Prokurator powinien przejrzeć poniesione koszty owej tajemniczej podwodnej inwestycji, zbadać, kto ową katastrofę zaprojektował i dlaczego nie zadziałał odpowiedni nadzór budowlany.
Tomasz Hutyra
Klif Orłowski. Któż z nas, gdynian, nie zna tego miejsca? Molo, plaża, teatr letni. Spacery latem i zimą. Zawsze tłumy w noc sylwestrową. Latem tysiące turystów. Szkoła plastyczna, dworek Żeromskiego, urocze otoczenie z jedynym w swoim rodzaju krajobrazem, zawsze falujące morze i piski latających mew, a czasami i przypływający rybacy.
Przeciętny turysta czy mieszkaniec Gdyni widzi w tym miejscu zawsze tylko to, co piękne. Pod wodą nie widzi nic, przynajmniej do czasu, gdy nie zanurkuje. A tam, na dnie, na wysokości Klifu Orłowskiego znajduje się hydrotechniczna konstrukcja, zwana podwodnymi progami spowalniającymi, wybudowana w Gdyni Orłowie między styczniem a czerwcem 2006 roku, w odległości 140–200 metrów od linii brzegowej, na głębokości około trzech metrów. (…)
Jak wiemy, do cofania się linii brzegowej przyczyniają się naturalne siły przyrody, takie jak falowanie morza, wiatry, prądy morskie czy wreszcie spiętrzenia sztormowe. Sama działalność człowieka może skutecznie neutralizować warunki falowo-prądowe poprzez budowanie różnorodnych konstrukcji hydrotechnicznych, modelując w ten sposób kształt linii brzegowej. Do takich konstrukcji możemy zaliczyć: opaski brzegowe, ostrogi, falochrony brzegowe, progi podwodne czy sztuczne rafy. Brzeg morski można chronić przez sztuczne zasilanie. Nic lepiej nie chroni brzegu morskiego, jak duża, szeroka plaża; to na niej najlepiej wygasza się fala morska. (…)
Na początku października 2016 roku doświadczyliśmy pełnokrwistego północno-wschodniego sztormu, a szalejące fale uderzyły pełnią swojej mocy w wybrzeże. Plaża na południe od orłowskiego molo przestała istnieć, a plaża od strony północnej została niemalże zabrana i zalana całkowicie. Morski żywioł, siejąc zniszczenie, doprowadził do cofki na malutkiej rzeczce Kaczej; gdyby nie interwencja strażaków, to Tawerna Orłowska runęłaby do wody. Ogromne publiczne środki utopiono. Winnych, jak zwykle, brak. (…)
Dwa tygodnie temu doszło do kolejnego osuwiska w rejonie Klifu. Na szczęście nikt nie zginął. (…) Jakie gwarancje może dać dyrekcja Urzędu Morskiego oraz pracownicy tej instytucji na sprawne wybudowanie kanału żeglugowego przez Mierzeję Wiślaną, jeżeli w tak prostej sprawie sobie nie poradzili?
Cały artykuł Tomasza Hutyry pt. „Czyżby utopiono miliony?” znajduje się na s. 17 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Hutyry pt. „Czyżby utopiono miliony?” na s. 17 marcowego „Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
Należy dać szansę polskim wynalazcom! My takie rozwiązania posiadamy, informujemy o nich od kilku lat, m.in. urzędników ministerstwa ochrony środowiska, ministerstwa energii, posłów i senatorów.
Marek Adamczyk
Według raportu na 2016 rok, przygotowanego przez Światową Organizację Zdrowia, spośród 50 miast w UE najbardziej zanieczyszczonych emisją pyłów PM2,5 aż 33 znajdują się w Polsce. (…) Raport potwierdza, że za emisję zarówno pyłów PM10, jak i PM 2,5 odpowiadają procesy spalania zachodzące poza przemysłem, które w 2014 r. wynosiły w przypadku PM10 aż 48,5 proc. (w przypadku PM2,5 aż 49,7 proc.) udziału w krajowej emisji pyłów.
W ostatnich latach wydawano ogromne pieniądze na podwyższenie sprawności wychwytu emisji zanieczyszczeń w energetyce zawodowej i przemysłowej (co przyniosło stosunkowo niewielki ubytek emisji), zamiast skierować znaczną część tych pieniędzy na ograniczenia emisji w rzeczonym, zapomnianym sektorze.
Nic więc dziwnego, że sprawą zbyt małego ograniczenia emisji zanieczyszczeń zajęła się Komisja Europejska, która w 2015 roku skierowała sprawę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
KE twierdzi, że dzienna dopuszczalna zawartość pyłu PM10 w powietrzu była stale przekraczana w większości monitorowanych obszarów w Polsce – w 35 na 46. Obecne normy dla PM10 obowiązują od 2005 r. Wyrok w tej sprawie miał zapaść 22 lutego 2018 r. Dla Polski może mieć kolosalne znaczenie, bo zmusi rząd do racjonalnego działania. Oby Polska nie była po raz kolejny, w myśl przysłowia, mądra po szkodzie. (…)
Czy jest jakiś sposób, aby drastycznie ograniczyć te szkodliwe emisje? Odpowiem TAK – na ostatnie pytanie: znamy metody ograniczenia szkodliwych emisji zanieczyszczeń do atmosfery i wdrażamy je na dalekiej (od Warszawy) prowincji, bez wsparcia instytucji centralnych.
Jak to robimy? W prosty sposób:
– po pierwsze: edukując ekologicznie samorządy miast i gmin, szczególnie te znajdujące się na liście najbardziej zanieczyszczonych smogiem w Unii Europejskiej.
– po drugie: przedstawiając im najprostsze i najtańsze rozwiązania.
Nie jest to łatwe, bo walczymy ze stereotypami i głęboko zakorzenionymi nawykami. To trzymanie się ściśle utartych schematów myślenia uniemożliwia walkę ze smogiem. Już sama zmiana techniki spalania w piecach pozaklasowych, tzw. „kopciuchach”, z techniki „rozpalania od dołu” (powszechnie stosowane) na technikę „rozpalania od góry” może ograniczyć szkodliwą emisję pyłów PM10 i PM2,5 oraz benzo(a)pirenu od 50 do 80% i zaoszczędzić do 30% paliwa.
Źródła podają, że w Polsce z ogólnej liczby pieców – tych pozaklasowych jest około 80%. W skali kraju emisja pyłów mogłaby natychmiast obniżyć się o ponad 100 tys. ton, a wtedy polskie miasta zniknęłyby z czarnej listy UE, a przede wszystkim Polacy mogliby oddychać cały rok pełną piersią.
Cały artykuł Marka Adamczyka pt. „Jak pokonać smok(g)a?” znajduje się na s. 1 i 2 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Marka Adamczyka pt. „Jak pokonać smok(g)a?” na s. 1 marcowego „Śląskiego Kuriera WNET” nr 45/2018, wnet.webbook.pl
Gazprom stosuje wobec Ukrainy „mongolskie” zasady biznesowe, to odbije się na wiarygodności rosyjskiego koncernu na zachodzie Europy – mówił w Poranki Wnet redaktor naczelny portalu BiznesAlert.
Od 2 marca trwa kryzys energetyczny na Ukaranie to tym jak Naftohaz, ukraińska państwowa firma wygrała przed sądem arbitrażowym w Sztokholmie spor z rosyjskim Gazpromem o tranzyt gazu. Naftohazowi przyznane zostało odszkodowanie w wysokości 4,63 miliarda dol. za to, że Gazprom nie dostarczył uzgodnionej ilości gazu do tranzytu. Napisano w oświadczeniu przesłanym przez rzeczniczkę ukraińskiej firmy.
Po ogłoszeniu wyroku doszło do ograniczenia dostaw błękitnego paliwa ze strony Rosji. Zamiast przewidzianego kontraktem ciśnienia gazu na poziomie 60-65 atmosfer, około południa notowano 50 atmosfer. Ukrtransgaz w trybie pilnym poinformował Komisję Europejską o nieodpowiedzialnym zachowaniu Gazpromu w ostatnich dniach. Zdaniem ukraińskiej spółki zachowanie Rosjan wprowadziło poważne ryzyko dla zapewnienia stabilnego i bezpiecznego przesyłu gazu do odbiorców krajowych i europejskich.
Kulisy kryzysu energetycznego komentował w Poranku Wnet Wojciech Jakubik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert: Polska tłoczy gaz na Ukrainę już prawie od dwóch lat. Od 1 marca, mimo wyroku sądu, Gazprom nie chce tłoczyć gazu nad Dniepr, dlatego zwiększyły się dostawy z krajów UE, w tym z Polski. Skorzystało na tym PGNiG, sprzedając ok 600 mln m3 gazu, które zostaną dostarczone w marcu. Całe zamówienie zostanie realizowane w ramach aktualnie obowiązującego kontraktu.
Gość Poranka Wnet wskazał, że działania rosyjskiego koncernu wobec Naftohazu, może mieć realne konsekwencje dla polskich spółek: Fakt, że Gazprom nie chce się podporządkować legalnemu wyrokowi sądu, bardzo źle świadczy o tym dostawcy. Warto pamiętać, że polskie PGNiG, również ma spór arbitrażowy w sądzie z Gazpromem. Pozostaje pytanie, jeżeli wyrok będzie dla Rosjan nieprzychylny, to czy rosyjski koncern również nie uzna wyroku? To wszystko składa się na negatywny sygnał o działaniach Gazpromu, dla całej Europy Zachodniej.
Według Kommiersanta, zachowanie Rosjan, ma być elementem negocjowania warunków kompromisu z Ukrainą. Wojciech Jakubik wskazywał, że dla cywilizacji zachodniej, jest to zachowanie trudne do zrozumienia. Chociaż działania Gazpromu mogą mieć również podłoże polityczne. Kreml podkopując wiarygodności Ukrainy, będzie wskazywał na budowę gazociągu Nord Stream IIm jako bezpiecznej drogi dostaw.
Redaktor naczelny portalu BiznesAlert podkreślił, że cała awantura z Kijowem, może odbić się na wizerunku Gazpromu jako przewidywalnego partnera dostarczającego tanie i ekologiczne paliwo, został w Zachodniej Europie podważonych. „Mongolska” szkoła prowadzenia działalności może doprowadzić do osłabienia pozycji biznesowej rosyjskiego koncernu.
To może być hybrydowa wojna gazowa, czyli Gazprom kluczy, cały czas stara się utrzymać swoje działania w ramach prawnych, a jednoczenie cały czas obniżać bezpieczeństwo energetyczne Ukrainy, z użyciem Gazpromu, co może się odbyć na kondycji tej spółki – mówił gość Poranka Wnet.
Zdaniem Wojciecha Jakubika cała wojna energetyczna między Moskwą a Kijowem, to szansa dla naszych firm: Polska może sprzedać gaz Ukrainie z obopólną korzyścią. Możemy również wejść kapitałowo na ukraiński rynek, co rozważa m.in. PGNiG. To możemy być nasze „Soft Power”, realizowane poprzez inwestycje przedsiębiorstw, czy finansowanie stypendiów.
Coś dziwnego działo się z lakierem na autach parkujących koło elektrociepłowni i z okoliczną roślinnością. Później związkowcy zaczęli zadawać pytania o rosyjski węgiel, którego używano do opalania.
Wojciech Pokora
W 2012 roku została ujawniona notatka ABW, że Rosjanie chcą przejąć Zakłady Azotowe w Tarnowie-Mościcach, „by torpedować zastępowanie przy produkcji nawozów sztucznych importowanego gazu rosyjskiego rodzimym gazem łupkowym” (pisał o tym m.in. Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha).
Wcześniej w tym samym roku Ministerstwo Skarbu Państwa wystawiło na sprzedaż spółki Wielkiej Syntezy Chemicznej, a rosyjski Acron ogłosił wezwanie na całą polską chemię. W celu „obrony” przed tą sprzedażą, Ministerstwo Skarbu Państwa rozpoczęło tzw. konsolidację. W efekcie Zakłady Azotowe Puławy SA w rzeczonym roku trafiły w ręce „Tarnowa”, który stał się celem próby „wrogiego przejęcia” przez Acron, jak nazwał wezwanie na tę spółkę minister skarbu.
Oto cytat z materiałów promujących we wrześniu 2012 roku „Projekt Elektrownia Puławy”: „Gaz rozwiązaniem przyszłości. Uzależnienie produkcji energii i ciepła w Zakładach Azotowych Puławy SA od węgla (wysokość emisyjności CO2, NOx i SO2) oraz konieczność ponoszenia coraz wyższych kosztów z tytułu składowania i utylizacji żużla i popiołów) wedle obowiązujących i planowanych przepisów obniżą konkurencyjność Spółki i mogą znacznie ograniczyć jej rozwój w przyszłości. Według szacunków Spółki, w związku z wysokim planowanym stopniem wykorzystania zdolności produkcyjnych, w okresie 2013–2020 roku wystąpi potrzeba zakupu rocznie ponad 1 mln uprawnień do emisji. Deficyt uprawnień znacznie się zmniejszy po zrealizowaniu w bezpośrednim sąsiedztwie Spółki Elektrowni Puławy opalanej gazem ziemnym”. (…)
W maju 2015 roku rada nadzorcza spółki zatwierdziła nowy projekt energetyczny. Zmieniono parametry bloku gazowo-parowego na blok o mocy 400 MWe. Elektrownia miała być zasilana gazem ziemnym i kosztować 1 mld 125 mln zł. Jej oddanie do użytku zaplanowano na rok 2019. W komunikatach zapewniano, że wybudowanie nowej elektrowni ma zapewnić zakładom pełną samowystarczalność w zakresie ciepła i elektryczności, a nadwyżki energii będą sprzedawane na rynku. Ciepło miało także zasilić sieć miejską.
Nikt, poza związkowcami z „Puław”, nie podnosił znów kwestii tego, że technicznie elektrownia nie zapewni ciepła w ilości wystarczającej na pokrycie zapotrzebowania fabryki, nie wspominając o pięćdziesięciotysięcznym mieście. Żeby tak było, musi powstać elektrociepłownia, a nie elektrownia, a jeśli elektrociepłownia, to co z istniejącą, która dopiero co została zmodernizowana, postawiono nowy komin (przypadkowo o imieniu Paweł, jak ówczesny prezes ZAP Paweł Jarczewski) i zbudowano przy niej instalację odsiarczania spalin? (…)
Uroczyście otwarto nową instalację i… rozpoczął się jej rozruch. Mieszkańcy Puław jeszcze ponad rok nie zobaczyli dymu wydobywającego się z komina Paweł, a pracownicy Zakładów Azotowych Puławy przyglądali się zabiegom w celu obniżenia zawartości siarki w spalinach.
Najpierw jednak zauważyli, że coś niepokojącego dzieje się z lakierem na autach zaparkowanych w pobliżu elektrociepłowni i z okoliczną roślinnością. Później związkowcy zaczęli zadawać pytania o rosyjski węgiel, którego używano do opalania ze względu na mniejszą zawartość siarki, a później pytania zaczęła zadawać Państwowa Inspekcja Pracy, Straż Pożarna i wojewódzkie służby ochrony środowiska. (…)
Projekt budowy elektrowni w proponowanym kształcie budził wiele kontrowersji. (…) W kontekście wyboru na prezesa spółki Zygmunta Kwiatkowskiego zaczęto mówić o budowie elektrowni na rosyjski gaz. (…)
W 2005 roku, za prezesury Kwiatkowskiego, Zakłady Azotowe Puławy rozpoczęły eksperyment z obniżeniem kosztów produkcji i zaoszczędzeniu na zakupie gazu od PGNiG. Podpisały wówczas umowę z moskiewską spółką Technochimserwis na dostawę 3 tys. ton ciekłego amoniaku, którym postanowiono zastąpić gaz. (…) Przedsięwzięcie chyba się nie udało, bo bazy nie ma do dzisiaj, ale „Puławy” wykupiły 25% udziałów w moskiewskiej spółce i wspólnie z nią „walczyły z monopolem PGNiG”. (…)
– W budowie elektrowni gazowej nie ma żadnego interesu dla Puław i Lubelszczyzny. Zakłady Azotowe, podobnie jak Bogdanka, to perły w koronie naszej gospodarki i boimy się, żeby ich nie utracić – powiedziała w listopadzie 2015 roku na konferencji prasowej zorganizowanej przy bramie Zakładów Azotowych „Puławy” SA posłanka Elżbieta Kruk. Posłance wtórował przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Ruchu Ciągłego ZA Puławy SA Sławomir Wręga. Przekonywał, że budowa elektrociepłowni gazowej to utrata miejsc pracy. – Jej powstanie to 40 miejsc pracy zamiast 400. Pracownicy maszynowni, kotłowni, nawęglania i odsiarczania zostaną zwolnieni, bo nie będą już potrzebni. To także utrata miejsc pracy na kolei i w Bogdance, bo tego węgla nie będzie trzeba wydobywać. Społeczność pracownicza robi wszystko, co możliwe, żeby tę decyzję zmienić. (…)
W styczniu 2017 roku prezesem Grupy Azoty „Puławy” został Jacek Janiszek, a już w marcu unieważniony został przetarg na wybór generalnego wykonawcy elektrowni na gaz. Postawiono na węgiel. (…)
Biorąc pod uwagę, że Zakłady Azotowe „Puławy” zaopatrywane są w węgiel przez oddaloną o 80 km kopalnię Bogdanka (od początku kadencji prezesa Janiszka nie kupiono już ani jednej tony rosyjskiego węgla, co nie jest oczywiste, bo wystarczy spojrzeć na zakupy w innych spółkach Grupy Azoty), pieniądze i miejsca pracy zostaną na Lubelszczyźnie, która znajduje się na liście 19 najbiedniejszych regionów Unii Europejskiej.
Cały artykuł Wojciecha Pokory pt. „Polski węgiel zamiast rosyjskiego gazu” znajduje się na s. 8 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Wojciecha Pokory pt. „Polski węgiel zamiast rosyjskiego gazu” na s. 8 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Od pierwszego marca wchodzi w życie ustawa o wolnych niedzielach w handlu. Pierwsza niedziela, w którą sklepy zostaną zamknięte, przypada 11 marca. Rząd zapowiada wzmożone kontrole Inspekcji pracy.
Ustawa o wolnych niedzielach staje się faktem. W tym roku tylko w pierwszą i ostatnią niedzielę każdego miesiąca będzie możliwe prowadzenie handlu, a w pozostałe będą wolne od handlu. Od przyszłego roku już tylko ostania niedziela miesiąca będzie handlowa. Pełny zakaz handlu w niedzielę wejdzie od 2020 roku, z wyjątkami zapisanymi w ustawie, jak ostatnią niedzielę stycznia, kwietnia, czerwca i sierpnia oraz dwie niedzielę przed świętami bożego narodzenia, oraz jedna przed świętami Wielkiejnocy. Ustawa zakłada również ograniczenie handlu w wigilię Bożego Narodzenia oraz w Wielką Sobotę do godziny 14.
Zależało nam, aby ta ustawa wchodziła w życie w porozumieniu między stronami, której to najbardziej dotyka, czyli stroną związkową i pracodawców, nie zapominać o interesach klientów. Myślę, że etapowy system wprowadzania przepisów, jest dobrym kompromisem – zaznaczył Stanisław Szwed wiceminister Rodziny Pracy i Polityki Społecznej.
Zdaniem ministra Szweda pewne kontrowersyjne wyjątki były nie do uniknięcia: Wyjątków od ustawy jest faktycznie dosyć dużo, ale one wynikają z tego, że chcieliśmy umożliwić zakupy drobnych rzeczy, których nie udało się kupić w tygodniu, ale też rzeczy niezbędnych, jak na stacjach benzynowych czy aptekach. Te wyjątki wynikają z takiego właśnie założenia.
Zależy nam, aby duch ustawy był zachowanych, czyli ogólny zakaz handlu w niedzielę we wszystkich placówkach z pewnymi wyjątkami oraz w sytuacji, kiedy sam właściciel prowadzi handel – podkreślił Stanisław Szwed.
Rząd zapowiada, że po wprowadzaniu nowej regulacji będą prowadzone kontrole prowadzone przez Państwową Inspekcję Pracy, której urzędnicy będą mogli nakładać kary finansowe od 1 do 5 tysięcy złotych. Możliwe będzie również skierowanie sprawy do sądu, który będzie mógł zasądzić do 100 tysięcy grzywny lub nawet karę więzienia: Doszliśmy do porozumienia z Państwowa Inspekcją Pracy, żeby na wszelkie wątpliwości w kwestii tej ustawy odpowiadać wspólnie. Najważniejsza jest informacja, że interpretacja przepisów z państwową inspekcją będzie wspólna. Nie będzie dwugłosu.
Już w pierwszą niedzielę wolną od handlu rozpoczął się kontrolę Państwowej Inspekcji Pracy, ale zakładamy, że jeżeli w małym sklepie dojdzie do naruszenia ustawy, to pierwsza kontrola powinna zakończyć się upomnieniem. To nie dotyczy dużych sieci handlowych i hipermarketów, gdzie sprawa będzie oczywista – zaznaczył wiceminister Rodziny Pracy i Polityki Społecznej.
W mediach od początku pracy nad ustawą pojawiają się informacje o możliwości obchodzenia ustawy, poprzez zmianę klasyfikacji sklepów na stacje benzynowe lub korzystania z usytuowania na dworcach kolejowych. Pojawiły się również informacje o planach wielkich sieci handlowych prowadzania handlu do późna w nocy w sobotę i otwierania sklepów tuż po północny w poniedziałek. Do informacji prasowych odniósł się wiceminister Szwed: Mam nadzieję, że nie będzie dochodziło do prób obchodzenia zapisów tej ustawy, ale żeby dochodziło do zawarcia porozumienia między stroną społeczną a pracodawcami.
Również poseł Janusz Śniadek, który kierował pracami sejmowymi nad ustawą, zapowiedział, że większość rządowa jest gotowa do twardej walki z próbami obejścia ustawy: Zapowiadamy wszystkim, że jeżeli stwierdzimy przypadki obchodzenia zakazu handlu, to bardzo szybko tę ustawę znowelizujemy. Więc jeżeli ktoś planuje jakieś duże inwestycje, służące omijaniu przepisów, będą niewelowe.
Jednym z częstszych pomysłów na ominięcie zakazu handlu w niedzielę jest rozbudowywanie stacji benzynowych, które będą prowadzić handel spożywczy w niedziele. Wobec takiej praktyki, wiceminister rodziny Stanisław Szwed założył, że możliwy jest powrót do propozycji społecznych o prowadzeniu zapisy do dopuszczalnej powierzchni stacji benzynowej, które będą mogły pracować w niedzielę.
Janusz Śniadek zaznaczył, że wyjątki, które mogą się stać furtką dla nieuczciwych przedsiębiorców, są elementem porozumienia strony związkowej, pracodawców oraz potrzeb konsumentów: To jest naprawdę dobry kompromis. Ta ustawa ma służyć ludziom, a nie być przeciw komukolwiek, skąd właśnie się bierze tak duże liczba wyjątków od zakazu handlu. Niepodobnością jest, aby nie można było kupić w czasie podróży paliwa w niedzielę, czy czegoś zjeść na dworcu – zaznaczył Janusz Śniadek.
Na całym naszym środkowym Wybrzeżu brakuje portu przynajmniej z jednym nabrzeżem głębokowodnym, chociażby dla rozładowania się amerykańskiej armii. Gdzież podziewa się nasze planowanie strategiczne?
Tomasz Hutyra
Jan Lechoń mógł pisać swoje pozytywne wiersze o Polsce prawie sto lat temu bez przeszkód. Widzieć ją prosto – jako swoją ojczyznę. Tymczasem politykom przełomu Okrągłego Stołu nasz kraj przedstawia się już zgoła inaczej…
Wszyscy pamiętamy słowa Donalda Tuska, że polskość to nienormalność! A któż z Szanownych Czytelników może wiedzieć, że na przykład taki zasłużony działacz Solidarności, jak obecny szef Stowarzyszenia Godność, będąc radnym miasta Gdańska śmiał twierdzić, że Niemcy budują lepsze statki, a zatem po co nam ta cała Stocznia Gdańska? A inni działacze związkowi? Gdzie byli, gdy rozkładano Polskie Linie Oceaniczne, likwidowano zakłady kooperujące, szeroko orano przemysł średni i ciężki?! (…)
Jeżeli nie poznamy mechanizmów wrogiego przejęcia tych zakładów, nie poznamy zewnętrznych działań na arenie międzynarodowej osób lobbujących za likwidacją naszego przemysłu, to nigdy niczego wielkiego nie zbudujemy. Damy radę z drogami, ze stadionami, damy radę nawet z mostami. Bo posiadamy bardzo mądrych inżynierów, zawsze ich mieliśmy – ale nie mamy niestety wizjonerów, na przykład takich, jakim był Eugeniusz Kwiatkowski. (…)
Chcemy budować morski port centralny. I dobrze! Tylko kim chcemy go zbudować, skoro około 15 lat temu zamknęliśmy na gdańskiej politechnice katedrę budownictwa morskiego? Tak po prostu wyzbyliśmy się kształcenia w tej dziedzinie. Niedobór kadr może być poważną przeszkodą.
Na całym naszym środkowym Wybrzeżu brakuje portu przynajmniej z jednym nabrzeżem głębokowodnym, chociażby dla rozładowania się amerykańskiej armii. Gdzież podziewa się nasze planowanie strategiczne w tym przypadku? (…)
Gospodarka morska musi być kluczem do wszystkich naszych strategicznych układanek. Rok temu wystarczyło, aby jeden ze światowych armatorów zbankrutował i już w eksporcie nie można było znaleźć pustych kontenerów, a jak tylko się pojawiły, stawki poszły o 300% w górę.
Eugeniusz Kwiatkowski doskonale rozumiał geogospodarcze położenie Polski. Wiedział, że Niemcy będą w Gdańsku blokować nam inicjatywę i utrudniać działania na każdym polu, dlatego zdecydował się na budowę portu w Gdyni. Zaplanowano również miejsce dla stoczni. Gdy popadła ona w kłopoty, ówczesny zarządca komisaryczny Gdyni Franciszek Sokół zorganizował pieniądze na ratowanie zakładu. Wiedział, że bez tego przemysłu Polsce będzie bardzo trudno się rozwijać.
Obecny prezydent tego miasta nie wykazał w tej materii refleksu. Największym pracodawcą w Gdyni dzisiaj jest Urząd Miejski! Kto by się tam chciał jakimiś stoczniami przejmować! Teren odda się deweloperom i po kłopocie.
Cały artykuł Tomasza Hutyry pt. „Gospodarki morskiej przypadki” znajduje się na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Tomasza Hutyry pt. „Gospodarki morskiej przypadki” na s. 18 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Waluty kryptograficzne, np. bitcoin, to waluty wyłącznie elektroniczne, które nie potrzebują instytucji centralnej, takiej jak bank, do rejestracji i księgowania poszczególnych transakcji.
Lech Rustecki
Pierwszy człon słowa „kryptowaluta” mógłby wskazywać na ukryte cechy lub niejawny charakter tej waluty. Jednak w tym przypadku nazwa powstała z połączenia słowa „waluta” z kryptografią, czyli sztuką przekształcania tekstu zrozumiałego dla wszystkich w tekst zaszyfrowany.
Waluty kryptograficzne to waluty wyłącznie elektroniczne, które nie potrzebują instytucji centralnej, takiej jak bank, do rejestracji i księgowania poszczególnych transakcji. Najpopularniejszą kryptowalutą jest bitcoin, wprowadzony w 2009 roku w oparciu o pracę naukową podpisaną przez Satoshi’ego Nakamoto, enigmatyczną postać lub grupę osób.
Posiadacze bitmonet korzystają z elektronicznych portfeli, których mogą tworzyć nieograniczoną ilość. Ta cecha kryptowaluty oraz fakt, że w rejestrze transakcji zapisywany jest unikalny numer portfela bez danych osobowych jego posiadacza, powoduje, że bitcoin jest często opisywany jako pieniądz umożliwiający jego użytkownikom zachowanie całkowitej anonimowości. (…)
Emisja kryptowaluty nie jest kontrolowana przez żadną osobę lub instytucję, ale zależy od oprogramowania zarządzającego rozproszoną siecią, które przekazuje nowe monety jako nagrody właścicielom komputerów, które uczestniczą w obliczeniach kryptograficznych potrzebnych dla właściwego funkcjonowania systemu. (…)
Waluty kryptograficzne są jedynie imitacją pieniądza, który nie jest emitowany ani gwarantowany przez żaden bank centralny. (…) ryzyka związane z inwestycją w kryptowaluty: brak gwarancji, możliwość straty środków w wyniku kradzieży oraz brak powszechnej akceptowalności bitmonet.
W aktualnej sytuacji rynkowej, gdy trwa hossa na rynkach kryptowalut, a ich kursy osiągają astronomiczne wartości, trzeba szczególną uwagę zwrócić na ryzyko związane z dużą zmiennością ceny oraz różnego rodzaju propozycjami inwestycyjnymi, które mogą się okazać oszustwem i kolejną wersją piramidy finansowej.
W końcu najbardziej atrakcyjną cechą kryptowaluty powinna być możliwość zapłaty za towar na drugim krańcu kuli ziemskiej bez konieczności uiszczania znacznych kosztów opłat transakcyjnych, a nie to, że jej kursy rosną i podobno można na niej dużo zarobić. (…)
Bitcoin cieszył się największym zainteresowaniem 22 grudnia 2017 roku. Wskazują na to trendy wyszukiwania publikowane przez firmę Google. Tego dnia jednak świat obiegła informacja o największym załamaniu kursu tej kryptowaluty. Cena bitcoina w stosunku do dolara spadła nagle o ponad 3 tys. dolarów, zaraz po tym, gdy chwilę wcześniej osiągnęła swoją rekordową wartość – ok. 20 tys. dolarów za jednostkę tej pierwszej kryptowaluty, która debiutowała na giełdzie w 2010 roku kursem 6,3 centa za bitcoin.
Cały artykuł Lecha Rusteckiego pt. „Kryptowaluta. Upadek z wysokiego byka?” znajduje się na s. 14 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl.
„Kurier WNET”, „Śląski Kurier WNET” i „Wielkopolski Kurier WNET” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach WNET w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera WNET” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera WNET” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 36 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Lecha Rusteckiego pt. „Kryptowaluta. Upadek z wysokiego byka?” na s. 14 lutowego „Kuriera WNET” nr 44/2018, wnet.webbook.pl
Poseł PiS stwierdził, że ostatnie posiedzenia komisji śledczej wykazały, jak urzędy państwa pod rządami Platformy Obywatelskiej patrzyły przez palce na przestępcze działania spółki Amber Gold.
Obecnie przed sejmową komisją śledczą ds. wyjaśnienia afery Amber Gold stawiają się oficerowie ABW, którzy pracowali przy operacji rozpracowana działalności małżeństwa P. Zdaniem posła Stanisława Pięty działania służb specjalnych nie miały na celu ochrony obywateli zagrożonych utratą oszczędności, ale najbliższej rodziny byłego premiera Donalda Tuska: Widzimy wyraźnie, że nad kwestią pracy Michała Tuska dla Marcina P. był rozpięty jakiś parasol ochronny. Prokuratura powstrzymywała ABW od działania w sprawie Amber Gold.
Na jawnym przesłuchaniu usłyszeliśmy od oficera ABW, że w 2011 roku zapadała decyzja, że agencja nie będzie się zajmować operacyjnie sprawą państwa P. To dyrekcja delegatury ABW w Gdańsku podjęła taką decyzją – zaznaczył w Poranku Wnet Stanisława Pęta.
Poseł Prawa i Sprawiedliwości oraz członek sejmowej komisji śledczej ds. wyjaśnienia afery Amber Gold wskazywał w rozmowie z Witoldem Gadowskim, na oczywiste zaniechania polskich służb: W 2011 roku mamy już nie tylko informacje prasowa, ale mamy ostrzeżenia KNF i toczy się postępowanie prokuratorskie, wiemy, że Amber Gold nie płaci podatków, nie składa deklaracji podatkowych. W tych okolicznościach niewszczęcie działań operacyjnych było poważnym zaniedbaniem.
Gość Poranka Wnet wskazał na polityczne przyczyny bierności organów ścigania w kwestii Amber Gold: Formuła oddzielenia prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości, dało zezwolenie na całkowite nieróbstwo. Wszyscy prokuratorzy, którzy nadzorowali sprawę Amber Gold, zostali uniewinnieni w postępowaniach dyscyplinarnych. Gdyby nie zmiana rządów w roku 2015 to już cała sprawa zostałaby zamieciona pod dywan, a pewnie i nie byłoby narodowego przewoźnika.
Sprawa Amber Gold to jest wycinek sytuacji politycznej tamtego okresu. Pamiętajmy, że wtedy rozkręcają się karuzele podatkowe, wjeżdżają tysiące cystern z paliwem, od którego nie pobierano podatków. Pieniądze na realizację programu 500 plus nie biorą się znikąd – zaznaczył Stanisław Pięta.
Artur Soboń, wiceminister odpowiedzialny w rządzie za dział „budownictwo”, podkreślił, że dla uboższych rodzin w ramach Mieszkania Plus, będą specjalne dotacje do czynszu z budżetu państwa.
Mieszkanie Plus, sztandarowy program społeczny rządu, jak go określił prezes PiS Jarosław Kaczyński, przejdzie głęboką przebudowę. Rekonstrukcja rządu z początku roku przełożyła się na zmianę punktu widzenia podstawowych założeń państwowego programu mieszkaniowego. Brak spójnej wizji realizacji Mieszkania Plus, połączone z brakiem zainteresowania prywatnych deweloperów, wpłynęło na mierne wyniki w realizacji programu. Po dwóch latach działania Mieszkania Plus powstało tylko 1700 lokali.
Premier Mateusz Morawiecki postanowił zintegrować realizację programu na poziomie Kancelarii Prezesa Ministrów w ramach Rady Mieszkalnictwa. Na czele nowej instytucji stanął sam prezes Rady Ministrów. Skupienie wszystkich kompetencji w ręku premiera, razem z odebraniem rządowego działu budownictwa ministerstwo infrastruktury, ma przełamać impas w realizacji Mieszkania Plus.
Usprawnieniu realizacji programu ma służyć również powołanie specjalnego wiceministra, który będzie odpowiadał za dział budownictwa i nadzorował kolejne etapy procesu legislacyjnego.
Chcemy na tyle zwiększyć podaży mieszkań, aby nie tylko rozwiązać problemy społeczne, ale też dać impuls dla gospodarki. Obecnie kluczowe decyzje zapadają na Radzie Mieszkalnictwa i są akceptowane przez szefów konkretnych resortów jak ministerstwa rolnictwa czy rodziny. Ja będą gospodarzem wspólnie wypracowany projektów ustaw. Obecnie kluczowa jest kwestia specustawy mieszkaniowej – podkreślił w rozmowie z Radiem Wnet wiceminister Inwestycji i Rozwoju Artur Soboń.
W ramach przebudowy programu rząd zmienił również podstawowe założenia realizacji programu. Wcześniejsze zapowiedzi Premier Beata Szydło, że rząd zbuduje mieszkania z czynszem rzędu 10-20 zł za metr, przechodzą do historii. Jak podkreślają członkowie Rady Mieszkalnictwa w nowych założeniach programu, ceny mają być zbliżone do poziomu rynkowego, a dla najuboższych będą specjalne dopłaty mieszkaniowe.
Jesteśmy gotowy zaakceptować fakt, że czynsze będą wyższe, niż się niektórzy tego spodziewali. Chcemy również dopłacać mieszkańcom do najmu z budżetu państwa. Nad formą tej dopłaty jeszcze dyskutujemy – podkreślił minister Soboń.
Nowe zasady finansowania programu Mieszkanie Plus oraz zasady dopłat do czynszów, mają zostać zapisane w projekcie specustawy, nad którą pracuję Rada Mieszkalnictwa. Pracę mają się zakończyć w pierwszej połowie roku: Myślę, że prac robocze nad tą ustawą zakończymy w najbliższym czasie. Chcemy, aby uwag i wątpliwości związanych z tą ustawą było jak najmniej. Całość prac legislacyjnych nad tym projektem, razem z podpisem Pana Prezydenta, przeprowadzimy do końca czerwca – zaznaczył wiceminister inwestycji odpowiedzialny za budownictwo.
Artur Soboń wymienił główne założenia przygotowywanych przepisów specustawy, które mają wpłynąć na zdynamizowanie rozwój budownictwa mieszkaniowego w ramach Mieszkania Plus: Specustawa da dużo szybszą ścieżkę realizacji inwestycji mieszkaniowych, zwiększając jednocześnie podaż gruntów, poprzez zwiększenie możliwości wykorzystania terenów w miastach – zaznaczył wiceminister, wskazując na konkretny rodzaj niewykorzystanych obecnie potencjalnych terenów pod inwestycje – Na przykład setki hektarów gruntów rolnych, które znajdują się w granicach miast. To jest pomysł na automatyczne odrolnienie gurtów w granicach miast. To wojewodowie będą decydować, gdzie specustawa, także w ramach automatycznego odrolnienia, będzie stosowana – podkreślił w rozmowie z Radiem Wnet Artur Soboń, dodając, że na realizacje inwestycji w ramach programu Mieszkanie Plus, będzie potrzebna również zgoda władz samorządowych.
W zapowiedziach przedstawiciela Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wyraźnie zaznacza się większe otwarcie na prywatnych inwestorów, którzy będą ujęci w zapisach specustawy: Chciałbym, aby system był kompleksowy, tak żeby w jego ramach funkcjonowały również fundusze kapitałowe, o czym rozmawialiśmy na ostatniej Radzie Mieszkalnictwa. Chcemy do tego projektu zaprosić wszystkie podmioty, to znaczy i samorządy i inwestorów prywatnych. Jeśli chcemy istotnie zmienić skalę budownictwa, o czynszach dostępnych dla setek tysięcy polskich rodzin, to nie będzie to możliwe, do zrealizowania tylko przez państwową spółkę.
Specustawa nie będzie skierowana wyłącznie do gruntów skarbu państwa, czy komunalnych, ale także do gruntów prywatnych – podkreślił w rozmowie z Radiem Wnet wiceminister Inwestycji i Rozwoju Artur Soboń.
Zdaniem profesor Oręziak nowy pomysł premiera Morawieckiego na zwiększenie oszczędności Polaków nie spełnia podstawowych wymagań systemu emerytalnego, a deklarowana dobrowolność jest iluzoryczna.
15 lutego, po niemalże dwóch latach od pierwszych zapowiedzi, minister finansów Teresa Czerwińska oraz minister rodziny Elżbieta Rafalska, w asyście Pawła Borysa prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, przedstawiły projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK), czyli program dodatkowego oszczędzanie pieniędzy na emeryturę.
PPK w deklaracji mają być dobrowolną formą odkładania przez pracowników środków na dodatkowe świadczenia emerytalne, działającą w podstawowych założeniach na zbliżonych zasadach do zbiorowych programów funkcjonujących w ramach trzeciego filaru emerytalnego.
System wprowadzana nową dobrowolną, ale powszechnie dostępną dla pracowników płacących składki do ZUS-u, formę dodatkowego zabezpieczenia emerytalnego. Projekt zakłada, obowiązek założenia Pracowniczych Planów Kapitałowych przez pracodawców, który odprowadzają składkę ubezpieczeniową chociażby od jednego pracownika. W teorii to pracownik będzie samodzielnie decydować czy przystąpić do programu, jednak na początek wszyscy zostaną zapisani do programów i tylko jeśli ktoś będzie chciał może się wypisać, ale nawet jeśli na to zdecyduje, to jego przygoda z PPK wcale się nie skończy.
Pracodawca i pracownik, będą się wspólnie zrzucać na nową składkę przekazywaną do PPK, którym i będą zarządzać prywatne towarzystwa finansowe. Pracownicy uczestniczący w nowym systemie emerytalnym będą co miesiąc odkładać 2 procent swojej pensji na specjalne konto emerytalne. Pracodawca ze swojej strony dołoży 1,5 procent od wysokości wypłacanej pensji. Swój wkład do systemy dołoży również państwo m.in. w postaci przewidywana w projekcie ustawy swoistej zachęty w formie składki powitalnej w postaci 250 zł oraz dopłaty rocznej ze strony państwa w wysokości 240 zł.
O opinię na temat rządowej propozycji poprosiliśmy prof. Leokadię Oręziak: Jest to system, w którym całe koszty i ryzyko spadają na przyszłego emeryta oraz na państwo. Zyskują ci, którzy działają na rynkach finansowych, czyli banki, towarzystwa ubezpieczeniowe i towarzystwa funduszy inwestycyjnych. Oni bardzo czekają na ten system i liczą, że ogromne środki będą trafiać na rynki, a oni będą pobierać opłaty za zarządzanie środkami zgromadzonymi w Pracowniczych Planach Kapitałowych – podkreśliła prof. Leokadia Oręziak, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej oraz ceniona badaczka systemów emerytalnych, autorka uznanej książki o skutkach wprowadzenia na Wisłą Otwartych Funduszy Emerytalnych pt. „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce”.
Zdaniem profesor Oręziak deklarowana przez rząd dobrowolności udziału w programie, w rzeczywistości jest fikcją: W istocie w ramach PPK, obowiązuje aromatyczny zapis pracowników sektora prywatnego, a następnie publicznego, do programu. Tylko kto będzie wiedział i nie zapomni o możliwości wyjścia z programu, to będzie mógł się wypisać. Przy automatycznym zapisie wiele osób nie zdecyduje się na wypisanie z programu, bojąc się konieczności zwrotu środków wpłacany ze strony państwa. Nawet jak ktoś złoży oświadczenie, że się wypisuje, to co dwa lat i tak zostanie do niego automatycznie zapisany powtórnie. Trudno to nazwać systemem dobrowolnym.
Do gry na rynkach finansowych i na giełdzie zaprzęgnięte będą nie tylko składki płacone przez pracownika i pracodawcę, ale też publiczne pieniądze z funduszu pracy – podkreśliła prof. Leokadia Oręziak.
Ekonomistka wskazuje na znaczne koszty dla sektora finansów publicznych oraz dla samych uczestników planów, przy baraku odpowiednich gwarancji wypłaty przyszłych świadczeń: Szacuje się, że w ramach Pracowniczych Planów Kapitałowych ok. trzech miliardów złotych rocznie z publicznych pieniędzy, będzie przekazanych na rynek kapitałowy. Będzie to system, który pochłonie bardzo duże środki finansowe od pracowników, pracodawców ale również państwa, nie dając żądanych gwarancji emerytalnych dla jego uczestników.
Tak naprawdę oceniając to rozwiązanie, można powiedzieć, że z pensji pracowniczych środki trafią do budżetu państwa, za pośrednictwem instytucji finansowych, które sobie od tego skasują procent – mówił prof. Oręziak.
Jedynym sprawdzonym zabezpieczeniem wypłaty świadczeń na starość jest powszechny publicznych system emerytalny, a wszelkie prywatne formy zabezpieczeń mogą działać tylko w formie pełnej dobrowolności jako uzupełnienia dla chętnych, podkreśliła profesor Leokadia Oręziak. Wskazując jednocześnie na szereg zagrożeń, na jakie narażone będą środku zgromadzone w ramach nowej propozycji premiera Morawieckiego: Pieniądze, które trafią do PPK będą narażone na ryzyko rynku finansowego, czyli załamań giełdowych i kryzysów, kiedy aktywa spadają o kilkanaście procent. Aktywa finansowe nie są zabezpieczone przed inflacją oraz defraudacją ze strony instytucji finansowych. (…) Opłaty, nawet zredukowane przez ustawodawcę, ale pobierane przez lata, będą wpływać na obniżenie świadczenia.
Jest to rozwianie ryzykowne z punktu widzenia emeryta. To nie spełnia wymagań stawianych systemom emerytalnym. W ogóle nie jest system emerytalny, tylko sposób na zebranie kapitału na państwowe inwestycje – podkreśliła prof. Leokadia Oręziak, ekonomistka, specjalizująca się w zasadach działania rynków finansowych i ich wpływu na systemy emerytalne.