Dzień 57. z 80 / Lipusz / Poranek WNET – O tragedii w gminie Lipusz i projekcie pomocy, o ekoterrorystach w Puszczy Białowieskiej oraz o najważniejszych ustawach, które powinny powstać po wakacjach.
W Nadleśnictwie Lipusz gościł senator Prawa i Sprawiedliwości Waldemar Bonkowski.
W gminie Lipusz, gdzie lasy zajmowały 70% powierzchni, najbardziej ucierpieli prywatni właściciele lasów, którzy stracili źródło dochodów. Ucierpieli podwójnie, ponieważ nawałnica zniszczyła im las, a koszty pozyskania drewna będą większe niż przychód z jego sprzedaży. Rząd w celu przeciwdziałania spadkowi cen drewna zamierza wprowadzić zakaz wyrębu drzew z lasów, aby umożliwić sprzedaż drewna uprzątniętego po kataklizmie.
Prywatyzacja lasów państwowych została zablokowana, dzięki czemu przy takiej tragedii poszczególne jednostki lasów mogą sobie nawzajem pomagać. Gdyby lasy były prywatne, najprawdopodobniej nikogo nie byłoby stać na usunięcie skutków katastrofy.
Drugim tematem była Puszcza Białowieska i ludzie tam protestujący.
– To są ekoterroryści. Z tego, co wiem, ci ludzie są po prostu opłacani, biorą po kilkaset złotych za to, że się dadzą uwiązać czy powiesić na drzewie.
Gdy nie ma w pobliżu mediów, tam jest cisza i spokój, jednak gdy tylko pojawiają się dziennikarze, statyści robią tam wrzawę i szum. Podobnie było kilka lat temu w dolinie Rospudy. Ludzie przykuwali się do drzew, a gdy się wszystko skończyło, zostawili pełno śmieci i pojechali do domu. To są właśnie ekoterroryści.
Na koniec rozmowy z Waldemarem Bonkowskim Aleksander Wierzejski zapytał, czy po wakacjach możemy spodziewać się nowych ustaw dotyczących sądownictwa. W odpowiedzi usłyszał, że ustawy prezydenta raczej nie powstaną w terminie. Gdyby pan prezydent nanosił tylko poprawki na istniejące ustawy, byłoby to możliwe.
Senator wyraził swoje zdumienie zapowiedzią prezydenta konsultacji ze środowiskiem sędziowskim. Jego zdaniem z tym środowiskiem w ogóle nie powinno się dyskutować, bo „oni mają tę postkomunę w psychice, w głowie”. [related id=35319]
– Nie odnoszę tego do wszystkich sędziów, ale jak można dyskutować z przestępcą?
Ustawy raczej nie będzie do końca roku. Senator, który jest zwolennikiem „ostrych cięć” i „konkretnego działania”, obawia się, że nowa ustawa „nie będzie tak głęboka, jak była w pierwotnej wersji”.
– Nie wyobrażam sobie, żebyśmy robili kolejny „okrągły stół”. Z tymi ludźmi nie robi się „okrągłego stołu”.
Kolejna ważna sprawa to ustawa o dekoncentracji mediów. W innych krajach Europy ustawowo jest postanowione, że np. 80% mediów musi być narodowych, własnych. W Polsce mamy odwrotną proporcję. Polskich mediów nie ma, są media polskojęzyczne, które zamiast pokazywać rzeczywistość, kreują ją. Zdaniem senatora wystarczyłoby prześledzić ustawy krajów sąsiedzkich i wprowadzić wierną kopię np. ustawy niemieckiej, żeby powstrzymać „ataki totalnej patologii obywatelskiej”.
Całej audycji możesz posłuchać tutaj. Wywiad z senatorem Waldemarem Bonkowskim jest w części drugiej.
Dzień 57. z 80 / Lipusz / Poranek WNET / Nie było dotąd takiej nawałnicy. Przeczuły ją tylko zwierzęta leśne. „Na razie wszystko mamy, tu sobie pomagamy”. Na Kaszubach nikt nie jest sam.
Pięćdziesiątego siódmego dnia podróży po Polsce Radio WNET nadawało z Lipusza. To tutejsze tereny najbardziej ucierpiały w czasie nawałnicy z 11 na 12 sierpnia 2017 roku. Goście Poranka WNET, pracownicy nadleśnictwa, miejscowy proboszcz, poseł, wójt, strażak, a także mieszkańcy i turyści opowiadali o przebiegu nawałnicy i o pracy przy usuwaniu jej skutków, a także o szkodach, które spowodowała.
Rozmiary szkód i wrażenia po katastrofie
Rafał Piątek, odwiedzający Kaszuby z rodziną, opowiedział o swoich wrażeniach po katastrofie. Teren jego zdaniem wygląda, jakby przetoczył się po nim dziesięciokilometrowy walec. „To, czego nie złamał, to powyrywał”. Straty są ogromne, również w lasach prywatnych. Prawdopodobnie zebranie i wywiezienie drewna z powalonych drzew kosztować będzie więcej niż ewentualne zyski z jego sprzedaży. Zadziwiające, że większość budynków oparła się żywiołowi.
Rzecznik prasowy Nadleśnictwa Lipusz, Arkadiusz Bronk, na co dzień leśnik inżynier nadzoru, przedstawił rozmiar szkód katastrofy. Szacuje się, że 95% wszystkich szkód w lasach dotyczy Nadleśnictwa Lipusz. Rozmiar strat będzie teraz obliczany na podstawie zdjęć robionych z samolotów. Na razie zniszczenia zostały oszacowane bardzo pobieżnie, ponieważ wejście na teren lasów jest bardzo niebezpieczne.
Obecnie trwają prace mające w pierwszej kolejności na celu oczyszczenie dróg dojazdowych do domostw, a następnie – w związku z zagrożeniem pożarowym – porządkowanie dróg przeciwpożarowych. Większość (90%) uszkodzonych drzewostanów to drzewostany sosnowe. Zagrożenie pożarowe będzie rosło ze względu na sosnowe olejki eteryczne uwalniające się przy wysokich temperaturach.
Fot. Radio Wnet
Nadleśnictwo Lipusz to 22 tysiące hektarów lasów państwowych. Lasów prywatnych jest dziewięć tysięcy hektarów. Tam sytuacja jest inna. Jeśli kilkunasto- czy kilkudziesięciohektarowa działka leśna prywatnego właściciela znalazła się na „na drodze” nawałnicy, to jego szkoda wyniosła 100 procent.
Rozmawialiśmy z tak poszkodowaną właścicielką Teresą Sadowską. Należący do niej 10-hektarowy las, który sama sadziła kilkadziesiąt lat temu, w całości uległ zniszczeniu. Drogi zostały już oczyszczone, ale zostało jeszcze dużo pracy. Będzie to bardzo duży wysiłek i koszty. Większość drewna jest sosnowa, więc może szybko zgnić. Drewno dębowe lub bukowe mogłoby dłużej poleżeć.
Usuwanie skutków nawałnicy
Radio WNET dowiedziało się, że obecnie cena usunięcia metra sześciennego drewna ze zniszczonych w katastrofie lasów równa jest mniej więcej cenie, którą można uzyskać z jego sprzedaży. Potwierdził to Arkadiusz Bronk. Pozyskiwanie drewna w takich warunkach jest bardzo niebezpieczne i bardzo obciążające sprzęt, który przy forsownej pracy ulega awariom.
Skutków nawałnicy dotyczyła też rozmowa z senatorem Waldemarem Bonkowskim, który zwrócił uwagę, że w gminie Lipusz szczególnie ucierpieli prywatni właściciele lasów. Lasy zajmowały tutaj 70 procent całego terenu. Wielu ludzi pozostało teraz bez środków do życia. Wielu też nie będzie stać na usunięcie skutków nawałnicy. Bardzo wzrosła cena usług pozyskania drewna, a w związku ze zwiększeniem się jego podaży, spadnie teraz jego cena. Koszty pozyskania drewna będą więc prawdopodobnie większe niż przychód możliwy do osiągnięcia z jego sprzedaży.
Senator powiedział, że rząd zamierza przeciwdziałać spadkowi ceny drewna. W tym celu ma być zakazany wyrąb drewna z lasów, aby w pierwszej kolejności możliwa była sprzedaż drewna sprzątanego po nawałnicy.
Waldemar Bonkowski stwierdził też, że dobrze się stało, że nie doszło do prywatyzacji Lasów Państwowych. Dzięki temu różne jednostki lasów mogą sobie pomagać w czasie katastrofy. Gdyby na przykład wszystkie lasy w gminie Lipusz były prywatne, to – według senatora – nie byłoby możliwe usunięcie skutków katastrofy, gdyż nikogo nie byłoby na to stać.
Aleksander Wierzejski rozmawiał również z Mateuszem Karpińskim, naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Lipuszu, który uczestniczył w usuwaniu skutków nawałnicy już w pierwszych chwilach po jej ustaniu. Akcja początkowo była spontaniczna, bez komunikacji telefonicznej, gdyż telefony nie miały zasięgu. Brali w niej udział też okoliczni mieszkańcy. Działania były bardzo intensywne. Dwa samochody miejscowej straży uległy poważnym uszkodzeniom, jeden nadaje się do kasacji, a drugi do naprawy. Brakuje też innego sprzętu potrzebnego do dalszych prac.
Fot. Radio Wnet
Pomoc poszkodowanym
Ksiądz prałat Jan Ostrowski, proboszcz parafii Świętego Michała Archanioła w Lipuszu, opowiedział o tym, jak przebiega pomoc osobom poszkodowanym w katastrofie. Kaszubi bardzo się wzajemnie wspierają, pomocy z zewnątrz nie potrzebują, bo pomagają sobie sami. Na Kaszubach – jak mówi – nikt nie jest sam. W pierwszej kolejności pomocy udziela się w rodzinie, a następnie pomiędzy sąsiadami. Kaszubi w odpowiedzi na pytania o to, jak można im pomóc, mówią – „Na razie wszystko mamy, tu sobie pomagamy”. Nikt nie skarży się, że jest pozostawiony sam sobie.
Nie znaczy to, oczywiście, że pomoc z zewnątrz nie jest potrzebna.
Ksiądz wezwał do pokory przy komentowaniu katastrofy i ocenianiu, czy można było się na nią lepiej przygotować lub skuteczniej działać po jej zakończeniu. Jeżeli taka nawałnica nigdy nie miała miejsca w krainie kaszubskiej, to nie można było jej przewidzieć. Człowiek wobec takiego żywiołu jest bezsilny.
Szacunek strat
Anna Kukier, pracownik Nadleśnictwa Lipusz, przedstawiła szacunki szkód na jego terenie. Nadleśnictwu podlega blisko 23 tysiące hektarów. Katastrofą dotknięte zostało około ośmiu tysięcy hektarów. Okazuje się, że pomimo że większość tutejszych lasów jest sosnowa, to w dużej mierze ucierpiały lasy mieszane i liściaste. Nie można więc mówić, że przyczyną podatności lasów na szkody są monokultury sosnowe. Długość korzeni drzew też nie miała zasadniczego wpływu na odporność na łamanie w czasie nawałnicy. Łamały się zarówno gatunki o długich korzeniach, takie jak buki i sosny, jak i świerki, które mają krótkie korzenie.
Fot. Radio Wnet
Ciekawostką jest to, że nadejście nawałnicy przewidziały dzikie zwierzęta. Już godzinę przed nawałnicą skupiały się w mieszanych grupach (jelenie, dziki, sarny) na polach, z dala od lasu. Na pewno jednak nie wszystkie zdołały uciec.
Wójt Lipusza Jan Ebertowski opowiedział o stratach w gminie, którą zarządza. 70 procent jej powierzchni stanowiły lasy. Obecnie jest to jedynie około 30 procent. Obalona przez wiatr została między innymi prawdopodobnie największa sosna w kraju, Tuszkowska Matka. Zniszczone zostały nawet bardzo dorodne lasy, 80-, 100-letnie.
Rozmowa z rzecznikiem prasowym Nadleśnictwa Lipusz Arkadiuszem Bronkiem jest w części pierwszej Poranka, z senatorem Waldemarem Bonkowskim i z naczelnikiem OSP Lipusz, Mateuszem Karpińskim – w części drugiej, z księdzem prałatem Janem Ostrowskim – w części czwartej, z Anną Kukier i wójtem Janem Ebertowskim – w części piątej.
Uprawiam swój umysł i wolę. Chcę myśleć jasno, logicznie, działać celowo, konsekwentnie. Ćwiczę i uprawiam moje ciało i zmysły. Uzdalniam je do życia duchowego. Do rozumnej służby Bogu i Ojczyźnie.
Stanisław Florian
Pod koniec maja 85-letnia Maria z d. Zawierucha i jej sąsiedzi, państwo Lisowie, zaczęli przygotowania do odświeżenia krzyża rodzinnej pamięci, który od 1922 r. stoi między przysiółkami Wesoła i Lipnik w Kobylej Górze pod Ostrzeszowem na obrzeżach Wielkopolski.
Po rozmowie z dyrektorką Gimnazjum im. Powstańców Wielkopolskich w Kobylej Górze, Ewą Kubiak, pani Zawierucha postanowiła zainteresować akcją miejscowych harcerzy. (…)
W przerwach prac pani Maria opowiedziała pomocnikom o swoich harcerskich przygodach po II wojnie światowej. Wywieziona w 1940 r. wraz z rodzicami na roboty przymusowe w głąb Niemiec, po wyzwoleniu przez Amerykanów w 1945 r. trafiła do obozu tymczasowego w Hildesheim. Tam została zaprzysiężona do drużyny „Żurawi”, działającej w Chorągwi „Bałtyk” Związku Harcerstwa Polskiego w Niemczech. Przed przysięgą otrzymała przedrukowane za zgodą Komendy Głównej ZHP w Niemczech „Prawo Harcerskie. Komentarz” księdza Jana Mauersbergera.
Pieczołowicie przechowywaną do dziś książeczkę harcerską pani Zawierucha pokazała kobylagórskim druhom. (…)
Dziesięciopunktowe Prawo Harcerskie zapisane w książeczce pani Marii w dwóch punktach różni się od obowiązującego w Związku Harcerstwa Polskiego. Punkt pierwszy brzmiał dawniej: „Harcerz służy Bogu i Polsce i sumiennie spełnia swoje obowiązki”. Dziś – „Harcerz sumiennie spełnia swoje obowiązki wynikające z „Przyrzeczenia harcerskiego”. Ostatni punkt został zmieniony w tym roku, 8 kwietnia, podczas XXXIX Zjazdu Nadzwyczajnego ZHP, w ten sposób, że słowa „nie pali tytoniu i nie pije napojów alkoholowych” zastąpiono zwrotem – „jest wolny od nałogów”. (…)
Ten historyczny dokument harcerstwa polskiego, opublikowany w 1946 r. dla polskich harcerzy w Niemczech, warto przypomnieć. Komentarz ks. J. Mauersbergera do Prawa Harcerskiego został datowany na sierpień 1942 r., a 12 sierpnia Harcmistrz Rzeczypospolitej Polskiej zmarł w Konstancinie. (…)
Jestem pożyteczny. Nie marnuję sił i czasu na jałową krytykę, próżne słowa i bezmyślne lub niezdrowe rozrywki. Każdą pracę wypełniam sumiennie w duchu służby. Pracuję z zamiłowaniem i umiejętnie. Przez pracę zwiększam dobro w mojej Ojczyźnie i na świecie. (…)
Mam być narzędziem Boga. Bezinteresownym sługą sprawy. Obrońcą bezbronnych uciśnionych. Mam stać na straży honoru Polski. Obca mi jest wszelka podłość i krętactwo. Nie ugnę się wobec przemocy. Nie sprowadzi mnie z drogi ani groźba, ani żądza sławy, ani zysk. (…)
Jestem karny wewnętrznie. Na zewnątrz opanowany i skupiony. Nade wszystko szanuję prawo. Prawo Boże i prawo moralne. Umiem słuchać. Chętnie, rozumnie i dokładnie wypełniam rozkaz. Umiem być poddany – wyrzec się własnej woli, o ile tego żąda: Ojczyzna, rodzice, zwierzchnicy. (…)
Mam być bojownikiem bez kompromisu. Walczyć o czystość, podniosłość, szlachetność obyczajów w Polsce. O supremację ducha, idei, woli nad materią, zmysłowością, użyciem. Walczyć będę z naturalizmem, rozwiązłością, która powstała wskutek odejścia od Boga i od tradycji polskiej i panuje dziś wszędzie: w sztuce, w literaturze, w rozmowach, w zachowaniu się, w ubraniu, w dogadzaniu sobie, w wygodnictwie, w zmysłowości, kulcie ciała, deprawując charakter narodowy polski.
Mam jasno określić i tworzyć prawy, szczery, jasny, dzielny i czysty typ chłopca i dziewczyny polskiej, który życie swoje czerpie z wiary i z tradycji polskiej najpiękniejszej: filomatów i szkół rycerskich. Wolny jestem od wszelkich nałogów, zwyrodnienia i nienaturalności, które wyniszczają ducha i ciało młodzieży.
W tym duchu prawa i w poczuciu odpowiedzialności za duszę narodu i za jego przyszłe losy podejmuję pracę nad sobą. Pogłębiam wiedzę, kształcę charakter, krzepię ducha i serce w nieustannym, radosnym wysiłku budowania Polski według myśli i woli Chrystusa.
Cały artykuł Stanisława Floriana pt. „Harcerska sztafeta pokoleń pod krzyżem na Wesołej” znajduje się na s. 5 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Stanisława Floriana pt. „Harcerska sztafeta pokoleń pod krzyżem na Wesołej” na s. 5 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Dzień 52. z 80 / Malbork / Poranek WNET – Jaki był schemat zamachu w Barcelonie oraz czy można coś zrobić, aby takich zamachów w przyszłości nie było w Polsce – w rozmowie w Radiu WNET.
W zamachu w Barcelonie 13 osób zginęło, 50 jest rannych. Reakcje w Europie są już przewidywalne. W dzisiejszym Poranku WNET sprawę skomentował często goszczący w Radiu WNET ekspert ds. bezpieczeństwa Sławomir Ozdyk.
To, co wydarzyło się w Barcelonie, jest zamachem „klasycznym”, jak to określił gość Poranka. Zamach w Barcelonie przebiegał bowiem według „modelu” opisywanego w mediach islamistycznych należących do ISIS czy do Al-Kaidy. Nie odbiegał on od zamachów w Nicei, w Berlinie, w Londynie. Celem jest zawsze zabicie jak największej liczby niewiernych. Najpierw należy wjechać w tłum, potem wysadzić się „pasem szahida” lub zacząć strzelać z broni palnej, a w razie jej braku atakować ludzi za pomocą młotków, siekier, kluczy francuskich lub noży.[related id=34952]
Zamachy w Hiszpanii są prawdopodobnie pokłosiem polityki prowadzonej przez rząd hiszpański, który jest bardzo proimigracyjny, a największe skupienie imigrantów jest właśnie w Katalonii, gdzie imigranci mają bardzo dobre warunki życia.
Po wczorajszym zamachu powtórzył się schemat działania, który miał miejsce po zamachach wcześniejszych. Burmistrz miasta wyszła na ulice, spotkała się z mieszkańcami i z turystami, mówiła, że trzeba być „silnym, zwartym i gotowym”, że nie wolno dać się zaskoczyć, zastraszyć. To samo robią i mówią przedstawiciele władzy centralnej. Teraz będą jakieś manifestacje, palenie świeczek, malowanie kredkami po asfalcie. A za parę dni zapomnimy o zamachu w Barcelonie, jak nie pamiętamy już o dawniejszych zamachach.[related id=34994]
Będziemy też słyszeć, że nic nie da się z tym zrobić. Faktycznie, w krajach Europy Zachodniej pewnie już się nic zrobić nie da. W Polsce i w krajach Europy Środkowej i Wschodniej można jednak jeszcze uczynić wiele. Jedno jest pewne – nie ma zamachów wówczas, gdy zradykalizowani muzułmanie nie mogą wtopić się w swoje własne środowisko i gdy nie mają zaplecza logistycznego.
Czy można zapobiec zamachom? Sławomir Ozdyk odpowiada, że tak. Trzeba być bardziej radykalnym, skończyć z poprawnością polityczną, zmieniać prawo, jak zrobiła to Szwajcaria, Słowacja czy Australia. Trzeba przeciwstawiać się radykalnym imamom, zamykać radykalne meczety, nie pozwalać na finansowanie ośrodków muzułmańskich ze środków pochodzenia zagranicznego. Prostym środkiem, mogącym znacząco utrudnić wykonanie zamachów przy użyciu samochodów (jak w Barcelonie czy w Nicei), jest stawianie w popularnych wśród turystów miejscach obiektów małej architektury (np. betonowych donic na kwiaty czy drzewa), uniemożliwiających wjazd na chodniki czy deptaki. Tak już postępują na przykład władze Berlina.
Dzień 50 z 80/ Olsztyn/Poranek WNET; Postmodernistyczne idee wypaczyły w nas zdolność komunikowania się z drugim człowiekiem. Nie umiejąc rozmawiać i słuchać drugiej osoby, rodzina nie może przetrwać.
W dzisiejszym Poranku WNET można było usłyszeć nagraną wczorajszą rozmowę z ks. Przemysławem Drądem, dyrektorem Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin przy Konferencji Episkopatu Polski, oraz z ks. Wojsławem Czupryńskim, duszpasterzem diecezjalnym rodzin Archidiecezji Warmińskiej.
Ks. Przemysław Drąd powiedział, że duszpasterze małżeństw i rodzin troszczą się nie tylko o katolickie rodziny. Pragną przekazywać wszystkim wzorce, które są oparte na tej podstawowej komórce społecznej.
– Tutaj z wielką pomocą przychodzi nam papież Franciszek, który w Amoris laetitia bardzo mocno podkreśla, że rodzina jest miejscem uczenia się człowieczeństwa, uczenia się różnych cnót, uczenia się miłości – podkreślił dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin.
Każde państwo, nawet bezwyznaniowe, powinno chcieć posiadać obywateli zaangażowanych społecznie, którzy troszczą się o siebie nawzajem, potrafią żyć w rodzinach wielopokoleniowych, są odpowiedzialni za siebie i za ojczyznę. Prace prowadzone nad pogłębieniem treści zawartych przez Ojca Świętego w „Amoris letitia” pozwalają odkryć wielkie bogactwo spojrzenia na rodzinę, na małżeństwo z poziomu Boga i człowieka.
– Człowiek powołany jest do miłości i ta miłość ma być radosna. Myślę, że to jest ciągle przez nas mało zrozumiane, mało odkryte – powiedział ks. Przemysław Drąd. Małżeństwo nie jest źródłem cierpienia, mimo że wiele chrześcijańskich rodzin sprawia takie wrażenie.
Obecnie jesteśmy świadkami zmian w polskim społeczeństwie i w mediach. Rodzina staję się czymś docenianym i dobrym. Reformy, które obecnie przeprowadza rząd, zmieniają postrzeganie społeczeństwa, jest to jednak proces długotrwały. Czasy komunistyczne oraz różne prądy przeciwne rodzinie sprawiły, że w polskiej mentalności duża rodzina była powodem do wstydu. Na szczęście to się powoli zaczyna zmieniać.
Ks. Wojsław Czupryński podzielił się z nami swoją refleksją, mówiąc, że obecnie zbyt mocno w nas pracują idee postmodernizmu i hasła takie, jak samorealizacja i sukces. W tym wszystkim człowiek często zapomina o rodzinie i dopiero gdy jest za późno, uświadamia sobie, że coś zmarnował, coś zaprzepaścił, bo odkrywa prawdę, że szczęście w życiu to kochać i być kochanym. Jednak co innego jest chcieć kochać, a co innego umieć to robić. Trzeba stale przypominać, co jest istotą miłości.
– Miłujcie się, ofiarowując samych siebie, dar z siebie drugiemu człowiekowi – a to często jest właśnie w poprzek tym hasłom postmodernizmu, sukcesu, samorealizacji, zaparcia się siebie, umarcia dla siebie, swoich ideałów. Ale koniec końców tylko taka inwestycja w pełną, prawdziwą miłość jest zawsze największym zwycięstwem.[related id=34684]
Kościół szczególnie troszczy się o duszpasterstwo narzeczonych. Jest to świetna okazja, żeby ewangelizować młodych ludzi. Przez wiele lat kursy przedmałżeńskie były zaniedbywane. Obecnie powstaje coraz więcej inicjatyw opierających się na dialogu małżeńskim, czyli głównym narzędziu potrzebnym do zachowania rodziny w jedności.
Ks. Przemysław Drąd zauważył, że w wielu przypadkach narzeczeni nie posiadają zdolności rozmawiania ze sobą, słuchania siebie nawzajem. Trzeba ich tego uczyć, organizując warsztaty, spotkania. Jeżeli brakuje dialogu w małżeńskim życiu, zaczynają pojawiać się problemy. Dążenie do samorealizacji prowadzi do braku chęci słuchania drugiej osoby: ja jestem najważniejszy, mam prawo żądać, wymagać. W momencie, kiedy druga osoba zostaje zepchnięta na dalszy plan, dochodzi do wielu dramatów.
– Chrystus uczy nas najlepiej, jak rozmawiać z drugim człowiekiem i Bogiem – powiedział ks. Przemysław Drąd, podkreślając, że kursy nie mogą się skupić tylko na rozmowie. Zawsze trzeba pamiętać, kto jest najważniejszy.
Całej audycji możesz posłuchać tutaj. Rozmowa o rodzinie w części szóstej.
Typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej.
Andrzej Jarczewski
Wędrówka ludów z Południa do Europy trwa. Niemiecki rząd zachowuje się jak dziecko, które na plaży wykopało dziurę i wiaderkiem przelewa tam morze. Widząc nieskuteczność swoich działań, wzywa inne dzieci, żeby robiły to samo, bo walnie je łopatką, a jak nie okażą solidarności… stanie się coś strasznego: woda pozostanie w morzu!
Handel ludźmi od tysiącleci należy do najbardziej lukratywnych interesów na świecie. Podaż towaru ludzkiego przez wieki była praktycznie nieograniczona. Ale podaż nie wystarczy, handel rozkwita tylko wtedy, gdy pojawia się również popyt. Bez popytu nie ma handlu! Polska nigdy w historii nie wzniecała popytu na niewolników, gastarbeiterów ani na cudze dzieci. Natomiast Niemcom zdarzało się wielokrotnie uruchamiać lawiny wojenne i humanitarne, ale jakoś nie udawało im się dobrowolnie jakiegokolwiek zła powstrzymać. Musiała interweniować Ameryka.
Dziś nie pora na rozliczanie starych win. Dziś trzeba pilnie wymyślić i zrobić coś takiego, żeby nie narastały winy nowe. Kto może myśleć, niech więc myśli, a kto może coś zrobić – niech to robi. Chcemy pomagać ludziom, których życie jest w zagrożeniu, ale sprzeciwiamy się przyjmowaniu migrantów socjalnych, bo wiemy, że poddanie się niemieckiej presji w tym względzie jest złe: nie pomaga Afryce, a szkodzi Europie. Ludzie zawsze idą tam, gdzie mogą, a tam, gdzie nie mogą – na przykład do bogatych szejkanatów islamskich – nie idą.
Pomagać na miejscu
Nie uzasadniam tezy, że biednym ludom Afryki i Azji należy pomagać na ich terenie, bo ten pogląd jest powszechnie w Polsce podzielany. Nie za bardzo tylko wiemy, co my-Polacy i co my-Europejczycy możemy konkretnie w tej sprawie zrobić ponad standardy, realizowane do tej pory. Bo na razie typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata, łącznie z bankami, ONZ i innymi organizacjami międzynarodowymi, otóż wszystkie te działania żadnego problemu trwale nie rozwiązują. Owszem, dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej.
Jeżeli Europa nie wypracuje działań skutecznych – prędzej czy później zostanie zalana setkami milionów Afrykańczyków i Azjatów. Oni nie będą się tu asymilować. Będą stopniowo, a od któregoś dnia – gwałtownie zastępować europejskich aborygenów nową krwią i krwawą metodą. Przed ich bronią demograficzną mogłaby nas osłonić tylko własna broń demograficzna, ale ta broń już nie działa, Europa podaje tyły, a obecne pokolenie Europejczyków chce tylko dożyć wygodnie do naturalnej śmierci, godząc się nawet na eutanazję w razie złego humoru czy niemodnej starości.
Los kontynentu pozostawimy przybyszom, a oni będą toczyć liczne wojny między sobą o wszystko, co ginąca kultura im pozostawi. Tu nagle nie wygasną ich wzajemne konflikty religijne i plemienne. Europa stanie się cywilizacyjną prowincją Afryki – porzuconym skarbem, o który zdobywcy będą walczyć do ostatniego Europejczyka.
Specjalne Ogrody Solidarności (SOS)
Koncepcja, którą tu przedstawię, polega na znalezieniu początkowo niewielkich obszarów w krainach biedy, które dzięki europejskiej pomocy staną się centrami chronionej gospodarki, stanowiącymi dla migrantów magnes równie silny, jak obecnie Berlin, Paryż czy Londyn. Jeżeli to się powiedzie w kilku szczególnie starannie wspomaganych punktach – szybko pojawią się wnioski z różnych krajów o to samo.
Podobnie było ze Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi (SSE). Pomysł budził zdziwienie i gdzieniegdzie opór, ale bardzo szybko okazało się, że SSE dają miejscowo potężny impuls rozwojowy. Wkrótce strefy stały się modne i każdy, kto mógł, starał się o zlokalizowanie SSE u siebie. Dziś dysponujemy już innymi narzędziami rozwojowymi i niektóre strefy mogą być powoli wygaszane. Niemniej miejsca objęte strefami zmieniły się nie do poznania i promieniują swym dobrobytem na całe regiony. W podobny sposób i pod pewnymi dodatkowymi warunkami można by tworzyć strefy humanitarne, które tu nazywam Specjalnymi Ogrodami Solidarności.
Mamy dobre doświadczenia; niejedno zostało sprawdzone. Np. na względnie małym, ogrodzonym i chronionym obszarze możliwe okazało się ustanowienie niedopuszczalnych poza strefą, niezwykle korzystnych rozwiązań prawnych i fiskalnych. Co więcej – w małej społeczności dobrowolnych uczestników nowe prawa są szanowane i bardzo rygorystycznie przestrzegane, bo to łatwo kontrolować, a karą za łamanie tych praw może być odesłanie delikwenta tam, skąd przyszedł. Z kolei napływ nowych mieszkańców SOS byłby uzależniony od powstawania mieszkań i nowych miejsc pracy na tym terenie albo od powiększania strefy (na wzór pączkowania stref ekonomicznych).
Europa na rzecz SOS
Zanim zapytamy o koszty, zapytajmy o korzyści, jakie Europa przez wieki ciągnęła z Afryki i Azji. Oczywiście – jedne państwa korzystały bardzo, inne (jak Polska i kraje Trójmorza) wcale. Ale tworzenie stref nowych szans nie będzie miało charakteru zadośćuczynienia za zbrodnie kolonializmu. Na to kolonizatorzy mieli wiele dziesięcioleci i nic nie zrobili, więc i teraz nic nie zrobią pod tym hasłem, bo musieliby się przyznać do ludobójstwa. Lepiej znaleźć inną argumentację.
Takim hasłem, do którego szczególne moralne prawa ma Polska (a np. Niemcy nie mają tego prawa wcale) – otóż takim hasłem jest SOLIDARNOŚĆ. Poza tym Polska nie powinna unikać udziału w rozwiązywaniu najpoważniejszych problemów świata. Powinniśmy w tym uczestniczyć również finansowo, choć oczywiście w rozsądnej proporcji. Dodatkowo: wcale nie jest pewne, czy strefy powstaną najpierw w państwach najbardziej poszkodowanych przez kolonializm. Dziś inaczej wygląda geografia biedy, gdzie indziej biją źródła migracji. Na bieżąco mamy zajmować się sprawami aktualnymi, a nie historią, która – rzecz jasna – musi być brana pod uwagę w negocjacjach.
Tak więc podstawowe koszty powinna ponieść Europa. Zwłaszcza Europa Pierwszej Prędkości w kolonizowaniu Afryki i Azji. To jest problem europejski, a Stany Zjednoczone nie powinny być uczestnikiem tego działania. Niech tworzą własne, konkurencyjne strefy humanitarne np. w Liberii albo w Ameryce Łacińskiej. Chińczycy niech to robią w Korei Północnej, za której losy ponoszą największą odpowiedzialność, a Japończycy – na terenach, na których popełniali swoje wojenne zbrodnie.
Użycie siły
W ciągu kilku minionych dekad bogate kraje Zachodu i Wschodu wypracowały pewien paradygmat pełnienia funkcji „żandarma świata”. Najpierw obserwuje się nabrzmiewające konflikty w różnych miejscach świata i nic się nie robi. Następnie wspiera się jedną ze stron, co znacznie przyśpiesza wybuch. Strona wspierana ewoluuje ideowo i często zwraca się przeciwko Zachodowi, podczas gdy stary, wredny reżim jakoś tam gwarantował stabilność. Tak czy owak wojna wybucha, ktoś tam zwycięża, ktoś przegrywa, a głównym następstwem walk pozostają zrujnowane miasta i tysiące, a nawet miliony trupów, kalek i ludzi pozbawionych dachu nad głową.
W drugim etapie w krajach Zachodu do głosu dochodzą czułe serca wyborców i organizuje się różne akcje humanitarne, których znaczenie jest naprawdę duże dla pokrzywdzonych na danym terenie, ale które nie rozwiązują żadnego problemu w większej skali poza zachętą dla kolejnych bojowników, którzy zyskują pewność, że w razie czego dobry Zachód im pomoże. Wysyłane są misje humanitarne (cywilne) i stabilizacyjne (wojskowe), które również mają taki wpływ na konflikty, jak zasypka na AIDS, choć pomagierom przynoszą duży splendor. Nie zdarza się natomiast, by w porę wysłane siły Zachodu zapobiegły jakiejś tragedii. A nawet jeśli gdzieś stacjonowały wojska Zachodu – ich ostentacyjna bierność zachęcała wręcz do rzezi.
To trzeba zmienić. Budowa stref solidarności nie powiedzie się, jeżeli ich nie obronią uzbrojone oddziały. Ale te siły nie mogą podlegać lokalnym kacykom, bo już wiemy, że to nie ma żadnych perspektyw. Zresztą nikt poważny nie zainwestuje na terenie, który w każdej chwili może stać się areną wojen plemiennych. Strefy muszą mieć gwarancję wieloletniej ochrony i powoli wtapiać się w otaczającą gospodarkę, aż do pełnej integracji prawnej i przejścia pod zarząd krajowy za dwa, trzy… pokolenia.
Falanstery XXI wieku?
Poważne rozwiązywanie problemów wymaga szczerej, nie zawsze sympatycznie wyglądającej argumentacji. Na przykład trzeba założyć, że wynagrodzenia za pracę w SOS początkowo będą bardzo niskie, wręcz niewyobrażalnie (dla Europejczyka) niskie. Z punktu widzenia zatrudnionych będzie to wyraz solidarności zwrotnej z ryzykującymi wiele inwestorami. Ponadto – pracownicy muszą gdzieś mieszkać. To nie mogą być „hotele robotnicze”, bo ta forma wszędzie na świecie przekształcała się w siedlisko patologii lub w łagry. To muszą być zwykłe, skromne mieszkania rodzinne na terenie strefy, i to otrzymywane bez wstępnych kosztów: albo na wynajem czasowy, albo na wieloletni kredyt spłacany tak, by nie generować ryzyka (np. przez pracodawcę). Na płace netto pozostanie niewiele, choć siła nabywcza tego „niewiele” i tak będzie znaczna w porównaniu do bliskiego otoczenia.
Podobne projekty snuli utopiści przez wiele wieków. Popełniali jednak zawsze te same dwa błędy. Po pierwsze zakładali, że ludzie z natury są dobrzy, więc trzeba tylko stworzyć im warunki do realizacji dobra. Po drugie – nie rozwiązali problemu obecności nietypowej, socjalnej jednostki gospodarczej w konkurencyjnym świecie.
Obecnie już wiemy, że ludzie są tacy, jacy są. Robią to, co mogą, a czego nie mogą – nie robią (z tolerowaniem pewnych luzów). Jedni są lepsi, drudzy gorsi, dziś są dobrzy, jutro tacy sobie. Tworzymy więc warunki bezpiecznego i produktywnego życia dla takich ludzi, jacy są. Ponadto – gospodarka SOS nie poradzi sobie z konkurencją, zwłaszcza w pierwszych latach. Konieczne więc byłyby jakieś niestandardowe formy wsparcia, np. zapewnienie zbytu tamtejszych produktów poprzez zaniechanie produkowania takich samych rzeczy i wyeliminowanie importu z innych krajów. Znamy też fałszywe formy pomocy, z których myślowo najłatwiejsze, a gospodarczo najszkodliwsze byłoby dotowanie produkcji. Ważne, by w Europie pojawił się popyt nie na Afrykańczyków, ale na ich wytwory. Bo bez popytu nie ma handlu!
Następny problem to kształcenie pracowników, bo fachowców od tej technologii, która tam powstanie, w okolicy nie znajdziemy. Koszty będą spore. Na pustym terenie, czy wręcz na pustyni musi powstać cała infrastruktura kilkutysięcznego miasteczka, w którym ludzie będą nie tylko pracować, ale i uczyć się, chorować, leczyć, odprawiać modły, rodzić i wychowywać dzieci, uczestniczyć w kulturze…
Niektóre strefy powinny mieć charakter rolniczy, to mogą wręcz być nowoczesne ogrody Afryki. Zawsze jednak na terenie o dokładnie wytyczonych granicach i prawach obowiązujących tylko w nowym „ogrodzie”.
Na omawianie dalszych aspektów tego rozwiązania mamy czas, bo nieprędko przywódcy państw zdecydują się na posunięcia, których horyzont przekracza ich optymistyczne kadencje. Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Wędrówka ludów do Europy trwa. Sprzeciwiamy się przyjmowaniu migrantów socjalnych, bo wiemy, że poddanie się niemieckiej presji w tym względzie jest złe: nie pomaga Afryce, a szkodzi Europie.
Andrzej Jarczewski
Nie uzasadniam tezy, że biednym ludom Afryki i Azji należy pomagać na ich terenie, bo ten pogląd jest powszechnie w Polsce podzielany. Nie za bardzo tylko wiemy, co my-Polacy i co my-Europejczycy możemy konkretnie w tej sprawie zrobić ponad standardy, realizowane do tej pory. Bo na razie typowe akcje humanitarne wszystkich państw świata, łącznie z bankami, ONZ i innymi organizacjami międzynarodowymi, otóż wszystkie te działania żadnego problemu trwale nie rozwiązują. Owszem, dają zarobek tysiącom ludzi zatrudnianych przy rozdawaniu czy zawłaszczaniu pomocy, ewentualnie uspokajają sumienia wielkich tego świata. Nic więcej. (…)
Koncepcja, którą tu przedstawię, polega na znalezieniu początkowo niewielkich obszarów w krainach biedy, które dzięki europejskiej pomocy staną się centrami chronionej gospodarki, stanowiącymi dla migrantów magnes równie silny, jak obecnie Berlin, Paryż czy Londyn. Jeżeli to się powiedzie w kilku szczególnie starannie wspomaganych punktach – szybko pojawią się wnioski z różnych krajów o to samo.
Podobnie było ze Specjalnymi Strefami Ekonomicznymi (SSE). Pomysł budził zdziwienie i gdzieniegdzie opór, ale bardzo szybko okazało się, że SSE dają miejscowo potężny impuls rozwojowy. Wkrótce strefy stały się modne i każdy, kto mógł, starał się o zlokalizowanie SSE u siebie. Dziś dysponujemy już innymi narzędziami rozwojowymi i niektóre strefy mogą być powoli wygaszane. Niemniej miejsca objęte strefami zmieniły się nie do poznania i promieniują swym dobrobytem na całe regiony. W podobny sposób i pod pewnymi dodatkowymi warunkami można by tworzyć strefy humanitarne, które tu nazywam Specjalnymi Ogrodami Solidarności. (…)
Podstawowe koszty powinna ponieść Europa. Zwłaszcza Europa Pierwszej Prędkości w kolonizowaniu Afryki i Azji. To jest problem europejski, a Stany Zjednoczone nie powinny być uczestnikiem tego działania. Niech tworzą własne, konkurencyjne strefy humanitarne np. w Liberii albo w Ameryce Łacińskiej. Chińczycy niech to robią w Korei Północnej, za której losy ponoszą największą odpowiedzialność, a Japończycy – na terenach, na których popełniali swoje wojenne zbrodnie. (…)
Podobne projekty snuli utopiści przez wiele wieków. Popełniali jednak zawsze te same dwa błędy. Po pierwsze zakładali, że ludzie z natury są dobrzy, więc trzeba tylko stworzyć im warunki do realizacji dobra. Po drugie – nie rozwiązali problemu obecności nietypowej, socjalnej jednostki gospodarczej w konkurencyjnym świecie. (…)
Koszty będą spore. Na pustym terenie, czy wręcz na pustyni musi powstać cała infrastruktura kilkutysięcznego miasteczka, w którym ludzie będą nie tylko pracować, ale i uczyć się, chorować, leczyć, odprawiać modły, rodzić i wychowywać dzieci, uczestniczyć w kulturze…
Niektóre strefy powinny mieć charakter rolniczy, to mogą wręcz być nowoczesne ogrody Afryki. Zawsze jednak na terenie o dokładnie wytyczonych granicach i prawach obowiązujących tylko w nowym „ogrodzie”.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” znajduje się na ss. 1 i 2 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.
„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.
Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.
Artykuł Andrzeja Jarczewskiego pt. „Ogrody dla Afryki” na s. 1 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl
Dzień 45. z 80 / Zakopane / Poranek WNET – O tym, jak kornik drukarz stał się „zwierzęciem politycznym”, oraz o tym, czy i jak należy go zwalczać – w Radiu WNET w rozmowie z tatrzańskimi leśnikami.
W ostatniej części Poranka WNET w Zakopanem Witold Gadowski rozmawiał z Jan Krzeptowskim-Sabałą i Tomaszem Krzyżanowskim, leśnikami z Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Ich zdaniem w dyskusji, czy wolno w Polsce zwalczać kornika drukarza, jest więcej polityki niż merytorycznych argumentów. Kornik drukarz jest elementem ekosystemów w Polsce. Jest szkodnikiem, powoduje duże straty. Metodą jego zwalczania jest bieżąca kontrola lasu, wycinanie zainfekowanych drzew i korowanie ich. W ten sposób hamuje się ekspansję kornika, gdyż z jednego zarażonego drzewa może wylecieć kilka tysięcy korników i zarazić około trzydziestu drzew. Ekspansja kornika jest bardzo dynamiczna, taki proces może powtarzać się kilkakrotnie w ciągu sezonu.
Na zwalczanie kornika ma wpływ wiele kwestii, między innymi struktura własności lasów i struktura gospodarczo-użytkowa. W obszarach ochrony ścisłej kornika się nie zwalcza, gdyż jest tam traktowany jako element ekosystemu. Rezerwat ścisły „nie znajduje się na księżycu”. W niewielkiej odległości od niego są lasy gospodarcze, w których kornika się zwalcza. Jest to sytuacja „trochę nienormalna” – „w jednych miejscach kornika zwalczamy, w innych pozwalamy mu się rozmnażać”.
Tak też jest w Puszczy Białowieskiej, gdzie 9700 ha to park narodowy, a ponad 70 000 ha to lasy gospodarcze. Poprzedni wiceminister środowiska za namową organizacji ekologicznych („którym się wydaje, że zjadły wszystkie rozumy”) podjął „błędne decyzje, czterokrotnie obniżając etat rębny.
Istotny jest też kontekst historyczny lasów. Większość regla dolnego są to lasy przekształcone. Kiedyś były to lasy głównie bukowe. „Tam kornik nie za bardzo miał co robić”. W XIX wieku na potrzeby przemysłu buki zostały wyrąbane, a w jego miejsce posadzono świerki. Kornik jest więc efektem błędnych decyzji w przeszłości, kiedy bogate wielogatunkowe lasy zastąpiono sztucznymi tzw. monokulturami. Stworzona została w ten sposób „stołówka dla kornika”. Odkąd powstał park narodowy, prowadzony jest program stopniowej przebudowy lasów, sadzi się buki, jodły, jawory, stopniowo usuwa świerki. [related id=34243]
Coraz więcej połaci lasów w Tatrach to lasy wyschnięte. Są to lasy prywatne, gdzie nie prowadzi się wyrębu i rozmnaża się kornik. Widoczne jest to nawet z centrum Zakopanego, skąd można zobaczyć stoki Gubałówki, „które powoli coraz bardziej stają się nie zielone, a rude lub brązowe”. Na pewno są to zaniedbania prywatnych właścicieli i publicznego nadzoru – starostwa lub nadleśnictwa.
Kornik rozwija się też w działkach leśnych, nawet niewielkich, które mają kilku prywatnych właścicieli. Często nie mogą oni porozumieć się co do wykonania niezbędnych prac. Kornik rozmnożony na takim terenie przenosi się na sąsiednie.
W tej całej sytuacji rodzi się kornik jako „zwierzę polityczne”. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, co chcemy osiągnąć i jakimi metodami się przy tym posługiwać. Mogą to być metody naturalne – czyli takie, jakie wytworzyła natura. Przy tym jednak przyjąć należy, że nie zależy nam na produkcji leśnej („Niech się dzieje, co chce, niech się wszystko wyrówna”). Musimy wtedy jednak wiedzieć, że obecnie są inne realia niż były np. w XIII czy XIV wieku. Są różnego rodzaju zagrożenia, które wytworzyła cywilizacja ludzka (np. wspomniane monokultury leśne).
Jeśli decydujemy się, że dany las jest lasem gospodarczym, to musimy przyjąć metody naukowe. Przy takim założeniu działalność Ministerstwa Środowiska i Lasów Państwowych jest jak najbardziej słuszna. Tylko pozostaje żal, że z Puszczy Białowieskiej stworzono pole bitwy politycznej.
Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy z Janem Sabałą-Krzeptowskim i z Tomaszem Krzyżanowskim w ostatniej, piątej części Poranka WNET.
Dzień 44. z 80 / Nowy Sącz / – Pielgrzymka św. Kingi jest jedyną w Polsce, która idzie, jedzie i płynie. Drugiej takiej nie ma, w ciągu trzech dni trzeba pokonać 80 kilometrów – powiedział Witowski.
Nowy Sącz, miasto Św. Kingi i wielu milionerów, największej liczby bentleyów (kupionych za gotówkę) przypadających na jednego mieszkańca, ale także jedno z najstarszych miast Małopolski, zostało lokowane jako Nova Sandecz w widłach rzek Dunajca i Kamienicy Nawojowskiej w 1292 roku, tym samym, w którym umarła patronka tej ziemi.
– Mamy to szczęście, że mieszka u nas kilku milionerów i co najważniejsze, panowie inwestują w Nowym Sączu, zatrudniają sądeczan, dają nam pracę i nigdzie stąd nie wyjeżdżają, co jest piękną sprawą – powiedział Mieczysław Witowski ze stowarzyszenia św. Kingi w Nowym Sączu, dopytywany, czy rzeczywiście tak jest, jak głosi fama.
Na Nowosądecczyźnie ma swoją siedzibę wytwórnia lodów Koral, tutaj też mieszkają pan Józef i Marian Koralowie, twórcy tej firmy, którzy ufundowali pomnik Jana Pawła II stojący na nowosądeckim Rynku. W tym regionie znajduje się największy producent okien w Europie, firma Fakro, której prezesem i właścicielem jest Ryszard Florek; tu mieszka Kazimierz Pazgan, właściciel holdingu Konspol – największego w Polsce producenta przetworów z drobiu; także Roman Kluska, kiedyś największy producent komputerów Optimus, pierwszy właściciel Onetu; wreszcie Andrzej Wiśniowski, którego firma jest największym producentem bram garażowych, przemysłowych i systemów ogrodzeniowych w Polsce, sponsor reprezentacji Polski w piłce nożnej.
Pani Sądecka Św. Kinga
– Szlak św. Kingi to inicjatywa zapoczątkowana w 1990 roku przez grupę pielgrzymów pod wodzą nieżyjącego już ojca Bronisława Jelenia, aby uprosić kanonizację Pani Sądeckiej św. Kingi, która tutaj siedem wieków temu zagościła – powiedział Witowski. Dodał, że była to idea nieżyjącego już wówczas biskupa Piotra Bednarczyka.
Patronka Sądecczyzny otrzymała tę ziemię od swego męża Bolesława Wstydliwego jako wynagrodzenie za posag, który ofiarowała na potrzeby zrujnowanego po najeździe tatarskim księstwa. W 1279 r., po 40 latach wspólnego życia, zmarł książę Bolesław Wstydliwy i Kinga opuściła dwór, udając się do Sącza, gdzie oddała się sprawom całego regionu, zakładając nowe osady, organizując parafie, doprowadzając do budowy kościołów. Szczególną troską otoczyła budowę klasztoru sióstr klarysek. Zresztą sama święta złożyła tam dwa lata przed śmiercią śluby zakonne. W przekonaniu o jej świętości pochowano Kingę w kaplicy ufundowanego przez nią klasztoru. Łaski i cuda dokonujące się przy jej grobie, jak też nieustanny napływ pielgrzymów, spowodowały, że Kościół uznał jej świętość, potwierdzając spontaniczny kult, którym otaczano ją po śmierci, i ogłosił ją błogosławioną w 1690 roku.
Pierwszą siedzibą Stowarzyszenia św. Kingi powstałego w 1990 roku była parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Sączu. 16 czerwca 1999 roku w Starym Sączu, w sanktuarium bł. Kingi, Ojciec Święty Jan Paweł II wyniósł ją do chwały świętych Pańskich. Tam też powstał Dom Pielgrzyma OPOKA im. Jana Pawła II, gdzie przeniesiono siedzibę stowarzyszenia.
– Pielgrzymka św. Kingi jest jedyną w Polsce, która idzie, jedzie i płynie. Drugiej takiej nie ma; w ciągu trzech dni trzeba pokonać 80 kilometrów – powiedział Mieczysław Witowski. Przebiega ona szlakami Beskidu Sądeckiego i Pienin. – Trzeba 36 km non stop iść pod górę, przepłynąć Dunajec.
– Co roku martwimy się o to, by można było przyjąć wszystkich chętnych – powiedział Witowski, bowiem organizatorzy nie są w stanie wziąć na szlak więcej niż 400 osób. W tym roku XXVIII Pielgrzymka Szlakiem św. Kingi odbędzie się w dniach od 22-24 września. Mają już na nią ponad 300 zgłoszeń i zostało tylko jeszcze kilkanaście miejsc. Do udziału zgłaszają się ludzie z całej Polski, między innymi z Suwałk, Poznania, Gdańska.
Sandecja i Lachowie
Górale na mieszkańców Sądecczyzny często mówią Lachowie, bo też etnicznie wywodzą się od Lachów. Witowski wyjaśnił, że często mieszkańcy tego regionu mylnie nazywani są góralami, którzy przybyli z Wołoszczyzny. Etymologia określenia Lachy w odniesieniu do grupy etnicznej prawdopodobnie ma związek z podstawowym znaczeniem słowa Lach, czyli Polak, w języku ludów zamieszkujących niegdyś obszary położone na wschód i południe od granic Polski. Lachy Sądeckie to określenie mające wskazać polskie pochodzenie tej grupy etnicznej wśród innych grup, które występowały na terenie Ziemi Sądeckiej, chociaż sami sądeczanie widzą to często inaczej.
– Lachowie przyszli tutaj ponad 1000 lat temu i pozostali do dziś na tych terenach – powiedział pan Witowski.
[related id=34086]- Jeszcze jako młody chłopak chodziłem z tatą na dzisiejsze błonia, na aleję Wolności. Tam grała Sandecja ze słynnym Szabeckim, no a później stadion przy Kilińskiego, gdzie doczekaliśmy się I ligi, a teraz ekstraklasy – cieszy się pan Mieczysław. Przypomniał, że Sandecja ma już ponad 100 lat. Nowy Sącz to jedyne miasto w tym rejonie, które może pochwalić się prężnie działającym klubem piłkarskim grającym w ekstraklasie. Dlatego sądeczanie cenią go, jest dla nich chlubą i wizytówką miasta, która promuje Nowy Sącz.
Gdy będziemy w Nowym Sączu, nie możemy zapomnieć o odwiedzeniu Rynku, który jest drugim co do wielkości po krakowskim, i bazyliki św. Małgorzaty z Górą Przemienienia i obrazem Pana Jezusa Przemienionego. Warto też pamiętać o odpustach w Nowym Sączu i o ruinach Zamku Królewskiego, który wybudował Kazimierz Wielki. Jeśli ktoś ma czas, to powinien również zajrzeć do sali ratuszowej przy Rynku, gdzie mamy przedstawioną historię Nowego Sącza.
– Jadwiga, jadąc z Węgier na koronację do Krakowa, właśnie tu, w Nowym Sączu, się zatrzymała – powiedział Mieczysław Witowski.
Dzień 43. z 80 / Nowy Targ / Każdy góral inaczej się pisze, inaczej nazywo. Ja się piszę Borzęcki, a nazywom Borzanek – powiedział właściciel karczmy „U Borzanka”, której początki sięgają XVIII w.
„Hej Borzankowe imie nigdy nie zaginie!
Hej ani na wiersycku, ani na dolinie!”
Pan Michał Borzęcki, właścicielem karczmy, jest przedsiębiorcą z Nowego Targu i radnym powiatowym – działa społecznie, dlatego nie pobiera żadnych pieniędzy z kasy powiatu.
„Hej, popijoj, popijoj, Borzanka nie mijoj.
Hej, Borzanka nie minies, nie bój sie nie zginies?”
Tak śpiewali wędrowcy, przemierzający szlak winny i solny z Węgier z Egeru i Tokaju przez Niedzicę, Czorsztyn, Dębno, Nowy Targ do Wieliczki. Dzisiejsza arczma „U Borzanka” kiedyś była zabytkowym zajazdem z wozownią, wzniesionym pod koniec XVIII wieku z kamienia łupanego i cegły, tynkowanym, z korpusem poprzedzonym portykiem wspartym na dwu kolistych filarach, kryty gontem. Jego historia była bardzo burzliwa, ale dopiero „komuniści doprowadzili do tego, że zajazd zawalił się”.
W 1976 roku wywłaszczyli ówcześni władcy PRL-u Borzanka z zajazdu. Przechodził on z rąk do rak i systematycznie ulegał degradacji. „W 1990 roku w wyniku braku jakichkolwiek prac budowlanych oraz braku dozoru obiekt zawalił się”- czytamy na stronie internetowej karczmy. W 1992 roku odzyskał grunt i to co zostało z samej nieruchomości. Na uroczyste otwarcie musiał jednak poczekać ponad 10 lat.
– Odbudowałem to, bo za komuny mi to zabrali na muzeum nowotarskie – powiedział przedsiębiorca. Obiekt musiał podnosić dosłownie z gruzów, bo „czuł sentyment” do miejsca, w którym się urodził. – Odbudowałem to w takim samym stylu.
– Dzieje rodziny Borzanków w Nowym Targu, jak ustalił to profesor Baran, sięgają XVII wieku – powiedział pan Michał, który sam, śledząc historię swoich przodków, doszedł do początków XIX wieku, kiedy to jego prapradziadek, pochodzący z Ludźmierza, „ożenił się u Kudasików w Nowym Targu”. Jak podkreśla, jego rodzina zajmowała się od zawsze rolnictwem i handlem materiałami tekstylnymi. Sklep „Borzęccy Włókno” ma już ponad 100 lat nieprzerwanej tradycji.
[related id=33956]Jego ojciec był przedwojennym radnym. Po wojnie wystąpił na Rynku w Nowym Targu z mową, w której nawoływał zgodnie z zaleceniami mikołajczykowskiego PSL-u, żeby w referendum nie głosować trzy razy „tak”: „Komuna kłamie bezczelnie, proszę nie głosować”. – I znalazł się zaraz w więzieniu – opowiadał pan Michał.
Od ojca, gdy ten wyszedł z komunistycznego więzienia, dostał wraz z czworgiem rodzeństwa do przykazań boskich jeszcze jedno ojcowskie, „aby nigdy, pod żadnym pozorem, nie zapisywać się do partii [PZPR-u -przyp. red.]” i tego on i jego rodzeństwo „przez całe życie się trzymali”.