Nie żyje Zbigniew Wodecki – jeden z najpopularniejszych polskich piosenkarzy, skrzypek, trębacz i kompozytor

Zbigniew Wodecki miał 67 lat, zmarł w poniedziałek w Warszawie – poinformowano na stronie internetowej artysty. Przygodę z muzyką rozpoczął w wieku pięciu lat i związał z nią całe swoje życie.

Artysta 5 maja przeszedł zabieg wszczepienia bajpasów. Niespodziewanie 8 maja nad ranem doznał rozległego udaru mózgu. „Mimo niezwykłej woli życia i starań lekarzy udar dokonał nieodwracalnych obrażeń. Odszedł od nas w dniu 22 maja w jednym z Warszawskich szpitali. Żona i dzieci byli przy nim. Zostanie pochowany w ukochanym Krakowie” – podano na stronie internetowej artysty.

Wodecki był jedną z najważniejszych postaci polskiego świata muzycznego. Wielu słuchaczy, myśląc o nim, widzi długowłosego wirtuoza, grającego na skrzypcach, słyszy jego melodie i hity takie jak „Opowiadaj mi tak”, „Pszczółka Maja”, „Zacznij od Bacha”, „Izolda” czy „Chałupy”. Był nie tylko wokalistą i instrumentalistą, dał się poznać również jako kompozytor i aranżer. Samego siebie określał mianem „śpiewającego muzyka”.

[related id=”18520″]

Jego umuzykalniona rodzina pochodziła z Łazisk na Śląsku. Ojciec zakładał orkiestrę Polskiego Radia w Katowicach, a potem Symfoniczną Orkiestrę Polskiego Radia w Krakowie, gdzie był pierwszym trębaczem. Mama Wodeckiego była śpiewaczką, jej głos charakteryzowano jako sopran koloraturowy.

Przez całe życie był związany z Krakowem i posądzany o to, że „pomieszkuje w Warszawie”. Chętnie angażował się w akcje społeczne pod Wawelem, m.in. kwestował na cmentarzu Rakowickim na rzecz odnowy zniszczonych grobów, uczestniczył w kampanii antysmogowej, sprzeciwiał się zamknięciu liceum artystycznego.

Jako pięciolatek zaczynał przygodę ze skrzypcami. Uczęszczał do Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. W. Żeleńskiego w Krakowie. Uczył się w klasie skrzypiec Juliusza Webera. Pod koniec lat 60. związał się z Piwnicą pod Baranami. Występował też z zespołami Anawa (na skrzypcach), Czarna Perła (na trąbce). Grał m.in. z Ewą Demarczyk, Markiem Grechutą. Był skrzypkiem Orkiestry Symfonicznej PRiTV oraz Krakowskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Kazimierza Korda.

W jednej z rozmów z PAP wspominał, że śpiewać zaczął przez przypadek. Jako wokalista zadebiutował w 1972 r. na X Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu utworem „Tak, to ty”. W tym samym roku zrealizował swój pierwszy recital telewizyjny „Wieczór bez gwiazd”. Wkrótce potem jego kompozycje i piosenki zaczęli doceniać jurorzy festiwali w całej Polsce. Łącznie nagrał siedem albumów (w tym jedną EP-kę), m.in. „Dusze kobiet”, „Obok siebie”, „Platynowa”. Ostatni z nich – „1976: A Space Odyssey” – ukazał się dwa lata temu i zyskał status złotej płyty, dzięki współpracy Wodeckiego z zespołem Mitch and Mitch.

Wodeckiego dobrze kojarzy również młoda widownia – artysta chętnie angażował się w produkcje adresowane do dzieci. To on był odtwórcą piosenki przewodniej polskiej wersji animowanej słynnej wieczorynki „Pszczółka Maja”. „Pszczółka Maja niesie na tych skrzydełkach już tyle lat i chyba już czwarte pokolenie ją zna” – żartował. Wykonywał piosenki m.in. do serialu „Plecak pełny przygód” i do bajki „Rudolf, czerwononosy renifer”. Użyczył głosu do filmu „Disco robaczki”.

[related id=”18539″ side=”left”]

Nie unikał telewizji. Na swoim koncie ma epizodyczne role w takich tytułach, jak m.in. „Jan z drzewa”, „Klan”, „Miodowe lata”, „Świat według Kiepskich”. Zasłynął jako juror popularnego telewizyjnego programu „Taniec z gwiazdami”. Był też gospodarzem telewizyjnych programów muzycznych „Droga do gwiazd”, „Twoja droga do gwiazd”. Jak mówił PAP, mimo że technologia, show-biznes i rozrywka zmieniają się na przestrzeni lat, to „meritum estrady pozostaje jedno i to samo: trzeba coś umieć i ciężko nad sobą pracować”.

„To, że udało mi się przez tyle lat utrzymać na powierzchni mętnej wody naszego show-biznesu, to na pewno pochodna tego, że łaziłem po kuchni, po pokojach, po salach szkolnych i ćwiczyłem gamy, tercje, oktawy, utwory Bacha czy Beethovena. Otarłem się o różne estrady i zespoły. Cały czas przebywałem w środowisku świetnych ludzi, prawdziwych autorytetów. Jak się żyło w takim tyglu, to była większa szansa, że się trafi na swój czas i odpowiedni moment. Dlatego życzę wszystkim młodym, żeby pracowali nad sobą, ćwiczyli i nie załamywali się” – podkreślił Wodecki, który sam marzył, by promować młodych zdolnych i kreować ich na prawdziwe gwiazdy.

Artysta chętnie występował w Polsce i za granicą, jednak nie zawsze czuł się pewnie na scenie, przed kamerami. Wspominał, że dawniej bał się widowni. Po 30 latach pracy artystycznej uświadomił sobie, że już „nie jest Zbysiem, który musi odnieść sukces”. „30 lat na scenie to już jest sukces. Widzę sympatię ludzi – autentyczną i niekłamaną. Ciężko nam się rozstać podczas spotkań z publicznością i to jest coś, o czym marzyłem i co się spełniło” – wyznał. Uważał, że miał w życiu „dużo szczęścia, bo stykał się z prawdziwymi autorytetami”.

[related id=”20136″]

„Zaczynałem wśród muzyków, którzy grali w krakowskiej Operze i Operetce, potem w „Symfonii” Polskiego Radia. Stykałem się ze wspaniałymi ludźmi z tej branży. Grałem pod batutą Stanisława Wisłockiego, Jerzego Maksymiuka czy Kazimierza Korda. Miałem przyjemność zetknąć się w swoim młodym życiu ze środowiskiem studenckim. Pierwszą płytę nagrałem z Markiem Grechutą i zespołem Anawa. Potem była Piwnica pod Baranami, Ewa Demarczyk i Piotr Skrzynecki oraz całe to środowisko. Świetni kompozytorzy: Stanisław Radwan, Zygmunt Konieczny, Andrzej Zarycki” – wspominał w wywiadzie dla PAP.

Jego twórczość została doceniona licznymi nagrodami, m.in. medalem Zasłużony Kulturze „Gloria Artis” i odznaką Honoris Gratia. Był również laureatem Fryderyków.

Nie zdążył wystąpić na koncertach „Mój jubileusz”, które planował jesienią 2017 r. – w ub.r. minęło 40 lat od wydania pierwszego dużego albumu (wcześniej wydał EP) piosenkarza, zatytułowanego „Zbigniew Wodecki”. Koncerty „Mój jubileusz” Wodecki miał dać m.in. w Szczecinie, Gdyni, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach. Wśród jego wcześniejszych planów był m.in. występ w Ostródzie podczas II Letniego Spotkania Kabaretowego.

PAP/JN

W sobotę 20 maja „PoliszCzart” w Radiu WNET od godziny 19:00 do 22:00. Muzyka i archiwalne wywiady z Markiem Jackowskim.

Radio WNET, Sławomir Orwat i Tomasz Wybranowski („PoliszCzart”) przygotowali niespodziankę dla fanów Marka Jackowskiego i grupy Maanam. Prócz muzyki nieznane szerzej rozmowy z Markiem Jackowskim.

W sobotni wieczór 20 maja, od godziny 19:00 do 22:00, w programie PoliszCzart dużo muzyki grupy Maanam i nieznane szerzej rozmowy z Markiem Jackowskim. 

Z Markiem Jackowskim przegadaliśmy w latach 2009-2013 wiele, wiele godzin. Większość tych rozmów została zarejestrowana, a część wyemitowana we fragmentach w programach „Polska Tygodniówka” Radia NEAR FM (Irlandia). Co z resztą? Powoli powstaje z tego książka, z wywiadem – rzeką z Markiem Jackowskim. Wszystkie te chwile oddałbym za jedną: by znów zobaczyć Go uśmiechniętego, z gitarą w ręku i na scenie w otoczeniu Kowalewskiego, Markowskiego i Olesińskiego oraz Kory.

Marek Jackowski to legenda polskiego rocka, jedna z najbardziej charyzmatycznych i intrygujących postaci polskiego rocka. Muzyk, kompozytor, twórca muzyki filmowej i eksperymentalnej, ale także dziennikarz i tłumacz, filolog angielski, znawca literatury (Szekspira, Elliota, Joyce’a i Poego).

Marek Jackowski – życie w pięciolinii

Od 1965 roku Marek Jackowski nieustannie zajmował się muzyką. Najpierw podczas studiów w latach 1966 – 1970, grał w łódzkiej grupie Impulsy. Potem wyprowadził się do Krakowa, gdzie nawiązał współpracę z Piwnicą pod Baranami. Na cztery lata zagościł w kultowej Anawie, z którą nagrał płyty: „Marek Grechuta & Anawa” (1970) i „Korowód” (1971). Później grał  z zespołem Osjan (1971-75).

W grudniu 1975 roku w Krakowie wraz z Milo Kurtisem (naszym redakcyjnym kolegą z Radia WNET) założył zespół Maanam, którego został liderem. Po wielu zmianach personalnych skład tej grupy ustalił się w roku 1979, a zespół udanie zadebiutował jako grupa rockowa w Lubaniu Ślaskim. Jackowski stał się głównym kompozytorem grupy Maanam. Dość wymienić takie albumy, jak: „O!”, „Nocny Patrol”, „Sie ściemnia” czy „Róża”.

Maanam jako pierwsza grupa z Polski zapełniał sale koncertowe w Danii, Holandii, Niemczech i Fracji (pamiętny koncert w Olimpii). Marek Jackowski prowadził również autorski projekt „Złotousty i Anioły”, oraz „The Goodboys” z Januszem Yaniną Iwańskim w składzie. Nagrał dwa solowe albumy „No” (1994) oraz „Fale Dunaju” (1995) oraz jedną składankę z serii „Złota Kolekcja Polskiego Radia” (2002).

W 2013 roku, już po Jego śmierci, ukazała się trzecia płyta „Marek Jackowski”, z udziałem m.in. Anny Marii Jopek, Małgorzaty Ostrowskiej, Piotra Cugowskiego i wieloletniego przyjaciela Neila Blacka. 

 

Praca nad ostatnim albumem

 

Ostatni raz mailowałem z Markiem trzy tygodnie przed Jego odejściem. Byliśmy umówieni na kolejne wywiady radiowe, między innymi dla Radia WNET Krzysztofa Skowrońskiego oraz irlandzkiego NEAR FM. Na kilkanaście dni przed śmiercią, w tym samym liście, Marek ujawnił mi kilka szczegółów związanych z nagrywaniem jego najnowszego solowego albumu:

Płyta ukaże się najwcześniej we wrześniu/październiku. W tej chwili pracujemy z Neilem Blackiem nad siódmym utworem. Oczywiście na tym etapie nie ma projektu okładki ani nawet tytułu. Do końca nie wiadomo, czy np. zaśpiewa [Robert] Gawliński, bo nie podoba mu się aranż Neila. W tym miesiącu [kwiecień 2013 – przyp. Tomasz Wybranowski] część Gości będzie nagrywać wokale w Warszawie i dopiero wtedy będziemy pewni, które utwory znajdą się ostatecznie na płycie i kto będzie na pierwszym singlu.

Tak więc pisanie o płycie jest jeszcze o jakieś trzy miesiące zbyt wczesne.
Pozdrawiam Cię serdecznie,
Marek

Do klasyki polskiej muzyki weszła piosenka w jego wykonaniu (z zespołem Maanam) „Oprócz błękitnego nieba” (1979), którą nagrał później, jako cover, zespół Golden Life. 

W Radiu WNET, w sobotę 20 maja 2017 r., w programie „PoliszCzart” (19:00 – 22:00) rozmowy z Markiem Jackowskim z taśm archiwalnych i Jego muzyka. Serdecznie zapraszamy.

Tomasz Wybranowski

Wspomnienia o Marku Jackowskim: Uważam że, gdy Polska i Polacy mają jakiś szczytny cel, to od razu wszystko gra.

Od 1965 roku Marek Jackowski był obecny na muzycznym helikonie. Odszedł na drugą stronę luster cztery lata temu,  18 maja 2013 roku. Do ostatnich chwil pracował nad swoją najnowszą solową płytą…

Marek Jackowski jest legendą polskiego rocka. Na zawsze pozostanie jedną z najbardziej charyzmatycznych i intrygujących postaci polskiej muzyki. Można o Nim mówić jako o muzyku, kompozytorze, twórcy muzyki filmowej i eksperymentalnej, ale także jako o dziennikarzu i tłumaczu, filologu angielskim, wreszcie znawcy literatury.

 

 

 

Całe Jego życie było łowieniem dźwięków. Najpierw podczas studiów w latach 60. grał w łódzkiej grupie Impulsy, która przerodziła się po kilku miesiącach z zespół  Vox Gentis. Potem wyprowadził się do Krakowa, gdzie nawiązał współpracę z Piwnicą pod Baranami. Na cztery lata zagościł w kultowej Anawie, z którą nagrał płyty: „Marek Grechuta & Anawa” (1970) oraz kultowy „Korowód” (1971). Później grał  z zespołem Osjan (1971-75).  W grudniu 1975 roku w Krakowie wraz z Milo Kurtisem założył zespół M–a–M, który wkrótce zmienił nazwę na Maanam, którego został liderem.

Po wielu zmianach personalnych skład tej grupy ustalił się na początku roku 1980, a zespół udanie zadebiutował  jako grupa rockowa. Jackowski stał się głównym kompozytorem materiału płytowego (m.in. albumy „O!”, „Nocny Patrol”, czy „Mental Cut”). Maanam, jako pierwsza grupa z Polski, zapełniał sale koncertowe w Danii, Holandii, Niemczech i Francji.

Marek Jackowski prowadził również autorski projekt „Złotousty i Anioły” z Robertem Gawlińskim w składzie. Nagrał trzy solowe albumy „No 1” (1994) oraz „Fale Dunaju” (1995) i ten pośmiertny, wydany w październiku 2013 roku – „Marek Jackowski”.  Do kanonu polskiej muzyki weszła piosenka w jego wykonaniu (z zespołem Maanam) „Oprócz błękitnego nieba” (1979).

Ostatnie lata inwestował w projekt „The Goodboys” oraz marzenie życia: reaktywację Maanamu ze „złotymi muzykami złotego składu” – jak mawiał – pod nazwą „Złoty Maanam”. W skład zespołu, obok Marka Jackowskiego, weszli Bogdan Kowalewski, Ryszard Olesiński i Paweł Markowski. Do ostatnich dni pracował także nad swoją ostatnią solową płytą.

 

Marek Jackowski na tle drzewa pieprzowego. Zdjęcie zrobione przez Biankę Jackowską, córkę Marka. Z archiwum rodziny Jackowskich.

Quo vadis, polska muzyko i polskie media???

W wielu wywiadach Marek Jackowski zastanawiał się nad kondycją współczesnej muzyki rockowej i mediów. Tak oto odpowiedział na moje pytanie w kwestii mody muzycznej:

 – Unifikacja, bezbarwność, krzykliwość i medialne skandale to sposób na to by „być gwiazdą” dzisiaj? Co o tym sądzisz? Czy muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to już przeszłość?

Jeżeli rządzi tak zwana globalno-wioskowa dyskoteka i „gwiazdy” tabloidu, a społeczeństwo się na to godzi,  to trudno widzieć lepszą przyszłość. Stanisław Lem powiedział krótko i dobitnie: „lepiej już było”. Muzycy z duszą, przesłaniem i umiejętnościami to dzisiaj podziemie muzyczne, typowy „underground”.

– W wielu wywiadach podkreślasz wyższość polskiej sceny muzycznej z lat 80. i 90. nad współczesnym rynkiem. Co w takim razie zmieniło się w duszach twórców? A może do głosu dochodzi pokolenie, które nie pamięta starych czasów, ma inną wrażliwość i całkowicie odmienne cele?

– Nie o to chodzi, by na siłę pamiętać stare czasy. W duszach dzisiejszych twórców gra, brzmi przede wszystkim nuta komercyjna. Młode pokolenie, o które pytasz, burzliwe i ciekawe muzycznie, napotyka na „beton” dużych firm fonograficznych i głuchych, nieczułych decydentów sparaliżowanych strachem przed czymś nowym. Nigdy w historii polskiej muzyki rozrywkowej sytuacja nie była tak beznadziejna jak teraz. Dla młodych, niezależnych twórców jedynym wyjściem jest chyba zaistnienie tylko w internecie. Ale tutaj, w cyberprzestrzeni, przy tak nieprawdopodobnej ilości informacji, nie ma nawet cienia tej siły przebicia, jaka była w latach 80. w radiowej Trójce czy pamiętnych nocnych programach Radia Lublin w Jedynce. Muszą powstawać nowe, niezależne wydawnictwa, by to zmienić.

 

Złoty, klasyczny skład grupy Maanam; od lewej stoją Paweł Markowski, Ryszard Ricardo Olesiński, Marek Jackowski, Bogdan Kowalewski oraz Kora.

– A może to wina mediów? Moje pokolenie urodzone w latach 70. miało Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna, Pawła Sito – radiowych nauczycieli muzyki. Moich przyjaciół z Irlandii, którzy często odwiedzają Polskę, dziwi to, że polskie rozgłośnie tak naprawdę niczym nie wyróżniają się w warstwie prezentowanej muzyki od stacji anglosaskich czy amerykańskich.

– Prawdziwe osobowości muzyczne, znakomite przykłady, jakie wymieniłeś, miałyby dzisiaj w radiostacjach komercyjnych tylko problemy. Radiostacje nie zarabiają na muzyce, bo za to muszą płacić. One zarabiają przede wszystkim na reklamach. Reklamy zaś najlepiej się czują w muzycznej papce. Jeśli znasz jakieś dobre radiostacje i ciekawych prezenterów, tak jak dla przykładu w Radio Near FM w Dublinie, daj mi znać, proszę (śmiech). Z drugiej strony niektóre bystrzejsze radia i myślący perspektywicznie ich szefowie przepraszają się ze starymi i dobrymi prezenterami, bo nagle po ich wyrzuceniu słuchalność zaczęła dramatycznie spadać. A to oznacza, że jednak nie jest do końca prawdziwa teza, że „słuchaczom przestało zależeć”.

Marek Jackowski był bardzo rodzinny człowiek, dumny z miłości kochanej kobiety u jego boku.  Często opowiadał mi o życiu we Włoszech i swoich ukochanych córkach, zachwalając ich talenty muzyczne. Ale „bytując na włoskim bucie”, jak często żartobliwie mawiał, nie tracił kontaktu z Polską i bieżącymi wydarzeniami:

– Uważam że, gdy Polska i Polacy mają jakiś szczytny cel, to od razu wszystko gra. Jest ta harmonia.  Kiedy Polak zostaje papieżem, to wtedy wszystko jest na miejscu.  Natomiast w momencie, kiedy zaczynają się rządy tabloidowe, rządy paskudnej prasy, to wszystko zaczyna się rozmydlać. Wydaje mi się, że to, co napędza całą kulturę tabloidową, a jednocześnie rozbija społeczeństwo, to epatowanie konfliktami, kłótniami i tanimi sensacjami, które przesłaniają sprawy istotne. To takie żerowanie na przyziemnych instynktach.

I niestety ludzie dają się w to wpuszczać, w to wymuszone słuchanie muzyki, wymuszone ideologie, wreszcie określone sposoby zachowań. Wymuszone jest to, że na dywaniku czerwonym muszą pojawiać się gwiazdy, które natychmiast trzeba obgadać. A ja rozmawiam z Dublinem i mam przed oczami Stefana Dedalusa, który gdzieś tam chodzi i gdzieś może tam jego duch bazuje. Może po tych irlandzkich pubach. Może ta dusza artystyczna ciągle tam jest, może Irlandczycy to poeci, którzy mówią tylko właściwie poezją.

Album „Nocny patrol” – prawdziwie o stanie wojennym…

Trzeci album zespołu Maanam „Nocny patrol” wydany jesienią 1983 roku to jedna z najważniejszych pozycji w klasyce polskiego rocka. Najwybitniejsze dzieło Kory i Marka Jackowskiego naznaczone jest piętnem stanu wojennego. O nocy wojennej, krokach we mgle i wszech ogarniającym strachu i żądzy słońca i normalności opowiadał Marek Jackowski zawsze z wielkim przejęciem.

 

 

– Lata osiemdziesiąte XX wieku były dla pana i Maanamu „złotym okresem” grupy. Laury Festiwalu Piosenki w Opolu, szczyty list przebojów, zwycięstwa w rankingach popularności magazynu „Non-Stop” i setki koncertów. Debiutancki materiał nagrywaliście w gorącym okresie sierpnia 1980 roku.

– Chwile spędzone w studiu nagraniowym Polskiego Radia Lublin były dla nas wielkim wydarzeniem. Muzycznie spełniały się nasze marzenia. Kora powiedziała nawet po nagraniach, że gdyby teraz miała odejść na drugą stronę, to umierałaby szczęśliwa i spełniona. Ale to był także czas historyczny. Szczególnie zapamiętałem dzień 31 sierpnia 1980 roku, kiedy w Gdańsku podpisywano „Porozumienia sierpniowe”.

Pamiętam jak redaktor Jerzy Janiszewski, legendarna postać polskiego eteru, wbiegał co kilka minut do studia i wykrzykiwał: „Zaraz podpiszą porozumienie, zaraz to się stanie!”. Mija kilka chwil i znowu pojawia się w studiu, mówiąc z ekscytacją: „Już siedzą przy stole! Już podpisują! Wałęsa z wielkim długopisem z fotografią Jana Pawła II!”. Potem wielki szał radości, łzy szczęścia i padanie sobie w ramiona. To był niesamowity czas…

– Była wtedy w nas nadzieja i wiara, że będzie inaczej. Ale zaraz potem, niespełna pół roku później, ogłoszono stan wojenny. To wszystko, co działo się po 13 grudnia, zmieniło ludzi i charaktery…

– Tak jak wszyscy Polacy, wiedzieliśmy, że żyć trzeba dalej. Robić wszystko co się da, by nie zwariować, by się nie poddać. Nie zawsze to było bezpieczne. ZOMO królowało na ulicach i tak naprawdę wszystko mogło się zdarzyć. Stan wojenny obfitował w wiele tragicznych zdarzeń, sytuacji potwornych. Dlatego nasza trzecia płyta „Nocny patrol” przesiąknięta jest atmosferą tamtych czasów. Tamtych tragicznych dni…

– Album nagrywaliście w studiu Teatru STU w Krakowie. Teksty Kory są pełne katastrofizmu, wołania o azyl i przestrzeń bez przemocy. „Krakowski spleen” w moich programach radiowych zapowiadam jako hymn do normalności i chęci zwykłego życia. Przejmujące „Polskie ulice”, „Jestem kobietą”, z zaśpiewem Kory „nie wyobrażam sobie, abyś na wojnę szedł” i tytułowy, otwierający płytę „Nocny patrol”… Do dziś, gdy słucham tej płyty mam ciarki na całym ciele. 

– „Nocny patrol” to jest płyta prawdziwa, bo płyta życia. Jest w niej emocja i anturaż tamtych czasów. Ta płyta jest niezwykła, bo czasy były niezwykłe, choć straszne i dziwne. Sami przeżywaliśmy, to co się działo. W nocy baliśmy się wychodzić, bo godzina policyjna, bo patrole ZOMO, bo zatrzymania… A trzeba było normalnie żyć i funkcjonować. Bardzo często zatrzymywali nas pijani zomowcy.

Pamiętam taką scenę, jak z czarnego snu. Zostajemy zatrzymani. Z samochodu wytacza się kompletnie pijany dowódca i wymachuje bronią przed naszymi twarzami. Młodsi rangą musieli go uspokajać, aby nie doszło do jakiegoś tragicznego zdarzenia. Boże, jak wtedy baliśmy się. Pamiętam pytanie jednego z tych młodszych zomowców: „Skąd idziecie we mgle?”. Nie wiem dlaczego, ale zapamiętałem to pytanie na całe życie…

– „Skąd idziecie we mgle?”… W normalnym życiu i sytuacji potraktowałbym to jak okruch poezji.

– We mgle było słychać tylko kroki nocnego patrolu i nasze. Słyszeliśmy jak zbliżamy się do siebie. Oni słyszeli nasze kroki, my słyszeliśmy ich. Wiedzieliśmy jedno, jeśli zaczniemy uciekać, to oni wszczęliby pościg i użyli broni. O Boże Ty mój! (z ciężkim westchnieniem w głosie). Piosenka Kory „Jestem kobietą” związana jest z tamtym wydarzeniem. Potem powstał tekst „Nocny patrol” i we mnie zakiełkowała melodia do instrumentalnego utworu „Zadymione ulice” (późniejszy tytuł „Polskie ulice”, przypomina autor).

– Zawsze nie mogłem się nadziwić, że cenzura przepuściła do tłoczenia płytę, a potem większość tych protest-songów gościła na antenach radiowych.

– Wspaniałe jest to, że wielka moc i odwaga cechowała ówczesnych ludzi radia. Pamiętam jakim przeżyciem było dla mnie, jak usłyszałem w Trójce radiowej „Polskie ulice”. Radiowcy z krwi i kości, o których myślę, to legendarne postaci: Piotr Kaczkowski, wspominany już Jerzy Janiszewski czy Marek Niedźwiecki. Oni się nie bali i dla wielu dzisiejszych dziennikarzy mogą być wzorem.

– Nie zagraliście w Sali Kongresowej z okazji rewolucji i sojuszu ze Związkiem Radzieckim i dostaliście „szlaban” niemal na wszystko. Mimo, że nie wolno było grać waszych nagrań, to Marek Niedźwiecki się nie bał i grał je w zestawieniach Listy Przebojów Programu 3. W końcu i tam nie można było grać Maanamu. Ale i na to znalazł się sposób. Gdy padała nazwa „Maanam” w kolejnym zestawieniu i tytuł piosenki, to odzywały się werble, wstęp do nagrania „To tylko tango”.

– To było niesamowite. W tych charakterystycznych werblach z „Tanga”, w ich złowróżbnym pogłosie w całej Polsce było wiadomo, że coś się dzieje z Maanamem. Zespół jest, ale skazany został na banicję. Rodziły się pytania: co mogło się stać i dlaczego?  Fani doskonale wiedzieli o tym. Szacunek dla Marka Niedźwieckiego za to, co zrobił wtedy.

– „Nocny patrol” to jednak album z gamą światła na końcu tunelu złych czasów i losu.

– Na początku lat osiemdziesiątych Polacy byli przesiąknięci ideą pierwszej, wielkiej „Solidarności”. Była świadomość, że walczy się o wolną Polskę, że wspiera nas papież Jan Paweł II , który w tym czasie pielgrzymował do Ojczyzny. Mój Ty Boże, te miliony ludzi na Błoniach w Krakowie i we wszystkich innych miejscach, gdzie On się pojawiał i zasiewał w nas spokój, niezłomność i wiarę. A dzisiaj czytamy tabloidy, oglądamy gwiazdy we wszystkich możliwych programach i formatach. Ba, wszyscy są gwiazdami, bo nagle okazuje się, że pani, która reklamuje groszek czy marchewkę jest… gwiazdą. Nagle okazuje się, że w stacjach radiowych nie ma rockowej i ambitnej  muzyki. Na szczęście jest Facebook, gdzie ludzie przekazują sobie piosenki i ważne nagrania. Są polonijne audycje w rozgłośniach zachodnich, które strzegą płomienia żywej i szczerej muzyki. I to cieszy, to jest genialne.

Dwa dni przed śmiercią Marka Jackowskiego rozmawiałem z Nim przez dwie, może trzy minuty. Był pełen życia, pasji i spełnienia. Krótko relacjonował, że płyta powstaje i będzie najpóźniej jesienią. Potwierdził nasze wakacyjne rozmowy dla NEAR FM i WNET. Miałem mu wysłać kilka nowych wierszy i teksty dwóch piosenek.

Nie zdążyłem. Miałem to wielkie szczęście poznać go i obcować z nim dłużej niż fani podczas koncertów. W sobotni wieczór w Radiu WNET (20 maja 2017, od godziny 19:00, w programie „PoliszCzart”) nieznane rozmowy z Markiem Jackowskim.

 

Tomasz Wybranowski
współpraca: Katarzyna Sudak
fot. archiwum Marka Jackowskiego

Wspomnienia o Marku Jackowskim znajdziecie w książce Renaty Bednarz „Marek Jackowski pięciolinia życia”.

USA: Ekonomiczne sankcje dla czterech przywódców plemion i organizacji z Bliskiego Wschodu za powiązania z terroryzmem

Celem nałożonych przez USA sankcji ekonomicznych jest ograniczenie dostępu objętych nimi osób do środków finansowych bądź innych aktywów, tak aby uniemożliwić im działalność terrorystyczną.

Resort finansów USA poinformował w piątek o nałożeniu sankcji ekonomicznych na czterech mężczyzn na Bliskim Wschodzie, którzy – jak wskazano w oświadczeniu – „dopuścili się aktów terroru bądź istnieje poważne ryzyko, że takich aktów się dopuszczą”.

Sankcjami objęci zostali dwaj jemeńscy przywódcy plemienni – Haszim Muhsin Ajdarus al-Hamid i Chalid Ali Mabchut al-Aradah – oraz jeden z przywódców libańskiego Hezbollahu Haszem Safieddine i szef operacji Państwa Islamskiego na Synaju Muhamad al-Isawi.

Według resortu finansów USA, objęci sankcjami Jemeńczycy wspierali Al-Kaidę na Półwyspie Arabskim, pomagając w transferze pieniędzy oraz przerzucie broni i ludzi.

PAP/LK

Anna Maria Anders: Polska nie jest bogatym krajem – najpierw musimy zadbać o swoich, potem będziemy myśleć o innych

Pod koniec 2015 roku Polska zadeklarowała możliwość relokowania 100 uchodźców, lecz ze względu na „brak gwarancji bezpieczeństwa” proces ten został anulowany w maju ubiegłego roku.

– Ja widzę Polskę jako piękny i bezpieczny kraj. To nie jest tak, że nie mamy litości. Mamy nową ustawę o repatriacji, będziemy wprowadzać swoich ludzi. Polska nie jest bogatym krajem. Rozumiem te wszystkie kraje, które były pod władzą komunistyczną przez wiele lat i boją się inwazji islamu. Widzimy, co się dzieje we Francji, w Belgii, w Anglii. Powinniśmy być wdzięczni, że mamy taki kraj, w którym możemy chodzić po Nowym Świecie czy ulicami Krakowa i nie bać się, że coś wybuchnie. To nie chodzi o litość.  Najpierw zadbamy o swoich, potem będziemy myśleć o innych – powiedziała minister.

Tymczasem w Brukseli wiceszef MSWiA Jakub Skiba przyznał, że Polska zadeklarowała jakiś czas temu możliwość relokowania 100 uchodźców, ale nasze służby nie były w stanie upewnić się, czy ci, którzy mieliby trafić do Polski, są faktycznie tymi, za kogo się podają. Jak tłumaczył, były przypadki sfałszowanych paszportów – wiek osoby, która miała być relokowana, nie zgadzał się z wiekiem na dokumencie. „Nie było żadnych gwarancji zweryfikowania tożsamości” – oświadczył Skiba.

Polska zgłosiła wstępną gotowość przyjęcia 100 uchodźców – 65 z Grecji i 35 z Włoch – pod koniec 2015 roku. Kraje te zmagają się z masowym napływem imigrantów i uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu – głównie z Syrii, Afganistanu i Iraku. Według danych Biura Wysokiego Komisarza ONZ do Spraw Uchodźców (UNHCR), tylko w 2015 roku do Europy przez Morze Śródziemne trafiło ponad 1 mln osób.

Eksperci Urzędu do Spraw Cudzoziemców kilkadziesiąt razy wyjeżdżali do Włoch i Grecji, wspomagając tamtejsze służby w prowadzeniu procedur azylowych. Praca Polaków była koordynowana przez unijną agencję EASO (Europejski Urząd Wsparcia w dziedzinie Azylu). Misje w Grecji były kierowane na wyspy położone najbliżej wybrzeża tureckiego: Lesbos, Samos, Leros, Kos i Chios oraz do Aten i Salonik. We Włoszech Polacy pracowali na Sycylii oraz w Rzymie i Mediolanie.

– Praca polskich ekspertów za granicą jest bardzo wysoko oceniana przez naszych partnerów. Urząd do Spraw Cudzoziemców deklaruje gotowość dalszej pomocy krajom Unii Europejskiej zmagającym się z masowym napływem migrantów – mówił PAP szef UdSC Rafał Rogala.

Wiceminister Skiba przypomniał, że każda osoba wnioskująca o nadanie statusu uchodźcy musi przejść weryfikację pod względem bezpieczeństwa. Zajmowały się tym zarówno służby kraju dokonującego pierwszej rejestracji cudzoziemca, jak i służby państw członkowskich, które otrzymywały dokumentację relokowanego uchodźcy.

Osoby zgłoszone przez Grecję i Włochy były weryfikowane pod kątem potwierdzenia ich tożsamości, wiarygodności i bezpieczeństwa. Resort spraw wewnętrznych i administracji podkreślał, że dopóki osoby napływające z Afryki i Bliskiego Wschodu do Europy nie zostaną odpowiednio zweryfikowane, „istnieje zagrożenie, że wśród relokowanych cudzoziemców mogą znaleźć się osoby związane z terroryzmem”.

W maju 2016 roku MSWiA poinformowało PAP, że ze względu na „brak osiągnięcia poziomu gwarancji bezpieczeństwa” proces relokacji uchodźców z terytorium Włoch został anulowany. Resort wskazywał, że również po stronie greckiej wystąpiły problemy, które „uniemożliwiły efektywną weryfikację”.

W misje związane z kryzysem migracyjnym zaangażowana jest także Straż Graniczna. Tylko w 2016 roku ponad 100 funkcjonariuszy SG służyło m.in. w Grecji, Bułgarii, Rumunii, Hiszpanii, Francji, Chorwacji, we Włoszech i na Węgrzech. Polacy pełnili służbę na granicach w rejonach szczególnie narażonych na napływ imigrantów.[related id=”17867″]

W rozwiązanie kryzysu migracyjnego jest zaangażowane także polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które w ub.r. przekazało 12 mln zł dotacji na program pomocy 10 tysiącom syryjskich uchodźców przebywających w Libanie (na terenie czteromilionowego Libanu mieszka przynajmniej milion syryjskich uchodźców). Koordynatorem programu jest Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej – jedyna polska pozarządowa organizacja humanitarna działająca w tym kraju od 2012 roku. Środki zostały przeznaczone m.in. na schronienie i zapewnienie uchodźcom podstawowej opieki medycznej.

Kwestie dotyczące m.in. osiedlania się uchodźców w kraju bezpiecznym reguluje prawo międzynarodowe, w szczególności Konwencja Genewska z 1951 roku. Zgodnie z nią cudzoziemcowi nadaje się status uchodźcy, jeżeli na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej nie może lub nie chce korzystać z ochrony własnego kraju.

PAP/LK

Paweł Mucha: Min. Szyszko został prezydentem szczytu klimatycznego COP24, którego Polska będzie gospodarzem w 2018 r.

Minister środowiska Jan Szyszko został wybrany na prezydenta COP24 – poinformował w czwartek Polską Agencję Prasową rzecznik Ministerstwa Środowiska Paweł Mucha. To już trzecia prezydentura Polski.

Paweł Mucha poinformował we czwartek, że minister środowiska Jan Szyszko będzie zarządzał prezydencją i organizacją szczytu klimatycznego, która się odbędzie w 2018 roku w Polsce. Rzecznik ministerstwa zaznaczył, że decyzję w tej sprawie podjęła konwencja klimatyczna ONZ.

[related id=”15262″]

Na szczycie będą „podejmowane ważne z punktu widzenia polskiej gospodarki decyzje” – powiedział. Dodał, że od 2020 roku wchodzi w życie Porozumienie Paryski, które, „dzięki zabiegom ministra środowiska prof. Jana Szyszko podczas konferencji paryskiej”, obejmują m.in. kwestie lasów pochłanianiających dwutlenek węgla i w związku z tym pełniących niezwykle istotną – z punktu widzenia problemu nadmiernej koncentracji tego związku chemicznego w atmosferze – rolę w środowisku.

Rzecznik wyjaśnił, że postanowienia szczytu klimatycznego w Polsce będą uszczegóławiały ustalenia porozumienia klimatycznego z Paryża z grudnia 2015 roku.

– Polska jest liderem, jeśli chodzi o zajmowaną przez lasy powierzchnię kraju. Blisko jedna trzecia terenu Polski to lasy. Mamy więc ogromny potencjał. Możemy zatem uzyskać postulowaną przez Porozumienie Paryskie neutralność klimatyczną, czyli wyrównanie poziomu emisji z ilością dwutlenku węgla pochłoniętą przez lasy – podkreślił Mucha.

W komunikacie na stronie internetowej Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych ws. zmian klimatu podano, że Polska po raz trzeci będzie przewodniczyć konferencji, a minister Szyszko po raz drugi obejmie funkcję prezydenta COP.

W ramach przyszłorocznego szczytu odbędą się: 24. Konferencja Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP24), 14. Spotkanie Stron Protokołu z Kioto (CMP 14) i konferencja sygnatariuszy Porozumienia Paryskiego (CMA 1). W szczycie weźmie udział kilkanaście tysięcy osób z ponad 190 krajów – politycy, a także reprezentanci organizacji pozarządowych, środowisk naukowych i biznesu.

PAP/JN

Były szef MSWiA i były wiceminister finansów za rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej są oskarżeni o korupcję

Poza Krzysztofem Janikiem i Wiesławem C. na ławie oskarżonych zasiądą byli szefowie katowickiego aparatu skarbowego i przedsiębiorca, który miał wręczać łapówki. Oskarżeni nie przyznają się do winy.

Były minister spraw wewnętrznych i administracji Krzysztof Janik z SLD oraz były wiceminister finansów za rządów SLD Wiesław C. odpowiedzą wkrótce przed sądem za przyjmowanie w latach 2004-05 łapówek od jednej z katowickich firm kooperującej z kopalniami.

Informację o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia przekazał w czwartek PAP rzecznik Prokuratury Regionalnej w Katowicach Ireneusz Kunert. Przed sądem odpowie pięć osób. Na ławie oskarżonych zasiądą także byli szefowie katowickiej skarbówki i przedsiębiorca, któremu zarzuca się wręczanie łapówek. Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy.

Sprawa dotyczy dostarczającej m.in. artykuły chemiczne dla kopalń katowickiej firmy, która przed laty miała poważne zaległości podatkowe. Śledztwo rozpoczęło się od zawiadomienia złożonego przez Andrzeja B., współwłaściciela tej firmy. Według niego spółka korumpowała urzędników, by mieć wpływ na kontrole skarbowe i uzyskać umorzenia zobowiązań podatkowych. Świadek zeznał, że był naocznym świadkiem korupcyjnych zachowań. Obciążył swojego wspólnika Antoniego G. i inne osoby, które odpowiedzą przed sądem.

Zarzuty wobec Janika dotyczą lat 2004-05. Był on w tym czasie posłem. Według prokuratury przyjął od katowickiej firmy 140 tys. zł – w 13 ratach – za pośrednictwo w skontaktowaniu jej przedstawicieli z osobami pełniącymi funkcje publiczne w organach skarbowych. „Informował, kto w katowickich organach skarbowych będzie kompetentny, by podejmować decyzje” – powiedział Kunert. Janik usłyszał 13 odrębnych zarzutów.

Innym oskarżonym jest Wiesław C., który był posłem SLD kilku kadencji Sejmu, a w latach 2001-04 sekretarzem stanu w resorcie finansów i generalnym inspektorem kontroli skarbowej. Zdaniem prokuratury od katowickiej firmy C. przyjął 240 tys. zł korzyści majątkowych – „w zamian za przychylność i gotowość podjęcia działań należących do jego kompetencji”. Miał też udzielać Antoniemu G. porad w zakresie prawa podatkowego i wskazywać osoby pełniące funkcje w organach skarbowych, które rozpoznawały sprawy podatkowe spółki i mogły decydować o umorzeniu należności.

Według ustaleń prokuratury była wiceszefowa Izby Skarbowej w Katowicach Elżbieta K. – za życzliwość polegającą na wskazaniu uchybień i ukierunkowaniu przy sporządzaniu dokumentacji – przyjęła korzyści majątkowe o wartości ok. 10 tys. zł, m.in. w postaci obrazu czy patery. Firma rzeczywiście uzyskała umorzenie części zobowiązań podatkowych – podał Kunert.

Były dyrektor Izby Skarbowej w Katowicach Henryk Ś. jako jedyny nie ma zarzutów o charakterze korupcyjnym; odpowie przed sądem za przekroczenie uprawnień. Miał namawiać Elżbietę K. do przychylności wobec firmy.

Oskarżeni podczas śledztwa w składanych wyjaśnieniach nie przyznali się do winy. To stanowisko podtrzymuje także Janik. „Nie uczestniczyłem w tym procederze, nie brałem żadnych pieniędzy. Stawiane mi zarzuty opierają się na zeznaniach jednego świadka. Prokuratura jest samodzielnym organem i może podejmować swoje decyzje” – powiedział były minister w czwartek PAP. Zgodził się na podawanie nazwiska.

W innym wątku śledztwa prokuratura badała, czy Antoni G. korumpował także wysokich rangą oficerów policji. Umorzyła tę sprawę z uwagi na brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa.[related id=”18693″]

Umorzona została także sprawa Andrzeja B. – skorzystał z klauzuli bezkarności, przysługującej osobie, która zawiadomi organy ścigania o korupcji. Prokuratura zaznacza, że choć sprawa w dużej mierze opiera się na jego zeznaniach, w śledztwie zgromadzono także inny materiał dowodowy, potwierdzający zarzuty, jak dokumenty, zapisy i logowania telefonów.

Liczący około 60 stron akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód.

Krzysztof Janik w PRL należał do PZPR, później był jednym z założycieli SdRP. Od 1997 roku do rozwiązania tej partii był sekretarzem generalnym SdRP. Od założenia SLD w 1999 roku był sekretarzem generalnym również tego ugrupowania. Później był jednym z wiceszefów SLD i szefem klubu SLD w Sejmie, a 2004 roku także szefem tej partii.

Posłem był od 1993 roku, w wyborach startował zawsze z Tarnowa. W latach 1996-97 jako podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta zajmował się sprawami samorządowymi. Po uchwaleniu w 1997 roku konstytucji zabraniającej łączenia wysokich funkcji państwowych z mandatem poselskim wybrał Sejm. Resortem spraw wewnętrznych kierował w latach 2001-2004 w rządzie Leszka Millera. W późniejszych wyborach parlamentarnych kandydował bez powodzenia.

PAP/LK

W poniedziałek 22 maja rusza proces byłego oficera Wojska Polskiego, na którym ciąży zarzut związany ze szpiegostwem

Najpoważniejszy zarzut jest związany ze zbieraniem dokumentów papierowych i elektronicznych, w tym dokumentów niejawnych, w celu udzielenia ich obcemu wywiadowi. Za taki czyn grozi do 8 lat więzienia.

Proces porucznika rezerwy Wojska Polskiego Piotra C.  rusza 22 maja przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie – ustaliła Polska Agencja Prasowa.

Jak powiedział w czwartek PAP rzecznik WSO sędzia ppłk Tomasz Krajewski, proces będzie toczył się z wyłączeniem jawności.

Akt oskarżenia wysłała 7 kwietnia Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Rzecznik prokuratury Michał Dziekańskie nie ujawnił szczegółów sprawy. Powiedział, że Piotr C. jest oskarżony przede wszystkim o szpiegostwo – zbierał m.in. tajne dokumenty, które zamierzał przekazać obcemu wywiadowi. Za taki czyn grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia.

Do 10 lat więzienia grozi formalnie C. za inne przestępstwo objęte aktem oskarżenia – samowolne zabranie amunicji z jednostki wojskowej, jednak w tym przypadku chodzi tylko o trzy sztuki amunicji. Były oficer jest też oskarżony o przechowywanie dokumentów niejawnych poza kancelarią tajną jednostki wojskowej.

Piotr C. przebywa w areszcie od czasu, gdy został zatrzymany w grudniu 2016 roku. Był poszukiwany listem gończym od sierpnia 2016.

Sprawę prowadził wydział ds. wojskowych prokuratury okręgowej pod nadzorem departamentu ds. wojskowych Prokuratury Krajowej. Ta ostatnia podawała, że chodzi o byłego oficera 1. Bazy Lotnictwa Transportowego w Warszawie, która powstała w miejsce 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego (rozwiązanego po katastrofie smoleńskiej).

Prokuratura i Żandarmeria Wojskowa nie informowały, na czym miała polegać działalność porucznika ani na rzecz jakiego państwa miał on działać.

W 2015 r. media pisały o namierzeniu oficera Sił Powietrznych podejrzewanego o szpiegostwo. „Gazeta Wyborcza” podawała wtedy, że chodzi o pilota śmigłowca, który służył w 36. pułku. Podkreślała, że działalność oficera nie miała związku z katastrofą smoleńską.

Oficer miał zostać zatrzymany w 2014 roku przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. Nie został aresztowany; przebywał na zwolnieniu lekarskim. Jak wynika z listu gończego w tym czasie odszedł ze służby.[related id=”19468″]

Według mediów w tej sprawie doszło do zatargu między SKW a prokuraturą o skalę zarzutów – SKW chciała zarzutu szpiegostwa, a prokuratura wojskowa – uznania działań oficera za przestępstwo mniejszej wagi, związane z niedopełnieniem obowiązków dotyczących materiałów niejawnych.

Wielokrotnie sprawa C. była przedmiotem obrad komisji ds. służb specjalnych w poprzedniej kadencji Sejmu. Informacje w tej sprawie przedstawiały zarówno SKW i Żandarmeria Wojskowa, jak i prokuratura.

W marcu br. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał na cztery lata więzienia za szpiegostwo na rzecz Rosji Stanisława Sz., prawnika z obywatelstwem Polski i Rosji. Według sądu wykonywał on zlecenia wywiadu wojskowego GRU dotyczące polskiej energetyki. Obrona zapowiedziała apelację.

Stanisław Sz. i ppłk. Wojska Polskiego Zbigniew J. zostali aresztowani w październiku 2014 roku. Sprawy wojskowego i cywila łączą się, ale związek nie polega na tym, że ze sobą współdziałali – mówił w 2014 roku ówczesny prokurator generalny Andrzej Seremet. W 2016 roku Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie skazał J. na sześć lat więzienia (dobrowolnie poddał się on karze).

PAP/LK

Rzeczpospolita: UE chcąc obowiązkowego czteromiesięcznego urlopu rodzicielskiego dla ojców, pozbawia rodziców wyboru

KE przedstawiła projekt dyrektywy, zgodnie z którym 4 miesiące urlopu rodzicielskiego będzie musiał wykorzystać ojciec dziecka, inaczej prawo do płatnej opieki przepadnie – donosi „Rzeczpospolita”.

– Projekt dyrektywy w sprawie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym rodziców i opiekunów to kolejny pomysł Unii Europejskiej, który, mając na celu aktywizację zawodową kobiet, może przyczynić się do destabilizacji rodziny i więzi matki z dzieckiem oraz do odebrania rodzicom prawa wolności wyboru w sferze życia rodzinnego i pracy zarobkowej –  powiedziała „Rzeczpospolitej” Magdalena Olek, przedstawicielka Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris.

Projekt Komisji Europejskiej przewiduje m.in. redefinicję unijnego urlopu rodzicielskiego, który ma być płatnym urlopem przysługującym każdemu pracownikowi indywidualnie w wymiarze co najmniej czterech miesięcy, bez możliwości przeniesienia go na drugiego rodzica, donosi „Rzeczpospolita”. Projekt dyrektywy głosi, że  jeśli rodzic go nie wykorzysta – urlop przepadnie. Bruksela w ten sposób dąży do aktywizacji zawodowej kobiet i do równego podziału obowiązków domowych i rodzinnych między kobietami a mężczyznami jako realizacji prawa do równouprawnienia płci.

Przy obecnie obowiązujących przepisach polskiego kodeksu pracy powyższe zmiany oznaczają, że matka miałaby prawo maksymalnie do niecałych dziewięciu miesięcy płatnego urlopu związanego z opieką nad nowo narodzonym dzieckiem. Pozostałe cztery miesiące w pierwszym roku życia dziecka musiałby wykorzystać ojciec – w przeciwnym razie prawo do płatnego urlopu rodzice noworodka utracą.

– Jeśli Polska chciałaby utrzymać prawo matki do rocznej płatnej opieki nad dzieckiem, ustawodawca musiałby wydłużyć prawo do płatnego urlopu do 16 miesięcy lub wprowadzić zasiłek za część urlopu wychowawczego” – wskazuje Ordo Iuris w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej”. Projekt nowej dyrektywy regulującej urlopy rodzicielskie, który zaproponowała Komisja Europejska, odbiera rodzinie prawo do swobodnego kształtowania relacji wzajemnych, zmuszając ich „do przyjęcia określonego przez Brukselę modelu funkcjonowania oraz narażając na szwank więź matki z dzieckiem” – powiedziała „Rzeczpospolitej” Magdalena Olek .

Rzeczpospolita/MoRo

Wiceminister środowiska Mariusz Gajda: Chińczycy i tak dotrą do Europy. W naszym interesie jest to wykorzystać

„Możemy zarobić na oczyszczaniu chińskiej wody” – powiedział gość Poranka Wnet Mariusz Gajda po powrocie z Pekinu, gdzie brał udział w Forum Pasa i Szlaku w delegacji rządowej z premier Beatą Szydło.

Skutkiem jego wizyty było m.in. podpisanie w imieniu rządu RP dokumentu o współpracy nad zasobami wodnymi z Ministerstwem zasobów wodnych Chin: „Ta współpraca nie jest związana z porozumieniem finansowym. Bardziej chodzi o wymianę doświadczeń, rozwiązywanie problemów.”

Zwrócił uwagę na to, że w Chinach zasoby wodne są bardzo zanieczyszczone ściekami przemysłowymi oraz ściekami komunalnymi. Poinformował, że podczas rozmów „Chiny zadeklarowały teraz, że chcą zająć się tym problemem”.

Jak powiedział wiceminister środowiska, jest w tym duży potencjał biznesowy dla Polski: „Możemy zarobić na oczyszczaniu chińskiej wody”. Podkreślił, że Polska ma bardzo dobrze rozwiniętą technologię związaną z oczyszczalniami ścieków, ogólnie z  gospodarką wodno-ściekową.”Co ważne, te systemy są trudne do podrobienia przez inne państwa”.

Mariusz Gajda mówił również o Forum Pasa i Szlaku. Podkreślił, że Chińczycy dążą do tego, aby stać się gospodarczym liderem azjatyckim.

– Oni i tak  dotrą do Europy – i to w naszym interesie jest, aby to wykorzystać. Jeżeli Polska nie będzie chciała w handlu, to skorzystają na tym Węgrzy czy Słowacy.

Zapraszamy do wysłuchania całej audycji Witolda Gadowskiego.

JN