Mieczysław Gmiter: Mamy nadzieję, że ta chora sytuacja, która jest wokół Puszczy Białowieskiej, ulegnie zmianie

Dzień 31. z 80/ Poranek WNET/ Białowieża – Przekazy medialne o sytuacji w Puszczy Białowieskiej rozgłaszane na świecie i w Polsce są przekłamane. Zamiast się spierać, trzeba szybko zacząć działać.

O sytuacji w Puszczy Białowieskiej w dzisiejszym Poranku Wnet Tomasz Wybranowski rozmawiał z Mieczysław Gmiterem, byłym burmistrzem Hajnówki reprezentującym Społeczny Ruch Obrońców Puszczy Białowieskiej.

Zdaniem gościa nie trzeba wiele zrobić, aby sytuacja w Puszczy się poprawiła, niestety nagonka trwa. Gorąca atmosfera jest podtrzymywana przez tych wszystkich, którzy chcą zaszkodzić obecnemu rządowi i jego działaniom. Atakowany jest minister środowiska prof. Jan Szyszko. Wykorzystywane są przy tym wszystkie dostępne środki.

Puszcza Białowieska jest obecnie w stanie klęski ekologicznej. Jest to ogromna tragedia. Dla okolicznej ludności teraz najważniejsze jest jej ratowanie. Spory polityczne zostały odłożone na bok, a większość ludności popiera działania podjęte przez ministra Szyszkę. Wszyscy chcieliby, żeby Puszcza wróciła do stanu sprzed dziesięciu lat. [related id=32338]

– Od wieków mieszkańcy tej ziemi żyli wokół puszczy, współdziałali z tą puszczą, dbali o tę puszczę, sadzili drzewa w tej puszczy. To nieprawda, że jest to puszcza pierwotna, las naturalny, bo zawsze żył tu człowiek. Ostatnie badania wykazały, że na terenie Puszczy Białowieskiej były pola uprawne.

Gość Poranka zauważył, że Polaków dzielą poglądy polityczne, co przenoszą na spór dotyczący Puszczy. Nie powinni tego robić, ponieważ jest ona częścią Rzeczypospolitej.

Mieczysław Gmiter zaapelował do osób, które – jak minister Jan Szyszko – uważają, że dalsza bierna obrona doprowadzi do zaniku Puszczy, aby – tak jak czynią to „ekolodzy” – wysyłały pisma do Fransa Timmermansa, wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, na jego adres frans-timmermans-contact@ec.europa.eu.

Całego Poranka można posłuchać tutaj. Wywiad z Mieczysławem Gmiterem znajduje się w części czwartej.

MW

 

Co uniemożliwiło szybkie reagowanie na rozwój kornika? Co by było, gdyby zostawić Puszczę Białowieską samą sobie?

Dzień 31. z 80 / Białowieża / Poranek WNET – O tym, czy w Puszczy Białowieskiej potrzebne są wycinki oraz co ma wspólnego leśnik z konserwatorem zabytków – w dzisiejszej rozmowie w Radiu WNET.

W pierwszej części nadawanego z Białowieży Poranka WNET Tomasz Wybranowski rozmawiał z profesorem Rafałem Paluchem, pracownikiem Instytutu Badawczego Leśnictwa, i z Bartoszem Nowosadką, nauczycielem z Technikum Leśnego w Białowieży. Goście opowiadali o przyczynach gradacji kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej oraz o prawnych ograniczeniach uniemożliwiających leśnikom skuteczne przeciwdziałanie jego rozwojowi.

Czy w ogóle wycinki są potrzebne? Zdaniem gości, w części Puszczy są one niezbędne, w innych tylko potrzebne. Wycinki konieczne są tam, gdzie drzewa zaatakowane przez kornika zagrażają ludziom, a więc przede wszystkim przy drogach i szlakach turystycznych. Z kolei wycinki potrzebne są tam, gdzie są „świeże wgryzy” kornika – czyli tam, gdzie dopiero zadomawia się w nowych świerkach.

Są też miejsca, w których zgodnie z prawem zakazane są jakichkolwiek wycinki – drzewostany tzw. naturalne, drzewostany ponadstuletnie oraz parki narodowe i w rezerwaty. [related id=32338]

Gradacja kornika pojawiła się w 2012 r. i nasila się. Tym, co uniemożliwia walkę z nią, jest wprowadzona w 2012 roku definicja drzewostanu ponadstuletniego. Aby dany drzewostan uznać za „ponadstuletni” wystarczy, że jest w nim 10% drzew starych. Przy czym liczy się nie powierzchnia lub ilość drzew, ale ich tzw. miąższość, czyli objętość masy drzewnej w danym drzewostanie. W praktyce często wystarcza, że w danej uprawie będzie dziesięć starych dębów, a cały ten drzewostan zostanie uznany za ponadstuletni.

Gdy pojawia się kornik w takich drzewostanach, leśnicy nie mogą podejmować odpowiednich działań. W innych drzewostanach ich możliwości reagowania ogranicza zmniejszony o połowę w planie urządzenia lasu z 2012 r. limit pozyskania drewna.

Co się stanie, jeśli pozostawić Puszczę Białowieską samą sobie? Drzewostany świerkowe to około 25% całej Puszczy. W krótkim czasie już ich wtedy nie będzie albo pozostanie bardzo mało.

Goście Poranka podsumowali rozmowę stwierdzeniem, że warto przyjechać do Puszczy Białowieskiej i zobaczyć na miejscu, jak wygląda sytuacja. Zbyt wiele osób wygłasza na jej temat kategoryczne sądy, w ogóle wcześniej tutaj nie będąc. Porównali też pracę leśnika do pracy konserwatora zabytków.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w dzisiejszym Poranku WNET w części pierwszej.

JS

Czy człowiek jest największym wrogiem przyrody? Spór o kornika drukarza w Puszczy Białowskiej sporem filozoficznym?

Dzień 31. z 80 / Białowieża / Poranek WNET – O przyczynach gradacji kornika w Puszczy Białowieskiej oraz o filozoficznym i politycznym podłożu protestów ekologów i opozycji w rozmowie z Janem Szyszką.

[related id=”32504″]Tomasz Wybranowski, prowadzący Poranek WNET ze studia w Białowieży, rozmawiał z ministrem środowiska prof. Janem Szyszką. Głównym tematem rozmowy był oczywiście spór o działania podejmowane przez Ministerstwo Środowiska i leśników na terenie Puszczy Białowieskiej w związku z gradacją (czyli masowym mnożeniem się) kornika drukarza.

Opozycja ma – według gościa Radia WNET – „krótką pamięć”, jeśli chodzi o zaniechania w gospodarce leśnej w czasach, gdy rządziła koalicja PO i PSL. Przyczyną jest – jak to określił – „uległość wobec pewnej myśli filozoficzno-politycznej, która związana jest z układem liberalno-lewackim”. Według tej filozofii największym wrogiem zasobów przyrodniczych jest człowiek, a „najwyższą formą ich ochrony jest niewycinanie drzew i niezabijanie zwierząt”. Tę koncepcję realizuje totalna opozycja i ta koncepcja była też realizowana za czasów poprzedniego rządu.

Gradacja kornika drukarza rozpoczęła się w latach 2010-12. Dopiero za rządów PiS zaczęto jej przeciwdziałać. Miejscowi leśnicy doskonale znają historię drzewostanów w Puszczy Białowieskiej i wiedzą, że gdyby pozwolono im działać i wyciąć zainfekowane (zaatakowane przez kornika) drzewa, kontrolowana mogłaby być populacja tego gatunku i nie pojawiłyby się setki czy nawet tysiące hektarów zamarłych drzewostanów. Do tego właśnie doprowadziła ideologia pod hasłem „Nie wycinaj, nie zabijaj – to jest najlepsza forma ochrony”.

[related id=”32404″]Zasoby przyrodnicze trzech nadleśnictw gospodarczych w Białowieży mają swoją historię użytkowania. Były – jak to powiedział minister – „robione ręką człowieka”. Pozbawione działalności gospodarczej zareagowały, powracając do kornika. Może on mieć nawet cztery generacje w ciągu jednego roku. Dlatego nieusunięcie trzydziestu paru zarażonych drzew miało taki skutek, że każde z nich zarażało ok. trzydziestu kolejnych drzew. W efekcie już po pierwszym roku zarażonych zostało kilkanaście tysięcy drzew. Teraz jest ich już ok. 1,3 miliona.

– Te drzewa trzeba za wszelką cenę usunąć, żeby zahamować proces erupcji jeszcze w tym roku – twierdzi Jan Szyszko.

Dlaczego nie ma rozmowy na argumenty? Zdaniem ministra Szyszki jest to wynik wcześniej wspomnianej filozofii, że człowiek jest największym wrogiem przyrody oraz chęci zatarcia dowodów przestępstwa względem gospodarki i przyrody, jakim był brak reakcji na gradację kornika.

Drzewostany białowieskie („zrobione ręką człowieka”) minister Szyszko porównuje je do krajobrazów Polski południowej – szachownicy polskich pól. Trzeba je chronić. Pytanie jak. Oczywiście przed człowiekiem. Co się wtedy stanie? Wszystko zarośnie. Minister środowiska objaśnia to też na przykładzie rzeki Rospudy. Postanowiono chronić ją przed człowiekiem i obwodnicę Augustowa wybudowano gdzie indziej. Gdy człowiek przestał teren Rospudy wykorzystywać, jak to było wcześniej, gatunki, które miały być chronione, „oczywiście zginęły”.

[related id=32338]Jan Szyszko ocenia, że Polska jest liderem, jeśli chodzi o właściwe gospodarowanie zasobami przyrodniczymi, dzięki czemu „mamy najlepszą bioróżnorodność”. Przy czym chodzi o „tę bioróżnorodność, którą kształtował człowiek przez użytkowanie zasobów przyrodniczych”.

W audycji mowa była także o niedawnym otwarciu zaporowego zbiornika retencyjnego na Skawie – zbiornika Świnna-Poręba. Budowa trwała ponad 30 lat, a pierwsze jej plany pochodzą z 1919 r., uczestniczył w ich opracowywaniu prof. Gabriel Narutowicz.

Minister pochwalił się również tym, że udało mu się doprowadzić do uchwalenia nowego prawa wodnego. Oparte jest ono na rozwiązaniach z ustawy z 1922 r., które za wzór dla świata w zakresie gospodarowania wodami w systemie zlewniowym.

Rozmowy można wysłuchać w części szóstej dzisiejszego Poranka WNET.

JS

 

 

 

Burmistrz Terespola Jacek Danieluk: Zrównoważony rozwój to fikcja. Kuriozalna mapa powodziowa groziła stagnacją miasta

Dzień 29. z 80 / Poranek WNET / Terespol – Gdyby wprowadzono mapy powodziowe to byłaby wielka tragedia nie tylko dla Terespola i jego mieszkańców, ale dla dużej części kraju – powiedział Danieluk.

 

Chyba nie ma człowieka w Polsce, który nie wiedziałby o istnieniu Terespola. Właśnie do tego miejsca na granicy Polski  z Białorusią często odliczane są kilometry dróg. Miasto przygraniczne na ważnym europejskim szlaku komunikacyjnym wschód-zachód. Jego burmistrzem już trzecią kadencję jest Jacek Danieluk, samorządowiec i nauczyciel.

– Nieważne kto rządzi w kraju, czy to Platforma, czy PiS, czy jakakolwiek inna partia to każdemu z nas tutaj na najniższych szczeblach samorządowych, czy gdzieś tam na górze na szczeblach rządowych powinno leżeć na sercu, aby każde miasto, każda wieś rozwijała się przynajmniej w miarę równomiernie – powiedział Jacek Danieluk, gość Poranka Wnet, burmistrz Terespola.

Rozwój zrównoważony tak modny za czasów poprzedniej władzy jest fikcją według burmistrza Terespola. Uważa on, że budżet który jest rozdysponowywany na cały kraj dla różnych samorządów przynajmniej powinien być w miarę równomierny. Niektóre samorządy mają to szczęście, że jest u nich kopalnia węgla kamiennego, uzdrowisko, suchy port przeładunkowy i dlatego mają pieniądze. Władze samorządowe w takich miejscach niewiele muszą robić, aby wykazać się.

– Miasto Terespol ma około 6 tys. mieszkańców, gdybyśmy mieli 5 tysięcy mieszkańców subwencja oświatowa byłaby wyższa. Dalej PROW [Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – przyp.red.] dosyć łatwe środki zewnętrzne unijne, też nie możemy z nich skorzystać ponieważ jesteśmy małym miasteczkiem, gdybyśmy mieli 5 tysięcy mieszkańców lub gdybyśmy byli wioską, moglibyśmy korzystać. Czy to jest uczciwe i czy to jest sprawiedliwe? – pyta się burmistrz.

Jego zdaniem błędne jest rozdzielanie pieniędzy samorządom zależnie od liczby mieszkańców, a nie od ich potrzeb. Zaznacza przy tym, że wiele samorządów ma większy problem od Terespola, któremu udało się wywalczyć duże pieniądze – Terespol dzięki przychylności rady miasta, wielu ludzi życzliwych w tym parlamentarzystów, a przede wszystkim mieszkańców, pozyskał w ciągu ostatnich 10 lat około 100 milionów złotych.

– Staraliśmy się pozyskiwać wszelkie zewnętrzne środki możliwe do pozyskania. Nie mówię tu tylko o środkach unijnych – powiedział Jacek Danieluk, zastrzegając, że tymi pieniędzmi gospodaruje oszczędnie. Podał tu, jako przykład budowę chodników. W Terespolu każdego roku przybywa kilka kilometrów chodników. Jedyny przetarg, jaki urządzają władze dotyczy materiałów do budowy.

– Po przetargu budowa 1 metra kwadratowego chodnika waha się w granicach od 80 do stu paru złotych, a u nas budowa takiego chodnika to jest koszt około 40 złotych.

Terespol, aby uzyskać taki wynik korzysta z pracy osób zgłaszających się do Powiatowego Urzędu Pracy i skazańców odbywających karę w zakładzie karnym w Białej Podlaskiej. Osoby z PUP zatrudniane są na stażach, robotach publicznych i interwencyjnych.

– Dwa lata temu sprezentowano nam mapkę powodziową, mapkę wodną. Gdzieś tam iluś mądrych w Warszawie siedziało i tak sobie tworzyli – wspomina burmistrz Terespola, który uważa brak konsultacji z samorządem w tej sprawie za rzecz karygodną.

W Terespolu od dziesiątek lat powodzi nie było w odróżnieniu od okolicznych miejscowości, gdzie od czasu do czasu przy wysokiej fali te wsie „pływają”. Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej, autor owej mapki nie sprawdzając stanu faktycznego zaznaczył, że niemal 80 procent gruntów Terespola to teren zagrożony powodziowo. Oznaczało to przede wszystkim trudności w uzyskaniu pozwoleń na budowę dla mieszkańców Terespola i przedsiębiorców chcących tu zainwestować.

– Gdyby wprowadzono mapy powodziowe to byłaby wielka tragedia nie tylko dla Terespola i jego mieszkańców, ale dla dużej części kraju – powiedział burmistrz, który wyjaśnia, że mapka ta nie uwzględnia żadnych zabezpieczeń przeciwpowodziowych, jakie są na terenie Terespola w dodatku trudno określić metodę wykonania tego „dzieła” kartografii.

– Metoda skanu laserowego, gdzie badanoby wysokości bezwzględne nie została zastosowana u nas. Nie wzięto pod uwagę istniejących wałów, wałodróg, systemu przepompowni, bowiem cały Terespol jest praktycznie otoczony wałodrogami. Tam gdzie wysokość bezwzględna jest duża, stwierdzono, że to teren powodziowy, gdzie jest niższa, że to teren niepowodziowy – wyjaśnił burmistrz. Prowadzący rozmowę Tomasz Wybranowski przytoczył tu opinię osób, z którymi rozmawiał, że sporządzając te mapy poprzednia ekipa Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej mogłaby skopiować mapy turystyczne i popełniłaby zapewne mniej pomyłek, a poza tym byłoby szybciej i taniej.

-Wręcz fenomenem było to, że zaznaczono na terenie administracyjnym Terespola wyspę białoruską i tego nie potrafiliśmy zupełnie zrozumieć  – powiedział burmistrz,

[related id=”32013″] który podziękował parlamentarzystom, a szczególnie senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu i posłowi PO Stanisławowi Żmijanowi, którzy doprowadzili oni do upowszechnienia wiadomości na temat owej kuriozalnej mapki.

Przez nią mieszkańcy mają utrudnioną drogę by otrzymać pozwolenia na budowę, ponieważ muszą występować do Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej o dodatkowe pozwolenie, ale „już jest dobrze” jak to ujął burmistrz -Mamy już dokument z Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej, że w pierwszej kolejności będą zmodyfikowane i zweryfikowane mapy z obszaru Terespola i koryta rzeki Bug.

– Wszystko jest możliwe w Polsce, ale gdziekolwiek się dzieje jakieś dobro to jest to ogromny sukces. Mówi się tak, że człowiek nie jest w stanie świata zbawić, ale jeżeli pomożesz jednej osobie, jednemu sprawisz szczęście, dobro to jest to również ogromny sukces – powiedział na zakończenie rozmowy Jacek Danieluk.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w siódmej części Poranka WNET z Terespola. Burmistrz uczestniczył też w rozmowie z dyrektorem liceum w Terespolu piątej części Poranka.

MoRo

Dzień 28. z 80/ Wodzisław Śląski/ Czesław Sobierajski, poseł PiS: Pan prezydent zreflektuje się. Śląsk zrewitalizujemy

Prezydent zreflektuje się i jeszcze wszystko będzie dobrze. Reformę sądownictwa przeprowadzimy do końca, bo to fundamentalny program wprowadzania zmian w Polsce – powiedział Czesław Sobierajski z PiS.

– Weto prezydenta było dla mnie zaskoczeniem – powiedział poseł PiS Czesław Sobierajski, pytany o zdarzenia wczorajszego dnia, kiedy to prezydent zawetował aż dwie ustawy reformujące sądownictwo: o KRS i SN. Aktualnie poseł oczekuje na prezydenckie projekty, bo to, co uchwaliło PiS, zgadzało się z oczekiwaniami „tysięcy, milionów ludzi, którzy czekali na sprawiedliwość w dobrze funkcjonujących sądach”. .

Pytany o swoje przemyślenia na temat motywów prezydenckiego postępowania stwierdził, że nie ma o nich pojęcia. Zadeklarował przy tym, że „reformę sądownictwa przeprowadzimy do końca, bo to fundamentalny program wprowadzania zmian w Polsce”.

Przyznał, że prawica w Polsce zazwyczaj nie przegrywała z przeciwnikiem z zewnątrz, tylko rozpad zaczynał się od środka. Wspomniał tu chociażby sytuację, w jakiej znalazła się prawica w Polsce po obaleniu rządów Olszewskiego. Jak przypuszcza, podczas spotkania prezydenta z premier i marszałkami Sejmu musiały zapaść jakieś wiążące decyzje.

– Skoro naród oczekuje „dobrej zmiany”, reformy sądownictwa, to nie możemy się tutaj zapętlić – powiedział poseł Sobierajski. Uważa, że najważniejsza dla PiS była reforma sądownictwa, na którą czekaliśmy od 26 lat, i że „właściwie bez tej reformy nie ma możliwości zmiany czegokolwiek, bo główny hamulcowy działa”.

„Brawo, tak trzymać”, „wreszcie” – pisali wyborcy i znajomi posła Sobierajskiego podczas gorących obrad i uchwalania reformy sądownictwa w ubiegłym tygodniu.

– Mnie nie przeraziłby nawet milion, a nie tylko te kilkanaście tysięcy, które wyszło demonstrować – powiedział . Jego zdaniem można takie wystąpienia brać pod uwagę, ale na pewno „nie powinno to być determinantem naszych działań”.

– Jestem przekonany, że zbyt gwałtownie likwidowano kopalnie – ocenił Czesław Sobierajski ostatnie 25 lat przemysłu wydobywczego. Przypomniał, że jeszcze gdy był członkiem Porozumienia Centrum, postulował w 1994 r. o ustanowienie specjalnych stref w miejscach, gdzie będą likwidowane zakłady pracy. Wskazał, że aktualnie te specjalne strefy pod Opolem są położone na terenach zielonych, a miejsca, w których kiedyś były zakłady pracy, często w samym centrum miasta, tylko straszą, a przecież „są to tereny najbardziej proinwestycyjne i tylko trzeba je ożywić”.

Wiele osób na Śląsku podnosi kwestie związane z upadkiem kopalni, które jeszcze latami mogłyby wydobywać węgiel i były rentowne w momencie zamykania. Ich zdaniem zamykanie kopalń często przebiegało wbrew zdrowemu rozsądkowi i interesom ekonomicznym, ale na zlecenia polityczne, które były w jakiś sposób skorelowane z planami gospodarczymi Niemiec.

[related id=”31888″]- Prawdopodobnie taki był zamysł ogólny i nie dotyczył tylko górnictwa – potwierdził poseł Sobierajski nasze domniemania. Przypomniał słowa ministra Tadeusza Syryjczyka w rządzie Tadeusza Mazowieckiego: „brak polityki gospodarczej to jest polityka”.

– No bardziej głupiego stwierdzenia jeszcze nie słyszałem, bo państwo bez przemysłu to żadne państwo – ocenił. Jego zdaniem postąpiono tak, aby Polska była dostarczycielem tanich produktów, siły roboczej i surowców. Podkreślił, że wprowadzanie „dobrej zmiany” to odbudowa polskiego przemysłu.

Jak utrzymuje, walka o klimat to jedno z najbardziej absurdalnych pomysłów w Unii Europejskiej, a przecież wiele spraw „podporządkowuje się tej dziwacznej idei”.

– Już idziemy na udry z Brukselą, bo oni swoje, a my swoje. W dodatku Komisja Europejska tak naprawdę nie realizuje ustaleń paryskich – podsumował Sobierajski, który uważa, że węgiel jeszcze przez lata będzie podstawowym surowcem energetycznym w Polsce ze względu na jego dostępność i taniość.

Z raportu NIK podsumowującego działania koalicji PO-PSL w przemyśle wydobywczym wynika, że wydano 66 mld zł bez żadnych efektów. Poseł PiS pytany, czy nie będzie podobnie, jeśli chodzi o rządy PiS, odparł, że nie ma takiej możliwości, bowiem aktualnie mamy koniunkturę na węgiel i z tego powodu firmy teraz zbierają kapitał, aby wprowadzać inwestycje, w tym budować nowe ściany wydobywcze, a nawet nowe kopalnie.

– Na tym terenie mamy jedną trzecią terenów zdegradowanych i poprzemysłowych, to jest największy problem Śląska – powiedział poseł PiS. Dodał, że często to są centra miast, bo tak się kiedyś budowało. Uważa, że tylko państwo może wkroczyć w taki teren i przystosować go do inwestycji. Przypomniał, że często wokół takiej fabryki powstawały osiedla mieszkaniowe, w których dziś bieda aż piszczy.

Ujawnił, że rząd aktualnie zajmuje się projektem zmian, które mają uzdrowić sytuację na Śląsku i zrewitalizować tereny poprzemysłowe. Przy współudziale władz samorządowych powstanie fundusz, który się tym zajmie zasilany z budżetu państwa.

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

Cały wywiad z posłem Sobierajskim  w części 8 Poranka

Piotr Łukasz Andrzejewski, sędzia Trybunału Stanu, o wecie prezydenckim: Stało się źle! Nadchodzi koniec sobiepaństwa

Wydaje mi się, że nadchodzi koniec tego sobiepaństwa elity sędziowskiej – z całym szacunkiem dla sędziów, którzy dobrze wykonują swoje obowiązki – bo sumienie sędziowskie ciągle jednak szwankuje.

– Spodziewałem się, że w ramach swoich wątpliwości prezydent prześle do Trybunału Konstytucyjnego samą ustawę o Sądzie Najwyższym. To, co się stało, będzie przedmiotem dodatkowych roszczeń wobec prezydenta [ze strony obozu „dobrej zmiany” – przyp. red.] – powiedział sędzia Trybunału Stanu z ramienia PiS Piotr Łukasz Andrzejewski, według którego „stało się źle”. Jego zdaniem prezydent zobowiązany jest w ramach konstytucji do czuwania nad przestrzeganiem jej zapisów. W zawetowanych ustawach otrzymał wiele kompetencji na swoje własne życzenie, jak zaznaczył gość Poranka Wnet, w związku z tym on jest głównie odpowiedzialny, w myśl ustawy, za wiele elementów, które dotyczą utworzenia regulaminu Sądu Najwyższego, z przyjmowaniem oświadczeń majątkowych sędziów na czele.

Piotr Andrzejewski ma nadzieję, że prezydent przejmie odpowiedzialność za wdrożenie do polskiego systemu prawnego nowych rozwiązań. Jego zdaniem prezydent, aby nie umniejszyć zakresu reformy sądownictwa, powinien zastosować się do trzech punktów:
Po pierwsze, powinien określić, co to jest niezależność sędziowska i to on musi ją określić, a nie sędziowie sobie sami.

[related id=”31888″]Po drugie, powinien odsunąć od pracy winnych zaistniałego stanu rzeczy, lub tych, którzy ten stan tolerowali.

Po trzecie, powinien postawić na kontrolę obywatelską, czyli postępowanie dyscyplinarne poza korporacjami prawniczymi.

– Te trzy tezy muszą być elementem, który prezydent będzie wdrażał w ramach przejęcia odpowiedzialności za reformę sądownictwa – powiedział sędzia Andrzejewski.

– Nic dodać, nic ująć od tego, co powiedziała pani premier. Premier Beata Szydło to jest dziś najwybitniejszy polski polityk, który daje nam gwarancję, że „dobra zmiana” przyniesie rezultaty – zadeklarował Piotr Andrzejewski, podkreślając wagę jej determinacji i poparcia społecznego, jakim się cieszy. Zwrócił uwagę, że dziś wszyscy jesteśmy poddawani propagandzie, która jest „dobrze zorganizowana, kłamliwa i posługuje się orwellowską socjotechniką”.

– Chcą przekonać wszystkich, że dzieje im się krzywda wówczas, kiedy tak nie jest – podkreślił, zaznaczając, że przecież wszyscy są równi wobec prawa, a więc utyskiwanie, że ktoś jest traktowany tak jak inni jest co najmniej dziwne.

Podkreślał, że zmiana, nawet kilkakrotna, wszystkich istniejących kodeksów niczego w sądownictwie nie zmieni, jeśli „będziemy mieli taką kadrę sędziowską, która stawia się ponad prawem i uważa, że tylko ona może decydować, jaka jest treść konstytucji”.

– Wydaje mi się, że nadchodzi koniec tego sobiepaństwa elity sędziowskiej – z całym szacunkiem dla sędziów, którzy dobrze wykonują swoje obowiązki – bo sumienie sędziowskie ciągle jednak szwankuje – powiedział sędzia Andrzejewski.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj

Cała wypowiedź sędziego Trybunału Stanu Andrzejewskiego w części 1 Poranka

Rozwój Włodawy zależny od otwarcia przejścia granicznego. Kukiz’15: Decyzje ważne dla Polski rostrzygać w referendum

ORCHÓWEK – 24.07 – Tak wiele się w Polsce zmienia na dobre, to może i ten projekt wyjdzie – powiedział Andrzej Kratiuk, samorządowiec z Włodawy, w rozmowie dr. Jarosławem Sachajko, posłem Kukiz’15 .

– Przejście jest niezbędne, uruchomienie mostu kolejowego z kładką dla ruchu pieszego wpłynęłoby na ożywienie gospodarcze w rejonie Włodawy, bo musiałaby tu powstać stacja przeładunkowa – powiedział dr Jarosław Sachajko, przewodniczący sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

– Na ten most oczekujemy od lat. Niemal od chwili, gdy przestał istnieć, kolejne władze myślą nad tym, aby go odbudować – powiedział Andrzej Kratiuk, sekretarz gminy Włodawa. Podkreślił, że kolej szerokotorowa i szyny do niej dostosowane na terenie ziemi chełmskiej, jak i włodawskiej są jeszcze w bardzo dobrym stanie. Ubolewał nad tym, że „zawsze gdzieś tam na górze te projekty się łamały”.

– Tak wiele się w Polsce zmienia na dobre, to może i ten projekt wejdzie – wyraził nadzieję sekretarz gminy Kratiuk.

Poseł Sachajko z Kukiz’15 stwierdził, że cieszyć się będzie dopiero wówczas, gdy realizacja planu budowy wejdzie w życie. Dodał przy tym, że do tej pory żaden z posłów PiS nie pojawił się na żadnym z dwóch zespołów parlamentarnych do spraw przejścia granicznego.

– Prośba do wszystkich słuchaczy Radia Wnet, aby skontaktowali się ze swoimi parlamentarzystami – trzeba od nich żądać tego  – zaapelował poseł Sachajko, apelując, aby posłowie PiS nie robili uników, tylko określili się jasno, bo we Włodawie bezrobocie jest jednym z wyższych w Polsce i sięga 20 procent. Dlatego trzeba to pilnie rozstrzygnąć, bo to nie tylko tragedie materialne dla tych ludzi, ale także konsekwencje o wymiarze społecznym, jak chociażby rozwody – argumentował.

– Otwarcie przejścia kolejowego sprawi, że we Włodawie zostaną stworzone nowe miejsca pracy, tak jak miało to miejsce przy powstawaniu przejść granicznych w Polsce zachodniej – powiedział. Uważa, że siłą napędową pozytywnych zmian będzie kreatywność tutejszej społeczności. Jego zdaniem jeśli nie będzie się to wiązało z uciskiem fiskalnym, czyli nadmiernym opodatkowaniem, to ludzie sobie poradzą. Zwrócił uwagę, że od stycznia działa ustawa o sprzedaży bezpośredniej produkcji rolnej, która ma duży mankament, bowiem nie można tej żywności sprzedawać w sklepach czy restauracjach.

– Dlaczego tutaj w Orchówku ludzie muszą kupować żywność, która przyjeżdża z hurtowni oddalonej o wiele kilometrów, a nie żywność lokalną? – pytał Jarosław Sachajko, którego klub parlamentarny złożył projekt obywatelski ustawy umożliwiającej tego typu sprzedaż, jednak „nadal ona jest w rządowej zamrażarce”.

Przewodniczący Sachajko uważa, że tereny wiejskie to nie tylko działalność rolnicza, ale cała gama działalności pozarolniczej, jak chociażby agroturystyka. Jego zdaniem na to wskazuje logika, bowiem coraz więcej osób chce mieszkać na wsi, a przecież w rolnictwie pracy ubywa ze względu na powstające nowe technologie. Wspomniał tu kwestie dostępności do usług – mieszkańcy wsi mają o wiele mniejszy wybór niż ci mieszkający w miastach.

– Przygotowałem projekt, aby rolnicy nie musieli odralniać swoich siedlisk, by założyć dowolną działalność gospodarczą pozarolniczą – powiedział Jarosłąw Sachajko, ponieważ jego zdaniem w małych i średnich gospodarstwach nie da się żyć jedynie z rolnictwa.

[related id=”31718″] – Mamy bardzo drogie państwo, dużo za drogie, i wszędzie tam, gdzie tylko można, trzeba rezygnować z urzędników, którzy przecież nie przyczyniają się do wzrostu gospodarczego – powiedział. Uważa, że zbędni urzędnicy jedynie utrudniają życie ludziom. Podkreślił, że kilkakrotnie od lat 90. zwiększyła się nam liczba urzędników, a w związku z tym i liczba dokumentów, jakie musimy wypełniać.

– Mamy w tej chwili najmniejsze bezrobocie od lat i zapewne te osoby znalazłyby sobie pracę – powiedział. Jak mówi, Polacy musza zarabiać więcej.

– Kukiz’15 chciałby zarządzanie państwem oddać obywatelom i najważniejsze z tego wszystkiego byłyby referenda zarówno lokalne, jak i ogólnokrajowe – powiedział Jarosław Sachajko. Przypomnijmy, że w taki sposób rządzona jest Irlandia I Szwajcaria, gdzie najważniejsze kwestie rozstrzygane są przez obywateli w referendach. Zaznaczył przy tym, że ważną zmianą byłaby ta, aby referenda nie miały progu referendalnego, bowiem istnienie progu działa mobilizująco na polityków, którzy zniechęcają obywateli do uczestnictwa w debatach, natomiast brak progu, jego zdaniem, wymusza dyskusję merytoryczną.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet z Orchówka pod Włodawą, kliknij tutaj

Krzysztof Skowroński, przewodniczący SDP, dla PAP: Zachodnie media przyjęły punkt widzenia polskiej opozycji

Dominująca większość zachodnich mediów przyjęła aksjomat, że w 2015 r. w Polsce do władzy doszła partia antydemokratyczna; jest to punkt widzenia opozycji. (…) Pluralizm mediów nie jest zagrożony

– powiedział PAP Krzysztof Skowroński, szef Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i współwłaściciel Radia Wnet.

PAP: Po protestach przeciwko reformie sądownictwa w zachodnich mediach nastąpił wysyp komentarzy dotyczących ostatnich posunięć Prawa i Sprawiedliwości. Są one jednostronne i krytyczne. Z czego wynika takie stanowisko wobec reform PiS?

Krzysztof Skowroński: Dominująca większość zachodnich mediów przyjęła aksjomat, że jesienią 2015 roku w Polsce władzę przejęła partia antydemokratyczna. Jest to aksjomat fałszywy, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość jest partią proeuropejską i na wskroś demokratyczną. Tym niemniej przyjęcie tego aksjomatu zdeterminowało sposób postrzegania Polski przez zachodnie media. Oznacza to, że media te przyjęły punkt widzenia partii opozycyjnych, takich jak Platforma Obywatelska czy Nowoczesna.

Jest to zaskakujące, bo wydawałoby się, że dla moich zachodnich kolegów taka elementarna zasada dziennikarska, jak wysłuchanie wszystkich stron sporu, powinna być oczywistością. Tak jednak nie jest.

PAP: Jakie są skutki takiego wizerunku Polski w zachodnich mediach?

Krzysztof Skowroński: Przede wszystkim taki stan rzeczy może się odbić na zwykłych ludziach. Jeżeli konsekwentnie, przez lata, Polska będzie – wbrew faktom – pokazywana jako kraj zmierzający w stronę autorytaryzmu, w którym buzują złe, antydemokratyczne emocje, to taka łatka przylgnie w końcu do Polaków jako takich. A z tego nic dobrego nie wyniknie.

PAP: Czy Polska ma możliwość skutecznego przeciwstawienia się tej narracji?

Krzysztof Skowroński: W praktyce jest ona bardzo ograniczona. Jako Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich też zresztą staramy się w miarę możliwości interweniować tam, gdzie media zachodnie i inne ośrodki opiniotwórcze najzwyczajniej w świecie kłamią, kreując całkowicie wypaczony obraz Polski.

PAP: Może Pan podać przykład takiej interwencji?

Krzysztof Skowroński: Niedawno amerykański Freedom House opublikował raport, z którego wynika, że w Polsce pluralizm jest zagrożony, że mamy do czynienia z zamachem na wolność mediów. Działające przy SDP Centrum Monitoringu Wolności Prasy protestowało przeciwko tej publikacji. W Polsce pluralizm mediów nie jest zagrożony, wystarczy iść do kiosku czy włączyć telewizor, by przekonać się, że opinii publicznej prezentowane jest pełne spektrum opinii i poglądów, a informacje mogą swobodnie krążyć w przestrzeni publicznej.

PAP/MoRo

Uchwalono nowe prawo wodne. Sejm zgodził się z propozycją Senatu dot. usztywnienia taryf na dostarczenie wody

Posłowie przyjęli senackie poprawki do Prawa wodnego, dotyczące kwestii opłat za wodę. Nowe przepisy zamrażają ceny dla mieszkańców na dwa lata. Ustawa czeka na podpis prezydenta.

Najważniejsza z przyjętych przez Sejm poprawek mówi o tym, że wprowadzenie opłat za usługi wodne nie może stanowić podstawy do zmiany taryf, o których mowa w przepisach ustawy o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków określonych na rok 2018 i 2019.

Posłowie poparli ponadto propozycję, która pozwoli na zwolnienie z opłaty rocznej gruntów pokrytych wodami, które znajdują się w użytkowaniu jednostek samorządu terytorialnego i są przekazywane np. klubom sportowym czy osobom, które amatorsko łowią ryby. Takie zwolnienie będzie możliwe, o ile taka infrastruktura, np. pomosty, będzie ogólnodostępna i bezpłatna.

Kolejna ze zmian obniża możliwą maksymalną opłatę, jaką można pobierać za dostarczenie mieszkańcom wody przeznaczonej do spożycia. Po zmianie te górne opłaty wyniosą 0,30 gr. za metr sześcienny; 0,2 gr. oraz 0,15 gr. za metr sześcienny.

Posłowie opowiedzieli się także za poprawką, której konsekwencją będzie obniżenie maksymalnych opłat do celów rolniczych na potrzeby zaopatrzenia w wodę ludzi i zwierząt gospodarczych. Chodzi m.in. o pobór wody wykorzystywanej później do pojenia zwierząt gospodarskich.

Właśnie kwestia opłat za wodę i ewentualnych podwyżek dla mieszkańców wzbudziły podczas prac parlamentarnych nad ustawą najwięcej sporów. Ustawa bowiem w pełni będzie wdrażać unijną Ramową Dyrektywę Wodną (RDW), w tym jej kontrowersyjny artykuł 9., mówiący o zwrocie kosztów usług wodnych. Polska była już upomniana przez Komisję Europejską za niewdrożenie tych przepisów.

Premier Beata Szydło zapewniała, że po zmianie przepisów ceny wody nie wzrosną. Zapowiedziała, że senatorowie złożą poprawki, które zabezpieczą Polaków przed możliwością niekontrolowanych podwyżek cen wody.

Szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk przyznawał w Sejmie, że nowe prawo może być wykorzystywane przez samorządy do podnoszenia cen za dostarczanie wody i odprowadzanie ścieków od mieszkańców. Dlatego też zadeklarował, że w przyszłości powstanie regulator cen wody, miałby on działać w nowej instytucji „Wody Polskie”. Regulator miałby zatwierdzać taryfy za wodę, jakie przygotowywane są przez przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne.

Do tej kwestii odniosło się też Ministerstwo Środowiska.

Według wiceministra Mariusza Gajdy nowe Prawo wodne umożliwia obniżenie maksymalnej opłaty z 4,23 zł do 0,70 zł za metr sześcienny.

„Stawki będą szczegółowo określone w rozporządzeniu Rady Ministrów, ale nie są przewidziane skokowe podwyżki opłat za pobór wody dla mieszkańców. Pozostaną one na niezmienionym poziomie do 2020 r. Jeżeli zajdzie taka konieczność, to będą one wzrastały stopniowo, po wykonaniu analiz społeczno-ekonomicznych. Dostawca wody nie musi sprzedawać jej po maksymalnych stawkach przewidzianych w rozporządzeniu. Nowe Prawo wprowadza jedynie opłatę stałą w celu racjonalnego wykorzystania zasobów wodnych” – wyjaśnił.

Według opozycji – PO, Nowoczesnej, PSL i Kukiz’15 nowe Prawo wodne to de facto nowy podatek wodny i zapłacą go wszyscy, od mieszkańców po przemysł, energetykę i rolnictwo. Według nich o przyszłych podwyżkach ma świadczyć chociażby fakt, że przychody nowej instytucji „Wód Polskich” sięgać będą kilku miliardów złotych rocznie.

Rząd tłumaczył, że dodatkowe obciążenia wynikające z ustawy będą dotyczyć największych gospodarstw rolnych (ok. 3,1 tys.), energetyki. Według szacunków MŚ, udział opłaty w cenie sprzedaży energii elektrycznej nie przekroczy rocznie 1 zł na osobę.

Pobór wody do 5 tys. litrów na dobę do celów rolniczych ma być bezpłatny.

Nowe przepisy wprowadzą też opłatę „za utraconą wodę”. Ministerstwo tłumaczy, że będzie ona dotyczyła dużych nieruchomości, których powierzchnia w 75 proc. jest trwale zabudowana, uszczelniona. Chodzi np. o parkingi. Jeśli jednak przy takich obiektach będą powstawać instalacje pozwalające na retencję wody, to stawka opłaty ma być nawet dziesięciokrotnie niższa.

Resort środowiska podkreśla, że musimy zacząć lepiej zarządzać zasobami wodnymi w naszym kraju. Polskie zasoby wynoszące rocznie 1,5-1,6 tys. metrów sześc. na jednego mieszkańca są jednymi z najniższych w Europie. To prawie tyle, co w Egipcie – podkreśla MŚ.

Nowemu prawu przyświeca zasada „rzeka, wały w jednych rękach”. W tym aspekcie również chodzi o dostosowanie polskiego prawa do prawa europejskiego i wprowadzenie zarządu nad wodami w układzie zlewniowym, a nie administracyjnym, jak to jest teraz. Ministerstwo zwraca uwagę na obecny problem rozproszenia kompetencji. Wielokrotnie zdarza się bowiem, że na granicy województw wałami przeciwpowodziowymi zarządzają inni marszałkowie, a sama rzeka jest np. w zarządzie rządowym. To powoduje m.in. brak koordynacji przy prowadzeniu inwestycji przeciwpowodziowych.

Dlatego też ustawa powołuje nową instytucję Państwowe Gospodarstwo Wodne „Wody Polskie”, która w imieniu Skarbu Państwa będzie pełniła rolę gospodarza na wszystkich wodach publicznych. Pozwolić to ma m.in. na sprawniejsze zarządzanie zasobami wodnymi, a także możliwość planowania inwestycji wieloletnich, a nie w ujęciu budżetu jednorocznego.

Nowe przepisy mają pozwolić na uruchomienie 3,5 mld euro z funduszy europejskich m.in. na inwestycje przeciwpowodziowe.

Prawo wodne ma wejść w życie z początkiem 2018 r. Pierwotnie miało być gotowe w 2015 r.

Prace nad projektem nowych przepisów rozpoczęła poprzednia koalicja PO-PSL w latach 2011-2012. Projekt trafił do konsultacji społecznych w grudniu 2014 r., ale ostatecznie nie został przyjęty przez rząd. Zgodnie ze składanymi wówczas zapowiedziami, Rada Ministrów miała go rozparzyć w połowie 2015 r.

Projekt PO-PSL, podobnie jak obecny, miał wprowadzać zlewniowy model zarządzania rzekami w Polsce. W zależności od rangi rzeki zarządzać mieli nimi marszałkowie województw bądź zarządy dorzecza Odry i Wisły. Ówczesny projekt miał też wprowadzić kontrowersyjne przepisy dotyczące opłat, lecz sposób ich naliczania miał być określony nie w samej ustawie, a w rozporządzeniu do niej.

Po wyborach nad nowym projektem zaczął pracować rząd PiS. W październiku ub.r. rząd przyjął projekt z zastrzeżeniem, że musi on jednak zostać dopracowany. Ostatecznie resort środowiska uzupełnił projekt i przesłał go do Sejmu pod koniec kwietnia br.

PAP/MoRo

Dzień 23. z 80 / Poranek Wnet / Lucjan Jagiełło, właściciel browaru i społecznik: „Dobro, które zostało dane, wróciło”

W okolicy były browary – w Chełmie trzy, w Krasnymstawie, Zamościu i Janowie Podlaskim – powiedział prezes Browaru „Jagiełło”. Jednak małe browary nie dały rady walczyć z gigantami. Jego przetrwał.

 

Naszym gościem w Poranku Wnet był prezes browaru Lucjan Jagiełło, który swój browar po prostu wyśnił. „Na wiosnę roku 1993, kiedy ptaki postanowiły budować gniazda, a drzewa zawiązywać owoce, Grażyna i Lucjan Jagiełłowie kupili ziemię, a na niej nieruchomość. Długo myśleli, co zbudować i czemu dać początek na pięknej chełmskiej ziemi”- czytamy na stronach browaru.

„Pewnej czerwcowej nocy, zmęczony rozmyślaniem, Lucjan Jagiełło przyłożył głowę do poduszki i zapadł w ciepły, kojący sen. We śnie Pan Lucjan siedział na nowej ziemi pod jasnym niebem i w promieniach czerwcowego słońca. A słońce czerwcowe przygrzewa mocno i budzi pragnienie.

Pan Lucjan zamarzył o chłodnym, bursztynowym piwie… I nagle w środku nocy otworzył oczy i z wrażenia usiadł na łóżku. Już wiem, co tam stworzymy – powiedział na głos – browar”. Tyle legenda powstania browaru „Jagiełło”, który jest dumą regionu.

– Gdy prowadzi się biznes, trzeba się szybko wysypiać, bardzo często rano wstawać i bardzo późno się kłaść – powiedział w Poranku Wnet prezes Lucjan Jagiełło.

Historia Browaru Jagiełło sięga 1993 roku, kiedy to we wrześniu zostało uwarzone pierwsze piwo. Obecnie Browar Jagiełło to lider w produkcji piw smakowych – marek rozpoznawanych na polskim rynku, który eksportuje swoje wyroby między innymi do Szwecji, a niebawem także do Stanów Zjednoczonych i Singapuru. W przyszłym roku rodzina Jagiełłów, bo browar pozostał do tej pory firmą rodzinną, będzie obchodziła jubileusz 25-lecia firmy. Aktualnie browar daje pracę 50 osobom, w tym członkom rodziny: synowi, córce, zięciowi, a także współzałożycielce browaru, żonie naszego gościa Grażynie.

– Lata były różne. Dziś jest sukces, ale były i ciężkie chwile, gdy trzeba było porozmawiać samemu ze sobą – wspomina prezes Jagiełło, który czerpie satysfakcję z tego, że udało mu się mimo wszystko przetrwać i aktualnie jego piwo można kupić na terenie całego kraju.

Podkreślał, że od początku istnienia browaru ogromne znaczenie przywiązywano do surowców, z jakich tworzone jest piwo. W browarze piwo warzone jest z chmielu goryczkowego i aromatycznego, pochodzącego ze słynnych lubelskich upraw oraz słodów najwyższej jakości. – Niczego nie przyspieszamy, fermentacja trwa odpowiedni czas, tak jak leżakowanie – zapewnia gość Poranka Wnet.[related id= „31321”]

Pod koniec lat 90., jak wspomina prezes Jagiełło, przyszedł dla browarnictwa polskiego bardzo trudny okres, bowiem zrównano fiskalnie małe polskie regionalne browary z wielkimi koncernami międzynarodowymi.

– Małe browary nie dały rady walczyć z gigantami. W okolicy było wiele browarów, w samym Chełmie trzy, w Krasnymstawie, Zamościu i Janowie Podlaskim, który, poza moim, trzymał się  najdłużej – powiedział prezes, który mimo wielu ofert nie zdecydował się na sprzedaż swojego zakładu koncernom.
– Nie ma takiej opcji – powiedział, pytany, czy nie skusi go jakaś dobra oferta kupna.

– Nasze piwa budzą uznanie wielu smakoszy. Jesteśmy dumni z otrzymanych nagród – powiedział. Przypomnijmy, że w 2008 roku w Browarze „Jagiełło” uwarzono piwo z kilku gatunków słodu, które zostało piwem roku. Piwo Magnus jest piwem niezwykle lubianym i docenianym – otrzymało złoty medal przyznany podczas XVI Jesiennych Spotkań Browarników. Piwo Magnus dało początek tworzeniu palety piw smakowych.

– Chemii nie używamy żadnej do produkcji naszego piwa – powiedział prezes Jagiełło, którego browarnik „podchodzi z sercem do swojej pracy”.

– Dobro które się daje, wraca. To mój wniosek poparty życiowym doświadczeniem – powiedział prezes Browaru „Jagiełło”, znany z działalności charytatywnej nie tylko w Polsce, ale również z hojności za naszą wschodnią granicą, wśród Polaków pozostawionych na ziemiach zabranych nam po II wojnie światowej.

MoRo

Rozmowa z Lucjanem Jagiełłą w części drugiej Poranka Wnet. Aby jej wysłuchać, kliknij tutaj