73. ROCZNICA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO. Warszawska „Syrena” dla Juliusza Kuleszy, bohaterskiego obrońcy Reduty PWPW

Juliusz Kulesza został jednym z 21. laureatów tegorocznej Nagrody m.st. Warszawy, przyznawanej przez Radę m.st. Warszawy osobom szczególnie zasłużonym dla Stolicy Rzeczypospolitej Polskiej.

Juliusz Kulesza jest grafikiem i pisarzem, strzelcem, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, autorem książek o okupacji i dokumentujących wydarzenia II wojny światowej. Przyznano mu m.in. Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Walecznych, Krzyż Kawalerski OOP, Krzyż Armii Krajowej, Warszawski Krzyż Powstańczy. W maju 2017 roku ukończył 89 lat.

Statuetkę Syreny Warszawskiej, odznakę, dyplom i nagrodę pieniężną por. Juliusz Kulesza odebrał podczas specjalnej sesji na Zamku Królewskim z rąk przewodniczącej Rady m.st. Warszawy Ewy Malinowskiej-Grupińskiej oraz wiceprzewodniczących Ewy Masny-Askanas i Dariusza Figury.

Po uroczystości Juliusz Kulesza spotkał się z dziennikarzami. Laureat powiedział, że Nagrody m.st. Warszawy „trafia w jego uczucia i jego warszawskość”. Zauważył, że „człowiek czuje się obywatelem kraju i w jakimś stopniu obywatelem i ten stopień jest bardzo różny”. Juliusz Kulesza podzielił się także z dziennikarzami swoimi poglądami na temat znaczenia polskich zrywów i powstań niepodległościowych w okresach 123. lat rozbiorów i prawie sześciu lat okupacji hitlerowskiej.

„Widzę ten stutrzydziestoletni okres zabijania polskości, tożsamości historycznej jako gaśnięcie ogniska. Wygasało ognisko i kolejne powstania – kościuszkowskie, listopadowe i nasze (warszawskie – CP PAP) – to nie było nic innego jak dorzucanie ognia do tego zamierającego ogniska, bo wtedy to znowu wybuchało, to działało jakiś czas, ale wystarczająco do następnego powstania” – powiedział Juliusz Kulesza.

Brefing z por. Juliuszem Kuleszą zorganizowano w Pierwszym Pokoju Królewiczowskim, który specjalnie na ten cel władze PWPW S.A. zarezerwowały na Zamku Królewskim w Warszawie.

„Pan porucznik ze wszystkimi swoimi braćmi i siostrami, którzy przeżyli Powstanie Warszawskie i jeszcze są żywym świadectwem tego, zasługują na wszystkie pałace, na wszystkie zamki najpiękniejsze w Polsce” – podkreślił prezes PWPW S.A. Piotr Woyciechowski.

Juliusz Kulesza jest autorem kilkunastu książek o tematyce powstańczej, okupacji hitlerowskiej i Warszawie oraz wielu haseł do Encyklopedii Powstania Warszawskiego. Występował w filmach dokumentalnych związanych z Powstaniem Warszawskim, był wielokrotnie wyróżniany i nagradzany za utrwalanie pamięci historycznej oraz przekazywanie jej następnym pokoleniom.

W 2015 roku PWPW S.A. wydała książkę Pana Juliusza „Sen o Rybakach”, która przybliża historię – nieistniejącej dziś praktycznie – ulicy Rybaki, która stanowiła niegdyś malowniczą część warszawskiego Podzamcza. Za tę publikację autor otrzymał liczne wyróżnienia i nagrody.

 

PAP,PWPW S.A./MoRo

Ks. Jarosław Jóźwik: Wiara, którą się kierujemy, to nauka Jezusa Chrystusa, wskazanie miłości, miłości bliźniego

Supraśl to takie szczególne miejsce, w którym styka się Wschód z Zachodem, następuje wymiana myśli, poglądów, miejsce dialogu, które łączy – powiedział Jarosław Jóźwik, kanclerz Akademii Supraskiej.

– Burzliwe dzieje tych terenów, jak i generalnie granic Polski sprawiły, że liczba prawosławnych zmieniała się bardzo często, a szczególnie po drugiej wojnie światowej – powiedział gość Poranka Wnet. Jego zdaniem należałoby odbudować ośrodki życia prawosławnego, monastycznego, bowiem dzisiaj na terenie Polski żyje około 500 tysięcy wyznawców prawosławia.

Akademia Supraska, której jest kanclerzem,  to centrum konferencyjne, ośrodek szkoleniowy i oświatowy, tworzony przez prawosławną diecezję białostocko-gdańską, monaster Zwiastowania Bogarodzicy w Supraślu oraz fundację OIKONOMOS. Podobne prawosławne instytucje działają w Czechach, Finlandii, Grecji i Rosji.

Głównym celem Akademii Supraskiej jest krzewienie i upowszechnianie wiedzy o bogactwie prawosławnej wiary, duchowości, tradycji i kultury. Jej zadaniem jest również reagowanie na aktualne problemy, zmiany zachodzące w coraz bardziej zeświecczonym społeczeństwie, potrzeby chrześcijan żyjących we współczesnym świecie. Jest co robić, bo jak szacuje ksiądz Jóźwik, na terenie Podlasia jest około 300 tysięcy prawosławnych.

– W monasterze supraskim mamy część budynków, które wykorzystujemy do działalności statutowej – powiedział.

– Przede wszystkim zajmujemy się stroną naukową przedsięwzięcia, między innymi wydajemy czasopismo naukowe „Latopis Akademii Supraskiej”, organizujemy doroczną konferencję naukową – powiedział ksiądz Jóźwik, dodając, że skupia się ona na  historii i wpływie monasteru supraskiego na cywilizację Europy Środkowej.

– Supraśl to takie szczególne miejsce, w którym styka się Wschód z Zachodem, następuje wymiana myśli, poglądów, to miejsce dialogu, które łączy – powiedział gość Poranka Wnet.

Od czasu powstania Akademii Supraskiej były prowadzone różnego rodzaju warsztaty, zarówno dla dzieci, jak i osób dorosłych, między innymi warsztaty ikonograficzne i hezychastyczne. Organizowano również koncerty i wystawy.

– Jesteśmy właśnie w trakcie warsztatów ikonograficznych dla dzieci i młodzieży – pochwalił się duchowny. Mówił również o trzech bardzo ważnych aspektach prawosławia, jakimi są: architektura, ikona i śpiew. Podczas warsztatów młodzież poznaje podstawy ikonografii.

– Dzieci mogą napisać swoje pierwsze ikony, przy których modlą się później w swoich domach – powiedział ksiądz.

– Architektura to nasza cerkiew – wyjaśnił. Jego zdaniem supraski monaster od kilkunastu lat odzyskuje miejsce, jakie zajmował w dawnych wiekach wśród prawosławnej społeczności.

– Mamy również ikonostas dla osób niewidomych i niedowidzących, które mogą przyjść i dotknąć ikonostasu specjalnie stworzonego dla nich, bowiem nawet podpisy są w języku Braille’a – powiedział ksiądz Jóźwik.

– Wiara, którą się kierujemy, to nauka Jezusa Chrystusa, wskazanie miłości, miłości bliźniego – powiedział ksiądz Jóźwik, pytany, co najpiękniejszego jest w prawosławiu. Podnosił, że zarówno architektura, jak i śpiew, ikonostas to wszystko mówi o miłości Boga do człowieka.

[related id=”32622″]- Trzeba kochać, bo jeśli nie jesteśmy w stanie pokochać tego człowieka, którego mamy przed sobą, to jak moglibyśmy być w stanie pokochać Boga, którego nie widzimy – powiedział ksiądz. Powołując się na Ojców Kościoła mówił o tym, że możemy wielbić świętych na ikonach, bo przecież druga osoba Boska wcieliła się w człowieka.

Supraśl ponownie staje się jednym z najważniejszych centrów duchowych prawosławia w Polsce i w tej części Europy. Z każdym rokiem wzrasta liczba wiernych uczestniczących w modlitwach przed cudowną Supraską Ikoną Bogarodzicy.

Wszystkich, którzy mają ochotę, zaprosił ksiądz Jarosław Jóźwik na wystawę Leona Tarasewicza, wybitnego malarza, od 4.08.2017  do 6.08, od godz. 17.00 w sali im. Wiktora Wołkowa, innego wielkiego mieszkańca Supraśla. Wstęp wolny

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj.

Rozmowa z księdzem Jarosławem Jóźwikiem odbyła się w części 6 Poranka.

 

W Niemczech jest ponad 246 tysięcy osób, które dostały nakaz opuszczenia kraju, a tymczasem… zapadły się pod ziemię

Dzień 34. z 80 / Supraśl / Poranek WNET – W rozmowie ze Sławomirem Ozdykiem o dwóch ostatnich zamachach w Niemczech oraz o tym, czy niemieckie służby potrafią skutecznie przeciwdziałać atakom.

[related id=”32839″]W Poranku WNET w Supraślu Wojciech Jankowski rozmawiał ze Sławomirem Ozdykiem, ekspertem ds. bezpieczeństwa, na temat dwóch zamachów, które miały miejsce ostatnio w Niemczech. Jeden wydarzył się w Hamburgu, drugi – w Konstancji.

Zamachy te, według gościa Poranka, bardzo się od siebie różniły. Zamach w Hamburgu został przeprowadzony przez azylanta, który krzycząc „Allahu Akbar!”, biegał z dużym nożem kuchennym, którym zabił jednego Niemca. Charakterystyczne jest to, że zamachowiec był umysłowo niepełnosprawny, miał dżihadystyczne zapatrywania, a także już wcześniej dostał nakaz opuszczenia kraju.

Osób, które z różnych powodów otrzymały nakazy opuszczenia kraju, ma być w Niemczech ponad 246 tysięcy. Praca służb imigracyjnych pozostaje jednak na papierze, ponieważ nakazy nie są egzekwowane, tak jak w przypadku zamachowca z Hamburga. Urzędy pracują, ale ich praca idzie na marne, bo osoby, które mają opuścić teren Niemiec, zapadają się pod ziemię.

Przypadek zamachowca z Hamburga jest też interesujący z innego powodu. Wiadomo o nim, że pił, brał narkotyki, zapożyczał się. Trafił jednak do meczetu salafickiego, gdzie dostał się pod wpływy radykalnych imamów i zmienił styl życia. Meczet ten jest pod obserwacją służb niemieckich, ale jak widać, niewiele ona daje.

– Jedynym rozwiązaniem byłoby zburzenie tego przybytku – uważa Sławomir Ozdyk.

[related id=32622]Zamach w Konstancji miał mieć inne podłoże. Dokonał go Kurd z Iraku, który już 15 lat temu przybył do Niemiec. Podobno był związany ze środowiskiem handlarzy narkotyków. Pokłócił się z ochroną dyskoteki, której właścicielem był jego szwagier, poszedł do domu, wziął karabin, wrócił i zaczął strzelać. Zamachu tego policja nie łączy z islamem i z ISIS.

Sławomir Ozdyk zwraca jednak uwagę, że przed ISIS w Niemczech był już radykalny islam. Był też handel narkotykami, kradzieże samochodów, byli muzułmanie, którzy nie uznawali wartości europejskich, były też rodziny islamskie terroryzujące całe dzielnice.

Jeśli zamach w Konstancji nie był zamachem terrorystycznym, pytać należy – zdaniem gościa Radia WNET – skąd zamachowiec miał karabin, skąd miał tak dużo amunicji itd.

Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy w części szóstej Poranka WNET.

JS

Poseł Dariusz Piontkowski: Opadły już emocje po zapowiedzi weta, spokojnie czekamy na propozycje prezydenta

Dzień 34. z 80 / Supraśl / Poranek WNET – O emocjach w obozie PiS po podwójnym wecie oraz o odpowiedzialności, jaką wziął na siebie prezydent, zapowiadając przygotowanie nowych projektów ustaw.

W rozmowie prowadzonej w przez Wojciecha Jankowskiego w Poranku WNET w Supraślu podlaski poseł PiS Dariusz Piontkowski skomentował sytuację w partii Prawo i Sprawiedliwość i pośród jej wyborców, powstałą po zawetowaniu przez prezydenta Andrzeja Dudę dwóch spośród trzech ustaw, za pomocą których koalicja rządząca zamierzała zreformować wymiar sprawiedliwości w Polsce.

Poseł powiedział, że po ogłoszeniu informacji o tym, że prezydent nie podpisze ustaw o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa, emocje osiągnęły bardzo wysoki poziom. Wielu sympatyków rządu, polityków i wyborców PiS ta decyzja zaskoczyła, poczuli się oszukani, a nawet zdradzeni. Pojawiła się też niepewność, co będzie dalej z reformą sądownictwa.

Gość Poranka zaznaczył przy tym, że prezydent, zgodnie z konstytucją, oczywiście miał prawo do zawetowania ustaw. Wydawało się jednak, że nie ma znaczących różnic programowych między nim a resztą obozu rządzącego. Nie wiemy też przy tym, jakie były dokładnie powody weta i dlaczego jedną z trzech ustaw (ustawę o ustroju sądów powszechnych) prezydent zdecydował się podpisać.

Zdaniem Dariusza Piontkowskiego prezydent – biorąc na siebie ciężar przygotowania nowych projektów ustaw reformujących sądownictwo – wziął na siebie bardzo dużą odpowiedzialność z jednej strony wobec tych, którzy protestowali przeciwko planom PiS wobec wymiaru sprawiedliwości, z drugiej – wobec jego własnego elektoratu, który oczekuje realizacji programu wyborczego, a więc między innymi głębokiej reformy wymiaru sprawiedliwości. [related id=32622]

Wojciech Jankowski zauważył, że prawa strona, w tym sympatyzujący z nią komentatorzy i publicyści, podzieliła się w ocenach działania prezydenta. Przykładowo – z jednej strony Jerzy Targalski i Witold Gadowski decyzję prezydenta zdecydowanie krytykują, a Rafał Ziemkiewicz i Łukasz Warzecha ją popierają. Poseł odparł na to, że dziennikarze zawsze byli podzieleni, a ci dwaj to nie są „twardzi zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości” i zawsze byli mocno krytyczni wobec PiS.

Dariusz Piontkowski zwrócił uwagę na to, że Jarosław Kaczyński poprosił o stonowanie nastrojów i spokojne czekanie na propozycje prezydenta.

Gość uważa, że ostatnie wydarzenia nie spowodują straty poparcia Andrzeja Dudy w tzw. twardym elektoracie PiS. I tak będzie on głosować na niego, jednak trudniej będzie go zmobilizować w kampanii wyborczej.

W drugiej części rozmowy poseł wypowiedział się na temat decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który nakazał natychmiastowe wstrzymanie prowadzenia wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej (jest to tymczasowe rozstrzygnięcie do czasu wydania wyroku w tej sprawie). Jego zdaniem polityka dominuje w sporze o zasadność działań podejmowanych w Puszczy przez ministra Jana Szyszkę i podległe mu służby, a brakuje merytorycznej dyskusji na temat tego, czy są to właściwe działania.

Zapraszamy do wysłuchania całego Poranka WNET z Supraśla. Rozmowa z posłem Dariuszem Piontkowskim jest w części piątej.

JS

I Zlot Harcerski w 73 rocznicę Powstania Warszawskiego. Bp Guzdek: przyjmijcie powstańcze wartości i ideały jako własne

Z apelem do wszystkich harcerzy, aby przyjęli powstańcze wartości oraz ideały jako własne-zwrócił się bp polowy WP gen.bryg. Józef Guzdek, przed zbliżającą się rocznicą wybuchu powstania warszawskiego

W niedzielę, w Warszawie rozpoczyna się I Zlot Harcerski w rocznicę powstania warszawskiego. O godz. 18. w Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego odprawiona zostanie msza z udziałem powstańców, harcerzy i warszawiaków, podczas której odczytany zostanie apel bpa Guzdka.

„Rocznica Powstania Warszawskiego po raz kolejny przypomina nam, jak wielką wartością jest wolność. Dziesiątki tysięcy żołnierzy Armii Krajowej 73 lata temu pokazały, że wolność jest bezcenna, że warto zapłacić za nią nawet życiem. Razem z nimi walczyło wielu harcerzy Szarych Szeregów, ludzi młodych, pełnych ideałów, nadziei i optymizmu. Choć 63 dni samotnej walki odarły powstańców z marzeń, pozostał w nich wielki szacunek dla ludzkiej godności oraz nadzieja budowania przyszłości, w której dom wolności będzie wznoszony w zgodzie i harmonii przez całe polskie społeczeństwo” – napisał w apelu bp Guzdek.

Podkreśla w nim, że każdego roku na Eucharystii w Parku Wolności gromadzą się uczestnicy powstania oraz wielu młodych ludzi, zwłaszcza harcerki i harcerze. „Składam wyrazy szacunku i czci tym, którzy pisali powstańczą historię. Was, młodzi przyjaciele, pragnę prosić, żebyście przyjęli, jako własne, powstańcze wartości oraz ideały. Dzisiaj nie jest konieczna walka o wolność z bronią w ręku. Jednak nadal potrzeba pracy nad sobą, by osiągnąć skarb wewnętrznej wolności: od nałogów, lenistwa i egoizmu. Nadal trzeba się uczyć oddawania życia, już nie z bronią w ręku, ale w służbie – Bogu, Ojczyźnie i bliźnim” – czytamy w apelu biskupa polowego.

„Niech ta sztafeta pokoleń trwa i buduje nasz wspólny ojczysty dom” – głosi apel biskupa Guzdka, skierowany do harcerek i harcerzy.

Powstanie Warszawskie było największą akcją zbrojną podziemia w okupowanej przez Niemców Europie. 1 sierpnia 1944 r. do walki stanęło ok. 40-50 tys. powstańców. Planowane na kilka dni trwało ponad dwa miesiące. W czasie walk w Warszawie zginęło ok. 18 tys. powstańców, a 25 tys. zostało rannych. Straty wśród ludności cywilnej były ogromne – zabitych zostało ok. 180 tys. osób. Pozostałych przy życiu mieszkańców Warszawy, w sumie około pół miliona osób, hitlerowcy wypędzili z miasta, które po powstaniu zostało niemal całkowicie zniszczone.

PAP/MoRo

„Kurier Wnet” 37/2017. Rocznica Światowych Dni Młodzieży w Krakowie: Wydarzały się cuda i dzieją się do dziś

3000 chłopaków do kapłaństwa, 4000 dziewczyn do zakonów. I 2000 rodzin – gotowych, aby jechać na misje. Do dowolnego miejsca na świecie. Bóg stawia poprzeczkę wysoko i z Nim można ją przeskoczyć.

Wojciech Sobolewski
Marek Karolak

Cuda Światowych Dni Młodzieży w Krakowie

O schodzeniu z sykomory, oświadczynach w cieniu hangaru, wielkiej ulewie, misjach ad gentes i chrześcijanach dla lwów opowiada Marek Karolak, świecki katechista Drogi Neokatechumenalnej, który przygotowywał Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. Wysłuchał Wojciech Sobolewski.

Byłeś koordynatorem przygotowań do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. W lipcu 2016 mówiłeś o tym na łamach Kuriera WNET. Minął rok. ŚDM to już – dla wielu – prehistoria…

Może, ale nie dla mnie. Obrazy ŚDM są ciągle żywe. Zacznę od takiej rzeczy zabawnej: rok temu mówiłem, że ŚDM to będzie taka rozmowa Jezusa z Zacheuszem, który wdrapał się na sykomorę w Jerychu. 31 lipca podczas mszy kończącej ŚDM (w podkrakowskich Brzegach) papież Franciszek już w pierwszym zdaniu powiedział: „Drodzy młodzi, przybyliście do Krakowa by spotkać Jezusa. A Ewangelia mówi nam dziś właśnie o takim spotkaniu między Jezusem a pewnym człowiekiem, Zacheuszem, w Jerychu”. Więc najpierw my tu sobie rozmawiamy, a potem w Krakowie Franciszek używa tego samego wątku z życia Jezusa, żeby pokazać, że Bóg przechodzi i odnajduje nas.

W Sydney też były sykomory…

Tak, ale na miejscu spotkania powołaniowego z Kiko.

Nie wszyscy to wiedzą: nazajutrz po mszy z papieżem kończącej ŚDM neokatechumenat organizuje swoje spotkanie powołaniowe…

Tak, i kiedy większość organizatorów odpoczywa po skończonej pracy – my mamy pełne ręce roboty. Co mnie zabolało: o takim spotkaniu w Krakowie wspomniały raptem tygodniki katolickie. W pozostałych mediach – cisza.

A było o czym wspominać?

1 sierpnia do Brzegów przybyły tysiące młodych z całego świata; dzień wcześniej byli w tym samym miejscu na mszy z papieżem Franciszkiem. Wielu z nich było gotowych oddawać życie dla ewangelizacji na całym świecie.

Skąd to wiadomo?

Spotkania mają swój określony przebieg; na koniec każdego z nich Kiko Argüello (inicjator Drogi Neokatechumenalnej) zaprasza wszystkich, którzy słyszą w sobie ten głos powołania: chłopaków do kapłaństwa, dziewczyny do zakonów. Wszyscy siedzą na ziemi – a ci wstają i idą na podium.

Kiko Argüello,inicjator Drogi Neokatechumenalnej | Fot. W. Sobolewski

A jak ktoś ma rodzinę?

Ostatnio robi się też wołanie rodzin – dla każdego w ewangelizacji jest miejsce.

I ktoś wstał?

Prawie 3 tysiące chłopaków, 4 tysiące dziewczyn do zakonów. I 2 tysiące rodzin – gotowych, aby jechać na misje. Tam, gdzie jest taka potrzeba, czyli do dowolnego miejsca na świecie.

To są owoce ŚDM: młodzi gotowi oddawać swoje życie. To jest sedno ŚDM: Bóg szuka człowieka, żeby pokazać mu, gdzie jest jego powołanie. Czyli: jak – konkretnie – Jego wola ma się w moim życiu wypełnić. Biskupi i kardynałowie obecni na tych spotkaniach zawsze są zadziwieni tą rzeką powołań sunącą na podium. Oczywiście – wszystkie te powołania są potem weryfikowane.

Jadąc na ŚDM w Madrycie, spotkaliśmy w Strasburgu siostrę sakramentkę, bardzo zadowoloną z życia. Ta jej radość robiła ogromne wrażenie na wszystkich pielgrzymach, także na dziewczynach szukających swojego powołania: oto kobieta żyjąca w zamk­nięciu – a taka radosna! Jej droga do zakonu zaczęła się w 1991 r. w Polsce; nazajutrz po mszy z Janem Pawłem II w Częstochowie odbyło się w Warszawie spotkanie powołaniowe. I ona wtedy wstała.

W Kościele widać często lęk przed utratą młodego człowieka, kiedy się go za bardzo obciąży. To jest pułapka demona: brakuje powołań, zamyka się kościoły i klasztory, starsze pokolenie wymiera, ale „nie wymagajmy od młodych niczego więcej, ważne, że oni jeszcze są i to powinno wystarczyć”.

Młodzi potrzebują radykalnej drogi, a Droga jest radykalna, tu słyszą: nie warto tracić życia na kanapie z pilotem albo konsolą w ręku, Bóg stawia ci poprzeczkę wysoko i z Nim możesz ją przeskoczyć. Najpierw niewiele, pół centymetra, centymetr, ale potem pół metra, metr – co przecież nie jest możliwe o własnych siłach, bo ten młody w ogóle nie umie skakać. Albo zostawiamy go na tej kanapie, bo przecież „przychodzi w niedzielę do kościoła”.

A ci, którzy wstają na ewangelizację? Nikt im nie obiecuje łatwego życia, nie mówi: „Będzie fajnie”. Wręcz przeciwnie: będą trudności, może prześladowania… Może taka rodzina będzie posłana w miejsce, gdzie łatwo o narkotyki albo gdzie rządzi wojujący islam. Może to się skończyć śmiercią. Jezus nie obiecuje łatwego życia: matka przeciw córce, ojciec przeciw synowi, będą was wtrącać do więzień i zabijać z mojego powodu. Albo pączki, kawa, 800 kanałów i tatuaże (bo to jest teraz modne), albo „Chodź za Mną, oddaj Mi swoje życie”. Apostołowie najpierw pouciekali, ale potem, gdy dostali Ducha Świętego – oddawali życie.

Byli na tym spotkaniu powołaniowym młodzi z Bliskiego Wschodu?

Tak – z tych wszystkich miejsc, skąd teraz ciągną do Europy emigranci. I co nas zaskoczyło: nikt nie skorzystał z okazji, by zostać w Europie; wszyscy wrócili do swoich krajów. Przy okazji – nasi bracia chrześcijanie z Iraku, Syrii, Egiptu, Libanu, Indii, Filipin, z Ameryki Południowej, z Afryki mogli przyjechać tylko dzięki ks. kardynałowi Kazimierzowi Nyczowi, od którego dostaliśmy gigantyczne wsparcie; na naszą prośbę wystawiał dokumenty dla pielgrzymów z dowolnego zakątka świata, a my słaliśmy to do konsulatów.

Zwykły tryb ŚDM nie wystarczał?

Nie, bo nie uwzględniał faktu, że to spotkanie odbyło się dzień po zakończeniu ŚDM. Taki drobny błąd jakiegoś urzędnika. I stąd kłopoty tysięcy pielgrzymów. Czasem było zabawnie: 40 młodych chłopaków z Wybrzeża Koś­ci Słoniowej (wszyscy z seminarium w Abidżanie) dostało polskie wizy, ale na lotnisku w Paryżu 17 z nich uznano za potencjalnych terrorystów. Dostajemy rozpaczliwego SMS-a z lotniska: „CO ROBIĆ?”. Dzwonimy do ks. kard. Kazimierza Nycza, dzwonimy do p. Beaty Kempy. Po 10 minutach mamy wiadomość od p. Kempy: ks. kardynał już wszystko załatwił, chłopaki z Abidżanu przylecą do Krakowa. Dzięki pomocy Kurii warszawskiej mogli poczuć troskę Kościoła o nich.

A tu na miejscu, w Polsce: zwyciężyła tradycyjna gościnność czy wygoda?

Było różnie: część mediów podkręcała atmosferę strachu, taki negatywny PR: ktoś przyjedzie, wysadzi się w powietrze, po co nam ta awantura. I niestety wielu temu ulegało; rozmawiałem z człowiekiem mieszkającym w pobliżu miejsca spotkania pod Krakowem, który nie pozwolił swoim dzieciom wziąć udziału w ŚDM. Wysłał je na kolonie, ale sam został na miejscu; gdy zobaczył piękno tego spotkania – rozpłakał się; nawet w ostatniej chwili zdecydował się ugościć pielgrzymów. Podobna historia była w 1997 r. w Paryżu: cały Paryż wyjechał…

Po co?

Żeby uniknąć tego całego zamieszania. Wszyscy się bali, że wielki Paryż będzie sparaliżowany, poza tym dla laickiej Francji przybycie głowy Kościoła nie jest istotnym wydarzeniem. Ale potem, gdy zobaczyli, że to jest niesamowite wydarzenie – to ten Paryż wrócił do domu i w niedzielę rano na mszy z Janem Pawłem były tłumy Francuzów. Tłumy, których nikt się nie spodziewał.

Jakie były owoce tego „krakowskiego zamieszania”?

Dla każdego inne, to są często bardzo osobiste historie, nie ujęte w statystykach. Pewna dziewczyna z Zambii przyjechała do Polski jako rasistka: nienawidziła białych, którzy najechali i zniszczyli jej kraj. Nawet białych księży. Tu w Polsce spotkała ludzi, którzy dali jej wszystko: karmili ją, wozili, tracili dla niej swój czas, oddali jej swój pokój, łóżko… Biali ludzie! Ostatniego dnia, przed odlotem popłakała się w Kościele, dawała publicznie świadectwo o tym, jak Bóg tu, w Polsce, leczył jej serce. I prosiła swoich gospodarzy (i w ogóle – białych) o przebaczenie.

Są inne owoce. Co chwila słyszymy o kolejnym ślubie młodych, którzy poznali się na ŚDM lub tam zdecydowali na sakramentalne małżeństwo (dla wielu młodych ten krok jest coraz trudniejszy). Pan Bóg w czasie ŚDM dotykał głęboko ich serc.

Ilu było wolontariuszy z Drogi Neokatechumenalnej?

Trzy tysiące. Wcześniej wszyscy przeszli szkolenia prowadzone przez służby (był nawet wykład o cyberprzestępczości). Poświęcali swój czas, pieniądze, umiejętności, ale – opłacało się.

Jakiś przykład?

Pewna wolontariuszka z Gdańska, która pomagała nam pod Krakowem non-stop, 24 godziny na dobę, w końcu – zasłabła. Ściąganie karetki z Krakowa było bardzo trudne, na szczęście znalazł się na miejscu chłopak z samochodem, który wracał do miasta i zawiózł ją do szpitala. Potem wpadł ją odwiedzić. Potem wpadł drugi raz… Latem biorą ślub.

Albo taka historia: dwoje wolontariuszy – on z Poznania, ona z Warszawy – usiadło w cieniu hangaru na papierosa i chwilę odpoczynku. On myśli: „No, jakby mi się oświadczyła, to bym się z nią ożenił.” I oddaje jej papierosa. Ona się zaciąga i mówi: „Słuchaj, może byś się ze mną ożenił?”. W grudniu był ich ślub. Takich historii Pan Bóg robił wiele, znamy tylko niektóre.

Zorganizowaliśmy własny kampus dla pielgrzymów pod Krakowem, na Pobiedniku (lotnisko aeroklubu). W nocy przeszła tam potężna burza, lał deszcz, wiele namiotów po prostu zmiotło z powierzchni ziemi, została tylko wypalona trawa. Kolejnej nocy szła druga fala. Na miejscu było oczywiście mnóstwo naszych wolontariuszy chętnych do walki z żywiołem. Byli gotowi do wyzwań: mieli latarki, saperki, koce – wszystko przygotowane do akcji. Część z nich skierowaliśmy do namiotu-kaplicy, żeby adorowali Najświętszy Sakrament. Byli trochę zbuntowani, ale w pokorze i posłuszeństwie poszli się modlić. I burza przeszła bokiem. Była też grupa ze Słowacji: przyszli na piechotę kilkanaście kilometrów, dwa razy zmokli. Gdy znaleźli się na polu bitwy, jakim był Pobiednik, nie miał się nimi kto zająć. Stanęli sobie z boku i zaczęli modlić się na różańcu, a ich przewodnik mówi: spokojnie, jesteśmy tu na pielgrzymce: jak siedem razy nie zmokniesz – nie było pielgrzymki.

Inne napięcia?

Na miejscu spotkania zbudowaliśmy podium, położyliśmy wykładzinę, ale nocą powiał wiatr i ją wywiał, musieliśmy kłaść nową. W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia lało jak z cebra; wolontariusze ubabrani w błocie po szyję rozkładali w bezsilności ręce; przyjechał dyrektor organizacyjny Brzegów: „Kochani, to nie ma szans! To spotkanie nie może się udać!”. Poza tym deszcz wypłukał wielki dół na drodze (jedynej), którą na spotkanie powołaniowe mieli docierać biskupi i kardynałowie. W niedzielę wieczorem powstał tam po prostu basen. Żeby go zasypać, potrzebny jest spychacz, wywrotka, żwir…

A spotkanie nazajutrz…

Tak. Prognozy dla Krakowa i okolic były jednomyślne i beznadziejne: meteo z krakowskiego lotniska w Balicach: deszcz… Deszcz… Deszcz… Od rana do wieczora. To samo mówiła prognoza z Warszawy i wszystkie inne. Ale nazajutrz o 7.00 rano deszcz ustał. Widzieliśmy, że to nie my organizujemy tę imprezę. Za tym stoi sam Bóg, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Przed spotkaniem (które zaczynało się po południu) wsypaliśmy w ten basen żwir. Jedenaście ciężarówek. Pan Bóg o wszystko się zatroszczył, o spychacz też. Na końcu – udało się! Jedni mówili: – To Matka Boża! W końcu to Jej impreza! (Droga powstała z inspiracji Maryi). Inni wołali: – To Carmen tak się o nas zatroszczyła! (Carmen Hernández, współinicjatorka Drogi Neokatechumenalnej, zmarła kilka dni przed rozpoczęciem ŚDM w Krakowie).

Problemem było także to, że nie wiedzieliśmy, ilu młodych z Drogi przyjedzie do Krakowa. Na spotkaniach organizatorów ŚDM często nas o to pytano, a my mówiliśmy, że nie wiemy: 50 tysięcy, może 100 tysięcy… Wszyscy łapali się za głowę – to jest 500-1000 pełnych autokarów. Liczby przerażały. Na końcu okazało się, że przyjechało 200 tysięcy młodych. Do końca to nie było pewne, bo mówiło się, że „w Polsce jest niebezpiecznie”. Zrezygnowała np. cała grupa ze Szwajcarii. A co by się działo, gdyby Franciszek zapowiedział: – Następne ŚDM odbędą się… w Iraku. Zdziwilibyśmy się wszyscy: wojujący islam, pozabijają wszystkich! Ale to właśnie Bóg nam proponuje: idziesz za Mną?

Ale wielu innych przyjechało…

Potwierdziła się reguła, że na ŚDM-ach stanowimy 10-procentowy udział: w Rio, w Sydney, w Madrycie. Chociaż, jeśli ktoś w noc czuwania przemierzał teren spotkania, to mógł pomyśleć, że znacznie więcej: ci wszyscy tańczący w wielkich kręgach w rytm hiszpańskich rytmów granych na gitarach, w kolorowych, odjechanych koszulkach i z transparentami – to właśnie młodzież z Dogi Neokatechumenalnej.

Jak już jesteśmy przy liczbach: na ŚDM było 300 tysięcy młodych Polaków. Wobec tych kilku milionów, powiedzmy sześciu, które były zaproszone – to niewiele, co dwudziesty.

Kiedyś działał prosty fakt, że Jan Paweł II był z Polski. Ale dzisiaj jest Franciszek i on ma też swój styl, swoją metodę docierania do człowieka i proste przesłanie: wstań z kanapy, zerwij z tym sposobem życia, przestań przeżuwać życie jak gumę, z tabletem w dłoni albo z konsolą. I młodych to pociąga: widzą troskę papieża o ich życie. A to życie? Jakie jest? Z telefonem, tabletem, nastawione na konsumpcję.

Wielu ludzi w Kościele też w gruncie rzeczy to wciąga, chcą dotrzeć do młodych, wykorzystując te same techniki. Ale Kościół nie jest tabletowy, nie jest „website’owy”. Oczywiście Bóg może się objawić w taki sposób, że ktoś na Twitterze znajdzie swoją dziewczynę czy chłopaka, ale – Kościół jest pewnym wydarzeniem, Bóg się objawia w historii każdego człowieka, przychodzi osobiście, jak Jezus do Zacheusza.

Młodym podoba się prosty przekaz Franciszka, który wywraca pewne rzeczy, mówi młodym: zróbcie raban! Albo to, że Franciszek chodzi w swoich ulubionych butach, zamiast nosić czerwone pantofle.

A powinien?

Papież zerwał z długą tradycją noszenia czerwonych pantofli, która symbolizuje krew męczenników. I nie wsiada do porządnego, kuloodpornego samochodu, tylko jeździ swoim zwykłym autem. Może jacyś ludzie odpowiedzialni w Watykanie rwą z tego powodu włosy… Ale młodzi też to widzą i im się to podoba. Prosi też młodych o modlitwę, a tym samym pokazuje im, że są pot­rzebni. U nas na Drodze młodych też prosi się o modlitwę w intencji misji Ad gentes – każdy chętny otrzymuje w tej intencji różaniec…

Co to jest misja Ad gentes?

Kilka rodzin – z dziećmi i z księdzem – przeprowadza się w takie miejsce, gdzie nie ma – już albo jeszcze – Kościoła. Te rodziny wcześniej nie znają się, jedna jest np. z Hondurasu, druga z Hiszpanii i trzecia z Polski. Na miejscu posyłają dzieci do szkoły, sami szukają pracy i żyją wśród ludzi dając świadec­two o Jezusie Chrystusie. Oczywiście nie jadą tam sami z siebie, lecz posyła ich papież, Kościół.

I ci młodzi modlą się za misję?

Oni są odpowiedzialni za tę misję, są jej częścią. Modlą się, a tamci na misji wiedzą, że ktoś się za nich modli. Tacy, powiedzmy, Hiszpanie czy ludzie z Kostaryki, którzy nigdy nie widzieli śniegu, jadą na Syberię, gdzie jest -40° C. I żeby się ogrzać trzeba wejść do lodówki, bo tam jest cieplej (+8° C) (śmiech).

Wielkim skarbem wspólnot Drogi jest dobry kontakt z młodymi: oni odnajdują się we wspólnocie, gdzie są ludzie w wieku ich rodziców czy dziadków.

Następne ŚDM…

…Odbędzie się w Panamie i to jest ukłon w stronę wielu biednych z Ameryki Łacińskiej, którzy dostają szansę, by uczestniczyć w ŚDM.

Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że byliśmy gospodarzami ŚDM. Może dopiero po latach odkryjemy, jaka to była łaska dla Polski, dla nas wszystkich. I zobaczymy jej owoce. Mam nadzieję, że nie będzie tak, jak z figowcem, do którego przychodzi głodny Jezus i nie znajduje figi; przeklina drzewo, a ono usycha. I młodzi odchodzą z Kościoła.

I pokazują „figę”…

Albo jesteś powołany do tego, żeby być w Kościele i umiesz to wykorzystać: schodzisz z sykomory, rozdajesz majątek biednym, oddajesz to, co nakradłeś – albo mówisz: dzisiaj, Panie Boże, nie mogę, mam ważne spotkanie, może innym razem… I tak było z goszczeniem pielgrzymów na ŚDM – wielu mówiło: po co mi to zamieszanie, może wypiją mi soczek, zadepczą trawnik, zniszczą wykładzinę. Tak myśli wielu „wierzących i praktykujących”, a nawet kilku przyjaciół Księdza Proboszcza. Chcemy mieć życie poukładane i bez wstrząsów.

ŚDM pokazał, że Franciszek jest dla wielu młodych autorytetem, chociaż naturą młodych jest bycie w kont­rze do wszelkich autorytetów: mówisz „idź w lewo” – młody człowiek pójdzie w prawo, mówisz „nie pij” – będzie pił. Mówisz „pal” – nie będzie palił. Ale potem taki człowiek dojrzewa i wydaje owoce.

Skąd młodzi wezmą pieniądze na ŚDM w Panamie? Sam przelot z Polski to ogromny wydatek.

Sposobów jest wiele: pracują dorywczo, opiekują się dziećmi, pieką cias­ta, urządzają kiermasze, dają koncerty po kościołach – imają się przeróżnych zajęć. A jak nadal nie starcza pieniędzy, to pokornie proszą o wsparcie wspólnotę, rodziców, chrzestnych albo przyjaciół.

…których poznaje się w przysłowiowej biedzie. Oprócz kosztów pielgrzymki musieliście też pokryć koszty organizacji spotkania powołaniowego.

Zbiórka na ten cel zaczęła się 1,5 roku przed ŚDM. Zbierano raz w tygodniu, po Eucharystii – każdy dawał symboliczną złotówkę. Jeśli wspólnota ma np. 42 osoby, to co tydzień zbierała 42 złote. Zebrało się ponad 2 mln – przysłowiowy wdowi grosz.

To, co pozostało ze świątyni jerozolimskiej, tzw. Ściana Płaczu, też była zbudowana za wdowi grosz. I tylko to z wielkiej świątyni ocalało. A tych pieniędzy starczyło?

Nie. Ale nie trzeba być bogatym, żeby dawać. Wielu wolontariuszy na dwa tygodnie ŚDM brało urlopy, często bezpłatne; zostawiało nawet małe dzieci, chcieli być dyspozycyjni. Ktoś zaoferował bezpłatnie karetkę (tylko prosił o zwrot pieniędzy za benzynę).

Na naszym kampusie – gigantycznym polu namiotowym na terenie lotniska – potrzebowaliśmy różnych ludzi, nie tylko wykształconych, jak lekarze, także zwykłych robotników i takich wynajęliśmy. Jeden z nich na koniec nie chciał od nas pieniędzy (chociaż się umówił). Kiedy zapytałem go o powód, odparł krótko: – Bo spotkałem Boga. I to mi wystarczy.

Ta krótka rozmowa z człowiekiem, który ani nie kocha Neokatechumenatu, ani nie chodzi do kościoła – wycisnęła mi łzy z oczu. Czym on się zajmował? Podawał na kampusie jedzenie, sprzątał ubikacje, donosił papier toaletowy. Potem ktoś go spotkał na katechezach, które poprzedzają wejście do wspólnoty.

Inna historia: zgłosił się chłopak, który powiedział, że ma zmiany nowotworowe w mózgu i nie wie, czy dożyje do ŚDM. Przyjechał i pracował jako wolontariusz. To ten sam, co palił z dziewczyną pod hangarem – uprzedził ją lojalnie, że jest chory, poszli do lekarza sprawdzić, ile czasu zostało im na życie razem. Okazało się, że po nowotworze nie było śladu.

Pan Bóg często wywraca życie do góry nogami…

I to życie dopiero wtedy nabiera smaku. Nie zapomnę takiej sceny w czasie ŚDM w Sydney: stoimy na dużym placu w centrum miasta, robimy uliczną ewangelizację, z gitarami, głośnymi śpiewami, z tańcem. A tu podchodzą do nas miejscowi i jeden z nich mówi:

– Chrześcijanie?! Wy jesteście mięsem dla lwów! Chrześcijanie dla lwów!

To nie był rok 108 po Chrystusie, ale rok 2008… Za chwilę z biurowca przy placu wychodzi młoda dziewczyna i jedzie na tę samą melodię: – Po co nam tu robicie zamieszanie? I co to za bałagan? – Jeden chłopak z naszej pielgrzymki stanął przed nią i zaczynają rozmowę. On po angielsku raczej dukał, ale próbuje rozmawiać:

– Pan Bóg cię kocha!
– Skąd jesteście?
– Z Polski.
– Przylecieliście z Polski?
– Tak! Zapłaciłem za bilet! Dużo pieniędzy!
– Chcesz powiedzieć, że przyleciałeś z Polski, żeby mi to powiedzieć?
– Tak, przylecieliśmy właśnie po to, żeby ci powiedzieć: Bóg cię kocha!

Dziewczyna rozpłakała się. Potem przytuliła tego chłopaka i została z nami na placu.

Z każdym z nas Bóg robi historię inną, niepowtarzalną: ten złamał nogę, tamten ma nowotwór, inny spadł z konia, a jeszcze inny łowił ryby i nic nie złowił. Przychodzi do niego Jezus i mówi… No właśnie: co mówi dzisiaj do ciebie?

„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Wojciecha Sobolewskiego z Markiem Karolakiem, pt. „Cuda ŚDM” na s. 4 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Władze Hamburga: nożownik działał z pobudek islamistycznych 

Władze Hamburga twierdzą, że 26-letni mężczyzna, który nożem kuchennym zabił jedną osobę, a siedem ranił, działał z pobudek religijnych i islamistycznych, również był osobą niestabilną psychicznie.

„Nie wiemy, który z tych elementów był decydujący” – zastrzegł szef MSW kraju związkowego Hamburga Andy Grote. Atak przy użyciu noża to „akt barbarzyństwa”, który „mógł przydarzyć się każdemu z nas” – dodał.

Grote potwierdził, że nożownik był znany hamburskiej policji. Jeden z jego znajomych ostrzegł władze o zmianach w zachowaniu migranta, który przestał pić alkohol i publicznie cytował wersety z Koranu.

„Mieliśmy informacje o jego radykalizacji” – powiedział szef hamburskiego MSW zastrzegając, że napastnik uważany był za islamistę, a nie dżihadystę. Policja przeprowadziła z nim rozmowy ostrzegawcze, z których zdaniem władz nie wynikało, że stanowi on „bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa”.

W Hamburgu przebywa 800 osób uważanych przez policję za islamistów.

Grote podkreślił, że dotychczasowe śledztwo nie wykazało powiązań z niemieckim środowiskiem salafitów ani sprawcy z Państwem Islamskim (IS). „(Sprawca) działał na własną rękę” – dodał.

Policja przeszukała pomieszczenie w ośrodku dla uchodźców, w którym mieszkał nożownik, nie znalazła jednak żadnych podejrzanych przedmiotów.

Prokurator Torsten Voss powiedział, że zatrzymany odmówił na razie zeznań, ponieważ „cierpi na silny ból głowy”.

Szef MSW potwierdził informacje mediów, że sprawca ataku urodził się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, obecnie deklarował jednak przynależność do narodu palestyńskiego.

Arabski migrant wjechał do Niemiec w marcu 2015 roku z Norwegii. Oprócz aktu urodzenia nie miał żadnych dokumentów. Wcześniej przebywał w Szwecji i Hiszpanii. Po krótkim pobycie w Dortmundzie skierowany został do Hamburga, gdzie w maju 2015 roku złożył wniosek o azyl.

26-letni obcokrajowiec, któremu odmówiono azylu, był zobowiązany do opuszczenia Niemiec, lecz ze względu na brak dokumentów nie można go było deportować. Obecni na konferencji prasowej przedstawiciele policji twierdzili, że migrant deklarował chęć dobrowolnego wyjazdu z Niemiec, jednak negocjacje z dyplomatycznym przedstawicielstwem Autonomii Palestyńskiej przeciągały się.

Zamachowiec wszedł krótko po godzinie 15 w piątek do supermarketu Edeka w dzielnicy Hamburga Barmbek. Ze sklepowej półki wziął długi kuchenny nóż, którym bez uprzedzenia zaatakował klientów. Rzucił się na 50-letniego mężczyznę i zadał mu kilka śmiertelnych ciosów, a następnie zranił dwie dalsze osoby przebywające w sklepie.

Po wyjściu ze sklepu atakował przypadkowych przechodniów, zadając im ciosy nożem. Kilku ścigającym go przechodniom udało osaczyć i obezwładnić napastnika, zanim zjawiła się policja. Reporter telewizji N24 podkreślił, że osoby, które przyczyniły się do zatrzymania nożownika, pochodziły z krajów arabskich.

Według Grote część z siedmiu rannych doznało poważnych obrażeń, jednak życie żadnego z nich nie jest zagrożone.

PAP/MoRo

„Kurier Wnet” 37/2017, Wywiad z prezes Stowarzyszenia Łagierników AK: Zawsze był we mnie szalony optymizm

Stefania Szantyr-Powolna: zapamiętałam smród wjeżdżającej armii. Coś niesamowitego. Żołnierze w kapciach, karabiny przewiązane sznurkami, na schodach ludzie krzyczący i wiwatujący po rosyjsku.

Antoni Opaliński
Stefania Szantyr-Powolna

Zawsze był we mnie szalony optymizm

Z dr Stefanią Szantyr-Powolną, honorową prezes Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK, rozmawia Antoni Opaliński.

Gdzie Pani się urodziła?

Urodziłam się w moim najukochańszym mieście, Wilnie, i dotąd uważam, że to jest najcudowniejsze miasto na świecie.

Dlaczego najcudowniejsze?

Może dlatego, że jest związane z moim dzieciństwem sielskim-anielskim… I nie tylko – potem od 1939 roku już z konspiracją. Bo ja zostałam zaangażowana i zaprzysiężona już w jesieni 1939 roku. Więc to był cały okres konspiracji, mego dorastania w duchu działania w podziemiu. Potem aresztowanie w roku 1944 i pożegnanie mego miasta już z okien odjeżdżającego pociągu.

Wróciła Pani jeszcze kiedykolwiek do Wilna?

Czy wróciłam? Nie bardzo, byłam 11 lat na Syberii. Potem wróciłam do Polski, skończyłam studia. Później miałam okazję pojechać do Wilna – właściwie już w bliższych latach. Miasto powitałam z dużym wzruszeniem i ze łzą w oku.

Co Pani pamięta z wileńskiego dzieciństwa? Jakie to było miasto?

Tak jak powiedziałam, moje dzieciństwo było sielskie-anielskie. Wychowana byłam w rodzinie, która mnie darzyła wielką miłością – byłam jedynaczką. Właściwie nie pamiętam – może byłam za mała – żadnych przykrych momentów, które by zalegały mi w pamięci. Dla mnie to zawsze była cudowna rodzina, cudowne czasy, szkoła…

A jakie jest Pani pierwsze wspomnienie z czasów wojennych?

Z czasów wojennych pamiętam, po 17 września, wejście Armii Sowieckiej do Wilna. Rozpacz ludzi na ulicach. Pamiętam, jak moja mamusia bardzo szlochała, bo miała w pamięci poprzednią wojnę. To dziwne, ale muszę powiedzieć: zapamiętałam smród wjeżdżającej armii. Coś niesamowitego. Żołnierze w kapciach, karabiny przewiązane sznurkami, na schodach ludzie krzyczący i wiwatujący po rosyjsku. Koszmar.

Toteż przerażenie nasze – młodzieży i dzieci – było ogromne. Nie wiedzieliśmy, co robić: Polski nie ma, jak mamy się zachować? Spotkał mnie starszy kolega z harcerstwa. Powiedział: my wiemy, co robić. I zaangażował mnie do konspiracyjnego harcerstwa. Bardzo szybko, już w jesieni zostałam zaprzysiężona. Otrzymałam pseudonim „Hanka” i tak już zostało do końca.

Fot. ze zbiorów prywatnych S. Szantyr-Powolnej

Czy mogę zapytać, ile Pani wtedy miała lat?

W 1939? Jestem z 1924 roku, więc miałam 15 lat. Byłam takim dzieciuchem, biegałam z warkoczykami. Ale po zaprzysiężeniu wydawało się, że nagle wydoroślałam. Inna odpowiedzialność. Inne wartości się pojawiły. Wydawało mi się, że jestem bardziej dorosła. Każde zadanie mi powierzane, każda funkcja – na początku to było tylko roznoszenie jakichś gazet wydawanych przez podziemie – wydawało mi się, że to jest coś tak bardzo wielkiego, że od tego zależy, żeby ta Polska wróciła. Oczywiście byłam taką małą śrubką w mechanizmie konspiracyjnym, ale zawsze miałam wrażenie, że od spełnienia mojego zadania zależy, żeby wróciła Polska.

Jak to się stało, że Pani się znalazła na zesłaniu?

Oczywiście w konspiracji było nas bardzo wielu. Ja miałam taką grupę dziewcząt. Skończyłam kursy łącznościowe, więc byłam łączniczką, miałam kontakty, tajne – bo znaliśmy się tylko po kilka osób. Jedna z mojej grupy została przez kogoś wskazana – nie wiem, w jakich okolicznościach. W każdym razie ona mnie „wsypała” i zostałam aresztowana.

Zostałam zabrana do gmachu NKGB, miałam bardzo trudne śledztwo, byłam bardzo bita, miałam złamany nos. Trzydzieści kilka godzin bez picia, bez jedzenia, bez snu, tylko cały czas badania, badania, badania… I tak, jak zostałam aresztowana, już oczywiście nie wróciłam do domu. Trzymali mnie w piwnicy. W tym budynku NKGB był schron na dole i w piwnicy były cele.

Cela, w której się znalazłam, to była cela po ubikacji; jeszcze na ścianach były widoczne ślady używania, a na posadzce wyrwane miejsce po sedesie. Nas siedziało w tej celi ponad dwadzieścia. Leżałyśmy tak na zakładkę, bo to było dwa i pół metra na dwa i pół metra albo mniej. Byłyśmy bardzo stłoczone, rozebrane.

Ja zresztą po tym pierwszym, trzydziestokilkugodzinnym śledztwie trafiłam na początku do innej celi, w której jakaś litościwa ręka podała mi kawałek chleba. Ten chleb dziwnie chrzęścił, ale nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że cela była tak zawszona, że te wszy wchodziły do chleba. Potem szybko przerzucono mnie do tej celi po ubikacji, w której siedziałam już cały czas do sądu.

Byłam sądzona – dostałam paragraf 58/2/11. Najwyższa kara więzienia z tego paragrafu to było wtedy dziesięć lat. Za „powstanie grupowe z bronią w ręku”. Wyrok przy tym paragrafie to była kara śmierci albo wyrzucenie z kraju. Bo oni uważali nas za obywateli sowieckich. Na sądzie dostałam te dziesięć lat wyroku. Za rok z tego samego paragrafu już dawali dwadzieścia pięć lat, ale wtedy już nie wchodziła w grę kara śmierci.

Po wyroku zostałam przerzucona do głównego więzienia w Wilnie, na Łukiszkach. Tam była sala, w której było nas chyba osiemdziesiąt osób. Tam też spotkałam swoje koleżanki z konspiracji.

W tej dużej celi był organizowany transport do Związku Radzieckiego. To były pierwsze dni maja 1945 roku; nie pamiętam, czy to był pierwszy, czy trzeci. Ale na pewno maj, bo jeszcze w kwietniu byłam na Łukiszkach. Do więzienia przylegał kościół świętego Jakuba. Pamiętam, jak w Wielkanoc przeżywałyśmy rezurekcyjne dzwony.

Transport obejmował ponad tysiąc osób, głównie mężczyzn, i tylko około dwadzieścia kobiet. Więzienie jest dość daleko od stacji kolejowej. Na początku szli mężczyźni, na końcu my – wygłodzone, wymęczone badaniami, bo śledztwa były intensywne, męczące i zawsze w nocy; a za nami niebezpieczne psy. I tak doszliśmy do dworca. Tam stały podstawione dla nas zwierzęce wagony. Najpierw musiałyśmy klęczeć przed wagonami, a potem na dane hasło nas do nich pakowano.

Nie wiem, w jaki sposób, ale rodziny dowiedziały się o tych transportach, bo wkrótce za torami zgromadził się tłum naszych rodziców, braci. Ja byłam jedynaczką, więc tylko rodzice. Nawet nie mogłyśmy ich rozpoznać. Starałyśmy się do tych bydlęcych okienek w wagonach podsadzać jedna drugą, żeby zobaczyć nasze rodziny, ale było za daleko.

Tak nadszedł dzień, kiedy transport ruszył. Jechaliśmy parę tygodni. Któregoś dnia pociąg się zatrzymał i usłyszałyśmy wiwaty, krzyki, strzały. Nie wiedziałyśmy, co się dzieje, zapytałyśmy konwojenta, powiedział, że skończyła się wojna.

Pojawił się błysk nadziei, że w związku z tym powinnyśmy wrócić do Wilna, do Ojczyzny. Przecież nas traktują jak jeńców wojennych. Myśmy nie zdradziły swojej Ojczyzny. Byłyśmy pod okupacją i chciałyśmy powrotu naszej Polski. Niestety pociąg mknął dalej i po kilku tygodniach dojechałyśmy do Uchty.

Najpierw zabrano nas do ogólnego obozu. Tam przyjeżdżali naczelnicy obozów i jak niewolników dobierali sobie siłę roboczą. Nas wziął pod swoją opiekę naczelnik z sowchozu, który się nazywał Sediu. W tym sowchozie byli zatrudnieni prawie sami kryminaliści, którzy mieli do stu lat wyroku, wiele morderstw i przestępstw na sumieniu.

Jak przyjechaliśmy, naczelnik powiedział na odprawie, żebyśmy nie używały żadnych naczyń, kubków, bo wszyscy są zarażeni chorobami wenerycznymi. Chociaż oni bardzo chętnie chcieli nam wypożyczać swoje kubeczki czy łyżki.

Śmierć była zawsze bardzo blisko. Może opowiem jeden z przypadków. Naczelnik uczył nas, jak się znaleźć w lesie. Myśmy przecież nie mieli pojęcia o żadnym liesopowale, czyli cięciu lasu. Uczył nas, że najpierw trzeba obrąbać drzewo z jednej strony, a potem piłować z drugiej. Latem to jeszcze było możliwe, ale nie kiedy spadł śnieg, a spadał wcześnie, śniegu było po pas. To była bardzo ciężka praca, bo trzeba było odkopać śnieg wokół drzewa prawie do ziemi, a dopiero potem ciąć drzewo. Bo inaczej dostawało się karcer, gdyby pień był za wysoko ucięty. Praca była niebezpieczna, pole do roboty ograniczone, bo trzeba było dużo śniegu usuwać. I nieraz zdarzały się przypadki, że takie drzewo padało na nas, miałyśmy uszkodzone kręgosłupy. A nieraz drzewo wykręcało się na pniu i miażdżyło nam stopy.

Raz zdarzyła się taka sprawa. Na moment przy cięciu drzewa wyprostowałyśmy się z koleżanką. Stałam, a obok mnie w odległości pół metra Rosjanka, młoda, bardzo piękna dziewczyna, bandytka niesamowita, mająca wiele lat wyroku, ponoć pochodziła z arystokracji. Więc stała obok mnie i obie „prostowałyśmy kości”. Nagle podbiegła druga Rosjanka z siekierą i rąbnęła ją w głowę. Początkowo nie zdawałam sobie sprawy, że to rzeczywiście miało miejsce. Ta głowa się rozleciała i upadła. To mogłam być również ja, bo tej drugiej Rosjance było wszystko jedno. To nie chodziło o żadne porachunki, tylko o to, żeby zabrano ją do „zwykłego” więzienia, gdzie miałaby chleb, kąt i nie musiałaby tak ciężko pracować.

Takie momenty pojawiały się bardzo często. Podobna historia zdarzyła się też w baraku, w którym mieszkałyśmy. Było nas tam ponad 150. Któregoś dnia pewna Cyganka razem z Ukrainką zaciągnęły jedną panią – w naszych oczach starszą, bo miała 30 lat – za umywalnik i tam ją zwyczajnie zarąbały. Też w tym samym celu – żeby zabrano je z tych robót do więzienia, gdzie nie będzie tyle ciężkiej pracy.

Innym razem w czasie pracy usiadłyśmy na moment na pniu drzewa, żeby zjeść kawałek chleba. Byłyśmy młode, któraś coś opowiadała, śmiałyśmy się… Podbiegł konwojent, żebyśmy natychmiast zamilczały i przestały się śmiać. Na to jedna z koleżanek: „A co? Będziesz strzelał?”. On mówi: „A będę”. Ona na to: „No to strzelaj”. I rzeczywiście otworzył ogień, jedną zabił od razu, kilka ranił. Tak jak powiedziałam, śmierć czyhała na każdym kroku.

Muszę opowiedzieć o jednej historii, która była potem opowiadana we wszystkich obozach. Na skutek kontuzji, której nabawiłam się w lesie, zostałam przewieziona do centralnego szpitala. To był ogromny teren z odgrodzoną zoną szpitalną. Obok znajdowała się zona łagierników. To byli przede wszystkim mężczyźni, był tylko jeden barak żeński. Po pewnym czasie, jak mój stan się poprawił, zostałam zatrudniona w laboratorium – dzięki głównemu lekarzowi, który Polaków darzył wielką sympatią. Zresztą siostrą oddziałową była tam Polka.

Żeby przejść do tej zony szpitalnej, trzeba było wyjść z zony żeńskiej i przejść dosłownie kilka metrów obok baraku męskiego. Proszę sobie wyobrazić, że pewnego dnia, kiedy szłam do pracy, mężczyźni mieszkający w baraku, który mijałam, grali w karty. Grali w karty o tego, kto pierwszy przejdzie koło ich okien. I właśnie to byłam ja. Dowiedzieliśmy się przez przypadek. Obok laboratorium był gabinet dentystyczny. Do dentysty z różnymi sprawami przychodzili również bandyci. Jeden z tych bandziorów powiedział: „Szkoda takiej młodej i ładnej dziewczyny, że została przegrana w karty”. Dentysta natychmiast powiedział o tym lekarzowi głównemu i sprawa rozeszła się w obozie i w szpitalu. Lekarz główny zakazał mi opuszczać laboratorium, miałam tam nocować i nie wychodzić.

Wezwano naczelnika obozu. Jednak naczelnik powiedział, że wobec tego typu zakładów tych bandziorów on jest bezsilny. Bo oni wcześniej czy później muszą wykonać ten wyrok. Mogli mnie zarąbać, zgwałcić, zrobić, co chcą. Powtórzył, że jest bezsilny. W szpitalu wszyscy to przeżywali, bo, tak jak mówiłam, darzyli Polaków sympatią.

Ja byłam w tym czasie zaprzyjaźniona z pracującą na oddziale wewnętrznym siostrą medyczną. To była Estonka, nazywała się Made Tikerpour. Śliczna dziewczyna, wszyscy pacjenci byli w niej zakochani. Jak się dowiedziała, jaki wyrok nade mną wisi, bardzo płakała. W tym czasie na oddziale leżał jeden z przywódców tych bandziorów, który też się w niej kochał. Zapytał, dlaczego ona tak płacze. Na drugi dzień ten człowiek znikł z łóżka szpitalnego. Nie było go dwa – trzy dni. Po powrocie podszedł do Made i powiedział: „Słuchaj, ja dla ciebie odegrałem w karty twoją przyjaciółkę”.

Ta historia lotem błyskawicy rozeszła się nie tylko w naszym obozie, ale i w innych. Nawet kolega z innego obozu opisał to w swojej książce. To był cud boski, ja wierzę, że to moja mama wymodliła. Bo ona nie uwierzyła, że nie żyję, chociaż miała wiadomość z Czerwonego Krzyża, że zmarłam w obozie.

Po tym wydarzeniu bardzo szybko zostałam przeniesiona na Workutę do obozu „srogiego reżimu”. Tam już nie mieliśmy nazwisk, tylko numery na ubraniach, na czapkach, na plecach.

Po ilu latach została Pani zwolniona?

Kiedy zbliżał się koniec wyroku, przewieziono mnie do innego obozu i tam ponoć szykowano dokumenty. Wezwano mnie do kancelarii, przeczytano setki paragrafów i dano do podpisania dokument, że odtąd jako obywatel radziecki będę już na tej Workucie przebywać. Powiedziałam, że nie podpiszę tego. „Jak nie podpiszesz, to dostaniesz nowy wyrok i wrócisz do obozu”. Odpowiedziałam, że wrócę, ale nie podpiszę. I rzeczywiście cofnęli mnie do obozu.

Przeżyłam to ogromnie, bo bałam się, że mogę dostać drugie dziesięć lat. Teraz, jak mam jakieś kłopoty życiowe, to mi się śni, że dochodzę do furtki i zawracają mnie z powrotem.

Po jakimś tygodniu wezwano mnie ponownie. Tym razem dano do podpisu tylko dokument, że w tym momencie znajduję się na Workucie. Z takim papierkiem wyszłam. Byłam na wolności, ale właściwie przywiązana do tej Workuty.

Zostałam zwolniona po dziesięciu latach, ale jeszcze prawie cały następny rok czekałam na powrót do Polski. Jak wyszłam z obozu, to już tam było około stu Polaków, kobiet i mężczyzn. Niektórzy się połączyli w małżeństwa. Tymczasem Niemcy wystarali się, że kobiety Niemki wracały do Niemiec. Pomyślałam, że to niemożliwe. Polski też powinna dotyczyć jakaś umowa. Poszłam do gmachu NKGB i powiedziałam, że jest mi wiadome, iż na podstawie umowy polsko-sowieckiej Polacy mogą już wracać do Polski. Urzędnik był mocno zdziwiony, powiedział, że oni nic o tym nie wiedzą, ale żebym za tydzień przyszła.

Za tydzień, wyposażona w zmianę bielizny, w kanapki – każdy zawsze spodziewał się najgorszego – poszłam do tego urzędu. Dowiedziałam się, że rzeczywiście jest taka umowa. Tylko muszę otrzymać z Polski zaproszenie z potwierdzeniem, że rodzina mnie weźmie na swoje utrzymanie.

Szczęśliwie kolega, który zresztą ożenił się na Workucie z jedną z koleżanek, miał już kontakt ze swoją rodziną. Napisał do swojej mamy, że taka Stenia Szantyr jest tutaj i czeka na jakiś kontakt, żeby dała ogłoszenie w gazecie, może ktoś z rodziny się zainteresuje. Jego mama mieszkała w Gdańsku. A moja mamusia też mieszkała u kuzynów w regionie gdańskim. Ponieważ, na całe szczęście, lubiła czytać gazety, więc przeczytała w gazecie apel do kogoś z rodziny Szantyrów. W ten sposób trafiła na mój ślad. Wyrabianie odpowiednich dokumentów trwało około roku i w następnym, 1955 roku wróciłam do Polski.

Znalazła się Pani na zesłaniu jako bardzo młoda dziewczyna i przeżyła tam cały początek dorosłości. Jak Pani udało się po tym wszystkim pogodzić ze światem?

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że gdzieś tam rozpocznę życie rodzinne. Wiedziałam, że muszę wrócić do kraju. Kiedy w szpitalu byłam świadkiem, jak umierali Polacy, m.in. potomek Ruszczyca zmarł przy mnie na gruźlicę, dałam sobie słowo honoru, że zostanę lekarzem. Więc jak wróciłam, starałam się jeszcze powtórzyć ostatni rok maturalny, zresztą w szkole popołudniowej. Bo ja miałam maturę w 1944 roku na kompletach zrobioną.

Dostałam się na studia, zaczęłam studiować. Nie wyobrażałam sobie, że mogę tak po prostu odpoczywać po obozie. We mnie była taka chęć życia, pokazania sobie samej, że jeszcze stać mnie na wiele, że mogę coś w życiu osiągnąć. Zresztą chciałam zostać lekarzem. Zrobiłam specjalizację, zrobiłam doktorat… Oprócz tego cały czas działam w Stowarzyszeniu Żołnierzy Łagierników.

I jest w Pani cały czas uśmiech.

Zawsze był we mnie szalony optymizm. Chyba jakoś to wyniosłam z domu.

Z Wilna?

Z Wilna, mego kochanego. I zawsze czułam opiekę Matki Boskiej Ostrobramskiej. W wielu wystąpieniach mówiłam, że dzięki niej wróciliśmy.

Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.

Rozmowa została przeprowadzona 8 czerwca 2017 podczas XXXII Międzynarodowego Zjazdu Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej w Kuklówce.
Autor wywiadu dziękuje za pomoc prezesowi Arturowi Kondratowi.

„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Antoniego Opalińskiego z dr Stefanią Szantyr-Powolną pt. „Zawsze był we mnie szalony optymizm” na ss. 16–17 lipcowego „Kuriera Wnet” nr 37/2017, wnet.webbook.pl

Wstępna decyzja Trybunału Sprawiedliwości UE o natychmiastowym nakazie wstrzymania wycinki w Puszczy Białowieskiej

Trybunał Sprawiedliwości UE podjął w piątek wstępną decyzję o natychmiastowym nakazie wstrzymania wycinki Puszczy Białowieskiej – poinformowała PAP rzeczniczka Trybunału Holly Gallagher.

Trybunał Sprawiedliwości UE podjął w piątek wstępną decyzję o natychmiastowym nakazie wstrzymania wycinki Puszczy Białowieskiej – poinformowała PAP rzeczniczka Trybunału Holly Gallagher. Dodała, że jest to środek tymczasowy.
Rzecznik Ministerstwa Środowiska Aleksander Brzózka powiedział, że do resortu nie wpłynął żaden oficjalny dokument w tej sprawie. „Jak tylko taki dokument otrzymamy, to oczywiście odniesiemy się do niego” – napisał w oświadczeniu.

Z kolei, polski dyplomata w Brukseli powiedział PAP, że decyzja Trybunału Sprawiedliwości UE oznacza, że jeśli Polska nie wstrzyma wycinki w Puszczy Białowieskiej, to grożą nam kary. Źródło dodało, że jak dotąd stałe przedstawicielstwo RP w Brukseli nie otrzymało oficjalnej decyzji Trybunału.

„Z prawnego punktu widzenia, w momencie odebrania decyzji musimy natychmiast wstrzymać wycinkę. W uproszczeniu mówiąc, jeśli tego nie zrobimy, grożą nam kary finansowe: Komisja Europejska może uruchomić wtedy procedurę o naruszenie prawa unijnego, potem sprawa może trafić do Trybunału i w ostatecznym rozrachunku grożą nam kary finansowe” – powiedziało źródło.

Polska ma do 4 sierpnia czas na reakcję na zarzuty Komisji Europejskiej
Źródło PAP przypomniało, że zgodnie z wcześniejszą decyzją Trybunału, Polska ma do 4 sierpnia czas na reakcję na zarzuty Komisji Europejskiej wobec wycinki. „Dziś Trybunał wydał tymczasową decyzję o natychmiastowym nakazie wstrzymania wycinki, a po otrzymaniu odpowiedzi Polski, Trybunał podejmie decyzję, czy podtrzymuje swoją dzisiejszą decyzję, czy też nie” – podało źródło.

Trybunał Sprawiedliwości UE dał Polsce czas do 4 sierpnia na odpowiedź w sprawie wycinki w Puszczy Białowieskiej po tym, gdy Komisja Europejska złożyła wniosek, by podjął decyzję o zablokowaniu wycinania drzew. Ministerstwo Środowiska zapewniło we wtorek, że prześle odpowiedź w terminie.

„Jesteśmy gotowi do tego, by przedstawić nasze argumenty przed Trybunałem. Działania w puszczy prowadzone przez resort, a także Lasy Państwowe wynikają z prawa krajowego, europejskiego oraz wiedzy i ponad 100-letniego dorobku polskich leśników. Polska jako państwo członkowskie UE zobowiązało się do przestrzegania prawa i prowadzenia obszarów Natura 2000. Dlatego musimy o nie dbać; należy także powstrzymać proces ich zanikania” – powiedział we wtorek Brzózka.

KE:  środki tymczasowe są wykorzystywane przez Trybunał jedynie w wyjątkowych przypadkach
KE poinformowała również we wtorek PAP, że środki tymczasowe są wykorzystywane przez Trybunał jedynie w wyjątkowo nagłych i poważnych przypadkach. „Zmuszają one państwo członkowskie do powstrzymania się od działań powodujących poważne i nieodwracalne szkody przed wydaniem orzeczenia. Komisja uważa, że pilność tej sytuacji wymaga takich wyjątkowych środków. Wycinka trwa w Puszczy Białowieskiej, a w momencie naszej rozmowy dokonywane są tam nieodwracalne zniszczenia przy użyciu ciężkich maszyn” – powiedział we wtorek PAP rzecznik KE Enrico Brivio.

KE pod koniec kwietnia podjęła decyzję o przejściu do drugiego etapu prowadzonej od ubiegłego roku procedury przeciwko Polsce. Bruksela skierowała do Warszawy wezwanie do usunięcia uchybienia, domagając się przestrzegania unijnych przepisów z dyrektywy ptasiej i siedliskowej. Polska dostała krótszy niż zazwyczaj czas na odpowiedź; wynosił on miesiąc, a nie dwa, jak zwykle. Przedstawiciele KE tłumaczyli, że wynika to z tego, że sytuacja jest pilna.

Polska odpowiedziała na kwietniowe wezwanie Komisji 26 maja. Resort środowiska zapewniał, że działania prowadzone w Puszczy Białowieskiej wynikają z prawa krajowego i europejskiego – w tym m.in. z przepisów dyrektyw siedliskowej i ptasiej, które mają na celu powstrzymanie utraty siedlisk i gatunków cennych dla UE.

KE zarzuca Polsce naruszenie niektórych przepisów dyrektywy siedliskowej (w sprawie ochrony siedlisk przyrodniczych i dzikiej flory i fauny) oraz dyrektywy ptasiej (w sprawie ochrony dzikiego ptactwa); obie dyrektywy są podstawą europejskiego programu Natura 2000.

„Ponieważ wyrąb w puszczy jest już obecnie prowadzony i obejmuje usuwanie stuletnich i starszych drzew oraz działania w siedliskach, które powinny być ściśle chronione zgodnie z planem zadań ochronnych dla obszaru Natura 2000, Komisja przekazuje obecnie ostateczne ostrzeżenie” – podkreślono w kwietniowym komunikacie KE.

PAP/MoRo

Ks. Duszkiewicz: Pseudoekolodzy walczą z człowiekiem. Błędna kwalifikacja Puszczy Białowieskiej przez UNESCO

Dzień 31. z 80 / Białowieża / Poranek WNET – Gdy ustalano strefę UNESCO, popełniono straszny błąd, bo zakwalifikowano Puszczę Białowieską jako obiekt przyrodniczy, a to godzi w miejscową ludność.

– Tutaj pseudoekolodzy walczą z człowiekiem. Są tacy, którzy się mnie pytają, po co ksiądz tu jest, po co się miesza. Mieszam się, bo tam, gdzie jest walka z Panem Bogiem, z wartościami, a przede wszystkim z zamysłem Pana Boga o stworzeniu, tam musi włączyć się kapłan i musi bronić ewangelii – powiedział ksiądz Tomasz Duszkiewicz, kapelan Dyrekcji Lasów Państwowych, który pochodzi z Sarnak nad Bugiem, koło Serpelic.

Tomasz Wybranowski przypomniał wszystkim, którzy chcieliby wykluczyć osoby duchowne z życia społecznego, że przecież każdy jest obywatelem, a więc ksiądz też. – Wykluczanie pewnych osób, pewnych grup z życia społecznego jest dyskryminacją, ale również faszyzmem – powiedział i zacytował przy tym słowa Marka Borowskiego, że „wykluczanie to przeniesienie pewnych faszystowskich praktyk kolonialnych w nasze rozwiązania”.

„Czyńcie sobie ziemię poddaną” – kapelan przypomniał leśnikom słowa z Księgi Genesis Starego Testamentu, które Pan Bóg powiedział człowiekowi i wskazał w ten sposób hierarchię wartości, która jest następująca: Pan Bóg, który jest naszym Bogiem; człowiek, który jest najpiękniejszym dziełem stworzenia Pana Boga, istotą rozumną, mającą duszę i wolną wolę; zwierzęta, przyroda, wszystko to, co nas otacza.

Przyroda jest dana człowiekowi przez Pana Boga po to, aby z niej korzystać. Oczywiście według rozumu, nie robiąc nikomu krzywdy – uważa ksiądz Duszkiewicz.

Mieszkańcy tych terenów w sporze o Puszczę Białowieską w większości popierają działania ministra środowiska. Z poparciem wystąpili też duchowni katoliccy i prawosławni z powiatu hajnowskiego.

– Oni tak naprawdę poparli człowieka, który tu od wieków przebywał – powiedział ksiądz Duszkiewicz, który podkreślił, że gdy ustalano na tym obszarze strefę UNESCO, popełniono straszny błąd, gdyż zakwalifikowano Puszczę Białowieską jako obiekt przyrodniczy. Godzi to w miejscową ludność, ponieważ Puszcza nie jest obiektem przyrodniczym, ale kulturowo-przyrodniczym.

Przypomniał, że Puszcza Białowieska i jej okolice to wytwór ludzi, którzy od wieków mieszkali na tych terenach, gospodarowali, sadzili lasy, kosili łąki itd. Jego zdaniem zakwalifikowanie Puszczy Białowieskiej przez UNESCO jako obiektu tylko przyrodniczego to „kulturalne powiedzenie, że ludzie nic tutaj nie zrobili i mogą się stąd wynosić, a przecież ten obiekt powstał dzięki tym ludziom”.

[related id=”32338″] – My, włączając się w ochronę, pomagając leśnikom, chcemy pokazać światu, że tak piękny obiekt powstał dzięki działalności miejscowej ludności i za to powinniśmy tym ludziom na szyjach wieszać medale, a tymczasem przyjeżdżają tutaj pseudoekolodzy i tych ludzi obrażają, szkalują, chcą wypędzić z tej ziemi – powiedział ksiądz Tomasz. Zresztą on sam również miał przejścia z „ekologami”, którzy zablokowali dojazd do jego domku letniego.

– Wezwano policję i powiedziano, że ich rozjeżdżam. A ja kulturalnie zatrzymałem się i pytałem, dlaczego nie mogę wjechać do swojego domu – skarżył się kapelan leśników. – Jest to łamanie prawa, bo przecież każdy ma prawo dojechać do własnego domu i w nim żyć – twierdzi ksiądz Duszkiewicz.

Korzystając z możliwości, podziękował na antenie wszystkim leśnikom, którzy pracują na terenie Puszczy Białowieskiej, bronią polskiej nauki i bronią godności człowieka.

MoRo

Chcesz wysłuchać całego Poranka Wnet, kliknij tutaj