Rosyjska Duma atakuje Polskę. Ustawa antykomunistyczna „to bluźnierczy akt”, który „znieważa pamięć” Armii Czerwonej

Rosyjska Duma wystosowała apel, w którym określa ustawę zakazującą propagowania komunizmu jako bluźnierczy akt i oznajmia, że nie można wybaczyć tym, którzy znieważają pamięć żołnierzy Armii Czerwonej

W przyjętym dokumencie Duma oświadcza, że apel skierowany jest do parlamentów krajów europejskich i do międzynarodowych organizacji parlamentarnych „w związku ze znieważeniem pamięci żołnierzy poległych podczas wyzwalania Europy od nazizmu”.

Deputowani zwracają się „o zdecydowane potępienie coraz częstszych przypadków niszczenia i bezczeszczenia pomników i obiektów memorialnych wzniesionych ku czci żołnierzy państw koalicji antyhitlerowskiej”. „Nie można wybaczyć tym, którzy znieważają pamięć żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej, partyzantów, bojowników ruchu oporu, ofiar Holokaustu” – głosi apel.

„Na naszych oczach wzmaga się dążenie pozbawionych zasad polityków, by napisać historię na nowo i zrewidować rezultaty II wojny światowej. Nie można na przykład inaczej ocenić zapewnienia w Polsce, w ramach 'ustawy o dekomunizacji’ (…), możliwości rozbiórki i demontażu blisko 500 pomników i obiektów memorialnych wzniesionych dla uczczenia żołnierzy Armii Czerwonej” – głosi apel Dumy Państwowej.

W tekście mowa jest również o „bluźnierczym akcie władz polskich”, u którego podstaw leży „chęć umniejszenia decydującej roli Armii Czerwonej” w zwycięstwie nad nazizmem.

Apel przyjęty przez Dumę przygotowali: przewodniczący Dumy Wiaczesław Wołodin, liderzy frakcji czterech partii zasiadających w Dumie i szef komisji spraw zagranicznych Dumy Leonid Słucki.

PAP/MoRo

 

Dzień 21. z 80 / Prezydent Zamościa: Rewitalizowana Akademia Zamojska wykształci studentów przybyłych z państw Trójmorza

ZAMOŚĆ 18.07 – Droga szybkiego ruchu z Zamościa do Warszawy, lotnisko, którym zarządzałoby miasto, i Pałac Zamoyskich jako prężne centrum hotelowo-konferencyjne to marzenia prezydenta Andrzeja Wnuka.

 

Droga ułatwiłaby kontakty z całą Polską i wpłynęła na jeszcze lepszy rozwój turystyki. Lotnisko, które decyzją wojewody jeszcze za poprzedniej koalicji PO-PSL zostało przyznane gminie, choć ta do tej pory nie wywiązała się z budowy pasa startowego, wpłynęłoby na poprawę komunikacji, a dodatkowo przysporzyłoby miejsc pracy. Aktualnie na płycie lotniska na 10-12 hektarach odbywa się największa w regionie giełda, na którą przyjeżdżają obywatele wszystkich państw ościennych i na niej zarabiają, „nie płacąc podatków i ZUS-u, a cierpi na tym nasz handel”- mówi prezydent.

Atrakcyjny turystycznie

Trzecie marzenie Andrzeja Wnuka zapewne spełni się najszybciej, bowiem niebawem gmach Pałacu Zamoyskich zostanie opuszczony przez sąd i ekipa prezydenta będzie mogła rozpocząć rewitalizację obiektu i przekształcić go w centrum hotelarsko-konferencyjne na 600 miejsc. Zdaniem  Andrzeja Wnuka:

– Zamość to miasto mocno osadzone w tradycji kresowej, magiczne miejsce, do którego chce się wracać. Z drugiej strony – to miasto tętniące życiem, świeże i na pewien sposób młode.

Zamość, perła polskiej architektury renesansowej, był prywatnym miastem ufundowanym przez największego magnata Korony Jana Zamoyskiego. Zbudowany został na antropomorficznym planie i jest dziś przykładem renesansowej architektury „miasta idealnego” – stąd licznie przybywający turyści. Zamojski Rynek Wielki okalają kamieniczki, a „każda ma swoją historię, i to nie tylko innego miasta, ale i innego państwa”, bo wśród nich są także m.in. kamienice ormiańskie, greckie, cały przekrój Europy.[related id=”28956″]

Wśród kamieniczek reprezentujących regiony należy wymienić kamienice turobińskie czy szczebrzeszyńskie, bo właśnie tu otrzymywali schronienie mieszczanie, którzy uciekali z tamtych miast, gdyż Zamość był niezdobytą twierdzą. Ostał się przed Kozakami, ostał się przed Szwedami… Tyle historia.

Ciągną do niego rzesze turystów z całego świata, bowiem jest to jedno z kilkunastu miejsc w Polsce wpisanych na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

– Miastu brakuje miejsc noclegowych, bowiem mamy ich tylko 1900, a bywają weekendy, gdy w Zamościu przebywa nawet 10 tysięcy turystów – powiedział gość Poranka Wnet.

Inwestycje: meblarstwo, najnowsze technologie, rolnictwo

– Zamość po przemianach ustrojowych nie był miastem szczególnie wybijającym się ani pod względem ilościowym, ani strukturalnym. Taki Biłgoraj, gdzie lokowano ośrodki przemysłowe, był o wiele prężniej rozwijającym się miastem – powiedział prezydent Wnuk pytany, dlaczego Zamość nie wykorzystuje swoich możliwości wynikających z położenia. Zwrócił uwagę na to, że najgłębszy regres nastąpił po reformie administracyjnej, kiedy to odebrano Zamościowi rangę miasta wojewódzkiego, ale dziś „miasto ma się coraz lepiej”.

– Mój poprzednik Marcin Zamoyski rozwijał turystykę, my postawiliśmy na gospodarkę – powiedział Wnuk. W trakcie jego prezydentury otwarto kilkanaście nowych przedsiębiorstw, które zatrudniają kilkaset osób. To powoduje, że miasto zaczyna być pozytywnie postrzegane nie tylko przez mieszkańców, ale również przez inwestorów.

– Jeśli jeden inwestor włoży pieniądze i mówi, że jest dobrze, to następny również przychodzi – powiedział prezydent Zamościa, który jest we władaniu gruntów przeznaczonych na Specjalną Strefę Ekonomiczną. Jest to podstrefa mielecka, która bardzo dobrze się rozwija -„przy ulicy Legionów nie mamy już wolnych działek”; rozpoczęto już parcelację w drugiej lokalizacji.

Andrzej Wnuk pochwalił się, że niedawno sprzedał dwie ostatnie działki z przeznaczeniem „pod drogi”, gdzie inwestorzy również chcą inwestować. Również działki w drugiej lokalizacji są sprzedawane i niebawem na przetargu będą wystawione 4 hektary z przeznaczeniem pod przemysł.

– To pokazuje, jak duże jest ssanie na tę podstrefę – powiedział. Niedawno otworzono fabrykę mebli i salon Masket, niebawem zostanie otwarta fabryka urządzeń WIFI Cyberbajt.

– Zrobiliśmy badania, czego potrzebują mieszkańcy, i okazało się, że główną potrzebą są miejsca pracy, ale dobrze płatne miejsca pracy – powiedział Andrzej Wnuk, pytany, czemu priorytetem w jego działalności jest wspieranie przedsiębiorczości. Zwrócił uwagę na to, że turystyka rozwijana przez jego poprzednika daje głównie nisko płatne etaty, które nie przyczyniają się do rozwoju lokalnej społeczności. Co prawda są one ważne i potrzebne, ale nie rozwojowe.

– Będziemy wspierać – jak to mówią naukowcy – endogenne obszary działalności gospodarczej, czyli przemysł drzewny, rolno-przetwórczy, ale też nowoczesne sektory przedsiębiorczości – powiedział, tłumacząc, że z tego powodu wdrożono między innymi zwolnienia w podatkach od nieruchomości, gdzie pracodawcy mogą liczyć nawet na czteroletnie okresy wolne od opłat.

– Gdy przychodziliśmy, Zamość dysponował 16 milionami na aktywną walkę z bezrobociem, w tym roku jest to już 35 milionów, co pokazuje skalę rozwoju tej formy działalności – powiedział prezydent Zamościa, który dumny jest ze zdobytych na ten cel zasobów i skutków działań swojej ekipy, bowiem aż jeden na trzech bezrobotnych znalazł pracę.

[related id=”29375″]- W wielu dziedzinach brakuje już nawet rąk do pracy – powiedział i wskazał liczne restauracje wokół Rynku, przy którym toczyła się rozmowa. Te restauracje ogłaszają, że poszukują kucharzy, barmanów czy kelnerów do pracy. – To oznaki, że specjalistów już zaczyna brakować.

Dotacje na rozwój Zamościa

Prezydent Zamościa ceni sobie współpracę z politykami z regionu zajmującymi się sprawami ogólnokrajowymi. Wymienił posłankę PiS Beatę Mazurek i senatora Jerzego Chróścikowskiego, który pomaga władzom municypalnym Zamościa we współpracy z Ministerstwem Kultury.

– Dzięki temu miasto pozyskuje również środki centralne, jak chociażby na obwodnicę zachodnią w wysokości prawie 82 milinów złotych czy rozbudowę hali wielofunkcyjnej  – powiedział.

– Pracujemy z grupą parlamentarzystów warszawskich nad koncepcją uczelni, która promowałaby ideę Trójmorza – pochwalił się prezydent Zamościa, który chciałby ściągnąć do Zamościa studentów z państw sygnatariuszy porozumienia, „aby kształcić kadry dla nowoczesnej Europy”.

Ponad 30 milionów złotych otrzymał Zamość na rewitalizację Akademii Zamojskiej. Te pieniądze pozwolą na to, aby obiekt odrestaurować i przystosować na potrzeby liceum, a także municypalnych instytucji kultury, które tam będą miały sale wystawowe. Za te fundusze obiekt ma zostać wyposażony w windy i przystosowany dla osób niepełnosprawnych. Budynek ten również będzie miał nowy mansardowy dach.

Całego wywiadu z Andrzejem Wnukiem można posłuchać w części czwartej Poranka Wnet z Zamościa.

MoRo

 

Andrzej Wnuk – polski przedsiębiorca, wydawca i samorządowiec, od 2014 r. prezydent Zamościa. Ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Był prezesem zarządu grupy wydawniczej Słowo Sp. z o.o., redaktorem naczelnym „Kroniki Tygodnia” i kwartalnika „Ceramika Budowlana”, doradcą gospodarczym licznych inicjatyw regionalnych i wykładowcą Wyższej Szkoły Społeczno-Przyrodniczej w Lublinie. Współtworzył Zamojskie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Animator Klastra Przemysłu Meblarskiego Polski Wschodniej. Autor projektów z PHARE 2002, m.in.: „Zamojskie Centrum Rozwoju Zawodowego”.

W wyborach w 2014 ubiegał się o prezydenturę Zamościa jako bezpartyjny kandydat z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Wygrał w drugiej turze głosowania, pokonując pełniącego dotychczas tę funkcję Marcina Zamoyskiego z wynikiem 50,35% głosów.

Czy sprowadzenie do Polski egzemplarzy Koranu z Turcji to początek akcji rozdawania tej księgi na polskich ulicach?

Kilka tysięcy Koranów to dopiero początek. Według naszych wiadomości w tureckiej drukarni jest już szykowany następny transport. Doświadczenia innych krajów każą przyglądać się temu z niepokojem.

Kilka dni temu pisaliśmy o dużym  transporcie polskich tłumaczeń Koranu, które zostały sprowadzone do naszego kraju z Turcji. Według naszych informacji egzemplarze te, obecnie przechowywane na ulicy Wiertniczej na terenie Muzułmańskiej Gminy Wyznaniowej, mają być przeznaczone do bezpłatnego rozdawania. Trudno oczywiście zabronić komukolwiek bezpłatnego rozpowszechniania książek, także religijnych. Warto jednak zauważyć, że u naszych zachodnich sąsiadów tego typu akcjom towarzyszył szczególny kontekst społeczny. W ubiegłym roku w Niemczech zdelegalizowano stowarzyszenie Prawdziwa Religia, które pod pozorem bezpłatnego rozdawania Koranu werbowało ochotników do walki na Bliskim Wschodzie.

[related id=”28434″ side=”left”]

Osobnym problemem jest sam tekst sprowadzonej do naszego kraju księgi. Czy rzeczywiście opiera się on na filologicznym tłumaczeniu wybitnego arabisty Józefa Bielawskiego? Pytanie to nie ma charakteru jedynie akademickiego. W krajach zachodnich zorientowano się już, że wobec zagrożenia propagandą islamistów aparat państwa powinien kontrolować, jaka wersja islamu jest propagowana wśród europejskich muzułmanów. Jeden z niemieckich ekspertów mówi jasno – problemu nie stanowi samo udostępnianie tekstu z 1400-letnią tradycją, problemem jest, kto go rozdaje i w jakim celu. Czy w Polsce ktoś zdaje sobie z tego sprawę ?

Wolontariusze rozdający Koran na ulicy we Frankfurcie. Gest tawheed, czyli palec wskazujący uniesiony w górę, to symbol takfiri, czyli tych, którzy walczą z niewiernymi i apostatami, obrażającymi Allaha czczeniem innych postaci, np. Chrystusa| Fot. erasmus-monitor.blogspot.com

ax

 

 

Z notatnika Witolda Gadowskiego / Splot interesów związanych z produkcją i handlem substancjami odurzającymi w Bogatyni

Tabletki zawierające pseudoefedrynę są w ilościach hurtowych skupowane przez handlarzy. Po czeskiej stronie granicy gangi produkują z nich metamfetaminę, sprzedawaną potem w klubach i na dyskotekach.

Przy okazji pobytu w Bogatyni Krzysztof Skowroński zapytał Witolda Gadowskiego o „układ bogatyński” związany z przestępczością narkotykową.

Zainteresowanie Witolda Gadowskiego Bogatynią rozpoczęło się w związku z głośną śmiercią w Egipcie młodej kobiety pochodzącej właśnie z Bogatyni. Dziennikarz stwierdził, że nazywanie układem splotu interesów, których centrum jest Bogatynia, to przesada. Jednak prawdą jest, że te niejasne sprawy istnieją i zgodnie z wiedzą dziennikarza zbiegają się w osobie burmistrza Bogatyni.

Wystarczyło, że opublikował kilka informacji, które są znane wszystkim mieszkańcom miasta nieuwikłanym w żadne układy, by burmistrz powiedział o nim, że jest nieobiektywny i atakuje bezpodstawnie.[related id=29031]

– Od farmaceutów z okolicy wiem, ze do kilku aptek w Bogatyni dostarczana jest duża ilość tabletek Cirrus zawierających pseudoefedrynę. Te tabletki są w ilościach hurtowych, bez recept, skupowane przez handlarzy, a potem np. gangi wietnamskie tuż za granicą po stronie czeskiej produkują z nich metaamfetaminę, wyjątkowo niedobry i źle wpływający na układ nerwowy syntetyczny narkotyk, który jest potem rozprowadzany po dyskotekach i nocnych klubach. O tym oczywiście p. burmistrz nie wiedział, tak przynajmniej stwierdził oficjalnie – powiedział rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego.

Wszystkim w mieście wiadomo także, że jedyny na cmentarzu w Bogatyni kiosk jest prowadzony przez człowieka karanego za przestępstwa kryminalne i nadal podejrzewanego o sprzedawanie w tym kiosku  niedozwolonych rzeczy. Burmistrz musi o tym wiedzieć, bo takie sprawy nie mogą dziać się w mieście bez jego wiedzy, uważa Witold Gadowski.

Burmistrz jednak oświadczył, że nic mu na ten temat nie wiadomo. Na twierdzenie Witolda Gadowskiego, że w Bogatyni istnieje przestępczość narkotykowa, zwołał posiedzenie rady miasta, na którym obwołał dziennikarza fantastą.

Śmierć Magdaleny Ż. do dziś nie została wyjaśniona. Śledztwo w tej sprawie jest nadzorowane przez prokuraturę w Jeleniej Górze. Równolegle parę osób prywatnie prowadzi dochodzenie i zbiera informacje na własną rękę. Jeżeli oficjalne śledztwo nie przyniesie efektu, wówczas zostaną opublikowane wyniki śledztw prywatnych i dojdzie do konfrontacji posiadanych informacji.

Witold Gadowski powiedział, że na razie nie będzie mówił o najnowszych osiągnięciach tych prywatnych dochodzeń, żeby nie przeszkadzać w oficjalnie prowadzonym śledztwie. Przyznał, że nie ma jednak dobrego zdania o prokuraturze jeleniogórskiej i nie przypuszcza, żeby uzyskała satysfakcjonujący efekt.

Przypomniał sprawę Fabryki Maszyn Górniczych ze Zgorzelca. Dochodziło tam do nadużyć i dwóch pracowników usiłowało temu przeciwdziałać. W odwecie postanowiono postawić im zarzuty, kilku prokuratorów nie chciało podjąć się tej niejasnej sprawy. W końcu to kuriozalne, jak je nazwał Witold Gadowski, śledztwo poprowadziła właśnie prokuratura w Jeleniej Górze.

Podczas sesji rady miasta Bogatyni 7 maja 2017 roku przedstawiciel policji powiedział, że z roku na rok rośne liczba przestępstw dotyczących środków odurzających, z czego 40% jest ujawnianych. W zeszłym roku odnotowano tych przestępstw ponad 200, o kilka więcej niż rok wcześniej. Znaczna część została popełniona w mieście i gminie Bogatynia. Zarekwirowano ponad 32 000 porcji marihuany, 10 000 porcji amfetaminy. Ilości te w porównaniu do obszaru gminy są ogromne, porównywalne z ilościami z miast tej wielkości co Legnica, Jelenia Góra czy Wałbrzych. W dwóch przypadkach interweniowało Centralne Biuro Śledcze.

Burmistrz Bogatyni został zaproszony do Poranka, jednak nie skorzystał z zaproszenia.

Spotkani mieszkańcy miasta chwalili go m.in. za to, że kiedy Solidarność zwracała się do niego, udzielał jej pomocy.[related id=29013]

Krzysztof Skowroński wypytał także Witolda Gadowskiego o sytuację polityczną w Warszawie, gdzie Tomasz Lis rozpaczliwie i bezskutecznie nawoływał zwolenników sfrustrowanego, tracącego władzę i pieniądze establishmentu do wyjścia na ulice. Dziennikarz przytoczył też ciekawą rozmowę damy z dżentelmenem – Moniki Olejnik z Lechem Wałęsą.

Tego wszystkiego można posłuchać w piątej części Poranka Wnet z Bogatyni.

MS

 

„Układ”, który zniszczył niepokornego dziennikarza i wydawcę, wyciąga pieniądze ze „skarbonki bogatyńskiej”

– Były nawet ustawy, które obowiązywały przez 2-3 godziny, żeby mógł przykładowo jakiś transport z alkoholem przejechać. To był system dochodów ówczesnej władzy – powiedział wydawca Zdzisław Szostek.

– W swoim czasie pan Braun ocenił, że na Dolnym Śląsku pewien schemat się udał i to jest trochę przerażające, bo jeśli się udał, to znaczy, że my nadal w tym układzie funkcjonujemy – powiedział Zdzisław Szostek, były wydawca. Jego zdaniem jest

to schemat wypracowany „jeszcze przez obce mocarstwo”, bo przypomnijmy, że  Władimir Putin w swoim czasie stacjonował w Dreźnie, czyli odpowiedniku Dolnego Śląska po stronie niemieckiej.

– Tam byli specjaliści od wprowadzania nowych systemów, które miałyby rządzić jak perpetuum mobile, bo po co cały czas kontrolować politycznie, skoro zrobimy taki system, który sam się będzie kontrolować – powiedział rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego.

Jego zdaniem jest to w ten sposób ustawione, że nie można nawet przedstawić dowodów, konkretnych dokumentów na jego istnienie.

Układ musi się finansować

– Układ zawsze musi czemuś służyć, układ musi się z czegoś finansować – powiedział Szostek, który przypomniał o szeregu mafijnych porachunków, jakie miały miejsce w okolicach Bogatyni w latach 90.[related id=29143]

– Pod koniec lat 90. na Dolnym Śląsku mieliśmy do czynienia z grupami przestępczymi zajmującymi się przemytem papierosów, alkoholu, handlem żywym towarem. Później nagle wszystko znikło – powiedział Szostek, który uważa, że „został zrobiony rachunek sumienia”. Przypomniał, że wówczas do władzy doszło SLD i nie potrzebowało już „przerzucać alkoholu przez granicę, ponieważ mogło to zrobić na zasadzie ustaw dla siebie przygotowanych”. Jego zdaniem miała tu miejsce koordynacja działań.

– Były nawet ustawy, które obowiązywały przez dwie-trzy godziny, żeby mógł przykładowo jakiś transport z alkoholem przejechać. To był system dochodów ówczesnej władzy – powiedział Szostek.

– System bardzo szybko się zmienia i przyjmuje nowe formy. Kiedyś forma łapówki była bardzo prosta, czyli konkretnie koperta – powiedział Szostek. System łapownictwa jednak szybko dostosował się do dzisiejszych realiów, bo „układ” zaczął do swych celów wykorzystywać m.in. giełdę.

– Dekadę temu ktoś mówił komuś, żeby sobie kupił akcje firmy X, która nic nie znaczyła… po kilku miesiącach w sposób niewytłumaczalny z ekonomicznego punktu widzenia kurs akcji rósł o kilkaset procent – powiedział Szostek.

– Jeżeli tego procederu jeszcze nie upublicznili, bo przecież tym zajmowały się urzędy skarbowe, to kto wie, być może jeszcze to trwa – zastanawiał się rozmówca Krzysztofa Skowrońskiego.

Bogatynia – „tu są pieniądze”

– Afera paliwowa, chyba wszyscy w kraju pamiętamy – nie została do końca wyjaśniona, a to tu się wszystko zaczęło od wystawiania lewych faktur – powiedział Szostek, dla którego Bogatynia to jest „ewenement”.

To bogata gmina ze względu na elektrownię i kopalnię. Zwrócił uwagę na fakt, że mało mówi się o tej miejscowości nawet wtedy, gdy to jest coś dobrego. Informacje są stąd podawane zawsze w formie szczątkowej.

– W mojej opinii jest to idealna skarbonka jakiegoś „układu” – powiedział Szostek, który uważa, że mimo iż władza się zmienia, a w Bogatyni zawsze są „te same buty”, bo „tu są pieniądze”.

– Bogatynią rządziło SLD, a potem przejęła schedę Platforma – powiedział Szostek, którego zdaniem kolejni politycy, którzy przejmują tu stery rządów, po prostu przejmują też korzyści płynące z „układu”.

– Przedsiębiorstwa wrzucają do skarbonki – powiedział, pytany o to, kto wrzuca do skarbonki. W jego opinii wokół Bogatyni jest dużo osób, firm, instytucji, które wyciągają stąd pieniądze, bo to taka „dojna krowa”.

Czy jest w Polsce wolne dziennikarstwo?

– Po wyborach wielka euforia, ale po trzech miesiącach każdy zauważa, że tylko nazwiska się zmieniły, ale system nadal funkcjonuje – powiedział Zdzisław Szostek, kiedyś wydawca dużej, wpływowej „Gazety Powiatowej” na Dolnym  Śląsku, o którego działalności informowało już Radio Wnet cztery lata temu. Poważne kłopoty zaczęły się, gdy Zdzisław Szostek zadecydował, że chce być niezależny. Wycofano jego pismo z kiosków Ruchu, po prostu kolporterzy odmówili dystrybucji, reklamodawcy zrezygnowali z dawania ogłoszeń i wkrótce gazeta zbankrutowała.

Podczas swej pracy dziennikarskiej Szostek liczył, że kolejne ekipy, które dochodziły do władzy, będą chciały rozliczyć poprzedników i w jakiś sposób będzie mógł przekazać informacje na temat różnych afer i przekrętów mających miejsce na Dolnym Śląsku, ale po kolejnych wyborach okazywało się, że nikt nie chce go słuchać: „znowu ściana”.

Uważa, że bez względu na wynik wyborów presja „układu” była coraz większa i w końcu ktoś podjął decyzję o tym, żeby „zablokować pismo, zlikwidować gazetę”.

– Byłem pozbawiony źródła dochodu i musiałem zamknąć gazetę – powiedział Szostek, który rozgrywkę, jaką „układ” z nim prowadził, przyrównuje do partii szachów. Rządzący doprowadzili do sytuacji, w której „musiałem upaść, ale teraz każdy mówi to nie my, my mamy ręce czyste„.[related id=29013]

– Chciałem się przekonać, jako autor wielu publikacji o tak zwanych nieprawidłowościach, czy nie mamy tu do czynienia z jakąś mafią – mówił Szostek.

– Jeszcze żyję! Tylko pytanie, jak to życie ma wyglądać? – wydawca nie może znaleźć pracy, chociaż „niby się miało wszędzie dobrych znajomych”. „Wszyscy odwrócili się”, nawet ci, którzy w czasach wydawania gazety kibicowali niepokornemu dziennikarzowi.

– Dla pozostałych dziennikarzy, szczególnie tych lokalnych, mój przykład działa odstraszająco – powiedział Szostek. Uważa, że jest przestrogą dla młodych, którzy chcieli uprawiać prawdziwe dziennikarstwo.

– Czy jest ta wolność dziennikarska w naszym kraju? – pyta Szostek, który mimo problemów jest dumny z tego, co robił, i chciałby, aby w Polsce było wielu dziennikarzy takich jak on, którzy będą mieli odwagę podejmować trudne i ryzykowne tematy.

– Dziennikarstwo to nie praca, to styl życia – podkreśla – „trzeba to poczuć” i nawet „śnić na sposób dziennikarski”. Dzięki dziennikarstwu, gdy całkowicie posypało się jego życie zawodowe i prywatne, znalazł siłę, aby nie dać satysfakcji tym, którzy chcieliby zobaczyć jego nekrolog. „Walczy o siebie”, być może opublikuje książkę.

MoRo

Fragmenty wywiadu ze Zdzisławem Szostkiem, który przeprowadził Krzysztof Skowroński, zostały opublikowane w dzisiejszym Poranku Wnet w części 3 i 4. Chcesz posłuchać, kliknij tutaj

Nie milkną komentarze po śmierci dysydenta Liu Xiaobo. Represje rosną i coraz więcej ludzi w Chinach trafia do więzienia

Ludzie, którzy zostali ujęci w akcji na placu Tian’anmen, nadal siedzą w więzieniach. Za rządów Xi Jingpinga więźniów przybywa. W 2015 r. aresztowano 300 prawników zajmujących się prawami człowieka.

– Jest to wiadomość, która wstrząsnęła nie tylko światem chińskim, dysydentami chińskimi w Chinach i na całym świecie – powiedziała Hanna Shen. Śmierć Liu Xiaobo jest komentowana na całym świecie nie tylko przez Chińczyków, bowiem był to najbardziej znany chiński dysydent i to nie tylko z powodu otrzymania Pokojowej Nagrody Nobla, ale również dlatego, że był to człowiek, który brał udział we wszystkich najważniejszych wydarzeniach politycznych.  [related id=”29028″]

– W 1989 roku, kiedy wybuchły protesty na palcu Tian’anmen, Liu Xiaobo był za granicą na stypendium. Kiedy dowiedział się o protestach, natychmiast wrócił do kraju, aby być ze studentami, w tym studentami, których był nauczycielem – powiedziała Hanna Shen. Przypomniała, że za przyłączenie się do protestów został wówczas skazany na dwa lata więzienia i banicję. Nie mógł publikować w Chinach, a jego oficjalna kariera naukowa właściwie się skończyła. Drugim ważnym momentem w jego życiu, ale również w historii Chin, była publikacja Karty 08.

Manifest został podpisany przez 350 chińskich intelektualistów i działaczy praw człowieka w celu promocji reform i demokratyzacji Chin. Został opublikowany 10 grudnia 2008 roku, w 60. rocznicę podpisania Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Karta 08 wzoruje swój tytuł i styl na Karcie 77, antysowieckim manifeście czechosłowackich dysydentów z 1977 roku.

Mord polityczny na Liu Xiaobo

Liu Xiaobo, który włączył się w redagowanie Karty 08, rok później został za to skazany na 11 lat więzienia, jak się okazało – dożywotniego. W trakcie odsiadywania kary Liu Xiaobo, w 2010 roku, otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

– Oczywiście nie odebrał jej. Nie został wypuszczony z więzienia, a także nie pozwolono wyjechać z Chin na tę uroczystość jego żonie, która od tego momentu do dziś przebywa w areszcie domowym – powiedziała Shen.

Pod koniec życia Liu Xiaobo wielu polityków na całym świecie, wielu chińskich dysydentów i rodzina, wzywali chińskie władze, aby pozwoliły mu wyjechać na leczenie. Stany Zjednoczone, Niemcy, Tajwan deklarowały chęć przyjęcia dysydenta.

– Władze chińskie odmówiły, więc nic dziwnego, że wielu chińskich dysydentów, w tym Wang Dan, przywódca protestu z Tian’anmen, nazwał to „mordem politycznym” – powiedziała Shen.

Chińscy opozycjoniści nawet w innym kraju nie mogą czuć się bezpiecznie

W Hongkongu późno wieczorem, po 21.00, kiedy Chińczycy dowiedzieli się o śmierci Xiaobo, odbyła się modlitwa  i uczczono pamięć zmarłego – powiedziała nasza korespondentka. Na Tajwanie pamięta się oczywiście o Liu Xiaobo, prezydent Tajwanu poświęciła mu wpis.

Chiński pastor Bob Fu wezwał na swoim Facebooku, aby pamiętać nie tylko o Liu Xiaobo, ale również o innych ludziach więzionych teraz w Chinach, jak dr Wang Bing Zhangdan, który jest w więzieniu od 2002 roku. Budował on chińską opozycję w Stanach Zjednoczonych i kiedy w 2002 roku udał się do Wietnamu, został porwany i uwięziony.

Jak powiedziała Hanna Shen, teraz na Tajwanie żywa jest sprawa Wang Dana, tajwańskiego działacza na rzecz swobód obywatelskich, który niecałe cztery miesiące temu został zatrzymany w Chinach. Nie wiadomo, co się z nim dzieje i w jakim jest stanie, podobnie jak z wieloma innymi opozycjonistami, którzy znajdują się w Chinach, a wśród których nierzadkie są przypadki śmierci.

Korespondentka przypomniała, że dwa lata temu zmarł w chińskim więzieniu 94-letni biskup katolicki Cosmas Shi Enxiang, który spędził większość swego życia w chińskim obozie pracy. Z informacji przekazanych przez rodzinę wynika, że przez ostatnie miesiące przeżywał tortury; zagłodzono go na śmierć.

Coraz więcej ludzi trafia do więzienia za obronę praw człowieka [related id=29013]

– Śmierć Xiaobo to kolejny mord dokonany na działaczu chińskiej opozycji i tak to trzeba odbierać. Myślę, że w najbliższych dniach będziemy mieli wiele wypowiedzi ludzi zajmujących się Chinami, a także polityków, którzy będą nawoływać chiński rząd do wypuszczenia z aresztu wdowy po Liu Xiaobo i innych opozycjonistów z więzień – sądzi Shen. Nawet nie wiadomo, ilu jest więźniów politycznych w Chinach.

Ludzie, którzy brali udział w masakrze na placu Tian’anmen, nadal siedzą w więzieniach, a w ostatnich latach za rządów Xi Jingpinga ich przybywa. W 2015 roku aresztowano 300 prawników zajmujących się prawami człowieka w Chinach, pomagających chrześcijanom.

Mimo że władze chińskie utrzymują, że obozy pracy w Chinach są likwidowane, liczbę ich szacuje się na ponad tysiąc. Część z nich jest przedstawiana przez władze chińskie  jako zakłady pracy. Hanna Shen zwróciła uwagę, że chińskie zabawki często są robione w takich obozach pracy.

Wielkie korporacje, decydując się na umiejscowienie swoich fabryk w Chinach, często doskonale zdają sobie sprawę z tego, że warunki pracy wyglądają tam podobnie jak w obozach pracy i że „będą mogli zrobić wszystko”, np. zmuszać ludzi do pracy ponad siły przez 15-16 godzin dziennie, bez zapewnienia podstawowych warunków bezpieczeństwa.

MoRo

Audycji można wysłuchać w pierwszej części Poranka WNET z Bogatyni; kliknij tutaj

Dzień 16. z 80 / Stereotypy w relacjach polsko-niemieckich. Krygier: „Pod butą Niemców kryją się niepewność i kompleksy”

ZGORZELEC / Jan Bogatko: Istnieje określona grupa starszych ludzi, którzy nigdy nie idą na polską stronę, bo z góry wiedzą, że tam są złe produkty, że są oszukiwani, a benzyna jest mieszana z wodą.

– Pod niemiecką butą kryje się niepewność i kompleksy – uważa pisarka Joanna Krygier, która gościła w Poranku WNET w Zgorzelcu.

– My mamy do Niemców żal o to, że nie czują się winni z powodu II wojny światowej, a mnie się wydaje, że oni czują się winni, tylko zepchnęli ten kompleks winy tak bardzo głęboko, że powoduje to narastanie różnych warstw tych kompleksów – powiedziała Krzysztofowi Skowrońskiemu. Jej zdaniem nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale tak właśnie jest.

– Uważam, że to są ważne przemyślenia i warte „ubrania” w formę powieści czy inną książkową – ocenił Waldemar Gruna, redaktor naczelny Magazynu Polsko-Niemieckiego „Region Europa” i kolejny rozmówca goszczący w zgorzelskim Poranku WNET. Według niego często zarówno Polacy, jak i Niemcy o sobie nawzajem myślą stereotypowo.

– Znam różnych Niemców i w zasadzie oni wszyscy są wspaniałymi ludźmi. Tylko raz miałem dość nieprzyjemne spotkanie wiele, wiele lat temu, kiedy to zetknąłem się w Monachium z pewnym człowiekiem, który okazało się, że był w Warszawie w roku 1944 – powiedział Jan Bogatko, felietonista Radia WNET, współprowadzący dzisiejszy Poranek. Inaczej wygląda sprawa z młodymi Niemcami, którzy jeżdżą do Polski.  [related id=28850]

– W niemieckim Zgorzelcu występuje pewne zjawisko. Otóż istnieje określona grupa starszych ludzi, którzy nigdy nie przechodzą przez most, nie idą na polską stronę, bo z góry wiedzą, że tam są złe produkty, że są oszukiwani, a benzyna jest mieszana z wodą – powiedział Bogatko.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy o tym, jak się żyje na niemiecko-polskim pograniczu oraz o relacjach polsko-niemieckich. Rozmowa w części czwartej Poranka Wnet.

Żeby posłuchać całego poranka WNET, kliknij tutaj.

MoRo

 

Dzień 16. z 80/ Poranek WNET / Zgorzelec: Narkotykowa mafia pozostała, „coś się zmieniło, mordów już nie ma”

ZGORZELEC. Zastraszanie przez urzędy skarbowe, policję… ludzie znają te metody i boją się, że to ich dotknie, dlatego nie chcą uczestniczyć w odkrywaniu pewnych układów – powiedział Waldemar Gruna.

Poranku WNET w Zgorzelcu Krzysztof Skowroński rozmawiał z Janem Bogatką, Waldemarem Gruną oraz Włodzimierzem Krygierem. Tematem rozmowy były lokalne sprawy Zgorzelca i pogranicza polsko-niemiecko-czeskiego.

Przypadek profesora Stoecker’a z „uchodźcami”

Kilka lat temu profesor Winfried Stoecker – lekarz i założyciel oraz prezes Zarządu EUROIMMUN AG, międzynarodowy przedsiębiorca branży medycznej – kupił Kaufhaus Goerlitz, w odbudowie którego miały go wspomagać miejscowe instytucje.

– Wszystko szło dobrze dopóki profesor w wywiadzie, dla ważnej gazety regionalnej Sächsische Zeitung, nie opowiedział o swoich poglądach względem imigrantów. Zrobiła się wieka afera! – opowiedział Waldemar Gruna, przedsiębiorca ze Zgorzelca. Niemal natychmiast burmistrz Goerlitz stwierdził -„Nie chcemy takich inwestorów”.

– Profesora oskarżono o islamofobię, niemalże faszyzm. Miał wiele kłopotów również w Lubece, z której pochodzi – dodał Waldemar Gruna. Profesor Stoecker na forum publicznym przepraszał wielokrotnie za słowa, które padły w wywiadzie i tłumaczył, że został źle zrozumiany.

– To nic nie pomogło. Inwestycja została zatrzymana, ale… i to jest bardzo ciekawe , po trzech latach sytuacja się zmieniła, miasto pogodziło się z profesorem – powiedział Gruna. Profesor w tym czasie sprzedał swoją firmę w Lubece za 1 mld 200 mln euro farmaceutycznemu koncernowi amerykańskiemu i nadal  inwestował w Goerlitz.

– Dla profesora Kaufhaus Goerlitz to właściwie hobby – ocenił Jan Bogatko, który brał udział w wieczorze przedstawiającym projekt. Tam dowiedział się, że konserwator zabytków ma wielkie zastrzeżenia co do działalności profesora. – Rozumiem, że gdyby tym budynkiem zajmowały się gołębie i byłby odpowiednio udekorowany i upstrzony to odpowiadałoby to wizji konserwatora zabytków – ironizował Bogatko.

– Nie rozumiem dlaczego postępowe władze niemieckiego Zgorzelca nie otworzyły tam międzynarodowego bazaru, przecież tam można było budynek podzielić na piętra – zastanawiał się Bogatko. Jego zdaniem miasto wówczas „byłoby szczęśliwe i multikulturalne”.

– Profesor chciał, aby część pomieszczeń była udostępniona do wynajęcia Polakom – powiedział Waldemar Gruna, który stwierdził też, że profesor Stoecker liczył na klientów z Polski, bo Kaufhaus Goerlitz miał być wizytówką miasta.

Waldemar Gruna odniósł się także do problemu tzw. uchodźców. – Problem z imigrantami istniał i istnieje, chociaż już w mniejszym stopniu jest widoczny – stwierdził. Kwestie związane z uchodźcami stanowią „pewne tabu”, mimo że organizuje się spotkania i dyskusje na ten temat „to są to panele zamknięte”, w których uczestniczy niewiele osób. Problem imigrantów istnieje w społeczeństwie niemieckim i  prawdopodobnie podskórnie narasta. Wyraził obawę, że może to w przyszłości zaszkodzić dobrym relacjom polsko-niemieckim.

– Zmniejsza się liczba uchodźców, jak się tu określa imigrantów, w niemieckim powiecie zgorzeleckim ponieważ coraz więcej osób otrzymuje odmowę uzyskania azylu politycznego i musi opuścić kraj – poinformował Jan Bogatko.

Zgorzelec, Bogatynia, Zawidów kluczowy trójkąt dla przestępczości zorganizowanej

Tematem rozmowy w Poranku była też kwestia przestępczości na terenach przygranicznych.

– Narkotyki produkowane w Polsce i Czechach stanowią już od sześciu lat problem dla miasta Goerlitz – powiedział Waldemar Gruna. Starostwo w Goerlitz zrobiło nawet dwa, trzy lata temu akcję plakatową. Metaamfetamina, znana w Niemczech jako „Cristal” jest aktualnie produkowana na terenie Bogatyni i  Zgorzelca i stanowi poważny problem, ponieważ jest to środek silnie uzależniający, który powoduje duże spustoszenia w funkcjonowaniu mózgu.

Od około czterech lat istnieje polsko-niemiecka grupa policyjna, która zajmuje się ściganiem różnych przestępstw w tym związanych z produkcją narkotyków. Do tej pory udało jej się zlikwidować kilka „fabryk” metaamfetaminy w rejonie Bogatyni, na przykład w Zawidowie. „Zgorzelec, Bogatynia i Zawidów to taki łącznik między Polską i Czechami i Niemcami”, jeśli chodzi o zorganizowaną przestępczość. Ten „trójkąt” przewijał się również w głośnej sprawie Magdaleny Żuk – Polki, którą zamordowano lub popełniła samobójstwo w Egipcie.

– Ten temat lokalnie znany był już wcześniej – zastrzegł Gruna, który uważa że jest to bardzo trudna sprawa i „wiąże się z historią Zgorzelca w latach 80-tych i 90-tych”. Miasto Zgorzelec-Goerlitz w zasadzie „wyrosło na przemycie alkoholu”. Uważa, że już w latach siedemdziesiątych Zgorzelec znany był jako jedno z miejsc, w których produkuje się narkotyki.

– Statystycznie, średnio w tamtym okresie na jednego mieszkańca w Zgorzelcu przypadała większa liczba narkomanów niż w Nowym Jorku czy Warszawie – powiedział Gruna.

Pajęczyna władzy

Od kwestii przestępczości goście w studiu przeszli w rozmowie do zagadnień związanych z lokalną władzą w regionie Zgorzelca.

– Struktury tego miasta, które pochodzą z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, zachowały się i ciążą nad nim – ocenił Jan Bogatko, który elity rządzące w Zgorzelcu i okolicach uważa za „bardzo postępowe”.

Potwierdził to Waldemar Gruna: – To zagrożenie istniejące na obrzeżach Polski nie zostało do końca zlikwidowane. Jego zdaniem w tym układzie są zarówno politycy, samorządowcy, jak i biznesmeni. Obawia się on, że układ ten jest na tyle ustawiony i silny, że praktycznie jest nie do ruszenia. Kto jest kim w tym układzie to tajemnica poliszynela. Jednak nikt tego nie mówi głośno, bo ludzie się boją.

Dramatyzm sytuacji powiększa to, że środowiska, które stanowią „pajęczynę władzy” i „siatkę uaktywniającą się przy okazji różnych propagandowych posunięć” jest taki, że ci ludzie – jak twierdzi Jan Bogatko – trafiają na kluczowe stanowiska.

Waldemar Gruna uważa, że za naszą zachodnią granicą można spotkać patologie podobne do tych, które znamy z Polski: – Juergen Roth znany dziennikarz niemiecki sześć lat temu wydał książkę „W pajęczynie władzy”, opisując pewne metody działania, które również w Polsce były stosowane. Czyli zastraszanie przez urzędy skarbowe, policję… ludzie znają te metody i boją się, że to ich dotknie, dlatego nie chcą uczestniczyć w odkrywaniu pewnych układów – wyjaśnił Gruna.  [related id=28850]

– Burmistrzem Zgorzelca jest już drugą kadencję Rafał Gronicz z Platformy Obywatelskiej – powiedział Gruna, zapytany o to kto aktualnie sprawuje władzę w mieście.

– Przygraniczne historie zawsze są kryminogenne i obojętne jest w jakim miejscu świata się to dzieje – dodał przysłuchujący się rozmowie, Włodzimierz Krygier, mieszkaniec Zgorzelca. Uważa on jednak, że nie należy demonizować sytuacji.

Waldemar Gruna przypomniał historię porachunków mafijnych z lat 1995-2005. Były one bardzo krwawe. Bywało, że mordowano sześć osób w ciągu jednego dnia. Jest to co prawda historia, ale ma ona wpływ na to, jak postrzegają rzeczywistość ludzie tu mieszkający. Ta się zmieniła przynajmniej w tym sensie, że mordów już nie ma.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy z Waldemarem Gruną, Janem Bogatką i Włodzimierzem Krygierem w czwartej części Poranka Wnet.

MoRo

Dzień 15. z 80/ Poranek Wnet z Łęknicy/ Park Mużakowski – perła polskiej turystyki z listy Światowego Dziedzictwa UNESCO

Park zaprojektowany jako „obraz malowany za pomocą roślin”, wykorzystywał miejscową roślinność do podkreślenia walorów krajobrazu. W skład obiektu wchodzi również odbudowany zamek, mosty i arboretum.

 

Łęknica to niewielkie miasteczko w województwie lubuskim, leżące niemal na samej granicy Polski z Niemcami, nad Nysą Łużycką, na zachód od Żar. Mim że niewielkie, może się ono poszczycić zabytkami formatu światowego. Znajduje się tu dziewiętnastowieczny zespół pałacowo-parkowy, wpisany w 2004 roku na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dziś mało kto w Polsce wie o jego istnieniu. Po parku oprowadzali Krzysztofa Skowrońskiego Robert Brachun – właściciel firmy Leknica.net i Marek Maciantowicz – leśnik i dendrolog.

– Gdy pojechaliśmy na polskie targi we Wrocławiu w Hali Stulecia, Park Mużakowski, okazał się nowością i robił furorę, bo nikt kompletnie tego miejsca nie kojarzył – powiedział Robert Brachun, który przypomniał, że to jest takiej rangi obiekt, jak Wawel, krakowska starówka, kopalnia soli w Wieliczce, Zamość czy Malbork. – Według badań lubuskiego urzędu marszałkowskiego Park Mużakowski kojarzy jedynie 3 procent badanych, a więc „w granicach błędu statystycznego”.

– Można powiedzieć, że mamy w Łęknicy dwa obiekty którym patronuje UNESCO, to jest wspomniany już Park Mużakowski, ale też Geopark, który jest nową rzeczą i podlega ochronie dziedzictwa geologicznego.

Sama Łęknica, jak i jej okolice to bardzo malownicze tereny ze względu na ukształtowanie terenu po epoce lodowcowej. Wokół Łęknicy do tej pory przetrwała dobrze zachowana morena czołowa. Na tym terenie powstał Geopark.

– Przejście lodowca pół miliona lat temu miało duże znaczenie na ukształtowanie terenu i istnienie złóż mineralnych. Nacisk wytworzony przez lodowiec spowodował przemieszanie się różnych warstw geologicznych, co zaowocowało między innymi wypchnięciem ku górze bogatych złóż węgla brunatnego – powiedział Robert Brachun. Wyjaśnił, że przez tereny dawnej kopalni Babina biegnie aktualnie malownicza trasa geościeżki. Jest to obszar dawnych podziemnych i odkrywkowych eksploatacji węgla brunatnego oraz iłów ceramicznych, prowadzonych na skalę przemysłową w latach 1920-1973. W okolicy występuje około stu jezior, pięknych i kolorowych, m.in. szmaragdowych, granatowych, czerwonych. Istnieje tam podwodna trasa nurkowa. [related id=”28737″]

– Część z nich to jeziora utworzone po przejściu lodowca, a część to zalane tereny pokopalniane – powiedział Brachun. Na trasie geościeżki są również wybijające źródełka z wodami mineralnymi.

– Park Mużakowski, który jest częścią Geoparku, to największy park w stylu angielskim w Polsce – powiedział w Poranku WNET Marek Maciantowicz – leśnik i dendrolog, dla którego najcenniejszy jest unikatowy drzewostan parku z przedstawicielami takich gatunków, jak tulipanowce amerykańskie, magnolia drzewiasta czy kasztanowiec drobnokwiatowy, występujący jako krzew, którego kwiaty w USA zapylają kolibry, a w Polsce rodzaj motyla-ćmy – zawisak. Olbrzymia i ciekawa kolekcja różaneczników sprawia, że na przełomie maja i czerwca ogród, jak podkreśla Maciantowicz, jest szczególnie piękny, a od zapachów „można dostać zawrotu głowy”.

– Dąb mużakowski, który został tutaj wyhodowany, to ciekawostka dendrologiczna. Jego listki przypominają trochę liście laurowe – powiedział botanik. Cypryśnik błotny to kolejna ciekawostka dendrologiczna Parku Mużakowskiego, bowiem do 1941 roku było to drzewo znane jedynie z odcisków w węglu brunatnym i odnalazła je w górach Syczuanu wyprawa naukowa.

Park krajobrazowy o powierzchni 750 hektarów, rozciągający się po obu stronach Nysy Łużyckiej, wzdłuż której przebiega granica polsko-niemiecka, stworzony przez księcia Hermanna von Pückler-Muskau w latach 1815-1844, został harmonijnie wpisany w wiejski krajobraz. To zapoczątkowało nowe podejście do projektowania krajobrazu i wpłynęło na rozwój architektury krajobrazu w Europie i Ameryce.

Zaprojektowany jako „obraz malowany za pomocą roślin”, wykorzystywał miejscową roślinność do podkreślenia walorów istniejącego krajobrazu.  W skład obiektu wchodzi również odbudowany zamek, mosty i arboretum. Dzisiaj przez Park Mużakowski przebiega korytem Nysy Łużyckiej polsko-niemiecka granica. Jego obszar, obejmujący łącznie przeszło 700 ha, podzielony jest asymetrycznie rzeką pomiędzy niemieckie Bad Muskau (Saksonia) i polską Łęknicę (woj. lubuskie).

Po niemieckiej stronie znajduje się centralna część założenia, z głównymi budynkami, ogrodami i „pleasuregroundem” (ok. 1/3 historycznej kompozycji), po polskiej zaś – rozległy naturalistyczny park (ok. 500 ha). Obie części łączą dwa mosty parkowe: Most Podwójny oraz Most Angielski.

– Park jest rewitalizowany pod patronatem Rady UNESCO od 1989 roku – powiedział Maciantowicz. W miejscowym arboretum ogrodnik pałacowy miał pod swoją pieczą 2800 taksonów roślin, to jest więcej, niż stanowi cała flora Polski, z czego 1000 to gatunki drzewiaste.

Na rozwój turystyki gmina stara się pozyskiwać środki. Ma otrzymać wsparcie z programu Polska-Brandenburgia.

MoRo

Całej rozmowy o Parku Mużakowskim można posłuchać w pierwszej i drugiej części dzisiejszego Poranka Wnet; kliknij tutaj.

12.07 / W 80 dni dookoła Polski / Dzień 15. / Poranek WNET z Łęknicy koło Parku Mużakowskiego

Od północy do Łęknicy przylega XIX-wieczny park, wpisany w 2004 r. na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. 522 ha parku znajduje się po polskiej stronie granicy, a 206 ha po stronie niemieckiej.

Goście Poranka WNET:

prof. dr hab. Mariusz Orion Jędrysek – Sekretarz Stanu, Główny Geolog Kraju, Pełnomocnik Rządu Do Spraw Polityki Surowcowej Państwa;

Radosław Domagalski-Łabędzki – Prezes Zarządu KGHM Polska Miedź SA;

Robert Brachun – właściciel firmy Leknica.net;

Marek Maciantowicz – leśnik, dendrolog;

Piotr Kuliniak – burmistrz gminy Łęknica;

Józef  Tarnowy – dyrektor powiatowego urzędu pracy w Żarach;

Dariusz Śmigielski – właściciel Hotelu Mużakowskiego.


Prowadzący: Krzysztof Skowroński

Wydawca: Lech Rustecki

Realizator: Karol Smyk


Cześć pierwsza:

Robert Brachun oprowadza Krzysztofa Skowrońskiego po „Geoparku” w Łęknicy.

Radosław Domagalski-Łabędzki o 20-leciu debiutu akcji KGHM na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, o aktualnej sytuacji firmy i jej inwestycjach.

 

Część druga:

Prof.  Mariusz Orion Jędrysek o geologicznych bogactwach zachodniej części Polski i ich wykorzystaniu. W świetle najnowszych badań potencjał geologiczny Polski może okazać się większy niż dotąd uważano. Dlatego trwają prace nad nowym projektem polityki surowcowej państwa.

Polska ma międzynarodowy arbitraż w sprawie sporu o złoża miedzi w kraju.

Robert Brachun i Marek Maciantowicz o  Parku Mużakowskim, którego obszar znajduje się po obu stronach granicy polsko-niemieckiej. Ze względu na warunki klimatyczne zasoby roślinne Parku Mużakowskiego są unikalne w skali kraju.

 

 

Część trzecia:

Wiadomości Radia Warszawa i ogłoszenia

 

Część czwarta:

Burmistrz Piotr Kuliniak opowiada o ekonomicznym i społecznym charakterze gminy Łęknica. W rozmowie mowa między innymi  o rynku pracy, o zaniku przemysłu , o polsko-niemieckim handlu przygranicznym , o planach inwestycji w rozwój turystyki, a także o wpływie przemian własnościowych po 1989 roku na krajobraz okolicy.

W Łęknicy są dwa obiekty, którym patronuje UNESCO. To Park Mużakowski i Geopark.

Dalszy ciąg opowieści o Parku Mużakowskim i o Geoparku.

 

Część piąta:

Józef Tarnowy o pamięci o zbrodni wołyńskiej w Żarach, o kresowym pochodzeniu i współczesnej tożsamości mieszkańców Żar. Nasz rozmówca mówi o pasywności państwa polskiego wobec konsekwencji ludobójstwa na Wołyniu.

Piotr Kuliniak o atrakcjach turystycznych Łęknicy i okolic, między innymi o spływach kajakowych.

 

Cześć szósta:

Goście Poranka – Piotr Kuliniak, Robert Brachun i Marek Maciantowicz   podsumowują informacje o turystycznych atrakcjach Łuku Mużakowskiego i polsko-niemieckiego pogranicza – zarówno przyrodniczych, jak i historycznych, m.in. o podwodnej trasie turystycznej, o autentycznej  szubienicy (nieczynnej) i o bazaltowym moście w Kromlau.

Dariusz Śmigielski, właściciel Hotelu Mużakowskiego, mówi o ograniczeniach dla przedsiębiorczości w Polsce.


Posłuchaj całego Poranka WNET: