowli.

– Jeśli nie ma hodowli trzody chlewnej, to nie ma również cen na zboże – zaznaczył poseł. Podniósł tu również kwestie związane z wyśrubowanymi normami rozporządzenia o bioasekuracji przy hodowli świń, które de facto zwijają całą produkcję w niewielkich gospodarstwach rolnych na rzecz olbrzymich kombinatów, co owocuje coraz wyższymi cenami wieprzowiny – ostatnio wzrosła o niemal 20 procent.

Afrykański pomór świń, który panuje na wschodniej ścianie Polski, zdaniem gościa Poranka rozprzestrzeni się, jeśli nie zostaną podjęte stanowcze kroki w celu zduszenia epidemii mogącej zagrozić stabilności całej gospodarki rolnej w Polsce.

– Apeluję do ministra Szyszki, aby zaczął mieć realny nadzór nad Polskim Związkiem Łowieckim – mówił na antenie Jarosław Sachajko, podkreślając konieczność wybicie całej populacji dzików z terenów objętych zarazą, bo „dziki i tak zdychają w straszliwych męczarniach” (choroba nie dotyka ludzi), a granica ASF wciąż się przesuwa i jest już bardzo blisko Wisły.

Źródło afrykańskiego pomoru świń (ASF), jak sama nazwa wskazuje, jest w Afryce. Po 10 latach choroba ta pojawiła się w Rosji, a stamtąd na Podlasiu. Jej źródłem nie są tylko dziki, przenoszona jest również przez muchy i komary, dlatego w promieniu trzech kilometrów od miejsca, gdzie znaleziono martwego dzika, całą trzodę chlewną trzeba wybić, gospodarstwo odkazić i zutylizować padlinę.

– Czechy dużo mądrzej od nas postępują, bo tam, gdy pojawiła się ta choroba, płotem otaczali cały teren i wybijali całą populację dzików. To jest sposób na powstrzymanie tej choroby – powiedział Jarosław Sachajko. Jego zdaniem Polska powinna postępować tak samo, bo już tracimy zdrową żywność, rolnicy – środki produkcji, z których żyli, a państwo jest zmuszone płacić za odkażanie i utylizację. W dodatku okres karencji trwa kilka lat trwa i nie można w gospodarstwie, w którym stwierdzono ASF, rozpocząć wcześniej hodowli. Ponoć Ministerstwo Rolnictwa już mówiło, że płot będzie, ale do tej pory jeszcze go nie ma, tymczasem aby problem z ASF wyeliminować, należałoby postawić płot wzdłuż granicy z Białorusią i Ukrainą, bowiem stamtąd do nas wciąż przechodzą chore sztuki zwierząt.

– Ministerstwo ratuje się w ten sposób, że udzieliło pozwoleń na hodowanie trzody w wielki fermach, ale to nie jest wyjście dla polskiego rolnictwa, bo albo chcemy mieć małe gospodarstwa rodzinne, albo trzeba powiedzieć rolnikom: trudno, nie będziecie produkowali, będziemy mieć wielkie farmy – powiedział gość Poranka. Zaznaczył, że beneficjentami tej sytuacji są jedynie wielkie korporacje i to najczęściej niepolskie. Jako przykład podał amerykańską korporację Smithfield Foods, która została sprzedana Chińczykom, po czym w krótkim czasie zaczęła dostawać coraz to nowsze pozwolenia na hodowlę w olbrzymich fermach świń w Polsce.

– To jest zagrożenie również dla środowiska, a przecież wprowadzenie „ustawy antyodorowej” zapobiegłoby nadmiernej koncentracji hodowli – mówił poseł, który uważa za konieczne wprowadzenie tego typu zapisów w Polsce i chciałby, aby minister Szyszko, z którym zgadza się w wielu kwestiach, zajął się tym jak najszybciej. – Nie może być tak, żeby na małym obszarze było kilkanaście tysięcy sztuk trzody chlewnej, bo to szkodzi środowisku i stanowi niebezpieczeństwo dla budżetu, a w wypadku dostania się tam ASF, mamy gigantyczne wydatki na utylizację itd.

– Eksport produktów spożywczych z Polski rośnie, chociaż było olbrzymie tąpnięcie w związku z zamknięciem rosyjskiego rynku, który jest nie do odzyskania. Rosjanie wpompowali olbrzymie pieniądze w swoje rolnictwo. Są już eksporterem cukru, zboża, trzody chlewnej – powiedział dr Sachajko. – Rosjanie również, co jest spowodowane problemami z odpadami z produkcji drobiu, chcą wejść na rynek produkcji zwierząt futerkowych.

– Rosjanie już wiedzą, a Polacy też powinni to wiedzieć, że zawsze będzie się jadło, i po prostu zainwestowali w rolnictwo. Prezydent Putin wydał nawet dokument zabraniający wszelkiego GMO na terenie Rosji, a więc nie tylko siania, ale również importowania produktów GMO – mówił poseł. – Polska nadal jest importerem chociażby soi GMO, której aż 90 procent pochodzi z tego typu upraw. Oznacza to, że gdy idziemy do marketu i kupujemy mięso, to mamy dziewięćdziesiąt kilka procent pewności, że kupujemy mięso ze zwierząt karmionych ziarnem GMO.

Projekt ustawy w tej sprawie Kukiz’15 złożył już kilka miesięcy temu. Mówi ona, żeby żywność ma być znakowana na obecność GMO w całym procesie produkcyjnym. Niestety projekt trafił „do sejmowej zamrażarki”, bo rząd mówi, że pisze swoją wersję. Tymczasem obywatele mają prawo wiedzieć, idąc do sklepu, co kupują.

Kolejnym problemem jest brak zgody rządu na sprzedaż przez rolników własnej żywności za pośrednictwem sklepów. W poparcie tego projektu zaangażowani są działacze, którzy chcą sprzedawać swoje produkty lub takie przyjmować do sprzedaży na rynkach lokalnych za pośrednictwem sklepów. Nawet prezydent Andrzej Duda apelował do ministra rolnictwa, aby rozważył możliwość sprzedaży przez rolników własnych produktów przetworzonych za pośrednictwem sklepów.

Zdaniem posła Sachajki po uwolnieniu rynku cukru w Polsce, jeśli polityka rządu dotycząca tego rynku będzie dobrze przemyślana i konsekwentna, „nic się nie stanie”. Gorzej, jeśli nie będzie tej polityki – poseł przewiduje, że wówczas sytuacja rozwinie się podobnie, jak to miało miejsce w przypadku rynku produktów mlecznych, który został uwolniony rok temu i wiele gospodarstw mleczarskich upadło, bo cena mleka drastycznie spadła.

– Nie było to przemyślane i skutki odczuwamy już dziś. W tej chwili cały świat przerzuca się na tłuszcz zwierzęcy, czyli na masło. W Stanach Zjednoczonych zakazano stosowania olejów utwardzonych, popularnych margaryn. W Danii jest prawodawstwo, które nakazuje opisywanie produktów zawierających oleje utwardzone (tzw. tłuszcze trans – przyp. red.), ponieważ są to oleje niezdrowe dla naszego organizmu – powiedział dr Sachajko. Poseł chciał zorganizować konferencję na ten temat w Sejmie, licząc, że polski rząd podejmie podobne decyzje. – Obywatele mają prawo wiedzieć, że te oleje są szkodliwe i w których produktach one są. Moglibyśmy nawet zakazać stosowania olei utwardzanych w produktach spożywczych. Kilka tysięcy osób rocznie umiera z tego powodu, że spożywają oleje utwardzone.

Przypomniał, że stosuje się tego typu tłuszcze na masową skalę w produkcji cukierniczej, czyli do produkcji wszelkiego typu ciast i ciasteczek, krakersów, czy herbatników.

– Skoro nie powinno się używać margaryn, to trzeba zastąpić je masłem – to pierwszy z powodów wzrostu cen masła w polskich sklepach. Drugim jest eksport masła do Chin, ale głównym problemem jest brak strategicznego myślenia rządu, bo jeżelibyśmy mieli zapasy strategiczne masła, to taki problem by nie wystąpił, a państwo mogłoby jeszcze na tym nawet zarobić – powiedział dr Sachajko, podkreślając, że w Polsce aktualnie masło jest droższe niż w Niemczech.

MoRo

Wiceminister rozwoju Jerzy Kwieciński o poprawie ocen ratingowych Polski i problemach z inwestycjami samorządowców

Inwestycje na sumę 210 mld złotych rozpoczęto w Polsce w br. Zaowocuje to wzrostem gospodarczym, który w o wiele większym stopniu przyczyni się do rozwoju niż ten napędzany jedynie przez konsumpcję.

[related id=40185]Podwyższane przez agencje międzynarodowe, w tym ratingowe, perspektywy wzrostu PKB w tym roku cieszą wiceministra rozwoju Jerzego Kwiecińskiego, gościa Poranka Radia WNET. Jak przypomniał, niedawno została znacząco podwyższona prognoza PKB przez agencję Moody’s z 3,2 na 4,1 procent, a przez agencję Fitch z 3,4 na 4,0 procent.

– Wiele instytucji finansowych szacuje ten wzrost jeszcze wyżej, bo mówią nawet o 4,5 procent wzrostu PKB w Polsce w bieżącym roku. To są dla naszego kraju, a i dla inwestorów bardzo dobre informacje, bo to oznacza, że stan gospodarki jest oceniany jako dobry nie tylko przez rząd, ale również przez ekspertów zewnętrznych – uważa Kwieciński.

– Ocena jednej z dwóch największych agencji indeksowych FTSE Russell, która zakwalifikowała Polskę do grupy 25 krajów rozwiniętych, już zdominowała rynek kapitałowy nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jako pierwszy kraj z naszego regionu zostaliśmy zakwalifikowani do grupy krajów najbardziej rozwiniętych – powiedział Kwiecieński.

Zwrócił uwagę, że już nie tylko instytucje takie jak Bank Światowy czy ONZ zaliczają Polskę do grupy państw najbardziej rozwiniętych, ale również „prywatne instytucje rynku finansowego”. Przyznał, że rozmowy na temat dołączenia Polski do G-20 toczą się już od dawna.

– Minister Morawiecki niedawno uczestniczył w szczycie finansowym G-20, a więc to nie jest tak, że nas tam nigdy nie ma – zaznaczył Kwieciński. Jego zdaniem to, czy Polska dołączy do grupy, nie zależy tylko od nas, ale również od innych członków G-20. Na pewno dużą rolę odgrywać tu będzie stan polskiej gospodarki.

Przypomniał, że w ubiegłym roku wśród polskich ekspertów panował defetyzm, wieszczono załamanie tegorocznego budżetu, a aktualnie mamy nadwyżkę budżetową.

– Dane mamy naprawdę bardzo dobre, ale nie liczyłbym na nadwyżkę budżetową pod koniec roku, ponieważ zawsze w tym okresie mamy do czynienia ze spiętrzeniem wydatków budżetowych instytucji państwowych – wyjaśnił. Zaznaczył przy tym, że szacunki ministerstwa nie przewidują znaczącego wpływu na budżet wydatków związanych z wejściem w życie nowej ustawy emerytalnej. Nie chciał ujawnić, jaki realny deficyt budżetowy przewiduje rząd, lecz wspomniał, że będzie on „znacząco mniejszy od zaplanowanego”.

– Mamy już ponad 23 tysiące projektów realizowanych w całym kraju – powiedział wiceminister rozwoju Jerzy Kwieciński. Są to inwestycje na sumę 210 miliardów złotych. – Taka ilość inwestycji musi przełożyć się na efekt gospodarczy. Powoli inwestycje zaczną zastępować konsumpcję, która do tej pory była głównym motorem ciągnącym naszą gospodarkę.

– Chciałbym zwrócić uwagę, że to nie są tylko inwestycje współfinansowane ze środków unijnych, ale również inwestycje realizowane przez sektor publiczny i samorządowy, a przede wszystkim przez sektor prywatny – powiedział gość Poranka. Wczoraj wiceminister uczestniczył w uroczystości podpisania umów dla 14 inwestycji transportowych o łącznej wartości 8,8 mld złotych, z czego 4,9 mld stanowią pieniądze UE z Programu Infrastruktura i Środowisko. Z tego ponad 4 mld złotych trafi do Warszawy – środki te są przeznaczone na sfinansowanie rozbudowy drugiej linii metra w stolicy.

Jerzy Kwieciński przewiduje, że strumień unijnych pieniędzy, które napędzą polską gospodarkę, trafi do nas do końca 2018 roku. Będzie to okres kluczowy, jeśli chodzi o zatwierdzanie konkretnych projektów w ramach funduszy europejskich. Ministerstwo liczy też na dofinansowanie przez Unię w późniejszym okresie realizacji zatwierdzonych projektów. Obecnie podpisanych jest już 43 procent projektów możliwych do zrealizowania przy współfinansowaniu z unijnej kasy.

[related id=40444]- Plan na ten rok, to objąć umowami 50 procent wszystkich projektów. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby ten cel osiągnąć – powiedział wiceminister. Zwrócił uwagę, że łatwiej idzie podpisywanie programów krajowych (wczoraj właśnie zawarto tego typu umowy) niż podpisywanie umów przez samorządy, czyli sytuacja za rządów PiS-u odwróciła się, bo w minionej dekadzie to właśnie samorządy najlepiej wykorzystywały pieniądze unijne, a problemy były na szczeblu krajowym.

– Najgorsze wyniki są w województwie świętokrzyskim – stwierdził Kwieciński, pytany o to, jakie województwa mają problemy z zarządzaniem. Dodał, że aż dwukrotnie więcej pieniędzy pozyskały programy zarządzane przez państwo. Podkreślił, że rząd, realizując model zrównoważonego rozwoju całego kraju, dał możliwości samorządom, lecz szanse te de facto nie zostały do tej pory przez nie wykorzystane.

– Silny spadek inwestycji w roku ubiegłym był przede wszystkim spowodowany spadkiem inwestycji samorządowych. W ubiegłym roku to było 26 mld złotych, w tym roku to już 50 mld – powiedział Kwieciński.

MoRo

Polska krajem rozwiniętym (rynkiem kapitałowym) – cieszy się Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie i maklerzy

FTSE Russell ogłosiła, że Polska dołączy do ekskluzywnego grona państw rozwiniętych. Czy jest się z czego cieszyć? Tak, ale wiedzieć trzeba, że wskaźnik określa rynek finansowy, a nie całą gospodarkę.

Achy i ochy, szach-mat itd. to komentarze odnoszące się do informacji, że za rok Polska trafi na listę FTSE Russell jako 25. kraj wśród państw rozwiniętych. Tylko że to wszystko nie wygląda tak różowo, jak byśmy tego chcieli i – na co mało kto zwraca uwagę – dotyczy tylko jednego, bardzo ważnego sektora gospodarki w Polsce, a nie „cudu”, jakobyśmy w jedną noc stali się gospodarką rozwiniętą z rozwijającej się. Co więcej sceptyczna strona polskiej opinii publicznej, ewentualnie trolle na usługach, już rozpisują się w sieci no tym, jakoby minister Morawiecki „kupił” owe przekwalifikowanie Polski z kraju rozwijającego się na rozwinięty. A prawda po prostu- jak rzadko kiedy ostatnimi czasy – leży po środku.

Hub JP Morgan w Polsce 

Podniesienie kwalifikacji polskiego rynku kapitałowego już wcześniej wiele zapowiadało.  Zapewne na podstawie tych samych przesłanek zapadła między innymi decyzja JP Morgan, amerykańskiego banku, że właśnie nad Wisłą zbuduje swoje centrum, w którym zatrudni trzy tysiące polskich absolwentów.

Poza oczywistymi korzyściami dla JP Morgan jest i ta, że dostał on pokaźny grant od polskiego rządu w postaci zwolnień podatkowych. A przecież wiadomo było, że po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię JP Morgan będzie musiał zastąpić czymś lokalizację swojego hubu w Londynie, bo inaczej pozostałby bez tego typu narzędzi w UE (drugi hub finansowy w Europie mieści się w Genewie, a to Szwajcaria, która również nie jest w UE). Co prawda mógłby się pokusić o przekształcenie któregoś ze swoich biur w głównych centrach finansowych: Frankfurcie, Mediolanie, Zurychu, Paryżu i Madrycie, ale tam nie tylko nie dostałby zwolnień podatkowych, a jeszcze musiałby mocno konkurować o fachowców, których uposażenie byłoby kilkakrotnie wyższe niż w Polsce.

Warto przy tym odnotować, że hub finansowy JP Morgan w Warszawie to kolejna już firma, która postawiła na naszą stolicę, po firmie badawczej Nielsen, kancelarii Dentons, Credit Suisse, dostawcy usług IT Luxoft czy Goldman Sachsie, który uruchomił centrum technologii i operacji.

Kwalifikacja FTSE Russell to nie awans do G20 + 5

Dlatego to, co jest „zadziwiające” dla wielu, czyli przekwalifikowanie Polski z rynku rozwijającego się na rozwinięty nie jest w żaden sposób zaskakujące, jeśli wie się, co to faktycznie oznacza. A oznacza to jedynie, że w Polsce są instrumenty, aby na naszym rynku finansowym inwestować bezpiecznie. Dlatego znajdziemy się w gronie państw, w których co prawda jest Wielka Brytania, USA, czy Niemcy, ale również Izrael, Hong Kong czy Singapur.

Nie można też tej kwalifikacji w żaden sposób łączyć z grupą państw potocznie zwanych G-20, bo tam są również Indie czy Chiny, które aktualnie są sklasyfikowane przez FTSE Russell o klasę niżej niż Polska – rynek rozwijający się, a dwie klasy niżej niż USA czy Wielka Brytania. Poza klasyfikacją (a więc inwestycje w tym kraju są poniżej granicy ryzyka finansowego) jest również Arabia Saudyjska (obowiązuje tam prawo szariatu, dotyczy to także rynku finansowego), która bez wątpienia członkiem G-20 jest.

Dlatego kwalifikacja do grupy najbezpieczniejszych rynków finansowych na świecie gwarantuje wzrost inwestycji zagranicznych, ale nie bezpośrednich inwestycji zagranicznych, bo to kolosalna różnica. Bezpośrednie inwestycje to konkretne fabryki, ośrodki badawcze itd. Pośrednie to właśnie rynek finansowy.

Wzrost bezpieczeństwa i obrotów na GPW

Lokowanie olbrzymich sum na naszej giełdzie przez fundusze różnego typu przełoży się bez wątpienia na jeszcze wyższy poziom bezpieczeństwa na parkiecie i miejmy nadzieję, że uchroni to inwestorów od tak przykrych niespodzianek, jak, wśród wielu innych, sprawa Kerdosu, którego upadłość 4.09.2017 ogłosił Sąd Rejonowy w Warszawie. Przypomnijmy – dawna Hygienika, producent materiałów opatrunkowych, po sprzedaniu fabryk została  Kerdosem spółką, która posiadała sieć sklepów branży kosmetycznej Dayli, a jej szef Kamil Kliniewski ogłosił się swego czasu polskim „Rossmannem”, po czym „kupił” – czytaj: wyprowadził pieniądze – sieć drogerii w Luksemburgu – raj podatkowy w ramach UE (SIC!) i ojczyzna miłościwie nam panującego Jeana Jean’a Claud’a Juncker’a – i, jak to było do przewidzenia, splajtował. Komisja Nadzoru Finansowego potrzebowała aż trzech miesięcy od sprzedaży pakietu kontrolnego przez Kiniewskiego, aby zauważyć, że coś ze spółką notowaną na WIG-80 (co wskazuje na bezpieczeństwo lokowanych pieniędzy w odróżnieniu od rynku New Connect, gdzie jest dużo start-upów, które mogą splajtować) jest nie tak.

Dlatego KNF zapewne będzie miała ręce pełne roboty, żeby przygotować się do zmian, jakie nastąpią, bo na nasz rynek wejdą fundusze i holdingi z budżetami większymi niż Polski.

[related id=5913]Wracając do rewizji klasyfikacji FTSE Russell, warto zwrócić uwagę, że bierze on pod uwagę m.in. otoczenie regulacyjne, infrastrukturę i jakość rynku kapitałowego, kształt systemu depozytowo-rozliczeniowego czy rozwój rynku instrumentów pochodnych. A więc wskaźniki ważne dla rynku finansowego i dlatego też media cytują przede wszystkim wypowiedzi nowo wybranego prezesa GPW Marka Dietla, dla którego to więcej zapewne niż gwiazdka z nieba.

„To pierwszy przypadek zakwalifikowania do tego grona kraju z Europy Środkowo-Wschodniej” – czytamy w komunikacie GPW, której łączna wartość obrotu akcjami na rynku głównym w sierpniu br. wyniosła 18,5 mld zł, czyli wzrosła o 18,3 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, a po komunikacie FTSE Russel powinna jeszcze bardziej wzrosnąć.

 Dlatego kwalifikacji FTSE Russel nie przeceniałabym, bo nie będzie miała ona wpływu na życie przeciętnego Kowalskiego, chociaż wizerunkowo błyszczy niczym brylant na tablicy polskich osiągnięć gospodarczych, tak jak stały wzrost PKB, wskaźnik niskiego bezrobocia, nadwyżka budżetowa, koniunktura gospodarcza czy optymizm konsumentów.

Monika Rotulska

Klasyfikacja FTSE Russell wrzesień 2017

Śniadek o projekcie ustawy zakazującej handlu w niedzielę: Na następnym posiedzeniu koniec prac w podkomisji

Zakaz handlu w co drugą niedzielę. – Przestrogą jest dla nas to, co się stało na Węgrzech, które zrobiły to radykalnie, a potem całkowicie się z tego wycofały – wyjaśnia powody decyzji Janusz Śniadek.

Z byłym szefem NSZZ „Solidarność”, przewodniczącym podkomisji do spraw rozpatrzenia zakazu handlu w niedzielę Januszem Śniadkiem rozmawiał Łukasz Jankowski.

Janusz Śniadek potwierdził, że zgodnie z ustaleniami co druga niedziela będzie wyłączona z handlu.

– Ponieważ termin 1 stycznia 2018 roku zbliża się nieubłaganie, a procedury sejmowe troszkę trwają, chciałbym bardzo szybko zakończyć procedowanie na poziomie komisji – powiedział Śniadek, który uważa, że „terminy zrobiły się ciasne”.

– Wszystko, co jest, to są zaledwie projekty poprawek i dopiero gdy zostaną one złożone na posiedzeniu komisji, przyjmą status oficjalnego projektu. Janusz Śniadek dopiero w dniu wczorajszym na posiedzeniu komisji zapowiedział „pewne elementy zmian”. – Zaproponowałem, aby w drugą i czwartą niedzielę miesiąca handel został ograniczony.

Zaznaczył przy tym, że ustawa ma zostać w ten sposób skonstruowana, aby umożliwić otwieranie niewielkich sklepów. Wyjaśnił, że takie rozwiązanie jest kompromisem.

– Jeśli ktoś chce stosować arystotelesowską zasadę złotego środka, a następuje pewna polaryzacja środowisk, to ten, kto chce być w środku, zostaje sam – powiedział Śniadek, odnosząc się do faktu, że nowymi propozycjami nie są usatysfakcjonowani ani związkowcy, ani przedstawiciele sklepów wielkopowierzchniowych. Przyznał, że mimo iż jest gorącym zwolennikiem zamknięcia sklepów we wszystkie niedziele, to uważa, że można do tego dojść jedynie etapami.

– Przestrogą jest dla nas to, co się stało na Węgrzech, które zrobiły to radykalnie, a potem całkowicie się z tego wycofały – wyjaśniał.

– Jest intencja, aby na następnym posiedzeniu Sejmu zakończyć pracę w podkomisji – zadeklarował, przewidując, że 9 lub 10 października odbędzie się spotkanie z Komitetem Inicjatywy Ustawodawczej, podczas którego będzie miała miejsce dyskusja nt. poprawek zgłoszonych do projektu. Kolejne posiedzenie podkomisji ds. rynku pracy, na którym zostanie rozpatrzony projekt ustawy wraz z poprawkami, odbędzie się 11 października.

Przewodniczący podkomisji Janusz Śniadek wyraził przekonanie, że prace nad ustawą uda się zakończyć tak, aby jej przepisy weszły w życie 1 stycznia 2018 roku.

Obywatelski projekt wprowadzający ograniczenia w handlu w niedzielę trafił do Sejmu jesienią zeszłego roku. Projekt autorstwa Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej, w którego skład wchodzi m.in. NSZZ „Solidarność”, zakłada ograniczenie handlu w niedzielę w większości placówek handlowych, z pewnymi odstępstwami. Miałyby one dotyczyć m.in. niedziel przedświątecznych, a także takich punktów sprzedaży jak np. stacje benzynowe (z pewnymi obostrzeniami) czy sklepiki z pamiątkami.

W czwartek wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki ocenił, że zakaz handlu w co drugą niedzielę to „dobry kompromis”. „Optującym za tym, by wszystkie niedziele były wolne, zdarza się, że kupują coś w niedziele, a przedsiębiorcy, którzy chcą, by wszystkie niedziele były pracujące, chyba nie pracują we wszystkie niedziele” – mówił wicepremier. „Patrząc przez pryzmat osobistych doświadczeń, myślę, że szukanie kompromisu jest tutaj właściwe” – dodał.

W audycji również wywiad z Januszem Szewczakiem na temat projektu zakazującego handlu w niedzielę, a także o rozwiązaniach i zmianach w polityce podatkowej państwa, związanej z uszczelnianiem ściągalności podatku od towarów i usług. A także o nowym szefie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

MoRo

Zalety długoterminowego oszczędzania, czyli potęga procentu składanego / trzynasta audycja „Czy fortuna kołem się toczy”

Procent składany jest ósmym cudem świata. Ci, którzy go rozumieją, zarabiają na nim. Ci, którzy nie rozumieją, muszą go zapłacić – powiedział kiedyś Albert Einstein.

Gdy mówimy o oprocentowaniu, często mamy na myśli odsetki od kredytu, które stanowią dla nas koszt. Jednak w tej audycji interesuje nas sytuacja, w której procent składany pracuje na naszą korzyść. Taka sytuacja może mieć miejsce, gdy dotyczy pieniędzy, które zaoszczędziliśmy i zainwestowaliśmy. Procent składany pojawia się wtedy, gdy nie wypłacamy zysku, który zarobiliśmy na ulokowanych środkach, ale doliczamy go do kapitału i inwestujemy dalej.

Potęgę procentu składanego widać szczególnie wyraźnie, gdy przyjrzymy się jego efektom w dłuższym okresie. Wyobraźmy sobie, że 35-letni Jan Kowalski postanawia zainwestować zaoszczędzone pieniądze. Przyjmijmy, że każdego roku pieniądze dadzą mu zysk w wysokości 6 procent od zainwestowanego kapitału, a inwestycja zakończy się po 30 latach.

Jeżeli Kowalski zainwestuje 10.000 zł i corocznie będzie wypłacał zarobione odsetki w wysokości 600 zł, po 30 latach zarobi łącznie 18.000 zł. Jeżeli nie będzie wypłacał odsetek, ale zamiast tego doliczy je do kapitału, w tym samym czasie zarobi 47.435 zł odsetek, czyli blisko 30.000 zł więcej. Tak właśnie wygląda praktyczny wymiar zastosowania procentu składanego w inwestowaniu.

Sytuacja zrobi się szczególnie interesująca, gdy Jan Kowalski postanowi odkładać pieniądze na przyszłą emeryturę i każdego roku będzie inwestował kolejne 10.000 zł. Gdy zdecyduje się na kapitalizację odsetek – tak banki i fundusze inwestycyjne nazywają procent składany, przez 30 lat zarobi 538.017 zł. Jeżeli jednak każdego roku zyski będzie wypłacał, w tym samym okresie zarobi jedynie 279.000 zł, czyli blisko 260.000 zł mniej.

Warto podkreślić, że w obu przypadkach Kowalski zainwestował 300.000 zł (10.000 zł rocznie przez 30 lat). Natomiast w pierwszym przypadku na jego koncie inwestycyjnym znajdzie się 838.017 zł, a w drugim przypadku już tylko 318.000 zł. W drugim przypadku nie zadziałała moc procentu składanego, a coroczne odsetki były wypłacane.

Wiedza o procencie składanym jest szczególnie ważna dla młodych osób. Czym wcześniej zacznie się inwestować, tym bardziej można skorzystać z efektu kapitalizacji odsetek. Osiągniecie podobnych wyników w ciągu 20 lat wymagałoby corocznej inwestycji w wysokości 21.500 zł, czyli ponad dwa razy więcej niż w przedstawionym przykładzie.

Żeby maksymalnie wykorzystać dobrodziejstwa procentu składanego, trzeba inwestowanie rozpocząć wcześnie, a najlepiej zacząć od razu. Po drugie, należy inwestować regularnie. Oszczędzanie pieniędzy, żeby móc je następnie zainwestować, powinno stać się priorytetem. Po trzecie, ważna jest cierpliwość i nieuleganie pokusie, żeby pieniądze wypłacić. Na początku zyski mogą wydawać się niewielkie, ale należy pamiętać, że potęga procentu składanego pojawia się z czasem, a pod koniec cierpliwość się opłaci, bo wtedy zyski są największe.


Projekt „Pieniądz – historia i teraźniejszość. Zarządzanie finansami – zagrożenia i szanse” – realizowany z Narodowym Bankiem Polskim w ramach programu edukacji ekonomicznej.

Waluta, podatki i bankowość w zaborze pruskim / dwunasta audycja z cyklu „Czy fortuna kołem się toczy”

Polityka fiskalna i bankowa na ziemiach polskich zaboru pruskiego.Opresyjny w stosunku do Polaków system wymógł rozwój polskiej spółdzielczości kredytowej dzięki, której powstały m.in. Kasy Stefczyka.

Waluta

W rozdrobnionych politycznie Niemczech korzystano z wielu różnych walut. Gdy w 1619 roku powstał pierwszy w Rzeszy bank publiczny, podjęto próbę skutecznego zapanowania nad ówczesnym chaosem monetarnym, a w niemieckim systemie pieniężnym pojawiła się „marka”. Rachunki prowadzone w markach miały uchronić  klientów przed skutkami „psucia” pieniądza, którym ulegały pozostałe waluty.

W tym czasie w Prusach obowiązywał system monetarny oparty na talarze. Podczas wojen w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku waluta pruska ulegała deprecjacji, a Prusy eksperymentowały z pieniądzem papierowym. Pierwsza próba stabilizacji waluty miała miejsce w 1811 roku. Jednak stabilizację udało się przeprowadzić dopiero w 1826, bo wcześniejsza próba została zniweczona przez wojnę w 1812 roku.

W ten sposób powstał system bimetalistyczny oparty na „złotym fryderyku” i srebrnym talarze. „Złoty fryderyk” był odpowiednikiem 5 talarów. W obiegu były również banknoty, bez ograniczeń wymienialne na kruszec. Natomiast w 1871 roku to marka stała się podstawową jednostką monetarną Rzeszy. W 1873 roku ostatecznie oparto markę na standardzie złota. Kurs marki ustalono na 1/3 talara pruskiego.

W 1875 roku powstał bank centralny Rzeszy skupiając większość banków emisyjnych jednoczących się Niemiec. W banku centralnym Rzeszy nie pracowali Polacy, co uniemożliwiło Polakom mieszkającym w zaborze pruskim zdobywanie doświadczeń i wiedzy w dziedzinie bankowości i polityki walutowej. Podobna sytuacja miała miejsce w zaborze rosyjskim.

Podatki

W 1810 roku, tuż po rozpoczęciu procesu uwłaszczenia chłopów, Prusy wydały dekret o finansach, wprowadzający jednolity, niedzielący już ludzi według stanów, system podatkowy. Pruski system został oparty na podatku gruntowym, przemysłowym, konsumpcyjnym oraz podatku od zbytku i stemplowym. Później dodano osobisty podatek klasowy. Podatek przemysłowy został zmodyfikowany i przekształcony w podatek dochodowy. Wprowadzono jeszcze progresywny podatek majątkowy oraz podatek płacony przez sprzedających nieruchomości. Podatki bezpośrednie dostarczały wyraźnie ponad połowę dochodów i były relatywnie większym obciążeniem dla bogatszych obywateli. Znaczną część wpływów stanowiły dochody z lasów i majątków państwowych.

Samorząd dysponował ok. 30% dochodów podatkowych państwa. Gminy miały prawo wprowadzania dodatków do podatków państwowych, ale tylko do bezpośrednich. W 1893 roku powiększono dochody gmin o wpływy z podatków: gruntowego, domowego i przemysłowego. Ustawa objęła także gminy wiejskie. Sejmiki powiatowe i prowincjonalne również miały prawo uchwalania podatków.

Bankowość

Niemieckie prawo bankowe oparte było na systemie rejestracji, a nie koncesji. Było zatem najbardziej liberalne, a w efekcie polska bankowość zaboru pruskiego była zdecydowania najsłabsza. Po kryzysie 1873 roku, kiedy upadł polski bank, wokół bankowości polskiej powstała stymulowana przez władze atmosfera nieufności. Ratunkiem okazał się  rozwój polskiej spółdzielczości kredytowej. W poznaniu powstała centrala finansowa pod nazwą  Bank Związku Spółek Zarobkowych SA, a kredyt hipoteczny obsługiwało istniejące od 1821 roku Towarzystwo Kredytowe Wielkiego Księstwa Poznańskiego, zastąpione w 1857 roku przez (zdominowane przez Niemców i niechętne polskim interesom) Nowe Towarzystwo Kredytowe dla Prowincji Poznańskiej W zaborze pruskim działały też komunalne kasy oszczędności.

W połowie XIX wieku powstały dwa główne systemy spółdzielczości kredytowe. Pierwszy przeznaczony był raczej dla zamożniejszych: wymagał wysokich wkładów członkowskich, ale ograniczał odpowiedzialność do ich wysokości. W Polsce reprezentowany przez wielkopolskie spółki zarobkowe. Drugi, znany jako system Raiffeisena, przeznaczony był dla biedniejszych, ponieważ zakładał niskie wkłady, ale za to nieograniczoną odpowiedzialność. W Polsce reprezentowany przez małopolskie kasy Stefczyka.


Projekt „Pieniądz – historia i teraźniejszość. Zarządzanie finansami – zagrożenia i szanse” – realizowany z Narodowym Bankiem Polskim w ramach programu edukacji ekonomicznej.

O historii i przyszłości rafinerii w Gdańsku oraz o nowych technologiach i perspektywach przemysłu naftowego

W Poranku WNET rozmawialiśmy z inżynierami z Grupy LOTOS SA o przemyśle rafineryjnym i przyszłości gdańskiej rafinerii w związku z zapowiadanym wyczerpaniem zasobów ropy i zmianami technologicznymi,

[related id=39538]Gośćmi Poranka WNET byli dwaj inżynierowie pracujący dla Grupy LOTOS SA, Tomasz Bytner, szef Biura Inżynieryjnego Produkcji, oraz Jan Biedroń, szef Bura Innowacji.

Tomasz Bytner kieruje zespołem inżynierów technologów Grupy LOTOS. Ich zadaniem jest dbanie o to, żeby praca rafinerii przebiegała optymalnie i bezpiecznie, a produkty były wymaganej jakości. Pan Bytner wyjaśnił Aleksandrowi Wierzejskiemu, na czym polega przerób ropy naftowej w gdańskiej rafinerii.

Ropa naftowa to mieszanina węglowodorów. Wszystkie produkty naftowe są w ropie – ich produkcja polega na rozdziale ropy, jej destylacji. W czasie procesu destylacji ropa rozdzielana jest na kilka frakcji.

Produkty pochodzące z ropy są wynikiem oczyszczenia frakcji pochodzących z destylacji lub też dodania określonych dodatków. Gaz LPG jest przedestylowany z ropy. Olej napędowy, potocznie nazywany ropą naftową, jest też wynikiem destylacji, a oprócz tego odsiarczenia.

Rafineria w Gdańsku działa od 1975 roku. Obok stoczni była najistotniejszym miejscem pracy w regionie, zwłaszcza dla inżynierów. Przemysł chemiczny skoncentrowany jest raczej na południu Polski, więc Lotos jest unikatowym miejscem pracy dla inżynierów chemików.

Gość Poranka opowiedział też o różnicach między rafinerią gdańską a płocką. Rafineria gdańska jest 10 lat młodsza i została zaprojektowana i wybudowana przy użyciu zachodnich technologii. Razem z nimi przyszła zachodnia kultura inżynieryjna, którą, jak twierdzi Tomasz Bytner, czuje się też i dzisiaj. Natomiast rafineria w Płocku powstała przy wykorzystaniu technologii radzieckich. Płock ma, w odróżnieniu od Gdańska, część petrochemiczną – w Lotosie nie produkuje się tworzyw sztucznych. To pozytywnie wyróżnia rafinerię płocką. Tym, co z kolei jest korzyścią rafinerii gdańskiej, jest bardzo dobre zbilansowanie możliwości produkcyjnych – optymalnie wykorzystywane są zdolności przerobowe instalacji.

Obecnie w Lotosie trwają prace nad projektem Efra. Jego celem jest wybudowanie instalacji opóźnionego koksowania. Ma ona rozwiązać problem tzw. ciężkiej pozostałości. Instalacja ta ma dać dodatkową pulę paliw – olejów i benzyn.

Jan Biedroń opowiedział o tym, jak Lotos widzi swoją przyszłość w kontekście wieszczonego wyczerpania się na świecie złóż ropy naftowej i nadchodzących zmian technologicznych, takich jak zastosowanie napędów elektrycznych w motoryzacji.

Ocenia się, że zasoby ropy naftowej wystarczą na pewno na 25-50 lat. Pojawiają się nowe złoża. Cena ropy w ciągu ostatnich kilku lat spadła. Ropa nie powinna przestać się liczyć w przemyśle, gdyż jest niezbędnym źródłem produkcji petrochemikaliów, czyli tego, co nazywa się „chemią” lub „plastikami”. Trudno sobie dzisiaj bez nich wyobrazić życie.

Lotos ma własne laboratorium badawcze wyposażone w nowoczesny sprzęt. Główny cel to optymalizacja marży, czyli starania o produkcję jak największej ilości składników paliwowych.

[related id=39481]Na rynku motoryzacyjnym zachodzą duże zmiany. Wszyscy liczący się producenci prezentują i wprowadzają nowe modele samochodów z napędem elektrycznym. Lotos stara się dołączyć do badań w tym zakresie, zwłaszcza w związku z tym, że jest producentem wodoru. Rozwija dziedzinę ogniw paliwowych. Dla nich podstawowym surowcem jest właśnie wodór, który w reakcji z tlenem wytwarza energię elektryczną. Zastosowanie ogniw paliwowych może zmniejszyć liczbę akumulatorów potrzebnych w samochodzie.

Zapraszamy do wysłuchania obu rozmów. Rozmowa z Tomaszem Bytnerem w części drugiej, a z Janem Biedroniem w części trzeciej Poranka WNET.

JS