Jan Paweł II i Tadeusz Kościuszko – te dwie postacie zostały przypomniane w pierwszej audycji Radia Wnet na 87,8 UKF

Św. Jan Paweł II był osobą niezwykłą i jest na to niesłychanie dużo dowodów. Część z nich przytoczyli rozmówcy Krzysztofa Skowrońskiego podczas premierowej audycji Radia Wnet w eterze.

16 października o 18:44 odbyła się pierwsza audycja Radia Wnet na 87,8 FM/UKF. Godzina jej rozpoczęcia nie była przypadkowa. Dokładnie trzydzieści dziewięć lat wcześniej padły historyczne słowa „Annuntio vobis gaudium magnum: Habemus Papam! Eminentissimum ac reverendissimum Dominum, Dominum Carolum Sanctæ Romanæ Ecclesiæ Cardinalem Wojtyła, qui sibi nomen imposuit Ioannis Pauli”.

W studiu te pamiętne słowa wspominał m.in. Piotr Witt, który usłyszał je podczas rozmowy telefonicznej od swojego kolegi, bo ten słuchał właśnie włoskiego radia.

– Trzeba czytać kardynała Wojtyłę. Jego pracę doktorską o Maxie Schelerze. To wspaniałe dzieło filozoficzne, bo wywód księdza Wojtyły jest tak spójny, przekonujący, elegancki, on pokazuje tam wszystkie wady i wszystkie zalety filozofii Maxa Schelera. Bardzo zachęcam słuchaczy do sięgnięcia po tę książkę, nie mówiąc już o innych pismach – powiedział publicysta Kuriera WNET.

Opowiedział również historie spotkań z papieżem. Oprócz Piotra Witta gośćmi Krzysztofa Skowrońskiego byli Tomasz Wybranowski, mec. Jacek Jonak, Paweł Lajszczak i prof. Zdzisław Krasnodębski, który wyjaśnił, dlaczego na swoim Twitterze poinformował, iż więcej nie da się zaprosić do TVP INFO.

Krzysztof Skowroński rozmawiał ze swoimi gośćmi również o Tadeuszu Kościuszce, który nie pozwalał malować swoich portretów, o roli mediów w społeczeństwie, życiu Polaka na emigracji, a także o sytuacji społecznej różnych regionów Europy.

 

Część pierwsza:

 

Część druga:

 

Zapraszamy do słuchania nas przez całą dobę na wnet.fm oraz w Warszawie i okolicach na 87,8FM.

 

Gepostet von Radio Wnet am Montag, 16. Oktober 2017

 

#FuerzaMéxico: pomagamy ofiarom trzęsienia ziemi w Meksyku. Zaproszenie na koncert charytatywny

W dzisiejszej audycji zaprosimy na koncert charytatywny #FuerzaMéxico na rzecz ofiar trzęsienia ziemi z września 2017, które spowodowało śmierć prawie 500 osób i olbrzymie straty materialne.

Meksyk to kraj, który leży na styku trzech płyt tektonicznych: Północnoatlantyckiej, Kokosowej i Pacyficznej. Niemal cały kraj narażony jest na trzęsienia ziemi. Stanami szczególnie narażonymi są: Chiapas, Guerrero, Oaxaca, Michoacán, Colima i Jalisco położone na wybrzeżu Pacyfiku. Jak podaje Meksykański Serwis Geologiczny (SGM) wstrząsy o sile ≤4,5 M występują ponad 100 razy w ciągu roku. Wstrząsy o sile ≥6,5 M około pięciu razy w ciągu czterech lat, zaś najsilniejsze z nich o sile ≥7,5 M raz na dziesięć lat.

Można by powiedzieć, że Meksykanie przyzwyczajeni są do życia w takich warunkach i coraz lepiej przygotowani są do najsilniejszych wstrząsów, czego najlepszym przykładem są szkolenia organizowane przez liczne organizacje, a także nowoczesne budowle wznoszone na specjalnych dźwigarach amortyzujących wstrząsy. Pierwszym takim budynkiem była oddana w 1956 r. Wieża Latynoamerykańska.

A jednak co kilka lat pojawiają się doniesienia z tego kraju mówiące o silnych wstrząsach, pochłaniających liczne istnienia ludzkie. Najbardziej tragiczne z nich miało miejsce 19 września 1985 roku: według oficjalnych danych zginęło wówczas około 10 000 osób. Nieoficjalne dane, uwzględniające także liczbę osób zaginionych i nigdy nieodnalezionych, podają rząd wielkości nawet cztery razy wyższy.

Niestety i wrzesień bieżącego roku okazał się tragiczny dla Meksykanów: w dwóch trzęsieniach ziemi z 7 i 19 września zginęło prawie 500 osób, a tysiące straciły dorobek swego życia. Jak to się stało, że obydwa trzęsienia ziemi przyniosły tyle ofiar i tyle strat? Czy można było ich uniknąć? Jak wyglądało przygotowanie Meksyku na to nieszczęście? Co jeszcze powinno zostać zrobione, a czego należałoby uniknąć lub wręcz bezwzględnie zakazać? Jak wygląda pomoc ofiarom?

Pytań związanych z wrześniową tragedią jest bardzo wiele. Na wszystkie te pytania postarają się odpowiedzieć nasi goście: Irwin Salazar – attaché ds. kultury Ambasady Meksyku, oraz Isabel Balderas i Cinthia Aparicio, reprezentujące grupę Przyjaciół Meksyku w Polsce.

W rozmowie z prowadzącym audycję Zbyszkiem Dąbrowskim nasi goście zaproszą także wszystkich słuchaczy na Koncert charytatywny na rzecz ofiar trzęsienia ziemi w Meksyku #FuerzaMéxico. Koncert ten, w wykonaniu polskich i meksykańskich muzyków, będzie świetną okazją dla naszych słuchaczy do tego, aby samodzielnie pomóc osobom poszkodowanym we wrześniowych trzęsieniach ziemi. Cały dochód z tego koncertu (tzn. z wejściówek oraz z przychodów z licytacji) zostanie bowiem przekazany osobom potrzebującym, które podczas trzęsienia ziemi straciły swój majątek.

Koncert odbędzie się w poniedziałek 23 października o godz. 19.00 w Nowym Świecie Muzyki (Nowy Świat 63), zaś więcej szczegółów na jego temat znaleźć można pod tym linkiem.

Serdecznie zapraszamy i na koncert #FuerzaMéxico i na naszą audycję, która odbędzie się w najbliższy poniedziałek, 16 października, jak zwykle o 21.00! Będziemy rozmawiać po polsku i po hiszpańsku!

¡Républica Latina – uświadamiamy i pomagamy!

Resumen en castellano:

La República Mexicana está situada en una de las regiones sísmicamente más activas del mundo, donde se concentra la mayor actividad sísmica del planeta. Los terremotos y temblores aparecen muchas veces al cado año, pero la mayoría de ellos es bastante débil para no causar ningún daño. Sin embargo hay que mencionar también de los terremotos fuertes y peligrosos que causaron muchas víctimas. E.g. el terremoto más trágico en sus consecuencias y víctimas de 19 de septembre 1985.

También el septiembre 2017 trajo dos terremotos fuertes, que causaron varías víctimas y muchas pérdidas. En los terremotos del 7 y 19 de septiembre murieron casi 500 personas y miles de otra gente perdieron todas las pertenencias de sus vidas. Porqué hay tantas víctimas si dentro de las últimas decads se había hecho mucho para minimalizar las perdidas? Cómo se ve el proceso de ayuda a las víctimas? Qué fue hecho y qué todavía hay quegacer para evitar las víctimas y las perdidas materiales en el futuro? El tema es muy amplio y junto con nuestros invitados: Irwin Salazar – el Agregado Cultural de la Embajada de México, Isabel Balderas y Cinthia Aparicio del Grupo de Amigos de México en Polonia vamos a probar buscar las respuestas a todas las preguntas.

En la conversación con Zbyszek Dąbrowski de República Latina, nuestros invitados van también a invitar a todos nuestros oyentes para el Concierto Caritativo Mexicano #FuerzaMéxico  en beneficio de las víctimas del terremoto en México.

El concierto tendrá lugar el lunes 23 de octubre, a las 19H00 en Nowy Świat Muzyki (Nowy Świat 63). La entera recaudación del evento (las entradas e ingresos de la subasta) se donará a las vícitmas de ambos terremotos de Septiembre 2017. Más detalles pueden encontrar bajo del enlace.

Les invitamos para participar en el concierto #FuerzaMéxico y para nuestra emisión del lunes 16 de octubre, a las 21H00! Vamos a hablar polaco y castellano!

Joanna Kopcińska, wiceszefowa sejmowej Komisji Zdrowia: Mamy wspólne cele z rezydentami; różni nas jedynie droga dojścia

Jeśliby natychmiast spełnić oczekiwania rezydentów (…), to składkę zdrowotną z 9% należałoby podnieść do 14%, ale my nie chcemy wyciągać pieniędzy z kieszeni obywateli – powiedziała poseł.

 

– Postulaty płacowe to nie jedyne postulaty, z którymi wyszli lekarze rezydenci – powiedziała Joanna Kopcińska, lekarka i nauczycielka akademicka z zawodu, posłanka Prawa i Sprawiedliwości, wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Zdrowia, a także członkini Komisji ds. Amber Gold. Przypomniała, że Porozumienie Lekarzy Rezydentów zostało reaktywowane w październiku 2015 roku i właśnie od tego momentu zdefiniowało ono swoją postawę wobec tego, co się dzieje w służbie zdrowia. Wówczas to dotyczyło będącej u steru władzy Platformy Obywatelskiej i PSL. – Tych, którzy dzisiaj stoją w pierwszym rzędzie, broniąc rezydentów. To przede wszystkim wielka hipokryzja polityczna, bo to ich wina, że przez całe lata nie były podejmowane skuteczne działania mające na celu podwyższenie nakładów na zdrowie. My teraz musimy się zmierzyć z konsekwencjami, jakimi są luka pokoleniowa, brak lekarzy i pielęgniarek.

[related id=41708]Jej zdaniem rząd PiS podjął wszelkie działania mające na celu poprawę, bo już w tym roku nakłady na służbę zdrowia wzrosły w stosunku do 2016 roku o 8 mld zł (ogółem 87 mld zł).

W 2018 r., zgodnie z budżetem, będzie to 6 mld zł, co w sumie stanowi podwyższenie nakładów o ponad 15 procent w ciągu dwóch lat. Wiceprzewodnicząca Komisji Zdrowia przypomniała, że minister Konstanty Radziwiłł pozyskał dodatkowe fundusze z budżetu na doposażanie szpitali i likwidację kolejek w takich dziedzinach, jak operacje zaćmy, wstawianie endoprotez czy leczenie onkologiczne.

– My również, tak jak lekarze rezydenci, chcemy, aby minimum na ochronę zdrowia stanowiło 6 procent PKB, co ma znaleźć swój zapis w ustawie i potwierdził to prezes PiS – zadeklarowała Joanna Kopcińska, która uważa, że podniesie to bezpieczeństwo pacjentów, a kadra medyczna, w tym lekarze rezydenci, będzie w sposób godziwy wynagradzana. – Do tego trzeba dojść w sposób rozsądny, rozważny i odpowiedzialny.

Przypomniała, że w dyskursie publicznym na temat reformy zdrowia pojawia się często motyw podwyższenia składki zdrowotnej, co faktycznie podwyższyłoby koszty pracy i podatki, a tego rząd PiS nie chce. Dlatego preferuje stopniowe dochodzenie do owych 6 procent PKB na służbę zdrowia.

– Jeśliby natychmiast spełnić oczekiwania rezydentów i nakłady na służbę zdrowia miałyby wynieść 6,8 procent PKB, to składkę zdrowotną z 9 procent należałoby podnieść do 14 procent, ale my tego nie chcemy, bo naprawdę skończyły się czasy wyciągania pieniędzy z kieszeni obywateli – powiedziała posłanka PiS.

Zespół powstający właśnie dzisiaj pod auspicjami ministra zdrowia, do którego zostali zaproszeni również lekarze rezydenci, ma między innymi przygotować rozwiązania i analizy dotyczące wzrostu nakładów na ochronę zdrowia do 6 procent PKB. W jego skład wejdą przedstawiciele samorządów zawodów medycznych (w tym, w założeniach, również delegaci rezydentów) i strony społecznej (związków zawodowych i organizacji pracodawców), podmiotów kształcących lekarzy, a także Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Finansów.

– Liczę na to, że do dzisiaj powołanego zespołu rezydenci wejdą i będą pracowali do 15 grudnia – powiedziała posłanka Kopcińska, która uważa, że data 15 grudnia nie jest przypadkowa, bowiem do tego momentu będzie jeszcze możliwa korekta przyszłorocznego budżetu państwa. – Już zaczęły się działania w tym roku w kierunku zwiększania zarobków wszystkich zawodów medycznych, bo dostali je ratownicy medyczni i pielęgniarki.

[related id=42025]- Do 2021 roku płaca minimalna rezydentów będzie wynosiła około 5200 złotych – powiedziała wiceszefowa sejmowej Komisji Zdrowia. – Najważniejsza przy każdej różnicy zdań jest rozmowa i jeśli lekarze rezydenci wezmą udział w tym dialogu, to jest szansa na porozumienie (…), bo zespół rozpocznie pracę bez względu na to, czy lekarze rezydenci wezmą w nim udział, czy nie, a ich obecność jest o tyle ważna, że prace będą dotyczyły właśnie ich postulatów.

– Mamy wspólne cele z rezydentami, a różni nas jedynie droga dojścia do nich – powiedziała Joanna Kopcińska.

Całej rozmowy można wysłuchać w części czwartej dzisiejszego Poranka WNET.

MoRo

 

 

Porozumienie rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy: Zawieszamy protest na okres rozmów z rządem

W godzinach wieczornych lekarze rezydenci zawiesili protest głodowy na czas rozmów z rządem, który tworzy zespół ds. reformy służby zdrowia. Poprosili listownie parę prezydencką o mediację z rządem.

Dziś 12 października w godzinach wieczornych lekarze rezydenci zawiesili na czas rozmów z rządem protest głodowy. Do końca tygodnia w Ministerstwie Zdrowia powstanie zespół, którego powołanie zapowiedziała premier po spotkaniu z rezydentami – poinformowała rzecznik resortu zdrowia Milena Kruszewska. Zespół ma m.in. przygotować rozwiązania i analizy dot. wzrostu nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB. Jutro minister Konstanty Radziwiłł wystąpi do właściwych ministerstw, samorządów zawodów medycznych, przedstawicieli strony społecznej (związków zawodowych i organizacji pracodawców), a także podmiotów kształcących lekarzy o wskazanie przedstawicieli, którzy wezmą udział w pracach zespołu.

Kruszewska wskazała, że głównym celem prac zespołu będzie przygotowanie rozwiązań i analiz dotyczących wzrostu nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB. Zespół będzie też wypracowywał rozwiązania dotyczące zmian w kształceniu kadr medycznych, a także regulacji ws. wynagrodzeń dla pracowników wykonujących zawody medyczne, w tym dla rezydentów. Zespół ma zakończyć prace do 15 grudnia.

W czwartek w Sejmie minister zdrowia przedstawił informację w sprawie protestu głodowego lekarzy rezydentów, trwającego od 2 października.  Wicepremier Morawiecki zapewniał w wypowiedzi dla Wiadomości TVP, że nakłady na zdrowie w przyszłym roku zostaną znacznie podwyższone i będą rosnąć stale przez najbliższe lata, a będzie to znaczący skok w wydatkach z budżetu państwa.

Na kilka godzin przed ogłoszeniem zawieszenia protestu szefowie Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy wystosowali do Andrzeja Dudy i Agaty Kornhauser-Dudy list, w którym przedstawili swoje postulaty. Piszą, że „długie negocjacje z Ministerstwem Zdrowia, również z udziałem mediatora, a następnie rozmowa z Marszałkiem Senatu i w końcu z Panią Premier nie przyniosły oczekiwanych efektów”.  Tłumacząc, że zamiast przedstawienia propozycji konkretnych rozwiązań, w tym zwłaszcza precyzyjnego planu dojścia w ciągu 3 lat do właściwego poziomu finansowania publicznej ochrony zdrowia, usłyszeli od premier propozycję „utworzenia kolejnej komisji, której wynik prac nie jest pewny”.

W dniu wczorajszym odbyło się posiedzenie Komitetu Protestacyjnego Porozumienia Wszystkich Zawodów Medycznych białego personelu, a więc nie tylko lekarzy rezydentów, i zapadła na nim decyzja dotycząca zaostrzenia protestu w całej służbie zdrowia.

– Mamy dużą rezerwę do propozycji rządu – powiedział Jakub Kosikowski, członek zarządu Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, komentując wczorajsze propozycje rządu przedstawione podczas spotkania w Centrum Dialogu. Przypomniał, że rezydenci składali rządowi swoje propozycje już dwa lata temu, jeszcze za poprzedniej koalicji rządowej, a po przejęciu władzy przez PiS zostali zaproszeni do zespołu, który miał opracować zmiany w kształceniu podyplomowym lekarzy podejmujących specjalizację na etatach jako woluntariusze i rezydenci. – Ustalenia tego zespołu zostały utajnione i nie wdrożono ich do tej pory. Rok leżą już odłogiem i dlatego proszę się nie dziwić, że zapewnienia strony rządowej traktujemy ze sceptycyzmem. (…) Kolejny zespół, który coś ma opracować, a my już raz za tej władzy w czymś takim braliśmy udział i to nie przełożyło się na sytuację pacjentów.

Kosikowski zwrócił uwagę, że tuż przed spotkaniem w Centrum Dialogu z premier Beatą Szydło ogłoszono podwyższenie o 40 procent nakładów na wynagrodzenia dla rezydentów.

– To nie oznacza podniesienia pensji, bo rozporządzenie określające wysokość naszych poborów nie zostało zmienione, a to jest podstawa prawna – powiedział przedstawiciel strajkujących rezydentów, który przypomniał, że wysokość uposażeń rezydentów nie zmienia się już od ośmiu lat. W dodatku ta pula nie musi zostać wykorzystana. Jako przykład podał województwo opolskie, gdzie na 34 miejsca specjalizacyjne z chorób wewnętrznych są tylko cztery podania o rezydenturę.

– To jest tak, jak gdybyśmy powiedzieli, że na 500+ przeznaczamy 100 miliardów, a to nic, że wydaliśmy 20 – powiedział Kosikowski, wyjaśniając problem; i dlatego, jak dowodził, nie można powiedzieć, że zmieni to w sposób istotny sytuację pacjentów i pracujących, bo na przykład zostaną wydane 3 miliardy na sprzęt, którego nie będzie miał kto obsługiwać. – Samo mówienie, że damy więcej pieniędzy, jest dla nas mało konkretne.

– Tu nie chodzi o to, by rząd położył na stół jakąś kwotę, bo nie w tym leży problem – powiedział Kosikowski. Jego zdaniem deklaracje tego typu ze strony rządu muszą być poparte rozporządzeniami wykonawczymi, jak chociażby zmianą tego, które dotyczy uposażeń rezydentów, i dopiero wtedy będzie można rozmawiać o konkretach, „bo obietnice to tylko obietnice”.

– Nam zależy, żeby rząd przedstawił jakiś konkretny program na reformę systemu zdrowia, bo mamy wrażenie, że tego pomysłu na program nawet nie ma, a minęły już dwa lata i nie ma fazy realizacji, a dopiero naprędce coś usiłuje się wymyślić – zauważył Kosikowski. – Poważna reforma systemu zdrowia w Polsce, która miałaby powstać w dwa miesiące? (…) Nie da się przeprowadzić w Polsce bezboleśnie reformy systemu zdrowia i nie wyobrażam sobie, aby jakikolwiek rząd był w stanie wprowadzić to na rok czy pół roku przed wyborami.

Po spotkaniu z lekarzami rezydentami premier Beata Szydło mówiła wczoraj: – Zaproponowałam, żebyśmy rozpoczęli prace nad postulatami, które rezydenci zgłosili. W mojej ocenie są one potrzebne i słuszne. Dotyczą zwiększenia nakładów na służbę zdrowia, zwiększenia wynagrodzeń dla rezydentów oraz dla innych zawodów medycznych.

Zdaniem Kosikowskiego reforma tego typu musi być wprowadzana od początku kadencji rządu, który to będzie przeprowadzał, aby ludzie zauważyli wymierną poprawę i formacja wprowadzająca ją nie zebrała tylko odium okresu przejściowego.

– Minister Radziwiłł nie jest w stanie nic zrobić bez ministra Morawieckiego (…) i nie ma pola do popisu przy środkach, które ma, bo od mieszania łyżeczką herbaty nie stanie się ona słodsza – powiedział Kosikowski.

Premier Szydło, wyjaśniając uzgodnienia na wczorajszym spotkaniu w Centrum Dialogu, powiedziała, że jej oferta polega na tym, że powołany zostanie zespół, w którym razem będą pracować przedstawiciele rządu, rezydentów i środowisk medycznych. Zapewniała wczoraj, że rezydenci zgodzili się na „danie czasu” stronie rządowej i sobie do 15 grudnia, „żeby odpowiedzieć na trzy pytania i wypracować rozwiązania”, które mają być systemową zmianą, dotyczącą wszystkich zawodów medycznych. „Nie może być tak, że zmiany dotyczą tylko jednej grupy” – powiedziała wczoraj premier w rozmowie z portalem „wPolityce”. Przypomniała, że projekt wzrostu nakładów na służbę zdrowia zakłada, że do 2025 roku nakłady będą wynosiły 6 proc. PKB. Rezydenci są jednak innego zdania.

Lekarze prowadzą protest w hallu głównym Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie. Po wieczornych rozmowach z przedstawicielami rezydentów minister Radziwiłł odwiedził prowadzących głodówkę w szpitalu.

Protestujący lekarze domagają się m.in. wzrostu finansowania ochrony zdrowia do poziomu 6,8 proc. PKB w trzy lata, z drogą dojścia do 9 proc. przez najbliższe dziesięć lat. Kolejnymi postulatami są: zmniejszenie biurokracji, skrócenie kolejek, zwiększenie liczby pracowników medycznych, poprawa warunków pracy i podwyższenia wynagrodzeń. Lekarzy wspierają przedstawiciele innych zawodów zrzeszonych w Porozumieniu Zawodów Medycznych, m.in. fizjoterapeuci, psychologowie i ratownicy.

 

MoRo

„Za daleki Bliski Wschód”. Książka polskiego jezuity o losach Kościoła w Syrii i o dramacie bliskowschodniej wojny

Jeżeli chcemy pomagać, to musimy przede wszystkim nauczyć się słuchać. Nasza obecna wiedza jest jakimś konstruktem opartym na wybiórczych informacjach medialnych – mówi ksiądz Zygmunt Kwiatkowski.

 

Jeżeli obecnie chce się szczerze pomagać Syryjczykom lub jakiejkolwiek innej społeczności bliskowschodniej, to przede wszystkim należy usunąć przyczyny wojny. Została ona wywołana jako świadoma misja zaprowadzenia na świecie „nowego porządku” (…) Ważnym etapem była też tzw. arabska wiosna, która zyskała poparcie opinii światowej i zmieniła się w straszliwy wojenny chaos – pisze ksiądz Zygmunt Kwiatkowski, jezuita, który przez trzydzieści lat pracował na Bliskim Wschodzie.

 Ojciec Zygmunt Kwiatkowski, który był gościem Witolda Gadowskiego w Poranku Wnet, jest autorem książki „Za daleki Bliski Wschód”. Książka pokazuje wciąż zbyt mało znaną w Polsce rzeczywistość Kościoła w Syrii, Libanie, Egipcie – czyli tam, gdzie chrześcijaństwo istnieje od czasów apostolskich. Jest to właściwie reportaż pokazujący wyznaniową mozaikę Bliskiego Wschodu. W pierwszej części autor opisuje względną wolność, jaką cieszyli się tam chrześcijanie przed inwazją na Irak i przed powstaniem Państwa Islamskiego.[related id=41518]

Druga część książki pokazuje dramatyczną sytuację, która panuje obecnie w tamtym rejonie – od symbolicznego początku, czyli wojny w Iraku, poprzez arabską wiosnę, aż po wojnę w Syrii. Jezuita nazywa ją najgorszą od pierwszych lat trwania chrześcijan na tych ziemiach. Możemy śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia z ludobójstwem i wielkim exodusem chrześcijaństwa z jego macierzystych stron. Grozi niebezpieczeństwo, że Kościół całkiem zniknie z ziem, które stanowiły jego kolebkę.

Misjonarz stawia tezę, że Zachód ponosi dużą współodpowiedzialność za to, co się dzieje na Bliskim Wschodzie.

– Dla mnie to obowiązek moralny, żeby o tym mówić – deklaruje o. Zygmunt Kwiatkowski. – To są konkretni ludzie, wobec których mam obowiązek być tutaj świadkiem.

Autor publikacji zwraca uwagę na to, że nieznajomość człowieka, jego kultury i regionu stanowi przeszkodę w skutecznej pomocy ofiarom wojny w Syrii. – Jesteśmy pod presją tego, że tam dzieje się źle i że trzeba szybko reagować. Jednak bez poznania tamtej kultury nasze wychodzenie im naprzeciw nie jest wychodzeniem naprzeciw. Jest raczej mijaniem się.

Wypowiedzi ojca Zygmunta Kwiatkowskiego wysłuchaliśmy podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez Katolicką Agencję Informacyjną.


Książka księdza Zygmunta Kwiatkowskiego SJ Za daleki Bliski Wschódjest kolejną publikacją w serii reportaży wydawanych przez poznańskie wydawnictwo Święty Wojciech.

Sachajko: Amerykańskie FDA uznało masło za zdrowsze od margaryny, a twarde margaryny za szkodliwe dla zdrowia

Poseł Kukiz’15 o powodach coraz wyższych cen masła, ogólnie jedzenia w Polsce, afrykańskim pomoże świń i winie ministra Szyszki, GMO i „zwijaniu się” produkcji zwierzęcej z powodu złych przepisów.

Wotum nieufności dla ministra rolnictwa dr. Krzysztofa Jurgiela było zdaniem posła Kukiz’15 tylko takim „show” i to w dodatku nieudolnie zrobionym przez opozycję totalną, która kwestionowała chociażby kwestie podniesienia wieku emerytalnego dla rolników, podczas gdy cała Polska wiedziała, że wiek emerytalny podniosły rządy PO – PSL.

Gość Poranka WNET poseł Jarosław Sachajko, dr nauk rolniczych, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz członek Komisji Zdrowia, nie mógł jednak poprzeć działań Ministerstwa Rolnictwa, które wykazuje się daleko idącą opieszałością, i dlatego wstrzymał się i takie postępowanie rekomendował swojemu klubowi w trakcie głosowania.

– Oczywiście nie chciałbym, aby słuchacze zrozumieli, że jest gorzej niż było, bo tak nie jest. Jest nawet dużo lepiej niż za rządów PSL – PO, tylko idzie to za wolno. Świat nam dalej ucieka – powiedział poseł Sachajko. Uważa, że brak polskiej hodowli trzody chlewnej i sprzedaż stacji unasienniania to zjawiska niekorzystne dla naszej gospodarki rolnej.

– W produkcji roślinnej jeszcze ta równowaga występuje, bo 40 procent wysiewu to polskie zboża – powiedział, jednak – w Polsce nie ma mechanizmów wspierania hodowli.

– Jeśli nie ma hodowli trzody chlewnej, to nie ma również cen na zboże – zaznaczył poseł. Podniósł tu również kwestie związane z wyśrubowanymi normami rozporządzenia o bioasekuracji przy hodowli świń, które de facto zwijają całą produkcję w niewielkich gospodarstwach rolnych na rzecz olbrzymich kombinatów, co owocuje coraz wyższymi cenami wieprzowiny – ostatnio wzrosła o niemal 20 procent.

Afrykański pomór świń, który panuje na wschodniej ścianie Polski, zdaniem gościa Poranka rozprzestrzeni się, jeśli nie zostaną podjęte stanowcze kroki w celu zduszenia epidemii mogącej zagrozić stabilności całej gospodarki rolnej w Polsce.

– Apeluję do ministra Szyszki, aby zaczął mieć realny nadzór nad Polskim Związkiem Łowieckim – mówił na antenie Jarosław Sachajko, podkreślając konieczność wybicie całej populacji dzików z terenów objętych zarazą, bo „dziki i tak zdychają w straszliwych męczarniach” (choroba nie dotyka ludzi), a granica ASF wciąż się przesuwa i jest już bardzo blisko Wisły.

Źródło afrykańskiego pomoru świń (ASF), jak sama nazwa wskazuje, jest w Afryce. Po 10 latach choroba ta pojawiła się w Rosji, a stamtąd na Podlasiu. Jej źródłem nie są tylko dziki, przenoszona jest również przez muchy i komary, dlatego w promieniu trzech kilometrów od miejsca, gdzie znaleziono martwego dzika, całą trzodę chlewną trzeba wybić, gospodarstwo odkazić i zutylizować padlinę.

– Czechy dużo mądrzej od nas postępują, bo tam, gdy pojawiła się ta choroba, płotem otaczali cały teren i wybijali całą populację dzików. To jest sposób na powstrzymanie tej choroby – powiedział Jarosław Sachajko. Jego zdaniem Polska powinna postępować tak samo, bo już tracimy zdrową żywność, rolnicy – środki produkcji, z których żyli, a państwo jest zmuszone płacić za odkażanie i utylizację. W dodatku okres karencji trwa kilka lat trwa i nie można w gospodarstwie, w którym stwierdzono ASF, rozpocząć wcześniej hodowli. Ponoć Ministerstwo Rolnictwa już mówiło, że płot będzie, ale do tej pory jeszcze go nie ma, tymczasem aby problem z ASF wyeliminować, należałoby postawić płot wzdłuż granicy z Białorusią i Ukrainą, bowiem stamtąd do nas wciąż przechodzą chore sztuki zwierząt.

– Ministerstwo ratuje się w ten sposób, że udzieliło pozwoleń na hodowanie trzody w wielki fermach, ale to nie jest wyjście dla polskiego rolnictwa, bo albo chcemy mieć małe gospodarstwa rodzinne, albo trzeba powiedzieć rolnikom: trudno, nie będziecie produkowali, będziemy mieć wielkie farmy – powiedział gość Poranka. Zaznaczył, że beneficjentami tej sytuacji są jedynie wielkie korporacje i to najczęściej niepolskie. Jako przykład podał amerykańską korporację Smithfield Foods, która została sprzedana Chińczykom, po czym w krótkim czasie zaczęła dostawać coraz to nowsze pozwolenia na hodowlę w olbrzymich fermach świń w Polsce.

– To jest zagrożenie również dla środowiska, a przecież wprowadzenie „ustawy antyodorowej” zapobiegłoby nadmiernej koncentracji hodowli – mówił poseł, który uważa za konieczne wprowadzenie tego typu zapisów w Polsce i chciałby, aby minister Szyszko, z którym zgadza się w wielu kwestiach, zajął się tym jak najszybciej. – Nie może być tak, żeby na małym obszarze było kilkanaście tysięcy sztuk trzody chlewnej, bo to szkodzi środowisku i stanowi niebezpieczeństwo dla budżetu, a w wypadku dostania się tam ASF, mamy gigantyczne wydatki na utylizację itd.

– Eksport produktów spożywczych z Polski rośnie, chociaż było olbrzymie tąpnięcie w związku z zamknięciem rosyjskiego rynku, który jest nie do odzyskania. Rosjanie wpompowali olbrzymie pieniądze w swoje rolnictwo. Są już eksporterem cukru, zboża, trzody chlewnej – powiedział dr Sachajko. – Rosjanie również, co jest spowodowane problemami z odpadami z produkcji drobiu, chcą wejść na rynek produkcji zwierząt futerkowych.

– Rosjanie już wiedzą, a Polacy też powinni to wiedzieć, że zawsze będzie się jadło, i po prostu zainwestowali w rolnictwo. Prezydent Putin wydał nawet dokument zabraniający wszelkiego GMO na terenie Rosji, a więc nie tylko siania, ale również importowania produktów GMO – mówił poseł. – Polska nadal jest importerem chociażby soi GMO, której aż 90 procent pochodzi z tego typu upraw. Oznacza to, że gdy idziemy do marketu i kupujemy mięso, to mamy dziewięćdziesiąt kilka procent pewności, że kupujemy mięso ze zwierząt karmionych ziarnem GMO.

Projekt ustawy w tej sprawie Kukiz’15 złożył już kilka miesięcy temu. Mówi ona, żeby żywność ma być znakowana na obecność GMO w całym procesie produkcyjnym. Niestety projekt trafił „do sejmowej zamrażarki”, bo rząd mówi, że pisze swoją wersję. Tymczasem obywatele mają prawo wiedzieć, idąc do sklepu, co kupują.

Kolejnym problemem jest brak zgody rządu na sprzedaż przez rolników własnej żywności za pośrednictwem sklepów. W poparcie tego projektu zaangażowani są działacze, którzy chcą sprzedawać swoje produkty lub takie przyjmować do sprzedaży na rynkach lokalnych za pośrednictwem sklepów. Nawet prezydent Andrzej Duda apelował do ministra rolnictwa, aby rozważył możliwość sprzedaży przez rolników własnych produktów przetworzonych za pośrednictwem sklepów.

Zdaniem posła Sachajki po uwolnieniu rynku cukru w Polsce, jeśli polityka rządu dotycząca tego rynku będzie dobrze przemyślana i konsekwentna, „nic się nie stanie”. Gorzej, jeśli nie będzie tej polityki – poseł przewiduje, że wówczas sytuacja rozwinie się podobnie, jak to miało miejsce w przypadku rynku produktów mlecznych, który został uwolniony rok temu i wiele gospodarstw mleczarskich upadło, bo cena mleka drastycznie spadła.

– Nie było to przemyślane i skutki odczuwamy już dziś. W tej chwili cały świat przerzuca się na tłuszcz zwierzęcy, czyli na masło. W Stanach Zjednoczonych zakazano stosowania olejów utwardzonych, popularnych margaryn. W Danii jest prawodawstwo, które nakazuje opisywanie produktów zawierających oleje utwardzone (tzw. tłuszcze trans – przyp. red.), ponieważ są to oleje niezdrowe dla naszego organizmu – powiedział dr Sachajko. Poseł chciał zorganizować konferencję na ten temat w Sejmie, licząc, że polski rząd podejmie podobne decyzje. – Obywatele mają prawo wiedzieć, że te oleje są szkodliwe i w których produktach one są. Moglibyśmy nawet zakazać stosowania olei utwardzanych w produktach spożywczych. Kilka tysięcy osób rocznie umiera z tego powodu, że spożywają oleje utwardzone.

Przypomniał, że stosuje się tego typu tłuszcze na masową skalę w produkcji cukierniczej, czyli do produkcji wszelkiego typu ciast i ciasteczek, krakersów, czy herbatników.

– Skoro nie powinno się używać margaryn, to trzeba zastąpić je masłem – to pierwszy z powodów wzrostu cen masła w polskich sklepach. Drugim jest eksport masła do Chin, ale głównym problemem jest brak strategicznego myślenia rządu, bo jeżelibyśmy mieli zapasy strategiczne masła, to taki problem by nie wystąpił, a państwo mogłoby jeszcze na tym nawet zarobić – powiedział dr Sachajko, podkreślając, że w Polsce aktualnie masło jest droższe niż w Niemczech.

MoRo

Wielka Gala „Jesteśmy razem”. Koncert pełen emocji i empatii – 16 października 2017 roku w Warszawie na Torwarze

Fundacja Szansa dla Niewidomych organizuje koncert na rzecz niewidomych. Słuchacze Radia WNET są specjalnie zaproszeni, przysługuje im 10 procent rabatu. W Poranku WNET gościł Janusz Mirowski.

Janusz Mirowski z Fundacji Szansa dla Niewidomych w Poranku WNET zaprosił na Galę „Jesteśmy razem” 16 października 2017 roku na Torwarze – koncert pełen emocji i empatii. Ideą koncertu jest to, żeby niewidomi byli razem z widzącymi.

Na koncercie wystąpią: Sorry Boys, Katarzyna Moś, Katarzyna Cerekwicka, Hanna Stach, Marek Piekarczyk, Mate.O Akustyczny DUET i Mietek Szcześniak w koncercie finałowym. Zaproszeni są niewidomi i widzący. Bilety można nabyć tutaj. Słuchaczom Radia WNET przysługuje 10 procent rabatu.

 

Pieniądze uzyskane ze sprzedaży biletów zostaną przekazane Fundacji Szansa dla Niewidomych. Od 25 lat ideą przyświecającą działaniom fundacji jest to, żeby niewidomi czuli się pełnosprawni. Pomaga im, żeby mogli normalnie żyć, pracować. Fundacja prowadzi między innymi tzw. nowoczesną rehabilitacją niewidomych.

JS

 

 

 

Galopująca laicyzacja we Francji w myśl zasady: „Schowajcie mi ten krzyż, żebym go tu więcej nie widział!”

Niewielu Francuzów ma świadomość, że zalecenia przychodzą z góry i dechrystianizacja jest prowadzona w sposób planowy. Rządy republikańskie uczyniły w ostatnim czasie z laicyzacji wyznanie wiary.

Powołaniem nas, dziennikarzy, jest dostarczanie nowin o tym, co się dzieje na świecie. Przyznam się, przychodzi mi to z coraz większym trudem. Każdy dzień przynosi ze sobą wiadomości o kolejnych wypadkach, zmianach w ministerstwach, rządzie, wyborach…, ale w sferze idei politycznych wciąż tylko afery sprzed lat przedstawiane w coraz to nowych odsłonach (scoop).

Przysłowie francuskie mówi, że każdego dnia rodzi się nowy jeleń. Może dla „owego jelenia” są to sensacje zapierające dech w piersiach, ale takimi już nie są dla tych, co już co nieco przeżyli…

To prawda, że pojawiły się na francuskiej scenie politycznej nowe postaci w pierwszoplanowych rolach: Macron, Mélenchon…, ale odnosi się wrażenie, jakby to była ta sama sztuka grana w nowej obsadzie. Znamy oś dramatyczną, możemy kwestie chórem wypowiadać wraz z aktorami. (…) Nieraz nam się zdarza nawet westchnąć z nostalgią za starymi gwiazdami. Ach, Ségolène Royal niezastąpiona w roli pierwszej naiwnej; ach, Mitterrand jako ojciec dzieciom z różnych matek; a zwłaszcza nieodżałowany Jean-Marie Le Pen dublowany nieudolnie przez wrzaskliwą córkę.

Na temat dechrystianizacji Francji mógłbym bez żadnych zmian powiedzieć to, co napisałem w moich „Kronikach paryskich” z okazji zakazania plakatu, na którym widniało „trefne” słowo „chrześcijaństwo”. Wówczas chodziło o reklamujących się śpiewających księży. Obecnie zakaz przeniósł się na jogurt.

Osądźcie sami, aby lepiej sprzedać greckie produkty spożywcze, powszechnie cenione, wielcy dystrybutorzy od Lidla do Carrefour’a przez Nestle zadecydowali umieścić piękną fotografię kościoła na greckiej wyspie Santorini i wybuchł skandal. Dziennikarze źle usposobieni do zagadnień konsumpcji odkryli, że krzyże wieńczące kopuły kościoła zostały starannie wyretuszowane. Konsumenci nienadążający za nowoczesnym stylem „przeszłości ślad dłoń nasza zmiata” wyrazili przejęcie i oburzenie. Odpowiedź dystrybutorów: chodzi o to, aby nie urazić pewnych grup wyznaniowych i wyeliminować wszystko to, co by mogło wywołać polemikę, w imię wspólnego życia – oczywiście – i poszanowania różnic – ma się rozumieć.

Opakowanie jogurtu zostało wytknięte palcem i wielcy dystrybutorzy, chcąc nie chcąc, krzyże przywrócili na ilustrację, a w innych wypadkach dechrystianizacja przychodzi cichutko i na palcach, w sposób omal niezauważalny.

Na szczegółowych mapach topograficznych kościoły zaznaczane są wszędzie umownym znakiem krzyżyka, w większości aktualnych map i planów nie znajdziecie tego znaku, jakby kościołów nie było.

Niedawno dyrekcja pewnej prywatnej szkoły w północnej Francji sama z siebie zdjęła krzyże ze ścian. „Schowajcie mi ten krzyż, żebym go tu więcej nie widział” – powiedział zapewne dyrektor tejże szkoły katolickiej, podobnie jak dyrektor dystrybucji greckiego jogurtu.

Razić mogą również niektóre zwyczaje ludowe. Animator telewizji potępił niedawno francuskie święto świni, znane również w Polsce pod nazwą świniobicia, jako „przynoszące szkodę wspólnotom wyznaniowym muzułmanów i żydów”. W imię nieurażania wrażliwości współobywateli wyszedł naprzeciw wspólnotom wyznaniowym, które go o nic nie prosiły. Warto zauważyć, że nikt, o ile mi wiadomo, nie występował przeciwko podrzynaniu gardła barankom, obowiązkowemu w każdej rodzinie muzułmańskiej z okazji zakończenia ramadanu.

Niewielu Francuzów ma świadomość, że zalecenia przychodzą z góry i dechrystianizacja prowadzona jest w sposób planowy. Rządy republikańskie uczyniły w ostatnim czasie z laicyzacji wyznanie wiary. Przed prezydenturą Jacques’a Chiraca temat laicyzacji był nieobecny w dyskusjach republiki. Nawet Mitterrand, wyniesiony do władzy głosami socjalistów i komunistów, podchodził do problemu z całą ostrożnością, chociaż projekt ustanowienia komisji obserwatorium ds. laicyzacji bywał czasami wspominany. Dopiero Chirac w przemówieniu z 17.12.2003 r. jasno zapowiedział utworzenie komisji, która została powołana dopiero cztery lata później, za prezydentury Sarkozy’ego, bez konsekwencji również, gdyż do końca mandatu nie mianował on jej członków. Dopiero za Hollande’a w 2013 r. członkowie komisji zostali mianowani (…)

[related id=39751]Głównym zadaniem komisji jest laicyzacja, a mówiąc wprost – dechrystianizacja. Wśród katolików powołanie komisji ani kandydatura jej przewodniczącego nie obudziły większych sprzeciwów. Za to działacze rozmaitych organizacji islamskich gwałtownie zaatakowali Bianco za nie dość stanowcze sprzeciwianie się islamofobii. (…) „Obecnie Francja nie należy już do chrześcijaństwa” – napisała Chantalle del Sol, profesor filozofii (…). „obecnie instytucja kościelna nie nadaje już tonu etyce ogólnej, nie inspiruje ustaw, nie kieruje sumieniami”. Profesor Del Sol nie wyjaśniła jednak, czym instytucja kościelna została zastąpiona w swych funkcjach, a jeśli tak, to przez kogo.

Piotr Witt z Paryża

Oprac. MoRo

Poranek WNET 

Profesor Maria Hortis Dzierzbicka: Ministerstwo Zdrowia zaniechało rehabilitacji mowy dzieci z rozszczepem podniebienia

Dzieci z wadą tzw. zajęczej wargi są w Polsce źle leczone. Przy niepotrzebnym długotrwałym leczeniu ortodontycznym od niemowlęctwa do 18 r.ż. zupełnie zapomniano o konieczności rehabilitacji mowy.

Profesor Maria Hortis Dzierzbicka od 20 lat zajmuje się opieką wielospecjalistyczną dzieci z wadami wrodzonymi twarzoczaszki, wśród których 65 procent to wady rozszczepienia wargi i podniebienia, popularnie nazywanych zajęczą wargą. Jest to druga pod względem częstotliwości występowania wada wrodzona u dzieci występująca zaraz po wadach serca.

System leczenia i rehabilitacji dzieci w tego typu wadami, którego współautorką była goszcząca w Poranku WNET profesor Maria Hortis Dzierzbicka rozsypał się, mimo ze leczenie tego typu schorzeń i rehabilitacja trwają przez całe życie.

-Wada popularnie nazywana zajęczą wargą pozostawia zawsze pewien stygmat na twarzy, optymalnie w postaci niewielkiej blizny i niewielkiej deformacji nosa – wyjaśniła profesor. -Zniekształcenia w przypadkach źle leczonych mogą być bardzo duże.

Rozszczep podniebienia powoduje „przy prawidłowej inteligencji tych dzieci, stygmatyzacje mowy zwaną nosowaniem otwartym”, co oznacza że dziecko nie jest w stanie mówić poprawnie.

-Tylko wczesne i prawidłowe leczenie tego typu wad daje możliwość prawidłowego rozwoju dla tych dzieci  – powiedziała profesor Hortis Dzierzbicka, która mając doświadczenie w wielu krajach współtworzyła system umożliwiający w miarę normalne życie ludziom z tą wadą. – Leczenie tych pacjentów składa się z leczenia chirurgicznego pierwotnego rekonstrukcyjnego i wtórnego rekonstrukcyjnego, czyli liczne operacje naprawcze. Ich ilość zależy od tego, czy pierwsza tego typu operacja została wykonana prawidłowo.

Drugim filarem prowadzenia tego typu chorych jest rehabilitacja, która zajmuje się niwelowaniem wady zgryzu oraz mowy. Według przestarzałych teorii – aktualnie obowiązujących w palnie leczenia w Polsce zatwierdzonym przez ministerstwo zdrowia – trzeba było rehabilitację zgryzu wykonać jak najwcześniej, a kwestie mowy pozostawiano na tak zwany okres „eksplozji mowy to jest w wieku około 3 lat, a więc nie przywiązywano do tego większej wagi”.

Już od ponad 30 lat według zasad medycyny aktualnie obowiązujących na Zachodzie należy najpierw zwrócić uwagę na rozwój mowy u takiego dziecka, bowiem w bardzo wczesnym okresie powstają w korze mózgowej wzorce mowy, które utrwalają się i później bardzo trudno jest je za pomocą rehabilitacji zniwelować.  Wszystko to zależy od plastyczności kory mózgowej, która w późniejszym okresie może nie pozwolić na poprawny rozwój mowy.

Regulacja leczenia przez ministerstwo zdrowia doprowadziła do tego, że kilka specjalistycznych ośrodków w Polsce, które radziły sobie z problemem przestało istnieć, albo prowadzi leczenie jednostronne za pomocą opieki ortodontycznej od wieku niemowlęcego do 18 roku życia a zaniechało rehabilitacji rozwoju mowy.

-Dzieci te są niepotrzebnie leczone aparatami ruchomymi ortodontycznymi, które są już w zasadzie wycofane na zachodzie. Natomiast problem mowy praktycznie przestał istnieć (na papierze w NFZ – przyp. red.)- poinformowała profesor. Przypomniała, że był świetny zakład rehabilitacji mowy stworzony przed 25 laty w Otwocku na terenie sióstr Elżbietanek, który padł z powodu złego finansowania. Jej zdaniem jest zła wycena procedur przez NFZ, która w obecnym systemie nie uległa zmianie.

-Moje starania spowodowały, że mnie wyrzucono z Instytutu Matki i Dziecka na zbity pysk – powiedziała Hortis Dzierzbicka. Jej interwencje w ministerstwie zdrowia, gdy premierem był Ewa Kopacz spowodowały, że „zostałam odsądzona od czci i wiary”. Program proponowany przez nią do wdrożenia, mający na celu poprawę jakości życia osób z wadą rozszczepu podniebienia, który umożliwiłby im prawidłowy rozwój mowy został zignorowany przez ministerstwo zdrowia, co ma miejsce do dzisiaj.

[related id=39566]Hortis Dzierzbicka podniosła także kwestie związane ze marnowaniem publicznych pieniędzy w niepublicznej służbie zdrowia. Jako przykład podała leczenie zaćmy, którą można zoperować jedynie w niepublicznych placówkach. Jej zdaniem procedury wszczepiania stentów należą do „totalnie przeszacowanych” i z tego powodu często zamiast decyzji o zrobieniu bajpasów zapada decyzja o wszczepieniu stentów. Przywołała tu jako  przykład casus ojca ministra Zbigniewa Ziobry, któremu zamiast zrobić bajpasy  wszczepiono stenty, a „stent się zapchał i ojciec mu umarł”. Jej zdaniem minister miał wszelkie dane ku temu, aby dochodzić swoich praw przed sądem, co też uczynił mimo, że zarzuca mu się z tego powodu prywatę.

-Mój mąż też miał podobny przypadek, gdzie nie chciano mu wszczepić bajpasów tylko stenty. Pojechał do Szwecji, gdzie jest ubezpieczony i zrobiono mu je od ręki – powiedział Hortis Dzierzbicka. – Świetnie funkcjonuje, a miał być inwalidą do końca życia, bo takie były zalecenia jednego z najlepszych ośrodków kardiologicznych w Polsce.

MoRo

 

Pamięć, odpowiedzialność, zwycięstwo nad złem – czy wyparcie i amnezja? Problem Niemiec z ich totalitarną przeszłością

Latem przeszedłem długą drogę od pamięci i tożsamości do amnezji. W tym drugim stanie zanika też odpowiedzialność. I to jest główny problem Niemiec i Niemców współczesnych od kilkudziesięciu lat.

Paweł Bortkiewicz TChr

Jan Paweł II wskazuje, że na tle tego zła, które wydawało się być po ludzku niepokonalne, wieczne, absolutne – objawił się tym bardziej, tym mocniej, tym wyraziściej Bóg ze swoją „miara wyznaczoną złu”. Miarą, którą jest odkupienie – zwycięstwo Chrystusa nad złem, nad śmiercią samą.

Warto zatrzymać się przy tej refleksji. Istnieje przecież wciąż pojawiająca się pokusa, by ulec tej presji zła, by przyjąć jego moc i wszechobecność, by miast nadziei wybrać zwątpienie. Ale chrześcijanin jest człowiekiem powołanym do zwycięstwa. Jest tym, który rozpoznaje właściwie wolność w sobie i traktuje ją jako dar i zadanie, a zatem jako wartość współdzieloną z odpowiedzialnością. I wówczas może mierzyć się z tożsamością wynikającą i z przynależności do narodu, i do Europy, i do gry politycznej tego świata, której na imię demokracja. (…)

Dwa lata temu w obozie przewidzianym na ok. 700 osób przebywało ponad 2 tysiące. Było małe piekło na ziemi. Była codzienna eskorta policji, była żywność wydawana na stołówce w asyście policji, były niemal codziennie helikoptery i karetki pogotowia. Kto z kim się bił, trudno powiedzieć.

W tym roku nastała cisza. Może dlatego, że obóz jest w częściowym remoncie – wymieniane są jakieś rury. Znów są w nim Rosjanie i są Arabowie, są też muzułmanie z Afryki. Chrześcijanie? Pojedynczy. W sumie może ok. 300 osób.

I właśnie w tym roku na rzecz obozu uruchomiono wolontariat. Dwudziestu bodaj wolontariuszy – z Niemiec, Polski, Ukrainy, Włoch… Dowodził nimi student prawa z Berlina. Zadał mi pytanie na temat interakcji społecznych między miejscową ludnością a mieszkańcami obozu. Nie rozumiałem zupełnie, o jaką interakcję chodzi. Doprecyzował, że mógłbym coś powiedzieć na temat relacji między mną a innymi duchownymi w okolicy. Wyjaśniłem, że w tej wiosce nie ma teraz nawet pastora luterańskiego, nie ma też innych duchownych chrześcijańskich, z Kościoła koptyjskiego, ormiańskiego czy syryjskiego. Zresztą nie ma też praktycznie wiernych.

Potem rozmawiałem z pewnym inżynierem z Mediolanu. Był wolontariuszem w Ghanie i Rwandzie. – Tam budowaliśmy studnie, pracowaliśmy ciężko dla tych ludzi. Tutaj… gramy w gry i sprzątamy ich pomieszczenia. Czy to ma sens? – zapytał.

Delikatnie wyjaśniłem, że nie ma. I że po raz pierwszy są w tym obozie wolontariusze. W sytuacji, w której obóz jest w letargu i nie potrzebuje żadnej pomocy. Poza wizerunkową propagandą. (…)

Nad wioską góruje, jak wspomniałem, pomnik Powrotu do Ojczyzny. Z typowo niemiecką/germańską finezją postawiono kilka betonowych bloków, na których są ciekawe napisy m.in. o tym, że II wojna pochłonęła 50 milionów ofiar z różnych kontynentów, państw i narodów. Ale z nazwy pomnik wymienia jedną nację ofiar – niemiecką. „9 340 900 Niemców poległo w II wojnie światowej: 2 892 000 zginęło jako żołnierze, 2 846 000 zginęło jako osoby cywilne i 1 250 000 jako więźniowie wojenni.

Zaginęło 1 163 600 żołnierzy w walce, 100 300 w więzieniach, 1 089 000 osób cywilnych”.

Jestem świadom tego, że za każdą z tych liczb kryją się konkretne biografie, dramaty, często czy zawsze czyjeś łzy i nadzieje oczekiwania na powrót, na dobrą wiadomość. Za tymi liczbami kryją się imiona, nazwiska, twarze, rodziny, niejednokrotnie też modlitwy do dobrego Boga o ocalenie bliskich. To prawda. Ale nie byłoby tej całej tragedii, nie byłoby wypędzonych i przesiedlonych, gdyby nie to, że Niemcy jako naród ulegli szaleńcowi, psychopacie i zbrodniarzowi i podjęli tak ochoczo, tak skrupulatnie jego idee budowy III Rzeszy dla nacji nadludzi – Niemców.

Cały artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „Mozaika ze słowem ‘odpowiedzialność’” znajduje się na s. 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl.

 


„Kurier Wnet”, „Śląski Kurier Wnet” i „Wielkopolski Kurier Wnet” są dostępne w jednym wydaniu w całej Polsce w kioskach sieci RUCH, Kolporter i Garmond Press oraz w Empikach, a także co sobota na Jarmarkach Wnet w Warszawie przy ul. Emilii Plater 29 (na tyłach hotelu Marriott), w godzinach 9–15.

Wersja elektroniczna „Kuriera Wnet” jest do nabycia pod adresem wnet.webbook.pl. W cenie 4,5 zł otrzymujemy ogólnopolskie wydanie „Kuriera Wnet” wraz z regionalnymi dodatkami, czyli 40 stron dobrego czytania dużego (pod każdym względem) formatu. Tyle samo stron w prenumeracie na www.kurierwnet.pl.

Artykuł Pawła Bortkiewicza TChr pt. „Mozaika ze słowem ‘odpowiedzialność’” na s. 7 wrześniowego „Wielkopolskiego Kuriera Wnet” nr 39/2017, wnet.webbook.pl

Dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego