„Wielkopolski Kurier Wnet” 38/2017, ks. Dariusz Oko: Bogiem ateisty staje się jego niezwykle silna żądza seksualna

Człowiek zdominowany przez seksualność łatwo dzieli ludzi na obiekty pożądania, ludzi mu obojętnych, bo nieatrakcyjnych seksualnie, i przeciwników – przeszkadzających mu w realizacji jego dążeń.

Dariusz Oko

Dzieło rozumu ateistycznego

Gender to kolejna utopijna ideologia ateistów, tym razem przeznaczona dla tych, dla których bogiem stał się seks. Każde życie wymaga bowiem jakiegoś uzasadnienia, jakiegoś światopoglądu. Także życie kogoś, kto popadł w nałóg seksu, jak wiele współcześnie żyjących osób. Nawrócenie z mocnego, zakorzenionego nałogu jest bardzo trudne, dlatego wielu zamiast tego wybiera drogę racjonalizacji. W filozofii i psychologii znane są dziesiątki mechanizmów racjonalizacji. Jej współczesną odmianą, stosowaną przez ludzi zdominowanych przez seksualność, jest właśnie teoria gender.

Samookłamywanie, pozorne rozumowe tłumaczenie i uzasadnianie swojego postępowania jest oczywiście o wiele łatwiejsze niż walka z nałogiem, przynosi chwilową ulgę jako znieczulenie rozumu i sumienia. Według reguły: „Jeśli nie żyjesz, jak myślisz, to będziesz myślał jak żyjesz”.

Z teorią Marksa w tle

Teoria gender to głównie dzieło rozumu ateistycznego, gdyż to przede wszystkimi ateiści są jej prekursorami, twórcami oraz propagatorami. Widać to również w Polsce, gdzie najbardziej przekonani, walczący genderyści są zarazem najbardziej przekonanymi, walczącymi ateistami – jak profesorowie filozofii Jan Hartman i Magdalena Środa, prawnik Magdalena Fuszara oraz polityk Janusz Palikot.

Jest to zgodne z samą naturą ideologii gender, opartej głównie na myśli takich walczących ateistów, jak Fryderyk Nietzsche, Karol Marks, Jean-Paul Sartre, Antoni Gramsci, Herbert Marcuse, Michael Foucault czy Judith Butler. To dlatego ci, którzy jeszcze wczoraj głosili ateizm marksistowski, dzisiaj swobodnie przechodzą do głoszenia ateizmu genderowego – jak Zygmunt Bauman czy inni neomarksiści, postmoderniści i genderyści w jednej osobie.

Ateizm nie jest jednak dobrym punktem wyjścia w refleksji nad rzeczywistością. Z punktu widzenia teistycznego można przedstawić to tak, jakby nienarodzone jeszcze dziecko mówiło, że jego matka nie istnieje, bo jej nie widzi, albo jakby ogrodnicy mówili, że doskonale poradzą sobie bez słońca, bo wystarczy im księżyc. Teistyczny punkt widzenia był i jest dominujący, był i jest również najlepiej uzasadniony – rozumowo i liczbowo. Z naukowego punktu widzenia można powiedzieć, że jest on hipotezą najbardziej prawdopodobną, wiarą najbardziej racjonalną. To dlatego zdecydowana większość ludzi, w tym także zdecydowana większość naukowców oraz filozofów, była i jest teistami.

Ateizm był i pozostaje poglądem mniejszości (a nawet zjawiskiem marginalnym), czymś w granicach jednej z wielu możliwych umysłowych aberracji. W naszych czasach rozprzestrzenia się jedną z dwóch bardzo złych dróg. Pierwsza to narzucanie go poprzez krwawy terror i liczone w milionach ofiar masowe ludobójstwa – jak w Związku Radzieckim, Chinach, Kambodży czy Korei Północnej. Druga to otępienie przejedzonych, przesyconych społeczeństw bogatego Zachodu, gdzie coraz więcej ludzi skupia swoje zainteresowania jedynie na konsumpcji i trawieniu, a nie samym życiu i jego sensie.

Nie tylko rozum

Każdy światopogląd, filozofia czy ideologia są w dużej mierze wiarą w szerokim sensie, czyli zbiorem przekonań, których nie jesteśmy w stanie wystarczająco, do końca uzasadnić według racjonalnych kryteriów naszych czasów. Przekonań, które przyjmujemy zatem na zasadzie zaufania do ich głosicieli. Rozum i wiara są wobec tego nierozerwalne i nierozłączne. Występują razem wszędzie, w każdej nauce, w każdej filozofii i w każdym światopoglądzie – tylko w różnych proporcjach.

Dlatego ateizm również jest jedynie swego rodzaju wiarą, tyle że szczególnie słabo uzasadnioną i wybitnie prymitywną. Można powiedzieć, że jest w istocie wiarą najbardziej nieracjonalną. Ateiści bowiem wierzą w to, że istnieje jedynie materia, czyli coś nierozumnego, nieświadomego siebie, niezdolnego do podejmowania decyzji, do miłości i tworzenia kultury, a jednocześnie przez swoją działalność usiłują zaprzeczyć własnej wierze.

Pomimo tego poszczególni ateiści mogą okazać się osobami, które swoimi zaletami intelektualnymi i moralnymi przewyższają wielu teistów. Święta Edyta Stein, która długie lata przeżyła jako szlachetna ateistyczna filozof, po swoim nawróceniu mówiła, że kto szczerze szuka prawdy, ostatecznie szuka Boga.

Człowiek jest istotą bardzo skomplikowaną, złożoną, wielopoziomową, która często nie panuje nad samą sobą, nie jest do końca konsekwentna ani intelektualnie, ani moralnie, ani też egzystencjalnie. W przypadku irracjonalnych poglądów jest to akurat korzystne. Stąd na szczęście nie wszystkie absurdy, które nosimy w głowie, przekładają się na absurdy życia.

Istnieje także pewna fortunna niekonsekwencja – także ateistyczna niekonsekwencja. Ateiści zwykle nie są do końca konsekwentni w swojej ateistycznej wierze. Uznają na przykład w sobie te cechy czy zdolności – chociażby pragnienie duchowej miłości – których nie ma w materii, do której ich wiara redukuje całą rzeczywistość.

Jednak średnia statystyczna wskazuje, że ateiści wiodą gorsze życie, gorzej wypadają szczególnie na polu moralnym. Potwierdza to historia, badania socjologiczne i osobiste doświadczenie. Porównanie życia chrześcijan i ateistów zachodniego kręgu kulturowego wykazało, iż ci pierwsi żyją o wiele bardziej etycznie, są o wiele bardziej gotowi do pomocy i służby bliźnim. To, co w życiu najważniejsze – małżeństwo i rodzina – udaje się im najlepiej ze wszystkich, ich związki są trwalsze i szczęśliwsze, a dzieci zostają najlepiej ze wszystkich wychowane.

Źródło krzywdy i nędzy

Nieprzypadkowo w skali całego globu krajem największej ludzkiej krzywdy i nędzy, największego upodlenia człowieka jest Korea Północna. Kraj od siedemdziesięciu lat całkowicie poddany rządom ateistów, w którym zrealizowali oni wszystkie swoje plany. Doprowadziło to do urządzenia państwa na kształt wielkiego obozu koncentracyjnego. Nieprzypadkowo też najbiedniejszym krajem w Europie jest Albania, którą na drodze inżynierii społecznej i bezwzględnego terroru usiłowano przekształcić w państwo całkowicie ateistyczne.[related id=26119]

Największa – bo ateistyczna – nędza duchowa prowadzi też do największej nędzy materialnej. Nieprzypadkowo zbrodnie przeciw ludzkości motywowane ideologią – pochłaniające nieporównywalną z niczym ilość ofiar – popełnili właśnie ateiści. Ofiary komunizmu ocenia się na ponad 100 milionów osób. Jest to 17 razy więcej niż Holocaust Izraelitów dokonany przez nazistów, którzy także często byli ateistami (przynajmniej praktycznymi) albo okultystami, śmiertelnymi wrogami Boga i chrześcijaństwa.

Czerwoni Khmerzy w Kambodży w ciągu trzech i pół roku rządów pozbawili życia jedną czwartą swoich rodaków – około dwa miliony osób. Szacuje się, że wielki, sprowokowany przez komunistów głód na Ukrainie pochłonął przynajmniej 6 milionów ludzi; wszystkie zbrodnie komunistyczne dokonane w ZSRR szacowane są na 20 milionów ofiar, w Chinach zaś liczba ta zbliża się do 65 milionów (!). Do piekła Gułagu sowieckiego trafiło około 29 milionów osób.

Te największe zbrodnie dziejów popełniono w imię ideologii komunistycznej, która miała być najbardziej prawdziwą i najbardziej naukową teorią naszych czasów. Teorią nieomylną i absolutną, szczytowym wytworem ludzkiego umysłu – trzeba dodać: umysłu ateistycznego. Ateiści nigdy nie przeprosili za te zbrodnie i nigdy dostatecznie poważnie nie przemyśleli, dlaczego do nich doszło oraz co zrobić, żeby historia się nie powtórzyła. Te doświadczenia historyczne każą z najwyższą ostrożnością, krytycyzmem i podejrzliwością patrzeć na teorie będące dziełem myśli ateistycznej, które przypisują sobie cechy boskie, tj. nieomylność i absolutność.

Genderyści na ogół jednak nie są w stanie albo nie chcą dostrzec, że podobną krytykę, jaką stosują wobec innych, można i należy zastosować wobec nich samych. Studiując ich najbardziej reprezentacyjne dzieła, można dostrzec, że są to prace będące w dużym stopniu rezultatem następującej, dziesięcioetapowej dialektyki myślenia ateistycznego i ateistycznej egzystencji, warunkujących i napędzających się wzajemnie.

Dialektyka gender:

Po pierwsze: Jeżeli Bóg istnieje, co filozoficznie jest twierdzeniem najlepiej uzasadnionym, to ateizm jest fundamentalnym błędem początku, absurdem założycielskim, niejako grzechem pierworodnym myślenia, który nieuchronnie musi prowadzić do następnych błędów i absurdów na kolejnych etapach myślenia i egzystencji – podobnie jak poważny błąd na początku łańcucha równań matematycznych.

Po drugie: Jednym z pierwszych takich absurdów jest postawienie siebie ponad Boga. Dla ateisty bowiem Bóg jest jedynie błędną, pustą ideą, nieporównywalną z ateistą, czyli z żywą istotą o umyśle pełnym idei najbardziej słusznych i nieomylnych. Jak uczy historia, stawianie siebie ponad Boga łatwo prowadzi do czynów strasznych, wprost demonicznych.

Po trzecie: Ateista – zgodnie ze swoją wiarą w to, że istnieje tylko materia – uważa zazwyczaj samego siebie za jedynie przypadkowy produkt ewolucji, za trochę tylko bardziej inteligentne zwierzę. Ma dlatego nieuchronną tendencję do przeceniania w sobie tego, co zwierzęce, a niedoceniania tego, co duchowe. Nawet do odrzucania całej sfery duchowej. Chętnie tłumaczy zatem to, co człowiecze, poprzez to, co zwierzęce; to, co duchowe, poprzez to, co biologiczne, fizjologiczne. Niekiedy nawet redukuje pierwsze do drugiego, wyższe do niższego, przez co cofa się w ewolucji.

Nieraz argumentacja ateistyczna sprowadza się do nakazu: „Czyńmy tak, bo tak zachowują się zwierzęta”. Jest to tym bardziej nieunikniony punkt dojścia, że odrzucając Boga, ateista odrzuca to, co jest najwyższe, najbardziej duchowe w całym istnieniu, ale też i w nim samym. Neguje Byt absolutny, ale też neguje najlepszą, najwyższą część samego siebie, która jest przeznaczona do bycia miejscem poznania tego Bytu. Nie może tej sfery zupełnie zniszczyć, ale może ją wypierać ze swej świadomości i tym samym jakby „usypiać”. Tak doprowadza do okaleczenia i atrofii całą najwyższą i najbardziej centralną część swojego ducha.

Po czwarte: Prowadzi to jednak do fundamentalnej sprzeczności pomiędzy przypisywaniem sobie roli boskiej, a zarazem tendencją do redukowania siebie do zwierzęcości. Ateista usiłuje rozwiązać tę sprzeczność poprzez poszukiwanie boga zastępczego, na którego tak czy inaczej jest skazany. Jego ludzka natura, stworzona do bycia-z-Bogiem, domaga się jakiejś namiastki, jakiegoś zastępcy Boga odrzuconego. Każdy przecież potrzebuje jakiejś wartości centralnej i najwyższej, ześrodkowującej oraz organizującej całe jego życie (albo zespołu takich wartości).

Bezwzględność tej potrzeby widać szczególnie wyraźnie w totalitarnych państwach ateistycznych, które natychmiast, równolegle do eksterminacji religii i praktykujących wiernych, wprowadzają nowe formy quasi-religijne, w których cześć boską oddaje się najczęściej partii oraz jej liderom.

Taką namiastką Boga może stać się wiele rzeczy. Można jednak zauważyć pewne preferencje związane z ateistycznym przecenianiem siebie, a zarazem z redukowaniem siebie do fizyczności. Szczególnie uprzywilejowane są tutaj władza, bogactwo i zaspokajanie potrzeb zmysłowych, które mamy wspólne ze zwierzętami. Pozostaje to w zgodzie z powiedzeniem, że ateista to taki człowiek, który nie uznaje absolutnie żadnego Boga poza jednym wyjątkiem – siebie samego.

Dlatego też szczególnie często typowymi „bogami” ateisty staje się on sam i jego niezwykle silna żądza, czyli żądza seksualna. Widać to wyraźnie w życiu takich protagonistów genderyzmu, jak Markiz de Sade, Aleksandra Kołłątaj, Magnus Hirschfeld, Wilhelm Reich czy Alfred Kinsey. Ci ludzie rzeczywiście żyli tak, jakby seks był ich jedynym bogiem, dającym jedyne możliwe „zbawienie”. Konsekwentnie degradowali się, aż do gorzkiego końca, jako gorliwi wyznawcy takiego „boga”.

Butler, niejako Karol Marks współczesnego genderyzmu, czyni z przyjemności seksualnej centralną wartość swojego i społecznego życia, której muszą być podporządkowane inne wartości, w tym szczególnie małżeńskie i rodzinne. W publikacjach wielokrotnie eksponowała główny cel i sens swojej egzystencji, za które uważa maksymalizację przyjemności seksualnej. Tak jakby seks był bogiem, któremu cześć oddaje się całą sobą.

Po piąte: Funkcjonowanie jako czciciel bożka seksu musi jednak prowadzić do głębokiej destrukcji osobowości. Taka postawa życiowa rodzi złowrogie, zatrute owoce. Wówczas bowiem pewien rodzaj przyjemności zmysłowej stawia się ponad wszystko, także ponad to, co najwyższe i najpiękniejsze, najbardziej duchowe w człowieku i bycie. Ponad osobę i Boga, ponad duchowość i miłość, ponad rozum, wolność i uczucia. Rezultatem takiej postawy są nieopanowane dążenia, nienawistne słowa i okrutne czyny w konsekwencji prowadzące do zniszczenia całego życia.

Wyjaśnienie i uzasadnienie

Między innymi z tego właśnie względu w 2015 roku opinia publiczna w Polsce została wstrząśnięta słowami Jana Hartmana, najbardziej przekonanego i walczącego ateisty-genderysty, który stwierdził, że być może piękna miłość brata i siostry jest czymś wyższym niż najwznioślejszy romans niespokrewnionych ze sobą ludzi? oraz: Jeśli udaje się powiązać harmonijnie miłość macierzyńską albo bratersko-siostrzaną z miłością erotyczną, to osiąga się nową, wyższą jakość miłości i związku. Dodał także: Wygląda na to, że upada najsilniejsze tabu ziemskiego globu, jakim jest zakaz kazirodztwa. (…) Co właściwie może dziś służyć za usprawiedliwienie zakazu kazirodztwa? Ze względu na odniesienie do matki, można tę wypowiedź rozumieć jako pochwałę nie tylko kazirodztwa, ale także pedofilii kazirodczej. W podobnym duchu o kazirodztwie wypowiadały się dwie inne walczące ateistki-genderystki, „profesorki” Magdalena Środa i Małgorzata Fuszara.

Nie jest to przypadek. Duński genderysta, profesor prawa Vagn Greve stwierdził: Jeśli dwie dorosłe osoby, w tym na przykład ojciec i córka, chcą być ze sobą razem, to nie widzę problemu. (…) Nie widzę absolutnie żadnej różnicy między legalizacją związków homoseksualnych a dopuszczeniem związków kazirodczych.

Podobnie wypowiedział się sędzia Garry Nielson z Australii: Sąd może nie widzieć niczego niewłaściwego w zbliżaniu się brata do siostry, jeżeli tylko jest ona dojrzała seksualnie, utrzymuje relacje seksualne z innymi mężczyznami i jest akurat ‘dostępna’, bo nie ma partnera seksualnego. (…) Gdybyśmy mieli 1950 rok, to kolegium 12 sędziów uznałoby niezawodnie, że dla mężczyzny jest rzeczą nienaturalną zainteresowanie innym mężczyzną lub chłopcem. Te rzeczy się zmieniły.

W tym punkcie genderyści mają rację. Przecież dokładnie te same argumenty, których użyto do legalizacji związków homoseksualnych, przemawiają również za legalizacją kazirodztwa. Jeśli ktoś da się przekonać do pierwszego, musi dać się przekonać i do drugiego. Dlatego w ramach optyki genderowej jest czymś oczywistym, że po legalizacji homoseksualizmu musi nastąpić legalizacja kazirodztwa. Hartman wypowiedział zatem tylko pewną genderową oczywistość. W Danii, Niemczech, Szwajcarii i Australii toczona już jest walka o legalizację kazirodztwa. W Niemczech walczy o to najbardziej genderowa partia kraju: Partia Zielonych. Według młodzieżówki tej partii: zakaz kazirodztwa w rozumieniu paragrafu 173 kodeksu karnego dotyczy także przypadków prawdziwej miłości. Tutaj nie ma żadnej ofiary, która musiałaby być chroniona przed sprawcami.

To należy przecież do istoty genderyzmu, w którym bogiem jest seks, a genderystom chodzi przede wszystkim o to, żeby w seksie możliwie wszystko było dopuszczalne – w tym także kazirodztwo. Jak widać, umysły zniszczone nadmiarem seksu nie cofną się przed niczym.

Kilka słów o pedofilii

Nie cofną się także przed pedofilią. Ta sama genderowa Partia Zielonych przez dziesięciolecia z niesamowitą determinacją walczyła o legalizację pedofilii. Odpowiedni projekt został wniesiony do Bundestagu i spoczywa w jego archiwach, czekając na „lepsze czasy”. Völker Beck, jeden z czołowych polityków tej partii, szef frakcji parlamentarnej, jako walczący gej przyjeżdżał do Polski na „parady równości”, aby wspierać gejów polskich w ich wojnie z normalnością.

Ten sam gej w Niemczech fanatycznie walczył o legalizację pedofilii, argumentując, że powinno się ją zaakceptować tak samo jak homoseksualizm. Wówczas każde dziecko w Niemczech mogłyby być bezkarnie molestowane i gwałcone. Jürgen Trittin, szef partii, pytany dlaczego „Zieloni” prowadzili taką walkę, odpowiedział, że działo się to na żądanie związków homoseksualistów, pod ich stałym naciskiem. Podobnie było w Holandii i Stanach Zjednoczonych. Za staraniami o legalizację pedofilii zawsze stali geje.

Dokładnie według tych samych genderowych zasad, tak jak zwolennicy kazirodztwa, swoich praw domagają się także zoofile. Na przykład w Szwecji zakaz zachowań zoofilnych został zniesiony w 1944 roku – razem z zakazem zachowań homoseksualnych. Na razie europejskim centrum zoofilii stała się Dania, do której w związku z tym są już organizowane wycieczki zoofilów, przede wszystkim z Holandii, Norwegii, Szwecji i Niemiec.

Podobnie jak w przypadku kazirodztwa, genderyści również tutaj mają gotowe uzasadnienie. Czołowy etyk myślący według ich zasad, Peter Singer z Australii, stwierdza, że „małżeństwa zoofilskie”, nazywane przez niego „związkami transgatunkowymi”, są jak najbardziej etyczne oraz godne polecenia i legalizacji. Jako uzasadnienie wskazuje na analogiczną legalizację związków homoseksualnych.

Jeśli nie chcemy tego uznać, to tylko dlatego, że według niego jesteśmy winni zbrodni „szowinizmu transgatunkowego” podobnie wielkiej, jak zbrodnia „homofobii”. Inni genderyści z dumą przyznają się do swojej własnej, osobistej zoofilii i w swoim redukcjonistycznym podejściu usiłują sprowadzić człowieka do zwierzęcia, zasadniczo przez zwierzęcość tłumaczyć swoje człowieczeństwo.

Gender i prostytucja

Przeforsowanie ideologii gender przynosi znaczne profity sutenerom i klientom prostytutek. Po pełnej legalizacji prostytucji w Niemczech buduje się tam największe domy publiczne świata. Sprowadza się do nich setki tysięcy kobiet z biedniejszych i najbiedniejszych krajów, także z Polski, aby służyły w nich jako seksualne niewolnice. W skali Europy są to już miliony najbardziej poniżonych i pozbawianych godności kobiet, przeżywających najgorsze cierpienia. Trudno o większe upodlenie kobiety niż prostytucja.

W Niemczech, w myśl skrajnie lewicowych ideologii, zalegalizowano prostytucję jako zawód jak każdy inny. Partia Zielonych domagała się nawet uznania jej za zawód, którego można nauczać. Miało to pomóc prostytutkom, ale w rzeczywistości ułatwiło tylko życie mafii, która wykorzystuje kobiety jak niewolnice w najbardziej okrutny sposób. Niemcy stały się dzięki temu rajem handlarzy kobietami.

Podobne doświadczenia płyną z wyników legalizacji nierządu w Holandii. Teraz, poniewczasie, przyznaje to nawet czołowa niemiecka feministka Alice Schwarzer. Niestety, realizując żądania ideologów, można się tak bardzo pomylić. Genderystom to jednak nie przeszkadza, bo maksymalizacja przyjemności seksualnej jest sensem i aksjomatem ich życia.

Dlatego też z całą stanowczością popierają również pornografię i poliamorię – posiadanie równocześnie wielu kochanków różnej płci. Przed bożkiem seksu trzeba złożyć wszystko w ofierze – najpierw rozum i godność, potem człowieka. Seks staje się jak Moloch, któremu rzuca się na ofiarę ludzi, przede wszystkim kobiety i dzieci.

Taka fundamentalna postawa życiowa prowadzi również do pogardy i nienawiści. Człowiek zdominowany przez własną seksualność patrzy na innych przedmiotowo, a nie podmiotowo, przede wszystkim jak na obiekty seksualne, jak na rzeczy przeznaczone do używania i wyrzucania. Takie postawy są charakterystyczne dla głównych apologetów genderyzmu.

Dominique Strauss Kahn, szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego i „stuprocentowy” kandydat socjalistów-genderystów na prezydenta Francji, miał bez trudu wygrać wybory i jako „francuski Zapatero” wprowadzać dyktaturę gender. Nie doszło jednak do tego, ponieważ wcześniej nie mógł się powstrzymać od zgwałcenia pokojówki w amerykańskim hotelu. Niezależnie od tej sprawy grozi mu obecnie kara wieloletniego więzienia za wcześniejsze gwałty, stręczycielstwo i wykorzystywanie nieletnich prostytutek na terenie Francji. Właśnie ten człowiek, dopuszczający się tak niegodnych czynów, był czołowym reprezentantem francuskich genderystów, „najlepszym” kandydatem, jakiego byli w stanie wyłonić ze swoich szeregów.

Były prezydent Francji François Hollande, pełniący aktualnie rolę „francuskiego Zapatero”, miał zwyczaj jeżdżenia na skuterze ze swojego pałacu do mieszkania jednej z wielu kochanek. Kiedy jego aktualna konkubina zaprotestowała, wyrzucił ją jak niepotrzebny przedmiot. W charakterze swoistej odpłaty ośmieszyła go w oskarżycielskiej książce.

Złość tej kobiety można zrozumieć. Można zrozumieć wszystkie kobiety ateistki traktowane w ten sposób przez swoich partnerów ateistów-genderystów. Można również zrozumieć nienawiść, z jaką ateistyczne feministki mówią niejednokrotnie o mężczyznach. Wypowiadają się one nieraz jak kobiety ze znanego filmu „Seksmisja” w reżyserii Juliusza Machulskiego, które starały się pozbawić życia ostatnich mężczyzn żyjących jeszcze w ich matriarchalnym społeczeństwie. Walczące feministki mają przecież z reguły kontakty jedynie z ateistami-genderystami, którzy zazwyczaj traktują je przedmiotowo i z pogardą. Nie znają innych mężczyzn, a po złych doświadczeniach narasta w nich nienawiść do całego rodzaju męskiego, przejawiająca się w słowach i czynach.

Skąd to się wzięło?

Kiedy studiuje się dzieła genderystów, nieraz ma się wrażenie przebywania w świecie jakiegoś neomarksistowskiego bełkotu, zanurzenia się w duchowej pustce ukrytej za intertekstualną maską pustosłowia. Swoim poziomem treściowym i logicznym bardzo przypominają one właśnie teksty marksistowskie, a zasadnicza różnica polega na obecnej w nich obsceniczności.

Czytelnik zastanawia się pewnie, jak mogło dojść do aż tak głębokiej degradacji myśli oraz myślących w taki sposób ludzi? Jak można aż tak ubogo postrzegać człowieka i jego egzystencję? Jak można człowieczeństwo sprowadzać do biologii, do fizjologii, do seksu – nawet najbardziej prymitywnego i wulgarnego? Jak w końcu można wyznawać aż tak fałszywą antropologię? Jak można głosić pochwałę kazirodztwa, pedofilii, prostytucji i zoofilii? Kiedy jednak mamy świadomość, że piszą to ateiści, którzy z seksu uczynili swojego boga, ich teksty stają się o wiele bardziej zrozumiałe. To założenie okazuje się kluczem hermeneutycznym znakomicie otwierającym świat ich myśli i czynów.

Gender zatem jest po prostu w dużym stopniu racjonalizacją życia ludzi, dla których centralną wartością stały się seksualne żądze i ich realizacja. Kto jednak okłamuje samego siebie, nieuchronnie próbuje też okłamywać innych. Podtrzymywanie jednego, wielkiego kłamstwa zawsze wymaga całej serii innych kłamstw, które nieuchronnie łączą się z nienawiścią do innych ludzi.

Człowiek zdominowany przez seksualność łatwo dzieli ludzi na trzy grupy – ludzi jako obiekty pożądania, ludzi zupełnie mu obojętnych (bo nieatrakcyjnych seksualnie) i przeciwników, którzy przeszkadzają mu w realizacji jego dążeń, choćby poprzez sankcje prawne albo też poprzez samo przypominanie zasad etycznych. Tych pierwszych używa, tych ostatnich nienawidzi całą duszą jako tych, którzy utrudniają mu zaspokojenie centralnej żądzy jego jestestwa.

Jest to zapewne jedna z głębokich przyczyn niesamowitej agresji i nienawiści, którae cechują wypowiedzi i zachowania genderystów w sferze publicznej i prywatnej. Trzeba jednak pamiętać, że człowiek opanowany żądzą, nienawiścią i pogardą jest zdolny do każdej niegodziwości, do każdego kłamstwa i każdej manipulacji. Z tego powodu w mediach służących genderystom dochodzi do tak wielu przekłamań i manipulacji. Dlatego na przykład Janusz Palikot, wykształcony filozof i zarazem polityk najbardziej propagujący zarówno ateizm, jak i genderyzm, osiągnął szczyty nienawiści. Wyrażał on już między innymi niesamowitą radość z tragicznej śmierci całej grupy swoich konkurentów politycznych oraz nawoływał do mordu na kolejnym z nich. Tak połączył diapazon ateizmu, genderyzmu i nienawiści – jest to efekt swoistej dynamiki jego ateistycznego myślenia.

Jeśli ludzie są tylko bardziej inteligentnymi zwierzętami, można ich traktować na równi z nimi. Kierowanie się jako główną zasadą postępowania żądzą, a nie rozumem, ciałem, a nie duchowością owocuje z reguły dążeniem do władzy niepodzielnej, nie znającej tolerancji – do władzy absolutnej. Tylko taka władza zapewnia bowiem konieczne środki i bezkarność w realizacji swoich rozpasanych dążeń. Pozwala ona narzucać wielu ludziom swoją głęboko wypaczoną wizję świata, co przynosi chwilową ulgę w wyrzutach sumienia.

Im większej grupie osób narzuci się swoje poglądy, tym bardziej mogą wydawać się one prawdziwe. Zgodnie z koncepcją Antoniego Gramsciego odbywa się to z jednej strony jako tzw. marsz poprzez instytucje, z drugiej natomiast poprzez „marsz po dzieciach”.

Rola mediów

Współcześnie instytucje opanowuje się najlepiej poprzez kontrolę mediów (a także kultury). Mają one zmienić świadomość społeczną na genderową tak, aby obywatele wybierali genderowych polityków, którzy ustanowią genderowe prawa jeszcze bardziej wzmacniające panowanie tychże genderowych mediów i polityków. Taki trójkąt media–polityka–prawo powinien dać władzę, która może zniewolić każdego i na zawsze – bez żadnej tolerancji. W ten sposób droga genderystów prowadzi od głoszenia tolerancji do ustanowienia totalitaryzmu, w którym tolerancji nie będzie już dla nikogo – poza samymi wyznawcami ideologii i ich czynami. Nieskończone trwanie tej władzy ma zapewnić wytworzenie nowego, genderowo zdegenerowanego człowieka. Dokonuje się to poprzez opanowanie przedszkoli i szkół, aby bez ograniczeń deprawować dzieci i młodzież. Dzieje się tak zgodnie ze strategią opracowana przez Reicha, która polega na tym, żeby nie atakować Boga, Kościoła i duchowych wartości wprost, tylko seksualizować młodzież, a reszta przyjdzie sama. Rzeczywiście, dawać dzieciom i młodzieży każdy seks bez ograniczeń, to tak, jakby bez ograniczeń dawać im alkohol i narkotyki. To jest sprzeczne z ich naturą, biologicznym i psychicznym rozwojem, które w konsekwencji mogą zostać zaburzone, co jest równią pochyłą ku zniszczeniu ich człowieczeństwa.

Taką degenerację należy traktować jako coś najgorszego, ponieważ jest to niszczenie jednego z najważniejszych dla człowieka procesu – wychowania i kształtowania osobowości. Innymi słowy, jest to niszczenie najwyższej wartości, tj. człowieka. Dlatego wszelkie dążenia tego rodzaju powinny być traktowane jako najcięższe przestępstwo i zbrodnia, ale taka zbrodnia, która jest jednak narzędziem politycznym. Tak ukształtowanymi ludźmi łatwo jest manipulować i kierować, łatwo jest ich zdominować.

Człowiek „wyzwolony seksualnie”, czyli „wyzwolony z rozumu, wartości i etyki”, jest w istocie człowiekiem zniewolonym przez swoje żądze. Jest jak zaprzęg, w którym konie są mocniejsze niż woźnica, żądze mocniejsze niż rozum. W takiej sytuacji rozmowa z woźnicą czy przekonywanie go nie ma sensu. Wystarczy manipulować koniem, kusić go choćby cukrem, a woźnica-rozum zostanie powieziony tam, gdzie pociągnie go mocniejszy od niego koń-pożądanie.

Tacy ludzie nie będą zbyt wiele myśleć, ich zmysł krytyczny zostanie stępiony, nie będą nauczeni stawiania władzy trudnych pytań. Ludźmi zdominowanymi przez żądze łatwo się steruje i równie łatwo się nad nimi dominuje – wystarczy choć częściowo zaspokajać ich żądze, nie zaś ducha czy rozum.

Nadzieja

Ostatnim etapem dialektyki takiego ateizmu, w którym seks stał się bogiem, jest samozniszczenie, samozagłada albo też przeciwnie – nawrócenie. Kto żyje w absurdzie, ginie pod jego ciężarem albo nawraca się, aby żyć. Człowiek zniewolony seksem może takim pozostać do końca życia i umierać jako jego niewolnik, strasznie cierpiący na skutek swego poddaństwa. Tak może umierać niedługo nasza zachodnia cywilizacja, niszczona przez demograficzną katastrofę. Powszechny brak dzieci pogłębia narzucanie ideologii gender, bo im bardziej ludzie są opętani seksem, tym bardziej dzieci stają się dla nich jedynie nieznośną przeszkodą w nieustannej zabawie. Te zaś nieliczne dzieci, które jeszcze się rodzą, mają zostać zdemoralizowane przez genderową edukację.

Charakterystyczne i godne uwagi jest, iż genderyści szczególnie chętnie swoje własne dzieci abortują, za to na cudzych wypróbowują deprawującą „edukację”.

Możliwe jest jednak nawrócenie i życie. Tak, przynajmniej częściowo, nawracali się bolszewicy, kiedy Włodzimierz Lenin zaraz po rewolucji październikowej jako jej konsekwencję wprowadził rewolucję seksualną, przyzwalając niemal na wszytko. To była pierwsza realizacja programu gender. Musiano się jednak szybko z niej wycofać, bo taki seksualny przewrót natychmiast doprowadził do epidemii chorób wenerycznych oraz do nieprzewidywalnego wzrostu odsetka samotnych matek i bezdomnych dzieci. Były to zjawiska tak masowe, że zagrażały samemu bytowi bolszewickiego państwa. Komisarze ludowi szybko zaczęli naśladować kapłanów i nawoływali do wierności, stabilności i duchowej miłości. Główną promotorkę seksualnej rewolucji, Aleksandrę Kołłontaj, usunięto z sowieckiego rządu i wysłano jako ambasadora poza granice ZSRR.

Takim obrotem spraw szczególnie zawiedziony i oburzony był Reich, który seksualną rewolucję zarzuconą przez bolszewików na Wschodzie postanowił zrealizować na Zachodzie, twórczo łącząc Marksa z Freudem. Niestety jemu oraz jego następcom o wiele bardziej się to powiodło. Nadzieję budzi jednak fakt, że człowiek zdolny jest do głębokiej przemiany duchowej i intelektualnej, nawet jeśli bardzo się myli, jeśli jest wyznawcą ateizmu. Wspaniałym przykładem jest tutaj Leszek Kołakowski, który z fanatycznego marksisty stał się jednym z największych i najbardziej znaczących krytyków myśli Marksa. Dla człowieka dostatecznie inteligentnego, krytycznego i uczciwego taka przemiana jest możliwa, przeżyło ją już wielu marksistów-ateistów.

Zakończenie

Pozostaje życzyć wszystkim genderystom, czyli współczesnym neomarksistom, aby udało im się przeżyć coś podobnego, żeby przed ostatecznym końcem swojego ziemskiego życia dane im było doświadczyć końca tej ideologii – przynajmniej w ich umyśle, w ich duchu. Wówczas wyrwaliby się z dialektyki ateistycznego myślenia i nieudanego życia. Wtedy dekonstrukcja własnego myślenia byłaby dla nich jak najbardziej zbawienna. Uchroniłaby ich od zgniecenia przez rozpadającą się konstrukcję genderowej utopii, od śmierci pod jej gruzami.

Powyższy tekst to drugi fragment eseju ks. Dariusza Oko z książki „Gender – spojrzenie krytyczne. Monografia wieloautorska pod red. naukową ks. Jarosława Jagiełły i ks. Dariusza Oko”, Uniwersytet Papieski Jana Pawła II, Kielce 2016. W numerze 36/2017 „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” zamieściliśmy część 1. artykułu. Skróty i śródtytuły pochodzą od Redakcji.

Cały artykuł ks. Dariusza Oko pt. „Dzieło rozumu ateistycznego” znajduje się na ss. 6 i 7 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł ks. Dariusza Oko pt. „Dzieło rozumu ateistycznego” na ss. 6 i 7 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Ateista nie uznaje Boga poza sobą. Jego typowym bogiem staje się on sam i jego niezwykle silna żądza seksualna

Człowiek „wyzwolony seksualnie”, czyli „wyzwolony z rozumu, wartości i etyki”, jest w istocie zniewolony przez swoje żądze. Jest jak zaprzęg, w którym konie są mocniejsze niż woźnica.

Ks. Dariusz Oko

Gender to kolejna utopijna ideologia ateistów, tym razem przeznaczona dla tych, dla których bogiem stał się seks. Każde życie wymaga bowiem jakiegoś uzasadnienia, jakiegoś światopoglądu. Także życie kogoś, kto popadł w nałóg seksu, jak wiele współcześnie żyjących osób.

Nawrócenie z mocnego, zakorzenionego nałogu jest bardzo trudne, dlatego wielu zamiast tego wybiera drogę racjonalizacji. W filozofii i psychologii znane są dziesiątki mechanizmów racjonalizacji. Jej współczesną odmianą, stosowaną przez ludzi zdominowanych przez seksualność, jest właśnie teoria gender.

Samookłamywanie, pozorne rozumowe tłumaczenie i uzasadnianie swojego postępowania jest oczywiście o wiele łatwiejsze niż walka z nałogiem, przynosi chwilową ulgę jako znieczulenie rozumu i sumienia. Według reguły: „Jeśli nie żyjesz, jak myślisz, to będziesz myślał, jak żyjesz”.

Teoria gender to głównie dzieło rozumu ateistycznego, gdyż to przede wszystkimi ateiści są jej prekursorami, twórcami oraz propagatorami. Widać to również w Polsce, gdzie najbardziej przekonani, walczący genderyści są zarazem najbardziej przekonanymi, walczącymi ateistami – jak profesorowie filozofii Jan Hartman i Magdalena Środa, prawnik Magdalena Fuszara oraz polityk Janusz Palikot. (…)

Ateizm był i pozostaje poglądem mniejszości (a nawet zjawiskiem marginalnym), czymś w granicach jednej z wielu możliwych umysłowych aberracji. W naszych czasach rozprzestrzenia się jedną z dwóch bardzo złych dróg. Pierwsza to narzucanie go poprzez krwawy terror i liczone w milionach ofiar masowe ludobójstwa – jak w Związku Radzieckim, Chinach, Kambodży czy Korei Północnej. Druga to otępienie przejedzonych, przesyconych społeczeństw bogatego Zachodu, gdzie coraz więcej ludzi skupia swoje zainteresowania jedynie na konsumpcji i trawieniu, a nie samym życiu i jego sensie. (…)

Ateizm również jest jedynie swego rodzaju wiarą, tyle że szczególnie słabo uzasadnioną i wybitnie prymitywną. Można powiedzieć, że jest w istocie wiarą najbardziej nieracjonalną. (…)

Pomimo tego poszczególni ateiści mogą okazać się osobami, które swoimi zaletami intelektualnymi i moralnymi przewyższają wielu teistów. Święta Edyta Stein, która długie lata przeżyła jako szlachetna ateistyczna filozof, po swoim nawróceniu mówiła, że kto szczerze szuka prawdy, ostatecznie szuka Boga. (…)

Ateista – zgodnie ze swoją wiarą w to, że istnieje tylko materia – uważa zazwyczaj samego siebie za jedynie przypadkowy produkt ewolucji, za trochę tylko bardziej inteligentne zwierzę. Ma dlatego nieuchronną tendencję do przeceniania w sobie tego, co zwierzęce, a niedoceniania tego, co duchowe. Nawet do odrzucania całej sfery duchowej.

Chętnie tłumaczy zatem to, co człowiecze, poprzez to, co zwierzęce; to, co duchowe, poprzez to, co biologiczne, fizjologiczne. Niekiedy nawet redukuje pierwsze do drugiego, wyższe do niższego, przez co cofa się w ewolucji. Nieraz argumentacja ateistyczna sprowadza się do nakazu: „Czyńmy tak, bo tak zachowują się zwierzęta”.

Każdy potrzebuje jakiejś wartości centralnej i najwyższej, ześrodkowującej oraz organizującej całe jego życie (albo zespołu takich wartości). Bezwzględność tej potrzeby widać szczególnie wyraźnie w totalitarnych państwach ateistycznych, które natychmiast, równolegle do eksterminacji religii i praktykujących wiernych, wprowadzają nowe formy quasi-religijne, w których cześć boską oddaje się najczęściej partii oraz jej liderom.

Taką namiastką Boga może stać się wiele rzeczy. Można jednak zauważyć pewne preferencje związane z ateistycznym przecenianiem siebie, a zarazem z redukowaniem siebie do fizyczności. Szczególnie uprzywilejowane są tutaj władza, bogactwo i zaspokajanie potrzeb zmysłowych, które mamy wspólne ze zwierzętami.

Cały artykuł ks. Dariusza Oko pt. „Dzieło rozumu ateistycznego” znajduje się na ss. 6 i 7 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł ks. Dariusza Oko pt. „Dzieło rozumu ateistycznego” na ss. 6 i 7 sierpniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

IV Bieg Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Sobótce/ „Naród bez pamięci historycznej nie jest narodem”

Ci ludzie walczyli po właściwej stronie i naszym obowiązkiem jest przypominanie młodemu pokoleniu o tym, komu zawdzięczamy wolność. To kawał historii Polski, Europy i świata, przez lata wymazywany.

W Sobótce na Dolnym Śląsku 19 sierpnia br. odbył się IV Bieg Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Przed rozpoczęciem biegu z Martą Ziembikiewicz, córką Władysława Łukasiuka „Młota”, dowódcy VI Brygady Wileńskiej AK, jednego z tych, których pamięć czczą coroczne biegi, oraz z Wiesławem Drozdowskim, pomysłodawcą i twórcą imprezy, rozmawiał Wiktor Sobierajski, dziennikarz „Śląskiego Kuriera Wnet”.

Jest Pani z Biegiem Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych od początku. Dziękujemy.

Rzeczywiście jestem tutaj od czterech lat i będę przyjeżdżać dalej. Czuję się zaszczycona, że mogę tu być. Bardzo mi się tu wszystko podoba, a przede wszystkim organizacja. Trwa okres wakacyjny, a uczestników jest bardzo wielu. W innych miejscach trudno byłoby tylu zebrać.

Proszę powiedzieć, kim był Pani ojciec, „Młot”?

Władysław Łukasiuk „Młot”

Był dowódcą VI Brygady Wileńskiej AK na terenie Podlasia. Szósta brygada powstała z V Brygady Wileńskiej, tej od Łupaszki. Łupaszka poszedł na Pomorze, a VI Wileńska została na Podlasiu i walczyła bardzo długo. Po moim ojcu dowództwo objął Huzar i walczył do 1952 roku. Ojciec zginął w lasach Podlasia. Został zastrzelony w czerwcu 1949 roku. Z jego brygady wszyscy albo zginęli, albo zostali aresztowani.

Ten bieg jest bodajże jedyną imprezą upamiętniającą na terenie województwa dolnośląskiego wydarzenia z okresu drugiej konspiracji. Sądzę, że bardzo mocno trafia do młodych ludzi właśnie przez sportowy charakter.

Bardzo mocno, bo bierze w nim udział także Instytut Pamięci Narodowej. Udostępnia on różne publikacje tematyczne, są również wystawy. Szczególnie cieszy mnie fakt, że w biegu bierze udział duża liczba młodzieży, dzieci – nawet małych. Rozpiętość wiekowa uczestników jest bardzo duża.

Poza tym jest to jedyny tego rodzaju bieg na tym terenie. W innych miejscach Polski odbywają się marsze, biegi szlakami żołnierzy wyklętych, np. na Podhalu, na Podlasiu, Pomorzu czy Lubelszczyźnie. Tam pozostały szlaki, którymi przemieszczali się żołnierze niezłomni. Tutaj zaś nie było tych walk, ale trwa bardzo mocna pamięć. Nie było oddziałów, ale za to na tych terenach bardzo wielu żołnierzy, ściganych za swoją postawę, szukało schronienia. Korzenie tego biegu sięgają więc różnych stron Polski.

Jest z nami dyrektor Ślężańskiego Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji w Sobótce Wiesław Drozdowski, dzięki któremu bieg w ogóle istnieje.

Bieg istnieje dzięki tak wspaniałym ludziom, jak pani Marta Łukasiuk-Ziembikiewicz, córka bohatera. Mnie przyświeca to, co pani Marta powiedziała przed pierwszym biegiem. Przepraszam, ale łamie mi się głos. Powiedziała, że wreszcie przyszedł czas, kiedy możemy w sposób jawny, otwarty, jednoznaczny zmazywać wstyd, który przez wiele lat jako Polacy zgotowaliśmy naszym bohaterom okresu drugiej konspiracji.

Ogromną rolę w tym odgrywa także Światowy Związek Żołnierzy AK Okręg Dolnośląski, na czele z panem pułkownikiem Ryszardem Filipowiczem. To także kombatanci pokolenia Jaworzniaków, czyli najmłodsze pokolenie wyklętych z lat 40. i 50. To wreszcie wspaniali współorganizatorzy, jak Centrum Szkolenia Wojsk Inżynieryjnych i Chemicznych im. gen. Jakuba Jasińskiego z Wrocławia, jak wspomniany wcześniej IPN z Wrocławia.

Przypomnę, że dwukrotnie gościliśmy na biegu pana profesora Krzysztofa Szwagrzyka. Wśród zainteresowanych organizacją naszego biegu jest Fundacja „Łączka”. Pomaga nam wiele środowisk patriotycznych, np. Stowarzyszenie „Odra – Niemen”, Stowarzyszenie „Traugutt” z Pruszcza Gdańskiego, Stowarzyszenie „Inicjatywa Historyczna”. Nie chciałbym nikogo pominąć…

Dla Pana cel edukacyjny oraz udział młodych ludzi jest bardzo ważny.

Chyba najważniejszy. W tym roku w biegu uczestniczą dzieci i młodzież w wieku od czterech do 15 lat, na różnych dystansach. Odbędą się także, jako impreza towarzysząca, zawody strzeleckie w strzelaniu z łuku i z broni pneumatycznej. Będzie też pokaz grupy rekonstrukcyjnej, wystawa o Solidarności Walczącej z lat 70. i 80. W naszej imprezie bierze też udział wydawnictwo Miles z Krakowa pana Kajetana Rajskiego. Elementów biegu jest bardzo dużo.

Chcę jednak podkreślić, że po to żyjemy, po to nas Pan Bóg przy życiu trzyma, aby ta misja, którą realizujemy, przywracała pamięć o żołnierzach niezłomnych, wyklętych. Naród bez pamięci historycznej nie jest narodem.

Musimy pamiętać, komu zawdzięczamy dzisiejszą wolność. Wolność to nie tylko prawa, ale i obowiązki. Ci ludzie walczyli po właściwej stronie i uważam, że naszym obowiązkiem jest przypominanie młodemu pokoleniu o tym wspaniałym okresie. To ogromny kawał historii Polski, Europy i świata, przez lata wymazywany. O tym trzeba mówić, o tym trzeba pamiętać.

Bieg Niezłomnych – Pamięci Żołnierzy Wyklętych stał się imprezą o zasięgu światowym.

Rzeczywiście, a to za sprawą Polskich Kontyngentów Wojskowych stacjonujących poza granicami kraju. Pobiegną żołnierze w Iraku, Afganistanie, w Kuwejcie, w Rumunii, na Litwie, w Bośni i Hercegowinie. Dostaną oni takie same pakiety startowe jak uczestnicy biegu w Sobótce. W sumie żołnierzy wystartuje 945, chociaż zgłoszeń było około dwóch tysięcy.

(MZ) Pan dyrektor mówi tak skromnie. Ale cała organizacja była robiona ogromnym sercem. Chciałabym jeszcze wspomnieć, że w ubiegłym roku była w Sobótce młodzież z Wilna i z Wielkiej Brytanii. W tym roku jest z nami młodzież z Mołdawii. Tak więc bieg ten staje się ogólnoświatowy. Duża w tym rola Stowarzyszenia „Odra – Niemen”, które wynajduje kombatantów oraz młodzież. Znaleźli też nas, dzieci bohaterów tamtych lat.

Rozmawiał Wiktor Sobierajski

Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. […] Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny czy na gruzach kochanej stolicy – Warszawy – z Niemcami, by Świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię. (Fragment ulotki wydanej przez VI Brygadę Wileńską AK kpt. „Młota”)

Pełna informacja o kpt. Władysławie Łukasiuku „Młocie”: http://www.solidarni.waw.pl/

 

 

Wasza Eminencjo, w Poranku Wnet usłyszałam o powołaniu komisji Episkopatu ds. walki ze „szlachecką tradycją pijaństwa”

Szkoda, że przy Episkopacie nie ma komisji do walki z neomarksizmem, który niszczy tożsamość człowieka, wypiera Boga z dusz, rozbija rodzinę, marginalizuje i szykanuje ludzi sprzeciwiających się temu.

Bożena Ratter

(…) Czemu Episkopat nie walczy z mafią, która ustawicznie, pod patronatem „Gazety Wyborczej”, w pismach psychologicznych, socjologicznych, kosmetycznych, młodzieżowych, w działalności teatralnej, kinowej, telewizyjnej itp. niszczy tożsamość człowieka, wyśmiewa Boga, kulturę łacińską, oczernia relacje rodzinne, tradycję, miłosierdzie i miłość do człowieka wyznania rzymskokatolickiego?

Czemu nie podaje do publicznej wiadomości faktu, iż w Londynie powstało 490 meczetów, a zamknięto 500 kościołów? Bo wszak nie o likwidację religii chodzi, ale likwidację chrześcijaństwa (islam, buddyzm, wiara we wróżki, gusła, talizmany promowane są przez kulturotwórcze środowiska „Gazety Wyborczej”, środowiska LGBT, w prasie, mediach, kinach, teatrach), byśmy – odczłowieczeni – dali się manipulować twórcom nowoczesnej odmiany doktryny marksizmu (starej, w postaci stalinizmu, nie udało się człowieka zniszczyć).

Marksizm kulturowy skutecznie wychowuje kolejne pokolenie wrogów Boga, a wielu przedstawicieli Kościoła udaje, że tego nie widzi (zwłaszcza w Warszawie, która wpływa na świadomość Polaków również spoza Warszawy).(…)

Dlaczego przy Episkopacie nie powstała Komisja, która pomagałaby powstrzymać (leczyć) wchodzenie w związki partnerskie (hetero i homo) księży? Ten fakt bulwersuje parafian, zwłaszcza na prowincji, gdzie jest to bardziej widoczne. Fakt ten przyczynia się do odchodzenia wiernych z Kościoła, obniża jego prestiż w oczach tych, których trwanie przy Kościele i tak już nadwyrężała marksistowska ideologia przez 70 lat.

Dlaczego nie ma Komisji, która ustawiczne dopingowałaby księży, by właśnie teraz, w okresie niszczenia Kościoła przez środowiska LGTB, dołożyli wszelkich starań, by zatrzymywać wiernych swoją bezwzględną wiarą dekalogowi, erudycją, autorytetem, zaangażowaniem i osobistym udziałem w aktywności wspólnoty?

Dlaczego księża tacy, jak ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski czy ks. Sławomir Żarski, którzy podobnie jak ks. Jarosław są wspaniałymi gospodarzami, niestrudzoną działalnością okazują miłość Bogu i wiernym, wspierają najbardziej potrzebujących, mają wiedzę, kulturę – nie są promowani jako wzór przez metropolitę warszawskiego, który nie sprzeciwia się ostro wojnie wypowiedzianej kulturze łacińskiej i religii chrześcijańskiej, a raczej wspiera działania przeciwne, w neomarksistowskim Tygodniku Powszechnym?

Cały list od słuchaczki Radia WNET Bożeny Ratter pt. „Gdzie ta Komisja?” znajduje się na s. 18 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

List Bożeny Ratter pt. „Gdzie ta Komisja?” na s. 18 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

 

Czy fermy norek to naprawdę cierpienie dla zwierząt i zanieczyszczenie dla środowiska, czy to tylko propaganda ekologów?

Dzień 63. z 80/ Szczecin / Poranek WNET – Często informacje, które rozpowszechniają organizacje ekologiczne, są informacjami nieprawdziwymi albo bardzo, bardzo naciągniętymi – mówi dr Lidia Błaszczyk.

W Poranku ze Szczecina telefonicznie połączyliśmy się z zoologiem dr Lidią Błaszczyk, pracującą w Zakładzie Anatomii Zwierząt na Wydziale Biotechnologii i Hodowli Zwierząt Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologii w Szczecinie. Aleksander Wierzejski zapytał o fermy norek oraz o próby ograniczenia tych hodowli za pomocą ustaw.

O fermach norek mówi się, że to cierpienie dla zwierząt i duże zanieczyszczenia dla środowiska. Takie informacje wzbudzają wiele emocji, jednak często są one po prostu nieprawdziwe.

Lidia Błaszczyk podkreśliła, że fermy zwierząt hodowlanych w Polsce spełniają zgodne z prawem standardy, że „działają doskonale” – są nowoczesne i dobrze zorganizowane. Gdyby zwierzęta cierpiały, tak jak o tym mówią organizacje ekologiczne, produkt końcowy, jakim jest futro, byłby bardzo słabej jakości.

– W zależności od jakości futra uzyskujemy cenę za nie. Kupcy żądają tylko i wyłącznie futer dobrej jakości – podkreślił nasz gość. Gdy dobrostan na fermie jest zakłócony, futra nie sprzedają się.

W województwie zachodniopomorskim działają fermy, które są jednymi z największych i najlepiej zorganizowanych ferm tego typu w Europie. W większości są to firmy całkowicie polskie, a produkt – futro – jest eksportowany w prawie 100 procentach. Zapewniają tysiące miejsc zatrudnienia w rejonach popegeerowskich, gdzie pracy brakuje. Zyski dla państwa uzyskiwane ze sprzedaży futer wynoszą 4% ogólnej produkcji rolnej. Są to ogromne kwoty.

Fermy norek „to miejsce, w którym utylizuje się odpady z hodowli innych zwierząt, z produkcji drobiu, ryb. Norki karmione są odpadami, które inaczej zatrułyby środowisko”.

[related id=35752]Utylizacja tych odpadów na fermach norek jest więc możliwa, inaczej kosztami byłyby obciążone fermy drobiu i firmy przetwórstwa rybnego, a tak naprawdę – ponieważ przełożyłoby się to na ceny tych produktów – konsumenci. – O tym, ile kosztuje utylizacja takich środków, organizacje ekologiczne nie mówią.

Aleksander Wierzejski zapytał, kto jest największym konkurentem Polski na rynku futer. Duńczycy są największym producentem norek na świecie. Drugie miejsce zajmują Chiny, na trzecim jest Polska.

– Organizacje ekologiczne mówią często, że to kraje Trzeciego Świata hodują zwierzęta futerkowe. To jest nieprawda – powiedziała Lidia Błaszczyk, podkreślając, że nie możemy Danii nazwać krajem Trzeciego Świata.

Na koniec rozmowy nasza rozmówczyni stwierdziła, że konkurenci Polski bardzo ucieszyliby się z zamknięcia polskich hodowli. Oznaczałoby to dla nich większy zysk.

Całej audycji można posłuchać tutaj. Wywiad z dr Lidią Błaszczyk w części drugiej.

MW

Odbiorca reklam jest jak kochanka, która wie, że jest okłamywana, ale mówi uwodzicielowi: jak ty pięknie kłamiesz…

„Urabiacze opinii publicznej” przekonują nas, że Unia Europejska jest solidarna, sprawiedliwa, pełna dobrobytu i dbałości o każdego obywatela, a jednak każą się nam pochylać nad ludźmi wykluczonymi.

Tomasz Wybranowski

Kilka lat temu w mediach publicznych i komercyjnych, w publikatorach centralnych i regionalnych regularnie pojawiały się dwie typowe reklamy społeczno-gospodarcze związane z funduszami europejskimi. Zapamiętałem szczególnie jedną z nich, która nosiła tytuł „Z funduszy UE korzystają też rodziny”.

Spot reklamowy Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych emitowany emitowano w listopadzie 2010 roku na antenie TVP Warszawa. Ośmioletni bohater opowiadał o korzyściach, jakie odniosła jego rodzina z programu dofinansowania ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego:

Cześć! Jestem Krzyś, poznajcie moją rodzinę. Moja siostra Ania ma super koleżanki. Poznała je na zajęciach integracyjnych. A to mama i tata, dzięki pomocy z Unii będą prowadzić lekcje jazdy konnej i hipoterapii. Dziadek uczy się bezpłatnie obsługi komputera, chyba chce się popisać przed babcią. Cała moja rodzina skorzystała z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. A Twoja? – kończy Krzyś. Potem słyszymy głos spoza kadru: Kampania współfinansowana przez Unię Europejską w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

Rezolutny malec mówi z przekonaniem o zyskach płynących z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki 2007–2013. Kampania miała na celu zachęcenie mieszkańców województwa mazowieckiego do korzystania ze środków europejskich oraz budowanie pozytywnego wizerunku Unii Europejskiej. Nosiła nazwę „Człowiek – najlepsza inwestycja”.

Emisja pierwszej reklamy zbiegła się w czasie z emitowanie innej, tym razem społecznej, choć gatunkowo ocierającej się o typ reklamy gospodarczej: „20% mniej, 20% wolniej”.[related id=23115]

Zdaniem unijnych agend, co piąty Polak zmaga się z ubóstwem. Wspólnota Robocza Związków Organizacji Społecznych i zarządzany przez nią Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu we współpracy z Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej przygotowały kampanię „Stop ubóstwu”. Pomysł produkcji i emisji reklamy społecznej na ten smutny temat powstał w związku z obchodami Europejskiego Roku Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym 2010. Oto jej treść:

Wyobraź sobie, że Twój telewizor zmniejsza się o 20%, Twój samochód jedzie o 20% wolniej, Twoje mieszkanie zmniejsza się o 20%. Tak! 20% to sporo. Niemal 20% Polaków na co dzień zmaga się z ubóstwem: rodziny wielodzietne, dzieci, osoby starsze, niepełnosprawni, bezdomni. Ubóstwo – dostrzegaj – reaguj. 2010 Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym.

Oglądając tę reklamę ocieramy się o meta-mit Unii Europejskiej. Oglądając jedną po drugiej opisywane reklamy społeczne, odczuwamy pewien dyskomfort. Rzekłbym nawet – zawstydzenie i niedowierzanie. Dostrzegamy pewną antynomię tematyczną, ewidentne zaprzeczenie, wreszcie rys, skazę na doskonałym gmachu Zjednoczonej Europy.

(…) W reklamie „Z Funduszy Europejskich korzysta…” stykamy się z przekazem uniwersalnym. Ta sama reklama mogła zostać wyemitowana także w Czechach, na Węgrzech czy Malcie. Czytelne przesłanie, o którym wie nawet dziecko (Krzyś), głosi, że Unia Europejska dba o zrównoważony rozwój swoich obywateli. Mit „Unia dba i wspiera” dotyczy absolutnie wszystkich obywateli, bez względu na wiek, wykształcenie i pozycję społeczną. (…)

Reklama stara się utrwalić w świadomości statystycznego Europejczyka pogląd, że każdy z obywateli Unii może stać się beneficjentem rzeczonego programu. Cytując Andrzeja Pankallę i Zygfryda Klausa, ocieramy się o esencję iluzji, która nas uspokaja i pozwala „śnić sny na jawie” (to z kolei słowa Jana Kasprowicza). W kategoriach społecznych i mitotwórczych opisywana reklama wkomponowuje się znakomicie w terapeutyczne funkcje mitu: nadaje cel i znaczenie działaniom ludzkim oraz zbiorowości, spełnia potrzebę całościowego i sensownego obrazu świata, dostarcza systemu wartości. (…)

Z jednej strony „urabiacze opinii publicznej”, cytując Piotra Żuka, przekonują nas, że Unia Europejska jest solidarna, sprawiedliwa, pełna dobrobytu i dbałości o każdego obywatela, a z drugiej strony każą się nam pochylać nad ludźmi wykluczonymi.

Ten oto zgrzytliwy i wstydliwy dysonans zwraca nam uwagę, że pomimo tego, iż Unia Europejska jest jednym z najbogatszych rejonów na świecie, to aż 17% Europejczyków ma ograniczone dochody. Środki do życia tych osób są tak dramatycznie niewielkie, że nie mogą oni zaspokoić podstawowych potrzeb życiowych i zmuszeni są oddać się na łaskę (bądź nie) ośrodków opieki społecznej i placówek wolontariatu.

Nad Wisłą ten wskaźnik przekracza nieznacznie 20%. Zawołanie kampanii „Dostrzegaj, reaguj” zwraca uwagę na problem ubóstwa, ale niestety nie daje już konkretnej recepty, co należy zrobić i jak reagować, by ten stan zmienić. Komisja Europejska na poziomie możliwości zwykłych obywateli Unii doradza, by chociaż wysłuchać opowieści o problemach i zgryzotach tych, którzy czują się wykluczeni społecznie.

Mit unijnego dobrobytu w zetknięciu w rzeczywistością także się kruszy. Wbrew powszechnej agitacji europejskiej, największe unijne potęgi (Niemcy i Francja) są „ubogimi krewnymi” (w przeliczeniu PKB na głowę statystycznego mieszkańca) większości stanów USA, które są w epicentrum „finansowego i gospodarczego trzęsienia ziemi” czy dotkniętej kilka lat temu katastrofą tsunami Japonii. W Unii Europejskiej wzrasta bezrobocie i liczba ludzi bezdomnych i trwale wykluczonych. Najlepszym dowodem na to jest powstanie opisywanej reklamy społecznej „20% mniej, 20% wolniej”.

Przy tej okazji jeszcze jedna uwaga. Warto zaakcentować, w jaki sposób statystyczny Europejczyk – w oparciu o tę konkretną reklamę społeczną – ma zauważyć ubóstwo sąsiada i poczuć do niego empatię. (…) Zło i niedolę, wykluczenie i ubóstwo bliźniego Europejczyk może dostrzec za pomocą wyobrażenia mniejszej przekątnej swojego telewizora, wolniejszego auta i mniejszego apartamentu…

Przez pryzmat dobrobytu i galopującej konsumpcji współczesny Europejczyk może dostrzec fatalne położenie swojego sąsiada, który staje się coraz bardziej anonimowy. (…)

Cały artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Jak być szczęśliwym” znajduje się na s. 6 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Tomasza Wybranowskiego pt. „Jak być szczęśliwym” na s. 6 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Śląski Kurier Wnet” 38/2017, Paweł Czyż/ Czy islamska krucjata to rewanż na Francji i Niemczech za okupację kolonialną?

„Rewanż”. Tak można określić obecny najazd na Europę imigrantów z krajów islamskich. Czasem ktoś może uznać to za „dogrywkę” – jeśli się weźmie pod uwagę upadek Konstantynopola w roku 1453.

Paweł Czyż

Rewanż

Właściwie to upadek Imperium Osmańskiego na początku XX wieku stał się zarzewiem zmian, których skutki widzimy obecnie. Osmanowie dla przykładu tolerowali grecką arystokrację – prawosławnych chrześcijan, tzw. fanariotów, którzy sprawowali wiele znaczących urzędów w państwie tureckim, między innymi wykorzystywano ich jako tłumaczy. Wielu wysokich urzędników wywodziło się ponadto spośród Albańczyków. Generalnie kultura imperium była militarystyczna, biurokratyczna (regulowano np. kolor ubrań i butów noszonych przez wyznawców poszczególnych religii) i teokratyczna, ale nie nacjonalistyczna, a Turcy jako narodowość nie byli faworyzowani.

Wbrew panującym często stereotypowym opiniom, należy zwrócić uwagę na względną tolerancję religijną panującą w imperium. Prześladowania ze względów religijnych nie były częste i zwykle stanowiły wyraz zemsty za bunty czy niepowodzenia wojenne w walkach z chrześcijanami, niekiedy także stanowiły efekt fanatyzmu poszczególnych namiestników. Tolerancja wobec Żydów stała się przyczyną migracji znacznej części Żydów sefardyjskich (wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii) na tereny Imperium, głównie do Salonik. Z drugiej strony niemuzułmanie byli poddani instytucjonalnej dyskryminacji – musieli płacić władzom dodatkowe podatki i obowiązywały ich różne ograniczenia prawne.

Imperium tureckie to nie tylko Wiedeń 1683

Do osobistości, które rozumiały wagę Imperium Osmańskiego dla utrzymania pokoju na Bliskim Wschodzie, należy m.in. gen. Józef Bem. Wraz z generałami węgierskimi Jerzym Kmetym i Miksą Steinem Bem dokonał formalnej konwersji na islam, by móc wstąpić do armii sułtana. Wraz z przyjęciem tej religii zmienił imię na Murat Pasza (Murad Pasa, Yusuf Paşa). Opracował plany reorganizacji armii tureckiej, budowy twierdz pogranicznych, rozbudowy otaczających Turcję umocnień, a także projekty uregulowania przepływających przez ten kraj rzek Tygrysu i Eufratu.

W 1850 roku, badając grunt, na którym zbudowane było Aleppo, stwierdził, że leży ono na bogatych złożach saletry, siarki i żelaza. Wykorzystując tę wiedzę, uruchomił sfinansowaną z własnych środków małą manufakturę saletry i prochu. Końcowy produkt o cenie niższej o 20% od rynkowej zaproponował tureckiemu rządowi, prosząc o pozwolenie na budowę fabryki. Jesienią 1850 roku Turcja zezwoliła mu na zbudowanie w mieście rafinerii saletry i przeznaczyła na ten cel 50 tysięcy piastrów z państwowej kasy. Bem mógł rozpocząć dzięki temu produkcję na skalę przemysłową. Do pracy w powstającej fabryce ściągnął kilkudziesięciu innych internowanych polskich oficerów, weteranów powstania węgierskiego. Planował utworzyć w Aleppo na tej bazie nowoczesną szkołę artylerii.

W uznaniu zasług mianowano go generałem tureckiej armii. W październiku 1850 roku w Aleppo wybuchły krwawe zamieszki zainicjowane przez Beduinów z powodu nieumiejętnej polityki miejscowego tureckiego gubernatora. Wymierzone one były zarówno w turecką władzę na tym terenie, jak i w syryjskich chrześcijan. Miasto zostało otoczone przez 30-tysięczne wojska powstańcze, a nomadzi domagali się okupu, grożąc w razie odmowy spaleniem Aleppo i wymordowaniem jego mieszkańców.

Ostatnią bitwą, jaką stoczył Józef Bem, była uwieńczona sukcesem obrona Aleppo. W czasie obrony miasta, w którym broniło się 1200 żołnierzy, generał dowodził artylerią wyposażoną w 16 armat.

W listopadzie 1850 Bem zachorował na malarię azjatycką. Zmarł w nocy 10 grudnia. Pochowany został w Turcji na starym cmentarzu wojskowym położonym na skalistej górze Dżebel el Isam (tur. Góra Wielkich Ludzi). Postulaty przeniesienia prochów generała do Polski podnoszone były jeszcze w XIX wieku, jednak ich realizacja nastąpiła dopiero w 1929 roku, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W tym celu do Turcji udała się specjalna delegacja, która przeprowadziła ekshumację oraz transport do kraju. Na trasie podróży pociągu odbyły się uroczystości składania hołdu bohaterowi. Obchody miały charakter międzypaństwowy i zaangażowały się w nie rządy Turcji, Węgier i Polski. W Budapeszcie manifestacja na cześć generała zgromadziła kilkaset tysięcy osób. Prochy Józefa Bema sprowadzono 30 czerwca 1929 roku do rodzinnego Tarnowa, gdzie zostały umieszczone w mauzoleum na wyspie w Parku Strzeleckim, a na grobie umieszczono napisy w językach polskim, węgierskim i arabskim. Zgodnie z muzułmańską tradycją ciało ułożono głową w stronę Mekki.

W jakiś sposób w krajach arabskich pamięta się również o polskiej tolerancji religijnej, np. w stosunku do Tatarów w czasach I RP (nazywano ich „Lipkami” lub „Muślimami”). Czy może zatem dziwić to, że w naszym kraju dotychczas nie było żadnych zamachów ISIS czy innych nacjonalistów arabskich?

Wbrew pozorom stan kultury i nauki w krajach islamskich stoi na bardzo wysokim poziomie – co przekłada się na stan wiedzy historycznej. Tradycja naukowego zaangażowania, samodoskonalenia w licznych krajach islamskich sięga nawet czasów arabskiego panowania na terenie Półwyspu Iberyjskiego (711–1492). „Al-Andalus” (arabska nazwa Półwyspu Iberyjskiego, nadana przez jego muzułmańskich zdobywców) przestała istnieć jako byt polityczny, przetrwała jednakże w literaturze arabskiej, zaś jej legenda trwa do dnia dzisiejszego w kulturze arabsko-muzułmańskiej. Przedstawiciele świata arabskiego doskonale poruszają się w meandrach historii Europy i poszczególnych krajów oraz narodów europejskich, i to powinno zostać w końcu przyjęte do naszej świadomości!

Syryjski problem i przyczyna

W 1517 Syrię przyłączono do tureckiego Imperium Osmańskiego. W 1831 zajęły ją wojska paszy Egiptu Muhammada Alego, jednak na skutek nacisków europejskich mocarstw i buntu miejscowej ludności wojska musiały się stamtąd wycofać na rzecz Turcji w roku 1840. Pod koniec XIX wieku wzrosła świadomość narodowa, co spowodował kontakt z kulturą Zachodu; Syria stała się odrodzona politycznie i gospodarczo (przyczyniła się do tego m.in. budowa Kanału Sueskiego).

Zatem w 1916 roku wybuchła tzw. Al-Thawra al-`Arabiyya. Było to powstanie wywołane przez Husseina bin Alego w celu uniezależnienia się od Imperium Osmańskiego i utworzenia jednolitego państwa arabskiego od Aleppo w Syrii po Aden w Jemenie. Rewolta zakończyła się, gdy 1 października 1918 roku armia arabska wraz z brytyjskim Camel Corps zajęła Damaszek – co zakończyło kampanię bliskowschodnią I wojny światowej.

Najbardziej rozpoznawalną postacią tej kampanii jest brytyjski żołnierz i pisarz Thomas Edward Lawrence (1888–1935), znany jako Lawrence z Arabii, który był gorącym zwolennikiem powstania samodzielnego państwa arabskiego, a także współorganizatorem haszymidzkiego oporu. Po wojnie istniała pilna potrzeba uregulowania stref wpływów i granic państwowych na całym Bliskim Wschodzie.

Podczas spotkania alianckiej Rady Czterech w 1919 roku brytyjski premier David Lloyd George oświadczył, że podstawą porozumienia musi być umowa Fajsal – Weizmann zawarta pomiędzy przywódcą ruchu syjonistycznego Chaimem Weizmannem i syryjskim emirem Fajsalem I. Dla społeczności żydowskiej na Bliskim Wschodzie niezwykle ważne były brytyjskie obietnice utworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej” zawarte w deklaracji Balfoura z 1917.

Natomiast społeczność arabska wielką wagę przykładała do korespondencji prowadzonej podczas I wojny światowej między brytyjskim Wysokim Komisarzem Egiptu sir Henry McMahonem a Szarifem Mekki Husajnem. Korona brytyjska zgodziła się wówczas „poprzeć arabskie dążenia niepodległościowe” w Imperium Osmańskim. W zamian Arabowie przyłączyli się do wojny przeciwko Turkom.

Na podstawie tych dwóch częściowo sprzecznych obietnic zarówno Żydzi, jak i Arabowie byli przekonani, że Wielka Brytania obiecała im utworzenie niepodległego państwa w Palestynie. Mocarstwa zachodnie były jednak związane odrębną umową Sykes – Picot, zawartą w 1916 roku między Wielką Brytanią a Francją. Dzieliła ona Bliski Wschód na pięć stref wpływów należących do Brytyjczyków i Francuzów, przy czym zakładano utworzenie obszaru, na którym miało powstać niezależne państwo arabskie.

Postępując w zgodzie z tym porozumieniem, wojska brytyjskie nie zajęły syryjskich miast: Damaszku, Hims, Hama i Aleppo. Otworzyło to drogę do wzrostu nastrojów panarabskich, nacjonalistycznych i aspiracji utworzenia niepodległego państwa arabskiego. W lipcu 1919 roku Syryjski Kongres Narodowy (forma parlamentu) odmówił uznania jakiegokolwiek prawa francuskiego rządu nad którąkolwiek częścią terytorium Syrii. Wezwał Francję do uznania niepodległości Syrii, gdyby zaś mocarstwa uznały, że konieczne jest powierzenie jednemu z aliantów mandatu nad tym terytorium, prosił, by były to Stany Zjednoczone lub Wielka Brytania. Francja i Wielka Brytania były jednak zdecydowane podzielić strefy wpływów na Bliskim Wschodzie zgodnie z wyżej wymienioną umową Sykes – Picot z 1916 roku. Układ w swoich założeniach dzieli Bliski Wschód na pięć stref:

  • strefę administrowaną bezpośrednio przez Francję, utworzoną przez Liban, rejon Adany (Cylicję) i wybrzeże syryjsko-libańskie;
  • strefę zależną bezpośrednio od Wielkiej Brytanii, utworzoną przez Dolną Mezopotamię;
  • strefę A, złożoną z dzisiejszej Syrii i rejonu Mosulu, w której uznaje się suwerenność arabską, ale która znajdowałaby się pod protekcją Francji;
  • strefę B, rozciągającą się od granicy z Egiptem aż po Irak, również obiecaną niezależnemu państwu arabskiemu lub konfederacji państw arabskich, ale będącą pod protekcją Wielkiej Brytanii;
  • strefę złożoną z terytorium palestyńskiego od Morza Śródziemnego aż po Jordanię, która znajdowałaby się pod kontrolą międzynarodową, z wyjątkiem portów w Hajfie i Akce, przeznaczonych dla Wielkiej Brytanii.

Granice Bliskiego Wschodu, zarysowane w taki sposób przez Brytyjczyków i Francuzów, nie tylko zredukowały obietnice złożone szarifowi Mekki Husajnowi, ale również wyłączyły Palestynę spod jakiejkolwiek kontroli arabskiej.

Syryjski emir Fajsal starał się prowadzić umiejętną i wyważoną politykę zagraniczną, dlatego 6 stycznia 1920 roku parafował umowę z francuskim premierem Georgesem Clemenceau, który uznał „prawo Syryjczyków do zjednoczenia się, aby rządzić swoim niepodległym państwem”. Kongres ogłosił 8 marca 1920 roku w Damaszku powstanie niepodległego Królestwa Wielkiej Syrii. Królem wielkiej Syrii ogłoszono emira Fajsala, który przybrał imię Fajsala I. Na konferencji w San Remo w 1920 roku – opartej na ustaleniach umowy Sykes – Picot z 1916 roku – postanowiono ustanowić na terenie Królestwa Wielkiej Syrii terytorium mandatowe francuskie oraz brytyjskie. Administratorem Syrii i Libanu z ramienia Francji został gen. Henri Gouraud. 14 lipca 1920 roku generał wystosował do króla Fajsala I ultimatum, w którym żądał zgody na utworzenie w Syrii swojego terytorium mandatowego, zredukowania armii syryjskiej i przekazania Francuzom kontroli nad główną linią kolejową.

Sam król był skłonny zaakceptować takie rozwiązanie, które w jego ocenie było jedyną szansą na zachowanie jakiejkolwiek formy arabskich rządów w Syrii. Syryjski Kongres Narodowy chciał jednak zbrojnie walczyć o niepodległość. Fajsal uważał wszelki opór za beznadziejny i rozwiązał Kongres (parlament). Wydał rozkazy, by wojsko syryjskie nie broniło się. Jego poleceń nie posłuchał minister wojny Jusuf al-Azma, który na czele około pięciu tysięcy źle uzbrojonych żołnierzy i ochotników stoczył z armią francuską bitwę pod Majsalun w okolicach Damaszku. Zakończyła się ona klęską Syryjczyków.

Fajsal bezskutecznie ubiegał się o zachowanie chociaż części utworzonej przez siebie administracji arabskiej. Gdy Francuzi odmówili jakichkolwiek rozmów z królem, ten 2 sierpnia 1920 roku wyjechał do Palestyny. W sierpniu 1920 Francuzi dokonali podziału Wielkiej Syrii. Wydzielono Wielki Liban. Pozostałą część Syrii podzielono wedle kryteriów religijnych na cztery państewka: Damaszek, Aleppo, Latakię i Dżabal ad-Duruz.

Upadek państwa nie oznaczał stłumienia aspiracji elit syryjskich do niepodległości. Już w 1921 roku doszło do pierwszych antyfrancuskich protestów oraz do wybuchu powstania Ibrahima Hananu, które zostało stłumione przez wojsko francuskie. W 1925 roku Damaszek i Aleppo połączono w Państwo Syrii. W 1936 podpisano traktat, który zobowiązywał Francję do przyznania Syrii pełnej niepodległości (nie został on przez Francję ratyfikowany). W 1940 roku Syria znalazła się pod władzą rządu Vichy. Po wyzwoleniu w 1941 roku Komitet Wolnej Francji ogłosił niepodległość Syrii, która została oficjalnie ogłoszona przez Syrię w roku 1943. W 1944 do państwa syryjskiego przyłączone zostały Latakia i Dżabal ad-Duruz.

Zatem na sytuację w Syrii i terenach zajmowanych przez ISIS trzeba spojrzeć znacznie szerzej. W jakimś sensie nacjonalistyczny odłam islamu czerpie paliwo z historii. Gdy Polacy przez 123 lata walczyli o wyzwolenie spod władzy państw zaborczych, to czerpanie z tradycji, pozycji I RP i oparcia w Kościele katolickim było ważnym elementem zachowania tożsamości narodowej.

Francja i Wielka Brytania jawią się dla nacjonalistów arabskich takim samym okupantem, jakim kiedyś dla Polaków państwa zaborcze. Zamachy przeprowadzone przez ISiS w Europie koncentrują się głównie właśnie na Francji i Wielkiej Brytanii. Ma to uzasadnienie historyczne.

W całkowicie bezrefleksyjny sposób te państwa doprowadziły do rozbicia Imperium Osmańskiego, uwalniając zręby nacjonalizmu islamskiego spod państwowej kontroli. Przez dekady Francja i Anglia zwalczały potem niepodległościowe dążenia narodów arabskich. Niegdyś w imię Kościoła katolickiego, również pod auspicjami Francji i Anglii, prowadzono walkę z islamem poprzez krucjaty na terenach arabskich. Czemu zatem miałoby dziś dziwić, że nacjonaliści islamscy przenoszą konflikt na terytorium Europy, a raczej państw europejskich, w stosunku do których mają wciąż żywe pretensje za zwalczanie ich aspiracji i religii?

Dlaczego nacjonaliści arabscy mają „sentyment” do Niemiec?

Napisać, że Adolf Hitler cieszył się w świecie islamskim dużym poważaniem, to mało. Arabowie otaczali go niemal kultem. Niemcy doskonale orientowali się w nastrojach arabskiego świata. Mieli również świadomość, że wielu Arabów oddaje Hitlerowi niemal religijną cześć. Wyrazy tego podziwu przybierały czasem humorystyczną postać. W każdej chwili – pisał jeden z palestyńskich szejków do Führera – gotów jestem służyć pańskiemu rządowi, wystawiając do dyspozycji stu jeźdźców. Czekam tylko na skinienie Waszej Wysokości. […] Oby pan na zawsze pozostał moim władcą.

Słowa uznania zaczęły płynąć również od bardziej prominentnych władców. W 1941 roku egipski król Faruk posłał Niemcom pozdrowienie: Przepełniony podziwem i szacunkiem dla Führera i narodu niemieckiego, życzę mu najgoręcej zwycięstwa nad Anglią. Moim życzeniem i wolą mojego narodu jest, by oddziały niemieckie jak najszybciej wyzwolił Egipt spod dokuczliwego i brutalnego jarzma Anglików.

Entuzjazm dla Niemiec i Hitlera w świecie arabskim nie był tylko związany z nienawiścią do Żydów. Arabowie w zwycięstwie III Rzeszy widzieli nadzieję na wyzwolenie spod kolonialnego ucisku. Pragnienie wolności było tym żarliwsze i głośniej wyrażane, im bardziej linia frontu zbliżała się do Bliskiego Wschodu, a pod niemieckim naporem padały kolejne kolonialne potęgi. Gdy w 1940 roku ugięła się Francja, na ulicach syryjskich miast tłumy śpiewały zjadliwą piosenkę: „Nigdy więcej monsieurów, nigdy więcej misterów, niech będzie Allah w niebie, A na ziemi Hitler”.

Intrygujące, że w proniemieckich peanach szybko zaczęły pojawiać się motywy religijne, sugerujące, że Adolf Hitler jest kimś więcej aniżeli tylko zwykłym człowiekiem. Erwin Ettl, niemiecki ambasador w Iraku, pisał w notatce z początku 1941 roku, że duchowni w całym kraju wskazują swoim wiernym stare, tajemne wróżby i przepowiednie, z których wynika, iż pod postacią Adolfa Hitlera Allah zesłał na ziemię dwunastego imama. W ten sposób […] szerzy się propagandę, która w Hitlerze i Niemczech upatruje lekarstwa na całe zło.

Jeden z niemieckich dyplomatów odnotował w swoim dzienniku 29 sierpnia 1938 roku nowe wytyczne z Berlina: „Trzeba aktywować ruch arabski”. W tym samym roku III Rzesza zaczęła dostarczać broń do Libanu. Stamtąd – zwykłymi rybackimi łodziami – potajemnie szmuglowano ją do Palestyny, by dozbrajać antybrytyjskich buntowników.

Wiatr historii w końcu zawiał Arabom w plecy. Niecałe dwa lata po wybuchu wojny, nocą z 1 na 2 kwietnia 1941 roku, w Iraku doszło do antybrytyjskiego przewrotu. Władzę przejęli proniemieccy politycy. Powstańców wsparło małą jednostką Luftwaffe, które przypuściło ataki na pozycje brytyjskie. Okazały się one jednak bezskuteczne, gdyż niemieckie maszyny były nieprzystosowane do mezopotamskich warunków klimatycznych. Pod koniec maja powstanie upadło, a jego przywódcy zbiegli z kraju. Jednym z uciekinierów był Al-Hadżdż Muhammad Amin al-Husajni, wielki mufti Jerozolimy.

W listopadzie 1941 roku udało mu się spotkać z Hitlerem. Podczas tego spotkania al-Husajni przyjął zapewnienie co do jednej sprawy – gdy tylko Niemcy wbiją swoją flagę w arabską ziemię, to nigdy już nie będzie tam miejsca dla Żydów. Oczywiście oczekiwania arabskiego polityka były większe – chciał uzyskać pewność, że dzięki niemieckiemu zwycięstwu będzie możliwa odbudowa niezależnej arabskiej państwowości na Bliskim Wschodzie. Ale tej Führer mu nie dał i dać nie mógł. Bliski Wschód jeszcze znajdował się poza zasięgiem jego armii, a ponadto nie chciał drażnić sojuszniczych Włochów, którzy względem tego obszaru mieli własne ambicje kolonialne.

Al-Husajni uzyskał od Hitlera zapewnienie w tej sprawie dopiero trzy lata później, w listopadzie 1944 roku. Rząd III Rzeszy w oficjalnym dokumencie uznał „prawa państw arabskich do samostanowienia, jedności i niepodległości”. Mufti został w Berlinie, a władze niemieckie do końca wojny finansowały jego biuro i liczne podróże polityczne. Gdy mufti prowadził pierwsze rozmowy z nazistami, niemieckie wojenne sukcesy – szczególnie te odnoszone przez Afrika Korps – wywoływały euforię Arabów. W Palestynie nasiliły się antybrytyjskie akty sabotażu i brutalne ataki na społeczność żydowską.

„Przyjazna atmosfera wobec Niemców – donosił niemiecki agent 'Antonius’ – utrzymuje się nadal. Wszyscy wyrażają życzenie, by wkroczyli wreszcie Niemcy i wyzwolili kraj spod okupantów. Gdy Arabowie publicznie mówią o Hitlerze, posługują się najczęściej pseudonimami: najnowszy z nich to 'Haddsch Numur’ – 'Tygrys’. Życzenia zwycięstwa Hitlerowi zastępują częstokroć formułę powitalną”. Autor innego raportu pisał, że po zapadnięciu zmroku wszyscy Żydzi znikają z miejsc publicznych oraz ulic i z ciemności wynurza się obraz czysto arabskiej Palestyny.

Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z optymistycznych nastrojów Arabów. W strukturach Wehrmachtu sformowano jednostkę Sonderstab F, której podstawowym zadaniem było sianie triumfalistycznej propagandy wśród Arabów, zachęcanie do kolaboracji i do akcji sabotażowych.

Minęło 70 lat i okazuje się, że imigranci z Syrii i innych państw islamskich przybywający do Niemiec mają historycznie wpojone zaangażowanie Niemiec po stronie arabskiej. Zatem skala ataków ISIS w Niemczech jest o wiele mniejsza niż we Francji czy Anglii. Samo zaproszenie skierowane do Syryjczyków ze strony kanclerz Angeli Merkel obudziło w krajach islamskich pewne sentymenty.

Czas zatem zrozumieć, że konflikt w Syrii, sytuacja na Bliskim Wschodzie, powstanie ISIS ma korzenie dużo głębsze niż się nam wydaje. Nie każdy wyznawca islamu przybywający do Europy ma twarz faktycznie zmęczoną ucieczką przed wojną i nikły zasób wiedzy o kulturze i historii poszczególnych państw Europy. O faktycznej motywacji jego przyjazdu nie wspominając…

Cały artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” na s. 4 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Czy islamska krucjata i ISIS są historycznie skierowane przeciwko Anglii i Francji jako rewanż za okupację kolonialną?

Na sytuację w Syrii i terenach zajmowanych przez ISIS trzeba spojrzeć historycznie. Francja i Wielka Brytania to dla nacjonalistów arabskich taki sam okupant, jak kiedyś dla Polaków państwa zaborcze.

Paweł Czyż

Upadek Imperium Osmańskiego na początku XX wieku stał się zarzewiem zmian, których skutki widzimy obecnie. (…)

Wbrew panującym często stereotypowym opiniom, należy zwrócić uwagę na względną tolerancję religijną panującą w imperium. Prześladowania ze względów religijnych nie były częste i zwykle stanowiły wyraz zemsty za bunty czy niepowodzenia wojenne w walkach z chrześcijanami, niekiedy także stanowiły efekt fanatyzmu poszczególnych namiestników.

Tolerancja wobec Żydów stała się przyczyną migracji znacznej części Żydów sefardyjskich (wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii) na tereny Imperium, głównie do Salonik. Z drugiej strony niemuzułmanie byli poddani instytucjonalnej dyskryminacji – musieli płacić władzom dodatkowe podatki i obowiązywały ich różne ograniczenia prawne. (…)

W jakiś sposób w krajach arabskich pamięta się również o polskiej tolerancji religijnej, np. w stosunku do Tatarów w czasach I RP (nazywano ich „Lipkami” lub „Muślimami”). Czy może zatem dziwić, że w naszym kraju dotychczas nie było żadnych zamachów ISIS czy innych nacjonalistów arabskich? (…)

Dla społeczności żydowskiej na Bliskim Wschodzie niezwykle ważne były brytyjskie obietnice utworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej” zawarte w deklaracji Balfoura z 1917. Natomiast społeczność arabska wielką wagę przykładała do korespondencji prowadzonej podczas I wojny światowej między brytyjskim Wysokim Komisarzem Egiptu sir Henry McMahonem a Szarifem Mekki Husajnem. Korona brytyjska zgodziła się wówczas „poprzeć arabskie dążenia niepodległościowe” w Imperium Osmańskim. W zamian Arabowie przyłączyli się do wojny przeciwko Turkom. (…)

Na sytuację w Syrii i terenach zajmowanych przez ISIS trzeba spojrzeć znacznie szerzej. W jakimś sensie nacjonalistyczny odłam islamu czerpie paliwo z historii. Gdy Polacy przez 123 lata walczyli o wyzwolenie spod władzy państw zaborczych, to czerpanie z tradycji, pozycji I RP oraz oparcia w Kościele katolickim było ważnym elementem zachowania tożsamości narodowej.

Francja i Wielka Brytania jawią się dla nacjonalistów arabskich takim samym okupantem, jak kiedyś dla Polaków państwa zaborcze. Zamachy przeprowadzone przez ISiS w Europie koncentrują się głównie właśnie na Francji i Wielkiej Brytanii. Ma to uzasadnienie historyczne.

W całkowicie bezrefleksyjny sposób te państwa doprowadziły do rozbicia Imperium Osmańskiego, uwalniając zręby nacjonalizmu islamskiego spod państwowej kontroli. Przez dekady Francja i Anglia zwalczały potem niepodległościowe dążenia narodów arabskich. Niegdyś w imię Kościoła katolickiego, również pod auspicjami Francji i Anglii, prowadzono walkę z islamem poprzez krucjaty na terenach arabskich. Czemu zatem miałoby dziś dziwić, że nacjonaliści islamscy przenoszą konflikt na terytorium Europy, a raczej państw europejskich, w stosunku do których mają wciąż żywe pretensje za zwalczanie ich aspiracji i religii? (…)

Napisać, że Adolf Hitler cieszył się w świecie islamskim dużym poważaniem, to mało. Arabowie otaczali go niemal kultem. (…) Entuzjazm dla Niemiec i Hitlera w świecie arabskim nie był tylko związany z nienawiścią do Żydów. Arabowie w zwycięstwie III Rzeszy widzieli nadzieję na wyzwolenie spod kolonialnego ucisku.

Minęło 70 lat i okazuje się, że imigranci z Syrii i innych państw islamskich przybywający do Niemiec mają historycznie wpojone zaangażowanie Niemiec po stronie arabskiej. Zatem skala ataków ISIS w Niemczech jest o wiele mniejsza niż we Francji czy Anglii. Samo zaproszenie skierowane do Syryjczyków ze strony kanclerz Angeli Merkel obudziło w krajach islamskich pewne sentymenty. (…)

Cały tekst artykułu ukaże się na wnet.fm w niedzielę 27 sierpnia.

Cały artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” znajduje się na s. 4 sierpniowego „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Czyża pt. „Rewanż” na s. 4 „Śląskiego Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

„Kurier Wnet” 38/2017. Nawet w więzieniu byłem wolny – mówi Marian Markiewicz Krzysztofowi Skowrońskiemu. Wywiad WNET

Tylu was, tyle krat, tyle wszystkiego, ale ja jestem wolny. Tęsknię do moich rodziców, do wszystkich moich bliskich, do moich kolegów, ale jestem wolny i wytrzymam. I tak było, tak było…

Krzysztof Skowroński
Marian Markiewicz

Nawet w więzieniu byłem wolny

Marian Markiewicz – wilnianin, żołnierz AK, więzień gestapo i władzy ludowej, założyciel Solidarności w Głubczycach mówi, na czym polega wolność i jak zachował ją we wszystkich przeciwnościach życia. Wysłuchał Krzysztof Skowroński.

Jak to się stało, że Pan, wilnianin, trafił do Głubczyc?

W 1939 roku broniłem Wilna i zetknąłem się ze śmiercią – bo pod bagnetami prowadzili mnie czerwonoarmiści, mnie i mojego kolegę, który też bronił miasta; rzucaliśmy granaty.

Ale kobiety wileńskie, żony naszych nauczycieli, nałożyły na siebie chusty i wyskoczyły do tych czerwonoarmistów: – Da szto, wy duraki-li, szto? Eta uczeniki! Puskajtie ich! – Oni, uczeniki, k’ nam strielali! („Co, wy głupcy, co? To uczniowie! Puśćcie ich!” „Oni, uczniowie do nas strzelali!” – przyp. red.). A one za karabiny zaczęły ich tarmosić, w takich chustach… (śmiech). No i puścili nas.

To było moje pierwsze zetknięcie ze śmiercią. Później były szkolne organizacje niepodległościowe, później aresztowanie przez gestapo, półtora roku więzienia, śledztwo. Nie wiedziałem, w czyjej sprawie; a to mój sekcyjny nie wytrzymał i powiedział, że należę. A ponieważ byłem na Litwie przez trzy miesiące, wyjechałem po wkroczeniu Niemców, więc sobie pomyślałem, że mogę się ratować mówiąc, że o niczym nie wiem i byłem na Litwie, zarabiałem na chleb.

Porozumiałem się ze swoim sekcyjnym, powiedziałem: – Heniu? Przyznałeś się? Powiedziałeś, że ja należę; odwołaj! I on odwołał, przyznał, że to dlatego, że bili. A ja mu powiedziałem od razu: – Powiedz, że proponowałeś mi, ja powiedziałem „dobrze, dobrze, Heniu, jak wrócę z Litwy, to pogadamy”. No i udawał załamanego, potwierdził to wszystko i później ci, którzy mieli nieudowodnioną przynależność, dostali rok więzienia z niezaliczeniem śledztwa.

Półtora roku odsiedziałem, bo pół roku już było śledztwa. Później Armia Krajowa na Nowogródczyźnie, później aresztowania; znowu mojego dowódcę aresztowali; zdobywanie Wilna, ucieczka z Wilna, aresztowali moich rodziców. Ja przyjechałem do Polski na innych papierach, pod innym nazwiskiem pierwszym transportem; to było 25 chyba stycznia 1944 roku. Wysiadłem w Białymstoku i wychodziłem na wszystkie transporty, pytałem o rodziców.

Później zacząłem współdziałać z grupą wileńską, nowogródzką. W różnych akcjach brałem udział. Dowiedziałem się, że tato, jak zwolnili go z więzienia, zachorował na raka, jest umierający. Przeszedłem przez granicę, zastałem rodziców w wielkiej biedzie, wróciłem znowu do Polski. Kupiłem sacharynę – pełną walizę, bo tam była bardzo droga. Przeszmuglowałem to do Wilna, sprzedawałem tę sacharynę, zarobiłem trochę pieniędzy, przekazałem rodzicom.

Spotkałem koleżankę, spytała: – Jesteś nielegalnie?, ja mówię: – Tak, nielegalnie. – Jutro odjeżdżamy do Polski transportem. Mój brat jest już w Polsce, została jego karta ewakuacyjna. Jechałem więc jako rodzina, jako Henryk Pilść. Zgarnęli mnie z tego transportu enkawudziści, zaprowadzili na NKWD i mówią; „Rossczitajties’ s nagana; rozliczcie się z nagana”. Wtedy błyskawicznie pomyślałem sobie: to znaczy – on podpisał listę współpracy, dostał nagan i przeszedł przez granicę, a rodzicom nic nie powiedział ani siostrom. Ja jadę jako on i mam się rozliczyć z nagana!

Zastanowiłem się, co mnie może uratować. Analitycznie zacząłem to roztrząsać; myślę sobie: mam ratunek. Siedziałem półtora roku, Niemcy nie udowodnili, że jestem z organizacji. Powiem, że po wyjściu mnie wywieźli, a że w czasie odsiadki, tej półtorarocznegj, siedziałem z waszym spadochroniarzem, który zachowywał się jak bohater, później byłem w Niemczech, wróciłem do Polski po robotach w Niemczech i dowiedziałem się, że rodzice są w bardzo złej sytuacji; tato chory na raka. Poszedłem do ambasady w Warszawie, gdzie powiedzieli: „propuska nie połuczisz” (śmiech).

No i mówię: „Pojechałem jako wasz sojusznik do naszych sojuszników, do umierającego ojca”. I okazało się, że tato żyje jeszcze i jest szansa wyleczenia, i ja trafiłem na taką możliwość, na inne papiery, żeby wracać z inną rodziną. „Aresztowaliście mnie, i za co ja mam cierpieć?”. Śledczy mówi: „Połuczisz pietnadcat’ let, wywiezut tiebia w dalnyj wostok, i szto?”. („Dostaniesz piętnaście lat, wywiozą cię na daleki wschód, i co?” – przyp. red.). A ja mówię: „Za szto? Da ja sajuznik!”. „A kakoj ty sajuznik?” „No kak-że… Nasz Bierut eta drug Stalina, nasz Rokossowski eta toże drug Stalina”. („Za co? Przecież jestem sojusznikiem!” „A jaki z Ciebie sojusznik?” „No jak to… Nasz Bierut to przyjaciel Stalina, nasz Rokossowski to też przyjaciel Stalina” – przyp. red.). A on mówi: „Kakoj on wasz, on nasz!”. Ja na to: „Niet. On nasz, Polak!”. „Niet, on russkij”. „Niet, on Polak, żiw w Rossii, no eto Polak”.

„A ty litowcow lubisz?” („A Litwinów kochasz?” – przyp. red.). „Nu, kak wołk sabaku”. („No, jak wilk psa” – przyp. red.). A w mojej celi ogólnej leżeli ranni Litwini; oni byli w partyzantkach. Udaję, że litewskiego nie znam, bo mnie zaraz ten śledczy będzie pytał, co oni tam mówią. Więc mówię, że ja ich nie lubię, ale nic nie rozumiem. „A ty znajesz, panimajesz pa litowskij?” „Ni czerta, brechajut kak sabaki. Ja nicziewo, ni czorta ni panimaju”. („Umiesz, rozumiesz po litewsku?” „Ani słowa, szczekają jak psy. Niczego, ni czorta nie rozumiem” – przyp. red.). Więzili mnie, bili też, ale przecież nie będę kapusiem.

No i tak się stało, że mama wyszła na ryneczek i spotkała lotnika, zdemobilizowanego Rosjanina. Poprosił ją, żeby mógł zostawić u niej worek zdobyczy. Mama zgodziła się; zostawił ten worek i powiedział: „Ja teraz będę się bawić. Będę pić, bawić się, a od czasu do czasu przyjdę i coś wezmę do sprzedania. Mam tych worków kilka. Przyjechałem z Berlina do Wilna, przywiozłem te zdobycze i mam w różnych miejscach. Jak mnie aresztują, nic nie powiem; wtedy to będzie wasze”. No i jak ja byłem aresztowany, a on już też siedział na Łukiszkach, mama wtedy zaczęła nosić.

Jeszcze muszę wspomnieć, że śledczy jakoś mi bardzo szedł na rękę (śmiech). Przyszedł, czy mi zimno, zapytał się, ja powiedziałem, że zimno. Poszedł do domu, tam rodzice odpalili mu coś z tego worka. On powiedział, kiedy będzie rozprawa, jaki sędzia, jaki prokurator; mama z tego worka wzięła i prokuratorowi zaniosła, zaniosła to wszystko sędziemu. No i tak się stało, że ja dostałem tylko trzy miesiące; prokurator zażądał trzech miesięcy w zawieszeniu. Adwokat prosił o trzy miesiące w zawieszeniu, a prokurator mówi: „No co będziemy młodemu człowiekowi dawać trzy miesiące w zawieszeniu, jak do trzech miesięcy tam tyle i tyle dni już brakuje. Dać mu te trzy miesiące, niech odsiedzi i będzie wolny. Przyjechał do umierającego ojca”. I tak było, zwolnili mnie, wróciłem znowu do Polski, rodzice jeszcze zostali tam, i zacząłem znowu działalność. Ale zostałem ranny…

Gdzie Pan działał?

W Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego. Tych, którzy w Lidzie z więzień uwalniali, wszystkich znam, ja w tej organizacji byłem i współdziałałem, i z Łupaszką mieliśmy kontakty. No i padłem, ranny byłem. Zawieźli mnie do Szczecina, wrzucili do celi, patrzę – kobieta. Aha, to ona ma ze mnie wyciągnąć. I już myślałem, co mnie może uratować.

Pomyślałem sobie: jak przyznam się do organizacji, to dostanę w łeb, w czapę (śmiech). Strzelą, zakopią gdziekolwiek i nawet nikt nie będzie wiedział, gdzie jestem pochowany. Wszedłem do tej celi, przysiadłem, a to była łączniczka Łupaszki, Regina. Bo jedna to bohaterka Ninka, a druga – ta właśnie, która wydała Łupaszkę, Regina. I to była Regina.

Przysiadła koło mnie, i „oj jak to nasi chłopcy z Wilna, z Nowogródka cierpią!”. A ja mówię: „No tak, gdyby tak było, to ja byłbym może i dumny, a tak ja dopuściłem się przestępstwa kryminalnego, bandytą jestem, mówię, rodzice mnie się wyrzekną, tyle znajomych pomyśli sobie: co on zrobił!” I później już były bicia, bicia, a ja swoje i swoje. W końcu nie mogli ze mnie nic wydobyć, wrzucili do piwnicy. Nie wiem, ile tam byłem dni i nocy. Dostałem gangreny, lało się ze mnie wszystko, traciłem przytomność, odzyskiwałem i cały czas myślałem, co teraz może mnie uratować.

A postanowiłem żyć. Pomyślałem sobie: przecież słyszę samochody, gdzieś jeżdżą. I zacząłem krzyczeć. Jak samochody jeżdżą, to i ludzie przechodzą chodnikami. No i krzyczałem. Zdarłem sobie gardło. Odzyskiwałem świadomość i znowu krzyczałem. Dawali mi tylko śledzia solonego i wody nic, do picia nic.

I pomyślałem: aha, rzucili mnie – albo umrę, albo przyznam się na stracenie. No i właśnie te krzyki spowodowały, że kiedyś otwieram oczy, a stoją jakieś dwie postacie nade mną i jedna do drugiej mówi: – I wy dziwicie się, że on krzyczy? On umiera. A ten ktoś mówi: – To leczcie. A ten odpowiada: – W tych warunkach nie ma żadnego leczenia.

Dopiero wzięli na szpitalkę taką ubowską, pilnowany tam byłem, zaczęto leczyć. Goić się zaczęło wszystko, wszystko zgniłe mi powycinali. Pokazywali mi, każdy pytał: – Czy to bolało? A mnie nic prawie nie bolało, bo to wszystko było zgnite. A zgnite to już nie boli. I przeżyłem, ale dostałem 15 lat więzienia. Prokurator żądał kary śmierci.

W wyszedłem po siedmiu i pół latach. Siedem i pół lat siedziałem na bloku izolacyjnym, gdzie ani ołówka, ani niczego, cztery ściany i nic. Wyszedłem jako półanalfabeta. Jak szliśmy na spacer, to jak na takim stołku między kratami siedział strażnik i otwierał te kraty, a śniadanie było zawinięte w gazetę, to się zwijało to śniadanie i później ten zatłuszczony papier gazetowy szedł od celi do celi. Stukało się Morsem, że mamy wiadomości. I tam ktoś wyciągał rękę, a myśmy mieli kamuszek ze spaceru, przywiązywaliśmy do nitki z siennika, no i wyrzucaliśmy, oni łapali i od celi do celi ten kawałek zatłuszczony szedł, żeby czytać, co się dzieje. Byliśmy odcięci od świata.

Po siedmiu i pół latach, jak mnie wypuszczono, to napisano, że siedziałem za napady rabunkowe. Pisze się zawsze: z artykułu takiego i takiego, skazany na tyle i tyle lat. A mnie napisano – za napady. Musiałem zgłosić się do administracji w Gdańsku, na policję musiałem się zgłaszać.

W celi się chodziło tam i z powrotem, tam, i z powrotem, całe dnie, nie siedziało się nigdy. A tu pierwsza moja praca – kontowanie, kontowanie, trzeba było ten ołówek kopiowy przyciskać, kilkadziesiąt ileś pozycji trzeba było wykonać. Winien, ma, winien, ma. Ze mnie całego lał się pot, wszyscy patrzyli, co to za facet. I jeszcze dodatkowo milicja przychodzi, pyta się o mnie, czy ktoś mnie odwiedza.

Rodzice przyjechali, dostali jeden pokoik tylko. Tato sparaliżowany, utracił mowę, amputacja jednej kończyny. Jak byłem przy nich, to go nosiłem do wanny, kąpałem. No i chodziłem za tym mieszkaniem: nie ma i nie będzie, nie ma i nie będzie.

Spotkałem kolegę z partyzantki, który mieszkał pod Gdańskiem, był na ostatnim roku medycyny. Jego rodzice mieli gospodarstwo tuż pod Gdańskiem, od ostatniego przystanku jakieś 250–300 metrów. A w tym czasie hodowano lisy. I ja sobie pomyślałem: jedyna szansa, to tylko zrobić pieniądze na lisach i kupić mieszkanie. Założyliśmy z tym kolegą hodowlę lisów; ogrodzenie, klatki. Ja musiałem koło tego chodzić całkowicie, bo on studiował, kończył medycynę. Po dwóch latach doszliśmy do 100 sztuk.

My nie mieliśmy pieniędzy na hodowlę, tylko do nas wstawiali zwierzęta. Była moda taka, że marynarze, ci którzy przywozili różne towary i mieli pieniądze, kupowali 2 trójki, 3 trójki lisów – 2 samice i samca – i wstawiali do nas. My chowaliśmy i dzieliliśmy przychówek na połowę. Tak doszliśmy do 100 sztuk.

Cyrankiewicz wtedy miał taką fermę w Olsztyńskiem. Bardzo dużą fermę i sprzedał wszystko do hodowli; od razu ceny poszły w dół i zostaliśmy bankrutami. A ja już chodziłem, oglądałem mieszkania do kupienia.

Rozmawialiśmy z Julkiem, tym moim kolegą. Julek mówi: – Słuchaj, przetrzymamy. Ja na to: – Julek, ty jesteś w innej sytuacji. Mój tato jest sparaliżowany, jest mama, ciocia. Ja ożeniłem się szybko – ożeniłem się, bo chciałem dzieci odchować. Syn przyszedł na świat. Mówię mu: ja muszę swoją połowę zabić na skóry, rozliczyć się z długów i jadę w świat. Poszukam miejsca, gdzie będę mógł żyć. I tak się stało. Rozliczyłem się ze swojej połowy, pooddawałem pieniążki i pojechałem.

Zatrzymałem się dopiero w Głubczycach. Potrzebowali kwaterunkowego, z innego terenu. Pytam: dacie mieszkanie? Tak, damy mieszkanie. No i przyjąłem tę pracę.

Kwaterunek to było dla mnie bardzo nieodpowiednie miejsce, bo to łapówy jakieś, a ja od nikogo nie chciałem przyjmować. Nawet czasem musiałem gonić. Jak ktoś wcisnął mi pieniądze na siłę, ja go goniłem i oddawałem te pieniądze. No, ale dostałem mieszkanie i od razu przeniosłem się do służby zdrowia. A mieszkanie dostałem i mieszkam.

Tutaj wychował się syn, córeczki kochanej doczekałem się, jestem. I jeszcze staram się służyć. To znaczy wspominam o tych swoich przeżyciach, o walce, o Armii Krajowej. Sztandar AK-owski przekazaliśmy harcerzom, harcerze dumnie z nim chodzą do kościoła. Ja w miarę możliwości, to co mogę – słowa mi uciekają – ale staram się przekazywać wszystko, tak jak potrafię. I z tym mi dobrze, z tym mi dobrze…

Bo jeszcze czuję, że nie mogę zostawić tych, którzy potracili życie. Pod Surkontami, gdzie otoczeni byliśmy ze wszystkich stron, kilku cichociemnych zginęło, poginęło tylu wspaniałych kolegów… Ich życie nie może pójść na marne, trzeba walczyć o Polskę, o taką Polskę, o jakiej marzyliśmy, a teraz jest właśnie taka Polska, która daje ogromne nadzieje. Ogromne nadzieje, tylko trzeba ją wspierać. Tych, którzy tam są, bo to są ludzie wspaniali. Trzeba ich wspierać, ja to staram się, czynić.

A jaki koniec będzie, nie wiem, na razie jest wszystko porządku. Mam 94 rok życia, jeszcze jestem sprawny, chociaż teraz do krzyża jeszcze biodro doszło bolesne. Dostałem odznaczenie, Rycerski Krzyż Odrodzenia Polski. Jestem dumny z tego, że jestem czynny i się jeszcze przydaję. I tak chciałbym do końca.

Cieszę się, jak Was widzę, jak Pan wywiady przeprowadza, bardzo mnie to interesuje. Pan bardzo mnie się podoba, tak, bo takie podchwytliwe ma pytania i wydobywa na wierzch to wszystko, co trzeba byłoby pokazać.

Dużo by mówić. Koleżanka przysłała mi swoją książkę, w której mnie króciutko wspomina. Ja do Nowogródzkiego przyjechałem, a ona była w tym środowisku od dziecka. Cała jej rodzina była patriotyczna. Jej brat zginął po Dubiczami, tam, gdzie i ja byłem. A reszta rodziny uchowała się.

Po więzieniu zostałem przeniesiony z Wilna do Nowogródzkiego. Ona miała tam różnych kolegów, a ja nikogo nie znałem. Byłem w ochronie komendanta Borsuka. Pułkownik Borsuk był komendantem Okręgu Nowogródzkiego, był jeszcze szef wywiadu, kapitan Bustromiak. Moim zadaniem było blokować dojście do niego, nikt nie wiedział, gdzie on jest; ja pełniłem rolę kogoś w rodzaju pośrednika. Różne polecenia wykonywałem – i komendanta okręgu, i szefa wywiadu. Ale nie znałem nikogo. A ona właśnie znała wszystkich i w książce opowiada o wszystkim, co tam było.

Tak, że ja teraz dopiero odkrywam to środowisko: kto był, kim był. Nikomu nie mówiłem, kim jestem. Wciąż zmienialiśmy nazwiska, wszystko; wciąż nowe dokumenty.

To bardzo cenna książka. Ta koleżanka skończyła studia medyczne i była w Częstochowie lekarzem rentgenologiem. Zrobiła doktorat, jej brat, dużo młodszy ode mnie, też był w Armii Krajowej. Ona obracała się w środowisku, które służyło w Armii Krajowej, także po wojnie, i ona mnie przybliżyła te osoby wszystkie.

Czy Pan pamięta przedwojenne Wilno?

Jak najbardziej. Ja się urodziłem w Kownie, moi rodzice mieszkali w Kownie. Tato był geometrą i nam się nawet dobrze powodziło. Nasz dom był polski, rodzina cała mówiła po polsku, środowisko tylko polskie, no i Litwini zaczęli prześladować tatę za tę polskość, że w domu po polsku. Chcieli go posadzić do więzienia. Ja się urodziłem się w 1924 roku, a w 1928 tato przeszedł przez granicę do Polski. Został aresztowany jako podejrzany o szpiegostwo.

Przez kogo został aresztowany?

Przez Polaków. Przeszedł do Polski, i KOP – Korpus Ochrony Pogranicza go aresztował; prawidłowo. Przecież jak ktoś przechodzi przez granicę, to należy go sprawdzić, tak?

A my z kolei wszystko rozdaliśmy, co mieliśmy, to znaczy moja mama i ciocia, która była zawsze z nami. Rozdały Polakom – i wyjechaliśmy przez Łotwę. Bo nie było możliwości przyjazdu do Polski. Przez Łotwę więc; w Rydze mieliśmy przesiadkę – i do Polski!

Tatę zwolniono po śledztwie, bo świadkowie byli niepodważalni. Najlepszy adwokat w Wilnie to był bardzo bliski znajomy rodziny Markiewiczów z Kowna. I druga osoba poświadczyła, że to jest Polak z Polskiej rodziny, że brali udział w powstaniach, i tak dalej.

Podejrzenie upadło, tato dostał pracę i zaczęło się od zera. Początkowo w Wilnie spaliśmy u znajomych na słomie. Od początku trzeba było wszystko kupować. Jedno mieszkanie okazało się za drogie, drugie, trzecie; zmienialiśmy te mieszkania. My rośliśmy, zaczęła się szkoła podstawowa. W szkole – patriotyczne wychowanie. Nauczyciele opowiadali jak to brali udział w Bitwie Warszawskiej. Był taki – Latoszek, uczył muzyki, utracił dłoń. Opowiadał o szarży kawaleryjskiej, jak mu odcięto tę dłoń. Te opowieści trwały, patriotyzm niesamowity od dziecka.

Zacząłem interesować się polityką, bo Słowo wileńskie, Cat Mackiewicz. On był redaktorem Słowa. Zawsze przy redakcji na szybie wystawowej był jego artykuł wstępny. Tak zacząłem czytać. Czytałem i endeckie wystąpienia, i właśnie Cata Mackiewicza, i innych.

U nas zamieszkali studenci, którzy byli w korporacji endeckiej. Mnie mieczyk podarowali i przekonywali. A ja ten mieczyk do szuflady schowałem. Mnie interesowało ogólnie państwo i dlaczego takie kłótnie są. I tak było do wojny.

Wybuchła wojna. Pierwsze wrażenia to były takie: słuchałem radia i taki komunikat był, że w Niemczech rewolucja, Berlin zbombardowany, koniec wojny przed nami –tak podało radio Wilno. Dlaczego? Dlatego, że Wilno miało się nie bronić, chodziło o to, żeby zabytki uratować, żeby nie tracić tych zabytków. I taki komunikat wydano, żeby ludność była spokojna.

I ja szczęśliwy wybiegłem, pędzę, takie jakieś puste ulice, pies biegnie i ja krzyczę do niego: „Adolf, do nogi!, Adolf do nogi!” Pędzę, a ulice puste, i dobiegam przez Mickiewicza do ulicy Wileńskiej. Patrzę – rowery, wózki, toboły – wszystko w jedną stronę, w tamtą stronę zmierza. Pytam: – A dokąd to, dokąd? – A na Litwę. – A czemu? – Bolszewicy już pod Wilnem! Jak nóż w pierś. W strasznym stanie szedłem, myślałem sobie: Jak to, nie bronią Wilna? Jak to możliwe? Wróciłem, położyłem się. Roniłem łzy do poduszki. Usnąłem.

Rano słyszę: dudu, dudududu, dudududu! Zerwałem się szybko, zarzuciłem na siebie szkolny mundurek. Wybiegłem na ulicę. Wyskoczył Ziutek, mój kolega. – Ziutek, bronią się nasi! – i pobiegliśmy. Biały Zaułek, Połocka zaraz, a przedłużenie Połockiej to trakt Batorego na Mińsk i na skrzyżowanie Krzywego Koła. Działko było ustawione poniżej.

W zasadzie to ja do dzisiaj nie wiem, kto to był, czy to żołnierze, czy podchorążacy jacyś, no ale w każdym razie kilku ich było przy tym działku i podbiegliśmy do nich, chcemy się bronić. A oni mówią: – No to przyłączcie się do nas! W podwórzu są wozy taborowe, broń, granaty, weźcie i przyłączcie się. My pobiegliśmy na podwórko. Wzięliśmy granaty, do kieszeni po granacie, karabiny amunicją załadowaliśmy. No i jeszcze zapasową amunicję do kieszeni – i co mamy robić? – Idźcie pod spód. A tam był wzdłuż ulicy taki rów głęboki z cembrowiną. – Pod cembrowinę, i rzucajcie granaty, jak będą czołgi rosyjskie jechały! I my rzucaliśmy te granaty stamtąd.

W pewnym momencie słyszymy, że działko nie strzela. Patrzymy: jeden zabity, jeden ranny, a inny żołnierz mówi: – Chłopaki, rzucajcie broń i chodu! Ale nam szkoda było broni, więc pod mostkiem nad tym rowem schowaliśmy broń. I myślimy: my uczniowie, to nam nic nie zrobią. I idziemy sobie, ale nas zgarnęli pod płot. Stoimy. Oficer z naganem, a nas rewidują. Rewidują, a ja sobie uświadomiłem, że mam w kieszeni magazynki z nabojami.

Akurat koło mnie stał z chlebem taki Leszek Piekur, który tam zaraz mieszkał. To była rodzina bardzo zaprzyjaźniona z moją. I ja mówię – a staliśmy z rękami do góry: Leszek, przesłoń mnie troszeczkę. I on lekko przesunął się. A ja za niego, rękę do kieszeni, a w płocie szczeliny między deskami są, za nimi ogródek. I ja te naboje wyjąłem, powyrzucałem to wszystko; zrewidowali – nie znaleźli. Puścili. I idziemy dalej, ale znowu nas zgarnęli i pod bagnetami prowadzili. Wtedy właśnie te żony naszych nauczycieli, bo widziały nas, jak my tam broniliśmy się, wyskoczyły w tych chustach, i to był ratunek właściwie od Boga. Nie wiem, dlaczego tak się stało.

Mówił Pan o torturach w więzieniu stalinowskim.

To było bicie! – i to tylko po ranach. Tylko po ranach. Po prostu nie dawali mi wiary, że jestem bandytą. A ja wiedziałem, że to jest jedyny ratunek. Mówiłem, że spotkałem na plaży chłopaków, wypiliśmy, porozmawialiśmy, namówili mnie. I że ich w ogóle nie znam.

Bicie trwało około tygodnia, ale nic nie puściłem, nic. W czasie bicia jeden zaglądał, poznałem go, że to jest nasz partyzant. Zaglądał i – myślę sobie – przekaże, że ja nie poddałem się, nie ujawniam niczego. Wiedziałem, że on to przekaże. I byłem twardy cały czas.

Jeden z nich, jak został ze mną, mówi: mam do ciebie słabość, twardy jesteś. I mówi: krzycz. Moja ręka była na stole, on walił po tym stole, a ja krzyczałem. Pomyślałem sobie: on najstraszniej wygląda, dziobaty taki, a ma ludzkie serce. Zastanawiałem się, czy on chce coś ze mnie jeszcze wyciągnąć. Ale, myślałem, chyba wie, że mu się nie uda. I nie wyciągnęli. Ale bili po ranach, a później wrzucili do piwnicy. Wody nic, śledź solony, gangrena, wszystko czarne, a tu zaraz serce.

To było najgorsze bicie, jakie miałem. Litwini tak nie bili. Jak byłem aresztowany przez gestapo, to Litwini bili. Ale oni bili w miękkie części. Ja sobie tak pomyślałem. Kazali rozebrać się, spodnie spuszczać. Spuszczałem i myślę sobie, gdzie najlepiej, żeby bili – w miękkie miejsca, żeby kości nie połamali. Grzeczniutko kładłem się, oni walili. Przychodziło się do celi, to każdy chciał popatrzeć, jak to wygląda. Kim ja jestem, czy rzeczywiście mnie bili. To w te miękkie miejsca. A ci więźniowie, którzy opierali się, to bili wtedy wszędzie. Ja taką taktykę przyjąłem, uważam, że dobrą. To nie było takie bardzo bolesne i dało się wytrzymać.

Co myśli człowiek prowadzony na takie przesłuchanie? Boi się bardzo?

Nie ma ludzi, którzy się nie boją. Po prostu trzeba myśleć. Ja starałem się zawsze myśleć i myśleć analitycznie. To znaczy: co o mnie wiedzą, co mówić, jak się zachowywać. I po prostu nigdy nie myślałem, że ja jestem niezłomny. Postanawiałem wytrzymać ten raz. Wytrzymywałem. Następnym razem znowu. Bo jak pomyśli się, że to może pół roku tak trwać – to jak ja wytrzymam? A ja za każdym razem analizowałem siebie i stwierdzałem, że jeszcze mogę wytrzymać. I zawsze wytrzymywałem.

A lęk przed bólem?

Ja to miałem opanowane troszeczkę, bo z kolegą ćwiczyliśmy się, przed wojną jeszcze, kto dłużej rękę nad świecą utrzyma. I przez takie właśnie różne rzeczy myśmy się tak jakby przygotowali do tego wytrzymywania bólu. Po prostu trzeba myśleć o czymś innym, nie o tym, gdzie boli. O czymś innym trzeba myśleć. Zmusić się do tego, żeby oddzielić, a poza tym, że ten ból nie trwa wiecznie. Że to są tylko jakieś strefy czasowe, takie, że poboli, poboli i przestanie. To wszystko dawało się wytrzymać. To nie jest takie straszne.

Gorsza była ta piwnica?

To też nie. Dlaczego? Bo ja cały czas traciłem przytomność, nie wiedziałem, kiedy dzień, kiedy noc i ile ja tam jestem. Nie wiedziałem nic, ale dopóki myśl działa analitycznie, nic o mnie nie wiedzą, nic nikogo nie wydałem, czułem się, że jestem wolnym człowiekiem. Pod tym względem, że ja zachowuję wszystko co cenne, co bym mógł wydać – to zatrzymuję w sobie. I to daje siły. To właśnie daje siły, bo jeśli człowiek przestanie wierzyć w siebie, to może się załamać. A ja się nie załamałem.

Uważam, że wielu takich ludzi postępowałoby tak jak ja, i w śledztwie chyba tak jak ja postępowali. Dlatego nie załamali się. To nie jest jakieś bohaterstwo. To jest obrona innych, ale i siebie.

Życie jest piękne, a ja byłem już skłonny popełnić samobójstwo podczas ujęcia mnie. Kilka razy tyraliery po mnie przechodziły i nie widziały mnie. Ja miałem pistolet przystawiony do głowy, odbezpieczony, do oporu cisnąłem. Ale tyraliera przechodziła. Zabezpieczałem. Następna, trzecia, czwarta tyraliera szła, już się ściemniało. Ja wtedy, jakieś 15 minut wcześniej, pomyślałem: ciemno się robi, nie znaleźli mnie, to znaczy, że mam żyć. To niebo zadecydowało; mam bezwzględnie żyć, co będzie, to będzie.

I spojrzałem na zegarek, a zegarek cyferblat miał fosforyzowany. No i teraz ciemno się robi, idzie jeszcze jedna tyraliera, a ja nie zasłoniłem zegarka. I ostatniemu żołnierzowi, który szedł, to błysnęło. I od razu strzelił. No i teraz tak: cegły, brud, to wszystko. A to rykoszetem poszło, tak to że tu przybiło, tu przybiło, a to wszystko było brudne: kawałki cegły, brud. Dokumenty zakopane miałem, bo jak miałem samobójstwo popełnić, to zakopałem, żeby nie doszli, kim jestem. No i od razu mnie stamtąd wyciągnęli. Najpierw opatrunki, potem do Szczecina przywieźli, no i właśnie wrzucili do tej piwnicy. Jeszcze chciałem skoczyć z mostu, jak przejeżdżali przez Odrę. Później mnie przywieźli do Szczecina i mówią: – Chciałeś skoczyć. Ja na to: – Tak, chciałem, ale zdecydowałem, że będę, że trzeba żyć.

Zakładał Pan Solidarność w Głubczycach.

Tak, jak przyjechałem tutaj, zawsze włączałem się we wszystko. Rodzice na Wybrzeżu nie dostali do końca mieszkania – cały czas w tym jednym pokoiku. To była zemsta za mnie, ten pokoik. A ja, jak przyjechałem tu, włączałem się we wszystkie zrywy. Jak zaczęły się te na Wybrzeżu, kiedy powstawała Solidarność w ‘80 roku, byłem akurat u rodziców we Wrzeszczu, przy ulicy Dworcowej. Właśnie był strajk w stoczni. Chodziłem, chleb nosiłem, nie mogłem się włączyć, bo mnie nikt nie znał. I wiedziałem, że mnie nie wolno się włączać. Bo ja mam tę przeszłość, że podałem się za bandytę; więc nie chciałem do nich nawet wchodzić, ale byłem.

Zaraz później, jak tam utworzyła się Solidarność, rozdawali materiały do założenia Solidarności. Ja wziąłem ten cały plik, jak zakładać – gotowe formularze, wszystko. Przywiozłem tutaj. I zaraz zacząłem zakładać. I namawiałem lekarzy, żeby przewodniczyli komisji zakładowej Solidarności w służbie zdrowia. Nikt nie chciał. Nikt nie chciał.

I ja widząc, że nikt nie chce, zacząłem myśleć, czy ja mogę. I doszedłem do wniosku, że muszę. Bo przecież chodzi o liczbę, chodzi o to, żeby ściągnąć miliony. Trzeba. Więc zakładałem, ale zapraszałem i organy bezpieczeństwa, i wszystkie tutejsze władze na nasze zebrania. Niech widzą. Mówiłem, że chcemy demokratyzacji, że chcemy zmiany tego wszystkiego na bardziej ludzkie. Ale że jesteśmy za socjalizmem, za sojuszami. Tak mówiłem, bo tak musiałem mówić.

No i przewodniczyłem, przewodniczyłem, byłem w we władzach powiatowych. Czułem, jak to wszystko dochodzi do momentu krytycznego. Widziałem, jak oni się przygotowują, jak już szpitale przejmują, przygotowują do przyjęcia rannych. Widziałem, co się dzieje.

Poza tym mnóstwo osób przychodziło: „proszę mnie wykreślić, proszę mnie wykreślić”. Ja mówię – nie mam takiej władzy, żeby wykreślać, proszę napisać króciutko: proszę o wykreślenie mnie; podpisać. Ja na komisję zakładową wezmę, komisja podejmie uchwałę i wtedy mogę skreślić. Uciekały wszystkie wtyki, wszystkie wychodziły z tego.

Ostatnie zebranie tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego było w Opolu, w jakimś nietypowym miejscu, nawet nie wiem w tej chwili, gdzie to było. Pełno ludzi, kobiety krzyczą: – Co oni chcą, co oni chcą z nami zrobić, my ich pałkami, pałkami wybijemy, powywieszamy! Ja myślę sobie: prowokacja. Przecież to jest prowokacja! Czułem, że to tuż, tuż przed ich decyzją o wszczęcie przeciwko Solidarności tego, co oni tam zaplanowali.

Późno wyszedłem, już nie było autobusów, musiałem pójść na rogatki. Samochody jechały w jedną stronę, w drugą wojsko, wojsko, wojsko. Myślę sobie: tak jak w ‘39 roku, stan wojenny tuż, tuż. A ja ostatnio, jak były wybory, to nie dałem się wybrać do tego powiatowego, bo widziałem, że to wszystko prowokacja. – No, panie Markiewicz, jak to pan nie chce? – A ja mówię: nie! Ja nie kandyduję. Myślę sobie: dosyć mam tego! Mam obowiązki, mam rodzinę; tyle lat straciłem. I nie pozwoliłem się wybrać.

Przyjechałem do Głubczyc i jak wszystkich zabrali, szedłem ulicą i naprzeciwko szedł przewodniczący miejskiej rady narodowej i jeszcze dwóch. – Panie Markiewicz, a pana nie zabrali? – Nie – mówię. – A Pan nie był członkiem? – Nie pozwoliłem siebie wybrać. Patrzyli na mnie zdumieni, że mnie nie aresztowali.

A jak Pan przyjął informację o tym, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem?

Ja o tym wiedziałem grubo wcześniej. W Gdańsku mieszkał mój kolega szkolny. Pracował w biurze projektów budowy okrętów; bywałem u niego gościem. Pytał mnie: – Na kogo będziesz głosować? – No, na Wałęsę. A on mi na to: – Słuchaj, my wiemy, kto to jest, nie głosuj na niego. – Jak to nie? On jest przywódcą, muszę na niego głosować.

A potem byłem na zebraniu w Opolu. Na spotkaniu z Wałęsą w „Okrąglaku”. I patrzyłem na niego: siedzi za stołem prezydialnym, a tu jakaś nauczycielka zabrała głos, krzyczy na komunę, na to, na tamto. On: – Jak pani nazwisko? Ona mówi nazwisko. – Będzie pani posłem. No, myślę sobie. To przecież kim on jest? Ktoś inny też głos zabrał: – Będzie pan senatorem. A ja myślę sobie: przecież on gra, to widać od razu. I już wiedziałem, kto to jest.

Tak samo z Frasyniukiem. Ktoś się dzisiaj dziwi. A Frasyniuk, jak wszędzie czytałem, słuchałem – nieuchwytny, nieuchwytny; oni głosili, że Frasyniuk jest nieuchwytny. Polują na niego wszędzie, a on jest nieuchwytny. Zastanawiałem się, czemu go tak windują. I pojechałem do Wrocławia syna odwiedzić, studiował na politechnice. Przyjechałem do Wrocławia, wysiadłem na dworcu i wsiadam do tramwaju. A oni ogłaszali nawet, że on prawdopodobnie za kobietę się przebiera. I patrzę, jakiś rudzielec wsiada. Przyglądam mu się – przecież to mężczyzna, i do tego źle ucharakteryzowany. Patrzę – milicjanci stoją, patrzą na niego, i nic. Myślę sobie: to ich człowiek. To ich człowiek. Jak potem mówiłem o tym swoim, nikt mi nie wierzył.

Teraz – pierwsze wybory ‘89 roku przy kościele, nie wiem w tej chwili, jaki to kościół w Opolu. Jestem na tych pierwszych wyborach i przychodzi Frasyniuk. Ja siedzę przy oknie, stół prezydialny ode mnie o gdzieś 2 metry, a ja przy oknie, a on tam siedzi. Patrzę: Frasyniuk. I myślę sobie: będę się w niego wpatrywał, zaniepokoję go. I tak patrzę ostro na niego; teraz ja już nie mam takiego wzroku, ale wtedy miałem ostry wzrok. I nie odrywam od niego oczu. A on popatrzył tak na mnie raz, drugi raz i widzę – zaniepokoił się. Myślę sobie: no, masz czego się niepokoić, bo wiem, kim ty byłeś. Ale przecież ja nie mam żadnych dowodów, to tylko moje wyczucie. Moje wyczucie i nikt nie powie, żeby on po tamtej stronie był. A on był po tamtej stronie. Tak samo jak i Wałęsa. Tak to jest.

Co jest najważniejsze w życiu?

Być w zgodzie z sobą, z prawdą, z Bogiem. Każdy jest grzeszny, nie ma ludzi bezgrzesznych, ale Boże miłosierdzie jest wszechogarniające. I w zasadzie to Bóg nas prowadzi. My tylko potrafimy coś tam analizować, myśleć, chcieć czegoś, ale to Bóg nas prowadzi.

Życie to jest niesamowite; mnóstwo wszystkiego. Nie da się tego w ogóle opowiedzieć. To jest tyle spraw, które się czasem zapomina, znowu się przypomni, to sen jakiś przypomni, ta książka mi przypomniała wiele rzeczy, które już zapomniałem. Najważniejsze to jest być sobą, człowiekiem wolnym, czuć w sobie wolność.

Dlaczego ja w więzieniu czułem się wolny przez te siedem i pół roku? A dlatego, że zachowałem wszystkie tajemnice w sobie. Wy nic nie wiecie o tym, tylko ja wiem. Poza tym miałem ze sobą złoty pierścionek. Ten złoty pierścionek przechowywałem w paście od zębów. Między innymi, bo czasem w innych miejscach. Tak jak jest tubka, to tam na końcu tej tubki był pierścionek. Czasem wydobywałem jako rzecz, o której nikt nie wie, nawet współwięźniowie. W nocy brałem ten pierścionek, popatrzyłem: jestem człowiekiem wolnym, mimo że jestem na bloku izolacyjnym. Tylu was, tyle krat, tyle wszystkiego, ale ja jestem wolny. Tęsknię do moich rodziców, do wszystkich moich bliskich, do moich kolegów, ale jestem wolny i wytrzymam. I tak było, tak było…

W wigilię Bożego Narodzenia wrzucono mnie do karca. Do karca w zimie – przecież zimno! Ja całą noc biegłem. A dlaczego biegłem? Biegłem, żeby zachować ciepło, żeby nie położyć się, żeby nerek nie uszkodzić. Całą noc biegłem i wytrzymałem. Ale żałuję, że tylu kolegów nie wytrzymało, na przykład jeden z Poznańskiego.

Byli dwaj bracia. Jeden z nich zapoznał Francuza, który ich zapraszał do restauracji, na kielicha. To był agent francuski. I on, jak kogoś zapraszał, a ten ktoś mu podał nazwisko, to zapisywał go jako agenta. Chciał mieć jak najwięcej takich agentów, żeby Francuzi powiedzieli: dobry, tylu zwerbował. Został aresztowany i wysypał wszystkich tych rzekomych agentów. Ze mną siedział starszy z braci, Lech, i martwił się o młodszego brata. – Poszedłem, mówi, na kielicha, porozmawiałem, a teraz z nas wielkich szpiegów zrobiono. A Janusz, mój brat, nic z tym wspólnego nie miał, a siedzi.

Ten Lech zachorował, chyba na zapalenie płuc. I dali go do karca, od razu. Jak ktoś chory, to go zaraz do karca. Nakazaliśmy mu, żeby bielizny nie zdejmował, pod spód prześcieradło daliśmy, opatuliliśmy. Ale już nie wrócił, zmarł. Spotkałem jego brata Janusza we Wrzeszczu na Wajdeloty. Uścisnęliśmy się, pyta, gdzie mieszkam. Mówię, że tutaj, tu są moi rodzice. Zaprowadził mnie do swojej narzeczonej. Okazało się, że Janusz studiuje. On i Lech byli synami właścicieli apteki w miasteczku, którego nazwa wypadła mi z pamięci. Musiałem mu opowiadać, jak to było, jak siedziałem z Lechem, jak dzieliliśmy się paczkami, jak opatulaliśmy go do tego karca.

No i właśnie – jeden wytrzyma, drugi nie wytrzyma. On nie wytrzymał, ale był chory. I tak mi było przykro przed tym Januszem, ale opowiedziałem mu o tym wszystkim. Później on miał aptekę właśnie we Wrzeszczu, ale ja tam nie zachodziłem, nie chciałem go sobą absorbować.

Nauczyłem mojego wnuka Maćka grać w szachy, żeby nauczył się myśleć, analizować, że nie wszystko jest prawdą. Trzeba odróżniać prawdę od nieprawdy. Trzeba umieć analitycznie myśleć. I nigdy się nie poddawać.

Mówię mu: nie wyjdzie ci w jednym wypadku, to myśl dalej, jak to zrealizować. Idź zawsze do przodu i nie myśl, że czekają cię same sukcesy. Muszą być i porażki, i sukcesy. Porażką nie przejmuj się, zmobilizuj się, myśl i idź do przodu.

Tak właśnie go uczyłem i on to realizuje. To, co mu mama mówiła i co ja mu mówiłem.

Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” znajduje się na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl

Nigdy nie myślałem, że jestem niezłomny. Postanawiałem wytrzymać teraz. Wytrzymywałem. Wielu ludzi postępowało tak samo

Dopóki myśl działa analitycznie, nic o mnie nie wiedzą, nic, nikogo nie wydałem, czułem, że jestem wolnym człowiekiem. Pod tym względem, że wszystko co cenne, co bym mógł wydać – zatrzymuję w sobie.

Krzysztof Skowroński
Marian Markiewicz

Marian Markiewicz – wilnianin, żołnierz AK, więzień gestapo w czasie wojny, władzy ludowej po wojnie, założyciel Solidarności w Głubczycach – opowiada o tym, na czym polega wolność i jak to się stało, że zachował ją we wszystkich przeciwnościach długiego życia. Wysłuchał Krzysztof Skowroński.

(…) nie mogli ze mnie nic wydobyć, wrzucili do piwnicy. Nie wiem, ile tam byłem dni i nocy. Dostałem gangreny, lało się ze mnie wszystko, traciłem przytomność, odzyskiwałem i cały czas myślałem, co teraz może mnie uratować.[related id=34812]

A postanowiłem żyć. Pomyślałem sobie: przecież słyszę samochody, gdzieś jeżdżą. I zacząłem krzyczeć. Jak samochody jeżdżą, to i ludzie przechodzą chodnikami. No i krzyczałem. Zdarłem sobie gardło. Odzyskiwałem świadomość i znowu krzyczałem. Dawali mi tylko śledzia solonego i wody nic, do picia nic. I pomyślałem: aha, rzucili mnie – albo umrę, albo przyznam się na stracenie. No i właśnie te krzyki spowodowały, że kiedyś otwieram oczy, a stoją jakieś dwie postacie nade mną i jedna do drugiej mówi: – I wy dziwicie się, że on krzyczy? On umiera. A ten ktoś mówi: – To leczcie. A ten odpowiada: – W tych warunkach nie ma żadnego leczenia.

Dopiero wzięli na szpitalkę taką ubowską, pilnowany tam byłem, zaczęto leczyć. Goić się zaczęło wszystko, wszystko zgniłe mi powycinali. Pokazywali mi, każdy pytał: – Czy to bolało? A mnie nic prawie nie bolało, bo to wszystko było zgnite. A zgnite to już nie boli. I przeżyłem, ale dostałem 15 lat więzienia. Prokurator żądał kary śmierci.

W wyszedłem po siedmiu i pół latach. Siedem i pół lat siedziałem na bloku izolacyjnym, gdzie ani ołówka, ani niczego, cztery ściany i nic. Wyszedłem jako półanalfabeta.

Jak szliśmy na spacer, to jak na takim stołku między kratami siedział strażnik i otwierał te kraty, a śniadanie było zawinięte w gazetę, to się zwijało to śniadanie i później ten zatłuszczony papier gazetowy szedł od celi do celi. Stukało się Morsem, że mamy wiadomości. I tam ktoś wyciągał rękę, a myśmy mieli kamuszek ze spaceru, przywiązywaliśmy do nitki z siennika, no i wyrzucaliśmy, oni łapali i od celi do celi ten kawałek zatłuszczony szedł, żeby czytać, co się dzieje. Byliśmy odcięci od świata. (…)

Nie ma ludzi, którzy się nie boją. Po prostu trzeba myśleć. Ja starałem się zawsze myśleć i myśleć analitycznie. To znaczy: co o mnie wiedzą, co mówić, jak się zachowywać. I po prostu i nigdy nie myślałem, że ja jestem niezłomny. Postanawiałem wytrzymać teraz. Wytrzymywałem. Następnym razem znowu. Bo jak pomyśli się, że to może pół roku tak trwać – to jak ja wytrzymam? A ja za każdym razem analizowałem siebie i stwierdzałem, że jeszcze mogę wytrzymać. I zawsze wytrzymywałem. (…)

Życie jest piękne, a ja byłem już skłonny popełnić samobójstwo podczas ujęcia mnie. Kilka razy tyraliery po mnie przechodziły i nie widziały mnie. Ja miałem pistolet przystawiony do głowy, odbezpieczony, do oporu cisnąłem. Ale tyraliera przechodziła. Zabezpieczałem. Następna, trzecia, czwarta tyraliera szła, już się ściemniało. Ja wtedy, jakieś 15 minut wcześniej, pomyślałem: ciemno się robi, nie znaleźli mnie, to znaczy, że mam żyć. To niebo zadecydowało; mam bezwzględnie żyć, co będzie, to będzie.

I spojrzałem na zegarek, a zegarek cyferblat miał fosforyzowany. No i teraz ciemno się robi, idzie jeszcze jedna tyraliera, a ja nie zasłoniłem zegarka. I ostatniemu żołnierzowi, który szedł, to błysnęło. I od razu strzelił. No i teraz tak: cegły, brud, to wszystko. A to rykoszetem poszło, tak to że tu przybiło, tu przybiło, a to wszystko było brudne: kawałki cegły, brud. Dokumenty zakopane miałem, bo jak miałem samobójstwo popełnić, to zakopałem, żeby nie doszli, kim jestem. No i od razu mnie stamtąd wyciągnęli. Najpierw opatrunki, potem do Szczecina przywieźli, no i właśnie wrzucili do tej piwnicy. Jeszcze chciałem skoczyć z mostu, jak przejeżdżali przez Odrę. Później mnie przywieźli do Szczecina i mówią: – Chciałeś skoczyć. Ja na to: – Tak, chciałem, ale zdecydowałem, że będę, że trzeba żyć. (…)

Włączałem się we wszystkie zrywy. Jak zaczęły się te na Wybrzeżu, kiedy powstawała Solidarność w ‘80 roku, byłem akurat u rodziców we Wrzeszczu, przy ulicy Dworcowej. Właśnie był strajk w stoczni. Chodziłem, chleb nosiłem, nie mogłem się włączyć, bo mnie nikt nie znał. I wiedziałem, że mnie nie wolno się włączać. Bo ja mam tę przeszłość, że podałem się za bandytę; więc nie chciałem do nich nawet wchodzić, ale byłem.

Zaraz później, jak tam utworzyła się Solidarność, rozdawali materiały do założenia Solidarności. Ja wziąłem ten cały plik, jak zakładać – gotowe formularze, wszystko. Przywiozłem tutaj. I zaraz zacząłem zakładać. I namawiałem lekarzy, żeby przewodniczyli komisji zakładowej Solidarności w służbie zdrowia. Nikt nie chciał. Nikt nie chciał.

I ja widząc, że nikt nie chce, zacząłem myśleć, czy ja mogę. I doszedłem do wniosku, że muszę. Bo przecież chodzi o liczbę, chodzi o to, żeby ściągnąć miliony. Trzeba. Więc zakładałem (…)

Tak samo z Frasyniukiem. Ktoś się dzisiaj dziwi. A Frasyniuk, jak wszędzie czytałem, słuchałem – nieuchwytny, nieuchwytny; oni głosili, że Frasyniuk jest nieuchwytny. Polują na niego wszędzie, a on jest nieuchwytny. Zastanawiałem się, czemu go tak windują. I pojechałem do Wrocławia syna odwiedzić, studiował na politechnice. Przyjechałem do Wrocławia, wysiadłem na dworcu i wsiadam do tramwaju. A oni ogłaszali nawet, że on prawdopodobnie za kobietę się przebiera. I patrzę, jakiś rudzielec wsiada. Przyglądam mu się – przecież to mężczyzna, i do tego źle ucharakteryzowany. Patrzę – milicjanci stoją, patrzą na niego, i nic. Myślę sobie: to ich człowiek. To ich człowiek. Jak potem mówiłem o tym swoim, nikt mi nie wierzył.

Teraz – pierwsze wybory ‘89 roku przy kościele, nie wiem w tej chwili, jaki to kościół w Opolu. Jestem na tych pierwszych wyborach i przychodzi Frasyniuk. Ja siedzę przy oknie, stół prezydialny ode mnie o gdzieś 2 metry, a ja przy oknie, a on tam siedzi. Patrzę: Frasyniuk. I myślę sobie: będę się w niego wpatrywał, zaniepokoję go. I tak patrzę ostro na niego; teraz ja już nie mam takiego wzroku, ale wtedy miałem ostry wzrok. I nie odrywam od niego oczu. A on popatrzył tak na mnie raz, drugi raz i widzę – zaniepokoił się. Myślę sobie: no, masz czego się niepokoić, bo wiem, kim ty byłeś. Ale przecież ja nie mam żadnych dowodów, to tylko moje wyczucie. Moje wyczucie i nikt nie powie, żeby on po tamtej stronie był. A on był po tamtej stronie. Tak samo jak i Wałęsa. Tak to jest. (…)

Dlaczego ja w więzieniu czułem się wolny przez te siedem i pół roku? A dlatego, że zachowałem wszystkie tajemnice w sobie. Wy nic nie wiecie o tym, tylko ja wiem. Poza tym miałem ze sobą złoty pierścionek. Ten złoty pierścionek przechowywałem w paście od zębów. Między innymi, bo czasem w innych miejscach. Tak jak jest tubka, to tam na końcu tej tubki był pierścionek.

Czasem wydobywałem, jako rzecz, o której nikt nie wie, nawet współwięźniowie. W nocy brałem ten pierścionek, popatrzyłem: jestem człowiekiem wolnym, mimo że jestem na bloku izolacyjnym. Tylu was, tyle krat, tyle wszystkiego, ale ja jestem wolny. Tęsknię do moich rodziców, do wszystkich moich bliskich, do moich kolegów, ale jestem wolny i wytrzymam. I tak było, tak było.

W wigilię Bożego Narodzenia wrzucono mnie do karca. Do karca w zimie – przecież zimno! Ja całą noc biegłem. A dlaczego biegłem? Biegłem, żeby zachować ciepło, żeby nie położyć się, żeby nerek nie uszkodzić. Całą noc biegłem i wytrzymałem. (…)

Cały wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” znajduje się na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Marianem Markiewiczem pt. „Nawet w więzieniu byłem wolny” na ss. 10-11 sierpniowego „Kuriera Wnet” nr 38/2017, wnet.webbook.pl